Zabójcza nadzieja - Marta Guzowska

Kup ebooka

39.99 zł
29.99 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Cze­ka­łam w re­stau­ra­cji już od pra­wie go­dziny. Nie po­tra­fię zli­czyć, ile razy spoj­rza­łam na ze­ga­rek w ko­mórce. Dwa razy za­dzwo­ni­łam, ale nikt nie ode­brał. Dwa razy po­wie­dzia­łam też kel­nerce, gło­śno i wy­raź­nie, że cze­kam na ko­goś, więc nie złożę jesz­cze za­mó­wie­nia, mimo to przy­szła po raz trzeci, cho­ciaż wi­działa, że nic się nie zmie­niło. Wy­pi­łam już szklankę wody z cy­tryną i po­pro­si­łam o drugą, a kel­nerka ob­rzu­ciła mnie obu­rzo­nym spoj­rze­niem, jak­bym zaj­mo­wała ko­muś miej­sce, cho­ciaż więk­szość sto­li­ków była pu­sta. Oprócz mnie da­lej pod ścianą sie­działa tylko jedna para.

Za­dzwo­ni­łam jesz­cze raz i znowu nikt nie ode­brał. Kel­nerka po­sta­wiła przede mną szklankę z wodą i na­wet nie po­cze­kała na moje "dzię­kuję". Je­śli w ten spo­sób za­cho­wuje się wo­bec wszyst­kich, to i tak pew­nie nie­wiele wy­ciąga z na­piw­ków.

Z nu­dów za­czę­łam przy­glą­dać się pa­rze pod ścianą. On był wy­raź­nie star­szy, ona wy­raź­nie młod­sza i wy­raź­nie była to jedna z ich pierw­szych ran­dek. Ta­kie rze­czy wi­dać od razu. On miał też wy­raź­nie wię­cej forsy. Ona miała na so­bie sek­sowne ciu­chy, ale to była głów­nie Zara, no może Mas­simo Dutti. Za to jego gar­ni­tur, ko­szula i kra­wat wy­glą­dały jak z żur­nala, to zna­czy ni­gdy wcze­śniej nie mia­łam oka­zji wi­dzieć ta­kich na żywo. Nie, po­pra­wi­łam się, ubra­nia ta­kiej sa­mej ja­ko­ści i w po­dob­nych ce­nach no­sił mój były chło­pak, Łu­kasz Wol­ski.

Prze­łknę­łam ślinę i skon­cen­tro­wa­łam się. To nie był do­bry mo­ment, żeby my­śleć o Wol­skim.

Znowu spoj­rza­łam na parę pod ścianą. Wy­raź­nie było wi­dać, że to jej bar­dziej za­leży. Wpa­try­wała się w niego jak w ob­ra­zek, on na­to­miast po­zwa­lał so­bie od czasu do czasu zer­k­nąć na mnie. Nie dzi­wi­łam mu się, na­prawdę po­sta­ra­łam się tego wie­czora. Mia­łam nową fry­zurę, nowy ko­lor wło­sów, sta­ranny ma­ki­jaż i bluzkę z de­kol­tem, a pod nią push-up. Na­wet pa­znok­cie zro­bi­łam, cho­ciaż de­cy­duję się na to rzadko, bo nie ro­zu­miem, po co tyle wy­siłku, skoro za dzień, dwa la­kier i tak za­cznie od­pa­dać. Po­ły­ski­wały czer­wie­nią, kiedy ba­wi­łam się te­le­fo­nem, bo już na­prawdę nie wie­dzia­łam, co mam ze sobą zro­bić.

Ona coś po­wie­działa, on uśmiech­nął się uprzej­mie i z lek­kim przy­mu­sem. A po­tem on coś po­wie­dział, a ona ro­ze­śmiała się per­li­ście. Do­brze to ro­biła. Na­wet ja da­ła­bym się na­brać, gdyby śmiała się tak z mo­ich dow­ci­pów, a by­łam prze­cież pry­watną de­tek­tywką i nie­jedno wi­dzia­łam.

Zro­biło mi się tro­chę smutno. Było ja­sne, że on też już nie­jedno wi­dział i że, ow­szem, sko­rzy­sta z oka­zji, żeby się do­brać do mło­dego, ład­nego ciała, ale ona nie bę­dzie z tego wiele miała. Może ja­kąś bi­żu­te­rię, per­fumy albo drogą to­rebkę, ale na pewno nie sa­mo­chód, nie dom i nie bo­ga­tego męża.

Za­wi­bro­wał mój te­le­fon. Po­de­rwa­łam głowę, ale to znowu była ta ko­bieta. Nie mia­łam ochoty z nią roz­ma­wiać, cho­ciaż naj­wy­raź­niej to do niej nie do­cie­rało. Od­rzu­ci­łam roz­mowę i po­ło­ży­łam ko­mórkę na sto­liku. Łyk­nę­łam wody. Kel­nerka ze swo­jego sta­no­wi­ska koło drzwi do kuchni rzu­ciła mi zło­wro­gie spoj­rze­nie.

Wła­śnie się za­sta­na­wia­łam, ile jesz­cze będę mu­siała tu sie­dzieć i czy mnie w końcu nie wy­pro­szą, kiedy dziew­czyna wstała. Fa­cet w bar­dzo dro­gim gar­ni­tu­rze też wstał, bo na­wet je­śli za­mie­rzał ją tylko prze­le­cieć, chciał rów­nież ucho­dzić za dżen­tel­mena. Po­ca­ło­wał ją dwa razy w po­li­czek, a ona na­mięt­nie wpiła się w jego usta, więc po­zwo­lił swo­jej ręce opaść na jej po­śla­dek, do­sko­nale uwy­pu­klony pod ob­ci­słą su­kienką, i po­zo­stać tam przez dłuż­szą chwilę. Jed­no­cze­śnie spoj­rzał na mnie, upew­nia­jąc się, czy to wi­dzę. Skur­wy­syn.

Dziew­czyna ode­rwała się od jego ust, a on szar­mancko po­chy­lił się i po­ca­ło­wał ją w rękę. Miała to być za­pewne re­kom­pen­sata za to, że nie od­wie­zie jej do domu i że musi wró­cić sama ube­rem. Dziew­czyna za­chi­cho­tała roz­kosz­nie, od­kle­iła się od niego i ru­szyła w stronę drzwi. Przy wyj­ściu od­wró­ciła się jesz­cze i po­słała mu ca­łusa. Stał w miej­scu, cze­kał, aż wyj­dzie. A po­tem pod­szedł do mo­jego sto­lika. Na li­tość bo­ską, nie wy­trzy­mał na­wet kilku mi­nut dla przy­zwo­ito­ści!

- Można? - Wska­zał na krze­sło obok.

Ski­nę­łam głową. Usiadł.

- Nie przy­szedł... - Ra­czej stwier­dził, niż spy­tał.

- Ależ skąd.

Spoj­rzał na mnie zdzi­wiony.

- Nie czeka pani na ni­kogo? By­łem pewny...

- Cze­kam na pana.

Da­łam mu chwilę na prze­tra­wie­nie no­wego kie­runku, jaki ob­rała roz­mowa. Sama wy­ko­rzy­sta­łam tę chwilę na przy­su­nię­cie le­żą­cej na sto­liku ko­mórki i na­kry­cie jej dło­nią. On z ko­lei, wi­dzia­łam to wy­raź­nie na jego twa­rzy, pró­bo­wał w my­ślach różne od­zywki, aż w końcu zde­cy­do­wał się na:

- Czy my się znamy?

Wy­ję­łam z kie­szeni wi­zy­tówkę, prze­su­nę­łam ją po stole w jego kie­runku. Prze­czy­tał "Franka Kruk, pry­watne usługi de­tek­ty­wi­styczne" i zbladł. Przez dłuż­szą chwilę nie wie­dział, co po­wie­dzieć, ale mnie już bo­lała pupa - mieli tu nie­wy­godne krze­sła - więc po­sta­no­wi­łam go wy­rę­czyć.

- Pana teść, czyli oj­ciec pana żony, z którą oże­nił się pan w rów­nym stop­niu dla jej urody, co dla wiel­kiego ma­jątku, no więc pana teść, który, do­dam jesz­cze, ma zwy­czaj na­zy­wać pana go­ło­dup­cem, prze­pra­szam, ale to cy­tat, po­pro­sił mnie, że­bym spraw­dziła, czy rze­czy­wi­ście na­rady w pana fir­mie prze­cią­gają się do późna wie­czo­rem. Bo po­dobno żona się nie­po­koi.

- Ile pani chce?

Nie za­sko­czył mnie sło­wami, tylko fak­tem, że po­sta­wił to py­ta­nie tak szybko. Za­zwy­czaj nie­wierni mę­żo­wie po­trze­bują wię­cej czasu.

Po­krę­ci­łam głową.

- Pro­szę po pro­stu po­dać sumę - na­le­gał.

Za cenę jego kra­wata mo­gła­bym pew­nie wy­re­mon­to­wać sa­mo­chód, a gdyby do­rzu­cić kwotę, którą za­pła­cił za gar­ni­tur, ku­pić dru­gie auto, co prawda uży­wane, ale o ma­łym prze­biegu.

- Otrzy­ma­łam już wy­na­gro­dze­nie za tę sprawę - od­po­wie­dzia­łam.

Mach­nął ręką, bły­ska­jąc ze­gar­kiem, któ­rego ceny nie chciało mi się już sza­co­wać.

- Je­stem pe­wien, że się do­ga­damy.

Pod­nio­słam ko­mórkę. Trzy­ma­łam ją poza za­się­giem jego rąk.

- My­ślę, że le­piej bę­dzie, je­śli do­gada się pan z te­ściem.

Wsu­nę­łam rękę do kie­szeni i wy­ję­łam zło­żoną kartkę. Było na niej kilka wy­dru­ko­wa­nych zdań.

- Pro­szę to prze­czy­tać - po­wie­dzia­łam. - A po­tem po­wtó­rzyć do ka­mery. Może być wła­snymi sło­wami, byle treść się zga­dzała.

Pa­trzył na mnie przez chwilę, jak­bym trzy­mała w ręku żmiję, a nie pa­pier. A po­tem wy­szarp­nął mi kartkę z ręki. Prze­czy­tał i sap­nął.

- Chyba pani żar­tuje.

Wzru­szy­łam ra­mio­nami.

- Pra­cuję na zle­ce­nie pana te­ścia. Po­pro­sił mnie, żeby od­czy­tał pan tę treść przed ka­merą. Je­śli pan tego nie zrobi, zdję­cia, które pstryk­nę­łam panu z tamtą pa­nią - po­ka­za­łam pod­bród­kiem sto­lik, przy któ­rym wcze­śniej sie­dzieli - a które są wła­sno­ścią mo­jego klienta, tra­fią do pana żony.

Pa­trzył na mnie i nic nie mó­wił.

- Pro­szę się nie spie­szyć. Nie mam na dzi­siaj in­nych zle­ceń - za­pew­ni­łam go.

Nie wy­glą­dał już sek­sow­nie. Wy­glą­dał na ko­le­sia, któ­rym tak na­prawdę był: mar­nego pod­ry­wa­cza, któ­remu na głowę wła­śnie spa­dła lo­dówka wy­rzu­cona z czwar­tego pię­tra. Prze­czy­tał jesz­cze raz treść kartki i od­chrząk­nął. Ode­bra­łam to jako przy­go­to­wa­nie do wy­stępu i włą­czy­łam ka­merę w ko­mórce.

- Czy na­prawdę nie mo­gli­by­śmy się ja­koś do­ga­dać? - spy­tał ża­ło­śnie.

Wy­łą­czy­łam ka­merę.

- Chyba nie chce pan, że­bym to też na­grała, prawda?

Przez chwilę krę­cił głową, a po­tem spoj­rzał mi w oczy. Je­śli szu­kał li­to­ści, tra­fił pod zły ad­res. Nie mam współ­czu­cia dla fa­ce­tów zdra­dza­ją­cych żony, od kiedy się do­wie­dzia­łam, że mój mąż był jed­nym z nich.

- To co, za­czy­namy? - spy­ta­łam re­to­rycz­nie i po­now­nie włą­czy­łam ka­merę.

Fa­cet znowu od­chrząk­nął.

- Ko­cha­nie - po­wie­dział, pa­trząc pro­sto w obiek­tyw - je­stem głu­pim ku­ta­sem. Zro­bi­łem rze­czy, które cię zra­niły. Ale na­prawdę cię ko­cham. I obie­cuję, że to się ni­gdy nie po­wtó­rzy. Ni­gdy!

Rze­czy­wi­ście wy­po­wie­dział się wła­snymi sło­wami, ale od­po­wia­dało to tre­ści z kartki na tyle, że po­sta­no­wi­łam się nie cze­piać. Cho­ciaż wie­dzia­łam, że za dwa mie­siące, naj­da­lej trzy, sy­tu­acja się po­wtó­rzy. Mąż za­cznie prze­sia­dy­wać na ze­bra­niach albo wy­jeż­dżać w de­le­ga­cje, żona po­czuje się sa­motna, a teść po­now­nie po­grozi pa­lusz­kiem. Mąż się po­kaja, żona uspo­koi, a teść znowu wyda tro­chę kasy, cho­ciaż po­dej­rze­wa­łam, że dla niego ho­no­ra­rium de­tek­tywa to jak splu­nąć. Tyle że na­stęp­nym ra­zem nie wy­naj­mie mnie, lecz ko­goś, kogo fa­cet wcze­śniej nie wi­dział na oczy.

Ile ja już się na­oglą­da­łam ta­kich hi­sto­rii!

Scho­wa­łam ko­mórkę do kie­szeni. Wsta­łam.

- To wszystko? - spy­tał.

Nie od­po­wie­dzia­łam, bo to nie miało sensu. Wy­szłam z re­stau­ra­cji, po­zo­sta­wia­jąc mu do za­pła­ce­nia ra­chu­nek za moje dwie szklanki wody.

Na ze­wnątrz wcią­gnę­łam głę­boko w płuca zimne, śmier­dzące spa­li­nami po­wie­trze War­szawy. Są­dząc z liczby sa­mo­cho­dów i lu­dzi na uli­cach, pan­de­mia ni­gdy się nie wy­da­rzyła. Ob­ostrze­nia znie­siono z dnia na dzień i wszy­scy żyli tak, jakby nic się nie stało, tylko jesz­cze szyb­ciej, na wszelki wy­pa­dek.

A ja znowu za­czę­łam za­ra­biać. Dzie­więć­dzie­siąt pro­cent, a może na­wet wię­cej zle­ceń pry­wat­nego de­tekty-wa do­ty­czy zdrad mał­żeń­skich. Kiedy nie można było wy­cho­dzić z do­mów, zdrady ustały, bo nie da się ro­man­so­wać w wa­rzyw­niaku albo w ko­lejce do ap­teki. A ra­zem z nimi wy­schło źró­dło mo­ich za­rob­ków. Ale te­raz, kiedy pan­de­mię od­wo­łano, wszystko wy­bu­chło ze zdwo­joną siłą, jakby nie­wierni mał­żon­ko­wie chcieli so­bie po­we­to­wać te ty­go­dnie spę­dzone przy­mu­sowo w do­mo­wych pie­le­szach. Po­wie­dze­nie, że mój te­le­fon się ury­wał, by­łoby grubą prze­sadą, ale mia­łam pracę. I mia­łam forsę, przy­naj­mniej na ży­cie. Wy­glą­dało na to, że sprawy wresz­cie idą w do­brym kie­runku. A przy­naj­mniej w lep­szym.

W sa­mo­cho­dzie zdję­łam pe­rukę, bo swę­działa mnie od niej skóra głowy, i owi­nę­łam szyję sza­li­kiem, bo de­kolt i oko­lice push-upu mia­łam po­kryte gę­sią skórką. Koła kilka razy za­buk­so­wały w brei, którą nie wia­domo czemu cały czas na­zywa się śnie­giem, ale po chwili zła­pały przy­czep­ność i wy­je­cha­łam na jezd­nię.

To, co spa­dało z nieba, nie było ani śnie­giem, ani desz­czem, tylko nie­zi­den­ty­fi­ko­waną masą, którą przy­roda od­pła­cała nam, lu­dziom, za złe trak­to­wa­nie. W końcu de­pre­sja jest po­dobno naj­częst­szą przy­czyną sa­mo­bójstw, a pla­neta z pew­no­ścią ode­tchnę­łaby, gdyby było nas nieco mniej. Sa­mo­chody po­ru­szały się jak żół­wie, bo zima, która w tym roku za­sko­czyła dro­go­wców na sa­mym po­czątku li­sto­pada, na­dal ich za­ska­ki­wała, każ­dego dnia. Pa­dał śnieg i wiał wiatr tak silny, że na nie­za­bu­do­wa­nych od­cin­kach drogi czu­łam, jakby na sa­mo­chód na­pie­rał słoń. Tak, jakby ży­wioły sprzy­się­gły się, żeby zmieść ludz­kość z po­wierzchni Ziemi. Nie­stety ludz­kość jest jak ka­ra­lu­chy. Je­cha­łam więc bar­dzo ostroż­nie, ale do przodu. Tyle że nie mo­głam prze­wi­dzieć, ile tym ra­zem zaj­mie mi jazda do domu. Jed­nak na­wet w naj­gor­szych wa­run­kach droga z War­szawy do Brwi­nowa, zwłasz­cza nocą, nie zaj­muje dłu­żej niż go­dzinę. Za go­dzinę była szansa na go­rący prysz­nic i łóżko. Mia­łam na­dzieję nie­długo za­ko­pać się w po­ścieli, przy­tu­lić do Loli, która - zima czy lato - grzała jak pie­cyk, i za­paść w sen.

Ale wia­domo, czyją matką jest na­dzieja.

Roz­dział 2

Znowu za­dzwo­niła, kiedy skrę­ci­łam z prze­lo­tówki. Sama je­stem so­bie winna, że tym ra­zem ode­bra­łam. My­śla­łam, że to oj­ciec albo Miśka. A te­le­fon z domu o tej po­rze za­wsze wy­wo­łuje u mnie dreszcz stra­chu w dol­nej czę­ści krę­go­słupa.

- Pro­szę się nie roz­łą­czać - po­wie­działa.

- Pro­szę do mnie wię­cej nie dzwo­nić! - krzyk­nę­łam, po czym moc­niej za­ci­snę­łam dło­nie na kie­row­nicy, bo sa­mo­cho­dem za­rzu­ciło na śnie­go­wej brei. Na szczę­ście droga była pu­sta. Brwi­nów to zde­cy­do­wa­nie nie jest mia­sto, które ni­gdy nie za­sy­pia.

Zre­du­ko­wa­łam pręd­kość jesz­cze bar­dziej, po­nie­waż boczne ulice w ogóle nie wi­działy dzi­siaj pługa śnież­nego. I zro­bi­łam to w samą porę. Przy no­wym osie­dlu, które w ze­szłym roku za­częli bu­do­wać kilka prze­cznic od mo­jego domu, coś wy­sko­czyło na jezd­nię. Naj­pierw po­my­śla­łam, że to mały pies, po­tem, że duży kot, ale nie mo­głam się przyj­rzeć, bo jed­no­cze­śnie wci­ska­łam ha­mu­lec w pod­łogę i trzy­ma­łam z ca­łych sił kie­row­nicę. Ale sa­mo­cho­dem i tak za­rzu­ciło, usta­wił się bo­kiem i po chwili za­trzy­mał kilka cen­ty­me­trów od par­kanu.

- Pani Franko? - usły­sza­łam w te­le­fo­nie. - Jest tam pani?

Po­woli wzię­łam głę­boki wdech, pu­ści­łam kie­row­nicę i wy­sia­dłam z sa­mo­chodu. To nie był pies ani kot. To była płachta sza­rej fo­lii, którą wiatr przy­wiał z bu­dowy.

- Pani Franko?

- Pro­szę prze­stać do mnie dzwo­nić!

- Po­trze­buję pani po­mocy.

- Ale ja nie po­tra­fię pani po­móc. A gdy­bym na­wet po­tra­fiła, nie chcę! Nie zmusi mnie pani! To cią­gle jesz­cze wolny kraj!

No i pro­szę, znowu krzy­cza­łam. Zero pro­fe­sjo­na­li­zmu.

- Pani Franko... - za­częła, a ja na­ci­snę­łam czer­woną ikonkę słu­chawki.

Ści­ska­łam te­le­fon w dłoni, ale nie za­dzwo­nił wię­cej. Serce mi wa­liło. Do domu mia­łam już nie­da­leko, ale nie mo­głam pro­wa­dzić w ta­kim sta­nie. Zro­bi­łam kilka wde­chów. Głę­boko wcią­gnę­łam lo­do­wate po­wie­trze. Po­krę­ci­łam głową, aż mi chrup­nęło w karku. Wsia­dłam, za­pa­li­łam sil­nik i po­woli ru­szy­łam. Sta­ra­łam się sku­pić na dro­dze, śli­skiej i słabo oświe­tlo­nej, a miej­scami zu­peł­nie ciem­nej, i nie my­śleć już o te­le­fo­nach od tej baby.

Uda­wało mi się to mniej wię­cej przez pięć mi­nut. Do mo­mentu, kiedy skrę­ci­łam w moją uliczkę i zo­ba­czy­łam za­par­ko­wa­nego przed furtką bia­łego mer­ce­desa.

Wy­sia­dła, gdy tylko do­strze­gła świa­tła mo­jego sa­mo­chodu. Miała na so­bie biały weł­niany płaszcz, który na­wet na tym upior­nym wi­chrze trze­po­tał ma­low­ni­czo, a nie roz­pacz­li­wie jak poły mo­jej kurtki. Gdyby choć pięć mi­nut sie­działa w tym płasz­czu w po­ciągu albo w tram­waju, już by zsza­rzał, ale był nie­ska­zi­telny, wi­dzia­łam to na­wet w świe­tle la­tarni.

- Pani Franko, bar­dzo pro­szę, niech pani mnie wy­słu­cha.

Jej słowa le­dwo prze­bi­jały się przez wy­cie wia­tru.

- Dzwo­nię na po­li­cję.

- Tu wolno par­ko­wać. I wolno dzwo­nić do lu­dzi, zwłasz­cza do tych, któ­rzy wy­ko­nują za­wód pry­wat­nego de­tek­tywa i upu­blicz­niają swój nu­mer te­le­fonu. Jak pani słusz­nie po­wie­działa, to jesz­cze cią­gle wolny kraj.

Nie­stety miała ra­cję.

Uzna­łam, że nie będę tra­cić czasu na otwie­ra­nie bramy. Sa­mo­chód może zo­stać na ulicy, chęt­nie zo­ba­czy­ła­bym de­li­kwenta, który chciałby go ukraść. Zresztą na po­dwórku było więk­sze praw­do­po­do­bień­stwo, że na dach auta spad­nie ja­kaś ga­łąź. Ru­szy­łam do furtki. A ona za mną. I nie prze­sta­wała mó­wić, prze­krzy­ku­jąc wiatr, a ja nie mo­głam za­mknąć jej ust, bo już się zgo­dzi­ły­śmy co do na­dal pa­nu­ją­cej w tym kraju wol­no­ści.

- Mój mąż nie po­peł­nił sa­mo­bój­stwa, pani Franko.

To już sły­sza­łam. Wspo­mi­nała o tym z pięć razy, za­nim prze­sta­łam od­bie­rać od niej te­le­fony.

- Ktoś go za­bił. I upo­zo­ro­wał sa­mo­bój­stwo.

Wes­tchnę­łam. Za dużo kry­mi­na­łów. Za dużo kry­mi­na­łów się pi­sze, za dużo wy­daje i za dużo lu­dzi się nimi za­czy­tuje. Wło­ży­łam rękę do kie­szeni kurtki, po­tem do dru­giej, ale klu­cza do furtki w nich nie było.

- Pro­szę od­kryć prawdę.

Zsu­nę­łam z ra­mie­nia to­rebkę. Miała roz­miar A3 i była wy­pchana po brzegi.

- Tylko pani może mi po­móc.

Za­nu­rzy­łam w to­rebce rękę po ło­kieć. Mia­łam na­dzieję, że usły­szę zna­jome brzę­cze­nie i wy­ło­wię te cho­lerne klu­cze bez wy­rzu­ca­nia ca­łej za­war­to­ści na chod­nik. Nie­stety baba ga­dała, wiatr wył i ra­zem za­głu­szali wszyst­kie inne dźwięki.

- Nie mogę - wark­nę­łam. - Nie je­stem cu­do­twór­czy­nią.

- Do­brze za­płacę.

Tak, to miało zna­cze­nie. Praca de­tek­tywa to na­dal było za­ję­cie z nie­pew­nym ju­trem. Im wię­cej zdo­łam odło­żyć, tym pew­niej­sze ono bę­dzie. Nie gar­dzi­łam żad­nym zle­ce­niem. Ale tego nie chcia­łam się pod­jąć i już.

- Do­bre wy­na­gro­dze­nie nie zwięk­sza mo­ich umie­jęt­no­ści czy­nie­nia cu­dów - od­burk­nę­łam. Przy­kuc­nę­łam i za­czę­łam wyj­mo­wać z to­rebki po ko­lei cały mój do­by­tek. Na chod­niku le­żał śnieg, na jezdni też, więc ukła­da­łam rze­czy na ko­la­nach.

- Pani Franko. - Baba w bia­łym płasz­czu ude­rzyła w ża­ło­sny ton. - Je­śli pani mi nie po­może, nikt tego nie zrobi.

Wy­ję­łam wszystko, a tego cho­ler­nego klu­cza nie było! Zgu­bi­łam go? Wo­la­łam nie dzwo­nić o tej po­rze, żeby nie bu­dzić na­sto­let­niej córki, która musi rano wstać do szkoły. Ale wy­glą­dało na to, że mogę nie mieć wy­boru. Nie spę­dzę nocy pod furtką, zwłasz­cza z tą wa­riatką.

Wrzu­ci­łam rze­czy z po­wro­tem do to­rebki i wtedy klu­cze wy­pa­dły na chod­nik. Za­cze­piły się o port­fel. Pod­nio­słam się i skrzy­wi­łam, kiedy strzyk­nęło mi w ko­la­nie. Nie­na­wi­dzi­łam zimy, a był do­piero li­sto­pad!

Wsu­nę­łam klucz do zamka i prze­krę­ci­łam. Baba dała krok do przodu, jakby chciała wejść za mną. Na wszelki wy­pa­dek szybko za­trza­snę­łam jej furtkę przed no­sem.

- Pani Franko, niech mi pani po­zwoli opo­wie­dzieć wszystko po ko­lei. Wtedy sama pani zro­zu­mie.

Nie ro­zu­mia­łam wła­snego ży­cia i by­łam cał­ko­wi­cie nie­za­in­te­re­so­wana ro­zu­mie­niem cu­dzego. Szcze­gól­nie tego na­tręt­nego babsz­tyla, który mó­wił co­raz gło­śniej, w miarę jak od­da­la­łam się od furtki.

- Musi mi pani po­móc! Prze­cież do­sko­nale pani wie, jak to boli, kiedy mąż po­peł­nia sa­mo­bój­stwo!

Od­wró­ci­łam się na pię­cie.

- Mój mąż miał wy­pa­dek sa­mo­cho­dowy.

- To pani tak twier­dzi.

- Tak samo uważa po­li­cja. - Wcią­gnę­łam głę­boko po­wie­trze. - Na­prawdę ro­zu­miem pani ból - wy­gło­si­łam wy­świech­taną for­mułkę - ale nie mogę po­móc. Przy­kro mi.

Od­wró­ci­łam się, żeby odejść, i zo­ba­czy­łam otwarte drzwi domu. I sto­jącą w nich Miśkę, która obu­rącz przy­trzy­my­wała skrzy­dło, żeby nie za­trza­snął go wiatr.

- Mamo, o czym mówi ta pani?

Kurwa, se­rio? Jesz­cze to?

- Ta pani bre­dzi, có­reczko - od­po­wie­dzia­łam naj­spo­koj­niej, jak umia­łam. - Chodź do środka, bo się za­zię­bisz, a ju­tro mu­sisz wstać...

Spró­bo­wa­łam ją ob­jąć, ale się wy­rwała.

- Dla­czego ona mówi, że tata po­peł­nił sa­mo­bój­stwo?

- Nie wiem - wes­tchnę­łam. Je­śli będę tak wzdy­chać na zim­nie, sama się prze­zię­bię. - Nie od­po­wia­dam za to, co my­śli i mówi ta pani. Chodź.

Miśka nie drgnęła. Od­wró­ci­łam się do furtki. Baba w bia­łym płasz­czu na­dal stała przy siatce.

- Ko­cha­nie, czy mo­żemy o tym po­roz­ma­wiać w domu? - spró­bo­wa­łam. - Jest zimno i późno i mu­sisz ju­tro rano wstać...

- Ale skąd ona to wie?

Okej, wdech, wy­dech i jesz­cze raz.

- Nie wie tego.

- To dla­czego tak mówi?

Nie mia­łam na to od­po­wie­dzi.

- Czy mo­żemy z nią po­roz­ma­wiać?

- Nie!

We­szłam do środka. Chcia­łam, żeby Miśka też we­szła i że­bym mo­gła za­mknąć za nią drzwi. Okrop­nie cią­gnęło, a ogrze­wa­nie kosz­tuje. Po­wie­dzia­łam to gło­śno.

- Mam to gdzieś! - wrza­snęła Miśka. - Ta pani chce nam po­wie­dzieć coś waż­nego o ta­cie, a ty nie chcesz słu­chać. Nic cię nie ob­cho­dzi!

Bo nie mogę już znieść wię­cej bólu. Ale tego nie po­wie­dzia­łam. Sta­łam tam tylko i wdy­cha­łam zimne po­wie­trze.

- Nie ru­szę się stąd, do­póki z nią nie po­roz­ma­wiamy - oznaj­miła moja córka i za­plo­tła ręce na piersi.

Wie­dzia­łam, że mówi se­rio. Nie od dzi­siaj była na­sto­latką. Przed­ra­miona miała po­kryte gę­sią skórką. I stała boso.

- Miśka, jest... - Zer­k­nę­łam na wy­świe­tlacz ko­mór-ki. - Cho­lera, już wpół do pierw­szej. A ty mu­sisz ju­tro...

- Nie ob­cho­dzi mnie to! Masz z nią po­roz­ma­wiać!

Jak to jest, że kiedy już mi się wy­da­wało, że pra­wie prze­ła­ma­łam ja­kąś ba­rierę i za­czę­łam nor­mal­nie do­ga­dy­wać się z moim dziec­kiem, ono wska­kuje na wyż­szy po­ziom? Bie­rze udział w ja­kimś kon­kur­sie na naj­pa­skud­niej­szą na­sto­latkę wo­je­wódz­twa? Czy to się ni­gdy nie skoń­czy?

- Miśka...

Unio­sła tylko pod­bró­dek i jesz­cze moc­niej za­plo­tła ra­miona. Trzę­sła się z zimna.

- Niech pani przy­je­dzie ju­tro o dzie­sią­tej! - krzyk­nę­łam w stronę furtki.

- Je­stem wtedy w szkole - za­pro­te­sto­wała Miśka.

- Do­kład­nie. Z tą pa­nią naj­pierw po­roz­ma­wiam ja. I wszystko ci po­wtó­rzę. Obie­cuję. - Wie­dzia­łam, że nie do­trzy­mam słowa.

O dziwo nie kłó­ciła się dłu­żej. Mu­siało jej być na­prawdę zimno.

- Ju­tro o dzie­sią­tej - po­wtó­rzy­łam w kie­runku furtki.

- Dzię­kuję, pani Franko! Bar­dzo dzię­kuję! Na­prawdę!

Ko­bieta wsia­dła do mer­ce­desa i za­trza­snęła za sobą drzwi. A ja za­trza­snę­łam swoje.

Roz­dział 3

Wła­ści­wie mo­głam ją za­pro­sić od razu w nocy, bo i tak nie zmru­ży­łam oka - mimo go­rą­cego prysz­nica i spoj­rzeń Loli, która da­wała mi ja­sno do zro­zu­mie­nia, że noc jest od spa­nia, a nie od prze­wra­ca­nia się w łóżku z boku na bok. W końcu da­łam za wy­graną i wsta­łam, a Lola od razu za­jęła moją po­duszkę.

Ze­szłam na dół. Skrzy­pie­nie każ­dego schodka roz­le­gało się w ci­szy nocy jak wy­strzał, ba­łam się, że obu­dzę Miśkę. Ale ona spała moc­nym snem czło­wieka po­zba­wio­nego więk­szych pro­ble­mów. A ja pro­ble­mów mia­łam tyle, że gdy­bym za każdy do­stała zło­tówkę, do końca ży­cia mo­gła­bym nie kiw­nąć pal­cem w bu­cie.

Miesz­ka­łam w roz­pa­da­ją­cym się sta­rym domu, który już na­wet nie krzy­czał o re­mont, bo nie miał siły, tylko ci­chutko ję­czał. Chyba jesz­cze tro­chę bra­ko­wało do tego, żeby za­czął prze­cie­kać dach, ale gdy­bym zna­la­zła na pod­ło­dze ka­łużę po desz­czu, wcale by mnie to nie zdzi­wiło. I nie mu­szę chyba do­da­wać, że cho­ciaż za­ra­bia­łam, na re­mont nie mia­łam pie­nię­dzy.

Nie mia­łam też pie­nię­dzy, żeby wy­nieść się gdzie in­dziej. Rok temu mój mąż zgi­nął w wy­padku sa­mo­cho­do­wym i za­raz po­tem oka­zało się, że praca de­tek­tywki, cho­ciaż cie­kawa i świet­nie na­da­jąca się do za­ba­wia­nia lu­dzi na im­pre­zach ("Na­prawdę śle­dzisz lu­dzi, ko­chana?", "Masz ta­kie oku­lary na pod­czer­wień?", "A mi­kro­fon w dłu­go­pi­sie?"), przy­nosi za mało pie­nię­dzy, że­bym mo­gła utrzy­mać sie­bie i na­sto­latkę w war­szaw­skim miesz­ka­niu. Więc je sprze­da­łam i wró­ci­łam z pod­ku­lo­nym ogo­nem do Brwi­nowa, do domu ojca. Po­tem zaś wy­bu­chła pan­de­mia, a ja utknę­łam w czar­nej dziu­rze wy­peł­nio­nej gę­stym kle­jem, który ha­mo­wał wszyst­kie moje ru­chy.

Gdy ucie­kłam z tego mia­steczka jesz­cze na stu­diach, wy­da­wało mi się po pro­stu małe i nudne. Chcia­łam od ży­cia cze­goś wię­cej niż cią­głego spo­ty­ka­nia na uli­cach tych sa­mych osób i plo­tek w wa­rzyw­niaku. Kiedy wró­ci­łam, zro­zu­mia­łam, że jest jesz­cze go­rzej. To mia­steczko było zło­wro­gie. Lu­dzie wie­dzieli rze­czy, o któ­rych nie mó­wili, tak jak w domu al­ko­ho­lika nie mówi się o wódce. I jak w domu al­ko­ho­lika wszy­scy miesz­kańcy Brwi­nowa opa­no­wali do per­fek­cji po­ja­wia­nie się we wła­ści­wych miej­scach we wła­ści­wym cza­sie, a uni­ka­nie miejsc i cza­sów nie­wła­ści­wych. Nie­kiedy mia­łam wra­że­nie, że to nie mia­steczko, tylko rój, kilka ty­sięcy osób kie­ro­wa­nych jedną my­ślą, a po­śród nich obcy, tacy jak ja, to­le­ro­wani, ale ni­gdy nie­do­pusz­czani do prawdy. Za to ob­ser­wo­wani. Nie­ustan­nie ob­ser­wo­wani.

I kiedy już by­łam pewna, że do końca ży­cia będę tkwić w miej­scu, gdzie każdy z mi­ja­nych na ulicy lu­dzi (a przy­naj­mniej więk­szość) do­sko­nale wie, kim je­stem, i pa­mięta mnie ze szkoły, gdzie nie mogę na­wet przez chwilę po­zo­stać ano­ni­mowa, i że już nic gor­szego nie może mi się w ży­ciu przy­tra­fić, moja nie­spełna szes­na­sto­let­nia córka wdała się w ro­mans z moim (tak, moim, nie swoim!) ko­legą z li­ceum. Po­tem do­wie­dzia­łam się, że mąż mnie zdra­dzał, oczy­wi­ście za­nim zgi­nął w tym cho­ler­nym wy­padku. Ko­bieta, z którą ro­man­so­wał, młod­sza ode mnie o do­brych dzie­sięć lat i wyż­sza o do­brych dzie­sięć cen­ty­me­trów, za to chud­sza o co naj­mniej dzie­sięć kilo, naj­pierw za­przy­jaź­niła się z moją córką, a po­tem ura­to­wała mi ży­cie. Mój wie­kowy oj­ciec spadł ze scho­dów i zła­mał so­bie szyjkę ko­ści udo­wej, a ja by­łam wdzięczna opatrz­no­ści, że tylko na tym się skoń­czyło. A jakby tego było mało, w moim ży­ciu po­ja­wił się Łu­kasz Wol­ski. Wielka mi­łość w li­ceum, a obec­nie mi­lio­ner. I psy­cho­pa­tyczny prze­stępca, który naj­pierw omal nie za­bił ca­łej mo­jej ro­dziny i ko­chanki męża, a po­tem uciekł. Po­li­cja wciąż nie wie, gdzie on prze­bywa.

I te­raz jesz­cze ta ko­bieta. Baba w bia­łym mer­ce­de­sie i w bia­łym weł­nia­nym płasz­czu, ele­gant­szym niż wszystko, co kie­dy­kol­wiek mia­łam, która upie­rała się, że jej mąż nie po­peł­nił sa­mo­bój­stwa. Za to była pewna, że zro­bił to mój.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki