Rozdział pierwszy
Zane
Rozżarzone węgle przygniatają mi oczy. Próbuję się przewrócić na bok,
ale każdy mięsień w ciele się napina. Czuję się, jakbym został zrzucony
z dziesięciopiętrowego budynku i wylądował płasko na plecach. Jęcząc,
opuszkami palców muskam coś miękkiego, prześcieradło... albo koc. Nie
wiem, ale nie jest ani zimno, ani ciężko. Przesuwam się i zdaję sobie
sprawę, że nie leżę już na zimnym betonie, ale gdzie indziej. Zamęt
zaciemnia mi umysł.
- Ćśś, policja już jest w drodze. Wszystko będzie dobrze. Znajdą osobę,
która cię postrzeliła - jakiś głos próbuje mnie uspokoić, ale nie
wywołuje we mnie tego efektu, za to natychmiast otwieram oczy. Oszalały
rozglądam się po pokoju. Zapach środka antyseptycznego atakuje moje
zmysły i bardzo szybko składam wszystkie kawałki układanki.
Szpital. Jestem w szpitalu. Ten sam szpital, w którym Christian zostawił
mnie na parkingu na śmierć. Zrobił z siebie głupka, bo nie zamierzam
umrzeć. Przynajmniej nie dzisiaj. Ból eksploduje w całym ciele, a mięśnie protestują, gdy odsuwam się od łóżka i staję na chwiejnych
nogach.
- Proszę pana, musi się pan położyć! - pielęgniarka podbiega do mnie,
wzrok ma spanikowany, ale stopuję ją mrocznym spojrzeniem, które
obiecuje ból, i kobieta zatrzymuje się. Nie mówię ani słowa, kiedy
wychodzę z pokoju, a ciało krzyczy, błagając, żebym się odwrócił i położył z powrotem.
Nie ma takiej opcji. Dove mnie potrzebuje. Kurwa. Zawiodłem ją.
Pozwoliłem mu się do niej dobrać. Nie wyobrażam sobie, co jej teraz
robi. Dotyka jej. Krzywdzi ją. Jest zbyt delikatna dla mężczyzny takiego
jak Christian. Roztrzaska ją jednym dotknięciem jak cienkie szkło.
Serce wali mi w piersi. Zemsta. Potrzebuję tego. Zrobię to. Wykąpię się
w jego pieprzonej krwi, jeśli jej dotknie, jeśli coś jej zrobi. Jeśli na
jej głowie choć jeden włos nie jest na swoim miejscu... Nie chcę nawet o tym myśleć.
Kiedy kuśtykam, wychodząc ze szpitala, i gdy mijam ludzi, sypie się na
mnie lawina zdegustowanych i zszokowanych spojrzeń. Patrząc w dół na
koszulę, uświadamiam sobie, że cała jest przesiąknięta krwią. Wzruszam
tylko ramionami, bo mam to w dupie. Bok pali mnie przy każdym kroku i w głowie kręci mi się jak diabli. Jeśli mam uratować Dove, uratować nas,
będę musiał znaleźć sposób, żeby usunąć tę kulę. Idąc - choć nie mam
pieprzonego pojęcia, dokąd zmierzam - odtwarzam sobie w głowie to, co
powiedział mi Christian.
Castro, rywalizująca z Sergio rodzina mafii, jest powodem, dla którego
chce śmierci Dove. Ale dlaczego? Kim jest Dove dla Castro? Zaciskając
zęby, wiem dokładnie, co będę musiał zrobić i że będę, kurwa,
nienawidzić każdej sekundy. Ostatnią rzeczą, jakiej chcę, to zostawić
Dove w rękach Christiana dłużej niż to konieczne. Jednak mimo
wściekłości, która mnie ogarnia, wiem, że nie ma opcji, abym ją ocalił,
jeśli wpadnę tam z impetem sam.
Potrzebuję broni, planu, pozbyć się tej cholernej kuli z boku i zatamować krwawienie, zanim naprawdę umrę. To oznacza, że będę musiał
jechać do rodziny Castro. Opierając się o pobliską ścianę, zaciskam
powieki i zmuszam się, by oddychać przez nos. Ból w boku to pestka w porównaniu z tym, jaki czuję w sercu. Choć to piekielnie trudne, zmuszam
się, by w tej chwili nie myśleć o Dove. Zdejmuję koszulę, chwytam
materiał i dociskam go do boku tak mocno, jak tylko potrafię. Zaciskam
pięści i ból promieniuje na skórę. Mam wrażenie, jakby żyletki
przecinały mi ciało, pozostawiając po sobie głębokie nacięcia. Zamykam
oczy i zmuszam się, by myśleć o czymkolwiek poza bólem. Wyłączenie się
to teraz moja jedyna opcja.
Samochód. Broń. Castro. W tej kolejności. Odpycham się od ściany i kuśtykam dalej do samochodu. Kiedy do niego docieram, na czole pojawia
się strużka potu, a mięśnie protestują przy każdym kroku. Przełykając
ból, otwieram drzwi samochodu i wślizguję się do środka. Opieram się o siedzenie, uruchamiam auto i pochylam się nad konsolą centralną,
otwierając schowek.
Wyciągam pistolet, który trzymam tam na wszelki wypadek, sprawdzam, ile
mam kul, i kładę go obok siebie. Wyjeżdżam z miejsca parkingowego, opony
piszczą, gdy jadę krętą drogą, by wydostać się z tego labiryntu.
Jadę zgodnie ze znakami, uderzam stopą o pedał gazu i wyjeżdżam na
ulicę. Dźwięk klaksonu przeszywa mi uszy, ale nie zwracam uwagi na
innych kierowców. Mam misję. Jestem zdeterminowany. Nie potrzebuję
wskazówek, jak dojechać do posiadłości Castro. Gdy tylko Christian
powiedział mi o rywalizacji z tą rodziną, zacząłem ich pilnować.
Ustaliłem rozkład dnia, dowiedziałem się, gdzie mieszkają, jak wydają
pieniądze i jak spędzają czas.
Pójście do nich może oznaczać dla mnie śmierć, ale jestem gotów podjąć
ryzyko, jeśli jest jakaś szansa, że uda mi się uratować Dove. Zawrę
każdą umowę, zabiję, kogo zechcą. Nie ma niczego, czego bym nie zrobił,
nie ma osoby, której bym nie skrzywdził. Muszę ją odzyskać. Muszę ją
uratować.
Bez względu na to, co mi się stanie, muszę się upewnić, że przeżyje.
Jest dla mnie wszystkim. Jeśli ona umrze, umrę i ja.
Rana w moim boku pulsuje jak drugie serce, kiedy przejeżdżam przez
miasto. Gdy dojeżdżam do bramy rezydencji Castro, skręcają mi się
wnętrzności, w brzuchu mam już tylko węzeł strachu. Ich dom otacza
dwumetrowe ogrodzenie z kutego żelaza, a fakt, że będę musiał
przeciągnąć przez nie tyłek, aby dostać się do środka, nie jest
przyjemnym uczuciem. Mój bok już krzyczy, równie dobrze mógłbym wbić nóż
w ranę. Wpatrując się w płot, obmyślam plan, który ma pięćdziesiąt
procent szans, że mnie nie zabiją. Podejście do ogrodzenia i nakazanie
im, żeby mnie wpuścili, nie wchodzi w grę.
Będę musiał zrobić scenę, zmusić Matteo Castro, żeby spotkał się ze mną
twarzą w twarz. Zjeżdżam z bocznej drogi i parkuję samochód wśród drzew.
Jeśli jeszcze nie zauważyli mnie w kamerach, będę zszokowany jak diabli.
Kuśtykam drogą i zmuszam się do spokojnego truchtu. Powietrze jest
zimne, a kiedy zderza się z moją rozgrzaną skórą, drżę. Czuję się słaby,
cholernie słaby, ale muszę to zrobić.
Muszę mieć kogoś po swojej stronie, a skoro Christian chce wojny, pewnie
ja będę tym, który im o tym powie. Ale najpierw muszę przeciągnąć Matteo
na swoją stronę.
Docieram do krawędzi ogrodzenia na granicy posesji i patrzę na górę, na
którą będę musiał się wspiąć. Wyczerpanie ogarnia moje wnętrzności i zmuszam się, by iść dalej. Pomyśl o Dove. Coś w oddali przyciąga moją
uwagę. Nie coś, ktoś. Dwóch mężczyzn zmierza w moim kierunku. Silni,
umięśnieni, z bronią.
Nie jestem w stanie walczyć. Mam nadzieję, że mnie nie zabiją, bo w gówniany sposób by się to wszystko skończyło, kurwa.
- Albo ryzykujesz życie, albo kurewsko ryzykujesz życie - jeden z mężczyzn szydzi, gdy się zbliża. Dzieli nas ogrodzenie, ale wiem, że to
mnie nie uratuje. Mogliby mnie teraz zabić, gdyby chcieli.
- Muszę porozmawiać z Matteo - wykrzykuję.
Ten sam facet, który przemówił przed chwilą, wydaje stłumiony śmiech,
wygląda na speszonego.
- Musisz porozmawiać z Matteo? Przykro mi kolego, ale to nie tak działa.
Jeśli szef zechce cię zobaczyć, będziesz o tym wiedział. A teraz
wypierdalaj stąd - wykonuje ruch rękoma i gdybym nie odczuwał takiego
pieprzonego bólu, uśmiechnąłbym się.
Pistolet tkwi ciężko w pasie dżinsów i wiem, że gdy tylko po niego
sięgnę, zastrzelą mnie. Jednak muszę podjąć to ryzyko. Jeśli strzelę do
jednego z nich, na pewno doprowadzi mnie do Matteo. Żywego czy martwego?
Nie wiem.
Poruszam się ze zwinnością, o której nawet nie wiedziałem, że jest
możliwa, chwytam pistolet i celuję w faceta, który się ze mnie śmiał.
- Bez urazy - burczę, gdy pociągam za spust. W tym samym czasie jego
przyjaciel wyciąga broń i strzela. Kula przebija mi ramię i wbija się w delikatną tkankę. Ile więcej krwi mogę stracić, zanim umrę? Skóra mnie
piecze w miejscu, gdzie kula wbija się do środka, a ja zataczam się do
tyłu, trzęsą mi się kolana. Czuję, jak w polu widzenia pojawia się
ziemia. Kto wiedział, że wszechmocni upadają tak boleśnie? Po tym
wszystkim, co zrobiłem, wszystko rozpada się na kawałki. Człowieka,
który zabijał od zawsze, odbierał życie innym, wreszcie dopadła karma.
Lądując na ziemi z głuchym łoskotem, jestem tylko w stanie spojrzeć w niebo.
- Idiota - facet, który mnie postrzelił, warczy, gdy podchodzi, jego
twarz pojawia się w polu widzenia. Czubek jego buta zderza się z moją
klatką piersiową i ból rykoszetuje przez moje ciało. Kurwa. -
Chciałeś, to masz. Wygląda na to, że jednak wyjedziesz stąd w worku na
zwłoki.
Ogarnia mnie ból i patrzę przez ciężkie powieki, jak podnosi pistolet i ponownie pociąga za spust. Kolejna kula wbija się w moje ciało,
przepalając mięśnie. Kolejna kula, którą chętnie bym przyjął, gdyby
oddała mi Dove. Czerń i ból to wszystko, co czuję, gdy zamykam oczy,
myśląc, że robię to ostatni raz.
***
Pierwszą rzeczą, jaką zauważam, kiedy odzyskuję przytomność, jest to, że
żyję. Wróć. Nie żyję. Umarłem i poszedłem do piekła. Właściwie piekło
byłoby wakacjami w porównaniu z tym, z czym mam teraz do czynienia. Całe
moje ciało jest jak płomień, pali i pulsuje, benzyną dolewaną do
niekończącej się iskry ognia. Każdy mięsień napina się, gdy staram się
zrozumieć, co się dzieje.
- Witaj z powrotem, Zane - mówi nieznany głos, a ja obracam się w jego
kierunku. Nie widzę nic poza ciemnością. Wtedy zdaję sobie sprawę, że
nadgarstki mam przykute kajdankami do boków łóżka. Metal dzwoni, gdy
wykonuję gwałtowny ruch. Ciągnę je aż do bólu, zaciskam zęby, gdy metal
wbija mi się w skórę. Powoli wszystko zaczyna nabierać perspektywy.
Patrząc w dół na nagą klatkę piersiową, stwierdzam, że już nie krwawię.
Każda z dziur po kulach, które zaśmiecały moją klatkę piersiową, jest
teraz czysta, a rany pokryte są gazą.
Co się do cholery stało?
- Możesz mi podziękować, kiedy tylko zechcesz - znowu ten głos, który
zgrzyta na każdym pieprzonym końcu nerwu. Nie przeszedłem przez to
wszystko na darmo, a każda upływająca sekunda to kolejna sekunda, w której Dove może być gdzieś obolała lub co gorsza...
- Muszę porozmawiać z Matteo! - warczę.
- Cóż, to twój pieprzony szczęśliwy dzień, chłopcze - z cienia wyłania
się Matteo, mężczyzna, z którym muszę porozmawiać. Miodowe włosy
zaczesał do tyłu, a ciemne oczy patrzą groźnie, no cóż, tak groźnie, jak
oczy małego pieska, który grozi, że ugryzie cię w kostkę. - Nie jestem
zadowolony, że zastrzeliłeś jednego z moich ludzi, ale przypuszczam, że
jesteśmy kwita, bo on dostał jedną kulę, a ty trzy.
- Nie żeby to miało znaczenie, ale zostałem postrzelony, zanim tu
przyjechałem. Twój facet strzelił do mnie tylko dwa razy.
Matteo mruży oczy, uśmieszek wykrzywia jego usta.
- Rozumiem. Mimo wszystko zasłużyłeś na postrzelenie, zjawiając się
tutaj i strzelając do jednego z moich ludzi. Do diabła, powinien był cię
zabić. Powiem jednak, że jestem zaskoczony, że w końcu poznałem okrytego
złą sławą Zane'a. Płatnego mordercę rodziny Sergio. Wiedziałeś, że za
twoją głowę wyznaczono nagrodę?
Wzruszam tylko ramionami.
- Nie przyszedłem tu w sprawie nagrody, ale jeśli chcesz oddać mnie
Christianowi, zrób to. Ma coś mojego i chcę to z powrotem. I tak
wyświadczysz mi przysługę.
Matteo wpatruje się we mnie.
- Wiesz, że to nie tak działa. Musisz mieć jaja wielkości Teksasu, jeśli
myślisz, że możesz tu przyjść i poprosić mnie o pomoc.
W tym momencie nic mnie nie obchodzi. Liczy się tylko uratowanie Dove,
upewnienie się, że jest bezpieczna, żywa i chroniona.
- Zdradzę ci wszystkie jego sekrety. Zabij, kogo chcesz. Zrób wszystko,
czego potrzebujesz. Potrzebuję tylko broni i ludzi. To wszystko, o co
proszę. Nie chodzi o małżeństwo ani związek. To nie jest żadne gówno.
Pomóż mi. Ja pomogę tobie - staram się nie brzmieć na tak cholernie
słabego i zdesperowanego, jak się czuję, ale niewiele mogę na to w tej
chwili poradzić.
Matteo wstaje i robi krok w moją stronę.
- A dlaczego, do cholery, miałbym ci pomóc? Nic o tobie nie wiem, a ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję, jest twoja pomoc. Wiesz, że wszystko
jest przeciwko tobie. Jako zabójca rodziny Sergio, rodziny, która jest
moi rywalem i która nadal wpieprza się w mój biznes, powinienem cię
zabić. Daj mi jeden dobry powód, żebym nie strzelił ci teraz prosto w twój pierdolony łeb.
- Nie mam. Wszystko, co mam, to świadomość, że Christian chciał, abyś
umarł. Byłeś następny na mojej liście. A teraz, jeśli nie zamierzasz mi
pomóc, to pozwól mi odejść - znowu szarpię za kajdanki, czuję, jak
mięśnie płoną z wyczerpania. Matteo wygląda na obojętnego i zastanawiam
się, co będzie dalej, do diabła!
- Co on ma takiego, że mogłoby cię skusić do zawarcia paktu z diabłem?
Przełykam ślinę, nienawidząc tego, że będę musiał mu tłumaczyć, kim jest
dla mnie Dove. To oczywiste, że spalę dla niej cały świat, więc nie ma
sensu ukrywać, że jest moją największą słabością. Sam już to ujawniłem.
- Dove. Ma ją. Jest moja i chcę ją odzyskać - warczę.
Matteo śmieje się.
- Chcesz rozpętać wojnę o dziewczynę? O jakąś cipkę, którą można dostać
od każdej kobiety?
- Ona nie jest byle kim, a on ją skrzywdzi. Ja... - to, co mam teraz
powiedzieć, zabija mnie, rozdziera na pieprzone strzępy. Przez całe
życie przysięgałem, że będę silny, będę patrzył śmierci prosto w oczy i uśmiechał się, ale nie chodzi już tylko o mnie. Dove nie jest skrojona z tego samego materiału co ja i nie radzi sobie z tym światem. - Proszę,
ona jest całym moim światem, a ja... w tej chwili nie mam nic. Jestem
chodzącym celem, jeśli wejdę tam, aby ją uratować, nie wyjdziemy. Jesteś
moją ostatnią szansą...
Matteo przechyla głowę na bok, bębniąc palcami po brodzie.
- A dlaczego miałby ukraść twoją ukochaną dziewczynkę?
- Bo szuka jej od dziesięciu lat... Nie wiem, dlaczego, ale wiem, że
planuje ją do czegoś wykorzystać. Twierdzi, że to twoja wina, że chce
jej śmierci, ale jeszcze nie odkryłem związku.
- Ciekawe... więc zakłada, że ją znam?
Przytakuję.
- Ale nie zdołamy się dowiedzieć, jak i dlaczego, dopóki jej nie
odzyskamy.
W jego oczach pojawia się iskra ciekawości i wiem, że go
zainteresowałem.
- Dobrze. Pomogę, ale będziesz moim dłużnikiem, Zane. Dłużnikiem, póki
nie powiem inaczej.
Nadzieja pojawia się w mojej piersi. Nie obchodzi mnie, co to jest ani
czego on ode mnie potrzebuje. Zrobię to. Liczy się tylko Dove. Moja
słodka Dove.
- Świetnie, pomóż mi ją znaleźć.
Rozdział drugi
Dove
Bolą mnie kości, każdy mięsień mam zesztywniały. Całe ciało jest
obolałe, a w klatce piersiowej krater wypełniony bezkresną pustką.
Jestem wyczerpana fizycznie i psychicznie.
Nie jestem pewna, jak długo tu jestem ani jak długo mogę to znieść. Nie
ma okien, a pojedyncza żarówka zwisająca z sufitu jest zawsze włączona.
Ktoś przynosi mi jedzenie, ale godziny nie są regularne. Wiem, bo
czasami jestem bardzo głodna, burczy mi w brzuchu, że aż boli.
Oczywiście to nic w porównaniu z bólem utraty Zane'a... Williama. Nadal
nie potrafię tego ogarnąć. Jak mogłam tego nie widzieć wcześniej? Jak
mogłam być tak ślepa? Nie był chłopcem, o którym myślałam, że umarł tyle
lat temu, ale mimo to sprawiał, że czułam się bezpieczna. Powinnam była
wiedzieć. Teraz znowu go straciłam.
Ocierając łzy z policzka grzbietem dłoni, wpatruję się w tę samą ścianę,
na którą patrzyłam przez ostatnich kilka dni. Policzyłam każdą cegłę,
zapamiętałam każdą szczelinę, bo nie mam nic innego do roboty. Nic nie
utrzyma mnie przy zdrowych zmysłach.
W pokoju, w którym mnie trzymają, jest tylko brudny materac, cienki koc
i wiadro w kącie, na wypadek gdyby nie było nikogo, kto mógłby mnie
zabrać do łazienki. Jak na razie to jedyny moment, kiedy mogę wyjść z celi - iść do łazienki na końcu korytarza. Wiem, że jestem w jakiejś
piwnicy, pilnie strzeżonej piwnicy, ale to właściwie wszystko, co wiem.
Nadal nie rozumiem, dlaczego Christian mnie tu trzyma, dlaczego w ogóle
mnie chce ani co zamierza ze mną teraz zrobić. Wiem tylko, że nie będzie
to nic dobrego. Mieszają mi się dni. Noc i dzień. Boję się nieznanego.
Tego, co ma nadejść.
Podciągam kolana do klatki piersiowej, oplatam ręce wokół nich,
przytulam się mocno, jakby to w jakiś sposób powstrzymało mnie przed
dalszym rozpadem. Opadam na materac i zwijam się w pozycji embrionalnej.
Zardzewiałe sprężyny pode mną wbijają się w bok, ale ból jest minimalny.
Odpychając tę myśl, zamykam oczy i próbuję udawać, że jestem gdzie
indziej... gdziekolwiek indziej.
Zabawne, że czułam się jak więzień w mieszkaniu, w którym trzymał mnie
Zane. Przez cały czas, gdy tam byłam, próbowałam się wydostać. Dałabym
teraz wszystko, żeby teraz tam wrócić. Być zamkniętą, całą i zdrową z daleka od całego świata. Zamkniętą z Zane'em u mego boku.
Kolejny szloch przetacza się przez ciało, pozostawiając mnie w rozsypce.
Dźwięk z zewnątrz celi sprawia, że natychmiast się uspokajam. Siadam
prosto i ocieram łzy wierzchem dłoni. Jeśli wejdą, nie chcę wyglądać na
bezbronną. Nie dam im przyjemności patrzenia, jak płaczę. To coś małego,
czego się trzymam, jedyna rzecz, dzięki której nie poddam się łatwo.
Klucz wchodzi do zamka, jego zgrzyt wypełnia mi uszy. Po chwili drzwi
otwierają się, a w drzwiach pojawia się jeden z pilnujących mnie
mężczyzn.
- Czas wyjść i się wysikać - warczy. - Chyba że wolisz iść do wiadra?
Nie oczekuje odpowiedzi. Odpycham się od brudnego materaca, wstaję i podchodzę do niego na drżących nogach. Nie dotknął mnie, poza
szarpnięciem za ramię, kiedy wyprowadza mnie z celi. Za co jestem
wdzięczna, ale sposób, w jaki na mnie patrzy, wystarczy, aby po plecach
przebiegły mi dreszcze. Jakbym była kawałkiem mięsa, który w końcu
będzie mógł ugryźć.
Psychol.
Ciągnie mnie korytarzem i wpycha do łazienki. Zamykam za sobą drzwi,
wdzięczna za prywatność. Tu też nie ma okna, więc nie mogę uciec.
Załatwiam swoje sprawy szybko, więc mam minutę na umycie się, zwłaszcza
że ostatnią rzeczą, jakiej chcę, to żeby wszedł do mnie ze spuszczonymi
spodniami. Polewam wodą twarz, aż otwiera drzwi i łapie mnie za ramię
mamucią łapą, wyciągając mnie z łazienki wielkości szafy.
- Kolacja będzie za chwilę. Moi ludzie zjedzą pierwsi, a ty dostaniesz
resztki... Jeśli jakieś zostaną. Chyba że chcesz teraz jeść? Pozwolę ci
usiąść mi na kolanach i będziesz mogła jeść, ile chcesz - uśmiecha się,
a spojrzenie jego oczu mówi mi, że wcale nie żartuje. On jest poważny, a ja jestem głodna. Jednak nie aż tak, by skorzystać z jego oferty.
- Poczekam - mamroczę.
Facet zaczyna się śmiać, jakby to wszystko było dla niego zabawne. Mam
chęć na wszystko inne poza jego ofertą. Mam ochotę krzyczeć, płakać i zniszczyć to miejsce gołymi rękami, gdybym tylko była w stanie.
Jego śmiech nagle się urywa, gdy przez długi korytarz dochodzą do nas
odgłosy jakiegoś zamieszania. Nic nie widzę, przerośnięte ciało bestii
zasłania mi widok, ale słyszę w oddali szczęk broni.
Co do cholery?
- Kurwa mać! - facet ze śmiertelnym uściskiem na moim ramieniu warczy,
gdy zaczyna iść szybciej, ciągnąc mnie za sobą. Porusza mną jak
szmacianą lalką, moje nogi ledwo za nim nadążają.
Wtedy coś mi przychodzi do głowy. Nie jestem pewna co, ale nawet się nad
tym nie zastanawiam. Po prostu reaguję. Normalnie nie walczę z nim, ale
coś w tej chwili mówi mi, że powinnam. Wbijam pięty w ziemię i staram
się go spowolnić.
Zaczynam się szarpać w jego uścisku, mając nadzieję, że się od niego
wyzwolę, a on po prostu podnosi mnie, jakbym była upartym dzieckiem.
Wrzuca do celi i ląduję na plecach na zimnej, twardej podłodze. Kości mi
trzeszczą, a uderzenie wybija powietrze z płuc.
Zatrzaskuje drzwi, zanim zdołam stanąć na nogi, i odchodzi. Wstawanie
zajmuje mi chwilę, ale kiedy to robię, podbiegam do drzwi i przykładam
do nich ucho.
Przez kilka następnych minut słyszę walkę mężczyzn, kolejne strzały, a potem ciszę. Kiedy przez kilka sekund nie słyszę nic, uświadamiam sobie,
że bez względu na to, co się dzieje, bez względu na to, kto mnie ratuje,
dobry czy zły, muszę się stąd wydostać.
Jeśli mnie tu zostawią, umrę z głodu w tej celi. Nie mogę jeszcze
umrzeć. Nie zgadzam się, by moje życie tak się zakończyło.
- Pomocy! Jestem tutaj, proszę, pomocy! - krzyczę z całych sił,
uderzając pięściami w metalowe drzwi. Grzechoczą tylko odrobinę pod
moimi zaciekłymi uderzeniami. - Ktokolwiek, proszę! Błagam, proszę,
ratujcie mnie!
Mam wrażenie, jakbym całą wieczność waliła w te drzwi, aż wreszcie
słyszę, że ktoś się zbliża. Drzwi tłumią kroki, ale wiem, że ten, kto
nadchodzi, nie będzie dobry. Klucz w zamku w drzwiach się przekręca i cofam się do środka pokoju. Nawet gdybym chciała się ukryć, nie miałabym
gdzie.
Drzwi otwierają się i dwóch dużych mężczyzn z ciekawością zagląda do
mojej celi.
- Kogo my tu mamy? - pyta jeden z nich, jego oczy wędrują po moim ciele
w górę i w dół, jakby mnie oceniał. Po co, nie wiem i nie chcę się
dowiedzieć.
- Odpowiedz - warczy drugi, bardziej z braku zainteresowania niż
czegokolwiek. - Kim jesteś i dlaczego tu jesteś?
- Ja-ja jestem nikim. Pracuję w schronisku dla zwierząt. Jakiś człowiek
mnie porwał i przywiózł tutaj - nie wiem, dlaczego to pierwsza rzecz,
którą o sobie wyjawiam. Nie obchodzi ich, gdzie pracuję ani kim jestem.
Nie potrafię jasno myśleć. Moje myśli płyną, a słowa, których się
chwytam, zdają się prześlizgiwać mi przez palce. - Po prostu mnie
zabrali i od tego czasu trzymają mnie tutaj. Nie wiem dlaczego. Nie
wiem, kim są ani czego ode mnie chcą. Proszę, pozwólcie mi odejść.
Proszę - staram się wyglądać tak niewinnie i krucho, jak tylko potrafię.
Desperacko pragnę uciec z tego miejsca, poczuć promienie słońca na
skórze, być wolna. Muszę znaleźć Zane'a. Nie ma mowy, żebym naprawdę
uwierzyła, że nie żyje. Muszę się wydostać z tego miejsca. Z dala od
tych szalonych przestępców.
Obaj mężczyźni odwracają się ode mnie i prowadzą jakąś cichą rozmowę.
Potem cisza się załamuje, a osoba najbliżej mnie krzyczy w głąb
korytarza:
- Ivan, mamy tutaj problem - podskakuję, zaskoczona ciemnością w jego
głosie.
O Boże, czy oni mnie zabiją? Co będzie dalej? Wzbiera we mnie panika,
ale żaden z nich nie rusza w moją stronę.
Przez kilka chwil wszyscy po prostu stoimy, patrząc na siebie, aż
mężczyzna o imieniu Ivan dołącza do pozostałych dwóch na korytarzu.
Gdy tylko go widzę, odruchowo cofam się o kolejny krok. To tak, jakby
moje ciało wiedziało, jak niebezpieczny jest ten facet. Myślałam, że
dwaj mężczyźni, którzy otworzyli drzwi, byli wielcy, ale ten Ivan
wygląda, jakby mógł zjeść ich obu na śniadanie, a potem jeszcze mnie. Co
dziwne, mój wzrok pada na tatuaż, który wystaje spod jego kołnierza i wije się na jego szyi. Sprawia, że wygląda jeszcze bardziej
onieśmielająco, a przecież tego nie potrzebuje, wystarczy już sama jego
postura i surowy wyraz twarzy.
Tak, na pewno mnie zabiją.
- Mówi, że pracuje w schronisku dla zwierząt, zabrali ją i trzymają
tutaj. Nie wie dlaczego - wyjaśnia jeden z mężczyzn temu Ivanowi, który,
jak zakładam, jest ich szefem. Ivan wpatruje się we mnie, a ja staram
się nie wyglądać jak kotka, która jest gotowa zasyczeć i wyskoczyć z tego pokoju.
- Idźcie oczyść resztę tego miejsca. Sam się tym zajmę - warczy Ivan, a ja prawie sikam w spodnie.
Dwaj mężczyźni znikają z pola widzenia, ich ciężkie kroki oddalają się
coraz bardziej, a ja stoję i patrzę na tę górę mężczyzny wypełniającą
całą framugę i gryzę się w język, żeby powstrzymać się od błagania
tamtych facetów, by wrócili.
- Jak masz na imię? - pyta cicho, w końcu przerywając ciszę po tym, jak
wpatruje się we mnie, jakbym była zagadką, której nie może rozgryźć.
Jego głos ani trochę nie pasuje do jego wyglądu. Jest jak diabeł, ale z niebiańskim głosem.
- Dove... Dove Miller - jąkam się, starając zachować spokojny głos, choć
wydaje się, że to nie pomaga.
- Słuchaj, Dove, oto, co się wydarzy. Zostaniesz z nami, dopóki nie
zweryfikujemy, że jesteś tym, za kogo się podajesz i że nie wiesz nic
ważnego dla nas. Jeśli mówisz prawdę, nie jesteś nikim ważnym i nic nie
wiesz, będziesz mogła odejść... O ile będziesz trzymać język za zębami.
- A jeśli nie? - pytam, chociaż wiem, że nie powinnam.
Ivan patrzy na mnie zimno, w jego oczach nie ma ani cienia emocji.
- Nie myślmy o tym teraz.
Natychmiast czuję się, jakbym została wrzucona do oceanu. Wykrwawiam
się. Rekiny krążą wokół mnie. Który pierwszy ugryzie? Powinnam była
posłuchać Zane'a. Powinnam była mu uwierzyć, kiedy powiedział, że na tym
świecie są znacznie gorsze potwory niż on.
- OK - odpowiadam, bo co mam powiedzieć? Nie, zostaw mnie tutaj na
śmierć? To naprawdę żadna alternatywa.
W drzwiach daje mi znak, żebym wyszła, a kiedy moje stopy przekraczają
próg, mówi:
- Jeśli uciekniesz, zastrzelę cię, a naprawdę nie chcę tego robić.
Sekundę temu kusiło mnie, żeby uciec, spróbować uciec, ale groźba w jego
słowach ujawnia prawdę. Gdyby musiał, naprawdę by mnie zastrzelił.
Postanawiam nie uciekać. Mam nadzieję, że nie jest to największy błąd w moim życiu.
Rozdział trzeci
Zane
Gojenie się zajmuje kilka dni, co doprowadza mnie do szału. Rany
postrzałowe nie zagoiły się zupełnie, ale i tak wyglądają całkiem
dobrze. Powinienem być teraz gdzie indziej, przeszukiwać kulę ziemską w poszukiwaniu Dove, palić doszczętnie miasta i mordować ludzi, a nie
siedzieć w łóżku, gapić się na swoje dłonie i czekać, aż odpowiedzi
pojawią się znikąd. Jednak bez broni i informacji, które obiecał mi
Matteo, nie mogę wykonać żadnego cholernego ruchu.
Mówi, że wszędzie ma oczy i uszy, a jeśli Christian zrobi choć jeden
ruch, będzie o tym wiedział. Do tej pory nie wykonał żadnego ruchu, bo
Matteo nie przyszedł mi przekazać żadnych nowych informacji. Wysuwam się
z łóżka i wstaję, szurając butami o marmurową podłogę. Nienawidzę tego
miejsca. Nienawidzę tego, że utknąłem jako czyjaś mała sucz, ale
najbardziej ze wszystkiego boję się. Boję się tego, co dzieje się teraz
z Dove.
Myśl, że jeden z mężczyzn Christiana mógł dotknąć jej swoimi łapami,
sprawia, że mam chęć mordować. Zaciskając pięść, wbijam paznokcie w dłoń. Wściekłość gotuje się tuż pod powierzchnią. Jeśli dostanę szansę,
zabiję go, uśmiercę, sprawię, że będzie prosił, błagał mnie o śmierć.
- Puk, puk... - słyszę głos Matteo i zmuszam się, by rozewrzeć pięść,
zakładając maskę braku emocji, zanim odwrócę się twarzą do drzwi. Już
ujawniłem swoją największą słabość, a ostatnią rzeczą, jakiej
potrzebuję, to eksponowanie moich emocji. Nie pozwalam jemu ani nikomu
innemu wiedzieć, jak blisko jestem rozpadnięcia się na kawałki.
- Mam nadzieję, że masz dla mnie jakieś informacje?
Matteo nie wygląda na rozbawionego sposobem, w jaki z nim rozmawiam, ale
wiem, że gdyby chciał mnie zabić, dawno by to zrobił.
- Tak, ale uważam, że ważne jest, abyś zdał sobie sprawę, kto tutaj
rozdaje karty.
Przestaję przewracać oczami. Nie jestem przyzwyczajony do pracy z kimkolwiek, nie mówiąc już o kimś, kto jota w jotę zachowuje się jak
Christian. Nie słucham rozkazów. Przez całe życie pracowałem jako
jednoosobowy zespół. Teraz jestem zmuszony przyjmować rozkazy od
jakiegoś kutasa w garniturze. Wszystko, czego chcę, to znaleźć Dove,
zrobić brudną robotę dla tego dupka i opuścić, kurwa, to miejsce.
- Powiedz mi, co muszę wiedzieć... proszę - mówię przez zaciśnięte zęby.
Na ustach Matteo pojawia się uśmieszek, jakby cieszył się, widząc, jak
cedzę uprzejmości przez zaciśnięte zęby. Niewiele wie, on też byłby
martwy, gdybym go tak bardzo nie potrzebował. Nie zamierzam całować go w dupę czy stać się jego najlepszym przyjacielem. Chcę tylko Dove i zrobię, kurwa, wszystko, żeby ją odzyskać.
- Tak jest o wiele lepiej... cieszę się, że zmieniłeś nastawienie, bo
nie chciałbym zachować dla siebie wiadomości o twojej małej Dove.
Jej imię spływa mu z języka, sprawia, że mam ochotę poderżnąć mu gardło,
ale powstrzymuję się, ponieważ bańka nadziei wypełnia mi brzuch.
- Gdzie ona jest? - pytam i robię krok w jego stronę.
- Informator powiedział mi, że w jednym z tajnych kompleksów Christiana
urządzono zasadzkę. Wierzymy, że tam właśnie trzymali Dove. Wątpię, że
nadal tam jest, bo właśnie widziano, jak ludzie Xandera Rossiego
opuszczali to miejsce.
Xander Rossi. Kurwa. Więcej złych wiadomości. Przeczesując palcami włosy
z frustracji i wściekłości, staram się myśleć zamiast reagować. Użycie
pięści w tej chwili jej nie pomoże. Muszę to przemyśleć. Tyle tylko, że
jedyne, o czym jestem w stanie myśleć, to moja słodka Dove, która
została przerzucona z jednej pieprzonej klatki do drugiej, lądując teraz
z najgorszym złoczyńcą ze wszystkich.
- Co robimy? - pytam chwilę później.
- My? - Matteo mruga. - Nie będziemy się wpieprzać w jakieś gówno. Ty
pojedziesz i sprawdzisz to miejsce, zobaczysz, co się u diabła stało i czy coś zostało. Może ją tam zostawili, kto wie? Oczekuję jednak, że
wrócisz, a jeśli nie, cóż, powiedzmy, że będzie więcej niż nagroda
wyznaczona za twoją pieprzoną głowę.
- Nie przyjmuję od ciebie rozkazów - zaciskam pięść, gotowy uderzyć go w jego arogancki ryj. Jestem tak blisko utraty kontroli, totalnego
wyłączenia i przełączenia się na tryb zabijania, że w tym momencie nie
jest to nawet mierzalne. A ten pojeb stojący przede mną będzie moją
pierwszą ofiarą.
- I owszem, jeśli chcesz mojej pomocy.
Jak wulkan kilka sekund przed wybuchem drżę z płonącej wściekłości.
Przyjazd tutaj był oczywistym błędem. Nie wiem, czy Matteo będzie wart
tych wszystkich kłopotów. Jest niebezpieczny, tak, ale na jakim
poziomie, jeszcze nie wiem.
- Potrzebuję tylko broni i samochodu - mówię, nawet na niego nie
patrząc.
- Mogę zapewnić ci obie te rzeczy. Wysyłam też z tobą dwóch moich ludzi.
Nie mogę pozwolić, żebyś próbował zwiać, jeśli ona tam jest.
- Tak, tak, wiem, jestem ci to winien i lepiej, żebym wrócił. Kumam.
- Ostrzegam cię, Zane, jeśli znajdziesz dziewczynę i gdzieś ją ukryjesz
lub jeśli spróbujesz zniknąć, znajdę cię, a kiedy to zrobię...
Spoglądam w górę - większość mężczyzn kuliłaby się ze strachu przed
spojrzeniem, które mi posyła, ale ja nie jestem większością mężczyzn.
Nie boję się tego gnojka, ale boję się, co może zrobić Dove, a przynajmniej tego, co spróbuje zrobić. Nie chcę go oszukiwać, chyba że
będę do tego zmuszony. Nie mając nikogo po swojej stronie i bez żadnej
pomocy będę musiał poczekać na idealną okazję, żeby odejść.
- Jeśli tam jest, wrócę z nią.
Jego wzrok twardnieje, prawie jakby próbował zobaczyć, czy pęknę pod
presją. Na szczęście nie ma pojęcia, do czego naprawdę jestem zdolny i ile będę w stanie zrobić, aby uratować kobietę, którą kocham.
- Ufam ci, Zane. Nie każ mi tego żałować.
Nie odpowiadam. Zamiast tego rzucam mu puste spojrzenie. Znajdę Dove i zabiję każdego skurwiela, który jej dotknął, nawet jeśli będzie to
ostatnia pieprzona rzecz, jaką zrobię.
***
Wbijając współrzędne GPS, które dał mi Matteo, włączam silnik i zostawiam jego rezydencję - moje więzienie - w lusterku wstecznym. Mam
napięte mięśnie i jestem gotowy do walki. Pochłania mnie potrzeba
znalezienia Dove. Mogę mieć tylko nadzieję i modlić się, żeby Xander ją
tam zostawił, chociaż prawdopodobieństwo jest niewielkie. Ten facet nie
okazuje miłosierdzia i wątpię, żeby po prostu zostawił wrażliwą, piękną
kobietę, by się sama o siebie zatroszczyła. Zgrzytając zębami, staram
się nie myśleć o tym draniu kładącym łapska na mojej Dove. Jazda zajmuje
trochę ponad godzinę, a ja ściskam kierownicę kurczowo przez całą drogę.
Widzę samochód z bandytami Matteo podążającymi za mną przez cały czas.
Bezużyteczni idioci. Wysyłanie ich jest większą zniewagą niż cokolwiek
innego. Jakbym nie mógł sprzątnąć tych dwóch, gdybym chciał.
W miarę pokonywania kolejnych kilometrów w brzuchu zaciskają mi się
węzły strachu. A jeśli ją skrzywdzą? Zgwałcą? A jeśli jest załamana i nie zdołam jej poskładać? Jeśli będzie za późno? Myśli wciąż przychodzą,
dusząc mnie strachem. Muszę się ogarnąć, skoncentrować, ale myśl, że
Dove jest w niebezpieczeństwie i zraniona, wystarczy, żeby zrobiło mi
się niedobrze.
Zwalniam, skręcając w drogę, przy której powinien znajdować się
kompleks. W oddali widać trzymetrowy płot otaczający dom. To musi być
to. Serce przyspiesza i niemal zaczyna się tłuc, gdy zbliżam się do
celu.
Można by pomyśleć, że takie miejsce będzie strzeżone, ale przypuszczam,
że nie ma już żadnych strażników. Znając Christiana, pewnie zaczął się
ukrywać w momencie, gdy Rossi go zaatakowali. Chodzi mi o to, że zawsze
miał mnie przy sobie, abym to ja toczył jego bitwy, beze mnie nie
wyobrażam sobie, że podniósłby broń, by chronić siebie lub oczyścić
świat ze swoich wrogów. Nic nie jest bardziej w jego stylu jak ukrywanie
się. Skręcając w drogę i przejeżdżając przez zniszczoną bramę,
dostrzegam dwóch leżących na ziemi mężczyzn. Kiedy mijam ich ciała,
dziury po kulach w ich czołach potwierdzają to, co już wiedziałem.
Wszyscy tutaj nie żyją.
W miarę jak zbliżam się do posesji, ogarnia mnie uczucie strachu. Na
trawniku leżą jeszcze trzy ciała. Parkuję samochód i gaszę silnik. Potem
chwytam za broń i wysiadam z SUV-a. Wątpię, żebym jej potrzebował, ale
wolę mieć pistolet przy sobie.
Samochód z ludźmi Matteo podjeżdża za mną i chwilę później obaj faceci
wysiadają. Staram się całkowicie ignorować ich obecność i koncentrować
na znalezieniu kobiety, którą kocham.
Nie wiem, czego się spodziewałem, kiedy się tu pojawiłem, ale to nie
było to. Przechodzę przez trawnik i okrążam dom. Jest więcej mężczyzn,
więcej trupów. Docieram do bocznych drzwi i nie zawracam sobie głowy
otwieraniem ich, bo już są wykopane.
Gdy tylko wchodzę do środka, czuję to. Śmierć. Krew. Okaleczenie. Jest
wszędzie. Pokrywa ściany, podłogę, powietrze. Kiedy idę korytarzem,
myślę tylko o jednym... proszę, niech nie będzie martwa.
Ignorując ciała i zapachy atakujące mój nos, szybko przeczesuję dom,
sprawdzając po drodze każdy pokój. Zanim wejdę do kolejnego
pomieszczenia, obawiam się, że znajdę ją tam martwą, leżącą między
innymi ciałami. Ale stwierdzam, że kolejne pokoje są puste i za każdym
razem doznaję krótkiego przypływu ulgi.
Nieodnalezienie jej ciała może być ulgą, ale brak znalezienia
czegokolwiek potęguje mój gniew. Muszę zdobyć wskazówkę, cokolwiek, co
pomoże mi ją znaleźć.
Kiedy znajduję drzwi prowadzące do piwnicy, serce bije mi szybciej.
Zbiegając po schodach, desperacko szukam czegoś, czegokolwiek. Przede
mną długi korytarz i kiedy zaczynam nim iść, stwierdzam, że po obu
stronach znajdują się cele. Przestrzeń jest zbyt cicha, aby ktokolwiek
się w niej znajdował. Mimo to nie mogę pozwolić, by nadzieja w mojej
piersi umarła.
Skanuję wzrokiem każdą celę, szukając najmniejszej wskazówki. Jestem
coraz bardziej rozczarowany, bo każda z nich zostawia mnie z niczym.
Docieram do ostatniej, serce wyrywa mi się z gardła i wpadam do pokoju,
chwytając cienką kurtkę, którą dałem Dove w dniu, w którym opuściliśmy
bunkier. Leży na podłodze obok brudnego materaca. W rogu pokoju znajduje
się wiadro, w które najprawdopodobniej musiała sikać. To miejsce...
sprawia, że ściska mi żołądek. To piekło na ziemi.
To tu ją trzymali? Na zabrudzonym materacu, w zimnym i pustym pokoju.
Moją Dove.
Ona nie pasuje do takiego miejsca. Powinna być bezpieczna i szczęśliwa.
Skanując pokój po raz ostatni, zauważam, że nie ma krwi i nie ma innej
odzieży poza kurtką. To dobre znaki i zamierzam się ich trzymać. Nie
udowadniają co prawda, że jej nie skrzywdzili, ale pozostawiają
nadzieję, że tego nie zrobili i że nie będzie całkowicie złamana, kiedy
ją odzyskam.
Zaciskając materiał w dłoni, przykładam go do nosa i głęboko wdycham.
Słaby zapach wanilii łaskocze mnie w nos i wciągam ten drogocenny skarb
głęboko do płuc. Jest narkotykiem dla moich zmysłów, umysłu i ciała.
Moja słodka Dove.
Przynajmniej wiem jedno. Jej nieobecność tutaj oznacza, że nadal żyje.
Teraz pytanie, jak mogę ją odzyskać od Xandera Rossiego, jednego z najbardziej przerażających mafiosów w Stanach Zjednoczonych?