Zabójcza ziemia - Jack Higgins

-
Proszę czekać

 

Dla Henrietty z wyrazami miłości

 

Pole walki jest miejscem umarłych.

Ci, co pragną umrzeć, żyć będą.

Ci, którzy mają nadzieję na przeżycie, zginą.

Wu Qi

1

AMERYKAŃSKA AMBASADA W LONDYNIE

Blake Johnson, główny doradca do spraw bezpieczeństwa prezydenta USA Jake'a Cazaleta i szef tajnego wydziału Białego Domu, znanego jako Podziemie, został powitany w londyńskiej ambasadzie USA na Grosvenor Square z największymi honorami. Asystent, sympatyczny kapitan marynarki, ubrany w mundur, na którym lśniły baretki medali za walkę w Bośni, Iraku i Afganistanie, zaprowadził go wprost do ambasadora.

- Pan ambasador wydaje koktajl, w większości dla tych, którzy nie zostali zaproszeni na konferencję do Brukseli.

- Czyli konkretnie dla kogo? - zapytał Blake.

- Dla tych wszystkich oficjeli drugiego sortu, jakich pełno w każdej ambasadzie w Londynie, panie majorze.

- Rozumiem. Ale ja nie jestem majorem, Wietnam skończył się dawno temu.

- Jak się było w piechocie morskiej, to się jest w niej do śmierci, panie majorze. Mój ojciec służył w Wietnamie, a mój dziadek w Afryce Północnej i zdobywał Normandię.

- Muszą być z pana dumni. Zresztą ten Krzyż Marynarki Wojennej mówi sam za siebie.

- Bardzo dziękuję. Powiadomię ambasadora, że pan przyszedł.

Blake nalał sobie szkockiej z karafki stojącej na stoliku i podszedł powoli do okna wychodzącego na taras, spoglądając na Grosvenor Square i mokre od deszczu ulice, błyszczące w świetle latarni. Stał pod niewielkim daszkiem, wdychając świeże powietrze i smakując alkohol, gdy nagle otworzyły się drzwi. Odwrócił się i ujrzał w nich ambasadora, Franka Marsa, z którym przyjaźnił się od lat. Razem, jako młode chłopaki, służyli w Wietnamie. Mars podszedł do niego i mocno uścisnął mu dłoń.

- Dobrze cię widzieć, Blake, choć muszę przyznać, że sprawiłeś mi niespodziankę. Myślałem, że poleciałeś z prezydentem do Brukseli.

- Wiesz, na początku nie planowałem przyjazdu, ale prezydent uznał, że jego spotkanie z premierem i prezydentem Putinem może jednak dotyczyć również i mnie, więc zdecydował, że z nim polecę. Jeszcze dzisiaj spotkam się z Charlesem Fergusonem i razem tam się wybierzemy.

Charles Ferguson był szefem grupy do zadań specjalnych, zwanej nieraz "prywatną armią premiera". Blake przeprowadził z nim wiele różnych operacji, których zresztą było ostatnio coraz więcej.

Mars ponownie napełnił szklanki i stanął obok Blake'a, patrząc na plac.

- Znam to miejsce od tylu lat, a od niedawna muszę patrzeć na te ohydne betonowe bloki, które nas niby chronią. Wiesz co, terroryści dokonali tego, czego nie udało się Ruskom w czasach zimnej wojny.

- Nie wspominaj, proszę, o zimnej wojnie - powiedział Blake. - To wszystko, co dzieje się teraz, te lata konfliktów, te atomowe łodzie podwodne, ten cały rak komunizmu, Zachód przeciwko Wschodowi, to wszystko przecież przez nią.

- Źle zrobiliśmy w Berlinie w 1945 - stwierdził smutno Mars - pozwalając Ruskim zająć to miasto. To właśnie wtedy poczuli po raz pierwszy, że mogą po nas jeździć. Pamiętam swoją pierwszą podróż do Berlina Wschodniego. Ta ich pogarda i poczucie pewności siebie wisiały w powietrzu.

Blake wskazał ręką posąg Eisenhowera stojący na cokole po lewej stronie placu.

- A co o nim myślisz? W końcu to on, Roosevelt i Winston Churchill są za to odpowiedzialni.

- Nie zapominaj, że Stalin też miał tam sporo do powiedzenia - zaznaczył Mars.

Blake pokiwał głową.

- A teraz mamy Władimira Putina. Myślisz, że zimna wojna wróci?

Frank Mars położył mu rękę na ramieniu.

- Blake, przyjacielu, nie tylko wróci, ona już wróciła. Od kiedy Putin został prezydentem Federacji Rosyjskiej, powoli realizuje swój plan. Widzimy tylko, jak odkrywa go po trochu i że ma na niego pieniądze z gazu i ropy. Moim zdaniem on jest w stanie zrobić wszystko. I jest w nim coś jeszcze, co sprawia, że jest bardziej niebezpieczny, niż się można spodziewać.

- Co takiego?

- To prawdziwy patriota. - Mars dopił drinka. - Ale nie mówmy już o tym. Chodź, przedstawię cię moim gościom.

* * * *

Goście ambasadora okazali się rzeczywiście mniej znaczącymi osobistościami i byli to głównie pomniejsi attaché. Ważniejsze osoby albo już były w Brukseli, albo dopiero tam leciały. Po krótkiej rozmowie z kilkoma dyplomatami Blake stanął w rogu sali, szybko dołączył do niego Mars.

- Rozumiem, że jeśli dzisiaj lecisz dalej, to nie nocujesz w naszym apartamencie na South Audley Street.

- Zgadza się. Mam spakowany bagaż i jestem już umówiony z Seanem Dillonem i Billym Salterem. Mają mnie podwieźć na Farley Field, gdzie będzie czekał Ferguson.

- O, czy to znaczy, że Ferguson pozwolił młodemu Salterowi zostać agentem?

- Rzeczywiście. Ferguson musiał pewnie wyczyścić całą jego kryminalną przeszłość, żeby dopuścić go do grupy. On i Dillon tworzą niezły zespół.

- Pewnie tak. Gangster z East Endu i najniebezpieczniejszy bojownik, jakiego kiedykolwiek miała IRA. To dopiero połączenie!

Gdy tak rozmawiali, Blake zauważył, że obserwuje ich mężczyzna o słowiańskich rysach, ubrany w elegancki garnitur i z wyrazem niezwykłego podekscytowania na twarzy. Widać było, że już wypił sporo alkoholu, ale nadal co chwilę brał z tac noszonych przez kelnerów kolejny kieliszek.

Mars przysunął się do Blake'a i szepnął:

- To pułkownik Borys Łuskow, główny attaché do spraw gospodarczych w rosyjskiej ambasadzie. Jednocześnie jest szefem komórki GRU. Oni zawsze są kimś więcej, niż mają napisane na wizytówce. Chcesz zamienić z nim słowo?

- Jeśli muszę.

Mars pomachał ręką, Łuskow przełknął kolejną wódkę i podszedł do nich z wyciągniętą ręką, przymilnie uśmiechnięty.

- To wielki zaszczyt, panie ambasadorze.

- Borys, myślałem, że jesteś w Brukseli.

- Co robić, Bruksela jest zarezerwowana dla ważniejszych niż ja - powiedział i spojrzał pytająco na Blake'a.

- Pan Johnson leci właśnie dziś wieczorem do Brukseli. Zdaje się, że bez niego nasz prezydent nie porozmawia z twoim szefem.

- Blake Johnson? Pańska sława dociera znacznie wcześniej niż pan. - Łuskow uścisnął rękę Johnsona spoconą i lekko drżącą dłonią.

- Tak, choć można powiedzieć, że to będzie jakby kolejny dzień w biurze - odparł Blake, mając już dosyć tego człowieka. - Bardzo przepraszam. Frank, jeszcze raz dziękuję za propozycję noclegu. Następnym razem na pewno się u ciebie zatrzymam.

- Oczywiście.

Łuskow patrząc, jak Blake schodzi do szatni po płaszcz, usunął się w kąt sali i wyjął z kieszeni telefon.

- Jedzie do ambasady, teraz. Tak. Ruszajcie. - Rozłączył się i zbiegł na dół.

* * * *

Blake podziękował w recepcji ambasady za propozycję podwiezienia, wziął parasol i zszedł po schodach. Wyszedł na plac i skręcił w kierunku South Audley Street. Po drodze zadzwonił do Seana Dillona, który siedział obok Billy'ego kierującego aston martinem należącym do jego wuja, Harry'ego Saltera.

- Gdzie jesteś? - zapytał Sean.

- Idę do ambasady. Mam ochotę się przejść, bo lubię deszcz, rozumiesz. Lubię miasto w deszczu.

- Ale jesteś głupi. Przecież wiesz, że wszyscy ciebie znają. W ambasadzie nie wydarzyło się nic podejrzanego?

- W sumie nie, ale był tam gość o nazwisku Borys Łuskow. Jak się dowiedziałem, szef tutejszej GRU.

- Idiota - skwitował Sean. - Nie pomyślałeś, że od momentu, w którym tu wylądowałeś, GRU chodzi za tobą krok w krok? - I rozłączył się.

- Gdzie on jest? - zapytał Billy, ściągając czapkę.

- Niedaleko ambasady. Jedź najszybciej, jak możesz. Może nawet go wyprzedź. Teraz prosto tą uliczką i skręć tam. Ktokolwiek ma złe zamiary, pewnie zaparkował niedaleko. Ja idę, jak chcesz, to chodź ze mną. Masz sprzęt przy sobie?

- A jak myślisz?

Wysiedli i zaczęli iść obok zaparkowanych samochodów, wyprzedzając Blake'a, który szedł pod parasolem. Obydwaj całkowicie go zignorowali, skręcili za budynek i zauważyli wolno jadący mały samochód. Dillon wyją! z kieszeni waltera z tłumikiem, złapał za drzwi jadącego samochodu i zrównał z nim krok. Samochód jednak nie zwolnił, więc otworzył drzwi i wskoczył do środka. Siedziało w nim dwóch mężczyzn. Pasażer trzymał w ręku browninga, więc Dillon wytrącił mu go z ręki, chwilę później pojawił się Billy, otworzył drugie drzwi i zabrał kierowcy colta wetkniętego za pasek.

- Co jest? Co to jest? - protestował kierowca, ale widać było, że udawał głupiego.

- Nie lubię mieć do czynienia z baranami - powiedział Billy. - A ty?

- Całkowicie - odrzekł Dillon.

W tym momencie zza rogu wyszedł Blake.

- Co się dzieje? - zapytał.

- Kolejny osioł. Idź dalej i weź bagaże, spotkamy się po drodze - nakazał mu Dillon. - No idź już.

- Miałem towarzystwo? Wiedziałem, że mogę na was polegać. - Uśmiechnął się szeroko i wszedł do budynku.

- Rozważcie obydwaj swoje położenie - powiedział Dillon, mężczyźni z ociąganiem wyprostowali ręce.

Billy sprawnie ich obszukał i znalazł plik banknotów pięćdziesięciofuntowych.

- Razem dwa tysiące. Musiało być więcej. Na sto procent.

Dillon przystawił pistolet do ucha pierwszemu z mężczyzn.

- Kto wam to zlecił?

- Wypchaj się - odpowiedział pasażer z londyńskim akcentem. Kierowca milczał.

- Głupota i arogancja to śmiertelne połączenie. - I odstrzelił facetowi pół lewego ucha.

Mężczyzna zaczął na przemian kląć i jęczeć.

- Jeśli chcesz jeszcze móc założyć kolczyk w drugie, to gadaj - zagroził Dillon. - Włożył dwa tysiące w kieszeń gościa. - Zabieraj to sobie i mów, kto wam zlecił robotę.

- George Moon - odrzekł temten, sapiąc. Prowadzi pub Harvest Moon na Trenchard Street w Soho. Zleca różne fuchy.

- Te brudniejsze też, co? Pewnie siedzi w tym gównie po uszy.

- A jemu kto zlecił? - Billy zwrócił się do kierowcy. - Czy też nie wiecie?

- Jakiś Rusek. Moon powiedział, że nazywa się Łuskow. Spotkał się z nami w pubie w Kensington przy High Street, niedaleko rosyjskiej ambasady.

- I chodziło o zabicie Blake'a Johnsona?

- Mniej więcej.

- Spadać. Najlepiej prosto do szpitala - powiedział Dillon, podając mu chusteczkę.

Po chwili już ich nie było.

- Hojny jesteś, zostawiłeś im dwa kawałki - powiedział Billy.

- Kto smaruje, ten jedzie, Billy. Mały ból, mała nagroda.

W drzwiach hotelu pojawił się Blake z torbami. Zszedł i wkładając je do bagażnika, zapytał:

- Są ofiary?

- No tak to my nie działamy!

- Kto to był? - zapytał Blake.

- Jacyś frajerzy zatrudnieni przez Łuskowa.

- Ciekawe. No, ale nie wymyślił tego sam.

- Nie przejmuj się - powiedział Billy. - Jeszcze się nim zajmiemy. I to z dziką rozkoszą.

Ruszyli. Dillon zapalił papierosa i wyciągnął się na siedzeniu.

- Grzej na Farley Field, Billy. Ferguson nie będzie zadowolony, jeśli Blake się spóźni.

* * * *

Deszcz lał jak z cebra. Piloci Fergusona, major Lacey i kapitan Parry, kręcili się przy samolocie, tymczasem generał popijał kawę i whisky, stojąc przy oknie niewielkiego pawilonu. Patrzył w deszcz i rzeczywiście nie był zadowolony.

- Spóźniliście się.

- Cóż, jeśli to może zdjąć z generalskiej twarzy wyraz niezadowolenia, to mamy bardzo ciekawe informacje - odpowiedział Dillon.

Ferguson zmienił się w jednej chwili.

- Co się stało?

- Dwóch dżentelmenów o zdecydowanie nieprzyjaznych zamiarach chciało przenieść Blake'a w zaświaty.

- Mów wszystko po kolei. Billy, przynieś mi jeszcze jednego drinka. - Ferguson napił się whisky i słuchał opowieści, zaś Blake stał obok i wytrzeszczał oczy. - Chcę się dowiedzieć, o co tu chodzi? Jakiś mocno podrzędny pułkownik pracujący dla rosyjskiego wywiadu wojskowego chce ustrzelić najważniejszego człowieka od bezpieczeństwa prezydenta USA i wszystko, co mu się udaje, to wynajęcie jakichś niedojdów? Oj, poleci czyjaś głowa.

- Pewnie - stwierdził Billy. - Ale co to ma do nas?

- Musimy dowiedzieć się, kto to zlecił Łuskowowi, ale zaczekamy z tym do mojego powrotu. Będę za cztery dni. Putin leci z Brukseli do Niemiec, a premier z prezydentem będą w tym czasie starać się nalać Francji oleju do głowy.

- Z tymi Francuzami to chętnie sam bym im pomógł - mruknął Billy.

- Bardzo śmieszne. Mam dla was tymczasem inną robotę. Dostaliśmy informację, że w ciągu następnych dwudziestu czterech godzin może tu przylecieć paru nieprzyjemnych gości. Nie wiem, kto i skąd, ale sprawdzić trzeba. Sean, znasz sporo ludzi z widzenia, jedź z Billym na Heathrow i przetrzepcie kontrolę paszportową, popatrzcie, kto przylatuje z podejrzanych miejsc. Siedzą tam co prawda nasi ludzie, ale oni nie mają takiego doświadczenia i nosa jak wy.

Dillon skinął głową.

- Jest już późno - powiedział Blake - musimy lecieć, generale. - Wstał i ruszył w kierunku samolotu, a Ferguson powiedział:

- Gdyby coś się działo, poślę gulfstreama z powrotem. Użyjcie go, gdybyście potrzebowali. Zajrzyjcie też do kryjówki w Holland Park. Major Roper ma nowy sprzęt komputerowy i bezpośrednie połączenie z satelitami. Mocna rzecz - spodoba się wam. I jest tam Greta, dla niej to też będzie ciekawe doświadczenie.

Generał mówił o major Grecie Nowikowej, Rosjance, służącej do niedawna w armii rosyjskiej, wcześniej działającej w Czeczenii i Iraku. Pewne okoliczności sprawiły, że zdecydowała się na współpracę z Fergusonem.

Drzwi się zamknęły, samolot ruszył w kierunku pasa startowego, więc Billy z Dillonem wsiedli do samochodu i odjechali. Po chwili Dillon zadzwonił do Harry'ego Saltera, który siedział w swoim pubie Dark Man.

- Jesteś sam?

- Są tu Roper i Greta, i to już wszyscy. Walczymy ze stekami, a sierżanci Henderson i Doyle wcinają w budce rybę z frytkami. Mają na sobie najlepsze cywilne ciuchy i starają się nie wyglądać na żandarmów. Ale słabo im to idzie. Przyjeżdżacie?

- Nie, ale możesz coś dla mnie zrobić.

- Mów.

- Powiedz Roperowi, że Łuskow kręcił się po ambasadzie. Pił strasznie.

- Tiaa. Nie należy w takich sytuacjach podchodzić do niego z ogniem. To głupek.

- Tak, jednak ten głupek zdołał zgarnąć kilku bandziorków, żeby załatwili Blake'a, który bez sensu i w deszczu poszedł na piechotę South Audley Street. Głupio zrobił, bo doskonale wiedział, że sezon łowiecki na niego jest zawsze otwarty.

- Na pewno. I co się wydarzyło?

- Właściwie niewiele. Załatwiliśmy to z Billym małą, delikatną perswazją, która skończyła się tylko tym, że jeden z nich nie ma połowy ucha. Ale całość wymyślił Łuskow, a nasz stary znajomy George Moon ich wynajął. Zapłacił im pewnie ze dwa kawałki. - Dillon opowiedział Harry'emu resztę.

- George Moon? Nie zdawałem sobie sprawy, że on jeszcze dycha. Miał fajniutką dziewczynę w pubie, Ruby. Ona była w porządku, on już nie. Dobra, załatwione. To przyjeżdżacie?

- Nie, Ferguson dał nam zadanie do wykonania.

- No to bawcie się dobrze. - Harry rozłączył się i kiwnął do swoich ochroniarzy, Joe Baxtera i Sama Halla. - Nalejcie mi dużą szkocką. Greta, masz ochotę na wódkę?

Greta Nowikowa była nader atrakcyjną kobietą. Nosiła na sobie czarną jedwabną bluzkę, spodnie i buty do kolan. Włosy, sięgające ramion, miała związane.

- Dlaczego nie...

- Dużą?

- Dla Rosjan nie ma innej.

- Pewnie tak. Co dla majora?

Roper siedział w swoim wózku ubrany w marynarską kurtkę z podniesionym kołnierzem, który zakrywał jego pooraną bliznami twarz. Nawet nie zdążył otworzyć ust, gdy Dora wniosła drinki na tacy.

- Dziękuję, Dora - powiedział Harry. - Co my bez ciebie zrobimy? Dora wraca do siebie za dwa tygodnie, do Australii - wyjaśnił. - Córki czekają. Może więcej nie przyjechać. Twoje zdrowie, Dora.

Greta wypiła do dna.

- Dopij swoją whisky. Widzę przecież, że już chcesz wrócić do swoich maszyn. Zawsze z nim tak jest - zwróciła się do reszty. - Je kanapki, pije butelkę szkockiej dziennie, pali, prawie w ogóle nie śpi i tylko patrzy w te swoje ekrany.

- Tak - stwierdził Roper. - To się nazywa życie.

- To chodźmy, panowie. Harry, jedziemy. - Greta wyszła do sierżantów.

Henderson i Doyle podprowadzili Ropera na wózku inwalidzkim do specjalnie przystosowanego minibusa, załadowali go i za chwilę wszyscy jechali do Holland Park.

- Jeszcze jednego, szefie? - zapytał Baxter.

Harry pokręcił głową.

- Nie, dzięki, mamy coś do załatwienia. Pamiętacie George'a Moona?

- Jasne. I jego chłoptasia, Wielkiego Harolda - odparł Baxter. - Kilka lat temu chcieli wepchnąć Ropera z wózkiem pod samochód.

Sam Hall się roześmiał.

- Pamiętam, major strzelił wtedy Haroldowi w kolano, a Moonowi w udo. Policji powiedzieli, że ich napadli, ale gliny nie miały wtedy dla nich współczucia.

- A o co teraz chodzi?

- George Moon wynajął w imieniu jednego ruskiego fagasa, który nie lubi Dillona i Billy'ego, dwóch gości, żeby sprzątnęli Blake'a Johnsona. I to za marne dwa kawałki.

- Ktoś oberwał? - zapytał Baxter.

- Jeden z nich stracił pół ucha, a drugi wszystko wyśpiewał Dillonowi.

- Czyli George Moon ma kłopoty.

- Można tak powiedzieć. - Harry wstał. - To jedźmy zobaczyć, co słychać w jego Harvest Moon, miejscu słynnym z tego, że zamiast piwa leje się tam szczyny. Pamiętajcie, żeby nie jechać z pustymi rękami.

* * * *

Ulica Trenchard Street wyglądała, jakby ją przeniesiono z czasów wiktoriańskich, a pub Harvest Moon jeszcze bardziej. Podjechali pod niego uliczką wybrukowaną kocimi łbami. Nad drzwiami pubu pobłyskiwał metalowy półksiężyc.

- Zaczekaj w samochodzie. Możesz być tu potrzebny - powiedział Harry do Sama Halla i wysiadł z Baxterem.

Hall przytaknął, zapalił papierosa i czekał. Drzwi pubu otworzyły się i usłyszeli szorstki głos:

- Mówiłem, żebyś zamknęła.

Ruby Moon wyszła na deszcz, zakładając kurtkę. Wielki Harold wyszedł za nią i złapał ją za włosy, aż krzyknęła z bólu.

- Czekaj, zaraz będziesz wrzeszczała naprawdę - powiedział, a potem dwa razy uderzył ją w twarz. - Tobie się przyda prawdziwa szkoła. Zaraz dostaniesz za swoje.

Harry przechylił się do Joego Baxtera.

- Patrz. Małpolud przybył, żeby polować na ludzi. I jeszcze leje kobiety.

Harold szarpnął dziewczynę, która zaczęła płakać ze złości.

- Ale nie uda mu się - powiedział Harry. - Zdjął płaszcz i okrył ją. - Wiesz, kim jestem?

Przestała płakać.

- Chyba tak.

- A może znasz mojego bratanka, młodego Billy'ego?

- Jeśli jest tym, o którym myślę, to tak.

- To dobrze. Idź do pokoju, weź, co jest niezbędne, włóż do jakiejś torby i wracaj. Resztę zabierzesz kiedy indziej. Dora odchodzi z mojego pubu, Dark Man w Cable Wharf, a ty możesz go przejąć. Pośpiesz się.

- A ten bydlak? Nie puści mnie.

- No tak, zapomniałem o nim.

Harry wyciągnął rękę do Baxtera, który podał mu colta z tłumikiem, i gdy Wielki Harold próbował wejść do środka, przestrzelił mu udo. Harold upadł na schody.

- Daj mu jakiś ręcznik - powiedział. - I pośpiesz się, dziewczyno.

Pobiegła szybko na górę.

George Moon oglądał całe zajście przez półotwarte drzwi i gdy Harry wszedł do niego, zobaczył gabinet pełen regałów z książkami. Moon był niewysokim, łysawym i ogólnie antypatycznie wyglądającym facetem. Poza tym strasznie się pocił. Wrócił za biurko i opadł ciężko na fotel.

- Harry, stary przyjacielu, to naprawdę ty?

- Stary przyjacielu? Chyba ci odbiło!

Salter położył colta na biurku i podszedł do kredensu.

- Whisky, dużą. Joe, jak masz ochotę, to sobie też nalej.

- Jasne - powiedział Baxter.