Zabliźnione serca - Max Blecher

Kup ebooka

27.90 zł
23.16 zł (19,53 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZED­MO­WA

Max Ble­cher to niewątpli­wie je­den z cie­kaw­szych pi­sa­rzy eu­ro­pej­skich okre­su między­wo­jen­ne­go. Należał do tego sa­me­go po­ko­le­nia rumuńskich in­te­lek­tu­alistów, co Mir­cea Elia­de, Emil Cio­ran, Mi­ha­il Se­ba­stian, Con­stan­tin No­ica i Eug?ne Io­ne­sco, by wy­mie­nić tyl­ko tych zna­nych pol­skie­mu czy­tel­ni­ko­wi. Po­ko­le­nia, do­daj­my, które miało in­try­go­wać jak żadne inne w hi­sto­rii rumuńskiej myśli hu­ma­ni­stycz­nej i przez ko­lej­ne dzie­sięcio­le­cia wznie­cać in­te­lek­tu­al­ne de­ba­ty, a jego wpływ miał sięgnąć da­le­ko poza samą Ru­mu­nię.

Między­na­ro­do­we uzna­nie nie przyszłoby tak łatwo, gdy­by nie emi­gra­cja Elia­de­go, Cio­ra­na i Io­ne­sco. Cho­dzi tu zarówno o ich wy­jazd do Fran­cji (w przy­pad­ku Elia­de­go osta­tecz­nie do USA), jak i o emi­grację języ­kową i de­cyzję o po­rzu­ce­niu języka rumuńskie­go na rzecz francuskie­go. Pi­sa­nie w po­wszech­nie zna­nym języku po­mogło im zdo­być sławę i rozgłos. Los tych, którzy po­zo­sta­li wier­ni języ­kowi rumuńskie­mu, był bar­dziej skom­pli­ko­wa­ny. W naj­lep­szym wy­pad­ku stwo­rzy­li cr?me de la cr?me rumuńskiej in­te­li­gen­cji, a jed­no­cześnie byli ska­za­ni na między­na­ro­do­we nie­ist­nie­nie. W na­szej części świa­ta przy­zwy­cza­je­ni je­steśmy do uty­ski­wa­nia pi­sa­rzy, że - po­nie­waż tworzą w nie­po­pu­lar­nych języ­kach - są nie­przetłuma­czal­ni, niesłyszal­ni, nie­zau­ważani. Ru­mu­nom wyjątko­wo się pod tym względem nie poszczęściło. Jako je­den z licz­nych wyjątko­wo pe­cho­wych na­rodów Eu­ro­py pra­wie Środ­ko­wej są naj­większym kra­jem eu­ro­pej­skim, którego przed­sta­wi­cie­lo­wi nig­dy nie przy­zna­no li­te­rac­kiej Na­gro­dy No­bla (nie­daw­ny suk­ces Her­ty Müller tyl­ko w nie­wiel­kim stop­niu zmniej­szył roz­mia­ry kom­plek­su).

Słabą zna­jo­mość li­te­ra­tu­ry rumuńskiej w Eu­ro­pie do­brze ilu­stru­je jej re­cep­cja w Pol­sce. Star­si czy­tel­ni­cy mogą pamiętać cza­sy, kie­dy każdy brat­ni naród miał własną serię w jed­nym z pol­skich wy­daw­nictw. Mie­liśmy więc bi­blio­tekę li­te­ra­tu­ry ju­gosłowiańskiej, bułgar­skiej, węgier­skiej, cze­skiej i słowac­kiej, a na­wet łużyc­kiej. W tych ko­lek­cjach uka­zało się przede wszyst­kim wie­le świet­nych tłuma­czeń wspa­niałych utworów, choć zda­rzały się także po­zy­cje o nie­wiel­kich wa­lo­rach li­te­rac­kich, za to ide­olo­gicz­nie nie­kon­tro­wer­syj­ne. Na ryn­ku wy­daw­ni­czym słabo wi­docz­na była tyl­ko jed­na "brat­nia li­te­ra­tu­ra": rumuńska, która nig­dy nie do­cze­kała się żad­nej se­rii w żad­nej z ofi­cyn.

Z tego punk­tu wi­dze­nia XXI wiek dla li­te­ra­tu­ry rumuńskiej w Pol­sce roz­począł się nie­zwy­kle obie­cująco. Po raz pierw­szy pol­scy miłośnicy li­te­ra­tu­ry rumuńskiej mogą ode­tchnąć z ulgą. Ist­nie­je cała gru­pa bar­dzo uta­len­to­wa­nych tłuma­czy (do których niewątpli­wie za­li­cza się tłumacz Za­bliźnio­nych serc, To­masz Klim­kow­ski, czołowy pol­ski ru­mu­ni­sta, mający na kon­cie także kil­ka in­nych do­sko­nałych przekładów, w tym wy­daną nie­daw­no przez W.A.B. książkę Ga­brie­li Ada­meşte­anu Stra­co­ny po­ra­nek), są za­in­te­re­so­wa­ne przekłada­mi wy­daw­nic­twa i jest, ma­gicz­ne w na­szych cza­sach słowo, "ry­nek".

A prze­cież po zmia­nach ustro­jo­wych w 1989 roku, kie­dy wszy­scy, co było na­wet i uspra­wie­dli­wio­ne, pędzi­li do Ber­li­na, Paryża i Am­ster­da­mu (Lon­dyn zo­stał zdo­by­ty nie­co później), wy­da­wało się, że bli­ska za­gra­ni­ca po pro­stu nie ist­nie­je. I rze­czy­wiście, roz­pa­try­wa­na w ka­te­go­riach ma­te­rial­nych roz­ko­szy Ru­mu­nia nie jawiła się jako atrak­cyj­na kra­ina spra­gnio­nym do­stat­ku Po­la­kom. Aż nad­to do­brze przy­po­mi­nała pol­skie lata osiem­dzie­siąte, o których tak szyb­ko chcie­liśmy za­po­mnieć. Przez całe lata dzie­więćdzie­siąte XX wie­ku nie po­ja­wił się w Pol­sce żaden przekład współcze­snej li­te­ra­tu­ry rumuńskiej. Owszem, od­kry­wa­liśmy wówczas Elia­de­go, Cio­ra­na i Noikę w ge­nial­nych tłuma­cze­niach Ire­ne­usza Kani, ale je­dyną wy­daną wte­dy po pol­sku współczesną książką były za­pi­ski ge­ne­rała Pa­ce­py: przy­po­mi­nający szpie­gow­ski thril­ler qu­asi-do­ku­ment trak­tujący o funk­cjo­no­wa­niu dwo­ru ostat­nie­go ko­mu­ni­stycz­ne­go pre­zy­den­ta Ru­mu­nii, Ni­co­lae Ceau?escu.

Rze­czy­wi­ste za­in­te­re­so­wa­nie Ru­mu­nią oraz Eu­ropą Środ­kową i Wschod­nią wyraźnie wzra­sta do­pie­ro po ko­lej­nej de­ka­dzie. Swo­je żniwo za­czy­nają zbie­rać pra­ca Krzysz­to­fa Czyżew­skie­go i pi­sar­stwo An­drze­ja Sta­siu­ka. To w dużej mie­rze ich zasługa, że Eu­ropa Środ­kowa jest na nowo od­kry­wa­na przez pol­skich czy­tel­ników, co­raz śmie­lej podążających śla­da­mi au­to­ra Jadąc do Ba­ba­dag. Nie dzi­wi za­tem praw­dzi­wy wy­syp książek podróżni­czych i re­por­taży na te­mat Ru­mu­nii w ostat­nich la­tach.

Jeśli za mier­nik między­na­ro­do­wej sławy uzna­my przekłady, to okaże się, że Max Ble­cher należy do bar­dzo eli­tar­ne­go gro­na li­te­ratów lat 30. ubiegłego wie­ku, a mia­no­wi­cie do gro­na pi­sa­rzy, którzy sławni zaczęli być całkiem nie­daw­no. Pierw­sze tłuma­cze­nia jego książek na an­giel­ski, fran­cu­ski, nie­miec­ki, por­tu­gal­ski, hisz­pański i pol­ski po­ja­wiły się w ciągu ostat­nich kil­ku lat. Tyl­ko Cze­si, wier­ni swo­im naj­lep­szym trans­la­tor­skim tra­dy­cjom, po­zna­li się na pi­sa­rzu wcześniej. Choć o ile Ulis­se­sa Joy­ce'a przetłuma­czy­li czter­dzieści lat przed Po­la­ka­mi, o tyle Ble­che­ra już tyl­ko z dwu­dzie­sto­let­nim wy­prze­dze­niem.

Ble­cher to jed­nak przy­pa­dek dość szczególny i w sa­mej Ru­mu­nii. Jego losy to­czyły się bar­dzo różnie. Nie wszy­scy po­zna­li się zra­zu na ta­len­cie młode­go pi­sa­rza. Nie był zbyt płod­nym au­to­rem, po­zo­sta­wił po so­bie rap­tem trzy po­wieści, kil­ka utworów po­etyc­kich, kil­ka re­la­cji z sa­na­to­rium oraz tłuma­cze­nia poetów fran­cu­skich. Cho­ciaż i tego nie je­steśmy pew­ni, gdyż, jak wspo­mi­na w dzien­ni­kach Mi­ha­il Se­ba­stian, znaczną część swo­jej twórczości Ble­cher znisz­czył.

"Od wczo­raj rano Ble­cher prze­by­wa w Bu­ka­resz­cie" - czy­ta­my u Se­ba­stia­na. - "Opo­wia­dał mi o swo­jej podróży pociągiem i byłem wstrząśnięty. Wy­jazd z domu, w środ­ku księżyco­wej nocy, pu­ste uli­ce, strażnicy zdzi­wie­ni na wi­dok no­szy, ocze­ki­wa­nie w biu­rze za­wia­dow­cy sta­cji, wno­sze­nie przez okno do wa­go­nu, przy­by­cie pociągu rano na dwo­rzec w Bu­ka­resz­cie, tra­ga­rze, którzy od­ma­wiają wy­nie­sie­nia no­szy przez okno... Strasz­li­we cier­pie­nia. Wszyst­ko wy­da­je się ab­sur­dal­ne i nie­ważne w ob­li­czu tak wiel­kie­go nieszczęścia. Wy­da­wało mu się, że umie­ra. Był o krok od sa­mobójstwa. Znisz­czył wszyst­kie pa­pie­ry, wszyst­kie ręko­pi­sy, w tym osiem­dzie­siąt stron roz­poczętej właśnie po­wieści i sie­dem­dzie­siąt stron dzien­ni­ka. Le­d­wie star­czyło mi od­wa­gi, aby robić mu z tego po­wo­du wymówki".1

Przez pierw­sze trzy­dzieści lat po jego śmier­ci pi­sa­no o Mak­sie Ble­che­rze ra­czej nie­wie­le. Mo­nu­men­tal­na Hi­sto­ria li­te­ra­tu­ry rumuńskiej Ghe­or­ghe Căli­ne­scu nie zachęca do poświęca­nia mu cza­su. Zresztą wszy­scy od­mieńcy byli dość su­ro­wo trak­to­wa­ni przez rumuńskie­go hi­sto­ry­ka li­te­ra­tu­ry, a Ble­cher jest rze­czy­wiście "inny" i trud­ny do za­szu­flad­ko­wa­nia. Kry­ty­ka rumuńska określa go najczęściej mia­nem przed­sta­wi­cie­la "li­te­ra­tu­ry su­biek­tyw­nej au­ten­tycz­ności" lub "li­te­ra­tu­ry cier­pie­nia". I owszem, z jed­nej stro­ny jego nie­zwy­kle wątłe zdro­wie, a właści­wie całe doświad­cze­nie życio­we związane z cho­robą, było pod­sta­wo­wym ma­te­riałem, pod­sta­wo­wym bu­dul­cem li­te­ra­tu­ry, którą two­rzył. Ale z dru­giej stro­ny li­te­ra­tu­ra ta za­wsze okra­szo­na była ty­pową dla re­ali­zmu ma­gicz­ne­go spotęgo­waną wizją rze­czy­wistości. Ble­cher nie­zwy­kle cenił eu­ro­pejską awan­gardę, a zwłasz­cza sur­re­alistów (tłuma­czył na rumuński Ap­po­li­na­ire'a i Elu­ar­da), z zapałem czy­tał eg­zy­sten­cja­listów (Karl Ja­spers). Căli­ne­scu, po­zo­stający przez długie lata pa­pieżem kry­ty­ki rumuńskiej, nie był nim jed­nak za­chwy­co­ny.

Na długi powrót Ble­che­ra do pan­te­onu li­te­ra­tu­ry rumuńskiej złożyły się trzy wy­da­rze­nia. Po pierw­sze, wy­da­nie w 1971 roku jego nie­do­kończo­nej, trze­ciej po­wieści (a więc jed­nak nie znisz­czył wszyst­kie­go), nie­przetłumaczo­nej póki co na język pol­ski, Vi­zu­ina lu­mi­nată: Jur­nal de sa­na­to­riu (Podświe­tlo­na kryjówka. Dzien­nik z sa­na­to­rium), do której wstęp na­pi­sał Sa?a Pană. Po dru­gie, zaczęli od­kry­wać go na nowo czołowi pi­sa­rze tzw. po­ko­le­nia '80, a zwłasz­cza zna­ny również w Pol­sce Mir­cea Cărtăre­scu. W końcu sen­sacją lat 90., i to na skalę między­na­ro­dową, było opu­bli­ko­wa­nie Dzien­ników Mi­ha­ila Se­ba­stia­na. Dzien­ni­ki wywołały burzę ze względu na dość jed­no­znacz­ny opis po­staw Elia­de­go i Cio­ra­na, mówiąc wprost - ze względu na opis ich fa­scy­na­cji fa­szy­zmem, fa­na­ty­zmu re­li­gij­ne­go i przy­zwo­le­nia na an­ty­se­mi­tyzm. Se­ba­stian, pi­sarz rumuński po­cho­dze­nia żydow­skie­go, z prze­rażeniem od­no­to­wu­je ewo­lucję poglądów czołowych przed­sta­wi­cie­li in­te­li­gen­cji rumuńskiej. Spo­ro miej­sca w swo­im Dzien­ni­ku poświęca jed­nak także au­to­ro­wi Za­bliźnio­nych serc, z którym łączyła go nie tyle przy­jaźń, ile pew­ne­go ro­dza­ju zażyłość.

"Był to za­wsze trochę dziw­ny chłopak - pi­sze Se­ba­stian - żyjący, wsku­tek strasz­li­we­go bólu, jak­by w in­nym świe­cie. Nig­dy nie umiałem roz­ma­wiać z nim bez pew­ne­go skrępo­wa­nia, być wo­bec nie­go zupełnie otwar­ty. Na­pa­wał mnie pew­nym lękiem, utrzy­my­wał na dy­stans, jak­by u drzwi więzie­nia, do którego nie można było wejść i którego nie można było opuścić. Pra­wie wszyst­kie na­sze roz­mo­wy ce­cho­wało skrępo­wa­nie, jak­byśmy je pro­wa­dzi­li właśnie w więzien­nej rozmówni­cy. I dokąd on po­wra­cał, kie­dyśmy się roz­sta­wa­li? Jak było tam, dokąd po­wra­cał?"

Być może nie należy prze­ce­niać wpływu Dzien­ników Se­ba­stia­na na po­pu­lar­ność Ble­che­ra, ale fak­tem jest, że za­in­te­re­so­wa­nie twórczością tego dru­gie­go nig­dy nie było tak duże jak dziś. W Ru­mu­nii mówi się na­wet o swo­istym po­wro­cie tego pi­sa­rza.

Rumuńskie­go Fran­za Kafkę roz­po­zna w nim bu­ka­resz­teński kry­tyk Eu­gen Lo­vi­ne­scu. Porówna­nie to będzie później eks­plo­ato­wa­ne przez nie­mal wszyst­kich zaj­mujących się Ble­che­rem. Kie­dy z ko­lei w la­tach sześćdzie­siątych ukaże się rumuński przekład Bru­no­na Schul­za, kry­tyka rumuńska przy­zna, że mie­li ze sobą wie­le wspólne­go. Nie słysze­li o so­bie, choć żyli i two­rzy­li nie­mal w tym sa­mym cza­sie i nie­mal w tym sa­mym miej­scu (z Dro­ho­by­cza do Bo­to­szanów w li­nii pro­stej jest mniej więcej trzy­sta ki­lo­metrów). Obaj mie­li żydow­skie ko­rze­nie. Obaj po­zo­sta­wi­li po so­bie niewie­le: Schulz dwa tomy opo­wia­dań, Ble­cher trzy po­wieści. Pi­sa­no o struk­tu­ral­nym po­kre­wieństwie ich pro­zy, o cha­rak­te­ry­stycz­nej dla oby­dwu zdol­ności "pla­so­wa­nia się w nieszczęściu" (Crohmălni­ce­anu).

Max Ble­cher uro­dził się 8 września 1909 roku w pro­win­cjo­nal­nym mia­stecz­ku Bo­to­sza­ny (Boto?ani), w północ­nej części rumuńskiej Mołda­wii. W re­gio­nie, który przez całe życie pi­sa­rza po­zo­sta­wał, jak zresztą znacz­na część Ru­mu­nii, wie­lo­kul­tu­ro­wym ty­glem. W Bo­to­sza­nach na początku XX wie­ku połowę miesz­kańców sta­no­wi­li Żydzi, ale re­gion za­miesz­ki­wały również duże sku­pi­ska Or­mian, Greków, Cy­ganów i Li­po­wian, no i na­tu­ral­nie Ru­munów.

Max przy­szedł na świat w zamożnej ro­dzi­nie żydow­skiej, oj­ciec był właści­cie­lem fa­bry­ki szkła i por­ce­la­ny. Również dal­si człon­ko­wie ro­dzi­ny, wu­jo­wie i ku­zy­ni, byli właści­cie­la­mi większych lub mniej­szych sklepów i fa­bry­czek. Two­rzy­li so­lidną klasę śred­nią, toteż i życie pro­wa­dzi­li na so­lidnym miesz­czańskim po­zio­mie. Ten drobnomiesz­czański świat rumuńskich Żydów zo­sta­nie dość wier­nie od­da­ny w Zda­rze­niach z bli­skiej nie­rze­czy­wi­stości, pierw­szej po­wieści Ble­che­ra (1936, wy­da­nie pol­skie w przekładzie Jo­an­ny Kor­naś-War­was, Po­gra­ni­cze 2013). Zresztą wszyst­kie jego utwo­ry będą miały wyraźne au­to­bio­gra­ficz­ne mo­ty­wy.

Max wraz z ro­dziną opuszczą Bo­to­sza­ny i prze­pro­wadzą się nie­co na południe, do mia­sta Ro­man. Oj­ciec założy tam ko­lej­ny in­te­res, tym ra­zem sklep z por­ce­laną, a Max skończy li­ceum, po którym, jak przy­stało na uzdol­nio­ne dziec­ko z zamożnej ro­dziny, zo­sta­nie wysłany do Paryża na stu­dia me­dycz­ne. Nie będzie mu jed­nak dane zbyt długo cie­szyć się bez­tro­skim życiem stu­den­ta. Już w 1928 roku, czy­li gdy Ble­cher ma za­le­d­wie dzie­więtnaście lat, zo­sta­je u nie­go zdia­gno­zo­wa­na cho­ro­ba Pot­ta (tzw. gruźlica kręgosłupa), jed­na z naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych i nie­zwy­kle bo­le­snych chorób zakaźnych. Tkan­ki kost­ne, w tym wy­pad­ku kręgi, są po ko­lei ata­ko­wa­ne przez bak­te­rie. Gorączka i ostre bóle kości pa­ra­liżują cho­re­go. Max Ble­cher będzie się zma­gał z cho­robą przez bli­sko dzie­sięć lat. Umrze w cier­pie­niach 31 maja 1938 roku. Za­nim jed­nak do tego doj­dzie, od­wie­dzi zna­ne sa­na­to­ria Eu­ro­py: fran­cu­skie Berck-sur-Mer, szwaj­car­skie Ley­sin i rumuńskie Te­chir­ghiol. Cho­ro­ba znisz­czy go jako człowie­ka, ale uczy­ni z nie­go pi­sa­rza. Jed­ne­go, do­daj­my, z naj­lep­szych pi­sa­rzy języka rumuńskie­go.

Max Ble­cher za­de­biu­to­wał w 1930 roku, czy­li już po zdia­gno­zo­wa­niu cho­ro­by, krótkim tek­stem Her­rant, na­pi­sa­nym, a jakże, w sa­na­to­rium, w Berck-sur-Mer nad kanałem La Man­che, a opu­bli­ko­wa­nym w re­no­mo­wa­nym cza­so­piśmie "Bi­le­te de pa­pa­gal", u nie­kwe­stio­no­wa­ne­go guru li­te­ratów rumuńskich Tu­do­ra Ar­ghe­zie­go. Samo Berck, mia­stecz­ko po­nad tysiąca pa­cjentów cho­rych na cho­robę Pot­ta, sta­nie się ob­sesją pi­sa­rza. Będzie je na­zy­wał mia­stem "bez­ru­chu i gip­su". "Czym węgiel dla Li­ver­po­olu, a ropa dla Baku, tym gips dla Berck", na­pi­sze w re­por­tażu pod tytułem Berck. Mia­sto ska­zańców. A nie­co później uczy­ni z nie­go miej­sce ak­cji Za­bliźnio­nych serc. Sa?a Pană czter­dzieści lat później na­pi­sze o tym kre­atyw­no-de­struk­cyj­nym związku Ble­che­ra z cho­robą we wstępie do trze­ciej i ostat­niej, nie­do­kończo­nej po­wieści, Vi­zu­ina lu­mi­na­ta: "Dzie­sięć lat był spa­ra­liżowa­nym wra­kiem (cier­pie­nia zaczęły się nie­mal za­raz po ma­tu­rze), któremu cho­ro­ba da­ro­wała krótkie chwi­le prze­rwy, ale jego umysł podróżował przez najgłębiej skry­wa­ne ta­jem­ni­ce, świ­dro­wał z zacięciem górni­ka najgłębsze pokłady swych bo­ga­tych prze­myśleń".

Od­daj­my głos raz jesz­cze Mi­ha­ilo­wi Se­ba­stia­no­wi, który od­wie­dza Ble­che­ra we wrześniu 1936 roku i no­tu­je w swo­im Dzien­ni­ku: "Ble­cher we­ge­tu­je [...]. Skąd u nie­go ta od­wa­ga, aby jesz­cze żyć? Co go pod­trzy­mu­je na du­chu? Nie jest na­wet zroz­pa­czo­ny. Nie ro­zu­miem tego, przy­znaję, że nie ro­zu­miem. Kil­ka razy, kie­dy pa­trzyłem na nie­go, chciało mi się płakać. Nocą słyszałem, jak jęczy i krzy­czy w swo­im po­ko­ju i czułem, że oprócz nas jest w tym domu jesz­cze ktoś: śmierć, prze­zna­cze­nie - nie wiem. Wy­je­chałem stamtąd po­ru­szo­ny do głębi".

Ble­cher miał kie­dyś po­wie­dzieć, że w ciągu roku cho­ry jest w sta­nie wy­krze­sać z sie­bie tyle ener­gii, ile trze­ba, by pod­bić im­pe­rium. Cier­pie­nie jest u nie­go im­ma­nentną częścią ludz­kie­go bytu. Po­dob­nie jak u eg­zy­sten­cja­listów, u rumuńskie­go pi­sa­rza także cier­pie­nie nie może zo­stać "znie­sio­ne", nie może zo­stać "po­ko­na­ne", sta­no­wi in­te­gralną składową losu człowie­ka. Tak jest również z bo­ha­te­ra­mi jego po­wieści, którzy do­dat­ko­wo zdają się znacz­nie bar­dziej au­ten­tycz­ni w nieszczęściu niż w szczęściu. Cier­pią au­ten­tycz­nie, a mo­men­ty szczęścia przeżywają w sposób gro­te­sko­wy. Cier­pie­nie jako nie­kończąca się trans­cen­dent­na po­ku­sa to mo­tyw, który zbliża Ble­chera do in­ne­go wiel­kie­go Ru­mu­na - Emi­la Cio­ra­na.

Wy­buch cho­ro­by jest za­ra­zem początkiem dru­giej po­wieści i ka­rie­ry pi­sar­skiej Maxa Ble­che­ra. Głównym bo­ha­te­rem Za­bliźnio­nych serc jest rumuński stu­dent, Ema­nu­el, stu­diujący che­mię na uni­wer­sy­te­cie w Paryżu. Ema­nu­el ma bo­ga­te­go i bar­dzo tro­skli­we­go ojca. Po­wieść za­czy­na się od wi­zy­ty Ema­nu­ela u le­ka­rza i pre­cy­zyj­ne­go opi­su badań, ja­kim zo­sta­je pod­da­ny młody człowiek. Rent­gen nie po­zo­sta­wia złudzeń, za­ata­ko­wa­ny jest je­den z kręgów kręgosłupa. Przy dal­szych oględzi­nach le­karz od­kry­wa duży nie­bez­piecz­ny ro­pień, co świad­czy o za­awan­so­wa­nym sta­nie za­pal­nym i bez­pośred­nim za­grożeniu życia. Wy­rok może być tyl­ko je­den: na­tych­mia­sto­wa punk­cja i wy­jazd do sa­na­to­rium w celu pod­le­cze­nia i tak nie­ule­czal­nej cho­ro­by.

Za­bliźnio­ne ser­ca przy­po­mi­nają Cza­ro­dziejską górę To­ma­sza Man­na. Po­dob­nie jak Hans Ca­storp tra­fia do Da­vos, tak Ema­nu­el przy­jeżdża do Berck. Po­zna­je­my całą ple­jadę przeróżnych bo­ha­terów: pa­cjentów, dy­rek­to­ra sa­na­to­rium, le­ka­rza, pielęgniarkę. Jest i eks­cen­tryk, i ary­sto­krat­ka, i syn świa­to­wej sławy inżynie­ra, i piękna Po­lka. I wątek miłosny, którego głównym bo­ha­terem jest Ema­nu­el. Ważną rolę od­gry­wają miej­sca przy po­szczególnych sto­li­kach w sa­na­to­ryj­nej re­stau­ra­cji. Nie do­sta­je­my tu jed­nak dogłębne­go stu­dium co­dzien­ności, jak u Man­na. Za­bliźnio­ne ser­ca to ra­czej mi­nia­tu­ra Cza­ro­dziej­skiej góry, jaką mógłby na­pi­sać Kaf­ka bądź Schulz tuż po lek­tu­rze Kier­ke­ga­ar­da albo Ja­sper­sa.

Cho­ro­ba była dla Ble­che­ra doświad­cze­niem eks­tre­mal­nym, stała się mo­to­rem napędo­wym jego twórczości, a jed­no­cześnie wy­zna­czyła gra­nicę jego li­te­rac­kiej ka­rie­ry. Przy­po­mnij­my, cała jego ka­rie­ra pi­sar­ska, nie licząc kil­ku tekstów popełnio­nych jesz­cze w li­ceum, przy­pa­da na okres roz­wi­ja­nia się nie­ule­czal­nej gruźlicy kręgosłupa. Dzie­sięć lat cier­pie­nia i bólu, prze­ry­wa­ne­go pi­sa­niem.

Do­brze się stało, że pol­ski czy­tel­nik ma w końcu okazję za­po­znać się z twórczością jed­ne­go z naj­bar­dziej cier­piących pi­sa­rzy w hi­sto­rii li­te­ra­tu­ry, Maxa Ble­che­ra, dla którego cho­ro­ba była na­tchnie­niem, i którego cała twórczość, jak to ujął je­den z jego przy­ja­ciół, miała źródło w gip­so­wym sar­ko­fa­gu. Śmierć wy­ba­wiła go od cier­pienia i oszczędziła mu na szczęście wi­do­ku postępującej "no­so­rożyza­cji" (Io­ne­sco) społeczeństwa rumuńskie­go przełomu lat trzy­dzie­stych i czter­dzie­stych, naj­dzik­szych za­cho­wań Żela­znej Gwar­dii i sza­lejącego również w Ru­mu­nii an­ty­se­mi­ty­zmu.

Ro­land Choj­nac­ki

2

W pro­gu pen­sjo­na­tu cze­kała na nie­go nie­cier­pli­wie por­tier­ka. Doj­rzała go z da­le­ka i po­ma­chała mu ręką.

- Dzwo­nił dok­tor Ber­trand. Przyj­dzie o czwar­tej ze wszyst­kim, co po­trzeb­ne. Aha, po­wie­dział jesz­cze, że chce pana za­stać w łóżku.

- Ro­zu­miem - od­po­wie­dział Ema­nu­el i spróbował wejść do środ­ka, jed­nak por­tier­ka tra­wio­na cie­ka­wością i znie­cier­pli­wio­na ocze­ki­wa­niem za­trzy­mała go w pro­gu.

- Co ci jest? Cze­mu je­steś taki bla­dy? To coś poważnego?

Złapała go za ubra­nie i zaczęła nim potrząsać, jak­by był wor­kiem, z którego chciała wy­sy­pać całą za­war­tość.

- Spo­koj­nie! Spo­koj­nie! - uci­szył ją Ema­nu­el. - Chodźmy do po­ko­ju, to wszyst­ko pani po­wiem.

Miał mały, nie­zbyt wy­god­ny pokój, tuż obok miesz­ka­nia por­tier­ki, na par­te­rze. Wziął go, żeby uniknąć wcho­dze­nia po scho­dach, z po­wo­du bólów w ple­cach.

Zaczął się roz­bie­rać. Ile to już razy roz­bie­rał się tego dnia? Przy­po­mniała mu się hi­sto­ria o pew­nym An­gli­ku, który popełnił sa­mobójstwo, po­zo­sta­wiw­szy list ta­kiej treści: "Zbyt dużo gu­zików do za­pi­na­nia i roz­pi­na­nia przez całe życie". Te­raz, po raz trze­ci już, położył się na łóżku. Por­tier­ka za­sy­py­wała go py­ta­nia­mi. Później przyszła też Co­let­te.

Co­let­te miesz­kała w tym sa­mym pen­sjo­na­cie. Była to dziew­czy­na pro­sta i gładka jak kart­ka pa­pie­ru. Trud­niła się ha­fto­wa­niem i drob­ny­mi pra­ca­mi kra­wiec­ki­mi przy­no­szo­ny­mi do domu. Ema­nu­el upra­wiał z nią hi­gie­niczną, po­zba­wioną wiel­kich unie­sień miłość. Po sto­sun­ku Co­let­te po­da­wała gorącą her­batę wa­ni­liową. Her­ba­ta i wa­ni­lia za­wie­rały w so­bie cały za­pach i cały smak ich do­mo­wej, spo­koj­nej miłości.

Por­tier­ka zaczęła sprzątać pokój, a Co­let­te układać książki na sto­le, aby dok­tor Ber­trand za­stał wszędzie porządek, pod­czas gdy Ema­nu­el pisał te­le­gram do ojca w Ru­mu­nii.

Co­let­te nie bar­dzo wie­działa, jak przy­zwo­icie i kon­wen­cjo­nal­nie oka­zać prze­pełniający ją smu­tek. Chciało jej się po pro­stu płakać, ale po­wstrzy­my­wała się, wiedząc, że wpra­wiłoby to Ema­nu­ela w jesz­cze gor­szy nastrój. Wyszła śpiesz­nie, by za­nieść te­le­gram na pocztę, szczęśliwa, że choć na chwilę może opuścić pokój, w którym czuła, jak łzy dławią jej gardło. Por­tier­ka wyszła ra­zem z nią.

Ema­nu­el zo­stał sam. Leżał w łóżku, popołudniową porą, kie­dy to prze­by­wał zwy­kle na uni­wer­sy­te­cie.

Ogarnęło go na­gle wyraźne i przy­jem­ne uczu­cie roz­le­ni­wie­nia, ni­czym od­ległe echo dzie­ciństwa, kie­dy leżał cho­ry w łóżku, za­miast iść do szkoły.

Do­tknął lek­ko obrzmie­nia koło bio­dra i wzdrygnął się. Jak­by wciąż rosło.

Prze­rażony znie­ru­cho­miał na po­dusz­kach, z twarzą do góry, pra­wie nie od­dy­chając.

Tak za­stał go dok­tor Ber­trand.

- Więc to tak, chcesz nas wy­stra­szyć? Co się stało? Przez te­le­fon na­opo­wia­da­no mi okrop­nych rze­czy - po­wie­dział le­karz, wchodząc.

Mówił z poważną po­czci­wością właściwą wszyst­kim le­ka­rzom ro­dzin­nym mającym już swo­je lata; przyj­mo­wa­li oni w roz­mo­wie za­wsze ten sam ton, jak­by sta­no­wił on na­tu­ralną kon­se­kwencję ich dro­gi za­wo­do­wej. Był wy­so­ki, bar­czy­sty i miał krótko obcięte włosy, stojące jak szczot­ka.

Zba­dał ro­pień z obojętnym wy­ra­zem twa­rzy, z której Ema­nu­elo­wi nie udało się od­gadnąć żad­nych myśli.

Roz­legło się pu­ka­nie do drzwi. Był to po­moc­nik le­ka­rza, obłado­wa­ny różnymi ni­klo­wa­ny­mi po­jem­ni­ka­mi i pacz­ka­mi za­wie­rającymi przyrządy.

- Fak­tycz­nie... Jest tak, jak mi po­wie­dzia­no przez te­le­fon. Trze­ba ściągnąć ro­pień jak naj­szyb­ciej - po­wie­dział spo­koj­nie le­karz. - Za­czy­naj­my!

Zdjął ma­ry­narkę i pod­winął rękawy ko­szu­li, po czym po­pro­sił o wodę do my­cia.

Przy­biegła por­tier­ka. Zwi­jała się jak w ukro­pie, za­afe­ro­wa­na i szczęśliwa, że też ma swój udział, choćby naj­mniej­szy, w asy­sto­wa­niu tak zna­ko­mi­tej oso­bi­stości jak dok­tor Ber­trand.

Po­moc­nik le­ka­rza układał na sto­le ni­klo­wa­ne po­jem­ni­ki. Kie­dy wszyst­ko było przy­go­to­wa­ne, przy­ciągnął łóżko pod okno, do światła.

Ema­nu­el zdjął ko­szulę i znów zaczął szczękać zębami, jak w ga­bi­ne­cie do prześwie­tleń. Na próżno próbował prze­wi­dzieć ru­chy asy­sten­ta, wy­pa­trzyć ja­kieś narzędzie tor­tur, oce­nić roz­mia­ry igły.

Le­karz i asy­stent rozkłada­li na sto­le różne przed­mio­ty, lecz do Ema­nu­ela do­cie­rał je­dy­nie ich me­ta­licz­ny brzęk.

Na zewnątrz, po dru­giej stro­nie zasłony, szedł śpiesz­nie ulicą jakiś człowiek. Ema­nu­el wsłuchi­wał się w jego wyraźne kro­ki na as­fal­cie. Co ob­cho­dziło ta­kie­go? Szedł bez­tro­sko ulicą, pod­czas gdy on, Ema­nu­el, leżał w łóżku, w ocze­ki­wa­niu na straszną punkcję... Te­raz na do­bre dy­go­tał ze stra­chu.

Le­karz odwrócił się w stronę łóżka z wa­ci­kiem nasączo­nym jo­dem. Na rękach miał duże czer­wo­ne ręka­wi­ce z gumy, ni­czym kie­row­ca ciężarówki.

Prze­tarł wa­ci­kiem obrzmie­nie i jego oko­li­ce na brzu­chu, skóra z miej­sca za­bar­wiła się na żółto. Po po­ko­ju roz­szedł się an­ty­sep­tycz­ny za­pach jo­do­for­mu i ap­te­ki. Nada­wało to po­miesz­cze­niu nowy wy­miar, me­dycz­ny i bar­dzo su­ro­wy. Działo się w nim coś poważnego i nie­unik­nio­ne­go. Ema­nu­el był już zupełnie zdez­o­rien­to­wa­ny. Wi­dział wokół sie­bie szafę, książki i stół, swo­je sta­re, do­brze zna­ne rze­czy, ale te­raz wy­odrębniały się one nie­pew­nie w zmąco­nej wy­ra­zi­stości, jak cha­otycz­ne słowa wy­krzy­ki­wa­ne przez nie­zna­ny głos pośród zgiełku czy­nio­ne­go przez tłum lu­dzi ze­bra­nych w ja­kiejś sali.

- Znie­czu­le­nie! - po­wie­dział krótko le­karz.

Ema­nu­el zdążył jesz­cze tyl­ko zo­ba­czyć, jak do łóżka pod­cho­dzi asy­stent z wielką szklaną rurą. Le­karz przy­krył Ema­nu­elowi twarz ko­szulą i po­pro­sił por­tierkę, żeby mu trzy­mała ręce. Probówka zaświsz­czała na­gle i po­czuł w pew­nym miej­scu na skórze, nad wy­brzu­sze­niem, tryśnięcie płynu, wywołującego lo­do­wy chłód i ściągającego mięśnie.

Me­ta­lo­we pudełko otwarło się i za­mknęło.

- Igła - po­wie­dział le­karz, a asy­stent znów pod­szedł do łóżka.

"Igła... Te­raz będzie wbi­jał igłę..." - pomyślał Ema­nu­el. Chwi­le tętniły mu prze­raźli­wie w skro­niach.

Te­raz?

Po­czuł ciężkie pchnięcie, ni­czym cios za­da­ny ze wszyst­kich sił... Stłumio­ny i tępy ból ciążył mu strasz­li­wie w bio­drze. Szpon, który wbił się w zdrętwiałe po znie­czu­le­niu ciało, ból da­le­ki i jed­no­cześnie strasz­nie obec­ny.

Otwo­rzył na chwilę oczy i zo­ba­czył przez ko­szulę, jak asy­stent pom­pu­je coś do bu­tel­ki; nic więcej nie wi­dział. Co tam się działo, w jego cie­le? Co robił le­karz?

Głębsze ukłucie igły wy­rwało z nie­go jęk. Długo jesz­cze? Wy­da­wało się, że trwa to już całą wiecz­ność, a asy­stent ciągle pom­po­wał...

W końcu nastąpiła prze­rwa... Ema­nu­el po­czuł, jak igła na­gle się z nie­go wy­su­wa, i ode­tchnął z ulgą. W mięśniach, obok wy­brzu­sze­nia, utrzy­my­wało się jesz­cze strasz­ne napięcie, ale już jako mniej­szy ból, który usta­bi­li­zo­wał się na pew­nym po­zio­mie.

Por­tier­ka zdjęła mu z oczu ko­szulę.

Le­karz prze­cie­rał te­raz ete­rem krwa­wiący lek­ko punkt. Stojąca na sto­le bu­tel­ka pełna była gęste­go żółta­we­go płynu.

- Co to jest? - za­py­tał Ema­nu­el, wy­czer­pa­ny napięciem i emo­cja­mi.

- Ropa, przy­ja­cie­lu! Ropa! - od­parł le­karz tym sa­mym po­czci­wym głosem. - Mu­sisz po­je­chać do Berck i zo­stać tam tak długo, aż się wy­le­czysz. To kwe­stia cza­su i cier­pli­wości. Miałeś wrzód pełen ropy. Nie po­wi­nien utwo­rzyć się znów zbyt szyb­ko... Leż spo­koj­nie. Słyszysz? Leż grzecz­nie na ple­cach... Kie­dy wyjeżdżasz?

- Za kil­ka dni - po­wie­dział wy­czer­pa­ny Ema­nu­el. - Te­le­gra­fo­wałem do ojca i ocze­kuję go pod ko­niec ty­go­dnia. Na pew­no przy­je­dzie pierw­szym pociągiem.

Miał jesz­cze tyle pytań, ale zde­rzył się z nie­wrażliwą twarzą le­ka­rza i po­czuł roz­drażnie­nie na myśl, że w tej obojętności kry­je się pełna wie­dza na te­mat jego cho­ro­by. Le­karz uścisnął mu moc­no dłoń i wy­szedł.

Popołudnie podjęło w po­ko­ju swój bez­sen­sow­ny i smut­ny bieg. Bu­tel­ka z ropą stała na sto­le w całej oka­załości. Kil­ka mie­dzia­nych pro­mie­ni słońca igrało w łagod­nym świe­tle na mu­rze stojącego na­prze­ciw­ko domu.

Ema­nu­el po­czuł w pier­si wielką nie­moc - można by po­wie­dzieć, że od­dy­chał czymś z pu­stej i przygnębiającej treści tego me­lan­cho­lij­ne­go popołudnia.

Próbował czy­tać, ale nic do nie­go nie do­cie­rało; książki były na­pi­sa­ne dla in­ne­go światła; żadna książka na świe­cie nie jest w sta­nie wypełnić ogrom­nej pust­ki ciepłego i in­tym­ne­go dnia na­zna­czo­ne­go nudą i cier­pie­niem. Taki jest nie­uchron­ny smu­tek cza­su cho­ro­by.

Na­prze­ciw­ko, na sza­rym mu­rze, pro­mie­nie za­chodzącego słońca wspięły się aż pod sam dach i okna man­sar­dy za­pa­liły się pur­pu­ro­wy­mi płomie­nia­mi. Nie­ru­cho­my opusz­czo­ny dom roz­dzie­rał mu ser­ce.

Bar­dzo po­wo­li pod­niósł kołdrę, aby obej­rzeć obrzęk. Nie czuł żad­ne­go bólu, a obrzęk zniknął. Spoj­rzał na swo­je na­gie nogi, brzuch, uda, całe ciało...

Co­let­te za­sko­czyła go, gdy li­czył so­bie żebra.

Dni mijały pu­ste i bez­barw­ne, strasz­li­wie długie i smut­ne. W wol­nym cza­sie Co­let­te sie­działa przy nim i wy­szy­wała. Przyszło go też od­wie­dzić paru ko­legów, wra­ca­li ze znaj­dującej się w po­bliżu uczel­ni. Byli prze­siąknięci kwaśnym za­pa­chem la­bo­ra­to­rium, co wpra­wiło go tyl­ko w większe przygnębie­nie. Wte­dy jesz­cze wyraźniej czuł, że jest cho­ry, że jest na wa­ka­cjach...

Leżał bez ru­chu całymi go­dzi­na­mi, z głową ułożoną nie­co wyżej, na po­dusz­kach.

- Przy­uczam się do za­wo­du pa­cjen­ta - mówił do Co­let­te.

Każdego dnia, koło czwar­tej, nasłuchi­wał kroków por­tier­ki roz­noszącej pocztę. Za­wsze jed­nak następowało to samo roz­cza­ro­wa­nie. Żad­ne­go te­le­gra­mu, żad­ne­go li­stu? Nic. Dzień znów po­pa­dał w mo­no­to­nię.

Jed­ne­go wie­czo­ru, po ko­la­cji, Ema­nu­el, leżąc w łóżku pod oknem i prze­rzu­cając ga­zetę, odniósł wrażenie, że ktoś stoi na uli­cy i bacz­nie mu się przygląda. Por­tier­ka za­po­mniała za­mknąć okien­ni­ce. Od­sunął lek­ko zasłonę. Na uli­cy stał i pa­trzył na nie­go oj­ciec.

Ema­nu­el był bar­dzo wzru­szo­ny. Wchodzący do po­ko­ju oj­ciec le­piej ukrył po­ru­sze­nie, kaszląc ci­cho, aby nie drżał mu głos. Ko­chał Ema­nu­ela z in­ten­syw­nością, która tego cza­sem aż prze­rażała. Ema­nu­el czuł na so­bie mo­ralną od­po­wie­dzial­ność za oj­cowską miłość i choćby tyl­ko z tego po­wo­du było mu szcze­rze przy­kro, że za­cho­ro­wał. W ostat­nich dniach ze zgrozą i prze­rażeniem myślał o tym, co by było, gdy­by umarł. "Oj­ciec na pew­no osza­lałby z roz­pa­czy" - po­wie­dział do sie­bie i wy­obra­ził so­bie spo­koj­ne i su­ro­we sza­leństwo tego człowie­ka, który wszyst­ko w życiu robił z zimną krwią. "Taki człowiek jak on może popaść tyl­ko w wyjątko­wo do­brze zor­ga­ni­zo­wa­ny obłęd" - pomyślał jesz­cze Ema­nu­el z ogromną go­ryczą. To też było swe­go ro­dza­ju roz­czu­la­nie się nad sobą.

Po chwi­li at­mos­fe­ra w po­ko­ju zmie­niła się. Oj­ciec Ema­nu­ela wziął sprawę jego cho­ro­by w swo­je ręce jak skom­pli­ko­wa­ny in­te­res, który trze­ba załatwić bez żad­nych strat. Po­sta­no­wił, że naj­pierw sam wy­bie­rze się do Berck, aby rozmówić się z tam­tej­szy­mi le­ka­rza­mi i po­szu­kać od­po­wied­nie­go sa­na­to­rium. Po­je­chał już następne­go dnia i wrócił późno w nocy. Był za­chwy­co­ny.

- Tam się wy­le­czysz. Cho­rzy pro­wadzą tam zupełnie nor­mal­ne życie, w sa­na­to­riach wyglądających jak zwykłe ho­te­le. Na­wet nie czu­jesz, że je­steś cho­ry. Zresztą sam zo­ba­czysz...

Następne­go dnia spa­ko­wa­li go i w południe był już gotów do wy­jaz­du.

W ostat­niej chwi­li por­tier­ka przy­niosła małe za­wi­niątko i pod­sunęła je dys­kret­nie Ema­nu­elo­wi.

- To od pan­ny Co­let­te... - szepnęła.

Kie­ro­wa­ny chy­ba naj­bar­dziej cie­ka­wością, Ema­nu­el otwo­rzył je od razu. Znaj­do­wała się w nim pacz­ka her­ba­ty i kil­ka ko­stek bu­lio­nu.

Her­ba­ta była z pew­nością aluzją do ich miłości.

Co do ko­stek zaś, to Co­let­te przez cały ra­nek głowiła się nad ta­nim i prak­tycz­nym pre­zen­tem, aż przy­po­mniała so­bie, że pod­czas woj­ny mat­ka wysyłała ojcu na front bu­lion w kost­kach, żeby mógł so­bie zro­bić rosół w oko­pach.

"Tam, dokąd je­dzie Ema­nu­el, musi być jesz­cze go­rzej niż w oko­pach..." - ro­zu­mo­wała pro­sto­dusz­nie. "Ta­lerz ciepłego rosołu do­brze mu zro­bi..."

I gdy tak roz­myślała, łzy cisnęły jej się do oczu.

1

Ema­nu­el wszedł po ciem­nych scho­dach. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach środków far­ma­ceu­tycz­nych i spa­lo­nej gumy. W głębi wąskie­go ko­ry­ta­rza roz­po­znał białe drzwi, do których po­le­co­no mu się skie­ro­wać. Wszedł bez pu­ka­nia.

Po­miesz­cze­nie, w którym się zna­lazł, wy­da­wało się jesz­cze star­sze i bar­dziej za­grzy­bio­ne niż ko­ry­tarz. Światło wpa­dało przez jed­no tyl­ko okno i roz­le­wało bladą błękitną poświatę na bałagan w sa­lo­ni­ku, na wa­lające się wszędzie cza­so­pi­sma za­kry­wające mar­mu­ro­wy stół i ma­je­sta­tycz­ne krzesła ubra­ne w białe po­krow­ce ni­czym w wy­godną odzież ochronną, jak przed prze­pro­wadzką.

Ema­nu­el bar­dziej padł na fo­tel, niż w nim usiadł. Za­uważył ze zdzi­wie­niem cie­nie prze­bie­gające przez izbę i od­krył na­gle, że okno w głębi było tak na­prawdę akwa­rium, w którym pływały wol­no czar­ne, tłuste ryby z wyłupia­sty­mi ocza­mi. Przez kil­ka se­kund sie­dział tak ze wzro­kiem utkwio­nym w akwa­rium, śledząc ich le­ni­we sunięcie, aż za­po­mniał nie­mal, po co przy­szedł.

No właśnie, po co tu przy­szedł? Aha! Przy­po­mniał so­bie szyb­ko i za­kasłał ci­cho, aby za­zna­czyć swą obec­ność, ale nikt nie od­po­wie­dział.

Krew tętniła mu ciągle w skro­niach, ale bar­dziej dla­te­go, że całą drogę od dok­to­ra Ber­tran­da biegł, niż z po­wo­du fak­tycz­nych emo­cji. W tym su­ro­wym sta­rym po­ko­ju po­czuł się trochę spo­koj­niej.

Jed­ne z drzwi otwarły się, jakaś ko­bie­ta prze­biegła przez sa­lo­nik i zniknęła w drzwiach na ko­ry­tarz. Ema­nu­el żałował, że nie za­trzy­mał jej i nie po­pro­sił, żeby za­wia­do­miła o jego przy­by­ciu.

Ryby w dal­szym ciągu śli­zgały się smut­no w przytłumio­nym świe­tle. W sali pa­no­wały taka ci­sza i ciem­ność, taki spokój, że Ema­nu­el nie miałby nic prze­ciw­ko, by ten stan trwał całą wiecz­ność. Przyjąłby to z re­zy­gnacją, by po­zo­stać jak najdłużej po dru­giej stro­nie bru­tal­nej praw­dy, którą być może będzie mu­siał za kil­ka mi­nut po­znać.

Za jed­ny­mi z drzwi ktoś za­kasłał krótko, jak­by w spóźnio­nej od­po­wie­dzi na jego wcześniej­sze kaszl­nięcie.

W pro­gu stanęła mała ciem­na po­stać, wyglądająca jak wy­stra­szo­ne zwierzę wy­chodzące z nory.

- Przy­syła pana dok­tor Ber­trand? Tak, tak, wiem, te­le­fo­no­wał do mnie... Ostre bóle w krzyżu, zga­dza się? Prześwie­tle­nie kręgosłupa.

Człowie­czek po­tarł ner­wo­wo dłonie, jak­by chcąc oczyścić je z resz­tek zie­mi, która przy­kleiła mu się do palców, kie­dy kopał norę.

Miał małe, obrzmiałe kre­cie oczy, połyskujące złota­wo w słabym świe­tle.

- Za­raz zo­ba­czy­my, co to ta­kie­go... Proszę za mną.

Ema­nu­el ru­szył za nim, prze­szedł ko­ry­tarz i za­trzy­mał się przed zupełnie ciem­nym po­ko­jem. To stąd wy­do­by­wał się ciężki za­pach spa­lo­nej gumy.

Za­pa­liła się słaba żarówka i jego oczom uka­zała się sala pełna przyrządów me­dycz­nych z ni­klo­wa­ny­mi ru­ra­mi i cyr­ko­wy­mi drążkami.

Wszędzie pełno było prze­wodów elek­trycz­nych. Ema­nu­el stanął zdez­o­rien­to­wa­ny w pro­gu, z oba­wy, że gdy­by wszedł i trącił któryś z nich, mógłby wywołać potężne zwar­cie z trza­ska­mi i iskra­mi.

- Proszę! Proszę! - po­wie­dział le­karz, pra­wie ciągnąc go za rękę. - Może się pan ro­ze­brać tam...

I wska­zał mu skrzy­nię ze śru­ba­mi, ta­jem­niczą ma­szynę służącą wi­docz­nie również za ka­napę. Ema­nu­el po raz pierw­szy w życiu wy­ko­ny­wał tak prostą i in­tymną czyn­ność jak zdjęcie ubra­nia w tak pod­niosłym en­to­ura­ge'u.

Le­karz palił pa­pie­ro­sa, strze­pując bez­tro­sko popiół na podłogę tego prze­rażającego ga­bi­ne­tu, gdzie każdy cen­ty­metr kwa­dra­to­wy wy­da­wał się nałado­wa­ny ta­jem­ni­ca­mi i elek­trycz­nością.

- Proszę zdjąć tyl­ko ko­szulę...

Ema­nu­el był gotów. Zaczął się trząść.

- Zim­no panu? - za­py­tał le­karz. - To po­trwa tyl­ko chwilę.

Zim­ne, przej­mujące ze­tknięcie z bla­sza­nym stołem, na którym się położył, prze­szyło go jesz­cze sil­niej­szym dresz­czem.

- A te­raz uwa­ga... Kie­dy panu po­wiem, wstrzy­ma pan od­dech. Chcę, żeby wyszło do­bre zdjęcie.

Le­karz otwo­rzył i za­mknął me­ta­lo­we pudełko. Żarówka zgasła. Brzęk zwol­nił pre­cy­zyjną za­padkę. Dźwi­gnia spadła wyraźnie pro­stym cięciem w ciem­ności. Prąd zaczął wi­bro­wać głucho jak pod­rażnio­ne zwierzę. Wszyst­ko odbyło się me­ta­licz­nie i pre­cy­zyjnie, jak w tych grach zręcznościo­wych, w których ni­klo­wa­na kul­ka wpa­da z jed­nej prze­gro­dy do dru­giej...

- Te­raz! - po­wie­dział le­karz.

Ema­nu­el wstrzy­mał od­dech. Ser­ce zaczęło mu bić moc­no, nie­mal wpra­wiając w re­zo­nans blachę pod jego ple­ca­mi. Cała ta ciem­ność aż szu­miała mu w uszach.

Znów dał się słyszeć szmer, który wzmógł się i za­raz zgasł gwałtow­nie ni­czym rozżarzo­ny węgiel wrzu­co­ny do wody.

- Może pan od­dy­chać - ode­zwał się znów le­karz.

Rozbłysło światło. Ema­nu­el wpadł na­gle w stan skraj­nej przy­tom­ności umysłu. Po co leżał na tym sto­le? Po co?

Miał całko­witą pew­ność, że jest bar­dzo cho­ry. Wszyst­ko wokół jed­no­znacz­nie to po­twier­dzało. Co zna­czyły wszyst­kie te apa­ra­ty? Na pew­no nie były dla lu­dzi zdro­wych.

I odkąd zna­lazł się tam, pośród nich, osa­czo­ny przez nie...

Le­karz wyciągał płytę z bla­sza­ne­go stołu.

- Proszę się jesz­cze nie ubie­rać... Zo­baczę, czy do­brze wyszło... Proszę tak leżeć.

Le­karz wziął ubra­nie Ema­nu­ela i położył mu je na klat­ce pier­sio­wej, okry­wając ją czu­le; tyl­ko mat­ka tak go otu­lała, kładąc go spać, kie­dy był dziec­kiem.

Co po­wie le­karz? Co wykaże zdjęcie? To strasz­ne zdjęcie...

Znów czuł się do­brze, pod ciepłym i miękkim ubra­niem. Gdy­by bla­cha, na której leżał, nie prze­szy­wała go swo­im nie­przy­jem­nym chłodem i gdy­by mógł oprzeć głowę na czymś in­nym niż me­ta­lo­wa poręcz, może by na­wet zasnął. Trząsł się trochę z zim­na, ale czuł się owładnięty przy­jem­nym i odprężającym zmęcze­niem.

W głębi ko­ry­ta­rza trzasnęły głośno drzwi. Gdzieś w od­da­li życie to­czyło się więc nor­mal­nym try­bem... On czuł się z nie­go wy­ob­co­wa­ny, leżąc tak nago na sto­le ra­dio­gra­ficz­nym, ukry­ty pod ubra­niem.

- Zdjęcie wyszło do­brze - po­wie­dział le­karz, wy­chodząc z ka­bi­ny - ale wy­da­je mi się, że je­den z kręgów jest bar­dzo moc­no za­ata­ko­wa­ny... Bra­ku­je w nim kawałka kości...

Le­karz po­wie­dział to wszyst­ko bar­dzo szybką fran­cusz­czyzną, nie do końca dla Ema­nu­ela zro­zu­miałą, i z prze­rwa­mi, parząc so­bie pal­ce wziętą ze sto­li­ka końcówką pa­pie­ro­sa, którą zaciągał się chci­wie.

Ema­nu­el był zdez­o­rien­to­wa­ny, nie bar­dzo ro­zu­miał. W jed­nym z kręgów bra­ko­wało mu kawałka kości? Ale jak to się stało, że go nie ma? Za­py­tał le­ka­rza.

- Kość jest zżarta... zżarta przez mi­kro­by - od­parł czar­ny człowie­czek. - Zupełnie spróchniała... jak ząb zżarty przez próchnicę.

- W kręgosłupie?

- Tak, ma pan za­ata­ko­wa­ny kręg w kręgosłupie...

"Więc dla­cze­go jesz­cze nie złamałem się wpół, sko­ro oś, która pod­trzy­mu­je całe ciało, jest pęknięta?" - pomyślał Ema­nu­el. Przy­po­mniał so­bie, że miał się ubrać, i wstał z nie­by­wałą ostrożnością, pod­pie­rając się cały czas o apa­ra­ty. W pier­si zro­biła mu się taka pust­ka, że aż słyszał jej dud­nie­nie, wyraźne jak szum musz­li przyłożonej do ucha. Ser­ce biło w próżni wzmoc­nio­ny­mi ude­rze­nia­mi. Czy­li jego ciało mogło w każdej chwi­li złamać się jak zgięte drze­wo, jak szma­cia­na lal­ka...

Pew­ne­go razu w swo­im po­ko­ju w pen­sjo­na­cie za­sta­wił na podłodze pułapkę i w środ­ku nocy złapała się w nią mysz. Ema­nu­el za­pa­lił światło i zo­ba­czył, jak mio­ta się, osza­lała ze stra­chu, w dru­cia­nej siat­ce. O świ­cie my­szy już tam nie było; udało jej się otwo­rzyć drzwicz­ki i uciec. Snuła się jed­nak po po­ko­ju tak oszołomio­na, tak prze­rażona, tak wol­no i nie­pew­nie, że można ją było złapać w rękę. Kil­ka­krot­nie zna­lazła się obok swo­jej dziu­ry, powąchała ją, ale nie weszła do środ­ka... Była zupełnie ogłupiała ze stra­chu i wymęczo­na nocą spędzoną w pułapce.

Ema­nu­el pod­szedł do skrzy­ni, gdzie zo­sta­wił swo­je rze­czy, ostrożnym po­su­wi­stym kro­kiem, który z miej­sca sko­ja­rzył mu się z myszą czołgającą się po podłodze. On też te­raz bar­dziej czołgał się, niż szedł. Utożsa­miał się z tamtą myszą w naj­drob­niej­szych szczegółach. Po­ru­szał się tak samo prze­rażony, tak samo oszołomio­ny jak ona.

Le­karz znów wszedł do ka­bi­ny. Ema­nu­el wpadł wte­dy na po­mysł, by popełnić sa­mobójstwo, wie­szając się na pa­sku od spodni na jed­nym z me­ta­lo­wych drążków. Jed­nak myśl ta była tak słaba i bez­sku­tecz­na, że nie za­wie­rała na­wet ener­gii po­trzeb­nej do pod­nie­sie­nia ręki. Był to z pew­nością świet­ny po­mysł, równie wspa­niały jak na przykład dla my­szy wejście do swo­jej dziu­ry, ale równie mgli­sty i ode­rwa­ny od rze­czy­wi­stości.

Zresztą zo­stał sam tyl­ko na chwilę. Le­karz pod­szedł do nie­go z mokrą jesz­cze kliszą, aby mu ją po­ka­zać. Za­pa­lił większą żarówkę i umieścił zdjęcie w jej świe­tle. Ema­nu­el spoj­rzał zdzi­wio­ny, nie­obec­ny, na cie­nie wy­obrażające jego szkie­let; naj­bar­dziej ta­jem­na i in­tym­na struk­tu­ra jego ciała od­bi­ta była tam w przyćmio­nych, po­nu­rych przej­rzy­stościach.

- O, tu­taj... Tu jest zdro­wy kręg - objaśnił le­karz. - A tu­taj, poniżej, ten, w którym bra­ku­je kawałka kości... Widać wyraźnie, że jest nadwątlo­ny.

I fak­tycz­nie, na zdjęciu widać było wy­szczer­bio­ny kręg.

- To się na­zy­wa cho­ro­ba Pot­ta... Gruźlica kości kręgosłupa.

Wszyst­ko wy­da­wało się bar­dzo ja­sne, sko­ro to wy­szczer­bie­nie miało na­ukową nazwę.

- Poza tym jest tu jesz­cze jed­na po­dej­rza­na rzecz... - po­wie­dział le­karz i po­ka­zał cień w kształcie lej­ka. - Oba­wiam się, że może to być ro­pień... Muszę pana zba­dać w ga­bi­ne­cie.

Przez cały ten czas le­karz mówił nie­prze­rwa­nie, nie patrząc wca­le na Ema­nu­ela. Kie­dy pod­niósł wzrok i zo­ba­czył, jaki bla­dy i zmar­z­nięty jest jego pa­cjent, rzu­cił się do ka­bi­ny, żeby zo­sta­wić tam kliszę, po czym złapał go za ręce i zaczął nim potrząsać.

- Ejże! Co się dzie­je? Od­wa­gi... Więcej od­wa­gi! To można le­czyć... Po­je­dzie pan do Berck... Tam pana wy­leczą... Więcej od­wa­gi... Więcej od­wa­gi!

Pociągnął go za sobą przez ko­ry­tarz i sta­ry sa­lo­nik, gdzie w akwa­rium ryby kon­ty­nu­owały obojętnie swoją her­me­tyczną wędrówkę.

We­szli do ga­bi­ne­tu. Tu­taj też zasłony były zaciągnięte, tu­taj też pa­no­wała ciem­ność, tu­taj też paliła się jed­na tyl­ko żarówka pośrod­ku za­stygłego stru­mie­nia książek i le­karstw. Człowie­czek po­ru­szał się zwin­nie między nimi, wy­naj­dując je nie­mal w bie­gu i roz­po­znając swym zwierzęcym węchem.

- Zo­bacz­my naj­pierw ple­cy - po­wie­dział le­karz.

Ema­nu­el położył się twarzą do dołu na ka­na­pie przy­kry­tej białym przeście­radłem.

Le­karz zaczął po­wo­li i ostrożnie do­ty­kać kręgosłupa, z góry na dół, na­ci­skał każdy kręg jak stro­iciel kla­wi­sze for­te­pia­nu.

W pew­nym miej­scu, w którym na­cisnął moc­niej, za­brzmiał prze­ni­kli­wy ból.

- To właśnie wy­ka­zało zdjęcie... To jest ten cho­ry kręg.

I le­karz na­cisnął jesz­cze raz, i raz jesz­cze za­brzmiała w kręgosłupie ta sama wyraźna nuta bólu.

- Jeśli nie je­stem nie­dy­skret­ny... W ja­kim celu przy­je­chał pan do Fran­cji? - za­py­tał le­karz, ba­dając go cały czas. - Po­znałem po ak­cen­cie, że jest pan cu­dzo­ziem­cem.

- Tak, zga­dza się - od­po­wie­dział Ema­nu­el. - Przy­je­chałem tu na stu­dia.

- A co pan stu­diu­je? - za­py­tał znów le­karz.

- Che­mię - po­wie­dział Ema­nu­el.

- Aha! Che­mię! Lubi pan che­mię, in­te­re­su­je to pana?

"Te­raz in­te­re­su­je mnie tyl­ko to, by przeżyć" - chciał po­wie­dzieć Ema­nu­el, ale się po­wstrzy­mał.

- Jak pan myśli, ro­dzi­ce będą mo­gli utrzy­mać pana tu­taj nad mo­rzem? - ciągnął le­karz. - Po­wi­nien pan dużo od­po­czy­wać, do­brze się odżywiać... a nade wszyst­ko po­trze­bu­je pan dużo spo­ko­ju... Na przykład w Berck, nad brze­giem oce­anu, w którymś z tam­tej­szych sa­na­to­riów.

- Na­piszę do ojca, do Ru­mu­nii - od­parł Ema­nu­el. - Myślę, że mi pomoże.

Dziw­ne - wy­po­wie­dzia­ne przez le­ka­rza słowo "sa­na­to­rium" wywołało na­gle w Ema­nu­elu słod­kie i pełne słońca wspo­mnie­nie, ni­czym po­wiew orzeźwiającej bry­zy w dusz­nej at­mos­fe­rze ga­bi­ne­tu le­kar­skie­go. W zeszłym roku w Te­chir­ghiol, gdzie spędził mie­siąc na le­cze­niu swe­go do­mnie­ma­ne­go reu­ma­ty­zmu (tak wszy­scy le­ka­rze zdia­gno­zo­wa­li jego bóle w krzyżu), prześla­do­wała go ciągle myśl, że wkrótce znaj­dzie się w sa­na­to­rium. Dokład­nie pamiętał ten słonecz­ny po­ra­nek na plaży, w cie­niu pa­ra­so­la, pod którym jego przy­ja­cie­le leżeli na brzu­chu wprost na pia­sku i gra­li w kar­ty, gdy przeszło mu na­gle i ab­sur­dal­nie przez myśl, że po­wi­nien się z nimi pożegnać, mówiąc, że je­dzie do sa­na­to­rium.

Te­raz, w ciem­nym ga­bi­ne­cie, w nikłym świe­tle żarówki, wspo­mnie­nie to było je­dyną po­godną i świeżą rzeczą pośród tych za­ku­rzo­nych pa­pierów.

- A te­raz zo­bacz­my brzuch...

Ema­nu­el przewrócił się na ple­cy. Le­karz położył dłoń na całej po­wierzch­ni skóry, prze­sunął ją lek­ko i znie­ru­cho­miał na­gle, spoglądając Ema­nu­elowi pro­sto w oczy.

- Od daw­na pan to ma?

I wska­zał na dużą okrągłą wy­pukłość na brzu­chu, bli­sko bio­dra, gładką i wyraźnie za­ry­so­waną jak wy­rosła pod skórą łuska ("ogrom­na" - pomyślał Ema­nu­el, zdjęty nagłym prze­rażeniem). Na próżno usiłował so­bie ją przy­po­mnieć. Nig­dy jej nie wi­dział. Wi­docz­nie po­ja­wiła się całkiem nie­daw­no, parę go­dzin temu.

- W każdym ra­zie do­brze, że w porę to od­kry­liśmy - po­wie­dział le­karz. - Gdy­by pękło, to do­pie­ro by na­ro­biło... To zim­ny ro­pień, ropa po­chodząca od cho­rej kości. Trze­ba zro­bić punkcję. Trze­ba ściągnąć ropę strzy­kawką.

Tyle strasz­nych rze­czy wy­da­rzyło się w ciągu ostat­niej go­dzi­ny tak poważnie i spo­koj­nie, tyle wstrząsów miało miej­sce, że Ema­nu­elo­wi, zmęczo­ne­mu sen­sa­cja­mi tego dnia, w jed­nej se­kun­dzie odu­rzającej nieświa­do­mości za­chciało się śmiać.

Wi­zy­ta u dok­to­ra Ber­tran­da, prześwie­tle­nie, za­ata­ko­wa­ny kręg, a te­raz ten ro­pień - wszyst­ko wy­da­wało się z góry ukar­to­wa­ne. Cze­kał tyl­ko, aż ni z tego, ni z owe­go le­karz otwo­rzy drzwi i po­pro­si go do sąsied­nie­go po­ko­ju: "Bar­dzo proszę! Gi­lo­ty­na już cze­ka!".

Ale le­karz mil­czał, nie od­ry­wając wzro­ku od wrzo­du.

- I co te­raz? - za­py­tał ci­cho Ema­nu­el, głosem jak­by nie z tego świa­ta.

- No cóż, punk­cja! - od­parł le­karz. - Naj­pierw punk­cja! Su­ge­ro­wałbym panu, żeby wy­ko­nał ją dok­tor Ber­trand, ten, co przysłał pana do mnie na prześwie­tle­nie. Za­raz do nie­go za­dzwo­nię, jeśli pan chce. Ma bar­dzo pewną rękę. Zresztą to nie jest żadna poważna ope­ra­cja. Zwykłe ukłucie igłą i po wszyst­kim. Za­dzwo­nię do nie­go, by przy­szedł do pana z całym po­trzeb­nym sprzętem. Jaki jest pana ad­res?

Pod­czas gdy le­karz za­pi­sy­wał ad­res w no­te­sie, Ema­nu­el, który słuchał jego wy­wo­du z za­par­tym tchem, wziął lek­ki od­dech, aby rozłado­wać napięcie.

- A później, za kil­ka dni, po­je­dzie pan do Berck, nad mo­rze.

- Do Berck? - za­py­tał Ema­nu­el. - Gdzie to jest?

Le­karz zdjął z półki ogrom­ne­go La­ro­us­se'a i otwo­rzył go na ma­pie Fran­cji.

- O tu­taj. Proszę spoj­rzeć... Tu jest kanał La Man­che, a tu, poniżej Bo­ulo­gne, Berck. Nie ma go na ma­pie. To mała plaża za­gu­bio­na wśród wydm, nad­mor­skie mia­stecz­ko, do którego przy­jeżdżają z całego świa­ta cho­rzy tacy jak pan, żeby się wy­le­czyć. Muszą leżeć w gip­sie, ale pro­wadzą całkiem nor­mal­ne życie. Na­wet jeżdżą na prze­jażdżki, leżąc w spe­cjal­nych po­wo­zach ciągniętych przez ko­nie lub osiołki.

Le­karz wy­rzu­cał z sie­bie te objaśnie­nia uczo­nym, mru­kli­wym to­nem, wpa­trując się sta­le w mapę, jak gdy­by czy­tał to wszyst­ko ze słowni­ka.

- A jeśli wrzód pęknie, za­nim zdążę dojść do domu? - za­py­tał Ema­nu­el.

Chciał jesz­cze za­py­tać o całą masę in­nych rze­czy: czy w dro­dze do pen­sjo­na­tu nie złamie mu się kręgosłup, czy nie przewróci się na uli­cy, czy głowa nie spad­nie mu z kar­ku i nie po­to­czy się po chod­ni­ku jak kula do kręgli. Od kil­ku mi­nut czuł, że jego ciało jest na­der słabo po­skle­ja­ne. W hu­tach szkła ro­bot­ni­cy bawią się, wrzu­cając do wody kawałki sto­pio­ne­go two­rzy­wa, które tward­nieją i stają się bar­dziej wy­trzy­małe niż zwykłe szkło, tak że można w nie walić młotem, ale jeśli od­pryśnie choć je­den drob­ny kawałeczek, cała masa roz­pa­da się w pył. Czy je­den po­kru­szo­ny kręg nie star­czyłby więc, aby obrócić w proch całe ciało? Cho­ra kość mogłaby odpaść na­gle Ema­nu­elo­wi na uli­cy, a wte­dy runąłby na zie­mię i zo­stałaby po nim tyl­ko kup­ka dymiącego po­piołu.

Le­karz uspo­koił go na­uko­wy­mi i me­dycz­ny­mi ar­gu­men­ta­mi. Co do ho­no­ra­rium, to nie chciał nic przyjąć.

- Od stu­dentów nie biorę pie­niędzy... - W jego małych oczkach paliły się żywe iskry. Ema­nu­ela ogarnęła tak roz­tkli­wiająca czułość, że aż łzy napłynęły mu do oczu. Zaczął dziękować dok­to­ro­wi z prze­sadną wy­lew­nością. Ucze­pił się tej wdzięczności z fre­nezją wy­zwo­le­nia. Miał ochotę rzu­cić się le­ka­rzo­wi do stóp i bić przed nim czołem.

- Dziękuję, pa­nie dok­to­rze!

Ho­san­na! Ho­san­na! Ubrał się śpiesz­nie i wy­szedł przez ten sam sta­ry sa­lo­nik.

- Od­wa­gi! - rzu­cił jesz­cze le­karz ze schodów, mlasnąwszy lek­ko języ­kiem, jak tre­ser zachęcający zwierzę do sko­ku przez obręcz.

"Od­wa­gi! Od­wa­gi!" - roz­brzmie­wało we wnętrzu Ema­nu­ela echo, od­bi­jając się od ścian klat­ki pier­sio­wej.

W ten sposób zna­lazł się na­gle na środ­ku uli­cy, w pełnym świe­tle dnia. Było to jak gwałtow­ne i ogrom­ne roz­ciągnięcie się świa­ta. A więc ciągle ist­niały domy, praw­dzi­wy as­falt i da­le­kie nie­bo, za­mglo­ne i białe. Opusz­czał świat zewnętrzny w ta­kim właśnie świe­tle i za­sta­wał go te­raz ta­kim sa­mym, może tyl­ko bar­dziej roz­ległym i pu­stym oraz za­wie­rającym więcej czy­ste­go po­wie­trza i mniej rze­czy niż ciem­ne izby miesz­ka­nia le­ka­rza. Wszyst­ko jed­nak wy­da­wało się o wie­le bar­dziej smut­ne i obojętne... Te­raz wkra­czał w ten świat cho­ry Ema­nu­el, z nad­je­dzo­nym kręgiem, nieszczęśnik, na którego dro­dze domy od­su­wały się na bok ze stra­chu. Szedł miękkim chod­ni­kiem, tak jak­by płynął po as­fal­cie. W tym cza­sie, gdy sie­dział za­mknięty w ga­bi­ne­cie le­ka­rza, świat dziw­nie się roz­rze­dził. Kon­tu­ry przed­miotów ist­niały jesz­cze, ale ta cien­ka nit­ka, co - jak na ry­sun­ku - ota­cza dom, czy­niąc z nie­go dom, lub wy­zna­cza ob­rys człowie­ka, ten kształt, za­my­kający rze­czy i lu­dzi, drze­wa i psy, le­d­wie utrzy­my­wał w swo­ich gra­ni­cach go­tową się roz­paść ma­te­rię. Wy­star­czyłoby, aby ktoś ode­rwał ową nitkę z krawędzi przed­miotów, a te wspa­niałe domy, po­zba­wio­ne swo­ich form, upłynniłyby się na­gle w jed­no­li­cie mętnej i sza­rej ma­te­rii.

On sam był już tyl­ko cie­le­sno-kostną masą pod­trzy­my­waną przez sztyw­ność ob­ry­su.

Za­sko­czyła go myśl, że nic jesz­cze tego dnia nie jadł. Skąd ta myśl w ta­kiej chwi­li? Ema­nu­el stwier­dził z go­ryczą, że w tym roz­my­tym i nie­spo­istym świe­cie miał ciągle do wy­ko­na­nia bar­dzo kon­kret­ne czyn­ności.

Po­szedł w stronę re­stau­ra­cji. Stołował się w małej jadłodaj­ni stu­denc­kiej w sta­rej części mia­sta. Przy­cho­dzi­li tam również urzędni­cy i ro­bot­ni­cy; jadało się szyb­ko i nie­zbyt smacz­nie, był za­wsze tłok i klien­ci cze­ka­li na stojąco na wol­ne miej­sce, które zaj­mo­wa­li jesz­cze ciepłe.

Po raz pierw­szy przy­cho­dził tu tak późno, kie­dy wszy­scy już so­bie po­szli. Na sali było pu­sto, ci­cho i ciem­no od dymu. W kącie jadły kel­ner­ki. Ka­sjer­ka jadła przy ka­sie, za drew­nianą ladą, jak­by była ska­za­na na wypełnia­nie tam wszyst­kich życio­wych funk­cji, usa­do­wio­na na krześle i uwięzio­na w sztyw­nej klat­ce. W re­stau­ra­cji pa­no­wała przytłaczająca ci­sza, jak po ja­kimś ka­ta­kli­zmie. Krzesła leżały po­roz­rzu­ca­ne i Ema­nu­el zna­lazł tyl­ko je­den sto­lik przy­kry­ty białym ob­ru­sem. Wszyst­kie po­zo­stałe były już sprzątnięte.

Usiadł po­wo­lut­ku, uważając, aby nie prze­bić wrzo­du.

Ota­czające go ścia­ny, po­kry­te wiel­ki­mi lu­stra­mi w brązo­wych ra­mach, od­bi­jały z po­miesz­cze­nia w po­miesz­cze­nie tę samą pustą salę z co­raz to bar­dziej ma­to­wym, zie­lon­ka­wym po­wie­trzem, tak że w ostat­nich, naj­dal­szych lu­strach sala sta­wała się już wod­ni­sta jak akwa­rium w sa­lo­ni­ku le­ka­rza.

W od­da­li, w zatęchłych i ciem­nych wo­dach, pływała na­brzmiała kar­pia twarz ka­sjer­ki, sa­mot­na i bla­da, z okrągłym, zim­nym okiem o le­ni­wym spoj­rze­niu.

Była ona zresztą je­dy­nym zwierzęciem w tych oce­anicz­nych głębi­nach, a Ema­nu­el - je­dy­nym to­piel­cem.

3

Dzień prze­cho­dził w ciepły i gro­bo­wy paździer­ni­ko­wy zmierzch. Przed okna­mi wa­go­nu prze­su­wały się mie­dzia­no­czer­wo­ne pola, zgniłe od pochłania­ne­go przez całe lato słońca. Ema­nu­el z oj­cem je­cha­li sami w prze­dzia­le, ogar­nięci jed­nym uczu­ciem nie­mej bli­skości. To­wa­rzy­szył im rytm wy­bi­ja­ny przez sta­re żela­stwo pociągu, brzmiący jak szyb­kie ude­rze­nia po­sta­rzałego, me­cha­nicz­ne­go ser­ca, ukry­te­go pod wa­go­nem.

Na małym dwor­cu, na którym pociąg stał tyl­ko przez mi­nutę, prze­sie­dli się do ko­lej­ki z wąski­mi wa­go­na­mi, ze starą i gar­batą jak wielbłąd lo­ko­mo­tywą. W wa­go­nie były tyl­ko dwie ławki, wzdłuż ścian, z jed­nej i z dru­giej stro­ny, jak w tram­wa­ju.

Po chwi­li pociąg ru­szył nie­pew­nie, chy­bocząc się na to­rach. Wszyst­kie szy­by zaczęły głośno pobrzękiwać, jak­by bały się podróży. Ema­nu­el obej­rzał się raz jesz­cze na mały biały dwo­rzec z różowy­mi gli­cy­nia­mi w oknach. Później ktoś zaciągnął zasłonkę i kra­jo­braz po­zo­stał na zewnątrz jak ucięty nożycz­ka­mi.

W wa­go­nie cisnęło się mnóstwo lu­dzi z pa­kun­ka­mi i ko­sza­mi; tłum na­pie­rał na ławki... dzie­ci popłaki­wały z ci­cha... Ale gdy tyl­ko pociąg ru­szył szyb­ciej, w całym wa­go­nie zaczęła się ożywio­na roz­mo­wa i na­stał szum wza­jem­ne­go zro­zu­mie­nia i życz­li­wości.

Wszy­scy je­cha­li do Berck. Rol­nik w nie­dziel­nym ubra­niu, z bu­kie­tem po­lnych kwiatów w ręce, opi­sy­wał sze­ro­ki­mi ge­sta­mi cho­robę syna szczupłej ele­ganc­kiej pani w sza­rym ta­il­leur3.

Na sa­mym prze­dzie sie­działo na ławce dwo­je młodych ro­dziców odwożących dziec­ko do sa­na­to­rium. Był to chu­dy i bla­dy chłopczyk w ma­ry­nar­skim ubran­ku, z nogą owi­niętą w ban­daże. Ręce, cien­kie i zmęczo­ne, zwi­sały mu jak szma­cia­nej lal­ce. Mat­ka trzy­mała go na rękach, pod­czas gdy on, wodząc zdez­o­rien­to­wa­nym wzro­kiem po wa­go­nie, przyglądał się ba­daw­czo wszyst­kim tym nie­zna­jo­mym lu­dziom.

Ema­nu­el zo­stał na­gle za­gad­nięty przez sąsiadkę, sta­ruszkę w żałobie.

- Je­dziesz do Berck? - za­py­tała. - Je­steś cho­ry?

Mówiła pod­nie­sio­nym głosem, usiłując prze­krzy­czeć podwójny zgiełk pociągu i po­wszech­nej roz­mo­wy.

- Gdzie cię boli? Tu? Czy tu?

Po­ka­zała naj­pierw na bio­dro, a później na ple­cy.

- Tak, tu­taj, w krzyżu - od­po­wie­dział Ema­nu­el.

Sta­rusz­ka zro­biła usta w ciup i po­ki­wała współczująco głową.

- A masz ro­pień? - ciągnęła.

Ema­nu­el nie przesłyszał się, za­py­tała o ro­pień. Ale skąd ta ko­bie­ta wie­działa, co to ta­kie­go ro­pień? Przy­brał tak zdzi­wio­ny wy­raz twa­rzy, że sta­rusz­ka pośpie­szyła z wyjaśnie­niem.

- No bo, wi­dzisz, ja trochę się znam na me­dy­cy­nie. Tyle już cza­su jeżdżę do Berck, że zdążyłam się tego wszyst­kie­go na­uczyć. Mam tam cho­re­go syna.

Ema­nu­el nic nie od­po­wie­dział, po­czuł jed­nak po chwi­li, że ktoś szar­pie go za rękaw.

- Pytałam cię o coś - podjęła na nowo sta­rusz­ka. - Masz ro­pień czy nie?

- Tak, mam - od­po­wie­dział trochę opry­skli­wie Ema­nu­el. - I co z tego?

Tym ra­zem sta­rusz­ka nic nie po­wie­działa. W ka­li­gra­fii zmarsz­czek na jej twa­rzy po­ja­wił się wyraźny znak wiel­kie­go za­smu­ce­nia. Półgębkiem ośmie­liła się jesz­cze za­py­tać, czy ro­pień jest sfi­stu­li­zo­wa­ny.

- Co to zna­czy "sfi­stu­li­zo­wa­ny"? - za­py­tał za­sko­czo­ny Ema­nu­el.

- To zna­czy, czy pękł... Czy ma dziurkę, przez którą wy­cie­ka płyn...

- Nie - od­po­wie­dział Ema­nu­el. - Na ra­zie le­karz ściągnął ropę strzy­kawką i widzę, że opu­chli­zna zeszła.

Pociąg potrząsał ciągle swo­im sta­rym żela­stwem, a jego hałas nakładał się ci­cho na roz­mowę jak tło chóral­ne­go mur­mu­ran­do na śpiew so­listów w ope­rze. Prze­jeżdżali te­raz przez wy­dmy pod mia­stem. Do Berck zo­stało już tyl­ko kil­ka mi­nut. Cała podróż nie trwała na­wet kwa­dran­sa.

- To do­brze, że ro­pień nie jest sfi­stu­li­zo­wa­ny - mruknęła sta­rusz­ka.

- A gdy­by był? - spy­tał nie­obec­nym głosem Ema­nu­el.

- To zmie­nia po­stać rze­czy...

I na­chy­liw­szy się w jego stronę, wy­szep­tała mu do ucha jed­nym tchem:

- W Berck po­wia­dają, że otwar­ty ro­pień to bra­ma otwar­ta śmier­ci...

- Co ona po­wie­działa? - za­py­tał oj­ciec.

- Myślisz, że coś zro­zu­miałem? Mówi tak szyb­ko...

Ko­lej­ka za­skrzy­piała zmęczo­na, ściągając ha­mul­ce. Byli na miej­scu. Dwo­rzec nie różnił się ni­czym od in­nych dworców na pro­win­cji. Wy­so­ki pan o ku­lach cze­kał na panią w sza­rym ta­il­leur. Oprócz nie­go na pe­ro­nie nie było ni­ko­go. Naj­większe za­sko­cze­nie cze­kało jed­nak na Ema­nu­ela do­pie­ro przy wyjściu.

Pod­czas gdy kie­row­ca łado­wał wa­liz­ki do sa­mo­cho­du, on za­trzy­mał się na kil­ka se­kund na pla­cy­ku przed dwor­cem i rozglądał się dokoła. Na­gle osłupiał.

A to co ta­kie­go? Prze­nośna trum­na czy no­sze? Jakiś człowiek leżał na wąskim drew­nia­nym łóżku, czymś w ro­dza­ju ramy z ma­te­ra­cem, osa­dzo­nej na szkie­le­cie z czte­re­ma gu­mo­wy­mi kołami. Był jed­nak nor­mal­nie ubra­ny od stóp do głów. Miał kra­wat, be­ret na głowie i ma­ry­narkę, a jed­nak nie ru­szał się, nie wsta­wał, by cho­dzić jak inni. Leżąc tak, kupił od han­dla­rza ga­zetę, zapłacił, otwo­rzył ją i zaczął czy­tać z głową wspartą o po­dusz­ki, pod­czas gdy jakiś człowiek stojący z tyłu zaczął pchać wózek po uli­cach mia­sta.

- Patrz! - po­wie­dział oj­ciec. - Tu­taj wszy­scy cho­rzy pro­wadzą nor­mal­ne życie. Są kom­plet­nie ubra­ni, jeżdżą po mieście... Tyle że w po­zy­cji leżącej... To wszyst­ko... Zo­ba­czysz jesz­cze in­nych, jak sami kie­rują po­wo­zem...

Ema­nu­el był zbyt oszołomio­ny, aby móc sku­pić myśli. W sa­mo­cho­dzie wyglądał ciągle przez okno, chcąc doj­rzeć ja­kie­goś cho­re­go w po­wo­zie, ale żad­ne­go nie zo­ba­czył. Na zakręcie między dwo­ma rzędami wy­so­kich domów po­ja­wiła się przez chwilę, w głębi, la­zu­ro­wa, błyszcząca li­nia oce­anu, spo­czy­wająca na pia­sku jak płonąca szpa­da.

W pro­gu sa­na­to­rium cze­kał na nich dy­rek­tor. Wejście było ozdo­bio­ne dwie­ma wiel­ki­mi eg­zo­tycz­ny­mi rośli­na­mi. Fa­jan­so­we wa­zo­ny oraz czar­ny, ga­lo­wy strój dy­rek­tora i jego białe ge­try nada­wały temu po­wi­ta­niu bar­dzo te­atral­ny cha­rak­ter. Dy­rek­tor po­chy­lił się i uścisnął naj­pierw dłoń ojca, a później dłoń Ema­nu­ela. Miał moc­no upu­dro­wa­ne po­licz­ki i właśnie wy­rzu­cił nie­do­pałek cy­ga­ra, które jesz­cze przed chwilą palił. Kie­dy tak trzy­mał cy­ga­ro w kąciku ust, na twa­rzy od­ci­skały mu się długie psie zmarszcz­ki, tak że przy­po­mi­nał do złudze­nia ubra­ne­go w czer­wo­ny frak por­ce­la­no­we­go mop­sa na po­piel­nicz­ce. "Jaka szko­da, że nie ma fra­ka" - pomyślał Ema­nu­el.

W sa­na­to­rium pa­no­wała przytłaczająca ci­sza, jed­nak ko­ry­ta­rze wyglądały jak zwykłe ho­te­lo­we ko­ry­ta­rze: białe drzwi z ko­lej­ny­mi nu­me­ra­mi. Pokój Ema­nu­ela znaj­do­wał się na trze­cim piętrze. Wje­cha­li na nie wol­no windą wy­dającą ci­che, stłumio­ne odgłosy. Dy­rek­tor otwo­rzył drzwi w głębi ciem­ne­go ko­ry­ta­rza. Widać było wyraźnie, że to tani pokój. Całe ume­blo­wa­nie składało się z sza­fy, stołu i żela­zne­go łóżka. W kącie stała to­a­let­ka z ogrom­nym nie­bie­skim dzba­nem z ema­lio­wa­nej bla­chy.

- I jak ci się tu po­do­ba? - za­py­tał oj­ciec, kie­dy dy­rek­tor wy­szedł.

A co miało mu się tu po­do­bać? Położył się zmęczo­ny na łóżku i za­mknął oczy. W głowie dźwięczała mu ciągle jaz­da pociągiem i po­brzmie­wały strzępy roz­mo­wy ze sta­ruszką w żałobie. Dni spędzo­ne w łóżku strasz­nie go osłabiły. Oj­ciec za­pa­lił światło. W po­ko­ju za­pa­no­wała nie­przy­jem­na i dziw­na at­mos­fe­ra nędzne­go ho­te­lu, w którym spędza się jedną noc prze­jaz­dem.

Na­gle ktoś za­pu­kał do drzwi.

- Eva! - przed­sta­wiła się oschle pielęgniar­ka, wchodząc do po­ko­ju. Miała tak długi i spi­cza­sty nos, że na­wet gdy­by ob­ra­cała głowę na różne stro­ny, to i tak wyglądałaby ciągle jak z pro­fi­lu.

Wy­wie­działa się krótko o cho­robę Ema­nu­ela.

- Tu­taj się pan wy­le­czy - mruknęła znu­dzo­nym fa­cho­wym to­nem.

- Dużo jest tu­taj cho­rych na to, co ja? - za­py­tał. - Wszy­scy mają za­ata­ko­wa­ny kręg?

Eva wzniosła ręce ku górze ni­czym an­tycz­na su­pli­kant­ka.

- Kręg? Je­den kręg? Ech! Są tacy, co mają za­ata­ko­wa­nych dzie­sięć kręgów z rzędu... Inni ko­la­no... Udo... Pal­ce u rąk... Kostkę... Myślałeś, że je­steś sam? Ha, ha!

Zaśmiała się krótko i su­cho.

Ema­nu­el przejął się zwłasz­cza tym kręgosłupem z za­ata­ko­wa­ny­mi dzie­sięcio­ma kręgami z rzędu i od razu wy­obra­ził so­bie za­po­mnia­ne­go w po­piel­nicz­ce pa­pie­ro­sa, z wol­na na całej swej długości za­mie­niającego się w popiół. "Przeklęte próchno" - pomyślał.

- A dok­tor Cériez? - za­py­tał oj­ciec Ema­nu­ela. - Kie­dy będzie w kli­ni­ce? Roz­ma­wiałem z nim, kie­dy byłem tu wcześniej...

- O, to bar­dzo do­brze! Bar­dzo do­brze! - prze­rwała mu Eva. - Tak się składa, że dok­tor Cériez jest właśnie w sa­na­to­rium. Przy­szedł do pa­cjen­ta po ope­ra­cji. Pójdę go zawołać.

Ema­nu­el leżał na łóżku, spo­koj­ny i wy­czer­pa­ny. Wokół nie­go mio­tał się oj­ciec, drzwi otwie­rały się i za­my­kały, działo się wie­le rze­czy, ale on nie brał już w nich udziału. Można by po­wie­dzieć, że świat stał się na­gle gęstszy i bar­dziej nie­ostry... Je­dyną rzeczą, która utrzy­my­wała się w nim wyraźnie, było ogrom­ne wy­cieńcze­nie. Gdzieś da­le­ko, w jed­nym z po­koi, la­men­to­wał ast­ma­tycz­nie i rzew­nie akor­de­on.

Pielęgniar­ka wróciła po kil­ku mi­nu­tach w to­wa­rzy­stwie dok­to­ra Cérie­za.

Był to młody jesz­cze mężczy­zna, bar­dzo wy­so­ki i ple­czy­sty, ale już lek­ko szpa­ko­wa­ty. Miał wspa­niałą lwią czu­prynę, za­cze­saną sta­ran­nie do tyłu, i na­laną, ka­mienną twarz. Tyl­ko po­god­ne nie­bie­skie spoj­rze­nie za­wie­rało w so­bie kon­tra­stujący z wy­ra­zem twa­rzy od­cień bez­gra­nicz­nej do­bro­ci i wpro­wa­dzało do rysów dok­to­ra mie­szankę dzie­cin­ności i su­ro­wości.

Zba­dał dokład­nie Ema­nu­ela, obej­rzał zdjęcia, po­ma­cał ro­pień i również stwier­dził gruźlicę kręgu.

- Tu­taj, w Berck, po­wie­trze jest rześkie i ożyw­cze. Sta­raj się jak najczęściej wyjeżdżać po­wo­zem i dużo od­po­czy­waj...

Po czym zwrócił się do pielęgniar­ki:

- Na ra­zie zo­staw­my go tak, jak jest... Ju­tro przy­wie­zie­cie mu wózek... A za parę dni, kie­dy już się przy­zwy­czai do po­zy­cji leżącej, założymy mu gips...

- Gips - wy­szep­tał prze­rażony Ema­nu­el. Le­karz odwrócił się w jego stronę.

- To nic ta­kie­go... Na­prawdę nic ta­kie­go! Będziesz so­bie leżał w gor­se­cie wy­god­nie jak w fo­te­lu... Mogę ci to za­gwa­ran­to­wać.

Podał mu rękę i wziął ka­pe­lusz, gotów do wyjścia. Za­trzy­mał się jesz­cze na chwilę.

- Znasz kogoś w sa­na­to­rium? Zdążyłeś się już z kimś za­przy­jaźnić?

I kie­dy Ema­nu­el potrząsał przecząco głową, le­karz dodał:

- Przyślę ci Er­ne­sta. To do­bry chłopak, na pew­no znaj­dziesz z nim wspólny język...

I wy­szedł śpiesz­nie. Oj­ciec Ema­nu­ela za­mknął za nim po­wo­li i z sza­cun­kiem drzwi, jak­by dok­tor po­przez zwykłe do­tknięcie klam­ki nasączył ją flu­ida­mi swo­jej zna­ko­mi­tej oso­by.

- Wi­dzisz? - po­wie­dział jo­wial­nie, za­cie­rając ręce.

Całą sprawę cho­ro­by uważał te­raz za pomyślnie załatwio­ny in­te­res.

Ema­nu­el cze­kał jesz­cze przez jakiś czas na Er­ne­sta, ale ten chy­ba nie za­mie­rzał przyjść tego wie­czo­ru. Zaczął roz­bie­rać się do spa­nia. Nie chciało mu się ani jeść, ani pić. Błogie znużenie roz­le­wało się po całym jego cie­le.

W ciem­ności, która za­padła w po­ko­ju, echo akor­de­onu nałożyło się me­lan­cho­lij­nie na ko­niec dnia.