Zabójcze rzemiosło. Historia wojny podwodnej - Iain Ballantyne

-
Proszę czekać

Wpro­wa­dze­nie. "Rze­mio­sło"

Bli­sko sto lat temu Rudy­ard Kipling napi­sał wiersz na cześć tego, co nazwał "rze­mio­słem", upra­wia­nym przez pod­wod­nia­ków, któ­rzy jego zda­niem uczest­ni­czyli w "prze­ra­ża­ją­cych igrzy­skach po omacku". Ponury poten­cjał okrę­tów pod­wod­nych obja­wił się w cza­sie pierw­szej wojny świa­to­wej, gdy ich dowódcy za pomocą pery­sko­pów wyszu­ki­wali cele, aby posłać im "jed­no­oką śmierć", jak to okre­ślił Kipling.

Wiersz The Trade (Rze­mio­sło) koń­czy się sło­wami:

Przy pracy nie sły­chać ich, a zwy­cięstw ich nie widać.

Bo taki zwy­czaj ich "rze­mio­sła".

Przez lata to zabój­cze "rze­mio­sło" przy­cią­gało śmia­łych i odważ­nych, olśnie­wa­jąco nie­kon­wen­cjo­nal­nych, a nawet nie­bez­piecz­nie eks­cen­trycz­nych mło­dzień­ców. Wielu z nich żyło szybko i umarło młodo.

Mię­dzy naj­lep­szymi z nich zda­rzali się hazar­dzi­ści i ego­cen­trycy, nie­zwy­kle ambitni kapi­ta­no­wie pre­zen­tu­jący ogromną dumę i nie­za­chwianą wiarę we wła­sne umie­jęt­no­ści, prze­ko­nani, że zwy­cię­stwo osta­tecz­nie przy­pad­nie wła­śnie im. Wśród naj­sku­tecz­niej­szych zda­rzali się jed­nak i tacy, któ­rzy pre­zen­to­wali odmienną postawę - spo­kojni, oczy­tani, bar­dziej pasu­jący do wize­runku aka­de­mi­ków niż ema­nu­ją­cych męsko­ścią wojow­ni­ków, ale w dzia­ła­niu tak samo zabój­czo sku­teczni. W cza­sie wojny w nie­któ­rych kra­jach mło­dych kapi­ta­nów okrę­tów pod­wod­nych trak­to­wano niczym bogów, nagra­dza­jąc ich eks­klu­zyw­nymi prze­pust­kami na ląd, aby następ­nie ponow­nie wysłać w morze, gdzie cze­kała ich śmierć albo jesz­cze więk­sza chwała.

Tysiące z nich - włącz­nie z tymi, któ­rzy wcale nie palili się do służby na okrę­tach pod­wod­nych - zapła­ciły naj­wyż­szą cenę za to, że ich dowódcy pod­jęli błędną decy­zję. Sama walka pod­mor­ska - zarówno ta mię­dzy okrę­tem pod­wod­nym i nawod­nym, jak i ta mię­dzy dwoma okrę­tami pod­wod­nymi - potrafi być szar­pią­cym nerwy połą­cze­niem zim­nej, bez­li­to­snej kal­ku­la­cji oraz tech­nicz­nej pre­cy­zji z odro­biną (poten­cjal­nie) sza­leń­czego ryzyka i grozy. Jeden błąd, tak na woj­nie, jak i pod­czas pokoju, może ozna­czać śmierć dla kapi­tana i całej załogi... a umrzeć można na wiele spo­so­bów. Oprócz uto­nię­cia jest udu­sze­nie, spa­le­nie żyw­cem, zmiaż­dże­nie, zaga­zo­wa­nie i roze­rwa­nie na strzępy. Pomimo tego wszyst­kiego pod­wod­niacy i okręty pod­wodne mają w sobie jakąś fatalną siłę przy­cią­ga­nia oddzia­łu­jącą nie tylko na tych, któ­rzy zamu­stro­wali się, aby upra­wiać "rze­mio­sło" - a w naszych cza­sach na pokła­dach okrę­tów nie­któ­rych kra­jów są rów­nież kobiety, które dowo­dzą nawet całymi flo­tyl­lami - ale na ogół spo­łe­czeń­stwa.

Już sta­ro­żyt­nym wojna pod­mor­ska jawiła się jako rzecz rodem z marzeń i jed­no­cze­śnie kosz­ma­rów sen­nych. Przez stu­le­cia arty­ści i naukowcy, gene­ra­ło­wie oraz kró­lo­wie fascy­no­wali się ideą podró­żo­wa­nia pod powierzch­nią oce­anu. Oba­wiali się jed­nak także spu­sto­szeń, które tak potężny okręt mógłby spo­wo­do­wać na świe­cie. Marzy­ciele widzieli w pod­wod­nych wojow­ni­kach i okrę­tach środki pozwa­la­jące rzu­cić na kolana nie­po­ko­nane impe­ria lub nawet szansę na uwol­nie­nie han­dlu świa­to­wego od tyra­nii flot nawod­nych. Nie­które narody w róż­nych cza­sach darzyły okręty pod­wodne tak wielką nie­chę­cią, że zabie­gały o usta­no­wie­nie ogólnoświa­to­wego zakazu sto­so­wa­nia tych machin pie­kiel­nych, gro­żąc przy tym, iż będą wie­szać ludzi, któ­rzy je obsłu­gi­wali.

Dla nie­któ­rych wizjo­ne­rów jed­nak pokusa stwo­rze­nia narzę­dzi pro­wa­dze­nia wojny spod powierzchni oce­anu - i jed­nostki do podró­żo­wa­nia przez jego ciemne, urze­ka­jące głę­biny - prze­wa­żała nad wszel­kimi wzglę­dami moral­nymi czy nawet zagro­że­niem życia ludz­kiego.

Owi ludzie byli albo geniu­szami wyprze­dza­ją­cymi swoje czasy, albo zwy­kłymi najem­nymi zdraj­cami goto­wymi stwo­rzyć pod­wodne uzbro­je­nie dla tego, kto zaofe­ruje im naj­wię­cej.

Nie­któ­rym poli­ty­kom i admi­ra­łom okręty pod­wodne jawiły się jako swo­isty magiczny pocisk - wyrów­ny­wacz szans słab­szego kraju w kon­fron­ta­cji z potęgą. Takie ocze­ki­wa­nia nie­je­den raz miały się wszakże oka­zać ułudą.

Los całych naro­dów sta­wiano na jedną kartę, a mia­no­wi­cie na zdol­ność wła­snych pod­wod­nia­ków do sia­nia spu­sto­sze­nia w sze­re­gach wroga, bo głów­nym ich celem było nisz­cze­nie oce­anicz­nego han­dlu, tego krwio­biegu świata. W skró­cie można powie­dzieć, że wojna pod­wodna to bez­po­średni atak dokład­nie na te środki, za pomocą któ­rych lud­ność cywilna jest zaopa­try­wana w żyw­ność, odzież i opał. Z tego powodu nie­je­den raz gło­szono, że wojna pod­wodna to obu­rza­jący gwałt doko­ny­wany przez bru­tal­nych zbrod­nia­rzy wojen­nych i pira­tów - próba zagło­dze­nia na śmierć nie­win­nych męż­czyzn, kobiet i dzieci oraz zmu­sze­nia ich ojczy­zny do pod­da­nia się. Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że okręt pod­wodny - w swo­ich róż­nych for­mach na prze­strzeni wielu dzie­się­cio­leci - oka­zał się decy­du­ją­cym rodza­jem broni w woj­nie kon­wen­cjo­nal­nej, i to w stylu, który przed XX wie­kiem mogło sobie wyobra­zić bar­dzo nie­wielu ludzi.

Pomimo bez­li­to­snego, bru­tal­nego aspektu tego zabój­czego rze­mio­sła na­dal fascy­nują nas ci, któ­rzy żyli, wal­czyli i ginęli na okrę­tach pod­wod­nych. Widzimy w nich istoty z innego świata, które wiodą jakąś nie­po­jętą egzy­sten­cję, żyjąc całymi tygo­dniami lub nawet mie­sią­cami pod powierzch­nią. Mimo złej repu­ta­cji pod­wod­niacy w wielu przy­pad­kach oka­zy­wali swoim ofia­rom sporo ludz­kich uczuć (o czym chyba zbyt czę­sto się zapo­mina), sami zaś byli czczeni przez swych roda­ków jako naj­dziel­niejsi z dziel­nych.

