1
Ginny dzwoni około dziesiątej, akurat po mojej rozmowie z klientem. Od razu słychać, że chodzi o coś pilnego.
- Margo, to może być to.
Ile razy ja już słyszałam taki wstęp.
- Cztery sypialnie, kuchnia po remoncie, przepiękne podwórko. Niedaleko linii wysokiego napięcia - i zanim zapytasz: tak, to pierwszorzędna okolica. A do tego... Zgadnij? Nikt o tym nie wie! Nie wystawili go jeszcze na sprzedaż.
Jej ostatnie słowa - "nie wystawili go jeszcze na sprzedaż" - sprawiają, że odrywam od ust kubek z kawą i wstaję od swojego biureczka pod wysokim balkonowym oknem wychodzącym na ulicę. Ten kawałeczek przynęty pachnie na tyle smakowicie, że zapominam o ostrym haczyku, który może kryć się pod spodem i sprawić nam bolesną niespodziankę. Ian, który krząta się po kuchni, zamiera w pół gestu i wpatruje się we mnie swoimi orzechowych oczami.
- Dom sprzedają tacy dwaj goście, a jeden z nich chodzi na jogę z moją szwagierką. - Ginny jak zwykle terkocze niczym karabin maszynowy. - Powiedział jej, że dadzą ogłoszenie pod koniec tego miesiąca. Podobno jego mąż, ten drugi gość, dostał gdzieś świetną posadę i muszą wyjechać, stąd taki pośpiech. Ale możliwe - chociaż nie chcę wam niczego obiecywać - że skoro zależy im na czasie, zgodzą się sprzedać od ręki, zanim zamieszczą ogłoszenie.
Nadzieja, znajoma trucizna, sączy mi się do serca, a serce odpowiada przyspieszonym kołataniem. Tak spełniają się sny. To jest ta miejska legenda, która wcześniej czy później obija się o uszy każdemu, kto szuka domu na tym nieszczęsnym rynku: jakiś znajomy znajomego (w moim wypadku: kuzyn koleżanki z pracy) dostał cynk, że za chwilę na rynku pojawi się wspaniały dom i zanim sępy zdążyły się zlecieć, albo choćby mrugnąć, zgarnął im zdobycz sprzed nosa. To cud, o którym człowiek marzy i o który się modli. Wraca z pracy okrężną drogą, przez swoją wymarzoną dzielnicę, wypatrując furgonetki firmy przeprowadzkowej albo tablicy z nazwą agencji nieruchomości - wszystkiego, co pomoże mu wyprzedzić konkurencję i kupić dom, zanim oficjalnie trafi na rynek. Towarzyszy temu świadomość, że szanse są znikome, ale przecież komuś się pofarci, tak czy nie?
Tak czy nie?
- Ten dom na pewno jest w Grovemont? - pytam szeptem, jakbym się bała, że tajemnica się wyda.
Z ulicy, dwa piętra niżej, dobiega wściekły dźwięk klaksonu, w samą porę, by mi przypomnieć, dlaczego tak bardzo nie znoszę tego mieszkania.
- Na pewno, misiu, na pewno - zapewnia Ginny. - Szwagierka była w środku. Mówi, że bomba. Jadę teraz samochodem, ale przekażę Travisowi, żeby wysłał wam adres, to podjedziecie z Ianem i obejrzycie go sobie z ulicy. Daj znać jak najszybciej, co myślicie.
Zanim jeszcze mail od jej asystenta pojawi się w skrzynce odbiorczej, nachodzi mnie przeczucie, przed którym postanowiłam bronić się rękami i nogami: coś mi podpowiada, że to jest właśnie dom, którego szukam. Bo niby czemu akurat moja agentka - na rynku nieruchomości takich jak ona jest zatrzęsienie, a wszyscy równie zajadli i bezwzględni - miałaby dostać taki cynk? A może po prostu muszę w to wierzyć z czystego strachu, na zasadzie instynktu samozachowawczego? Bo jeśli zamiast wspaniałej okazji czeka nas jednak kolejny niewypał, będę w końcu musiała przyznać, że naprawdę już nic więcej nie da się zrobić. I to mnie właśnie przeraża.
Od półtora roku gnieździmy się z Ianem w tej dziupli, którą da się odkurzyć prawie całą z jednego gniazdka. Osiemnaście strasznych miesięcy, jeden gorszy od drugiego. Pierwszych sześć, może nawet siedem, przetrwaliśmy we względnym spokoju, wspomagając się konsekwentnym wyparciem i bzykając ile wlezie, jakbyśmy wciąż jeszcze wierzyli, że najlepiej byłoby, gdybym zaszła w ciążę od razu, bo przecież kiedy urodzę, na pewno nas już tutaj nie będzie. Taki przecież był plan od samego początku, kiedy tylko postanowiliśmy sprzedać nasz pierwszy dom. Musieliśmy odzyskać włożone w niego pieniądze, aby móc pozwolić sobie na wymarzony domek na przedmieściu, więc było oczywiste, że przez jakiś czas będzie trzeba wynajmować i nie da się tego uniknąć.
Nie działaliśmy przecież po omacku. Tamten dom, stara rudera w zabudowie szeregowej, tak daleko na zachód, że już prawie w Logan Circle, poszedł na sprzedaż jesienią dwa tysiące dwudziestego roku, kiedy pandemiczna histeria zdążyła trochę przygasnąć i do ludzi dotarło, że jeśli COVID ich nie wykończy, to zamknięci w czterech ścianach najprawdopodobniej uduszą się sami, więc trzeba koniecznie zmienić stare śmieci na nowe. W całym kraju już od dawna trwał kryzys sektora mieszkaniowego i Waszyngton nie był pod tym względem wyjątkiem, ale dla entuzjastów gentryfikacji takie czasy to sezon na łowy. Mieszkaliśmy w tym szeregowcu blisko dziesięć lat. "To były fajerwerki czy strzelanina?" - takie pytanie padało pod naszym dachem niemalże równie często jak: "Jemy dziś tajskie czy meksykańskie?". Kto się decyduje na inwestycję w "przekształcającej się" okolicy, musi się z tym liczyć i mimo niedogodności brnie dalej, bo przyświeca mu wiara, że kiedy kilka przecznic od jego domu powstaną już te najmodniejsze knajpy w mieście, a tuż obok, tak blisko, że można dojść na piechotę, otworzy się nie jeden, ale dwa Whole Foodsy, całe poświęcenie zwróci mu się z nawiązką.
Więc owszem, miałam świadomość, że poszukiwanie domu "na zawsze" może trochę potrwać, ale było oczywiste, że trzeba wykorzystać ten moment. Kto by zresztą się spierał, skoro nasz szeregowiec w ciągu jednego weekendu od ukazania się ogłoszenia sprzedał się za kwotę przekraczającą dwukrotność tej, którą za niego zapłaciliśmy, chociaż piwnicę ustawicznie zalewało, a kuchnia była w kiepskim stanie po remoncie przeprowadzonym własnym sumptem?
Początkowo wszystko wskazywało na to, że moja taktyka zadziała. Około trzech tygodni po przeprowadzce do wynajętego mieszkania na rynku pojawił się dom, który odpowiadał nam pod każdym względem. Po gruntownym remoncie, w moim ulubionym stylu kolonialnym z lat czterdziestych dwudziestego wieku, w Grovemont, również mojej ulubionej dzielnicy. Cena - znacznie poniżej granicy naszego budżetu. Już myślałam, że może nie będziemy musieli płacić za drugi miesiąc przechowywania w magazynie rzeczy ze starego szeregowca.
A potem wpłynęły dwadzieścia dwie oferty kupna.
Dwadzieścia, kurwa jego mać, dwie.
- No, to zaliczyliście pierwszą licytację - skwitowała bezceremonialnie Ginny, przekazawszy nam, że ktoś przebił nas o dwadzieścia pięć tysięcy dolarów i nabył ten dom. - To wasz chrzest bojowy. Teraz już wiemy, że następnym razem trzeba zagrać trochę agresywniej.
Tylko że tych "następnych razów" było później dziesięć.
Kilka kolejnych skończyło się w sumie podobnie, zmieniały się tylko kwoty, niestety na gorsze, bo rosły. Podwyższyliśmy ofertę do miliona stu tysięcy i znowu ktoś nas przebił, niedużo, ale wystarczyło. Przy następnym domu szarpnęliśmy się więc na pięćdziesiąt tysięcy więcej - wygrał ktoś, kto wyłożył dokładnie tyle samo, ale w całości gotówką.
Po piątej przegranej licytacji zamroziłam swoje komórki jajowe, na wszelki wypadek.
To było osiem miesięcy po tym, jak zaczęliśmy wynajmować mieszkanie i blisko rok, odkąd zaczęliśmy starać się o dziecko. Doktor Warner przekonywała nas, że na razie nie ma jeszcze sensu próbować in vitro, do dzisiaj zresztą uważa, że kiedy będę miała z głowy stres związany z szukaniem domu, to bez problemu zajdę w ciążę w tradycyjny sposób. Poza tym gdybyśmy wzięli pożyczkę na cały proces in vitro, to moglibyśmy mieć kłopoty ze zgodą na kredyt hipoteczny. Ale kiedy kobieta ma na gardle nóż pod postacią trzydziestych ósmych urodzin, nie może sobie pozwolić na ryzyko. Nie wiadomo, jak długo jeszcze będziemy się mordować na tym rynku nieruchomości, a tak przynajmniej mam w lodówce partię zdrowych jajeczek.
Ale szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że ta świadomość bardziej podniesie mnie na duchu. Czasem, kiedy nie mogę zasnąć, obija mi się po głowie jedna uporczywa, zapętlona w nieskończoność myśl: "Nie ma domu, nie ma dziecka, nie ma domu, nie ma dziecka".
Z perspektywy czasu widzę, że dom numer sześć (w układzie split-level, kuchnia do generalnego remontu) i dom numer siedem (w stylu Craftsman, całkiem ładny, za to przy bardzo ruchliwej ulicy) tak naprawdę były beznadziejne, ale zaczynaliśmy już panikować i tylko dlatego wydawały nam się warte zachodu. Numer osiem, dziewięć i dziesięć pełzły niczym trzy żółwie - między jedną ofertą a drugą upływały długie tygodnie i byłam już pewna, że jeszcze trochę i nie będzie z czego wybierać. A kiedy wreszcie na rynku pojawił się nasz numer jedenaście, uznałam, że musimy bardziej się postarać. Dom znów był w stylu kolonialnym, oddalony od miasta o parę kilometrów więcej, niżbyśmy chcieli, ale wciąż jeszcze w rejonie dobrych szkół, na których nam zależało. Właściciele rozbudowali główną sypialnię, żeby w przyległej łazience zmieściła się duża wanna. Tuż obok znajdował się pokój dziecięcy. Namówiłam Iana, abyśmy wycofali trochę funduszy z naszych pracowniczych rachunków emerytalnych i podwyższyli budżet do miliona trzystu tysięcy dolarów - dokładnie ćwierć miliona powyżej ceny sprzedaży. Tyle chyba musiało wystarczyć.
Kiedy Ginny w końcu oddzwoniła, byłam już tak rozdygotana, jakbym przypięła się kablami do akumulatora. Siedzieliśmy w restauracji ze znajomymi, więc przeprosiłam i wyszłam, by odebrać na zewnątrz. Na dom, który chcieliśmy kupić, wpłynęło siedemnaście ofert. Siedem z nich, w tym ta zwycięska, gwarantowało płatność od ręki, gotówką.
A więc jedenasta porażka.
Nie wróciłam do stolika. Napisałam do Iana wiadomość, prosząc, by wyjaśnił moją nieobecność i uregulował naszą część rachunku, a potem na cały weekend zamknęłam się w sypialni, gdzie oglądałam ciągiem kolejne odcinki Pod pokładem, tonąc we łzach. Kiedy wyściubiłam stamtąd nos, Ian zasugerował, że powinnam wrócić na terapię. Udało mi się go przekonać, że nic mi nie jest (bo to była prawda), ale dzisiaj upłynęły już dwa miesiące, a na rynku nie pojawił się ani jeden w miarę porządny dom.
- Co się stało? - pyta Ian, obchodząc szereg kuchennych szafek i nie zwracając uwagi na ciemne kółko po kubku z kawą, które zostawił na białym blacie z kwarcu. Mijam go pospiesznie, kierując się do drzwi, gdzie stoją moje adidasy.
- Dzwoniła Ginny, podobno jest dom w sam raz dla nas, musimy go zaraz obejrzeć, bo uważaj... nikt o nim na razie nie wie.
- Jak to nikt? - dziwi się Ian, unosząc brew.
W tej chwili mój leżący na biurku laptop wydaje z siebie krótki dźwięk. Rzucam się biegiem z powrotem przez cały pokój.
- Wyjaśnię ci to w samochodzie. To pewnie mail od Travisa.
Staję przy oknie wychodzącym na warczącą autami U Street, żeby wstukać adres w Google Maps, a on staje za mną, tak blisko, że wyraźnie czuję przesłodzony aromat balsamu Old Spice. Kiedyś na pewno wydawał mi się pociągający - zanim jeszcze trafiliśmy do tej klatki, zanim seks, jak mnóstwo innych rzeczy, zaczął kojarzyć mi się wyłącznie z tym, że wciąż nie mamy dziecka.
Włączam funkcję Street View i w jednej chwili uchodzi ze mnie całe powietrze.
- Jak zwykle mamy szczęście. - Ian się śmieje.
Na zdjęciu przed domem parkuje ciężarówka firmy zajmującej się pielęgnacją i wycinką drzew. W koszu na uniesionym wysięgniku stoi facet z piłą mechaniczną i skraca bujne gałęzie wysokiego klonu. Domu nie widać prawie wcale.
- To bardzo dobrze - oznajmiam, tłumiąc rozczarowanie. - Dojrzałe drzewa: to między innymi dlatego ta okolica przypadła nam do gustu, prawda? A poza tym - pamiętasz? Byliśmy już kiedyś na tej ulicy i wiemy, jak tam ładnie.
Podsycanie energii to mój obowiązek. Ianowi nigdy nie będzie się spieszyć tak bardzo jak mnie, choćby i sto domów przeszło nam koło nosa. Nawet teraz, po tylu przegranych licytacjach, wciąż się zżyma, kiedy razem z Ginny przypominamy mu, że sześciocyfrowe przebicie ceny wyjściowej to normalna sprawa, że po prostu nie mamy innego wyjścia.
Dla radcy prawnego zatrudnionego w sektorze publicznym awersja do ryzyka to właściwie jedna z kompetencji zawodowych. Poza tym wystarczy na niego spojrzeć i od razu widać, że ten wysoki złoty chłopak nie ma w sobie jakiejś szczególnej woli walki. Jako dziecko grał w drużynie małej ligi baseballowej, którą trenował jego własny ojciec, a na urodziny nie przynosił do szkoły cukierków, tylko domowe ciasteczka pieczone przez mamę, słowem: miał kochających rodziców. Do tej pory dzwonią do nas co najmniej raz w tygodniu i pytają, co słychać. Moje dzieciństwo tymczasem toczyło się różnymi krętymi ścieżkami, ale wyniosłam z niego coś, czego Ian (musiałam się z tym pogodzić) nigdy nie będzie miał: nienasycenie.
Dlatego właśnie pożegnałam się z dziennikarstwem i zatrudniłam w firmie PR-owej, gdzie zarabiam trzy razy więcej. To i tylko to dało mi motywację, aby naciskać na kupno tamtego zniszczonego małego szeregowca - on miał być na początek, a jego ostateczna sprzedaż przyniosła taki zysk, że naprawdę nieźle się urządziliśmy. Moich rodziców nigdy nie byłoby stać na coś takiego.
- Ruchy, Ian, jedziemy. - Na nogach mam już buty i wiążę luźny kucyk, starając się, z marnym skutkiem, schować kosmyki siwizny wijące się na smolistoczarnym tle niczym anielskie włosy z choinki.
- Kochanie, przepraszam, ale może pojedź tam sama i potem zadzwoń? Powinienem niedługo być w pracy - mówi on. - Mam lunch z klientem.
Dopiero teraz dostrzegam, że jest w normalnym ubraniu, a swoją bujną piaskową czuprynę ułożył gładko na żel.
- Serio? - pytam, bo nie mieści mi się to w głowie. Czy on w tej swojej pracy zajmuje się ratowaniem świata? - Ginny czeka na odpowiedź, Ian. A ciebie to nie kręci? Tyle miesięcy poszukiwań i ani jednego trafienia. Podskoczymy tam raz-dwa, a potem podrzucę cię do pracy.
Ian przestępuje z nogi na nogę. Widocznie rozważa swoją gotowość do małżeńskiego konfliktu o tak wczesnej porze.
- No dobrze - zgadza się w końcu. - Ale przed dwunastą muszę być na miejscu.
*
Jedziemy tam raptem pół godziny, ale mam wrażenie, jakbyśmy teleportowali się na inną planetę.
Chodniki w Grovemont są nieskazitelnie czyste. Żadnych pudełek po pizzy ani innych śladów obecności naprutych dwudziestoparolatków pałętających się bez celu po zamknięciu sklepów. Żadnych bezdomnych naprzykrzających się mieszkańcom, którzy chcą tylko wejść do własnego domu. (Jak to się teraz mówi? "Osoby w kryzysie bezdomności"? Nieważne, chodzi mi o to, że Grovemont to pieprzony raj na ziemi i tyle).
Rośnie tu tyle olbrzymich drzew, że latem jest pewnie z pięć stopni chłodniej niż gdzie indziej. W takim miejscu człowiek odkrywa nowe pasje, takie jak obserwowanie ptaków i przydomowa hodowla pomidorów, a samochody jadące na sygnale słyszy najwyżej raz w roku, gdy strażacy szaleją na gwiazdkowej paradzie.
W dzielnicy Shaw, gdzie teraz mieszkamy, w zeszłym miesiącu zastrzelili ucznia przed liceum przecznicę od naszego domu, a tymczasem zaledwie jedenaście kilometrów dalej znajduje się najbardziej ceniona część najbardziej cenionego przedmieścia w całym Dystrykcie Kolumbii - Bethesdy. Tutaj nasze dziecko będzie chodziło do najlepszych państwowych szkół w stanie Maryland, a może nawet w całym kraju.
Od półtora roku mam istną obsesję na punkcie Grovemont, więc dom w tej okolicy to spełnienie wszystkich moich marzeń, ale kiedy docieramy pod wskazany adres, nie wierzę własnym oczom. Wydaje mi się, że jeśli spojrzę z boku, okaże się, że to tylko fasada, scenografia filmu pod tytułem Wymarzony dom Margo albo Margo umarła i poszła do nieba. Białe murowane ściany, lśniące czarne drzwi zwieńczone mosiężnymi latarniami. Styl kolonialny. Przed domem rośnie bujny trawnik, na parapetach stoją skrzynki na kwiaty; ustalę tylko, co powinno w nich rosnąć, i wkrótce będą tego pełne. Mama Iana mi powie. Uwielbia swoje kwiaty w oknach. Rzuca mi się w oczy, że ten dom jest bardzo podobny do domu jego rodziców. Może to jakiś znak?
Ian też to widzi.
- No, rzeczywiście piękny, przynajmniej z zewnątrz - mówi. - Trochę jak u moich staruszków, co?
- Muszę zobaczyć podwórko - oznajmiam.
- Czekaj. Przecież nie możesz tak sobie tam wejść.
- Mogę. Tam jest furtka. - Pokazuję palcem przez otwarte okno naszego Priusa.
- Nie to miałem na myśli. Tak nie wolno, Margo. - Zwraca się do mnie po imieniu tylko wtedy, kiedy chce coś dobitnie podkreślić. Tyle że ja zdążyłam już wysiąść.
- Chodź, nie ma żadnych innych samochodów. Dom jest pusty. Wystarczy mi sekunda.
- Margo, nie rób tego.
- Tylko rzucę okiem. Zaraz wracam.
Wiem, wiem. Tak wygląda uprzywilejowanie. Nikt nie zadzwoni na policję, widząc Azjatkę w markowych ciuchach z metką Lululemon, w każdym razie nie w okolicy, gdzie każdy dom wielkim głosem krzyczy: woke! Praktycznie na co drugim trawniku stoi tablica z napisem "Black Lives Matter", chociaż mogę się założyć, że na tej ulicy nie mieszka ani jedna czarna rodzina. Jeśli zobaczy mnie któreś z sąsiadów, powiem, że byłam na spacerze z pieskiem, a on zerwał się ze smyczy i czmychnął za ten dom. Albo coś w tym stylu. Jasne, sama też się tym brzydzę, ale takie są zasady i to nie ja je wymyśliłam.
Za furtką zaczyna się chodnik wyłożony naturalnym kamieniem. Otwieram ją i przechodzę na tyły domu. Chodnik prowadzi na taras. Nagle jeden maleńki szczegół dosłownie zapiera mi dech w piersiach. Na skraju podwórka, po prawej stronie, w samym kącie rośnie dąb, a na jego mocnym konarze... Huśtawka z opony. Ile domów już obejrzeliśmy? Czterdzieści pięć? Pięćdziesiąt? A czegoś takiego nie było nigdzie. To już na pewno jest znak.
Korci mnie, żeby stanąć pod tym dębem i dotknąć chropowatej czarnej gumy, ale jeśli wyjdę na podwórko, odsłonię się jeszcze bardziej przed wzrokiem tej czy innej wścibskiej sąsiadki schowanej za firanką na piętrze. Łagodny chłodny powiew muska mi kark; opona kołysze się leciutko. Strasznie chciałabym podejść, ale na razie muszę wziąć na wstrzymanie.
Dzisiaj mamy piękną pogodę, natomiast wieczorem padało, więc meble na tarasie, niski stolik i duża segmentowa kanapa, są przykryte pokrowcami. Prowadzi tam kilka schodków, a wyposażenia dopełnia szeroki ośmioosobowy stół z drewna tekowego oraz wykonany na zamówienie zabudowany barek z gazowym grillem i minilodówką. Z tyłu domu widać ślady rozbudowy, właściciele pewnie powiększali kuchnię. Widziałam to chyba milion razy i wiem, że to przeróbki typowe dla domów kolonialnych z lat czterdziestych.
Maleńka jak krzyżyk sylwetka samolotu przecina rozległy nieboskłon długą kreską. Panuje cisza tak absolutna, że słychać nikły pomruk silników. Mokra trawa lśni nieskazitelną zielenią, bo dopiero zaczął się kwiecień. Jest jej tyle, że można się poczuć jak na prawdziwym podwórku, ale też nie za dużo, więc nie wymaga wiele pracy. Tutaj po raz pierwszy w życiu staniemy się posiadaczami kosiarki, która, jak wiadomo, jest jednym z nieodzownych amuletów spełnionej dorosłości.
Moi rodzice kiedyś mieli własny dom, w którym żyliśmy jak na bombie, a chociaż nie trwało to długo, mój ojciec zdążył dostać kompletnego fioła na punkcie trawnika. O tak, tamten trawnik był za duży, a jego utrzymanie pracochłonne. Tata szarpnął się na specjalistyczny system nawadniający, ale i tak zawsze w którymś miejscu straszyła brązowa plamka, co doprowadzało go do szału. Teraz wiem, że wcale nie chodziło o trawnik.
Telefon w mojej dłoni wibruje. "Już?", pyta Ian.
Wiem, że igram z losem, ale muszę zobaczyć kuchnię. Pewnie ją znajdę w tej dobudówce z tyłu.
Kilka szybkich kroków i jestem na tarasie. Osłoniwszy oczy dłońmi, zaglądam przez szerokie przeszklone drzwi. Marmur kararyjski pokrywa wszystkie blaty, również olbrzymią wyspę kuchenną - dokładnie taką, jaka musi stać się okiem tego cyklonu szczęścia, jakim jest rodzina. Podłogi z szeroko ciętych dębowych desek. Szafki w stylu szejkerskim, pomalowane farbą w ciepłym odcieniu szarości, w drzwiczkach mosiężne gałki. Już dawno pożegnałam się z nadzieją, że coś przebije tamten dom, który sprzątnęli nam sprzed nosa w pierwszej przegranej licytacji, ale nawet nie umywał się do tego, chociaż także był w Grovemont. Całkiem jakby ktoś otworzył mi głowę i wyjął z niej projekt scenografii mojej wymarzonej przyszłości.
Telefon znowu wibruje, ale Ian musi wziąć na wstrzymanie, bo ja teraz wyobrażam sobie, jak siedzę przy tamtym wysokim blacie na barowym stołku z wyplatanym oparciem i popijam kawę. Ciekawe, czy to by coś dało, gdybyśmy zaproponowali, że odkupimy część mebli. Tak byłoby im chyba łatwiej, niż wieźć je ze sobą. Po lewej, pod ścianą, widać gazową kuchnię z piekarnikiem. Zdaje się, że to Thermador - pewnie kosztowała więcej niż ten nasz Prius.
Tuż za szybą, przez którą zaglądam, stoi stolik śniadaniowy. Tutaj najczęściej będziemy jadać posiłki. Dostrzegam też jednak bardziej oficjalną jadalnię, nieco dalej na prawo. Prowadzi do niej łukowato sklepione przejście. To była, w mojej opinii, jedna z największych wad naszego starego szeregowca: dziewięćdziesiąt metrów kwadratowych, a nigdzie ani skrawka miejsca na porządny stół, przy którym można świętować, dajmy na to, pierwsze urodziny dziecka. Ale tutaj będziemy obchodzić wszystkie święta, jakie tylko są w kalendarzu, i urządzać przyjęcia z prawdziwego zdarzenia, jak dorośli ludzie. Sprawimy sobie chłodziarkę do wina, taką wolnostojącą.
No nie! Znowu telefon. Z wielkim trudem, niemalże z bólem, przenoszę wzrok na wyświetlacz urządzenia.
KTOŚ PODJECHAŁ POD DOM, alarmuje Ian w kolejnej wiadomości.
Następna to tylko dosadne !!!!!!!!!!!!.
Kurwa mać.
Zaglądam z powrotem do wnętrza domu. W przedpokoju pojawił się dobrze ubrany szczupły mężczyzna. Idzie wpatrzony w telefon. Błyskawicznie opadam na kolana i przesuwam się na schody, a materiał moich legginsów nasiąka wilgocią z podłogi tarasu.
Ostatni raz coś takiego zdarzyło mi się w styczniu, kiedy panował jeszcze mróz. Ian myślał, że pojechałam coś załatwić, ale tak naprawdę byłam dokładnie tutaj, w Grovemont, i krążyłam ulicami, wypatrując, czy ktoś przypadkiem nie szykuje się do sprzedaży. Nagle, widząc szeroko otwarte drzwi garażu jednego z domów w stylu Cape Cod, wcisnęłam hamulec. Garaż był zastawiony kartonowymi pudłami. Jak do wyprowadzki.
Zza kierownicy trudno było coś wyraźnie zobaczyć, więc zaparkowałam za rogiem najbliższej ulicy i niezauważona przez nikogo wróciłam do otwartego garażu. Szybko się okazało, że te kartony służą tylko do przechowywania różnych rupieci. Nagle szczęknęła obracana gałka wewnętrznych drzwi. Schowałam się za stosem pudeł i wystawiwszy zza nich koniec nosa, zobaczyłam dłoń naciskającą przycisk zamykający wjazd. Betonowa podłoga zadrżała pode mną, a potem przestała, kiedy całe wnętrze pogrążyło się w ciemnościach. Nie ruszałam się z ukrycia, dopóki nie straciłam czucia w palcach stóp, ale w końcu wybiegłam zza pudeł i uniosłam te wstrętne drzwi wjazdowe, ale nie do końca, tylko tyle, żeby przecisnąć się pod spodem. Chyba nikt nie usłyszał, bo bez przeszkód dotarłam do samochodu.
W porównaniu z tym dzisiejsza wpadka to jeszcze żadna katastrofa. Po zejściu z tarasu podnoszę się z kolan i przemykam pod białą ceglaną ścianą do furtki. Rzuciwszy okiem dookoła, wyskakuję na chodnik.
Przed domem stoi oliwkowozielony SUV Audi, ale nigdzie nie widać naszego poobijanego srebrnego Priusa. Noż cholera jasna, gdzie jest Ian?
- Proszę pani!
Obracam się na pięcie jak fryga. Tamten facet, którego przed chwilą widziałam przez szybę, idzie teraz długim krokiem w moją stronę, mrużąc swoje piękne oczy.