Zabójcza obsesja - J.L. Beck, C Hallman

Kup ebooka

39.99 zł
34.79 zł (33,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

Zane

Roz­ża­rzone węgle przy­gnia­tają mi oczy. Pró­buję się prze­wró­cić na bok, ale każdy mię­sień w ciele się napina. Czuję się, jak­bym został zrzu­cony z dzie­się­cio­pię­tro­wego budynku i wylą­do­wał pła­sko na ple­cach. Jęcząc, opusz­kami pal­ców muskam coś mięk­kiego, prze­ście­ra­dło... albo koc. Nie wiem, ale nie jest ani zimno, ani ciężko. Prze­su­wam się i zdaję sobie sprawę, że nie leżę już na zim­nym beto­nie, ale gdzie indziej. Zamęt zaciem­nia mi umysł.

- Ćśś, poli­cja już jest w dro­dze. Wszystko będzie dobrze. Znajdą osobę, która cię postrze­liła - jakiś głos pró­buje mnie uspo­koić, ale nie wywo­łuje we mnie tego efektu, za to natych­miast otwie­ram oczy. Osza­lały roz­glą­dam się po pokoju. Zapach środka anty­sep­tycz­nego ata­kuje moje zmy­sły i bar­dzo szybko skła­dam wszyst­kie kawałki ukła­danki.

Szpi­tal. Jestem w szpi­talu. Ten sam szpi­tal, w któ­rym Chri­stian zosta­wił mnie na par­kingu na śmierć. Zro­bił z sie­bie głupka, bo nie zamie­rzam umrzeć. Przy­naj­mniej nie dzi­siaj. Ból eks­plo­duje w całym ciele, a mię­śnie pro­te­stują, gdy odsu­wam się od łóżka i staję na chwiej­nych nogach.

- Pro­szę pana, musi się pan poło­żyć! - pie­lę­gniarka pod­biega do mnie, wzrok ma spa­ni­ko­wany, ale sto­puję ją mrocz­nym spoj­rze­niem, które obie­cuje ból, i kobieta zatrzy­muje się. Nie mówię ani słowa, kiedy wycho­dzę z pokoju, a ciało krzy­czy, bła­ga­jąc, żebym się odwró­cił i poło­żył z powro­tem.

Nie ma takiej opcji. Dove mnie potrze­buje. Kurwa. Zawio­dłem ją. Pozwo­li­łem mu się do niej dobrać. Nie wyobra­żam sobie, co jej teraz robi. Dotyka jej. Krzyw­dzi ją. Jest zbyt deli­katna dla męż­czy­zny takiego jak Chri­stian. Roz­trza­ska ją jed­nym dotknię­ciem jak cien­kie szkło.

Serce wali mi w piersi. Zemsta. Potrze­buję tego. Zro­bię to. Wyką­pię się w jego pie­przo­nej krwi, jeśli jej dotknie, jeśli coś jej zrobi. Jeśli na jej gło­wie choć jeden włos nie jest na swoim miej­scu... Nie chcę nawet o tym myśleć.

Kiedy kuś­ty­kam, wycho­dząc ze szpi­tala, i gdy mijam ludzi, sypie się na mnie lawina zde­gu­sto­wa­nych i zszo­ko­wa­nych spoj­rzeń. Patrząc w dół na koszulę, uświa­da­miam sobie, że cała jest prze­siąk­nięta krwią. Wzru­szam tylko ramio­nami, bo mam to w dupie. Bok pali mnie przy każ­dym kroku i w gło­wie kręci mi się jak dia­bli. Jeśli mam ura­to­wać Dove, ura­to­wać nas, będę musiał zna­leźć spo­sób, żeby usu­nąć tę kulę. Idąc - choć nie mam pie­przo­nego poję­cia, dokąd zmie­rzam - odtwa­rzam sobie w gło­wie to, co powie­dział mi Chri­stian.

Castro, rywa­li­zu­jąca z Ser­gio rodzina mafii, jest powo­dem, dla któ­rego chce śmierci Dove. Ale dla­czego? Kim jest Dove dla Castro? Zaci­ska­jąc zęby, wiem dokład­nie, co będę musiał zro­bić i że będę, kurwa, nie­na­wi­dzić każ­dej sekundy. Ostat­nią rze­czą, jakiej chcę, to zosta­wić Dove w rękach Chri­stiana dłu­żej niż to konieczne. Jed­nak mimo wście­kło­ści, która mnie ogar­nia, wiem, że nie ma opcji, abym ją oca­lił, jeśli wpadnę tam z impe­tem sam.

Potrze­buję broni, planu, pozbyć się tej cho­ler­nej kuli z boku i zata­mo­wać krwa­wie­nie, zanim naprawdę umrę. To ozna­cza, że będę musiał jechać do rodziny Castro. Opie­ra­jąc się o pobli­ską ścianę, zaci­skam powieki i zmu­szam się, by oddy­chać przez nos. Ból w boku to pestka w porów­na­niu z tym, jaki czuję w sercu. Choć to pie­kiel­nie trudne, zmu­szam się, by w tej chwili nie myśleć o Dove. Zdej­muję koszulę, chwy­tam mate­riał i doci­skam go do boku tak mocno, jak tylko potra­fię. Zaci­skam pię­ści i ból pro­mie­niuje na skórę. Mam wra­że­nie, jakby żyletki prze­ci­nały mi ciało, pozo­sta­wia­jąc po sobie głę­bo­kie nacię­cia. Zamy­kam oczy i zmu­szam się, by myśleć o czym­kol­wiek poza bólem. Wyłą­cze­nie się to teraz moja jedyna opcja.

Samo­chód. Broń. Castro. W tej kolej­no­ści. Odpy­cham się od ściany i kuś­ty­kam dalej do samo­chodu. Kiedy do niego docie­ram, na czole poja­wia się strużka potu, a mię­śnie pro­te­stują przy każ­dym kroku. Prze­ły­ka­jąc ból, otwie­ram drzwi samo­chodu i wśli­zguję się do środka. Opie­ram się o sie­dze­nie, uru­cha­miam auto i pochy­lam się nad kon­solą cen­tralną, otwie­ra­jąc scho­wek.

Wycią­gam pisto­let, który trzy­mam tam na wszelki wypa­dek, spraw­dzam, ile mam kul, i kładę go obok sie­bie. Wyjeż­dżam z miej­sca par­kin­go­wego, opony pisz­czą, gdy jadę krętą drogą, by wydo­stać się z tego labi­ryntu.

Jadę zgod­nie ze zna­kami, ude­rzam stopą o pedał gazu i wyjeż­dżam na ulicę. Dźwięk klak­sonu prze­szywa mi uszy, ale nie zwra­cam uwagi na innych kie­row­ców. Mam misję. Jestem zde­ter­mi­no­wany. Nie potrze­buję wska­zó­wek, jak doje­chać do posia­dło­ści Castro. Gdy tylko Chri­stian powie­dział mi o rywa­li­za­cji z tą rodziną, zaczą­łem ich pil­no­wać. Usta­li­łem roz­kład dnia, dowie­dzia­łem się, gdzie miesz­kają, jak wydają pie­nią­dze i jak spę­dzają czas.

Pój­ście do nich może ozna­czać dla mnie śmierć, ale jestem gotów pod­jąć ryzyko, jeśli jest jakaś szansa, że uda mi się ura­to­wać Dove. Zawrę każdą umowę, zabiję, kogo zechcą. Nie ma niczego, czego bym nie zro­bił, nie ma osoby, któ­rej bym nie skrzyw­dził. Muszę ją odzy­skać. Muszę ją ura­to­wać.

Bez względu na to, co mi się sta­nie, muszę się upew­nić, że prze­żyje. Jest dla mnie wszyst­kim. Jeśli ona umrze, umrę i ja.

Rana w moim boku pul­suje jak dru­gie serce, kiedy prze­jeż­dżam przez mia­sto. Gdy dojeż­dżam do bramy rezy­den­cji Castro, skrę­cają mi się wnętrz­no­ści, w brzu­chu mam już tylko węzeł stra­chu. Ich dom ota­cza dwu­me­trowe ogro­dze­nie z kutego żelaza, a fakt, że będę musiał prze­cią­gnąć przez nie tyłek, aby dostać się do środka, nie jest przy­jem­nym uczu­ciem. Mój bok już krzy­czy, rów­nie dobrze mógł­bym wbić nóż w ranę. Wpa­tru­jąc się w płot, obmy­ślam plan, który ma pięć­dzie­siąt pro­cent szans, że mnie nie zabiją. Podej­ście do ogro­dze­nia i naka­za­nie im, żeby mnie wpu­ścili, nie wcho­dzi w grę.

Będę musiał zro­bić scenę, zmu­sić Mat­teo Castro, żeby spo­tkał się ze mną twa­rzą w twarz. Zjeż­dżam z bocz­nej drogi i par­kuję samo­chód wśród drzew. Jeśli jesz­cze nie zauwa­żyli mnie w kame­rach, będę zszo­ko­wany jak dia­bli. Kuś­ty­kam drogą i zmu­szam się do spo­koj­nego truchtu. Powie­trze jest zimne, a kiedy zde­rza się z moją roz­grzaną skórą, drżę. Czuję się słaby, cho­ler­nie słaby, ale muszę to zro­bić.

Muszę mieć kogoś po swo­jej stro­nie, a skoro Chri­stian chce wojny, pew­nie ja będę tym, który im o tym powie. Ale naj­pierw muszę prze­cią­gnąć Mat­teo na swoją stronę.

Docie­ram do kra­wę­dzi ogro­dze­nia na gra­nicy pose­sji i patrzę na górę, na którą będę musiał się wspiąć. Wyczer­pa­nie ogar­nia moje wnętrz­no­ści i zmu­szam się, by iść dalej. Pomyśl o Dove. Coś w oddali przy­ciąga moją uwagę. Nie coś, ktoś. Dwóch męż­czyzn zmie­rza w moim kie­runku. Silni, umię­śnieni, z bro­nią.

Nie jestem w sta­nie wal­czyć. Mam nadzieję, że mnie nie zabiją, bo w gów­niany spo­sób by się to wszystko skoń­czyło, kurwa.

- Albo ryzy­ku­jesz życie, albo kurew­sko ryzy­ku­jesz życie - jeden z męż­czyzn szy­dzi, gdy się zbliża. Dzieli nas ogro­dze­nie, ale wiem, że to mnie nie ura­tuje. Mogliby mnie teraz zabić, gdyby chcieli.

- Muszę poroz­ma­wiać z Mat­teo - wykrzy­kuję.

Ten sam facet, który prze­mó­wił przed chwilą, wydaje stłu­miony śmiech, wygląda na spe­szo­nego.

- Musisz poroz­ma­wiać z Mat­teo? Przy­kro mi kolego, ale to nie tak działa. Jeśli szef zechce cię zoba­czyć, będziesz o tym wie­dział. A teraz wypier­da­laj stąd - wyko­nuje ruch rękoma i gdy­bym nie odczu­wał takiego pie­przo­nego bólu, uśmiech­nął­bym się.

Pisto­let tkwi ciężko w pasie dżin­sów i wiem, że gdy tylko po niego się­gnę, zastrzelą mnie. Jed­nak muszę pod­jąć to ryzyko. Jeśli strzelę do jed­nego z nich, na pewno dopro­wa­dzi mnie do Mat­teo. Żywego czy mar­twego? Nie wiem.

Poru­szam się ze zwin­no­ścią, o któ­rej nawet nie wie­dzia­łem, że jest moż­liwa, chwy­tam pisto­let i celuję w faceta, który się ze mnie śmiał.

- Bez urazy - bur­czę, gdy pocią­gam za spust. W tym samym cza­sie jego przy­ja­ciel wyciąga broń i strzela. Kula prze­bija mi ramię i wbija się w deli­katną tkankę. Ile wię­cej krwi mogę stra­cić, zanim umrę? Skóra mnie pie­cze w miej­scu, gdzie kula wbija się do środka, a ja zata­czam się do tyłu, trzęsą mi się kolana. Czuję, jak w polu widze­nia poja­wia się zie­mia. Kto wie­dział, że wszech­mocni upa­dają tak bole­śnie? Po tym wszyst­kim, co zro­bi­łem, wszystko roz­pada się na kawałki. Czło­wieka, który zabi­jał od zawsze, odbie­rał życie innym, wresz­cie dopa­dła karma.

Lądu­jąc na ziemi z głu­chym łosko­tem, jestem tylko w sta­nie spoj­rzeć w niebo.

- Idiota - facet, który mnie postrze­lił, war­czy, gdy pod­cho­dzi, jego twarz poja­wia się w polu widze­nia. Czu­bek jego buta zde­rza się z moją klatką pier­siową i ból ryko­sze­tuje przez moje ciało. Kurwa. - Chcia­łeś, to masz. Wygląda na to, że jed­nak wyje­dziesz stąd w worku na zwłoki.

Ogar­nia mnie ból i patrzę przez cięż­kie powieki, jak pod­nosi pisto­let i ponow­nie pociąga za spust. Kolejna kula wbija się w moje ciało, prze­pa­la­jąc mię­śnie. Kolejna kula, którą chęt­nie bym przy­jął, gdyby oddała mi Dove. Czerń i ból to wszystko, co czuję, gdy zamy­kam oczy, myśląc, że robię to ostatni raz.

***

Pierw­szą rze­czą, jaką zauwa­żam, kiedy odzy­skuję przy­tom­ność, jest to, że żyję. Wróć. Nie żyję. Umar­łem i posze­dłem do pie­kła. Wła­ści­wie pie­kło byłoby waka­cjami w porów­na­niu z tym, z czym mam teraz do czy­nie­nia. Całe moje ciało jest jak pło­mień, pali i pul­suje, ben­zyną dole­waną do nie­koń­czą­cej się iskry ognia. Każdy mię­sień napina się, gdy sta­ram się zro­zu­mieć, co się dzieje.

- Witaj z powro­tem, Zane - mówi nie­znany głos, a ja obra­cam się w jego kie­runku. Nie widzę nic poza ciem­no­ścią. Wtedy zdaję sobie sprawę, że nad­garstki mam przy­kute kaj­dan­kami do boków łóżka. Metal dzwoni, gdy wyko­nuję gwał­towny ruch. Cią­gnę je aż do bólu, zaci­skam zęby, gdy metal wbija mi się w skórę. Powoli wszystko zaczyna nabie­rać per­spek­tywy. Patrząc w dół na nagą klatkę pier­siową, stwier­dzam, że już nie krwa­wię. Każda z dziur po kulach, które zaśmie­cały moją klatkę pier­siową, jest teraz czy­sta, a rany pokryte są gazą.

Co się do cho­lery stało?

- Możesz mi podzię­ko­wać, kiedy tylko zechcesz - znowu ten głos, który zgrzyta na każ­dym pie­przo­nym końcu nerwu. Nie prze­sze­dłem przez to wszystko na darmo, a każda upły­wa­jąca sekunda to kolejna sekunda, w któ­rej Dove może być gdzieś obo­lała lub co gor­sza...

- Muszę poroz­ma­wiać z Mat­teo! - war­czę.

- Cóż, to twój pie­przony szczę­śliwy dzień, chłop­cze - z cie­nia wyła­nia się Mat­teo, męż­czy­zna, z któ­rym muszę poroz­ma­wiać. Mio­dowe włosy zacze­sał do tyłu, a ciemne oczy patrzą groź­nie, no cóż, tak groź­nie, jak oczy małego pie­ska, który grozi, że ugry­zie cię w kostkę. - Nie jestem zado­wo­lony, że zastrze­li­łeś jed­nego z moich ludzi, ale przy­pusz­czam, że jeste­śmy kwita, bo on dostał jedną kulę, a ty trzy.

- Nie żeby to miało zna­cze­nie, ale zosta­łem postrze­lony, zanim tu przy­je­cha­łem. Twój facet strze­lił do mnie tylko dwa razy.

Mat­teo mruży oczy, uśmie­szek wykrzy­wia jego usta.

- Rozu­miem. Mimo wszystko zasłu­ży­łeś na postrze­le­nie, zja­wia­jąc się tutaj i strze­la­jąc do jed­nego z moich ludzi. Do dia­bła, powi­nien był cię zabić. Powiem jed­nak, że jestem zasko­czony, że w końcu pozna­łem okry­tego złą sławą Zane'a. Płat­nego mor­dercę rodziny Ser­gio. Wie­dzia­łeś, że za twoją głowę wyzna­czono nagrodę?

Wzru­szam tylko ramio­nami.

- Nie przy­sze­dłem tu w spra­wie nagrody, ale jeśli chcesz oddać mnie Chri­stia­nowi, zrób to. Ma coś mojego i chcę to z powro­tem. I tak wyświad­czysz mi przy­sługę.

Mat­teo wpa­truje się we mnie.

- Wiesz, że to nie tak działa. Musisz mieć jaja wiel­ko­ści Tek­sasu, jeśli myślisz, że możesz tu przyjść i popro­sić mnie o pomoc.

W tym momen­cie nic mnie nie obcho­dzi. Liczy się tylko ura­to­wa­nie Dove, upew­nie­nie się, że jest bez­pieczna, żywa i chro­niona.

- Zdra­dzę ci wszyst­kie jego sekrety. Zabij, kogo chcesz. Zrób wszystko, czego potrze­bu­jesz. Potrze­buję tylko broni i ludzi. To wszystko, o co pro­szę. Nie cho­dzi o mał­żeń­stwo ani zwią­zek. To nie jest żadne gówno. Pomóż mi. Ja pomogę tobie - sta­ram się nie brzmieć na tak cho­ler­nie sła­bego i zde­spe­ro­wa­nego, jak się czuję, ale nie­wiele mogę na to w tej chwili pora­dzić.

Mat­teo wstaje i robi krok w moją stronę.

- A dla­czego, do cho­lery, miał­bym ci pomóc? Nic o tobie nie wiem, a ostat­nią rze­czą, jakiej potrze­buję, jest twoja pomoc. Wiesz, że wszystko jest prze­ciwko tobie. Jako zabójca rodziny Ser­gio, rodziny, która jest moi rywa­lem i która na­dal wpie­prza się w mój biz­nes, powi­nie­nem cię zabić. Daj mi jeden dobry powód, żebym nie strze­lił ci teraz pro­sto w twój pier­do­lony łeb.

- Nie mam. Wszystko, co mam, to świa­do­mość, że Chri­stian chciał, abyś umarł. Byłeś następny na mojej liście. A teraz, jeśli nie zamie­rzasz mi pomóc, to pozwól mi odejść - znowu szar­pię za kaj­danki, czuję, jak mię­śnie płoną z wyczer­pa­nia. Mat­teo wygląda na obo­jęt­nego i zasta­na­wiam się, co będzie dalej, do dia­bła!

- Co on ma takiego, że mogłoby cię sku­sić do zawar­cia paktu z dia­błem?

Prze­ły­kam ślinę, nie­na­wi­dząc tego, że będę musiał mu tłu­ma­czyć, kim jest dla mnie Dove. To oczy­wi­ste, że spalę dla niej cały świat, więc nie ma sensu ukry­wać, że jest moją naj­więk­szą sła­bo­ścią. Sam już to ujaw­ni­łem.

- Dove. Ma ją. Jest moja i chcę ją odzy­skać - war­czę.

Mat­teo śmieje się.

- Chcesz roz­pę­tać wojnę o dziew­czynę? O jakąś cipkę, którą można dostać od każ­dej kobiety?

- Ona nie jest byle kim, a on ją skrzyw­dzi. Ja... - to, co mam teraz powie­dzieć, zabija mnie, roz­dziera na pie­przone strzępy. Przez całe życie przy­się­ga­łem, że będę silny, będę patrzył śmierci pro­sto w oczy i uśmie­chał się, ale nie cho­dzi już tylko o mnie. Dove nie jest skro­jona z tego samego mate­riału co ja i nie radzi sobie z tym świa­tem. - Pro­szę, ona jest całym moim świa­tem, a ja... w tej chwili nie mam nic. Jestem cho­dzą­cym celem, jeśli wejdę tam, aby ją ura­to­wać, nie wyj­dziemy. Jesteś moją ostat­nią szansą...

Mat­teo prze­chyla głowę na bok, bęb­niąc pal­cami po bro­dzie.

- A dla­czego miałby ukraść twoją uko­chaną dziew­czynkę?

- Bo szuka jej od dzie­się­ciu lat... Nie wiem, dla­czego, ale wiem, że pla­nuje ją do cze­goś wyko­rzy­stać. Twier­dzi, że to twoja wina, że chce jej śmierci, ale jesz­cze nie odkry­łem związku.

- Cie­kawe... więc zakłada, że ją znam?

Przy­ta­kuję.

- Ale nie zdo­łamy się dowie­dzieć, jak i dla­czego, dopóki jej nie odzy­skamy.

W jego oczach poja­wia się iskra cie­ka­wo­ści i wiem, że go zain­te­re­so­wa­łem.

- Dobrze. Pomogę, ale będziesz moim dłuż­ni­kiem, Zane. Dłuż­ni­kiem, póki nie powiem ina­czej.

Nadzieja poja­wia się w mojej piersi. Nie obcho­dzi mnie, co to jest ani czego on ode mnie potrze­buje. Zro­bię to. Liczy się tylko Dove. Moja słodka Dove.

- Świet­nie, pomóż mi ją zna­leźć.

Roz­dział drugi

Dove

Bolą mnie kości, każdy mię­sień mam zesztyw­niały. Całe ciało jest obo­lałe, a w klatce pier­sio­wej kra­ter wypeł­niony bez­kre­sną pustką. Jestem wyczer­pana fizycz­nie i psy­chicz­nie.

Nie jestem pewna, jak długo tu jestem ani jak długo mogę to znieść. Nie ma okien, a poje­dyn­cza żarówka zwi­sa­jąca z sufitu jest zawsze włą­czona. Ktoś przy­nosi mi jedze­nie, ale godziny nie są regu­larne. Wiem, bo cza­sami jestem bar­dzo głodna, bur­czy mi w brzu­chu, że aż boli.

Oczy­wi­ście to nic w porów­na­niu z bólem utraty Zane'a... Wil­liama. Na­dal nie potra­fię tego ogar­nąć. Jak mogłam tego nie widzieć wcze­śniej? Jak mogłam być tak ślepa? Nie był chłop­cem, o któ­rym myśla­łam, że umarł tyle lat temu, ale mimo to spra­wiał, że czu­łam się bez­pieczna. Powin­nam była wie­dzieć. Teraz znowu go stra­ci­łam.

Ocie­ra­jąc łzy z policzka grzbie­tem dłoni, wpa­truję się w tę samą ścianę, na którą patrzy­łam przez ostat­nich kilka dni. Poli­czy­łam każdą cegłę, zapa­mię­ta­łam każdą szcze­linę, bo nie mam nic innego do roboty. Nic nie utrzyma mnie przy zdro­wych zmy­słach.

W pokoju, w któ­rym mnie trzy­mają, jest tylko brudny mate­rac, cienki koc i wia­dro w kącie, na wypa­dek gdyby nie było nikogo, kto mógłby mnie zabrać do łazienki. Jak na razie to jedyny moment, kiedy mogę wyjść z celi - iść do łazienki na końcu kory­ta­rza. Wiem, że jestem w jakiejś piw­nicy, pil­nie strze­żo­nej piw­nicy, ale to wła­ści­wie wszystko, co wiem.

Na­dal nie rozu­miem, dla­czego Chri­stian mnie tu trzyma, dla­czego w ogóle mnie chce ani co zamie­rza ze mną teraz zro­bić. Wiem tylko, że nie będzie to nic dobrego. Mie­szają mi się dni. Noc i dzień. Boję się nie­zna­nego. Tego, co ma nadejść.

Pod­cią­gam kolana do klatki pier­sio­wej, opla­tam ręce wokół nich, przy­tu­lam się mocno, jakby to w jakiś spo­sób powstrzy­mało mnie przed dal­szym roz­pa­dem. Opa­dam na mate­rac i zwi­jam się w pozy­cji embrio­nal­nej.

Zardze­wiałe sprę­żyny pode mną wbi­jają się w bok, ale ból jest mini­malny. Odpy­cha­jąc tę myśl, zamy­kam oczy i pró­buję uda­wać, że jestem gdzie indziej... gdzie­kol­wiek indziej.

Zabawne, że czu­łam się jak wię­zień w miesz­ka­niu, w któ­rym trzy­mał mnie Zane. Przez cały czas, gdy tam byłam, pró­bo­wa­łam się wydo­stać. Dała­bym teraz wszystko, żeby teraz tam wró­cić. Być zamkniętą, całą i zdrową z daleka od całego świata. Zamkniętą z Zane'em u mego boku.

Kolejny szloch prze­ta­cza się przez ciało, pozo­sta­wia­jąc mnie w roz­sypce. Dźwięk z zewnątrz celi spra­wia, że natych­miast się uspo­ka­jam. Sia­dam pro­sto i ocie­ram łzy wierz­chem dłoni. Jeśli wejdą, nie chcę wyglą­dać na bez­bronną. Nie dam im przy­jem­no­ści patrze­nia, jak pła­czę. To coś małego, czego się trzy­mam, jedyna rzecz, dzięki któ­rej nie pod­dam się łatwo.

Klucz wcho­dzi do zamka, jego zgrzyt wypeł­nia mi uszy. Po chwili drzwi otwie­rają się, a w drzwiach poja­wia się jeden z pil­nu­ją­cych mnie męż­czyzn.

- Czas wyjść i się wysi­kać - war­czy. - Chyba że wolisz iść do wia­dra?

Nie ocze­kuje odpo­wie­dzi. Odpy­cham się od brud­nego mate­raca, wstaję i pod­cho­dzę do niego na drżą­cych nogach. Nie dotknął mnie, poza szarp­nię­ciem za ramię, kiedy wypro­wa­dza mnie z celi. Za co jestem wdzięczna, ale spo­sób, w jaki na mnie patrzy, wystar­czy, aby po ple­cach prze­bie­gły mi dresz­cze. Jak­bym była kawał­kiem mięsa, który w końcu będzie mógł ugryźć.

Psy­chol.

Cią­gnie mnie kory­ta­rzem i wpy­cha do łazienki. Zamy­kam za sobą drzwi, wdzięczna za pry­wat­ność. Tu też nie ma okna, więc nie mogę uciec. Zała­twiam swoje sprawy szybko, więc mam minutę na umy­cie się, zwłasz­cza że ostat­nią rze­czą, jakiej chcę, to żeby wszedł do mnie ze spusz­czo­nymi spodniami. Pole­wam wodą twarz, aż otwiera drzwi i łapie mnie za ramię mamu­cią łapą, wycią­ga­jąc mnie z łazienki wiel­ko­ści szafy.

- Kola­cja będzie za chwilę. Moi ludzie zje­dzą pierwsi, a ty dosta­niesz resztki... Jeśli jakieś zostaną. Chyba że chcesz teraz jeść? Pozwolę ci usiąść mi na kola­nach i będziesz mogła jeść, ile chcesz - uśmie­cha się, a spoj­rze­nie jego oczu mówi mi, że wcale nie żar­tuje. On jest poważny, a ja jestem głodna. Jed­nak nie aż tak, by sko­rzy­stać z jego oferty.

- Pocze­kam - mam­ro­czę.

Facet zaczyna się śmiać, jakby to wszystko było dla niego zabawne. Mam chęć na wszystko inne poza jego ofertą. Mam ochotę krzy­czeć, pła­kać i znisz­czyć to miej­sce gołymi rękami, gdy­bym tylko była w sta­nie.

Jego śmiech nagle się urywa, gdy przez długi kory­tarz docho­dzą do nas odgłosy jakie­goś zamie­sza­nia. Nic nie widzę, prze­ro­śnięte ciało bestii zasła­nia mi widok, ale sły­szę w oddali szczęk broni.

Co do cho­lery?

- Kurwa mać! - facet ze śmier­tel­nym uści­skiem na moim ramie­niu war­czy, gdy zaczyna iść szyb­ciej, cią­gnąc mnie za sobą. Poru­sza mną jak szma­cianą lalką, moje nogi ledwo za nim nadą­żają.

Wtedy coś mi przy­cho­dzi do głowy. Nie jestem pewna co, ale nawet się nad tym nie zasta­na­wiam. Po pro­stu reaguję. Nor­mal­nie nie wal­czę z nim, ale coś w tej chwili mówi mi, że powin­nam. Wbi­jam pięty w zie­mię i sta­ram się go spo­wol­nić.

Zaczy­nam się szar­pać w jego uści­sku, mając nadzieję, że się od niego wyzwolę, a on po pro­stu pod­nosi mnie, jak­bym była upar­tym dziec­kiem. Wrzuca do celi i ląduję na ple­cach na zim­nej, twar­dej pod­ło­dze. Kości mi trzesz­czą, a ude­rze­nie wybija powie­trze z płuc.

Zatrza­skuje drzwi, zanim zdo­łam sta­nąć na nogi, i odcho­dzi. Wsta­wa­nie zaj­muje mi chwilę, ale kiedy to robię, pod­bie­gam do drzwi i przy­kła­dam do nich ucho.

Przez kilka następ­nych minut sły­szę walkę męż­czyzn, kolejne strzały, a potem ciszę. Kiedy przez kilka sekund nie sły­szę nic, uświa­da­miam sobie, że bez względu na to, co się dzieje, bez względu na to, kto mnie ratuje, dobry czy zły, muszę się stąd wydo­stać.

Jeśli mnie tu zosta­wią, umrę z głodu w tej celi. Nie mogę jesz­cze umrzeć. Nie zga­dzam się, by moje życie tak się zakoń­czyło.

- Pomocy! Jestem tutaj, pro­szę, pomocy! - krzy­czę z całych sił, ude­rza­jąc pię­ściami w meta­lowe drzwi. Grze­cho­czą tylko odro­binę pod moimi zacie­kłymi ude­rze­niami. - Kto­kol­wiek, pro­szę! Bła­gam, pro­szę, ratuj­cie mnie!

Mam wra­że­nie, jak­bym całą wiecz­ność waliła w te drzwi, aż wresz­cie sły­szę, że ktoś się zbliża. Drzwi tłu­mią kroki, ale wiem, że ten, kto nad­cho­dzi, nie będzie dobry. Klucz w zamku w drzwiach się prze­kręca i cofam się do środka pokoju. Nawet gdy­bym chciała się ukryć, nie mia­ła­bym gdzie.

Drzwi otwie­rają się i dwóch dużych męż­czyzn z cie­ka­wo­ścią zagląda do mojej celi.

- Kogo my tu mamy? - pyta jeden z nich, jego oczy wędrują po moim ciele w górę i w dół, jakby mnie oce­niał. Po co, nie wiem i nie chcę się dowie­dzieć.

- Odpo­wiedz - war­czy drugi, bar­dziej z braku zain­te­re­so­wa­nia niż cze­go­kol­wiek. - Kim jesteś i dla­czego tu jesteś?

- Ja-ja jestem nikim. Pra­cuję w schro­ni­sku dla zwie­rząt. Jakiś czło­wiek mnie porwał i przy­wiózł tutaj - nie wiem, dla­czego to pierw­sza rzecz, którą o sobie wyja­wiam. Nie obcho­dzi ich, gdzie pra­cuję ani kim jestem. Nie potra­fię jasno myśleć. Moje myśli płyną, a słowa, któ­rych się chwy­tam, zdają się prze­śli­zgi­wać mi przez palce. - Po pro­stu mnie zabrali i od tego czasu trzy­mają mnie tutaj. Nie wiem dla­czego. Nie wiem, kim są ani czego ode mnie chcą. Pro­szę, pozwól­cie mi odejść. Pro­szę - sta­ram się wyglą­dać tak nie­win­nie i kru­cho, jak tylko potra­fię.

Despe­racko pra­gnę uciec z tego miej­sca, poczuć pro­mie­nie słońca na skó­rze, być wolna. Muszę zna­leźć Zane'a. Nie ma mowy, żebym naprawdę uwie­rzyła, że nie żyje. Muszę się wydo­stać z tego miej­sca. Z dala od tych sza­lo­nych prze­stęp­ców.

Obaj męż­czyźni odwra­cają się ode mnie i pro­wa­dzą jakąś cichą roz­mowę. Potem cisza się zała­muje, a osoba naj­bli­żej mnie krzy­czy w głąb kory­ta­rza:

- Ivan, mamy tutaj pro­blem - pod­ska­kuję, zasko­czona ciem­no­ścią w jego gło­sie.

O Boże, czy oni mnie zabiją? Co będzie dalej? Wzbiera we mnie panika, ale żaden z nich nie rusza w moją stronę.

Przez kilka chwil wszy­scy po pro­stu sto­imy, patrząc na sie­bie, aż męż­czy­zna o imie­niu Ivan dołą­cza do pozo­sta­łych dwóch na kory­ta­rzu.

Gdy tylko go widzę, odru­chowo cofam się o kolejny krok. To tak, jakby moje ciało wie­działo, jak nie­bez­pieczny jest ten facet. Myśla­łam, że dwaj męż­czyźni, któ­rzy otwo­rzyli drzwi, byli wielcy, ale ten Ivan wygląda, jakby mógł zjeść ich obu na śnia­da­nie, a potem jesz­cze mnie. Co dziwne, mój wzrok pada na tatuaż, który wystaje spod jego koł­nie­rza i wije się na jego szyi. Spra­wia, że wygląda jesz­cze bar­dziej onie­śmie­la­jąco, a prze­cież tego nie potrze­buje, wystar­czy już sama jego postura i surowy wyraz twa­rzy.

Tak, na pewno mnie zabiją.

- Mówi, że pra­cuje w schro­ni­sku dla zwie­rząt, zabrali ją i trzy­mają tutaj. Nie wie dla­czego - wyja­śnia jeden z męż­czyzn temu Iva­nowi, który, jak zakła­dam, jest ich sze­fem. Ivan wpa­truje się we mnie, a ja sta­ram się nie wyglą­dać jak kotka, która jest gotowa zasy­czeć i wysko­czyć z tego pokoju.

- Idź­cie oczyść resztę tego miej­sca. Sam się tym zajmę - war­czy Ivan, a ja pra­wie sikam w spodnie.

Dwaj męż­czyźni zni­kają z pola widze­nia, ich cięż­kie kroki odda­lają się coraz bar­dziej, a ja stoję i patrzę na tę górę męż­czy­zny wypeł­nia­jącą całą fra­mugę i gryzę się w język, żeby powstrzy­mać się od bła­ga­nia tam­tych face­tów, by wró­cili.

- Jak masz na imię? - pyta cicho, w końcu prze­ry­wa­jąc ciszę po tym, jak wpa­truje się we mnie, jak­bym była zagadką, któ­rej nie może roz­gryźć. Jego głos ani tro­chę nie pasuje do jego wyglądu. Jest jak dia­beł, ale z nie­biań­skim gło­sem.

- Dove... Dove Mil­ler - jąkam się, sta­ra­jąc zacho­wać spo­kojny głos, choć wydaje się, że to nie pomaga.

- Słu­chaj, Dove, oto, co się wyda­rzy. Zosta­niesz z nami, dopóki nie zwe­ry­fi­ku­jemy, że jesteś tym, za kogo się poda­jesz i że nie wiesz nic waż­nego dla nas. Jeśli mówisz prawdę, nie jesteś nikim waż­nym i nic nie wiesz, będziesz mogła odejść... O ile będziesz trzy­mać język za zębami.

- A jeśli nie? - pytam, cho­ciaż wiem, że nie powin­nam.

Ivan patrzy na mnie zimno, w jego oczach nie ma ani cie­nia emo­cji.

- Nie myślmy o tym teraz.

Natych­miast czuję się, jak­bym została wrzu­cona do oce­anu. Wykrwa­wiam się. Rekiny krążą wokół mnie. Który pierw­szy ugry­zie? Powin­nam była posłu­chać Zane'a. Powin­nam była mu uwie­rzyć, kiedy powie­dział, że na tym świe­cie są znacz­nie gor­sze potwory niż on.

- OK - odpo­wia­dam, bo co mam powie­dzieć? Nie, zostaw mnie tutaj na śmierć? To naprawdę żadna alter­na­tywa.

W drzwiach daje mi znak, żebym wyszła, a kiedy moje stopy prze­kra­czają próg, mówi:

- Jeśli uciek­niesz, zastrzelę cię, a naprawdę nie chcę tego robić.

Sekundę temu kusiło mnie, żeby uciec, spró­bo­wać uciec, ale groźba w jego sło­wach ujaw­nia prawdę. Gdyby musiał, naprawdę by mnie zastrze­lił. Posta­na­wiam nie ucie­kać. Mam nadzieję, że nie jest to naj­więk­szy błąd w moim życiu.

Roz­dział trzeci

Zane

Goje­nie się zaj­muje kilka dni, co dopro­wa­dza mnie do szału. Rany postrza­łowe nie zago­iły się zupeł­nie, ale i tak wyglą­dają cał­kiem dobrze. Powi­nie­nem być teraz gdzie indziej, prze­szu­ki­wać kulę ziem­ską w poszu­ki­wa­niu Dove, palić doszczęt­nie mia­sta i mor­do­wać ludzi, a nie sie­dzieć w łóżku, gapić się na swoje dło­nie i cze­kać, aż odpo­wie­dzi poja­wią się zni­kąd. Jed­nak bez broni i infor­ma­cji, które obie­cał mi Mat­teo, nie mogę wyko­nać żad­nego cho­ler­nego ruchu.

Mówi, że wszę­dzie ma oczy i uszy, a jeśli Chri­stian zrobi choć jeden ruch, będzie o tym wie­dział. Do tej pory nie wyko­nał żad­nego ruchu, bo Mat­teo nie przy­szedł mi prze­ka­zać żad­nych nowych infor­ma­cji. Wysu­wam się z łóżka i wstaję, szu­ra­jąc butami o mar­mu­rową pod­łogę. Nie­na­wi­dzę tego miej­sca. Nie­na­wi­dzę tego, że utkną­łem jako czy­jaś mała sucz, ale naj­bar­dziej ze wszyst­kiego boję się. Boję się tego, co dzieje się teraz z Dove.

Myśl, że jeden z męż­czyzn Chri­stiana mógł dotknąć jej swo­imi łapami, spra­wia, że mam chęć mor­do­wać. Zaci­ska­jąc pięść, wbi­jam paznok­cie w dłoń. Wście­kłość gotuje się tuż pod powierzch­nią. Jeśli dostanę szansę, zabiję go, uśmiercę, spra­wię, że będzie pro­sił, bła­gał mnie o śmierć.

- Puk, puk... - sły­szę głos Mat­teo i zmu­szam się, by roze­wrzeć pięść, zakła­da­jąc maskę braku emo­cji, zanim odwrócę się twa­rzą do drzwi. Już ujaw­ni­łem swoją naj­więk­szą sła­bość, a ostat­nią rze­czą, jakiej potrze­buję, to eks­po­no­wa­nie moich emo­cji. Nie pozwa­lam jemu ani nikomu innemu wie­dzieć, jak bli­sko jestem roz­pad­nię­cia się na kawałki.

- Mam nadzieję, że masz dla mnie jakieś infor­ma­cje?

Mat­teo nie wygląda na roz­ba­wio­nego spo­so­bem, w jaki z nim roz­ma­wiam, ale wiem, że gdyby chciał mnie zabić, dawno by to zro­bił.

- Tak, ale uwa­żam, że ważne jest, abyś zdał sobie sprawę, kto tutaj roz­daje karty.

Prze­staję prze­wra­cać oczami. Nie jestem przy­zwy­cza­jony do pracy z kim­kol­wiek, nie mówiąc już o kimś, kto jota w jotę zacho­wuje się jak Chri­stian. Nie słu­cham roz­ka­zów. Przez całe życie pra­co­wa­łem jako jed­no­oso­bowy zespół. Teraz jestem zmu­szony przyj­mo­wać roz­kazy od jakie­goś kutasa w gar­ni­tu­rze. Wszystko, czego chcę, to zna­leźć Dove, zro­bić brudną robotę dla tego dupka i opu­ścić, kurwa, to miej­sce.

- Powiedz mi, co muszę wie­dzieć... pro­szę - mówię przez zaci­śnięte zęby. Na ustach Mat­teo poja­wia się uśmie­szek, jakby cie­szył się, widząc, jak cedzę uprzej­mo­ści przez zaci­śnięte zęby. Nie­wiele wie, on też byłby mar­twy, gdy­bym go tak bar­dzo nie potrze­bo­wał. Nie zamie­rzam cało­wać go w dupę czy stać się jego naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Chcę tylko Dove i zro­bię, kurwa, wszystko, żeby ją odzy­skać.

- Tak jest o wiele lepiej... cie­szę się, że zmie­ni­łeś nasta­wie­nie, bo nie chciał­bym zacho­wać dla sie­bie wia­do­mo­ści o two­jej małej Dove.

Jej imię spływa mu z języka, spra­wia, że mam ochotę pode­rżnąć mu gar­dło, ale powstrzy­muję się, ponie­waż bańka nadziei wypeł­nia mi brzuch.

- Gdzie ona jest? - pytam i robię krok w jego stronę.

- Infor­ma­tor powie­dział mi, że w jed­nym z taj­nych kom­plek­sów Chri­stiana urzą­dzono zasadzkę. Wie­rzymy, że tam wła­śnie trzy­mali Dove. Wąt­pię, że na­dal tam jest, bo wła­śnie widziano, jak ludzie Xan­dera Ros­siego opusz­czali to miej­sce.

Xan­der Rossi. Kurwa. Wię­cej złych wia­do­mo­ści. Prze­cze­su­jąc pal­cami włosy z fru­stra­cji i wście­kło­ści, sta­ram się myśleć zamiast reago­wać. Uży­cie pię­ści w tej chwili jej nie pomoże. Muszę to prze­my­śleć. Tyle tylko, że jedyne, o czym jestem w sta­nie myśleć, to moja słodka Dove, która została prze­rzu­cona z jed­nej pie­przo­nej klatki do dru­giej, lądu­jąc teraz z naj­gor­szym zło­czyńcą ze wszyst­kich.

- Co robimy? - pytam chwilę póź­niej.

- My? - Mat­teo mruga. - Nie będziemy się wpie­przać w jakieś gówno. Ty poje­dziesz i spraw­dzisz to miej­sce, zoba­czysz, co się u dia­bła stało i czy coś zostało. Może ją tam zosta­wili, kto wie? Ocze­kuję jed­nak, że wró­cisz, a jeśli nie, cóż, powiedzmy, że będzie wię­cej niż nagroda wyzna­czona za twoją pie­przoną głowę.

- Nie przyj­muję od cie­bie roz­ka­zów - zaci­skam pięść, gotowy ude­rzyć go w jego aro­gancki ryj. Jestem tak bli­sko utraty kon­troli, total­nego wyłą­cze­nia i prze­łą­cze­nia się na tryb zabi­ja­nia, że w tym momen­cie nie jest to nawet mie­rzalne. A ten pojeb sto­jący przede mną będzie moją pierw­szą ofiarą.

- I ow­szem, jeśli chcesz mojej pomocy.

Jak wul­kan kilka sekund przed wybu­chem drżę z pło­ną­cej wście­kło­ści. Przy­jazd tutaj był oczy­wi­stym błę­dem. Nie wiem, czy Mat­teo będzie wart tych wszyst­kich kło­po­tów. Jest nie­bez­pieczny, tak, ale na jakim pozio­mie, jesz­cze nie wiem.

- Potrze­buję tylko broni i samo­chodu - mówię, nawet na niego nie patrząc.

- Mogę zapew­nić ci obie te rze­czy. Wysy­łam też z tobą dwóch moich ludzi. Nie mogę pozwo­lić, żebyś pró­bo­wał zwiać, jeśli ona tam jest.

- Tak, tak, wiem, jestem ci to winien i lepiej, żebym wró­cił. Kumam.

- Ostrze­gam cię, Zane, jeśli znaj­dziesz dziew­czynę i gdzieś ją ukry­jesz lub jeśli spró­bu­jesz znik­nąć, znajdę cię, a kiedy to zro­bię...

Spo­glą­dam w górę - więk­szość męż­czyzn kuli­łaby się ze stra­chu przed spoj­rze­niem, które mi posyła, ale ja nie jestem więk­szo­ścią męż­czyzn. Nie boję się tego gnojka, ale boję się, co może zro­bić Dove, a przy­naj­mniej tego, co spró­buje zro­bić. Nie chcę go oszu­ki­wać, chyba że będę do tego zmu­szony. Nie mając nikogo po swo­jej stro­nie i bez żad­nej pomocy będę musiał pocze­kać na ide­alną oka­zję, żeby odejść.

- Jeśli tam jest, wrócę z nią.

Jego wzrok tward­nieje, pra­wie jakby pró­bo­wał zoba­czyć, czy pęknę pod pre­sją. Na szczę­ście nie ma poję­cia, do czego naprawdę jestem zdolny i ile będę w sta­nie zro­bić, aby ura­to­wać kobietę, którą kocham.

- Ufam ci, Zane. Nie każ mi tego żało­wać.

Nie odpo­wia­dam. Zamiast tego rzu­cam mu puste spoj­rze­nie. Znajdę Dove i zabiję każ­dego skur­wiela, który jej dotknął, nawet jeśli będzie to ostat­nia pie­przona rzecz, jaką zro­bię.

***

Wbi­ja­jąc współ­rzędne GPS, które dał mi Mat­teo, włą­czam sil­nik i zosta­wiam jego rezy­den­cję - moje wię­zie­nie - w lusterku wstecz­nym. Mam napięte mię­śnie i jestem gotowy do walki. Pochła­nia mnie potrzeba zna­le­zie­nia Dove. Mogę mieć tylko nadzieję i modlić się, żeby Xan­der ją tam zosta­wił, cho­ciaż praw­do­po­do­bień­stwo jest nie­wiel­kie. Ten facet nie oka­zuje miło­sier­dzia i wąt­pię, żeby po pro­stu zosta­wił wraż­liwą, piękną kobietę, by się sama o sie­bie zatrosz­czyła. Zgrzy­ta­jąc zębami, sta­ram się nie myśleć o tym dra­niu kła­dą­cym łap­ska na mojej Dove. Jazda zaj­muje tro­chę ponad godzinę, a ja ści­skam kie­row­nicę kur­czowo przez całą drogę.

Widzę samo­chód z ban­dy­tami Mat­teo podą­ża­ją­cymi za mną przez cały czas. Bez­u­ży­teczni idioci. Wysy­ła­nie ich jest więk­szą znie­wagą niż cokol­wiek innego. Jak­bym nie mógł sprząt­nąć tych dwóch, gdy­bym chciał.

W miarę poko­ny­wa­nia kolej­nych kilo­me­trów w brzu­chu zaci­skają mi się węzły stra­chu. A jeśli ją skrzyw­dzą? Zgwałcą? A jeśli jest zała­mana i nie zdo­łam jej poskła­dać? Jeśli będzie za późno? Myśli wciąż przy­cho­dzą, dusząc mnie stra­chem. Muszę się ogar­nąć, skon­cen­tro­wać, ale myśl, że Dove jest w nie­bez­pie­czeń­stwie i zra­niona, wystar­czy, żeby zro­biło mi się nie­do­brze.

Zwal­niam, skrę­ca­jąc w drogę, przy któ­rej powi­nien znaj­do­wać się kom­pleks. W oddali widać trzy­me­trowy płot ota­cza­jący dom. To musi być to. Serce przy­spie­sza i nie­mal zaczyna się tłuc, gdy zbli­żam się do celu.

Można by pomy­śleć, że takie miej­sce będzie strze­żone, ale przy­pusz­czam, że nie ma już żad­nych straż­ni­ków. Zna­jąc Chri­stiana, pew­nie zaczął się ukry­wać w momen­cie, gdy Rossi go zaata­ko­wali. Cho­dzi mi o to, że zawsze miał mnie przy sobie, abym to ja toczył jego bitwy, beze mnie nie wyobra­żam sobie, że pod­niósłby broń, by chro­nić sie­bie lub oczy­ścić świat ze swo­ich wro­gów. Nic nie jest bar­dziej w jego stylu jak ukry­wa­nie się. Skrę­ca­jąc w drogę i prze­jeż­dża­jąc przez znisz­czoną bramę, dostrze­gam dwóch leżą­cych na ziemi męż­czyzn. Kiedy mijam ich ciała, dziury po kulach w ich czo­łach potwier­dzają to, co już wie­dzia­łem. Wszy­scy tutaj nie żyją.

W miarę jak zbli­żam się do pose­sji, ogar­nia mnie uczu­cie stra­chu. Na traw­niku leżą jesz­cze trzy ciała. Par­kuję samo­chód i gaszę sil­nik. Potem chwy­tam za broń i wysia­dam z SUV-a. Wąt­pię, żebym jej potrze­bo­wał, ale wolę mieć pisto­let przy sobie.

Samo­chód z ludźmi Mat­teo pod­jeż­dża za mną i chwilę póź­niej obaj faceci wysia­dają. Sta­ram się cał­ko­wi­cie igno­ro­wać ich obec­ność i kon­cen­tro­wać na zna­le­zie­niu kobiety, którą kocham.

Nie wiem, czego się spo­dzie­wa­łem, kiedy się tu poja­wi­łem, ale to nie było to. Prze­cho­dzę przez traw­nik i okrą­żam dom. Jest wię­cej męż­czyzn, wię­cej tru­pów. Docie­ram do bocz­nych drzwi i nie zawra­cam sobie głowy otwie­ra­niem ich, bo już są wyko­pane.

Gdy tylko wcho­dzę do środka, czuję to. Śmierć. Krew. Oka­le­cze­nie. Jest wszę­dzie. Pokrywa ściany, pod­łogę, powie­trze. Kiedy idę kory­ta­rzem, myślę tylko o jed­nym... pro­szę, niech nie będzie mar­twa.

Igno­ru­jąc ciała i zapa­chy ata­ku­jące mój nos, szybko prze­cze­suję dom, spraw­dza­jąc po dro­dze każdy pokój. Zanim wejdę do kolej­nego pomiesz­cze­nia, oba­wiam się, że znajdę ją tam mar­twą, leżącą mię­dzy innymi cia­łami. Ale stwier­dzam, że kolejne pokoje są puste i za każ­dym razem doznaję krót­kiego przy­pływu ulgi.

Nie­od­na­le­zie­nie jej ciała może być ulgą, ale brak zna­le­zie­nia cze­go­kol­wiek potę­guje mój gniew. Muszę zdo­być wska­zówkę, cokol­wiek, co pomoże mi ją zna­leźć.

Kiedy znaj­duję drzwi pro­wa­dzące do piw­nicy, serce bije mi szyb­ciej. Zbie­ga­jąc po scho­dach, despe­racko szu­kam cze­goś, cze­go­kol­wiek. Przede mną długi kory­tarz i kiedy zaczy­nam nim iść, stwier­dzam, że po obu stro­nach znaj­dują się cele. Prze­strzeń jest zbyt cicha, aby kto­kol­wiek się w niej znaj­do­wał. Mimo to nie mogę pozwo­lić, by nadzieja w mojej piersi umarła.

Ska­nuję wzro­kiem każdą celę, szu­ka­jąc naj­mniej­szej wska­zówki. Jestem coraz bar­dziej roz­cza­ro­wany, bo każda z nich zosta­wia mnie z niczym. Docie­ram do ostat­niej, serce wyrywa mi się z gar­dła i wpa­dam do pokoju, chwy­ta­jąc cienką kurtkę, którą dałem Dove w dniu, w któ­rym opu­ści­li­śmy bun­kier. Leży na pod­ło­dze obok brud­nego mate­raca. W rogu pokoju znaj­duje się wia­dro, w które naj­praw­do­po­dob­niej musiała sikać. To miej­sce... spra­wia, że ści­ska mi żołą­dek. To pie­kło na ziemi.

To tu ją trzy­mali? Na zabru­dzo­nym mate­racu, w zim­nym i pustym pokoju. Moją Dove.

Ona nie pasuje do takiego miej­sca. Powinna być bez­pieczna i szczę­śliwa. Ska­nu­jąc pokój po raz ostatni, zauwa­żam, że nie ma krwi i nie ma innej odzieży poza kurtką. To dobre znaki i zamie­rzam się ich trzy­mać. Nie udo­wad­niają co prawda, że jej nie skrzyw­dzili, ale pozo­sta­wiają nadzieję, że tego nie zro­bili i że nie będzie cał­ko­wi­cie zła­mana, kiedy ją odzy­skam.

Zaci­ska­jąc mate­riał w dłoni, przy­kła­dam go do nosa i głę­boko wdy­cham. Słaby zapach wani­lii łasko­cze mnie w nos i wcią­gam ten dro­go­cenny skarb głę­boko do płuc. Jest nar­ko­ty­kiem dla moich zmy­słów, umy­słu i ciała.

Moja słodka Dove.

Przy­naj­mniej wiem jedno. Jej nie­obec­ność tutaj ozna­cza, że na­dal żyje. Teraz pyta­nie, jak mogę ją odzy­skać od Xan­dera Ros­siego, jed­nego z naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cych mafio­sów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych?