Rozdział 4
Besim
Godzinę później podjechaliśmy pod spory magazyn na obrzeżach Sarandy. Zbliżała się druga w nocy. Dla mnie to idealna pora, żeby porozmawiać z natrętnym sukinsynem i wytłumaczyć mu kilka podstawowych zasad.
Potrzebowałem rozrywki, byłem żądny krwi, a ten palant umiejętnie podniósł mi ciśnienie. To jego obarczałem winą za zniknięcie słodkiej piękności. Wystraszył ją i osaczył. Co prawda postąpiłem podobnie, jednak w przeciwieństwie do niego nie miałem złych zamiarów, o czym niestety nie zdążyła się przekonać. Śmiałem twierdzić, że po akcji w klubie raczej zbyt szybko nie odwiedzi Cubany ponownie. A szkoda. Ochota na nią jeszcze mi nie przeszła.
Nie miałem żadnych słabości, a gdy już się pojawiały, to szczerze nienawidziłem tego stanu umysłu. Jakiś czas temu moim życiem zawładnęła pewna śliczna blondynka, lecz z perspektywy czasu już wiem, że chodziło o chwilowe zauroczenie - o ile w ogóle jestem zdolny do pozytywnych uczuć. Stała się moją małą obsesją, ale fakt, że była zaręczona, pokrzyżował mi plany, więc odpuściłem, czego na ten moment nie żałowałem. I na tym się skończyło. Teraz pewnie równie szybko zapomnę o przeszywających zielonych oczach, tym bardziej że mam na głowie mnóstwo obowiązków. Ciążyła na mnie spora odpowiedzialność, więc żadne popierdolone uczucia nie wchodziły w grę.
Wszystkie oczy zainteresowanych skurwieli były zwrócone w moim kierunku. Już niedługo...
- Szefie, trochę się nim zajęliśmy, ale wygląda na to, że to cipa, nie facet. Po kilku ciosach zemdlał, a wcześniej zaczął skamleć jak suczka - poinformował Luan, kiedy wchodziłem z Zoranem na teren magazynu.
- No to musimy go obudzić, ponieważ mam mu sporo do wyjaśnienia.
Minąłem jednego z moich najbardziej zaufanych pracowników i ruszyłem w kierunku pokaźnych rozmiarów celi, idealnie wyposażonej, by ugościć wybranych szczęśliwców.
Napalony kutas z klubu nie był już taki mocny w gębie. Ledwo dotykał butami podłogi, podwieszony do sufitu za nadgarstki, wokół których został opleciony stalowy łańcuch. Ciszę w pomieszczeniu przerywał jedynie zgrzyt metalu ocierającego się o hak.
Czułem za sobą obecność Zorana. Przyjaciel był równie podekscytowany na myśl o wykwintnych torturach, których scenariusz właśnie tworzył się w mojej głowie. O mnie krążyły legendy, natomiast on zazwyczaj pozostawał w cieniu, jednak miał tak samo nasrane we łbie, więc dogadywaliśmy się perfekcyjnie.
- No to od czego zaczniemy? - Podszedłem do stołu i sięgnąłem po sole trzeźwiące. - Najpierw obudzimy naszą śpiącą królewnę...
Chwilę później nasz amant rozejrzał się zdezorientowany, a gdy jego wzrok zatrzymał się na mnie, na jego twarzy pojawiło się przerażenie. Najwyraźniej dotarło do niego, że nie wyjdzie stąd żywy, a ja nie byłem zwykłym kolesiem spotkanym w klubie.
- Czego ode mnie chcecie? - wyjęczał drżącym ze strachu głosem.
- Nauczymy cię tylko dobrych manier - odpowiedział Zoran radosnym tonem, okrążając go niczym tygrys przygotowujący się do ataku.
- Proszę! Wypuśćcie mnie! Ja nic nie zrobiłem... To pomyłka... Ja nie wiem...
- Napastowałeś kobietę na moim terenie i pomimo szansy, którą ci dałem, proponując kulturalnie, żebyś spierdalał w podskokach, nie posłuchałeś - wyjaśniłem.
Momentalnie stanęła mi przed oczami piękność z klubu i autentyczny strach widoczny w jej zachwycających oczach.
- Proszę, nie byłem sobą... Wziąłem przed imprezą jakieś pastylki od kumpla, żeby się rozluźnić. Nie chciałem... - Słyszalna panika w głosie tylko mocniej mnie nakręcała.
Karmiłem się strachem innych, ich zrezygnowaniem, które od nich biło, gdy zdawali sobie sprawę, że samodzielnie zapędzili się w pułapkę, i błagali o litość. Ale ten koleś wyjątkowo mnie irytował. Byłem zdania, że każdy odpowiada za swoje czyny i powinien ponosić ich konsekwencje. Nie mogłem pozwolić, by odszedł, nie zapłaciwszy za zachowanie niegodne mężczyzny.
- Miałeś szansę, by zejść mi z oczu - przypomniałem uprzejmie, zanim podszedłem do blatu, gdzie równiutko ułożono najrozmaitsze narzędzia.
Różnej wielkości noże, obcęgi, pilniki, piły mechaniczne, palniki, wiertarki, a także sporej wielkości tasaki, szable oraz broń palna. W arsenale mieliśmy całkiem niezły zbiór narzędzi tortur. Zastanawiałem się, co będzie idealne dla naszego delikwenta. Mój wzrok zatrzymał się na małej wiertarce. Uśmiechnąłem się pod nosem. Uwielbiałem tortury, a szczególnie te doprowadzające ludzi do szaleństwa, omdlenia czy powolnej śmierci.
Sięgnąłem po całkiem poręczny sprzęt, a gdy się odwróciłem, przechyliłem głowę w prawo, potem w lewo, aż usłyszałem chrzęst strzelających kości. Z zadowoleniem wpatrywałem się w człowieka, który miał dostarczyć mi dzisiaj rozrywki.
Zatrzymałem się przed szlochającym gnojem. Rozkleił się, a nawet jeszcze go nie dotknąłem. Cipa, nie facet. Luan miał rację.
- Najpierw się trochę zabawimy, bo najlepsze przewiduję na koniec...
Pierwszy otwór w jego ciele wywierciłem na mostku. Każdy kolejny znajdował się coraz niżej. Rany były płytkie. Chciałem, żeby dożył ostatecznego ciosu.
Mężczyzna wykrwawiał się na moich oczach, szarpiąc poranionym ciałem, jakby w ogóle istniała możliwość, że ominie go reszta tortur. W miarę upływu czasu słabł. Wrzeszczał coraz ciszej i ciszej, aż wreszcie zemdlał.
Odetchnąłem głęboko. Powoli wkurwiało mnie jego głośne zawodzenie.
- Myślałem, że dłużej wytrzyma - sarknął pod nosem Zoran, oparty o ścianę za moimi plecami.
- Wszyscy są tacy sami. Aroganccy, bezczelni i silni, kiedy mają do czynienia z kobietami i dziećmi. Czują przewagę nad słabszymi, co daje im pewność, że zwyciężą.
- Co ci się tak zebrało na przemyślenia? - Zoran podszedł do mnie, kiedy odkładałem wiertarkę na stół.
- Nie wiem. - Westchnąłem, lekko zawiedziony. Wyglądało na to, że zabawa nie będzie tak fajna, jak początkowo sądziłem. - Trafił nam się słaby zawodnik.
- Zaraz go wybudzimy - oświadczył zadowolonym tonem, po czym sięgnął po niewielki, ostry nóż i w zamyśleniu przyjrzał mu się z każdej strony. - Pobawimy się w łączenie kropek. - Uśmiechnął się do mnie jak szaleniec.
- Czyń honory, Zoran. - Wskazałem ręką na podwieszonego człowieka.
Przyjaciel kiwnął głową zadowolony, a następnie zgrabnym ruchem ściągnął z ramion jasną marynarkę, odwiesił ją na oparcie krzesła i zabrawszy ze sobą nożyk, ruszył w kierunku faceta.
Potrzebowałem adrenaliny, a wiedziałem, że nie zapewni mi jej ledwo kontaktujący palant, który w klubie nie potrafił trzymać rączek przy sobie. Lubiłem zmierzyć się z silnym przeciwnikiem, czuć, że jest dla mnie wyzwaniem. Czasami urządzaliśmy sobie z chłopakami sparingi, podczas których żaden z nas się nie hamował i nie oszczędzał drugiego. Walka była zawzięta, pełna morderczych ciosów oraz kopnięć, co skutkowało siniakami, zwichnięciami, czasem nawet złamaniami.
Przyjaciel z błyskiem w oku szarpnął za brzegi koszuli mężczyzny. Kiedy poły materiału się rozchyliły, zobaczyłem na torsie nieznajomego kilkanaście niewielkich dziur. Z każdej sączyła się posoka. Barwiła jasne spodnie na czerwono, a potem spływała do kałuży razem z moczem naszego delikwenta.
Zoran wybudził nieznajomego i dopiero wtedy zaczął przesuwać ostrzem po jego bladej skórze - od jednego otworu do następnego. Wrzaski torturowanego nie ustawały.
Niespodziewanie przez te wkurzające dźwięki przedarł się głęboki głos Zorana:
- Kończyć z nim czy...?
Dogorywający mężczyzna nie wyglądał najlepiej. Płaty skóry na torsie zwisały bezwładnie, odsłaniając mięśnie, ścięgna, a także niektóre żebra. Zoran dał się ponieść fantazji, nacinając tkanki ofiary znacznie głębiej, niż się spodziewałam.
Odruchowo spojrzałem na zegarek i zdałem sobie sprawę, że poświęciłem temu kutasowi już dwie swoje cenne godziny, więc najwyższa pora skończyć zabawę i wrócić do domu.
- Kończyć - przytaknąłem.
Zanim sięgnąłem po broń, Zoran złapał faceta za włosy. Nie minęła sekunda, a podniósł jego bezwładną głowę, odchylił ją i jednym precyzyjnym ruchem podciął mu gardło. Krew trysnęła na jasne spodnie mojego przyjaciela, ale niespecjalnie się tym przejął. To nie pierwszy raz, kiedy opuszczaliśmy magazyn, mając krew pod paznokciami.
Oprócz kilku pomieszczeń dla więźniów mieściło się tutaj moje biuro. Hala nie służyła jedynie do naszych mrocznych zabaw. Przede wszystkim była siedzibą jednej z firm należących do mojego ojca. W teorii produkowaliśmy kosmetyki pielęgnacyjne, podczas gdy w rzeczywistości powstawały coraz nowsze narkotyki, w tym dopalacze, które znalazły spore grono zwolenników wśród naszych odbiorców. Hala została podzielona na kilka mniejszych, więc nawet gdy pojawiała się kontrola - a czasami się to zdarzało - urzędnicy widzieli tylko legalną część biznesu, gdzie wszystko działało zgodnie z prawem, a księgi rachunkowe były wypełniane skrupulatnie oraz zgodnie z przepisami. Przejścia do kolejnych hal zabezpieczyliśmy; wstęp tam mieli tylko zaufani pracownicy. Nie składowaliśmy tu tylko narkotyków, ale też broń sprowadzaną z zagranicy.
Obiekt był całodobowo chroniony i monitorowany. Niejednokrotnie mieliśmy do czynienia z szaleńcami, którzy podejmowali nieudolne próby kradzieży białego proszku, przez co zakończyli swój żywot w niezwykle tragiczny sposób.
- Znowu się ufajdałem. - Zoran przyglądał się zabrudzonym spodniom i koszuli. Nadawały się w tej chwili tylko do wyrzucenia.
- Chodź do biura. - Zgarnąłem marynarkę z oparcia krzesła, ponieważ jedynie ta część jego garderoby nie ucierpiała podczas zabawy. - Pożyczę ci jakieś swoje ciuchy.
Pół godziny później wsiedliśmy na tylną kanapę SUV-a.
- Do apartamentu, szefie? - Za kierownicą siedział Jetmir, drugi najbardziej zaufany pracownik spośród tych znajdujących się w moim najbliższym otoczeniu.
- Tak. Po drodze odwieziemy Zorana. - Spojrzałem na przyjaciela.
Nie wykazywał zainteresowania rozmową. Gapił się w ekran smartfona, na którym właśnie rozgrywała się scena wysublimowanego porno.
- Dorośniesz kiedyś? - zagaiłem, rozsiadając się wygodnie.
- Nie, a co? - Wiercił się, jakby coś go uwierało w tyłek. - Jestem dzisiaj podejrzanie mocno pobudzony. Chyba zaproszę Tinkę do siebie...
- Wziąłeś coś? - Przyglądałem mu się z zainteresowaniem.
Wcześniej nie zauważyłem, że zachowuje się inaczej. Lubił testować nasze produkty, co nie było mądre, ale Zoran nigdy nie należał do tych rozsądnych.
- Tak, dwie fioletowe landrynki. Spokojnie, przyjacielu, mam wszystko pod kontrolą - dodał szybko, więc zauważył, że nie podobało mi się jego zachowanie.
Pokręciłem głową. Kiedyś pożałuje swojego lekceważącego podejścia.
Wszystkie narkotyki stworzone w laboratorium testowaliśmy na chętnych, ale nigdy do końca nie wiadomo, jak zareaguje na nie ludzki organizm. Wystarczyła niewielka wada serca, problemy z ciśnieniem czy wątrobą, a zażycie niewinnie wyglądającej "landrynki" mogło się skończyć na cmentarzu.
Zoran wiedział o konsekwencjach, a ja nie miałem na niego większego wpływu. Obaj zbliżaliśmy się do trzydziestki, więc dojrzeliśmy na tyle, żeby odpowiadać za siebie, swoje czyny i życie.