Same okręty pod­wodne rów­nież pozo­stają owiane aurą tajem­ni­czo­ści, doko­nu­jąc swo­ich wyczy­nów w głę­bi­nach i ciem­no­ściach, z dala od naszych oczu. W XXI wieku okręty pod­wodne o napę­dzie ato­mo­wym stały się naj­bar­dziej zło­żo­nymi i naj­kosz­tow­niej­szymi jed­nost­kami pły­wa­ją­cymi, jakie ist­nieją. Budo­wa­nie i uży­wa­nie ich świad­czy o przy­na­leż­no­ści do pierw­szej ligi naj­po­tęż­niej­szych kra­jów świata. Uzbro­jone w broń jądrową, okręty te są w sta­nie uni­ce­stwić miliony ludz­kich ist­nień.

Ta książka z koniecz­no­ści odma­lo­wuje sze­roką pano­ramę wyda­rzeń, opo­wia­da­jąc hero­iczną histo­rię wojny pod­wod­nej od podej­mo­wa­nych przed wie­kami wysił­ków marzy­cieli i wyna­laz­ców, poprzez nisz­czące kon­flikty glo­balne i nie­bez­pieczne kon­fron­ta­cje zim­no­wo­jenne - z któ­rych część oka­zała się cał­kiem gorąca - aby zakoń­czyć na przy­spie­sza­ją­cym obec­nie pod­wod­nym wyścigu zbro­jeń.

1 Dużo nie­prawdy i tro­chę prawdy

Dąże­nie do uzy­ska­nia decy­du­ją­cej, zabój­czej prze­wagi nad prze­ciw­ni­kiem już od wielu stu­leci było celem, który przy­świe­cał podej­mu­ją­cym dzia­ła­nia wojenne pod wodą.

Zanim jesz­cze poja­wiły się okręty zdolne scho­dzić pod wodę, ist­nieli ludzie, któ­rzy prze­nie­śli wojnę pod powierzch­nię, a dla nich nie było wspa­nial­szego przy­kładu zacie­kło­ści w walce niż naj­więk­szy wojow­nik sta­ro­żyt­nej mito­lo­gii grec­kiej Achil­les. Jego zabój­cza spraw­ność w wodzie została barw­nie opi­sana w Ilia­dzie. Według Homera "zro­dzony na Olim­pie Achil­les" pozo­sta­wił swój oszczep na brze­gach rzeki Ska­man­der i "wpadł w rzekę z mie­czem, sze­rzył rzeź na wszyst­kie strony"1.

W real­nym życiu pierwsi wal­czący pod wodą wojow­nicy mieli jed­nak bar­dziej pro­za­iczne pocho­dze­nie, gdyż wyko­rzy­sty­wali te same umie­jęt­no­ści nur­ko­wa­nia, któ­rych uży­wali do połowu owo­ców morza, pereł i gąbek oraz do wydo­by­wa­nia skar­bów z zato­pio­nych stat­ków. Według Tuki­dy­desa w cza­sie oblę­że­nia Syra­kuz na Sycy­lii w 414 roku przed naszą erą Ateń­czycy wysy­łali swo­ich ludzi pod wodę, żeby zna­leźć jakiś spo­sób na usu­nię­cie belek blo­ku­ją­cych wej­ście do portu. W rezul­ta­cie zerwali oni pod­wodne łań­cu­chy, by umoż­li­wić wtar­gnię­cie do portu gale­rom prze­wo­żą­cym żoł­nie­rzy. Prze­ci­na­nie lin kotwicz­nych wro­gich okrę­tów - aby te zostały wyrzu­cone na brzeg i ule­gły znisz­cze­niu lub zde­rzyły się ze sobą - było kolejną ulu­bioną tak­tyką sto­so­waną przez sta­ro­żyt­nych nur­ków.

Naj­star­szym wize­run­kiem ludzi prze­by­wa­ją­cych pod wodą z bro­nią w ręku jest malo­wi­dło ścienne z doliny Nilu. Przed­sta­wia ono uzbro­jo­nych we włócz­nie myśli­wych polu­ją­cych na kaczki, któ­rzy pod­kra­dają się do swych ofiar, uży­wa­jąc trzci­nek do oddy­cha­nia. Ary­sto­te­les twier­dził, że nur­ku­jący greccy wojow­nicy uży­wali przy­rządu, który wyglą­dał "jak sło­niowa trąba"2 i przy­po­mi­nał póź­niej­sze chrapy okrętu pod­wod­nego. Wielu śród­ziem­no­mor­skich pod­wod­nych wojow­ni­ków potra­fiło jed­nak nie­wia­ry­god­nie długo wstrzy­my­wać oddech. Dźwi­gali kamie­nie, słu­żące im za balast nie­zbędny do zej­ścia na dno, a nega­tyw­nym skut­kom zwięk­szo­nego ciśnie­nia na dużej głę­bo­ko­ści zapo­bie­gali, napeł­nia­jąc uszy oliwą, aby uchro­nić się przed pęk­nię­ciem bęben­ków. Oliwę trzy­mali rów­nież w ustach, aby pozbyć się jej po dotar­ciu na dno.

Cho­ciaż jed­nak byli uży­teczni w skali tak­tycz­nej, nur­ko­wie nie mogli zapew­nić nikomu pano­wa­nia na morzu. Falami wła­dali ci, któ­rzy posy­łali swych żoł­nie­rzy na wojnę na okrę­tach nawod­nych. Triery Gre­ków, Rzy­mian i Feni­cjan oraz galery Per­sów pano­wały nie­po­dziel­nie.

Jeśli cho­dzi o ludzi zamy­ka­ją­cych się w spe­cjal­nie skon­stru­owa­nych pojaz­dach, żeby za ich pomocą zejść pod wodę, per­spek­tywa zej­ścia w głę­biny podobno nie prze­ra­ziła władcy, który pod­bił więk­szość zna­nego w jego cza­sach świata. W 332 roku przed naszą erą Alek­san­der Wielki oble­gał Tyr i kazał swoim nur­kom oczy­ścić tam­tej­szy port. Aby spraw­dzić postępy owych prac, miał on podobno zanu­rzać się w szkla­nym dzwo­nie nur­ko­wym opusz­cza­nym z galery na dłu­gich łań­cu­chach.

Kolej­nym sta­ro­żyt­nym Gre­kiem powią­za­nym z histo­rią pod­wod­nej żeglugi był mate­ma­tyk Archi­me­des. Wyna­lazł on wiele dziw­nych i cudow­nych rodza­jów broni, a w cza­sie kolej­nego oblę­że­nia Syra­kuz (214-212 p.n.e.) poma­gał bro­nić mia­sta przed Rzy­mia­nami. Wyko­rzy­sty­wał lustra do sku­pie­nia pro­mieni sło­necz­nych w wiązkę w celu pod­pa­le­nia rzym­skich galer. Wymy­ślił rów­nież rodzaj dźwigu z łań­cu­chem zakoń­czo­nym ogrom­nym meta­lo­wym pazu­rem, za pomocą któ­rego uno­szono wro­gie okręty, aby następ­nie roz­bić je o powierzch­nię wody. Cho­ciaż Archi­me­des nie skon­stru­ował okrętu pod­wod­nego, pew­nego dnia w cza­sie kąpieli doko­nał prze­ło­mo­wego odkry­cia. Zasta­na­wia­jąc się nad tym, jak speł­nić życze­nie władcy Syra­kuz, króla Hie­rona II, i usta­lić czy­stość złota uży­tego do wyrobu jego korony, odkrył, że gdy zanu­rzał się w wan­nie, wypie­rał wodę o cię­ża­rze odpo­wia­da­ją­cym wła­snej wadze. W ten spo­sób powstało prawo wyporu, które sfor­mu­ło­wał on nastę­pu­jąco: "Na każde ciało cał­ko­wi­cie lub czę­ściowo zanu­rzone w cie­czy działa skie­ro­wana ku górze siła wyporu, która jest równa cię­ża­rowi cie­czy wypar­tej przez to ciało". Krzy­cząc "Eureka!" ("Zna­la­złem!"), Archi­me­des wysko­czył z wanny tak pod­eks­cy­to­wany, że aż wybiegł nago na ulicę.

Na tym bar­wio­nym drze­wo­ry­cie z około 1547 roku grecki mate­ma­tyk i wyna­lazca Archi­me­des uka­zany jest w kąpieli w cza­sie wymy­śla­nia swo­jej zasady wypor­no­ści. Widać tutaj rów­nież korony i coś, co przy­po­mina kuli­ste odważ­niki, mające posłu­żyć do spraw­dze­nia ich wypor­no­ści w wodzie. (World History Archive/Top­foto)

Ci, któ­rzy w następ­nych latach pró­bo­wali podró­żo­wać pod wodą, mieli wyko­rzy­sty­wać prawo Archi­me­desa przy pro­jek­to­wa­niu pojazdu zdol­nego do zmiany swo­jej gęsto­ści. Dzięki zmniej­sze­niu gęsto­ści takiej jed­nostki pły­wa­ją­cej poni­żej gęsto­ści ota­cza­ją­cej ją wody miano uzy­skać pły­wal­ność dodat­nią, pozwa­la­jącą utrzy­my­wać się na powierzchni. Z kolei zwięk­sza­jąc gęstość owego pojazdu powy­żej gęsto­ści wody, można było osią­gnąć pły­wal­ność ujemną i się zanu­rzyć. Osią­gnię­cie ogól­nej gęsto­ści rów­nej gęsto­ści ota­cza­ją­cej wody - pły­wal­no­ści zero­wej, pozwa­la­ją­cej jed­no­stce utrzy­my­wać się w zanu­rze­niu na tej samej głę­bo­ko­ści - przez stu­le­cia drę­czyło wielu wyna­laz­ców. Zaopa­trze­nie owego pojazdu w napęd i umoż­li­wie­nie mu prze­no­sze­nia sku­tecz­nego sys­temu uzbro­je­nia, przy jed­no­cze­snym utrzy­my­wa­niu przy życiu załogi, która by nim kie­ro­wała, miało już nastrę­czać wyzwań cał­kiem innego rzędu. Archi­me­des nie zdo­łał zba­dać moż­li­wo­ści mili­tar­nych, jakie stwa­rzało jego prawo wyporu, gdyż nie prze­żył oblę­że­nia Syra­kuz. Zgi­nął z rąk rzym­skiego żoł­nie­rza, który poczuł się ura­żony fak­tem, że Archi­me­des zigno­ro­wał go, poświę­ca­jąc wię­cej uwagi roz­wią­za­niu jakie­goś pro­blemu mate­ma­tycz­nego.

Pro­wa­dze­nie wojny pod powierzch­nią przez kilka następ­nych stu­leci pozo­sta­wało więc domeną nur­ków, a ich bro­nią był "ogień grecki", mie­sza­nina nafty, smoły i innych skład­ni­ków, któ­rej dokładną recep­turę utrzy­my­wano w tajem­nicy. Tego poprzed­nika napalmu nie można było uga­sić wodą. W cza­sie jed­nej z wojen toczo­nych w Euro­pie w XIII wieku pewien fran­cu­ski nurek, zaopa­trzony w ogień grecki w zapie­czę­to­wa­nych sło­jach, znisz­czył rząd pali wbi­tych przez nie­przy­ja­ciela w dno Sekwany, roz­bi­ja­jąc słoje o owe belki.

Alter­na­tyw­nym spo­so­bem na osią­gnię­cie nisz­czą­cego efektu pod wodą było po pro­stu zro­bie­nie dziury w kadłu­bie wro­giego okrętu. W cza­sie bitwy pod Sluys, sto­czo­nej 24 czerwca 1340 roku u brze­gów Flan­drii, angiel­scy i fran­cu­scy nur­ko­wie uży­wali świ­drów do wier­ce­nia otwo­rów pod linią wodną wro­gich jed­no­stek. Nosili oni rodzaj hełmu ochron­nego, wyglą­da­ją­cego jak odwró­cony do góry nogami czaj­nik, do któ­rego powie­trze dosta­wało się przez rurkę. Żoł­nie­rze znaj­du­jący się na pokła­dach ata­ko­wa­nych okrę­tów obrzu­cali ich kamie­niami, pró­bu­jąc prze­szko­dzić w wier­ce­niu. Chcąc powięk­szyć otwór, głazy ciskano rów­nież w kie­runku tych czę­ści kadłu­bów wro­gich jed­no­stek, które udało się już uszko­dzić.

Zgod­nie z ogól­nymi zasa­dami ówcze­snej wojny mor­skiej celem wal­czą­cych było zazwy­czaj zdo­by­cie wro­giego statku i prze­ję­cie znaj­du­ją­cego się na nim ładunku, ale byli i tacy, któ­rzy pró­bo­wali stwo­rzyć środki słu­żące cał­ko­wi­temu znisz­cze­niu wro­gich jed­no­stek. Na zamó­wie­nie doży wenec­kiego Leonardo da Vinci spo­rzą­dził pod koniec XV wieku szkice tego, co nazwał "stat­kiem prze­zna­czo­nym do zato­pie­nia innego statku". Pla­no­wał on stwo­rzyć pod­wodny pojazd, który miałby posłu­żyć do odstra­sze­nia lub poko­na­nia Tur­ków zagra­ża­ją­cych wów­czas Wene­cji. Ów pojazd miał pozo­sta­wać nie­wi­doczny pod powierzch­nią i dzięki temu ude­rzać z jak naj­bar­dziej nisz­czą­cym skut­kiem. Miał być napę­dzany wio­słem wpra­wia­nym w ruch za pomocą korby i poru­sza­ją­cym się na prze­mian w obie strony niczym rybi ogon, cho­ciaż Leonardo pro­po­no­wał także śrubę. Jego pod­mor­ski okręt miał posia­dać płe­twy, zarówno na górze, jak i na dole, z małymi, krót­kimi ste­rami głę­bo­ko­ści po obu stro­nach kadłuba umoż­li­wia­ją­cymi zanu­rza­nie się i wynu­rza­nie. Rów­nież w przy­padku okrętu pod­wod­nego Leonarda główną bro­nią ofen­sywną miał być świ­der do wier­ce­nia otwo­rów w kadłu­bach wro­gich okrę­tów.

Leonardo opo­wia­dał się jed­nak raczej za odstra­sza­niem niż kon­fron­ta­cją, dla­tego suge­ro­wał, aby prze­strzec Tur­ków. Mieli oni zostać poin­for­mo­wani, że jeśli nie zre­zy­gnują z ataku, mogą się spo­dzie­wać, iż w ciągu czte­rech godzin ich flota zosta­nie znisz­czona przy uży­ciu tajem­ni­czych środ­ków. Leonardo miał nadzieję, iż per­spek­tywa pozy­ska­nia tak potęż­nego oręża sprawi, że Wene­cja­nie obsy­pią go bogac­twami. W końcu jed­nak strasz­liwe moż­li­wo­ści, jakie dawał jego "sta­tek prze­zna­czony do zato­pie­nia innego statku", tak bar­dzo go prze­ra­ziły, że zacho­wał swoje plany w sekre­cie. Oba­wiał się, że prze­kupni kupcy weneccy mogliby sprze­dać tę strasz­liwą machinę temu, kto zaofe­ruje naj­wię­cej, być może nawet Tur­kom.

W XVI wieku pośród tych docie­kli­wych umy­słów, które pocią­gała idea podró­żo­wa­nia pod wodą, zna­lazł się Wil­liam Bourne, angiel­ski mate­ma­tyk i były arty­le­rzy­sta mary­narki wojen­nej. Stwo­rzył on plany napę­dza­nych wio­słami łodzi pod­wod­nych i cho­ciaż ni­gdy żad­nej nie zbu­do­wał, w 1578 roku opu­bli­ko­wał swoje pomy­sły skon­stru­owa­nia takiego pojazdu. Zale­cał zasto­so­wa­nie "regu­lo­wa­nego śru­bami sys­temu zęzo­wych zbior­ni­ków bala­sto­wych"3 skła­da­ją­cego się z pustych zbior­ni­ków na obu bur­tach, do któ­rych albo wpusz­czano by wodę, żeby zanu­rzyć jed­nostkę, albo tę wodę by usu­wano, wpusz­cza­jąc do środka powie­trze. Według Bourne'a pozwo­li­łoby to "zejść pod wodę na dno, jak rów­nież wró­cić na górę wedle życze­nia"4. Ów pojazd miał być wypo­sa­żony w wysoki wydrą­żony maszt, przez który na dół dosta­wa­łoby się świeże powie­trze. Koń­cówka tego masztu musia­łaby więc cały czas pozo­sta­wać wynu­rzona.

Do pracy nad wyna­laz­kiem popy­chała Bourne'a potrzeba. W tam­tych cza­sach super­mo­car­stwem była Hisz­pa­nia, dys­po­nu­jąca potęż­nymi zaso­bami finan­so­wymi i mili­tar­nymi, więc dla poko­na­nia jej miaż­dżą­cej prze­wagi potrzeba było jakiejś inno­wa­cji tech­no­lo­gicz­nej. Anglicy musieli uni­kać walki na rów­nych warun­kach ze swym głów­nym prze­ciw­ni­kiem, a łódź pod­wodna byłaby bar­dzo uży­tecz­nym wspar­ciem ich bar­dziej kon­wen­cjo­nal­nych okrę­tów.

Tym­cza­sem Wil­liam Mon­son, dawny dowódca Bourne'a, w swoim dziele The Naval Tracts [Trak­taty mor­skie] zajął się obmy­śla­niem środ­ków dopeł­nia­ją­cych idee eme­ry­to­wa­nego arty­le­rzy­sty. Mon­son uwa­żał, że ostrzał z umiesz­czo­nych pod wodą dział byłby sku­tecz­niej­szym spo­so­bem zata­pia­nia wro­gich jed­no­stek niż ogień pro­wa­dzony nad linią wodną czy wier­ce­nie dziur pod nią przez nur­ków. Pro­po­no­wał zamon­to­wa­nie armaty w ładowni ata­ku­ją­cego okrętu i ostrzał z niej, kiedy już uda­łoby się na dobre przy­bić do wro­giej jed­nostki burta w burtę za pomocą lin z kotwicz­kami. Mon­son suge­ro­wał, że w ten spo­sób wiel­kie gale­ony można by zata­piać nawet przy uży­ciu nie­wiel­kich łodzi.

W opar­ciu o dzieło Bourne'a w latach 20. XVII wieku Cor­ne­lius Dreb­bel, Holen­der miesz­ka­jący w Lon­dy­nie, prze­pro­wa­dził serię publicz­nych testów pojazdu pod­wod­nego, który wyglą­dał jak dwie połą­czone łodzie wio­słowe - jedna odwró­cona do góry dnem i usta­wiona na dru­giej.

Pojazd Dreb­bla miał drew­niany szkie­let pokryty poszy­ciem klep­ko­wym, na które nacią­gnięto natłusz­czone skóry. W ten sam spo­sób zabez­pie­czono przed wodą pół tuzina wio­seł oraz ich dulki - po trzy na każ­dej bur­cie. Załogę zło­żoną z dwu­na­stu wio­śla­rzy zwer­bo­wano spo­śród śmia­łych prze­woź­ni­ków z Tamizy, któ­rych do pod­ję­cia tego nie­zwy­kłego ryzyka sku­szono pie­niędzmi. Był to już trzeci pro­to­typ Dreb­bla. Pojazd mógł podobno prze­wieźć szes­na­stu pasa­że­rów, cho­ciaż trzeba było spo­rej odwagi, żeby wejść na pokład i odbyć prze­jażdżkę.

Pod­czas jed­nego z takich publicz­nych poka­zów brzegi Tamizy były wypeł­nione tysią­cami widzów żąd­nych dresz­czu emo­cji, jaki miał wywo­łać widok nie­chyb­nej śmierci sza­lo­nego Holen­dra i jego załogi. Ku zasko­cze­niu wszyst­kich pojazd zanur­ko­wał jed­nak - według rela­cji z epoki na głę­bo­kość około czte­rech i pół metra. Dreb­bel zmie­niał usta­wie­nie pry­mi­tyw­nych ste­rów głę­bo­ko­ści na tyle i prze­dzie pojazdu, żeby skie­ro­wać dziób w dół, a spo­ceni i stę­ka­jący wio­śla­rze sta­rali się zmu­sić łódź do zej­ścia pod powierzch­nię. Wio­śla­rze ciężko pra­co­wali, sam wyna­lazca zaś kucał mię­dzy nimi na prze­dzie, zachę­ca­jąc ich do więk­szego wysiłku.

Pojazd Dreb­bla poko­nał rze­komo trasę z West­min­steru do Gre­en­wich i z powro­tem. Jego przy­sa­dzi­sty kiosk bez prze­rwy ster­czał nad powierzch­nią, a Holen­der ste­ro­wał, wyglą­da­jąc przez nie­wiel­kie ilu­mi­na­tory. W 1623 roku Dreb­bel podobno prze­wiózł króla Jakuba I pod powierzch­nią Tamizy. Król był z natury ostrożny, ale fascy­no­wał się nauką i urzą­dze­niami mecha­nicz­nymi, więc cie­ka­wość mogła osta­tecz­nie prze­wa­żyć u niego nad stra­chem. W kon­se­kwen­cji posta­no­wił zapew­nić wyna­lazcy środki na utrzy­ma­nie, a według zacho­wa­nych doku­men­tów pań­stwo­wych rów­nież na wyna­jem warsz­ta­tów, w któ­rych budo­wał "sil­niki wodne" i "miny wodne", a nawet "pod­wodne machiny wybu­chowe"5.

Cor­ne­lius Dreb­bel, holen­der­ski wyna­lazca pro­to­typu okrętu pod­wod­nego. Rze­komo pły­wał on swym pojaz­dem pod powierzch­nią Tamizy w latach 20. XVII wieku i na jeden z rej­sów miał nawet zabrać króla Anglii Jakuba I. (Top­Foto)

Wśród prak­tycz­nych roz­wią­zań zasto­so­wa­nych rze­komo w łodzi nur­ku­ją­cej Dreb­bla były przy­mo­co­wane do pły­wa­ków rurki, któ­rymi dostar­czano na pokład powie­trze. Według innej wer­sji miał on wyko­rzy­sty­wać opary moc­nego ginu do wpro­wa­dze­nia wio­śla­rzy w takie oszo­ło­mie­nie, żeby nie przej­mo­wali się bra­kiem tlenu. Jesz­cze inni twier­dzili, że przed każ­dym rej­sem Dreb­bel wytwa­rzał tlen, pra­żąc sale­trę, i uwal­niał go z dużych butli, gdy uzna­wał, że powie­trze na pokła­dzie pojazdu się wyczer­puje, zagra­ża­jąc jego ludz­kiemu napę­dowi.

Oprócz siły mię­śni i poru­sza­nych ręcz­nie ste­rów głę­bo­ko­ści do zej­ścia pod powierzch­nię łódź Dreb­bla mogła rów­nież uży­wać sys­temu skła­da­ją­cego się ze świń­skich pęche­rzy umiesz­czo­nych pod ław­kami wio­śla­rzy. Pęche­rze były połą­czone z rurami, które wycho­dziły na zewnątrz kadłuba i były otwie­rane, żeby wpu­ścić wodę, co pozwa­lało na głęb­sze zanu­rze­nie.

Aby się wynu­rzyć, wio­śla­rze ści­skali lub deli­kat­nie dep­tali znaj­du­jące się pod nimi świń­skie pęche­rze, wypie­ra­jąc z nich wodę, a następ­nie zawią­zy­wali je. Odcią­że­nie pojazdu spra­wiało, że zaczy­nał się on wynu­rzać, czemu sprzy­jało rów­nież odpo­wied­nie usta­wie­nie ste­rów głę­bo­ko­ści mające wypro­wa­dzić go na powierzch­nię. Pomimo oczy­wi­stej pomy­sło­wo­ści Dreb­bla w roz­ma­itych dys­cy­pli­nach nauko­wych oraz alche­mii, zda­niem jed­nego z histo­ry­ków mary­narki wojen­nej, jego łódź pod­wodna praw­do­po­dob­nie nie była niczym wię­cej niż "dużą, obcią­gniętą skórą sza­lupą [...] którą obcią­żano, dopóki załoga nie zna­la­zła się pod powierzch­nią"6. Pojazd Dreb­bla raczej pozwa­lał, aby woda prze­le­wała się nad nim, niż fak­tycz­nie nur­ko­wał, a wartki nurt Tamizy wspo­ma­gał wysiłki wio­śla­rzy.

Kiedy angiel­ska flota stra­ciła zain­te­re­so­wa­nie jego rze­ko­mym okrę­tem pod­wod­nym i urzą­dze­niami wybu­cho­wymi, szczę­ście odwró­ciło się od Dreb­bla. Skoń­czył jako wła­ści­ciel jed­nej z lon­dyń­skich piwiarni i zmarł w zapo­mnie­niu w 1633 roku, mając 61 lat. Przy­naj­mniej jed­nak pewien kra­ter na Księ­życu został nazwany imie­niem "Dreb­bla [...] Cor­ne­liusa, holen­der­skiego wyna­lazcy"7, dzięki czemu w prze­strzeni kosmicz­nej ist­nieje trwała pamiątka po czło­wieku, który marzył o podró­żo­wa­niu w mor­skich głę­bi­nach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki