PRZEDMOWA
Max Blecher to niewątpliwie jeden z ciekawszych pisarzy europejskich okresu międzywojennego. Należał do tego samego pokolenia rumuńskich intelektualistów, co Mircea Eliade, Emil Cioran, Mihail Sebastian, Constantin Noica i Eug?ne Ionesco, by wymienić tylko tych znanych polskiemu czytelnikowi. Pokolenia, dodajmy, które miało intrygować jak żadne inne w historii rumuńskiej myśli humanistycznej i przez kolejne dziesięciolecia wzniecać intelektualne debaty, a jego wpływ miał sięgnąć daleko poza samą Rumunię.
Międzynarodowe uznanie nie przyszłoby tak łatwo, gdyby nie emigracja Eliadego, Ciorana i Ionesco. Chodzi tu zarówno o ich wyjazd do Francji (w przypadku Eliadego ostatecznie do USA), jak i o emigrację językową i decyzję o porzuceniu języka rumuńskiego na rzecz francuskiego. Pisanie w powszechnie znanym języku pomogło im zdobyć sławę i rozgłos. Los tych, którzy pozostali wierni językowi rumuńskiemu, był bardziej skomplikowany. W najlepszym wypadku stworzyli cr?me de la cr?me rumuńskiej inteligencji, a jednocześnie byli skazani na międzynarodowe nieistnienie. W naszej części świata przyzwyczajeni jesteśmy do utyskiwania pisarzy, że - ponieważ tworzą w niepopularnych językach - są nieprzetłumaczalni, niesłyszalni, niezauważani. Rumunom wyjątkowo się pod tym względem nie poszczęściło. Jako jeden z licznych wyjątkowo pechowych narodów Europy prawie Środkowej są największym krajem europejskim, którego przedstawicielowi nigdy nie przyznano literackiej Nagrody Nobla (niedawny sukces Herty Müller tylko w niewielkim stopniu zmniejszył rozmiary kompleksu).
Słabą znajomość literatury rumuńskiej w Europie dobrze ilustruje jej recepcja w Polsce. Starsi czytelnicy mogą pamiętać czasy, kiedy każdy bratni naród miał własną serię w jednym z polskich wydawnictw. Mieliśmy więc bibliotekę literatury jugosłowiańskiej, bułgarskiej, węgierskiej, czeskiej i słowackiej, a nawet łużyckiej. W tych kolekcjach ukazało się przede wszystkim wiele świetnych tłumaczeń wspaniałych utworów, choć zdarzały się także pozycje o niewielkich walorach literackich, za to ideologicznie niekontrowersyjne. Na rynku wydawniczym słabo widoczna była tylko jedna "bratnia literatura": rumuńska, która nigdy nie doczekała się żadnej serii w żadnej z oficyn.
Z tego punktu widzenia XXI wiek dla literatury rumuńskiej w Polsce rozpoczął się niezwykle obiecująco. Po raz pierwszy polscy miłośnicy literatury rumuńskiej mogą odetchnąć z ulgą. Istnieje cała grupa bardzo utalentowanych tłumaczy (do których niewątpliwie zalicza się tłumacz Zabliźnionych serc, Tomasz Klimkowski, czołowy polski rumunista, mający na koncie także kilka innych doskonałych przekładów, w tym wydaną niedawno przez W.A.B. książkę Gabrieli Adameşteanu Stracony poranek), są zainteresowane przekładami wydawnictwa i jest, magiczne w naszych czasach słowo, "rynek".
A przecież po zmianach ustrojowych w 1989 roku, kiedy wszyscy, co było nawet i usprawiedliwione, pędzili do Berlina, Paryża i Amsterdamu (Londyn został zdobyty nieco później), wydawało się, że bliska zagranica po prostu nie istnieje. I rzeczywiście, rozpatrywana w kategoriach materialnych rozkoszy Rumunia nie jawiła się jako atrakcyjna kraina spragnionym dostatku Polakom. Aż nadto dobrze przypominała polskie lata osiemdziesiąte, o których tak szybko chcieliśmy zapomnieć. Przez całe lata dziewięćdziesiąte XX wieku nie pojawił się w Polsce żaden przekład współczesnej literatury rumuńskiej. Owszem, odkrywaliśmy wówczas Eliadego, Ciorana i Noikę w genialnych tłumaczeniach Ireneusza Kani, ale jedyną wydaną wtedy po polsku współczesną książką były zapiski generała Pacepy: przypominający szpiegowski thriller quasi-dokument traktujący o funkcjonowaniu dworu ostatniego komunistycznego prezydenta Rumunii, Nicolae Ceau?escu.
Rzeczywiste zainteresowanie Rumunią oraz Europą Środkową i Wschodnią wyraźnie wzrasta dopiero po kolejnej dekadzie. Swoje żniwo zaczynają zbierać praca Krzysztofa Czyżewskiego i pisarstwo Andrzeja Stasiuka. To w dużej mierze ich zasługa, że Europa Środkowa jest na nowo odkrywana przez polskich czytelników, coraz śmielej podążających śladami autora Jadąc do Babadag. Nie dziwi zatem prawdziwy wysyp książek podróżniczych i reportaży na temat Rumunii w ostatnich latach.
Jeśli za miernik międzynarodowej sławy uznamy przekłady, to okaże się, że Max Blecher należy do bardzo elitarnego grona literatów lat 30. ubiegłego wieku, a mianowicie do grona pisarzy, którzy sławni zaczęli być całkiem niedawno. Pierwsze tłumaczenia jego książek na angielski, francuski, niemiecki, portugalski, hiszpański i polski pojawiły się w ciągu ostatnich kilku lat. Tylko Czesi, wierni swoim najlepszym translatorskim tradycjom, poznali się na pisarzu wcześniej. Choć o ile Ulissesa Joyce'a przetłumaczyli czterdzieści lat przed Polakami, o tyle Blechera już tylko z dwudziestoletnim wyprzedzeniem.
Blecher to jednak przypadek dość szczególny i w samej Rumunii. Jego losy toczyły się bardzo różnie. Nie wszyscy poznali się zrazu na talencie młodego pisarza. Nie był zbyt płodnym autorem, pozostawił po sobie raptem trzy powieści, kilka utworów poetyckich, kilka relacji z sanatorium oraz tłumaczenia poetów francuskich. Chociaż i tego nie jesteśmy pewni, gdyż, jak wspomina w dziennikach Mihail Sebastian, znaczną część swojej twórczości Blecher zniszczył.
"Od wczoraj rano Blecher przebywa w Bukareszcie" - czytamy u Sebastiana. - "Opowiadał mi o swojej podróży pociągiem i byłem wstrząśnięty. Wyjazd z domu, w środku księżycowej nocy, puste ulice, strażnicy zdziwieni na widok noszy, oczekiwanie w biurze zawiadowcy stacji, wnoszenie przez okno do wagonu, przybycie pociągu rano na dworzec w Bukareszcie, tragarze, którzy odmawiają wyniesienia noszy przez okno... Straszliwe cierpienia. Wszystko wydaje się absurdalne i nieważne w obliczu tak wielkiego nieszczęścia. Wydawało mu się, że umiera. Był o krok od samobójstwa. Zniszczył wszystkie papiery, wszystkie rękopisy, w tym osiemdziesiąt stron rozpoczętej właśnie powieści i siedemdziesiąt stron dziennika. Ledwie starczyło mi odwagi, aby robić mu z tego powodu wymówki".1
Przez pierwsze trzydzieści lat po jego śmierci pisano o Maksie Blecherze raczej niewiele. Monumentalna Historia literatury rumuńskiej Gheorghe Călinescu nie zachęca do poświęcania mu czasu. Zresztą wszyscy odmieńcy byli dość surowo traktowani przez rumuńskiego historyka literatury, a Blecher jest rzeczywiście "inny" i trudny do zaszufladkowania. Krytyka rumuńska określa go najczęściej mianem przedstawiciela "literatury subiektywnej autentyczności" lub "literatury cierpienia". I owszem, z jednej strony jego niezwykle wątłe zdrowie, a właściwie całe doświadczenie życiowe związane z chorobą, było podstawowym materiałem, podstawowym budulcem literatury, którą tworzył. Ale z drugiej strony literatura ta zawsze okraszona była typową dla realizmu magicznego spotęgowaną wizją rzeczywistości. Blecher niezwykle cenił europejską awangardę, a zwłaszcza surrealistów (tłumaczył na rumuński Appolinaire'a i Eluarda), z zapałem czytał egzystencjalistów (Karl Jaspers). Călinescu, pozostający przez długie lata papieżem krytyki rumuńskiej, nie był nim jednak zachwycony.
Na długi powrót Blechera do panteonu literatury rumuńskiej złożyły się trzy wydarzenia. Po pierwsze, wydanie w 1971 roku jego niedokończonej, trzeciej powieści (a więc jednak nie zniszczył wszystkiego), nieprzetłumaczonej póki co na język polski, Vizuina luminată: Jurnal de sanatoriu (Podświetlona kryjówka. Dziennik z sanatorium), do której wstęp napisał Sa?a Pană. Po drugie, zaczęli odkrywać go na nowo czołowi pisarze tzw. pokolenia '80, a zwłaszcza znany również w Polsce Mircea Cărtărescu. W końcu sensacją lat 90., i to na skalę międzynarodową, było opublikowanie Dzienników Mihaila Sebastiana. Dzienniki wywołały burzę ze względu na dość jednoznaczny opis postaw Eliadego i Ciorana, mówiąc wprost - ze względu na opis ich fascynacji faszyzmem, fanatyzmu religijnego i przyzwolenia na antysemityzm. Sebastian, pisarz rumuński pochodzenia żydowskiego, z przerażeniem odnotowuje ewolucję poglądów czołowych przedstawicieli inteligencji rumuńskiej. Sporo miejsca w swoim Dzienniku poświęca jednak także autorowi Zabliźnionych serc, z którym łączyła go nie tyle przyjaźń, ile pewnego rodzaju zażyłość.
"Był to zawsze trochę dziwny chłopak - pisze Sebastian - żyjący, wskutek straszliwego bólu, jakby w innym świecie. Nigdy nie umiałem rozmawiać z nim bez pewnego skrępowania, być wobec niego zupełnie otwarty. Napawał mnie pewnym lękiem, utrzymywał na dystans, jakby u drzwi więzienia, do którego nie można było wejść i którego nie można było opuścić. Prawie wszystkie nasze rozmowy cechowało skrępowanie, jakbyśmy je prowadzili właśnie w więziennej rozmównicy. I dokąd on powracał, kiedyśmy się rozstawali? Jak było tam, dokąd powracał?"
Być może nie należy przeceniać wpływu Dzienników Sebastiana na popularność Blechera, ale faktem jest, że zainteresowanie twórczością tego drugiego nigdy nie było tak duże jak dziś. W Rumunii mówi się nawet o swoistym powrocie tego pisarza.
Rumuńskiego Franza Kafkę rozpozna w nim bukareszteński krytyk Eugen Lovinescu. Porównanie to będzie później eksploatowane przez niemal wszystkich zajmujących się Blecherem. Kiedy z kolei w latach sześćdziesiątych ukaże się rumuński przekład Brunona Schulza, krytyka rumuńska przyzna, że mieli ze sobą wiele wspólnego. Nie słyszeli o sobie, choć żyli i tworzyli niemal w tym samym czasie i niemal w tym samym miejscu (z Drohobycza do Botoszanów w linii prostej jest mniej więcej trzysta kilometrów). Obaj mieli żydowskie korzenie. Obaj pozostawili po sobie niewiele: Schulz dwa tomy opowiadań, Blecher trzy powieści. Pisano o strukturalnym pokrewieństwie ich prozy, o charakterystycznej dla obydwu zdolności "plasowania się w nieszczęściu" (Crohmălniceanu).
Max Blecher urodził się 8 września 1909 roku w prowincjonalnym miasteczku Botoszany (Boto?ani), w północnej części rumuńskiej Mołdawii. W regionie, który przez całe życie pisarza pozostawał, jak zresztą znaczna część Rumunii, wielokulturowym tyglem. W Botoszanach na początku XX wieku połowę mieszkańców stanowili Żydzi, ale region zamieszkiwały również duże skupiska Ormian, Greków, Cyganów i Lipowian, no i naturalnie Rumunów.
Max przyszedł na świat w zamożnej rodzinie żydowskiej, ojciec był właścicielem fabryki szkła i porcelany. Również dalsi członkowie rodziny, wujowie i kuzyni, byli właścicielami większych lub mniejszych sklepów i fabryczek. Tworzyli solidną klasę średnią, toteż i życie prowadzili na solidnym mieszczańskim poziomie. Ten drobnomieszczański świat rumuńskich Żydów zostanie dość wiernie oddany w Zdarzeniach z bliskiej nierzeczywistości, pierwszej powieści Blechera (1936, wydanie polskie w przekładzie Joanny Kornaś-Warwas, Pogranicze 2013). Zresztą wszystkie jego utwory będą miały wyraźne autobiograficzne motywy.
Max wraz z rodziną opuszczą Botoszany i przeprowadzą się nieco na południe, do miasta Roman. Ojciec założy tam kolejny interes, tym razem sklep z porcelaną, a Max skończy liceum, po którym, jak przystało na uzdolnione dziecko z zamożnej rodziny, zostanie wysłany do Paryża na studia medyczne. Nie będzie mu jednak dane zbyt długo cieszyć się beztroskim życiem studenta. Już w 1928 roku, czyli gdy Blecher ma zaledwie dziewiętnaście lat, zostaje u niego zdiagnozowana choroba Potta (tzw. gruźlica kręgosłupa), jedna z najbardziej niebezpiecznych i niezwykle bolesnych chorób zakaźnych. Tkanki kostne, w tym wypadku kręgi, są po kolei atakowane przez bakterie. Gorączka i ostre bóle kości paraliżują chorego. Max Blecher będzie się zmagał z chorobą przez blisko dziesięć lat. Umrze w cierpieniach 31 maja 1938 roku. Zanim jednak do tego dojdzie, odwiedzi znane sanatoria Europy: francuskie Berck-sur-Mer, szwajcarskie Leysin i rumuńskie Techirghiol. Choroba zniszczy go jako człowieka, ale uczyni z niego pisarza. Jednego, dodajmy, z najlepszych pisarzy języka rumuńskiego.
Max Blecher zadebiutował w 1930 roku, czyli już po zdiagnozowaniu choroby, krótkim tekstem Herrant, napisanym, a jakże, w sanatorium, w Berck-sur-Mer nad kanałem La Manche, a opublikowanym w renomowanym czasopiśmie "Bilete de papagal", u niekwestionowanego guru literatów rumuńskich Tudora Argheziego. Samo Berck, miasteczko ponad tysiąca pacjentów chorych na chorobę Potta, stanie się obsesją pisarza. Będzie je nazywał miastem "bezruchu i gipsu". "Czym węgiel dla Liverpoolu, a ropa dla Baku, tym gips dla Berck", napisze w reportażu pod tytułem Berck. Miasto skazańców. A nieco później uczyni z niego miejsce akcji Zabliźnionych serc. Sa?a Pană czterdzieści lat później napisze o tym kreatywno-destrukcyjnym związku Blechera z chorobą we wstępie do trzeciej i ostatniej, niedokończonej powieści, Vizuina luminata: "Dziesięć lat był sparaliżowanym wrakiem (cierpienia zaczęły się niemal zaraz po maturze), któremu choroba darowała krótkie chwile przerwy, ale jego umysł podróżował przez najgłębiej skrywane tajemnice, świdrował z zacięciem górnika najgłębsze pokłady swych bogatych przemyśleń".
Oddajmy głos raz jeszcze Mihailowi Sebastianowi, który odwiedza Blechera we wrześniu 1936 roku i notuje w swoim Dzienniku: "Blecher wegetuje [...]. Skąd u niego ta odwaga, aby jeszcze żyć? Co go podtrzymuje na duchu? Nie jest nawet zrozpaczony. Nie rozumiem tego, przyznaję, że nie rozumiem. Kilka razy, kiedy patrzyłem na niego, chciało mi się płakać. Nocą słyszałem, jak jęczy i krzyczy w swoim pokoju i czułem, że oprócz nas jest w tym domu jeszcze ktoś: śmierć, przeznaczenie - nie wiem. Wyjechałem stamtąd poruszony do głębi".
Blecher miał kiedyś powiedzieć, że w ciągu roku chory jest w stanie wykrzesać z siebie tyle energii, ile trzeba, by podbić imperium. Cierpienie jest u niego immanentną częścią ludzkiego bytu. Podobnie jak u egzystencjalistów, u rumuńskiego pisarza także cierpienie nie może zostać "zniesione", nie może zostać "pokonane", stanowi integralną składową losu człowieka. Tak jest również z bohaterami jego powieści, którzy dodatkowo zdają się znacznie bardziej autentyczni w nieszczęściu niż w szczęściu. Cierpią autentycznie, a momenty szczęścia przeżywają w sposób groteskowy. Cierpienie jako niekończąca się transcendentna pokusa to motyw, który zbliża Blechera do innego wielkiego Rumuna - Emila Ciorana.
Wybuch choroby jest zarazem początkiem drugiej powieści i kariery pisarskiej Maxa Blechera. Głównym bohaterem Zabliźnionych serc jest rumuński student, Emanuel, studiujący chemię na uniwersytecie w Paryżu. Emanuel ma bogatego i bardzo troskliwego ojca. Powieść zaczyna się od wizyty Emanuela u lekarza i precyzyjnego opisu badań, jakim zostaje poddany młody człowiek. Rentgen nie pozostawia złudzeń, zaatakowany jest jeden z kręgów kręgosłupa. Przy dalszych oględzinach lekarz odkrywa duży niebezpieczny ropień, co świadczy o zaawansowanym stanie zapalnym i bezpośrednim zagrożeniu życia. Wyrok może być tylko jeden: natychmiastowa punkcja i wyjazd do sanatorium w celu podleczenia i tak nieuleczalnej choroby.
Zabliźnione serca przypominają Czarodziejską górę Tomasza Manna. Podobnie jak Hans Castorp trafia do Davos, tak Emanuel przyjeżdża do Berck. Poznajemy całą plejadę przeróżnych bohaterów: pacjentów, dyrektora sanatorium, lekarza, pielęgniarkę. Jest i ekscentryk, i arystokratka, i syn światowej sławy inżyniera, i piękna Polka. I wątek miłosny, którego głównym bohaterem jest Emanuel. Ważną rolę odgrywają miejsca przy poszczególnych stolikach w sanatoryjnej restauracji. Nie dostajemy tu jednak dogłębnego studium codzienności, jak u Manna. Zabliźnione serca to raczej miniatura Czarodziejskiej góry, jaką mógłby napisać Kafka bądź Schulz tuż po lekturze Kierkegaarda albo Jaspersa.
Choroba była dla Blechera doświadczeniem ekstremalnym, stała się motorem napędowym jego twórczości, a jednocześnie wyznaczyła granicę jego literackiej kariery. Przypomnijmy, cała jego kariera pisarska, nie licząc kilku tekstów popełnionych jeszcze w liceum, przypada na okres rozwijania się nieuleczalnej gruźlicy kręgosłupa. Dziesięć lat cierpienia i bólu, przerywanego pisaniem.
Dobrze się stało, że polski czytelnik ma w końcu okazję zapoznać się z twórczością jednego z najbardziej cierpiących pisarzy w historii literatury, Maxa Blechera, dla którego choroba była natchnieniem, i którego cała twórczość, jak to ujął jeden z jego przyjaciół, miała źródło w gipsowym sarkofagu. Śmierć wybawiła go od cierpienia i oszczędziła mu na szczęście widoku postępującej "nosorożyzacji" (Ionesco) społeczeństwa rumuńskiego przełomu lat trzydziestych i czterdziestych, najdzikszych zachowań Żelaznej Gwardii i szalejącego również w Rumunii antysemityzmu.
Roland Chojnacki
2
W progu pensjonatu czekała na niego niecierpliwie portierka. Dojrzała go z daleka i pomachała mu ręką.
- Dzwonił doktor Bertrand. Przyjdzie o czwartej ze wszystkim, co potrzebne. Aha, powiedział jeszcze, że chce pana zastać w łóżku.
- Rozumiem - odpowiedział Emanuel i spróbował wejść do środka, jednak portierka trawiona ciekawością i zniecierpliwiona oczekiwaniem zatrzymała go w progu.
- Co ci jest? Czemu jesteś taki blady? To coś poważnego?
Złapała go za ubranie i zaczęła nim potrząsać, jakby był workiem, z którego chciała wysypać całą zawartość.
- Spokojnie! Spokojnie! - uciszył ją Emanuel. - Chodźmy do pokoju, to wszystko pani powiem.
Miał mały, niezbyt wygodny pokój, tuż obok mieszkania portierki, na parterze. Wziął go, żeby uniknąć wchodzenia po schodach, z powodu bólów w plecach.
Zaczął się rozbierać. Ile to już razy rozbierał się tego dnia? Przypomniała mu się historia o pewnym Angliku, który popełnił samobójstwo, pozostawiwszy list takiej treści: "Zbyt dużo guzików do zapinania i rozpinania przez całe życie". Teraz, po raz trzeci już, położył się na łóżku. Portierka zasypywała go pytaniami. Później przyszła też Colette.
Colette mieszkała w tym samym pensjonacie. Była to dziewczyna prosta i gładka jak kartka papieru. Trudniła się haftowaniem i drobnymi pracami krawieckimi przynoszonymi do domu. Emanuel uprawiał z nią higieniczną, pozbawioną wielkich uniesień miłość. Po stosunku Colette podawała gorącą herbatę waniliową. Herbata i wanilia zawierały w sobie cały zapach i cały smak ich domowej, spokojnej miłości.
Portierka zaczęła sprzątać pokój, a Colette układać książki na stole, aby doktor Bertrand zastał wszędzie porządek, podczas gdy Emanuel pisał telegram do ojca w Rumunii.
Colette nie bardzo wiedziała, jak przyzwoicie i konwencjonalnie okazać przepełniający ją smutek. Chciało jej się po prostu płakać, ale powstrzymywała się, wiedząc, że wprawiłoby to Emanuela w jeszcze gorszy nastrój. Wyszła śpiesznie, by zanieść telegram na pocztę, szczęśliwa, że choć na chwilę może opuścić pokój, w którym czuła, jak łzy dławią jej gardło. Portierka wyszła razem z nią.
Emanuel został sam. Leżał w łóżku, popołudniową porą, kiedy to przebywał zwykle na uniwersytecie.
Ogarnęło go nagle wyraźne i przyjemne uczucie rozleniwienia, niczym odległe echo dzieciństwa, kiedy leżał chory w łóżku, zamiast iść do szkoły.
Dotknął lekko obrzmienia koło biodra i wzdrygnął się. Jakby wciąż rosło.
Przerażony znieruchomiał na poduszkach, z twarzą do góry, prawie nie oddychając.
Tak zastał go doktor Bertrand.
- Więc to tak, chcesz nas wystraszyć? Co się stało? Przez telefon naopowiadano mi okropnych rzeczy - powiedział lekarz, wchodząc.
Mówił z poważną poczciwością właściwą wszystkim lekarzom rodzinnym mającym już swoje lata; przyjmowali oni w rozmowie zawsze ten sam ton, jakby stanowił on naturalną konsekwencję ich drogi zawodowej. Był wysoki, barczysty i miał krótko obcięte włosy, stojące jak szczotka.
Zbadał ropień z obojętnym wyrazem twarzy, z której Emanuelowi nie udało się odgadnąć żadnych myśli.
Rozległo się pukanie do drzwi. Był to pomocnik lekarza, obładowany różnymi niklowanymi pojemnikami i paczkami zawierającymi przyrządy.
- Faktycznie... Jest tak, jak mi powiedziano przez telefon. Trzeba ściągnąć ropień jak najszybciej - powiedział spokojnie lekarz. - Zaczynajmy!
Zdjął marynarkę i podwinął rękawy koszuli, po czym poprosił o wodę do mycia.
Przybiegła portierka. Zwijała się jak w ukropie, zaaferowana i szczęśliwa, że też ma swój udział, choćby najmniejszy, w asystowaniu tak znakomitej osobistości jak doktor Bertrand.
Pomocnik lekarza układał na stole niklowane pojemniki. Kiedy wszystko było przygotowane, przyciągnął łóżko pod okno, do światła.
Emanuel zdjął koszulę i znów zaczął szczękać zębami, jak w gabinecie do prześwietleń. Na próżno próbował przewidzieć ruchy asystenta, wypatrzyć jakieś narzędzie tortur, ocenić rozmiary igły.
Lekarz i asystent rozkładali na stole różne przedmioty, lecz do Emanuela docierał jedynie ich metaliczny brzęk.
Na zewnątrz, po drugiej stronie zasłony, szedł śpiesznie ulicą jakiś człowiek. Emanuel wsłuchiwał się w jego wyraźne kroki na asfalcie. Co obchodziło takiego? Szedł beztrosko ulicą, podczas gdy on, Emanuel, leżał w łóżku, w oczekiwaniu na straszną punkcję... Teraz na dobre dygotał ze strachu.
Lekarz odwrócił się w stronę łóżka z wacikiem nasączonym jodem. Na rękach miał duże czerwone rękawice z gumy, niczym kierowca ciężarówki.
Przetarł wacikiem obrzmienie i jego okolice na brzuchu, skóra z miejsca zabarwiła się na żółto. Po pokoju rozszedł się antyseptyczny zapach jodoformu i apteki. Nadawało to pomieszczeniu nowy wymiar, medyczny i bardzo surowy. Działo się w nim coś poważnego i nieuniknionego. Emanuel był już zupełnie zdezorientowany. Widział wokół siebie szafę, książki i stół, swoje stare, dobrze znane rzeczy, ale teraz wyodrębniały się one niepewnie w zmąconej wyrazistości, jak chaotyczne słowa wykrzykiwane przez nieznany głos pośród zgiełku czynionego przez tłum ludzi zebranych w jakiejś sali.
- Znieczulenie! - powiedział krótko lekarz.
Emanuel zdążył jeszcze tylko zobaczyć, jak do łóżka podchodzi asystent z wielką szklaną rurą. Lekarz przykrył Emanuelowi twarz koszulą i poprosił portierkę, żeby mu trzymała ręce. Probówka zaświszczała nagle i poczuł w pewnym miejscu na skórze, nad wybrzuszeniem, tryśnięcie płynu, wywołującego lodowy chłód i ściągającego mięśnie.
Metalowe pudełko otwarło się i zamknęło.
- Igła - powiedział lekarz, a asystent znów podszedł do łóżka.
"Igła... Teraz będzie wbijał igłę..." - pomyślał Emanuel. Chwile tętniły mu przeraźliwie w skroniach.
Teraz?
Poczuł ciężkie pchnięcie, niczym cios zadany ze wszystkich sił... Stłumiony i tępy ból ciążył mu straszliwie w biodrze. Szpon, który wbił się w zdrętwiałe po znieczuleniu ciało, ból daleki i jednocześnie strasznie obecny.
Otworzył na chwilę oczy i zobaczył przez koszulę, jak asystent pompuje coś do butelki; nic więcej nie widział. Co tam się działo, w jego ciele? Co robił lekarz?
Głębsze ukłucie igły wyrwało z niego jęk. Długo jeszcze? Wydawało się, że trwa to już całą wieczność, a asystent ciągle pompował...
W końcu nastąpiła przerwa... Emanuel poczuł, jak igła nagle się z niego wysuwa, i odetchnął z ulgą. W mięśniach, obok wybrzuszenia, utrzymywało się jeszcze straszne napięcie, ale już jako mniejszy ból, który ustabilizował się na pewnym poziomie.
Portierka zdjęła mu z oczu koszulę.
Lekarz przecierał teraz eterem krwawiący lekko punkt. Stojąca na stole butelka pełna była gęstego żółtawego płynu.
- Co to jest? - zapytał Emanuel, wyczerpany napięciem i emocjami.
- Ropa, przyjacielu! Ropa! - odparł lekarz tym samym poczciwym głosem. - Musisz pojechać do Berck i zostać tam tak długo, aż się wyleczysz. To kwestia czasu i cierpliwości. Miałeś wrzód pełen ropy. Nie powinien utworzyć się znów zbyt szybko... Leż spokojnie. Słyszysz? Leż grzecznie na plecach... Kiedy wyjeżdżasz?
- Za kilka dni - powiedział wyczerpany Emanuel. - Telegrafowałem do ojca i oczekuję go pod koniec tygodnia. Na pewno przyjedzie pierwszym pociągiem.
Miał jeszcze tyle pytań, ale zderzył się z niewrażliwą twarzą lekarza i poczuł rozdrażnienie na myśl, że w tej obojętności kryje się pełna wiedza na temat jego choroby. Lekarz uścisnął mu mocno dłoń i wyszedł.
Popołudnie podjęło w pokoju swój bezsensowny i smutny bieg. Butelka z ropą stała na stole w całej okazałości. Kilka miedzianych promieni słońca igrało w łagodnym świetle na murze stojącego naprzeciwko domu.
Emanuel poczuł w piersi wielką niemoc - można by powiedzieć, że oddychał czymś z pustej i przygnębiającej treści tego melancholijnego popołudnia.
Próbował czytać, ale nic do niego nie docierało; książki były napisane dla innego światła; żadna książka na świecie nie jest w stanie wypełnić ogromnej pustki ciepłego i intymnego dnia naznaczonego nudą i cierpieniem. Taki jest nieuchronny smutek czasu choroby.
Naprzeciwko, na szarym murze, promienie zachodzącego słońca wspięły się aż pod sam dach i okna mansardy zapaliły się purpurowymi płomieniami. Nieruchomy opuszczony dom rozdzierał mu serce.
Bardzo powoli podniósł kołdrę, aby obejrzeć obrzęk. Nie czuł żadnego bólu, a obrzęk zniknął. Spojrzał na swoje nagie nogi, brzuch, uda, całe ciało...
Colette zaskoczyła go, gdy liczył sobie żebra.
Dni mijały puste i bezbarwne, straszliwie długie i smutne. W wolnym czasie Colette siedziała przy nim i wyszywała. Przyszło go też odwiedzić paru kolegów, wracali ze znajdującej się w pobliżu uczelni. Byli przesiąknięci kwaśnym zapachem laboratorium, co wprawiło go tylko w większe przygnębienie. Wtedy jeszcze wyraźniej czuł, że jest chory, że jest na wakacjach...
Leżał bez ruchu całymi godzinami, z głową ułożoną nieco wyżej, na poduszkach.
- Przyuczam się do zawodu pacjenta - mówił do Colette.
Każdego dnia, koło czwartej, nasłuchiwał kroków portierki roznoszącej pocztę. Zawsze jednak następowało to samo rozczarowanie. Żadnego telegramu, żadnego listu? Nic. Dzień znów popadał w monotonię.
Jednego wieczoru, po kolacji, Emanuel, leżąc w łóżku pod oknem i przerzucając gazetę, odniósł wrażenie, że ktoś stoi na ulicy i bacznie mu się przygląda. Portierka zapomniała zamknąć okiennice. Odsunął lekko zasłonę. Na ulicy stał i patrzył na niego ojciec.
Emanuel był bardzo wzruszony. Wchodzący do pokoju ojciec lepiej ukrył poruszenie, kaszląc cicho, aby nie drżał mu głos. Kochał Emanuela z intensywnością, która tego czasem aż przerażała. Emanuel czuł na sobie moralną odpowiedzialność za ojcowską miłość i choćby tylko z tego powodu było mu szczerze przykro, że zachorował. W ostatnich dniach ze zgrozą i przerażeniem myślał o tym, co by było, gdyby umarł. "Ojciec na pewno oszalałby z rozpaczy" - powiedział do siebie i wyobraził sobie spokojne i surowe szaleństwo tego człowieka, który wszystko w życiu robił z zimną krwią. "Taki człowiek jak on może popaść tylko w wyjątkowo dobrze zorganizowany obłęd" - pomyślał jeszcze Emanuel z ogromną goryczą. To też było swego rodzaju rozczulanie się nad sobą.
Po chwili atmosfera w pokoju zmieniła się. Ojciec Emanuela wziął sprawę jego choroby w swoje ręce jak skomplikowany interes, który trzeba załatwić bez żadnych strat. Postanowił, że najpierw sam wybierze się do Berck, aby rozmówić się z tamtejszymi lekarzami i poszukać odpowiedniego sanatorium. Pojechał już następnego dnia i wrócił późno w nocy. Był zachwycony.
- Tam się wyleczysz. Chorzy prowadzą tam zupełnie normalne życie, w sanatoriach wyglądających jak zwykłe hotele. Nawet nie czujesz, że jesteś chory. Zresztą sam zobaczysz...
Następnego dnia spakowali go i w południe był już gotów do wyjazdu.
W ostatniej chwili portierka przyniosła małe zawiniątko i podsunęła je dyskretnie Emanuelowi.
- To od panny Colette... - szepnęła.
Kierowany chyba najbardziej ciekawością, Emanuel otworzył je od razu. Znajdowała się w nim paczka herbaty i kilka kostek bulionu.
Herbata była z pewnością aluzją do ich miłości.
Co do kostek zaś, to Colette przez cały ranek głowiła się nad tanim i praktycznym prezentem, aż przypomniała sobie, że podczas wojny matka wysyłała ojcu na front bulion w kostkach, żeby mógł sobie zrobić rosół w okopach.
"Tam, dokąd jedzie Emanuel, musi być jeszcze gorzej niż w okopach..." - rozumowała prostodusznie. "Talerz ciepłego rosołu dobrze mu zrobi..."
I gdy tak rozmyślała, łzy cisnęły jej się do oczu.
1
Emanuel wszedł po ciemnych schodach. W powietrzu unosił się zapach środków farmaceutycznych i spalonej gumy. W głębi wąskiego korytarza rozpoznał białe drzwi, do których polecono mu się skierować. Wszedł bez pukania.
Pomieszczenie, w którym się znalazł, wydawało się jeszcze starsze i bardziej zagrzybione niż korytarz. Światło wpadało przez jedno tylko okno i rozlewało bladą błękitną poświatę na bałagan w saloniku, na walające się wszędzie czasopisma zakrywające marmurowy stół i majestatyczne krzesła ubrane w białe pokrowce niczym w wygodną odzież ochronną, jak przed przeprowadzką.
Emanuel bardziej padł na fotel, niż w nim usiadł. Zauważył ze zdziwieniem cienie przebiegające przez izbę i odkrył nagle, że okno w głębi było tak naprawdę akwarium, w którym pływały wolno czarne, tłuste ryby z wyłupiastymi oczami. Przez kilka sekund siedział tak ze wzrokiem utkwionym w akwarium, śledząc ich leniwe sunięcie, aż zapomniał niemal, po co przyszedł.
No właśnie, po co tu przyszedł? Aha! Przypomniał sobie szybko i zakasłał cicho, aby zaznaczyć swą obecność, ale nikt nie odpowiedział.
Krew tętniła mu ciągle w skroniach, ale bardziej dlatego, że całą drogę od doktora Bertranda biegł, niż z powodu faktycznych emocji. W tym surowym starym pokoju poczuł się trochę spokojniej.
Jedne z drzwi otwarły się, jakaś kobieta przebiegła przez salonik i zniknęła w drzwiach na korytarz. Emanuel żałował, że nie zatrzymał jej i nie poprosił, żeby zawiadomiła o jego przybyciu.
Ryby w dalszym ciągu ślizgały się smutno w przytłumionym świetle. W sali panowały taka cisza i ciemność, taki spokój, że Emanuel nie miałby nic przeciwko, by ten stan trwał całą wieczność. Przyjąłby to z rezygnacją, by pozostać jak najdłużej po drugiej stronie brutalnej prawdy, którą być może będzie musiał za kilka minut poznać.
Za jednymi z drzwi ktoś zakasłał krótko, jakby w spóźnionej odpowiedzi na jego wcześniejsze kaszlnięcie.
W progu stanęła mała ciemna postać, wyglądająca jak wystraszone zwierzę wychodzące z nory.
- Przysyła pana doktor Bertrand? Tak, tak, wiem, telefonował do mnie... Ostre bóle w krzyżu, zgadza się? Prześwietlenie kręgosłupa.
Człowieczek potarł nerwowo dłonie, jakby chcąc oczyścić je z resztek ziemi, która przykleiła mu się do palców, kiedy kopał norę.
Miał małe, obrzmiałe krecie oczy, połyskujące złotawo w słabym świetle.
- Zaraz zobaczymy, co to takiego... Proszę za mną.
Emanuel ruszył za nim, przeszedł korytarz i zatrzymał się przed zupełnie ciemnym pokojem. To stąd wydobywał się ciężki zapach spalonej gumy.
Zapaliła się słaba żarówka i jego oczom ukazała się sala pełna przyrządów medycznych z niklowanymi rurami i cyrkowymi drążkami.
Wszędzie pełno było przewodów elektrycznych. Emanuel stanął zdezorientowany w progu, z obawy, że gdyby wszedł i trącił któryś z nich, mógłby wywołać potężne zwarcie z trzaskami i iskrami.
- Proszę! Proszę! - powiedział lekarz, prawie ciągnąc go za rękę. - Może się pan rozebrać tam...
I wskazał mu skrzynię ze śrubami, tajemniczą maszynę służącą widocznie również za kanapę. Emanuel po raz pierwszy w życiu wykonywał tak prostą i intymną czynność jak zdjęcie ubrania w tak podniosłym entourage'u.
Lekarz palił papierosa, strzepując beztrosko popiół na podłogę tego przerażającego gabinetu, gdzie każdy centymetr kwadratowy wydawał się naładowany tajemnicami i elektrycznością.
- Proszę zdjąć tylko koszulę...
Emanuel był gotów. Zaczął się trząść.
- Zimno panu? - zapytał lekarz. - To potrwa tylko chwilę.
Zimne, przejmujące zetknięcie z blaszanym stołem, na którym się położył, przeszyło go jeszcze silniejszym dreszczem.
- A teraz uwaga... Kiedy panu powiem, wstrzyma pan oddech. Chcę, żeby wyszło dobre zdjęcie.
Lekarz otworzył i zamknął metalowe pudełko. Żarówka zgasła. Brzęk zwolnił precyzyjną zapadkę. Dźwignia spadła wyraźnie prostym cięciem w ciemności. Prąd zaczął wibrować głucho jak podrażnione zwierzę. Wszystko odbyło się metalicznie i precyzyjnie, jak w tych grach zręcznościowych, w których niklowana kulka wpada z jednej przegrody do drugiej...
- Teraz! - powiedział lekarz.
Emanuel wstrzymał oddech. Serce zaczęło mu bić mocno, niemal wprawiając w rezonans blachę pod jego plecami. Cała ta ciemność aż szumiała mu w uszach.
Znów dał się słyszeć szmer, który wzmógł się i zaraz zgasł gwałtownie niczym rozżarzony węgiel wrzucony do wody.
- Może pan oddychać - odezwał się znów lekarz.
Rozbłysło światło. Emanuel wpadł nagle w stan skrajnej przytomności umysłu. Po co leżał na tym stole? Po co?
Miał całkowitą pewność, że jest bardzo chory. Wszystko wokół jednoznacznie to potwierdzało. Co znaczyły wszystkie te aparaty? Na pewno nie były dla ludzi zdrowych.
I odkąd znalazł się tam, pośród nich, osaczony przez nie...
Lekarz wyciągał płytę z blaszanego stołu.
- Proszę się jeszcze nie ubierać... Zobaczę, czy dobrze wyszło... Proszę tak leżeć.
Lekarz wziął ubranie Emanuela i położył mu je na klatce piersiowej, okrywając ją czule; tylko matka tak go otulała, kładąc go spać, kiedy był dzieckiem.
Co powie lekarz? Co wykaże zdjęcie? To straszne zdjęcie...
Znów czuł się dobrze, pod ciepłym i miękkim ubraniem. Gdyby blacha, na której leżał, nie przeszywała go swoim nieprzyjemnym chłodem i gdyby mógł oprzeć głowę na czymś innym niż metalowa poręcz, może by nawet zasnął. Trząsł się trochę z zimna, ale czuł się owładnięty przyjemnym i odprężającym zmęczeniem.
W głębi korytarza trzasnęły głośno drzwi. Gdzieś w oddali życie toczyło się więc normalnym trybem... On czuł się z niego wyobcowany, leżąc tak nago na stole radiograficznym, ukryty pod ubraniem.
- Zdjęcie wyszło dobrze - powiedział lekarz, wychodząc z kabiny - ale wydaje mi się, że jeden z kręgów jest bardzo mocno zaatakowany... Brakuje w nim kawałka kości...
Lekarz powiedział to wszystko bardzo szybką francuszczyzną, nie do końca dla Emanuela zrozumiałą, i z przerwami, parząc sobie palce wziętą ze stolika końcówką papierosa, którą zaciągał się chciwie.
Emanuel był zdezorientowany, nie bardzo rozumiał. W jednym z kręgów brakowało mu kawałka kości? Ale jak to się stało, że go nie ma? Zapytał lekarza.
- Kość jest zżarta... zżarta przez mikroby - odparł czarny człowieczek. - Zupełnie spróchniała... jak ząb zżarty przez próchnicę.
- W kręgosłupie?
- Tak, ma pan zaatakowany kręg w kręgosłupie...
"Więc dlaczego jeszcze nie złamałem się wpół, skoro oś, która podtrzymuje całe ciało, jest pęknięta?" - pomyślał Emanuel. Przypomniał sobie, że miał się ubrać, i wstał z niebywałą ostrożnością, podpierając się cały czas o aparaty. W piersi zrobiła mu się taka pustka, że aż słyszał jej dudnienie, wyraźne jak szum muszli przyłożonej do ucha. Serce biło w próżni wzmocnionymi uderzeniami. Czyli jego ciało mogło w każdej chwili złamać się jak zgięte drzewo, jak szmaciana lalka...
Pewnego razu w swoim pokoju w pensjonacie zastawił na podłodze pułapkę i w środku nocy złapała się w nią mysz. Emanuel zapalił światło i zobaczył, jak miota się, oszalała ze strachu, w drucianej siatce. O świcie myszy już tam nie było; udało jej się otworzyć drzwiczki i uciec. Snuła się jednak po pokoju tak oszołomiona, tak przerażona, tak wolno i niepewnie, że można ją było złapać w rękę. Kilkakrotnie znalazła się obok swojej dziury, powąchała ją, ale nie weszła do środka... Była zupełnie ogłupiała ze strachu i wymęczona nocą spędzoną w pułapce.
Emanuel podszedł do skrzyni, gdzie zostawił swoje rzeczy, ostrożnym posuwistym krokiem, który z miejsca skojarzył mu się z myszą czołgającą się po podłodze. On też teraz bardziej czołgał się, niż szedł. Utożsamiał się z tamtą myszą w najdrobniejszych szczegółach. Poruszał się tak samo przerażony, tak samo oszołomiony jak ona.
Lekarz znów wszedł do kabiny. Emanuel wpadł wtedy na pomysł, by popełnić samobójstwo, wieszając się na pasku od spodni na jednym z metalowych drążków. Jednak myśl ta była tak słaba i bezskuteczna, że nie zawierała nawet energii potrzebnej do podniesienia ręki. Był to z pewnością świetny pomysł, równie wspaniały jak na przykład dla myszy wejście do swojej dziury, ale równie mglisty i oderwany od rzeczywistości.
Zresztą został sam tylko na chwilę. Lekarz podszedł do niego z mokrą jeszcze kliszą, aby mu ją pokazać. Zapalił większą żarówkę i umieścił zdjęcie w jej świetle. Emanuel spojrzał zdziwiony, nieobecny, na cienie wyobrażające jego szkielet; najbardziej tajemna i intymna struktura jego ciała odbita była tam w przyćmionych, ponurych przejrzystościach.
- O, tutaj... Tu jest zdrowy kręg - objaśnił lekarz. - A tutaj, poniżej, ten, w którym brakuje kawałka kości... Widać wyraźnie, że jest nadwątlony.
I faktycznie, na zdjęciu widać było wyszczerbiony kręg.
- To się nazywa choroba Potta... Gruźlica kości kręgosłupa.
Wszystko wydawało się bardzo jasne, skoro to wyszczerbienie miało naukową nazwę.
- Poza tym jest tu jeszcze jedna podejrzana rzecz... - powiedział lekarz i pokazał cień w kształcie lejka. - Obawiam się, że może to być ropień... Muszę pana zbadać w gabinecie.
Przez cały ten czas lekarz mówił nieprzerwanie, nie patrząc wcale na Emanuela. Kiedy podniósł wzrok i zobaczył, jaki blady i zmarznięty jest jego pacjent, rzucił się do kabiny, żeby zostawić tam kliszę, po czym złapał go za ręce i zaczął nim potrząsać.
- Ejże! Co się dzieje? Odwagi... Więcej odwagi! To można leczyć... Pojedzie pan do Berck... Tam pana wyleczą... Więcej odwagi... Więcej odwagi!
Pociągnął go za sobą przez korytarz i stary salonik, gdzie w akwarium ryby kontynuowały obojętnie swoją hermetyczną wędrówkę.
Weszli do gabinetu. Tutaj też zasłony były zaciągnięte, tutaj też panowała ciemność, tutaj też paliła się jedna tylko żarówka pośrodku zastygłego strumienia książek i lekarstw. Człowieczek poruszał się zwinnie między nimi, wynajdując je niemal w biegu i rozpoznając swym zwierzęcym węchem.
- Zobaczmy najpierw plecy - powiedział lekarz.
Emanuel położył się twarzą do dołu na kanapie przykrytej białym prześcieradłem.
Lekarz zaczął powoli i ostrożnie dotykać kręgosłupa, z góry na dół, naciskał każdy kręg jak stroiciel klawisze fortepianu.
W pewnym miejscu, w którym nacisnął mocniej, zabrzmiał przenikliwy ból.
- To właśnie wykazało zdjęcie... To jest ten chory kręg.
I lekarz nacisnął jeszcze raz, i raz jeszcze zabrzmiała w kręgosłupie ta sama wyraźna nuta bólu.
- Jeśli nie jestem niedyskretny... W jakim celu przyjechał pan do Francji? - zapytał lekarz, badając go cały czas. - Poznałem po akcencie, że jest pan cudzoziemcem.
- Tak, zgadza się - odpowiedział Emanuel. - Przyjechałem tu na studia.
- A co pan studiuje? - zapytał znów lekarz.
- Chemię - powiedział Emanuel.
- Aha! Chemię! Lubi pan chemię, interesuje to pana?
"Teraz interesuje mnie tylko to, by przeżyć" - chciał powiedzieć Emanuel, ale się powstrzymał.
- Jak pan myśli, rodzice będą mogli utrzymać pana tutaj nad morzem? - ciągnął lekarz. - Powinien pan dużo odpoczywać, dobrze się odżywiać... a nade wszystko potrzebuje pan dużo spokoju... Na przykład w Berck, nad brzegiem oceanu, w którymś z tamtejszych sanatoriów.
- Napiszę do ojca, do Rumunii - odparł Emanuel. - Myślę, że mi pomoże.
Dziwne - wypowiedziane przez lekarza słowo "sanatorium" wywołało nagle w Emanuelu słodkie i pełne słońca wspomnienie, niczym powiew orzeźwiającej bryzy w dusznej atmosferze gabinetu lekarskiego. W zeszłym roku w Techirghiol, gdzie spędził miesiąc na leczeniu swego domniemanego reumatyzmu (tak wszyscy lekarze zdiagnozowali jego bóle w krzyżu), prześladowała go ciągle myśl, że wkrótce znajdzie się w sanatorium. Dokładnie pamiętał ten słoneczny poranek na plaży, w cieniu parasola, pod którym jego przyjaciele leżeli na brzuchu wprost na piasku i grali w karty, gdy przeszło mu nagle i absurdalnie przez myśl, że powinien się z nimi pożegnać, mówiąc, że jedzie do sanatorium.
Teraz, w ciemnym gabinecie, w nikłym świetle żarówki, wspomnienie to było jedyną pogodną i świeżą rzeczą pośród tych zakurzonych papierów.
- A teraz zobaczmy brzuch...
Emanuel przewrócił się na plecy. Lekarz położył dłoń na całej powierzchni skóry, przesunął ją lekko i znieruchomiał nagle, spoglądając Emanuelowi prosto w oczy.
- Od dawna pan to ma?
I wskazał na dużą okrągłą wypukłość na brzuchu, blisko biodra, gładką i wyraźnie zarysowaną jak wyrosła pod skórą łuska ("ogromna" - pomyślał Emanuel, zdjęty nagłym przerażeniem). Na próżno usiłował sobie ją przypomnieć. Nigdy jej nie widział. Widocznie pojawiła się całkiem niedawno, parę godzin temu.
- W każdym razie dobrze, że w porę to odkryliśmy - powiedział lekarz. - Gdyby pękło, to dopiero by narobiło... To zimny ropień, ropa pochodząca od chorej kości. Trzeba zrobić punkcję. Trzeba ściągnąć ropę strzykawką.
Tyle strasznych rzeczy wydarzyło się w ciągu ostatniej godziny tak poważnie i spokojnie, tyle wstrząsów miało miejsce, że Emanuelowi, zmęczonemu sensacjami tego dnia, w jednej sekundzie odurzającej nieświadomości zachciało się śmiać.
Wizyta u doktora Bertranda, prześwietlenie, zaatakowany kręg, a teraz ten ropień - wszystko wydawało się z góry ukartowane. Czekał tylko, aż ni z tego, ni z owego lekarz otworzy drzwi i poprosi go do sąsiedniego pokoju: "Bardzo proszę! Gilotyna już czeka!".
Ale lekarz milczał, nie odrywając wzroku od wrzodu.
- I co teraz? - zapytał cicho Emanuel, głosem jakby nie z tego świata.
- No cóż, punkcja! - odparł lekarz. - Najpierw punkcja! Sugerowałbym panu, żeby wykonał ją doktor Bertrand, ten, co przysłał pana do mnie na prześwietlenie. Zaraz do niego zadzwonię, jeśli pan chce. Ma bardzo pewną rękę. Zresztą to nie jest żadna poważna operacja. Zwykłe ukłucie igłą i po wszystkim. Zadzwonię do niego, by przyszedł do pana z całym potrzebnym sprzętem. Jaki jest pana adres?
Podczas gdy lekarz zapisywał adres w notesie, Emanuel, który słuchał jego wywodu z zapartym tchem, wziął lekki oddech, aby rozładować napięcie.
- A później, za kilka dni, pojedzie pan do Berck, nad morze.
- Do Berck? - zapytał Emanuel. - Gdzie to jest?
Lekarz zdjął z półki ogromnego Larousse'a i otworzył go na mapie Francji.
- O tutaj. Proszę spojrzeć... Tu jest kanał La Manche, a tu, poniżej Boulogne, Berck. Nie ma go na mapie. To mała plaża zagubiona wśród wydm, nadmorskie miasteczko, do którego przyjeżdżają z całego świata chorzy tacy jak pan, żeby się wyleczyć. Muszą leżeć w gipsie, ale prowadzą całkiem normalne życie. Nawet jeżdżą na przejażdżki, leżąc w specjalnych powozach ciągniętych przez konie lub osiołki.
Lekarz wyrzucał z siebie te objaśnienia uczonym, mrukliwym tonem, wpatrując się stale w mapę, jak gdyby czytał to wszystko ze słownika.
- A jeśli wrzód pęknie, zanim zdążę dojść do domu? - zapytał Emanuel.
Chciał jeszcze zapytać o całą masę innych rzeczy: czy w drodze do pensjonatu nie złamie mu się kręgosłup, czy nie przewróci się na ulicy, czy głowa nie spadnie mu z karku i nie potoczy się po chodniku jak kula do kręgli. Od kilku minut czuł, że jego ciało jest nader słabo posklejane. W hutach szkła robotnicy bawią się, wrzucając do wody kawałki stopionego tworzywa, które twardnieją i stają się bardziej wytrzymałe niż zwykłe szkło, tak że można w nie walić młotem, ale jeśli odpryśnie choć jeden drobny kawałeczek, cała masa rozpada się w pył. Czy jeden pokruszony kręg nie starczyłby więc, aby obrócić w proch całe ciało? Chora kość mogłaby odpaść nagle Emanuelowi na ulicy, a wtedy runąłby na ziemię i zostałaby po nim tylko kupka dymiącego popiołu.
Lekarz uspokoił go naukowymi i medycznymi argumentami. Co do honorarium, to nie chciał nic przyjąć.
- Od studentów nie biorę pieniędzy... - W jego małych oczkach paliły się żywe iskry. Emanuela ogarnęła tak roztkliwiająca czułość, że aż łzy napłynęły mu do oczu. Zaczął dziękować doktorowi z przesadną wylewnością. Uczepił się tej wdzięczności z frenezją wyzwolenia. Miał ochotę rzucić się lekarzowi do stóp i bić przed nim czołem.
- Dziękuję, panie doktorze!
Hosanna! Hosanna! Ubrał się śpiesznie i wyszedł przez ten sam stary salonik.
- Odwagi! - rzucił jeszcze lekarz ze schodów, mlasnąwszy lekko językiem, jak treser zachęcający zwierzę do skoku przez obręcz.
"Odwagi! Odwagi!" - rozbrzmiewało we wnętrzu Emanuela echo, odbijając się od ścian klatki piersiowej.
W ten sposób znalazł się nagle na środku ulicy, w pełnym świetle dnia. Było to jak gwałtowne i ogromne rozciągnięcie się świata. A więc ciągle istniały domy, prawdziwy asfalt i dalekie niebo, zamglone i białe. Opuszczał świat zewnętrzny w takim właśnie świetle i zastawał go teraz takim samym, może tylko bardziej rozległym i pustym oraz zawierającym więcej czystego powietrza i mniej rzeczy niż ciemne izby mieszkania lekarza. Wszystko jednak wydawało się o wiele bardziej smutne i obojętne... Teraz wkraczał w ten świat chory Emanuel, z nadjedzonym kręgiem, nieszczęśnik, na którego drodze domy odsuwały się na bok ze strachu. Szedł miękkim chodnikiem, tak jakby płynął po asfalcie. W tym czasie, gdy siedział zamknięty w gabinecie lekarza, świat dziwnie się rozrzedził. Kontury przedmiotów istniały jeszcze, ale ta cienka nitka, co - jak na rysunku - otacza dom, czyniąc z niego dom, lub wyznacza obrys człowieka, ten kształt, zamykający rzeczy i ludzi, drzewa i psy, ledwie utrzymywał w swoich granicach gotową się rozpaść materię. Wystarczyłoby, aby ktoś oderwał ową nitkę z krawędzi przedmiotów, a te wspaniałe domy, pozbawione swoich form, upłynniłyby się nagle w jednolicie mętnej i szarej materii.
On sam był już tylko cielesno-kostną masą podtrzymywaną przez sztywność obrysu.
Zaskoczyła go myśl, że nic jeszcze tego dnia nie jadł. Skąd ta myśl w takiej chwili? Emanuel stwierdził z goryczą, że w tym rozmytym i niespoistym świecie miał ciągle do wykonania bardzo konkretne czynności.
Poszedł w stronę restauracji. Stołował się w małej jadłodajni studenckiej w starej części miasta. Przychodzili tam również urzędnicy i robotnicy; jadało się szybko i niezbyt smacznie, był zawsze tłok i klienci czekali na stojąco na wolne miejsce, które zajmowali jeszcze ciepłe.
Po raz pierwszy przychodził tu tak późno, kiedy wszyscy już sobie poszli. Na sali było pusto, cicho i ciemno od dymu. W kącie jadły kelnerki. Kasjerka jadła przy kasie, za drewnianą ladą, jakby była skazana na wypełnianie tam wszystkich życiowych funkcji, usadowiona na krześle i uwięziona w sztywnej klatce. W restauracji panowała przytłaczająca cisza, jak po jakimś kataklizmie. Krzesła leżały porozrzucane i Emanuel znalazł tylko jeden stolik przykryty białym obrusem. Wszystkie pozostałe były już sprzątnięte.
Usiadł powolutku, uważając, aby nie przebić wrzodu.
Otaczające go ściany, pokryte wielkimi lustrami w brązowych ramach, odbijały z pomieszczenia w pomieszczenie tę samą pustą salę z coraz to bardziej matowym, zielonkawym powietrzem, tak że w ostatnich, najdalszych lustrach sala stawała się już wodnista jak akwarium w saloniku lekarza.
W oddali, w zatęchłych i ciemnych wodach, pływała nabrzmiała karpia twarz kasjerki, samotna i blada, z okrągłym, zimnym okiem o leniwym spojrzeniu.
Była ona zresztą jedynym zwierzęciem w tych oceanicznych głębinach, a Emanuel - jedynym topielcem.
3
Dzień przechodził w ciepły i grobowy październikowy zmierzch. Przed oknami wagonu przesuwały się miedzianoczerwone pola, zgniłe od pochłanianego przez całe lato słońca. Emanuel z ojcem jechali sami w przedziale, ogarnięci jednym uczuciem niemej bliskości. Towarzyszył im rytm wybijany przez stare żelastwo pociągu, brzmiący jak szybkie uderzenia postarzałego, mechanicznego serca, ukrytego pod wagonem.
Na małym dworcu, na którym pociąg stał tylko przez minutę, przesiedli się do kolejki z wąskimi wagonami, ze starą i garbatą jak wielbłąd lokomotywą. W wagonie były tylko dwie ławki, wzdłuż ścian, z jednej i z drugiej strony, jak w tramwaju.
Po chwili pociąg ruszył niepewnie, chybocząc się na torach. Wszystkie szyby zaczęły głośno pobrzękiwać, jakby bały się podróży. Emanuel obejrzał się raz jeszcze na mały biały dworzec z różowymi glicyniami w oknach. Później ktoś zaciągnął zasłonkę i krajobraz pozostał na zewnątrz jak ucięty nożyczkami.
W wagonie cisnęło się mnóstwo ludzi z pakunkami i koszami; tłum napierał na ławki... dzieci popłakiwały z cicha... Ale gdy tylko pociąg ruszył szybciej, w całym wagonie zaczęła się ożywiona rozmowa i nastał szum wzajemnego zrozumienia i życzliwości.
Wszyscy jechali do Berck. Rolnik w niedzielnym ubraniu, z bukietem polnych kwiatów w ręce, opisywał szerokimi gestami chorobę syna szczupłej eleganckiej pani w szarym tailleur3.
Na samym przedzie siedziało na ławce dwoje młodych rodziców odwożących dziecko do sanatorium. Był to chudy i blady chłopczyk w marynarskim ubranku, z nogą owiniętą w bandaże. Ręce, cienkie i zmęczone, zwisały mu jak szmacianej lalce. Matka trzymała go na rękach, podczas gdy on, wodząc zdezorientowanym wzrokiem po wagonie, przyglądał się badawczo wszystkim tym nieznajomym ludziom.
Emanuel został nagle zagadnięty przez sąsiadkę, staruszkę w żałobie.
- Jedziesz do Berck? - zapytała. - Jesteś chory?
Mówiła podniesionym głosem, usiłując przekrzyczeć podwójny zgiełk pociągu i powszechnej rozmowy.
- Gdzie cię boli? Tu? Czy tu?
Pokazała najpierw na biodro, a później na plecy.
- Tak, tutaj, w krzyżu - odpowiedział Emanuel.
Staruszka zrobiła usta w ciup i pokiwała współczująco głową.
- A masz ropień? - ciągnęła.
Emanuel nie przesłyszał się, zapytała o ropień. Ale skąd ta kobieta wiedziała, co to takiego ropień? Przybrał tak zdziwiony wyraz twarzy, że staruszka pośpieszyła z wyjaśnieniem.
- No bo, widzisz, ja trochę się znam na medycynie. Tyle już czasu jeżdżę do Berck, że zdążyłam się tego wszystkiego nauczyć. Mam tam chorego syna.
Emanuel nic nie odpowiedział, poczuł jednak po chwili, że ktoś szarpie go za rękaw.
- Pytałam cię o coś - podjęła na nowo staruszka. - Masz ropień czy nie?
- Tak, mam - odpowiedział trochę opryskliwie Emanuel. - I co z tego?
Tym razem staruszka nic nie powiedziała. W kaligrafii zmarszczek na jej twarzy pojawił się wyraźny znak wielkiego zasmucenia. Półgębkiem ośmieliła się jeszcze zapytać, czy ropień jest sfistulizowany.
- Co to znaczy "sfistulizowany"? - zapytał zaskoczony Emanuel.
- To znaczy, czy pękł... Czy ma dziurkę, przez którą wycieka płyn...
- Nie - odpowiedział Emanuel. - Na razie lekarz ściągnął ropę strzykawką i widzę, że opuchlizna zeszła.
Pociąg potrząsał ciągle swoim starym żelastwem, a jego hałas nakładał się cicho na rozmowę jak tło chóralnego murmurando na śpiew solistów w operze. Przejeżdżali teraz przez wydmy pod miastem. Do Berck zostało już tylko kilka minut. Cała podróż nie trwała nawet kwadransa.
- To dobrze, że ropień nie jest sfistulizowany - mruknęła staruszka.
- A gdyby był? - spytał nieobecnym głosem Emanuel.
- To zmienia postać rzeczy...
I nachyliwszy się w jego stronę, wyszeptała mu do ucha jednym tchem:
- W Berck powiadają, że otwarty ropień to brama otwarta śmierci...
- Co ona powiedziała? - zapytał ojciec.
- Myślisz, że coś zrozumiałem? Mówi tak szybko...
Kolejka zaskrzypiała zmęczona, ściągając hamulce. Byli na miejscu. Dworzec nie różnił się niczym od innych dworców na prowincji. Wysoki pan o kulach czekał na panią w szarym tailleur. Oprócz niego na peronie nie było nikogo. Największe zaskoczenie czekało jednak na Emanuela dopiero przy wyjściu.
Podczas gdy kierowca ładował walizki do samochodu, on zatrzymał się na kilka sekund na placyku przed dworcem i rozglądał się dokoła. Nagle osłupiał.
A to co takiego? Przenośna trumna czy nosze? Jakiś człowiek leżał na wąskim drewnianym łóżku, czymś w rodzaju ramy z materacem, osadzonej na szkielecie z czterema gumowymi kołami. Był jednak normalnie ubrany od stóp do głów. Miał krawat, beret na głowie i marynarkę, a jednak nie ruszał się, nie wstawał, by chodzić jak inni. Leżąc tak, kupił od handlarza gazetę, zapłacił, otworzył ją i zaczął czytać z głową wspartą o poduszki, podczas gdy jakiś człowiek stojący z tyłu zaczął pchać wózek po ulicach miasta.
- Patrz! - powiedział ojciec. - Tutaj wszyscy chorzy prowadzą normalne życie. Są kompletnie ubrani, jeżdżą po mieście... Tyle że w pozycji leżącej... To wszystko... Zobaczysz jeszcze innych, jak sami kierują powozem...
Emanuel był zbyt oszołomiony, aby móc skupić myśli. W samochodzie wyglądał ciągle przez okno, chcąc dojrzeć jakiegoś chorego w powozie, ale żadnego nie zobaczył. Na zakręcie między dwoma rzędami wysokich domów pojawiła się przez chwilę, w głębi, lazurowa, błyszcząca linia oceanu, spoczywająca na piasku jak płonąca szpada.
W progu sanatorium czekał na nich dyrektor. Wejście było ozdobione dwiema wielkimi egzotycznymi roślinami. Fajansowe wazony oraz czarny, galowy strój dyrektora i jego białe getry nadawały temu powitaniu bardzo teatralny charakter. Dyrektor pochylił się i uścisnął najpierw dłoń ojca, a później dłoń Emanuela. Miał mocno upudrowane policzki i właśnie wyrzucił niedopałek cygara, które jeszcze przed chwilą palił. Kiedy tak trzymał cygaro w kąciku ust, na twarzy odciskały mu się długie psie zmarszczki, tak że przypominał do złudzenia ubranego w czerwony frak porcelanowego mopsa na popielniczce. "Jaka szkoda, że nie ma fraka" - pomyślał Emanuel.
W sanatorium panowała przytłaczająca cisza, jednak korytarze wyglądały jak zwykłe hotelowe korytarze: białe drzwi z kolejnymi numerami. Pokój Emanuela znajdował się na trzecim piętrze. Wjechali na nie wolno windą wydającą ciche, stłumione odgłosy. Dyrektor otworzył drzwi w głębi ciemnego korytarza. Widać było wyraźnie, że to tani pokój. Całe umeblowanie składało się z szafy, stołu i żelaznego łóżka. W kącie stała toaletka z ogromnym niebieskim dzbanem z emaliowanej blachy.
- I jak ci się tu podoba? - zapytał ojciec, kiedy dyrektor wyszedł.
A co miało mu się tu podobać? Położył się zmęczony na łóżku i zamknął oczy. W głowie dźwięczała mu ciągle jazda pociągiem i pobrzmiewały strzępy rozmowy ze staruszką w żałobie. Dni spędzone w łóżku strasznie go osłabiły. Ojciec zapalił światło. W pokoju zapanowała nieprzyjemna i dziwna atmosfera nędznego hotelu, w którym spędza się jedną noc przejazdem.
Nagle ktoś zapukał do drzwi.
- Eva! - przedstawiła się oschle pielęgniarka, wchodząc do pokoju. Miała tak długi i spiczasty nos, że nawet gdyby obracała głowę na różne strony, to i tak wyglądałaby ciągle jak z profilu.
Wywiedziała się krótko o chorobę Emanuela.
- Tutaj się pan wyleczy - mruknęła znudzonym fachowym tonem.
- Dużo jest tutaj chorych na to, co ja? - zapytał. - Wszyscy mają zaatakowany kręg?
Eva wzniosła ręce ku górze niczym antyczna suplikantka.
- Kręg? Jeden kręg? Ech! Są tacy, co mają zaatakowanych dziesięć kręgów z rzędu... Inni kolano... Udo... Palce u rąk... Kostkę... Myślałeś, że jesteś sam? Ha, ha!
Zaśmiała się krótko i sucho.
Emanuel przejął się zwłaszcza tym kręgosłupem z zaatakowanymi dziesięcioma kręgami z rzędu i od razu wyobraził sobie zapomnianego w popielniczce papierosa, z wolna na całej swej długości zamieniającego się w popiół. "Przeklęte próchno" - pomyślał.
- A doktor Cériez? - zapytał ojciec Emanuela. - Kiedy będzie w klinice? Rozmawiałem z nim, kiedy byłem tu wcześniej...
- O, to bardzo dobrze! Bardzo dobrze! - przerwała mu Eva. - Tak się składa, że doktor Cériez jest właśnie w sanatorium. Przyszedł do pacjenta po operacji. Pójdę go zawołać.
Emanuel leżał na łóżku, spokojny i wyczerpany. Wokół niego miotał się ojciec, drzwi otwierały się i zamykały, działo się wiele rzeczy, ale on nie brał już w nich udziału. Można by powiedzieć, że świat stał się nagle gęstszy i bardziej nieostry... Jedyną rzeczą, która utrzymywała się w nim wyraźnie, było ogromne wycieńczenie. Gdzieś daleko, w jednym z pokoi, lamentował astmatycznie i rzewnie akordeon.
Pielęgniarka wróciła po kilku minutach w towarzystwie doktora Cérieza.
Był to młody jeszcze mężczyzna, bardzo wysoki i pleczysty, ale już lekko szpakowaty. Miał wspaniałą lwią czuprynę, zaczesaną starannie do tyłu, i nalaną, kamienną twarz. Tylko pogodne niebieskie spojrzenie zawierało w sobie kontrastujący z wyrazem twarzy odcień bezgranicznej dobroci i wprowadzało do rysów doktora mieszankę dziecinności i surowości.
Zbadał dokładnie Emanuela, obejrzał zdjęcia, pomacał ropień i również stwierdził gruźlicę kręgu.
- Tutaj, w Berck, powietrze jest rześkie i ożywcze. Staraj się jak najczęściej wyjeżdżać powozem i dużo odpoczywaj...
Po czym zwrócił się do pielęgniarki:
- Na razie zostawmy go tak, jak jest... Jutro przywieziecie mu wózek... A za parę dni, kiedy już się przyzwyczai do pozycji leżącej, założymy mu gips...
- Gips - wyszeptał przerażony Emanuel. Lekarz odwrócił się w jego stronę.
- To nic takiego... Naprawdę nic takiego! Będziesz sobie leżał w gorsecie wygodnie jak w fotelu... Mogę ci to zagwarantować.
Podał mu rękę i wziął kapelusz, gotów do wyjścia. Zatrzymał się jeszcze na chwilę.
- Znasz kogoś w sanatorium? Zdążyłeś się już z kimś zaprzyjaźnić?
I kiedy Emanuel potrząsał przecząco głową, lekarz dodał:
- Przyślę ci Ernesta. To dobry chłopak, na pewno znajdziesz z nim wspólny język...
I wyszedł śpiesznie. Ojciec Emanuela zamknął za nim powoli i z szacunkiem drzwi, jakby doktor poprzez zwykłe dotknięcie klamki nasączył ją fluidami swojej znakomitej osoby.
- Widzisz? - powiedział jowialnie, zacierając ręce.
Całą sprawę choroby uważał teraz za pomyślnie załatwiony interes.
Emanuel czekał jeszcze przez jakiś czas na Ernesta, ale ten chyba nie zamierzał przyjść tego wieczoru. Zaczął rozbierać się do spania. Nie chciało mu się ani jeść, ani pić. Błogie znużenie rozlewało się po całym jego ciele.
W ciemności, która zapadła w pokoju, echo akordeonu nałożyło się melancholijnie na koniec dnia.