Zabójcza sieć - Mike Omer

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Jeżeli ist­nieje jeden powód, dla któ­rego warto być męż­czy­zną, to jest nim moż­li­wość sika­nia do butelki. Śled­cza Han­nah Shor nie po raz pierw­szy dzi­wiła się, jak to moż­liwe, że mamy rok 2016, a w kwe­stii sika­nia do butelki kobiety na­dal tkwią w mro­kach śre­dnio­wie­cza. W ostat­nim stu­le­ciu ludz­kość poczy­niła nie­by­wałe postępy. Wyna­le­ziono tele­wi­zory, kuchenki mikro­fa­lowe, kli­ma­ty­za­cję, inter­net, apli­ka­cje rand­kowe... A mimo to pod­czas obser­wa­cji wciąż lepiej być męż­czy­zną, bo można się wysi­kać w dowol­nej chwili.

Prze­su­nęła się tro­chę, pró­bu­jąc zna­leźć pozy­cję, w któ­rej nie mia­łaby wra­że­nia, że sie­dzi na wła­snym pęche­rzu.

CHRUP!

Rzu­ciła okiem na Ber­narda, który wolno pogry­zał kolej­nego chipsa. Zgar­biony nad kie­row­nicą, gapił się pro­sto przed sie­bie i nie spra­wiał wra­że­nia, żeby cokol­wiek mu doku­czało. O ile wie­działa, z przy­jem­no­ścią sie­dział tu na zim­nie, chru­pał chipsy ziem­nia­czane i wcale nie marzył o nowo­cze­snej toa­le­cie. Jego ciemna ręka wycią­gnęła z torby kolej­nego chipsa. Prze­pa­dał za nimi, tym bar­dziej więc Han­nah nie mogła się nadzi­wić, jakim cudem pozo­sta­wał w tak dobrej for­mie. Widocz­nie miał szybką prze­mianę mate­rii. Chu­dzi zawsze tak odpo­wia­dają na pyta­nie, jak to moż­liwe, że są tacy szczu­pli. "Nie robię nic spe­cjal­nego, po pro­stu mam szybką prze­mianę mate­rii". Zupeł­nie jakby to była cho­roba, na którą nie­stety zapa­dli.

CHRUP!

Ponow­nie zlu­stro­wała wzro­kiem ulicę. Nie­zbyt pocią­ga­jące miej­sce, zwłasz­cza po pół­nocy. Ich oto­cze­nie oświe­tlała tylko jedna latar­nia. Wszyst­kie budynki były z taniej czer­wo­nej cegły, nie­otyn­ko­wane i pozo­sta­wione same sobie, by zapusz­czone popa­dły w ruinę. Ozda­biały je liczne rury, druty oraz zardze­wiałe schody ewa­ku­acyjne; splą­tane ze sobą, two­rzyły labi­rynt bez widocz­nego wej­ścia czy wyj­ścia. Na pozba­wio­nym odpływu pod­łożu zale­gały kałuże i sączyły się małe stru­myki wody. Wokół radio­wozu stały zapar­ko­wane dzie­siątki zachla­pa­nych bło­tem pojaz­dów; nie­które wyglą­dały, jakby nie ruszano ich od lat. Zaułek po dru­giej stro­nie ulicy był jesz­cze brud­niej­szy, z nie­opróż­nio­nych kon­te­ne­rów wysy­py­wały się śmieci, a wszę­dzie walały się tłu­ste opa­ko­wa­nia po jedze­niu, powie­wa­jące wolno na wie­trze.

Ktoś sza­le­nie dow­cipny nie­dawno prze­szedł tą ulicą i pal­cem nary­so­wał fiuta na wszyst­kich brud­nych oknach samo­cho­dów. Jakość jego pracy była marna, Han­nah nie miała wąt­pli­wo­ści, że sama spi­sa­łaby się znacz­nie lepiej.

Podej­rze­wała, że zapo­wiada się kolejna klapa. Tego wie­czoru crack nie przej­dzie z rąk do rąk, nie będzie aresz­to­wań, żad­nej akcji. Tylko pełne pęche­rze, napię­cie i...

CHRUP!

Sły­sząc to, omal nie pod­sko­czyła. Jak, do cho­lery, ma się sku­pić na obser­wa­cji, skoro ten hałas nie­ustan­nie wdziera się w jej myśli? Trudno o rów­nie wstrętny, wku­rza­jący dźwięk... przy­naj­mniej w wyko­na­niu Ber­narda, który chru­pał tak, jakby chciał coś zade­mon­stro­wać. Zupeł­nie jak gdyby radość z jedze­nia chip­sów pole­gała na jak naj­gło­śniej­szym miaż­dże­niu ich mię­dzy...

CHRUP!

- Ber­nard!

- Co? - Spiął się i rozej­rzał, szu­ka­jąc powodu, dla któ­rego wykrzyk­nęła jego imię.

- Zjedz jesz­cze jed­nego chipsa, a wsa­dzę ci tę torbę w dupę!

Ber­nard zamru­gał.

- A co, też chcesz?

- Nie!

- Nie ma sprawy. - Roz­wa­żał to w myślach. - Dobre są, naprawdę. To Cre­amy Gar­lic Caesar. Lubię ten posmak czosnku.

- Ja nie chcę żad­nych chip­sów. Po pro­stu nie zno­szę tego dźwięku, który wyda­jesz, kiedy je chru­piesz.

- Nie ja wydaję te dźwięki, tylko chipsy. Chrzęst chip­sów w zębach to ich przy­ro­dzona cecha. To odgłos świad­czący o ich ist­nie­niu. Chipsy ziem­nia­czane stwo­rzono po to, żeby...

- Zamknij się - prze­rwała mu Han­nah. - Jest.

Oboje zamil­kli, patrząc przed sie­bie. Ulicą szedł zwa­li­sty facet w płasz­czu i włócz­ko­wej czapce, z rękami w kie­sze­niach. Han­nah przy­glą­dała mu się uważ­nie, szu­ka­jąc wybrzu­sze­nia w jego spodniach albo pod płasz­czem. Czy jest uzbro­jony? Nic na to nie wska­zy­wało. Ale też nie poru­szał się czuj­nie, kro­kiem typo­wym dla doświad­czo­nego han­dla­rza nar­ko­ty­ków.

- Bo ja wiem? - szep­nęła. - Nie wygląda na faceta, któ­rego nam opi­sał ten gan­gus, no nie?

Ber­nard wzru­szył ramio­nami.

- Ten gan­gus to debil. Jak z nim gada­li­śmy, był tak nawa­lony, że to cud, że w ogóle potra­fił podać jakiś opis. Z jakiego powodu ktoś miałby łazić w tej oko­licy w samym środku nocy?

Męż­czy­zna zatrzy­mał się i rozej­rzał. Han­nah i Ber­nard ani drgnęli. Ich nie­ozna­ko­wany dodge char­ger był jed­nym z wielu samo­cho­dów par­ku­ją­cych przy kra­węż­niku, a w środku pano­wała cał­ko­wita ciem­ność. Prak­tycz­nie rzecz bio­rąc, para śled­czych była nie­wi­doczna.

Męż­czy­zna wszedł do zaułka, oparł się o ścianę i zapa­lił papie­rosa.

- No i widzisz? - Ber­nard bły­snął zębami w uśmie­chu. - Już możemy go zwi­nąć. Za włó­czę­go­stwo.

- Nie rób z sie­bie idioty - burk­nęła Han­nah. Serce jej łomo­tało. Bar­dzo potrze­bo­wała tego aresz­to­wa­nia. Cały czas czuła, że jej dni są poli­czone, że komen­dantka Dougherty i kapi­tan Bailey zasta­na­wiają się, czy zasłu­guje na swoją pen­sję. A odkąd przed mie­sią­cem dała ciała, było jesz­cze gorzej... Przez pomyłkę ujaw­niła dzien­ni­karce infor­ma­cje ze śledz­twa, nara­ża­jąc przy­nętę, przy pomocy któ­rej chcieli zwa­bić seryj­nego zabójcę. Ten błąd prze­śla­do­wał ją bez prze­rwy, aż nabrała wąt­pli­wo­ści, czy w ogóle nadaje się do jed­nostki. A teraz pró­bo­wała przy­po­mnieć sobie i prze­ło­żo­nym, dla­czego w ogóle dostała awans do docho­dze­niówki.

- Wylu­zuj - powie­dział, jak zawsze spo­koj­nie, Ber­nard. - Za chwilę będziemy mieli kon­kretny powód, żeby go posa­dzić.

- Jasne. - Han­nah znów prze­su­nęła się na sie­dze­niu. Chciała, żeby ten kupu­jący wresz­cie tu dotarł. Powoli zamie­niała się w jeden wielki, nie­sa­mo­wi­cie wraż­liwy pęcherz.

Śled­czy w mil­cze­niu wyglą­dali na zewnątrz. Męż­czy­zna palił papie­rosa wolno, spo­koj­nie. Nagle Han­nah też zapra­gnęła zapa­lić. Rzu­ciła pale­nie trzy lata temu, na­dal jed­nak nacho­dziła ją chęć na dymka - po solid­nym posiłku, po sek­sie i kiedy się dener­wo­wała. A była zde­ner­wo­wana jak cho­lera. Poza tym koniecz­ność wysi­ka­nia się nie poma­gała. Ale pal licho sika­nie, zosta­nie tu do świtu, jeśli dzięki temu...

Jej oko zare­je­stro­wało jakiś ruch. Dotknęła ramie­nia Ber­narda, wska­zu­jąc pal­cem.

Do zaułka zbli­żał się męż­czy­zna w brud­nych, podar­tych ciu­chach. Jego ruchy były nie­spo­kojne, nie szedł nor­mal­nie, tylko sta­wiał kroki, jakby miał drgawki. Gdy mijał ich samo­chód, Han­nah dostrze­gła na jego wysu­szo­nych ustach kilka czar­nych plam. Widy­wała już ćpu­nów pro­wa­dzą­cych cał­ko­wi­cie nor­malne życie, mają­cych stałą pracę i szczę­śliwe rodziny. Wie­działa, że ćpuny wystę­pują w naj­roz­ma­it­szych posta­ciach. Ten miał postać kogoś, czyj wygląd i zacho­wa­nie na pierw­szy rzut oka zdra­dza ćpuna.

Pod­szedł do męż­czy­zny w zaułku i coś powie­dział. Tam­ten ski­nął głową. Ćpun wrę­czył mu zmięty bank­not, który trzy­mał w zaci­śnię­tej pię­ści. Ten drugi wziął pie­nią­dze, pogrze­bał głę­boko w kie­szeni i wyjął nie­wielki, ciemny przed­miot. Gme­rał przy nim przez chwilę, po czym dał ćpu­nowi coś maleń­kiego.

- Ruszamy - szep­nęła Han­nah. Jed­no­cze­śnie otwo­rzyli drzwi radio­wozu. Zamki szczęk­nęły cichutko, ledwo dosły­szal­nie... ale tyle wystar­czyło. Diler i ćpun odwró­cili głowy, rzu­cili okiem na parę śled­czych i dali nogę.

Ber­nard wycią­gnął pisto­let.

- Stać! Poli­cja! - krzyk­nął.

Roz­bie­gli się w prze­ciw­nych kie­run­kach - diler pognał do zaułka, a ćpun ulicą. Han­nah nie zaj­mo­wała się ćpu­nem, sku­piła się na han­dla­rzu. To był ich cel. Wycią­gnęła pisto­let i popę­dziła za nim; sły­szała, jak za jej ple­cami Ber­nard drze się do radia, zgła­sza­jąc pościg.

Ulica nie była sze­roka, Han­nah w sekundę zna­la­zła się po dru­giej stro­nie, ale diler był już w poło­wie ciem­nego zaułka. Zadzia­łały jej odru­chy, spo­glą­dała przed sie­bie, wypa­tru­jąc moż­li­wych zagro­żeń. Brak świa­tła w cia­snej prze­strzeni; mógł tam cze­kać jego wspól­nik. Alejka była wąska, nie dawała pola manewru. W ścia­nach tu i tam wid­niały drzwi, mogły to być drogi ucieczki dla prze­stępcy. A jed­nak, nie zwal­nia­jąc, wpa­dła do zaułka ze świa­do­mo­ścią, że Ber­nard ją osła­nia. Po obu stro­nach wzno­siły się wyso­kie ściany.

Diler pchnął duży pojem­nik na śmieci, a ten prze­wró­cił się za nim i poto­czył; dono­śny hur­got odbi­jał się echem w cia­sno­cie zaułka. Han­nah prze­sko­czyła nad kubłem i lądu­jąc, pośli­znęła się na śmie­ciach. Zła­pała rów­no­wagę i bie­gła dalej. Sły­szała, jak Ber­nard klnie za jej ple­cami, ale nie miała czasu się odwra­cać. Potknął się o pojem­nik? Coś mu się stało? A może prze­kli­nał dla­tego, że męż­czy­zna się odda­lał? Han­nah wyrzu­ciła te myśli z głowy, a diler dotarł do końca zaułka, skrę­cił w prawo i znik­nął jej z pola widze­nia.

Co za głu­pota, że pozwo­lili mu zdo­być prze­wagę! Powinni byli lepiej zapla­no­wać zasadzkę, może posta­wić drugi samo­chód u wylotu zaułka. Ale kto by pomy­ślał, że cynk, jaki dostali, rze­czy­wi­ście się spraw­dzi? Gan­gus nie był wia­ry­god­nym kapu­siem. Zwy­kle pod­rzu­cał im nie­prze­my­ślane teo­rie, plotki zasły­szane w barach, a nawet pomy­sły, które wysma­żył na haju w swoim nie­mal obumar­łym mózgu.

Tym razem jed­nak cynk był praw­dziwy, a ich cel się wymy­kał. Han­nah dobie­gła do końca zaułka, skrę­ciła w prawo i z ulgą zoba­czyła, że jej diler wciąż ucieka. Jesz­cze go nie zgu­bili. Mało tego, wyglą­dało na to, że traci siły. Był gruby i bez kon­dy­cji. Han­nah szybko go doga­niała. Była wpraw­dzie niska, ale dbała o formę. Tre­no­wała pra­wie codzien­nie, w ciągu tygo­dnia prze­bie­gała dzie­siątki kilo­me­trów. Jej stopy bły­ska­wicz­nie śmi­gały po czar­nym chod­niku, bie­gła pochy­lona, nie spusz­cza­jąc wzroku z ple­ców prze­stępcy.

- Poli­cja! - krzyk­nęła. - Kładź się na ziemi! Ale już!

Diler oddy­chał z tru­dem, poty­kał się. Taki pie­szy pościg nie mógł trwać w nie­skoń­czo­ność. Tam­ten nie mógł wsko­czyć do odjeż­dża­ją­cego pociągu. Nie mógł wbiec na zatło­czony rynek i poprzew­ra­cać stra­ga­nów z owo­cami, by musiała ska­kać pośród toczą­cych się jabłek. Już tylko krótki sprint, z pięć­dzie­siąt metrów, nie wię­cej. Ponow­nie wzy­wa­jąc go do zatrzy­ma­nia się, Han­nah przy­go­to­wała się na zde­rze­nie. Wal­nęła w niego pra­wym bar­kiem, oba­la­jąc go na zie­mię.

Wrza­snął z zasko­cze­nia i bólu, piskli­wym gło­sem pasu­ją­cym raczej do dwu­na­sto­let­niej har­cerki niż do dwu­dzie­sto­pa­ro­let­niego han­dla­rza dra­gów.

Han­nah wyce­lo­wała w niego pisto­let.

- Ręce nad głowę! Już!

- Dobra, dobra! - krzyk­nął. - Nie strze­laj! Uno­szę ręce nad głowę, okej? Prze­srane!

Do Han­nah dołą­czył Ber­nard, także z pisto­le­tem w dłoni. Oboje bacz­nie przy­glą­dali się face­towi, kiedy powoli uno­sił ręce nad głowę. Ber­nard skuł go bez­ce­re­mo­nial­nie i pode­rwał na nogi.

- A ćpun? - spy­tała zasa­pana Han­nah.

Ber­nard pokrę­cił głową. Nie­ważne. Mieli tego, na któ­rym im zale­żało. Ber­nard obma­cał go, szu­ka­jąc ukry­tej broni, i zna­lazł w jego kie­szeni mały pojem­nik. Otwo­rzył go i wysy­pał zawar­tość na dłoń. W świe­tle latarni bły­snęły alu­mi­niowe opa­ko­wa­nia czter­na­stu okrą­głych table­tek.

Han­nah ode­tchnęła głę­boko. Patrząc na dilera i jego towar, nagle znów zdała sobie sprawę, że musi się wysi­kać, i to szybko.

- Ja tylko mówię, że nie musie­li­ście być tacy bru­talni, jasne? To była bru­tal­ność poli­cji, ot co. Mógł­bym was pozwać do sądu! Mógł­bym...

- Devin! - wark­nął Ber­nard. - Weź się, kurde, zamknij. Trzeba było nie ucie­kać, nie musie­li­by­śmy cię oba­lać na glebę. Pod­czas aresz­to­wa­nia dile­rów śled­cza Shor zwy­kle jest bar­dzo deli­katna.

- Nie jestem żad­nym dile­rem! - zapro­te­sto­wał podej­rzany. Sie­dział z tyłu samo­chodu. Nie­stety, osłona bez­pie­czeń­stwa dzie­ląca go od śled­czych na przed­nich sie­dze­niach nie była dźwię­kosz­czelna.

- Mia­łeś przy sobie czter­na­ście dzia­łek cracku. Na naszych oczach opchną­łeś jedną klien­towi - rzekł Ber­nard.

- Tylko się nimi chwa­li­łem. W ogóle bym ich nie opy­lił, w życiu. I nie nazy­waj mnie Devin.

- Jasne, że byś ich nie sprze­dał - prych­nął Ber­nard. - Prze­cież ty tylko poka­zu­jesz każ­demu swoją kokę. Ja tam poka­zuję zdję­cia swo­ich dzieci. No, ale każdy chwali się tym, co ma naj­lep­szego, prawda?

- No... wła­śnie. Poka­zy­wa­nie towaru nie jest nie­le­galne, co nie?

Ber­nard zer­k­nął na Han­nah. Pro­wa­dziła z pogodną miną, na jej ustach igrał nikły uśmie­szek. Miło było widzieć, że się uśmie­cha; ostat­nio rzadko jej się to zda­rzało. Była wiecz­nie wykoń­czona, wiecz­nie zła. Na chwilę bły­snęły zie­lone oczy, kiedy reflek­tory samo­chodu z naprze­ciwka oświe­tliły jej twarz. Była taka blada... czy ona w ogóle jadała cokol­wiek? Kasz­ta­nowe włosy miała w strą­kach, potar­gane. Gryzł się tym, mar­twił się o nią.

- Świet­nie jest widzieć, że naresz­cie się uśmie­chasz - rzu­cił, siląc się na obo­jętny ton.

- Wiesz, co jest świetne? - odparła, szcze­rząc zęby w uśmie­chu. - Publiczne toa­lety. Nie sądzisz, że są cudowne?

- Jasne. Są nie­sa­mo­wite. Sie­dzia­łaś tam... bo ja wiem...? Z dzie­sięć minut. Już myśla­łem, żeś się uto­piła.

Ber­nard wyj­rzał przez boczną szybę na pustą ulicę. Naprawdę nie ist­niał żaden roz­sądny powód, żeby o tak póź­nej porze krę­cić się po mie­ście. Na dwo­rze było lodo­wato. W samo­cho­dzie wła­ści­wie też było zimno jak cho­lera, a do zimy jesz­cze daleko. W taką noc jak ta facet powi­nien leżeć pod koł­drą z żoną, a nie wozić się samo­cho­dem z jakimś dile­rem.

W sumie Ber­nard zgo­dził się na tę obser­wa­cję tylko dla­tego, że bar­dzo zale­żało na tym jego part­nerce. Han­nah zawsze była okrop­nie zasad­ni­cza, tak że cza­sami róż­nicy w tem­pie ich pracy nie dawało się poko­nać. Przed mie­sią­cem, po całej tej histo­rii z Jova­nem Sto­ke­sem, zro­biło się jesz­cze gorzej. Ber­nard na okrą­gło pró­bo­wał prze­ko­ny­wać Han­nah, że nie powinna mieć do sie­bie pre­ten­sji. Ale - tak jak w przy­padku innych kobiet w jego życiu - rów­nie dobrze mógłby gadać do ściany. Widział, jak bar­dzo spięta była od tam­tej pory, cią­gle sta­rała się prze­kra­czać gra­nice wytrzy­ma­ło­ści, haro­wała po osiem­dzie­siąt godzin na tydzień, zapra­co­wy­wała się na śmierć. Jeśli to potrwa dłu­żej, będzie musiał coś z tym zro­bić.

- Zaraz się porzy­gam - ode­zwał się diler.

Ber­nard spoj­rzał na niego: tłu­sta, czarna twarz, na gło­wie nie­równa szcze­cina, pie­przyk na policzku... Straszny brzy­dal, pomy­ślał.

Ber­nard był bar­dzo przy­stojny. Wysoki, bar­czy­sty, ciem­no­skóry, z nie­na­gan­nie przy­strzy­żoną krótką brodą i gęstymi, czar­nymi wło­sami. W dzie­ciń­stwie wszy­scy mu powta­rzali, że kiedy doro­śnie, będzie łysy. Jego ojciec był łysy, łysi byli jego wujo­wie oraz dziad­ko­wie z obu stron. Świa­do­mość, że wkrótce wyły­sieje, nie dawała mu spo­koju. A jed­nak, choć dorósł, włosy na­dal trzy­mały się jego głowy. Prze­po­wied­nia oka­zała się nie­trafna, co jego rodzinę naj­wy­raź­niej dopro­wa­dzało do szału. Cią­gle mu powta­rzali, że kie­dyś się obu­dzi i zoba­czy, że wszyst­kie włosy zostały mu na poduszce. On jed­nak jakoś w to wąt­pił.

- Jedziemy na poste­ru­nek - powie­dział zatrzy­ma­nemu. - Wyrzy­gasz się w celi.

- Ej! - rzu­cił diler. - Czy to chipsy Gar­lic Caesar? - Wska­zał małą torebkę na pod­ło­dze.

- Ow­szem - przy­znał Ber­nard.

- Dobre są.

- A żebyś wie­dział, Devin.

- Dostanę tro­chę?

- Nie, Devin, nie dosta­niesz.

- Dla­czego cią­gle mówisz na mnie Devin?

- Bo tak masz na imię.

- Ja jestem Mikey.

- Nie wci­skaj nam kitu. Jesteś Devin Der­kins. Wiemy, jak się nazy­wasz.

- Devin Der­kins? To mój kum­pel. - Zatrzy­many uda­wał zasko­cze­nie. - Chwila. Wzię­li­ście mnie za Devina Der­kinsa? Ha! Zła­pa­li­ście nie tego, co trzeba! Devin ma grypę, pro­sił, żebym go zastą­pił... Zresztą nie­ważne. Macie nie tego, co trzeba! Puść­cie mnie!

Han­nah i Ber­nard poro­zu­mieli się wzro­kiem. To mogło skom­pli­ko­wać sytu­ację. Ber­nard widział, jak Han­nah zaci­ska zęby, zauwa­żył wście­kły błysk w jej oku. Wes­tchnął.

- Posłu­chaj, Mikey - powie­dział. - Mam to gdzieś. Zła­pa­li­śmy cię z czter­na­stoma dział­kami koki. I robi­łeś to w ramach przy­sługi dla kum­pla? No to dosta­łeś lek­cję. Kapu­jesz? Taką, że przy­jaźń i crack nie idą w parze.

- Ale zła­pa­li­ście nie tego, co trzeba!

- Nie przej­muj się, nie jeste­śmy wybredni.

Poje­chali na komendę, nie do miej­sco­wego aresztu. Mikey pew­nie jak naj­szyb­ciej powi­nien tra­fić za kratki, ale areszt mie­ścił się na obrze­żach mia­sta, więc musie­liby jechać tam teraz po nocy, żeby go zapusz­ko­wać, a rano wró­cić, by go prze­słu­chać. Nie uśmie­chało im się takie jeż­dże­nie tam i z powro­tem, posta­no­wili więc wpa­ko­wać go do celi na komen­dzie, prze­słu­chać rano, a potem wezwać ludzi sze­ryfa, żeby go odsta­wili do aresztu.

Zosta­wili samo­chód na par­kingu przed komendą, wycią­gnęli Mic­keya z tyl­nego sie­dze­nia, dopro­wa­dzili na poste­ru­nek i ruszyli pro­sto do wind.

- Możemy pójść scho­dami? - zapy­tał Mikey.

Ber­nard i Han­nah puścili to mimo uszu.

- W win­dach się dener­wuję. Raz utkną­łem w takiej na kilka godzin.

- To rze­czy­wi­ście mia­łeś prze­srane! - wark­nęła Han­nah.

- Cho­dze­nie po scho­dach to dobra gim­na­styka. - Mic­key nie ustę­po­wał.

- Jasne - par­sk­nął Ber­nard. - Widać, że ty nic tylko się gim­na­sty­ku­jesz.

Wsie­dli do windy i zwieźli go na dół, do celi. Ostry blask jarze­niówki oświe­tlał smutne pomiesz­cze­nie, gdzie pijacy, pro­sty­tutki, człon­ko­wie gan­gów i jesz­cze gorsi spę­dzali cza­sami noce w ocze­ki­wa­niu na roz­strzy­gnię­cie ich dal­szego losu. Kiedy wsta­nie słońce, część z nich trafi do aresztu. A część zosta­nie zwol­niona.

Pobyt tam w żad­nym razie nie nale­żał do przy­jem­no­ści, ale tej nocy było względ­nie pusto. W dyżurce sie­dział Richie, gapił się na moni­tory i popi­jał kawę. Ber­nard poczuł się, jakby nie pił kawy od tygo­dni. Z gorą­cego kubka buchała para. Cie­pło to kolejna rzecz, któ­rej Ber­nard nie czuł chyba od tygo­dni. Richie miał gęste, jasne wąsy, kom­plet­nie zakry­wa­jące mu górną wargę. W rezul­ta­cie odno­siło się wra­że­nie, że nie tyle pił kawę, ile moczył w niej wąsy.

- Hej! - rzu­cił Richie. - Co tam macie?

- To jest Mikey - odparł Ber­nard. - Zła­pa­li­śmy go z crac­kiem w kie­szeni.

- Aha. Okej. W celi sie­dzi tylko jeden gość. Far­ciarz, będzie miał nawet pry­czę, żeby się prze­ki­mać. - Richie wstał i ruszył do żela­znych drzwi wiel­kiej celi.

- Mikey, to ty? - zawo­łał ktoś zza kraty.

Zatrzy­many był wyraź­nie zado­wo­lony.

- Rufus? Kupa śmie­chu, spo­tkać cię aku­rat tutaj!

Kupa śmie­chu, pomy­ślał Ber­nard. Boki zry­wać.

Richie gme­rał przy zamku, tak zwi­chro­wa­nym, że otwar­cie go zawsze tro­chę trwało.

- Za co cię zgar­nęli, Mikey?

- Wzięli mnie za Devina.

- Za Devina Der­kinsa? Z głu­pim na łby się poza­mie­niali czy co? Ty nie jesteś Devin Der­kins.

- Prze­cież wiem, mówi­łem im to samo.

- Nawet go nie przy­po­mi­nasz. Devin jest wyż­szy i ma jaśniej­sze włosy.

- Wiem, czło­wieku, to też im mówi­łem.

- Poza tym on ma tatuaż. A ty, kurwa, nie masz tatu­aży.

- Wiem, Rufus. Zgar­nęli nie tego, co trzeba.

- A co u Devina? Dawno go nie widzia­łem.

- Zła­pał grypę. Mówię ci, nie­źle go roz­ło­żyła.

- Mar­nie. W zeszłym tygo­dniu moja sio­stra też miała grypę.

Richie otwo­rzył drzwi. Han­nah pchnęła Mikeya do celi, może tro­chę zbyt bru­tal­nie.

Odcho­dząc, sły­szeli dal­szą rado­sną wymianę zdań kum­pli, któ­rzy od dawna się nie widzieli.

- Za co cię wsa­dzili, Rufus?

- Przy­ło­ży­łem takiemu jed­nemu w barze.

- No nie! I za to cię aresz­to­wali?

- Nie znasz tych poje­bów? Jak nie zapeł­nią celi, czują się, jakby sami byli puści w środku.

Śled­czy wsie­dli do windy.

- Szlag! - Han­nah trza­snęła drzwiami kabiny. - Dali­śmy ciała, a tego na pewno nam nie potrzeba.

Ber­nard wzru­szył ramio­nami.

- Mamy faceta.

- Mamy faceta, ale nie tego, o któ­rego cho­dziło - odparła Han­nah. - Cho­lerny gan­gus! Powie­dział, że Devin Der­kins będzie tam dzi­siaj sprze­da­wał crack. Mówił, że Devin zawsze jest tam we wto­rek w nocy, że to jego teren i że to pewne jak dwa a dwa cztery.

- Wiesz, nawet dile­rzy idą cza­sami na cho­ro­bowe. Zgar­nę­li­śmy faceta, co miał przy sobie czter­na­ście dzia­łek. Kogo obcho­dzi, jak się nazywa?

- Mnie! To jego zwi­nę­li­śmy? Mikeya? Nie chcę żad­nego Mikeya! Czy ten gość wie, kto jest dostawcą? Raczej nie. Pew­nie dostał towar od Devina. Szlag!

Otwo­rzyły się drzwi windy i wysie­dli.

- Wiesz co? - rzu­ciła wciąż wku­rzona Han­nah. - Idę o zakład, że jego papuga to wyko­rzy­sta w sądzie. Na pewno jest na to jakaś for­mułka po łaci­nie. "Wysoki sądzie, to oczy­wi­sty przy­kład Arre­stum Mikus inste­dum Devi­num". Kurwa mać!

- Wylu­zuj, Han­nah - powie­dział Ber­nard sta­now­czo. Zatrzy­mał się w kory­ta­rzu i spoj­rzał na nią. Odwró­ciła się do niego, a wtedy w jej oczach ujrzał cały jej gniew, despe­ra­cję, zmę­cze­nie. - Przy­skrzy­ni­li­śmy gościa - cią­gnął już łagod­niej­szym tonem. - O jed­nego dilera na uli­cach mniej.

Zgar­biła się.

- Tak - przy­znała ledwo sły­szal­nym szep­tem. Zoba­czył for­mu­jącą się łzę. Odwró­ciła się szybko i odma­sze­ro­wała do pokoju docho­dze­niówki. Ruszył za nią, uda­jąc, że niczego nie zauwa­żył.

Wydział kry­mi­nalny mie­ścił się w śred­niej wiel­ko­ści pomiesz­cze­niu bez podziału na boksy; stały tam cztery drew­niane biurka, po jed­nym dla każ­dego ze śled­czych. Pod prze­ciw­le­głymi ścia­nami umiesz­czono dwie tablice; jeśli sprawa była skom­pli­ko­wana, śled­czy zapi­sy­wali na nich oś czasu, nazwi­ska podej­rza­nych oraz ich zwią­zek ze sprawą, a także pomy­sły zro­dzone pod­czas burzy mózgów. A gdy nie mieli waż­nego śledz­twa, tablice słu­żyły do robie­nia roz­ma­itych nota­tek, ryso­wa­nia zwie­rza­ków z kre­skó­wek i zosta­wia­nia wia­do­mo­ści kole­gom. Teraz jedna tablica była czy­sta, a na dru­giej ktoś naba­zgrał: "Jacob, dzwo­niła twoja żona".

Przy ścia­nie naprze­ciwko wej­ścia stała szafka na akta, a na niej dro­go­cenny eks­pres do kawy. Obok były drzwi do gabi­netu kapi­tana Baileya. Cały wydział kry­mi­nalny skła­dał się z czworga śled­czych i kapi­tana. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści innych wydzia­łów, nie mieli sier­żanta ani porucz­nika. Pani komen­dant uznała, że na kapi­tana korzyst­nie wpły­nie bli­ska współ­praca ze śled­czymi, bez śred­niego szcze­bla kie­row­ni­czego pośrodku. Ber­nard w głębi ducha uwa­żał, że komen­dantka jest w błę­dzie, cho­ciaż wie­dział, że kapi­ta­nowi bar­dzo to odpo­wiada. Ber­nard nie­złom­nie wie­rzył w hie­rar­chię służ­bową. A w takim ukła­dzie Fred Bailey za bar­dzo się roz­pra­szał, przez co cza­sami śledz­twa uty­kały w mar­twym punk­cie.

Ber­nard ziew­nął, patrząc, jak Han­nah siada na swoim krze­śle i włą­cza moni­tor. Wstępny raport zosta­wił na jej gło­wie. Gdyby od razu poszedł do domu, mógłby liczyć na pięć godzin snu.

- Słu­chaj, Han­nah, ja już spa­dam, dobrze?

- Jasne... - Zadzwo­nił jej tele­fon. - Zacze­kaj.

Ber­nard się skrzy­wił. Tak się nie godzi. Prze­cież wła­śnie miał wyjść do domu.

Han­nah pod­nio­sła słu­chawkę.

- Śled­cza Shor - powie­działa, a potem rzu­ciła: - A, cześć, Can­dace.

Can­dace była jedną z poli­cyj­nych dys­po­zy­to­rek. Ber­nard poczuł, że cały się spina.

Han­nah słu­chała przez chwilę, a potem bez­gło­śnie powie­działa do Ber­narda: mor­der­stwo.

- Nie, nie, nie! - szep­nął. - Powiedz jej, że nie możemy. Wyja­śnij, że wła­śnie wró­ci­li­śmy z obser­wa­cji, że w ogóle nie spa­li­śmy...

- Uhm - mruk­nęła Han­nah, pisząc coś w notat­niku przed sobą. - Tray­nor Road. Uhm.

- Powiedz jej, żeby obu­dziła Jacoba! - szep­tał Ber­nard w despe­ra­cji. - Rory wczo­raj całą noc nie spał. A ja jestem wykoń­czony. Nie dam rady...

- Tak, jasne, już jedziemy.

Ber­nard jęk­nął, gdy Han­nah odkła­dała słu­chawkę.

- Jacob wziął ostat­nie dwa mor­der­stwa - powie­działa Han­nah szorstko. - To jest nasze.

Ber­nard zamknął oczy, przez sekundę nie­na­wi­dził swo­jej part­nerki. Mikey pew­nie kładł się wła­śnie do snu na wąskiej pry­czy w celi. Żadne mor­der­stwo nie wycią­gnie go z łóżka. I żadne dzieci co dwa­dzie­ścia minut nie będą go budziły pła­czem.

W sumie taki aresz­to­wany diler miał jak w raju.

Roz­dział 2

Can­dace wysłała Han­nah pod jakiś adres przy Tray­nor Road. Han­nah znała tę oko­licę. Była popu­larna wśród mło­dych ludzi szu­ka­ją­cych sto­sun­kowo tanich miesz­kań w pobliżu cen­trum mia­sta. Mimo że budynki wyglą­dały na stare i brudne, sta­no­wiły nie­złą miej­scówkę, a prze­stęp­czość była tu niż­sza, niż się wyda­wało. Pod­jeż­dża­jąc do miej­sca zbrodni, Han­nah zwol­niła. Omia­tała wzro­kiem oko­licę, szu­ka­jąc cze­goś odbie­ga­ją­cego od normy.

Wal­czyła z pra­gnie­niem, by przy­śpie­szyć i jak naj­szyb­ciej dotrzeć na miej­sce. Mor­derca wła­śnie mógł stam­tąd pierz­chać, cho­wać się za bil­l­bo­ar­dem albo za drze­wem na rogu. A nawet jeśli już od dawna go tam nie było, chciała zacho­wać w pamięci obraz oko­licy. Czy tę część ulicy obej­mo­wały kamery moni­to­ringu? A może był tam cało­nocny sklep i sprze­dawca mógł coś zauwa­żyć?

Ulice były cał­ko­wi­cie wylud­nione. W środę o pierw­szej w nocy więk­szość pija­ków i bez­dom­nych z Glen­more Park raczej nie krę­ciła się w tej dziel­nicy. Okna oko­licz­nych domów były ciemne. Tylko ona i Ber­nard poru­szali się po pustej ulicy, jadąc na spo­tka­nie z nie­bosz­czy­kiem.

- Jacob chęt­nie popro­wa­dziłby śledz­two w spra­wie tego mor­der­stwa - mruk­nął Ber­nard. - Nie ma prze­cież nic lep­szego do roboty. Na wia­do­mość, że jakiś trup czeka do zba­da­nia, wysko­czyłby z łóżka jak opa­rzony. Ale nieee. Śled­cza Han­nah Shor nie chciała mu prze­ry­wać cen­nego snu. Broń Boże, żeby ktoś miał obu­dzić Jacoba przed świ­tem.

Han­nah nie odpo­wie­działa. Ber­nard był w marud­nym nastroju, ale wie­działa, że wkrótce mu przej­dzie. Był zmę­czony. Miał troje małych dzieci i rzadko spał wię­cej niż dwie godziny bez prze­rwy. Cie­kawe, czy żałuje, że ma dzieci? - zasta­na­wiała się. Bo narze­kał na nie bez prze­rwy.

Zapar­ko­wała obok radio­wozu, przed trzy­pię­tro­wym budyn­kiem z fron­tową ścianą upstrzoną graf­fiti. Była to dziwna mie­szanka arty­stycz­nych wizji, w oczy­wi­sty spo­sób prze­my­śla­nych i nary­so­wa­nych z dba­ło­ścią, oraz wyko­na­nych czar­nym spre­jem zdań typu "Jebać Dana Smi". Albo w poło­wie kom­po­zy­cji skoń­czył się sprej, albo jej boha­ter naprawdę nazy­wał się Dan Smi.

Przed wej­ściem do budynku cze­kała na nich funk­cjo­na­riuszka Tanessa Lon­nie, popi­ja­jąc coś z paru­ją­cego kubka. Ktoś tu był gościnny. Han­nah miała nadzieję, że ten, kto zapew­nił cie­pły napój, chęt­nie dostar­czy go wię­cej. Gdy śled­czy wysie­dli z samo­chodu, Ber­nard trza­snął drzwiami gło­śniej niż zwy­kle. Razem pode­szli do Tanessy.

- Cześć, Tanessa - powi­tała ją cie­pło Han­nah.

- Cześć, Han­nah! - odparła poli­cjantka z powagą na ide­al­nej twa­rzy.

Jakim cudem w mun­du­rze służby patro­lo­wej można wyglą­dać tak nie­sa­mo­wi­cie? W cza­sach, gdy Han­nah nosiła jesz­cze mun­dur, wyglą­dała jak prze­brany ziem­niak. Mogłoby się wyda­wać, że nie spo­sób dobrze się pre­zen­to­wać w kami­zelce tak­tycz­nej, pasie z osprzę­tem oraz nija­kim mun­du­rze, Tanes­sie jed­nak jakoś się to uda­wało. Jak całe rodzeń­stwo Lon­nie, wyglą­dała fan­ta­stycz­nie. Była sza­tynką, jak Han­nah, ale na tym ich podo­bień­stwo się koń­czyło. O ile Han­nah miała zawsze włosy nija­kie, o tyle włosy Tanessy były dłu­gie, gęste i lśniące. Odno­siło się wra­że­nie, że powinna wystę­po­wać w rekla­mach szam­po­nów. Miała gładką, nie­ska­zi­tel­nie białą skórę, pod­kre­śla­jącą wiecz­nie uśmiech­nięte różowe usta. A w jej oczach - w kształ­cie mig­dała, skrzą­cych się zie­le­nią - można by się z roz­ko­szą zato­pić.

Dwa tygo­dnie temu Tanessa wró­ciła ze zwol­nie­nia lekar­skiego. Porwał ją i zra­nił Jovan Sto­kes, seryjny zabójca. Han­nah domy­ślała się, że Tanessa docho­dzi do sie­bie nie tylko po ranie na szyi, po któ­rej została jej paskudna bli­zna. I na jej widok zawsze dopa­dały ją wyrzuty sumie­nia. Bo czę­ściowo pono­siła winę za to, co się stało.

- Co my tu mamy, Tanesso? - zapy­tał Ber­nard. Han­nah zwró­ciła uwagę na jego łagodny ton. Paskudny nastrój Ber­narda Gla­dwina znik­nął jak ręką odjął. A spra­wiła to ta poli­cjantka.

Usta Tanessy wygięły się w pod­kówkę.

- Straszny baj­zel. Ten facet, Frank Gul­liepe, został zamor­do­wany w swoim miesz­ka­niu... numer trzy­na­ście, na ostat­nim pię­trze. Zabój­stwo zgło­sił jego przy­ja­ciel Jerome Piet.

- Czy ten Jerome był świad­kiem mor­der­stwa? - spy­tała Han­nah.

- Nie, nie­zu­peł­nie. Powin­ni­ście z nim poga­dać, żeby mieć pełny obraz. Teraz jest w miesz­ka­niu sąsiadki pana Gul­liepe. Funk­cjo­na­riusz Ber­tini pil­nuje wej­ścia na miej­sce zbrodni i drzwi do miesz­ka­nia sąsiadki, na wypa­dek gdyby Jerome posta­no­wił się odda­lić.

- Jasne. A kiedy tu dotar­li­ście?

- Przy­je­cha­li­śmy o zero trzy­dzie­ści pięć, rów­no­cze­śnie z karetką pogo­to­wia. Spraw­dzi­li­śmy miesz­ka­nie. Tam... To nie jest miły widok. - Jej wzrok stał się nie­obecny, jak gdyby odtwa­rzała w pamięci tę scenę. Unio­sła rękę, dotknęła bli­zny na szyi. W ostat­nich tygo­dniach Han­nah wie­lo­krot­nie widziała u niej ten gest. Dla­czego tak szybko zgo­dzili się na jej powrót do służby? To jasne, że dziew­czyna potrze­bo­wała wię­cej czasu, by dojść do sie­bie. A teraz, krótko po powro­cie, na swo­jej zmia­nie tra­fiła na miej­sce zbrodni. Oględ­nie mówiąc, miała pecha.

Tanessa odchrząk­nęła i pod­jęła ofi­cjal­nym, nie­mal mecha­nicz­nym tonem:

- Poza poszko­do­wa­nym w miesz­ka­niu nie było nikogo. Ratow­nicy medyczni natych­miast przy­stą­pili do dzia­ła­nia. Po kilku minu­tach, kiedy uznali, że ofiara jest nie do ura­to­wa­nia, zadzwo­nili do koro­nera i dostali zgodę na stwier­dze­nie zgonu. Następ­nie wyszli z miesz­ka­nia, żeby nie naru­szyć miej­sca zbrodni. Natych­miast skon­tak­to­wa­li­śmy się z dys­po­zy­tor­nią i zabez­pie­czy­li­śmy wej­ście do miesz­ka­nia. Spi­sa­li­śmy wstępne zezna­nie Jerome'a Pieta oraz sąsiadki. Tech­nik kry­mi­na­li­styki... cią­gle zapo­mi­nam jego nazwi­ska... ten taki niski... - Z jed­nej z licz­nych kie­szeni pasa tak­tycz­nego wyjęła kartkę, rejestr miej­sca zbrodni. Prze­bie­gła po nim wzro­kiem. - O, już mam. Matt. Matt Lowery i Vio­let Todd dotarli tutaj o godzi­nie zero pięć­dzie­siąt pięć. Matt kazał nam zabez­pie­czyć też wej­ście do budynku, żeby unik­nąć zanie­czysz­cze­nia miej­sca zbrodni, więc wyszłam przed dom.

- I po dro­dze jakimś cudem skom­bi­no­wa­łaś kawę - wtrą­ciła Han­nah.

Tanessa się zaczer­wie­niła.

- Kawę zapa­rzyła nam sąsiadka - wyja­śniła.

- Jasne. Przy­po­mnij mi, które miesz­ka­nie jest miej­scem zbrodni - rze­kła Han­nah.

- Nie wiem, czy do miej­sca zbrodni Matt posta­no­wił zali­czyć też schody i kory­tarz, w każ­dym razie mor­der­stwo popeł­niono w miesz­ka­niu numer trzy­na­ście. A sąsiadka mieszka pod czter­nastką.

- Coś jesz­cze? - spy­tał Ber­nard.

- Sąsiadka coś sły­szała. Coś, co ją obu­dziło.

- Ale nie wezwała poli­cji?

- Nie.

- Dzięki, Tanesso - powie­dział Ber­nard.

- Tylko wpisz­cie się do reje­stru, zanim wej­dzie­cie - rze­kła Tanessa, poda­jąc śled­czym kartkę.

Pod­pi­sali się i weszli do budynku. Kiep­sko oświe­tlony kory­tarz, popę­kane, szare ściany, cały par­ter pusty. Nie było windy, więc Han­nah i Ber­nard ruszyli po scho­dach, trzy­ma­jąc się pra­wej strony i omia­ta­jąc wzro­kiem oto­cze­nie. Naj­praw­do­po­dob­niej to tędy zabójca szedł przed mor­der­stwem i po nim. Jeżeli klatkę scho­dową ktoś mył, to chyba raz do roku; wszę­dzie zale­gał brud. W tym kurzu, pośród setek innych, znaj­do­wały się pew­nie odci­ski stóp zabójcy, ale jeśli ist­niała jakaś metoda na usta­le­nie, które to z nich, Matt na pewno ją znał.

Dotarli na ostat­nie pię­tro, gdzie funk­cjo­na­riusz Ser­gio Ber­tini - part­ner Tanessy - stał przed drzwiami do miesz­ka­nia numer trzy­na­ście. Śled­czy przy­wi­tali się ski­nie­niem głowy, a on zre­wan­żo­wał się tym samym. Nie bawili się z nim w poga­duszki. Ser­gio to nie Tanessa.

Na zwy­czaj­nych, bia­łych drew­nia­nych drzwiach wisiała mała, czarna tabliczka z wypi­sa­nym nume­rem 13. Ber­nard pchnął je i uka­zał im się widok na salon. Wzrok Han­nah padł naj­pierw na zwłoki leżące na pod­ło­dze mniej wię­cej metr od wej­ścia. Na pierw­szy rzut oka męż­czy­zna miał dwa­dzie­ścia pięć, trzy­dzie­ści lat, był śred­niego wzro­stu i łysy. Jego twarz wykrzy­wiał gry­mas zasko­cze­nia i bólu.

Pod sze­roko roz­chy­lo­nym szla­fro­kiem był cał­kiem goły. Han­nah ujrzała kilka ran na jego piersi i strużki zaschnię­tej krwi, która z nich wycie­kła. Ciało leżało na dywa­nie w kolo­rze zła­ma­nej bieli; tam, gdzie wsią­kła wypły­wa­jąca z denata krew, wid­niały wiel­kie, brą­zowe plamy. W powie­trzu uno­sił się zna­jomy zapach - mie­dziany, krwi­sty odór śmierci. I cho­ciaż Han­nah wiele razy miała z nim do czy­nie­nia, to zawsze przy­pra­wiał ją o mdło­ści.

Przy zwło­kach klę­czał Matt Lowery, jeden z naj­niż­szych męż­czyzn, jakich Han­nah znała. Miał nie­wiele ponad metr pięć­dzie­siąt wzro­stu. W docho­dze­niówce żar­to­wano, że dzięki temu lepiej dostrzega dowody rze­czowe, pod warun­kiem, że są na pod­ło­dze, cha, cha. W jed­nej ręce trzy­mał apa­rat foto­gra­ficzny; biel latek­so­wej ręka­wiczki kon­tra­sto­wała z jego ciemną skórą.

Po dru­giej stro­nie pokoju stała Vio­let Todd, blada dziew­czyna o gład­kich, szo­ku­jąco różo­wych wło­sach, i ryso­wała coś w małym note­sie. Praw­do­po­dob­nie szki­co­wała miej­sce zbrodni. Śled­czy dosko­nale znali nie­sa­mo­wi­cie dokładne i pre­cy­zyjne szkice Vio­let. O ile Han­nah wie­działa, Matt i Vio­let byli kole­gami z pracy i żadne nie było prze­ło­żo­nym dru­giego. A jed­nak wszy­scy trak­to­wali Matta, jakby to on rzą­dził. Vio­let ni­gdy to nie prze­szka­dzało, za to Han­nah draż­niło jak cho­lera.

Matt zer­k­nął na śled­czych; w jego wiel­kich oczach malo­wał się smu­tek i zmę­cze­nie.

- Przy drzwiach są ręka­wiczki - powie­dział.

Ber­nard schy­lił się i pod­niósł pudełko. Wyjął jedną parę dla sie­bie i podał opa­ko­wa­nie Han­nah, która z roz­tar­gnie­niem też wzięła ręka­wiczki i je wło­żyła. Przy­sta­nęła w drzwiach, a Ber­nard wszedł w głąb pokoju. Było to ich typowe zacho­wa­nie: Han­nah sta­rała się utrwa­lić w pamięci cało­ściowy obraz, ana­li­zo­wać go i wczuć się w to, co się stało, nato­miast Ber­nard wolał zbie­rać szcze­góły i roz­dzie­lać tropy i poszlaki na ele­menty, z któ­rych póź­niej pró­bo­wał zło­żyć ukła­dankę.

Świa­tło małej lampy na sufi­cie padało na twarz ofiary w taki spo­sób, że Han­nah aż się wzdry­gnęła. Przez krótką chwilę nie­bosz­czyk nie­sa­mo­wi­cie przy­po­mi­nał jej wujka Reu­bena, któ­rego widziała w ostatni week­end pod­czas wizyty u matki. Miał taką samą łysą głowę z kil­koma kłacz­kami dookoła, taką samą szcze­cinę na bro­dzie i policz­kach oraz taki sam nos, ciut dłuż­szy i szer­szy niż prze­ciętny.

Mimo że Frank Gul­liepe nie był, rzecz jasna, jej wuj­kiem, zde­ner­wo­wała się tym podo­bień­stwem i stwier­dziła, że krę­puje ją odsło­nięty czło­nek ofiary. Krew napły­nęła jej do twa­rzy; odwró­ciła wzrok, uda­jąc, że bada prze­wró­cone krze­sło, żeby obecni w miesz­ka­niu nie zauwa­żyli, że się zaczer­wie­niła. Taka reak­cja ją ziry­to­wała, więc zmu­siła się, by znów spoj­rzeć na zwłoki i sku­pić się na cechach cha­rak­te­ry­stycz­nych. Zakrwa­wiona klatka pier­siowa była zaska­ku­jąco pozba­wiona owło­sie­nia, choć od członka w górę bie­gło pasemko czar­nych wło­sów.

Wła­śnie tam, na dole brzu­cha, wid­niała naj­niż­sza rana kłuta. Pozo­stałe rany znaj­do­wały się wyżej, cię­cia bie­gły po całej klatce pier­sio­wej. W trak­cie dzie­wię­ciu lat służby Han­nah widziała wiele ran kłu­tych, a te zde­cy­do­wa­nie wyglą­dały jak zro­bione nożem. Wię­cej dowie­dzą się po zba­da­niu ich przez medyka sądo­wego.

- Masz już coś? - zapy­tał Ber­nard Matta.

Tech­nik kry­mi­na­li­styki pokrę­cił głową.

- Dopiero przy­je­cha­łem. Wygląda na to, że miej­sce zbrodni ogra­ni­cza się do miesz­ka­nia i pro­wa­dzą­cego do niego kory­ta­rza. Tro­chę potrwa, zanim skoń­czę doku­men­ta­cję cało­ści. Na razie mogę wam powie­dzieć tyle, że nie ma śla­dów wła­ma­nia, jego port­fel leży na noc­nym sto­liku przy łóżku i na pierw­szy rzut oka wszystko w miesz­ka­niu jest na swoim miej­scu. Moim zda­niem to nie była kra­dzież, w któ­rej coś poszło nie tak.

- A co ze scho­dami? - spy­tała Han­nah.

- No cóż... wąt­pię, żeby mi się udało zdjąć z nich coś przy­dat­nego. Zro­bię zdję­cia naj­śwież­szych śla­dów stóp na samej górze.

Han­nah rozej­rzała się. Natych­miast zwró­ciła uwagę na roz­bry­zgi krwi, jaskrawo kon­tra­stu­jące z czy­stym i schlud­nym miesz­ka­niem. Pomi­ja­jąc krew wokół ciała, na dywa­nie w trzech róż­nych miej­scach wid­niały krwawe cętki i smugi. Ślady na ścia­nie, jakieś pół metra od drzwi, świad­czyły, że tam także try­snęła krew.

Han­nah przy­po­mniała sobie jedno z ulu­bio­nych powie­dzo­nek swo­jego ojca: ściana zawsze wydaje się biel­sza, jeśli jest na niej czarna plama. Cie­kawe, co by powie­dział na widok tej ściany? Wie­działa, że Matt wymie­rzy te ślady, by stwier­dzić, skąd pocho­dziły, i usta­lić, gdzie znaj­do­wał się Frank, kiedy mu zada­wano rany. Zosta­wiła ślady prze­mocy i sku­piła się na pokoju.

Było to typowo kawa­ler­skie miesz­ka­nie. Wypo­sa­żone ze sma­kiem, ale tylko w nie­zbędne meble. Dwie kanapy, w rogu biurko ze sto­ją­cym na nim lap­to­pem. Obok kom­pu­tera na ścia­nie wisiał wielki, pła­ski tele­wi­zor. Śro­dek pokoju zaj­mo­wał niski sto­lik, na któ­rym stała butelka tequ­ili oraz dwa puste kie­liszki do wódki. W ścia­nie naprze­ciwko drzwi wej­ścio­wych było małe okno z wido­kiem na ulicę. Na regale stało kilka ksią­żek i coś, co wyglą­dało na brzydki, ozdobny posą­żek Buddy, cho­ciaż z miej­sca, gdzie stała, Han­nah nie widziała go zbyt dokład­nie.

Pra­wie całą pod­łogę pokry­wał dywan, co nie­wąt­pli­wie wycho­dziło miesz­ka­niu na dobre, ponie­waż pod­łoga była szara i nijaka. Tuż przy drzwiach stała mała komoda, a na niej opra­wione zdję­cie przed­sta­wia­jące Franka z jakąś kobietą przed miej­skim par­kiem. Kobieta bez­myśl­nie gapiła się w obiek­tyw, a Frank obej­mo­wał ją z uśmie­chem. W pew­nym sen­sie byli do sie­bie podobni. Brat i sio­stra? Han­nah znowu pomy­ślała o wujku, ale czym prę­dzej wyrzu­ciła te myśli z głowy.

- Powi­nie­neś spraw­dzić roombę, Matt - powie­dział Ber­nard, wska­zu­jąc mały, okrą­gły robot sprzą­ta­jący, sto­jący na bazie. Han­nah wie­działa, że miał rację. Odku­rza­cze roboty cza­sami zaczy­nały pracę już po tym, jak popeł­niono mor­der­stwo, i zasy­sały ważne dowody rze­czowe. Matt ski­nął głową i wró­cił do foto­gra­fo­wa­nia klatki pier­sio­wej denata.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki