Zabł(ę)dzeni - Łukasz Orzechowski

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ciepły, wiosenny deszcz

Zbliżyła się do okna. Stąpała bardzo delikatnie, niemal płynęła w powietrzu.

Narzucona, półprzezroczysta lniana koszula nocna muskała drewnianą podłogę i łaskotała ją w stopy. Podeszła, oparła się o parapet i spojrzała tak daleko, jak tylko potrafiła. Miała wrażenie, że myślami sięga już poza horyzont. z okna rozciągał się przepiękny widok na pola usiane żytem, gdzieniegdzie tylko widać było samotne stare drzewo, drewnianą chatę lub przemykający się polną drogą samochód.

"Jestem w Raju" - pomyślała. Było około południa. Zawsze wstawała o tej porze. Nigdzie przecież się jej nie spieszyło. Nie było powodu do pośpiechu. Poczęła przyglądać się szczegółom krajobrazu. Najbliższe drzewo po prawej, nie, lewej stronie przybrało zadziwiającą pozę rozkładając swe ramiona w pokłonie a jednocześnie obracając się w stronę swego towarzysza, jak gdyby chciało mu się rzucić na szyję.

"Siła przyjaźni" - pomyślała. - "Tajemnicza moc, przyciągająca ku sobie dwie istoty, tak odmienne, a jednak takie same, prawdziwa, bezinteresowna, tylko jeden krok dzieli ją od miłości. Która opiera się przecież głównie na przyjaźni." Dalej rozciągały się połacie pól, upstrzonych pracującymi o tej porze ludźmi. Błękitne niebo odbijało się od srebrzystej strugi, przemykającej się pośród zbóż i zielonych traw. Słońce paliło niemiłosiernie. Dawało się we znaki nawet tu, w zacienionym, drewnianym domku. Współczuła ludziom, pracującym na polu. A jednocześnie wiedziała, że nie powinna. Każdy z nich był doskonale świadom tego, co robi, sam dokonał wyboru, obrał taką, nie inną drogę. Potrafiła tak godzinami stać, oparta o parapet, wpatrywać się w krajobraz, szczególnie wybiegać myślami daleko poza horyzont. Nigdy tam nie była. Urodziła się tutaj i tutaj pozostała. A jednak nie chciała zmian. Tutaj wszystko było znajome. Tam czekały na nią poważne zmiany, musiała się przystosować do nowego życia, nowych norm, nowych zasad. To było wygodne. Mieszkała tutaj, nigdzie indziej, w małym, drewnianym domku pośród pól obsianych zbożem, który znała od dzieciństwa. Tutaj się urodziła. Najbardziej jednak lubiła jesień. Bo wtedy padał deszcz. Wtedy wszystko było inne, piękniejsze. Siadała wtedy na ganku, otulała się kocem, i tak trwała bez ruchu, zasłuchana w śpiew kropli, uderzających o płot, dach, bijących o szyby. Nie przeszkadzało jej wtedy, że wracała do domu całkowicie mokra. To nie miało znaczenia. Nie wtedy. Wtedy wszystko było piękniejsze. Inne. Lepsze.

Była wiosna. Dziwna pora roku. Stała już przed oknem dobrych kilka godzin. Nie wychodziła na zewnątrz, upał był nie do zniesienia. Lepiej było jej w środku. w cieniu.

Cały czas rozmyślała. o życiu, o miłości, której jej brakowało. o celu ludzkiego istnienia. i nagle to usłyszała. Najpierw pojedyncze uderzenia. Puk. Puk. Potem nerwowe pukanie palcami o szybę. Coraz głośniejsze i częstsze. Wiedziała już. Bez chwili zastanowienia wybiegła przed dom. Poczuła chłodny powiew. i szum. i usłyszała szum, niczym wodospad. Powoli zbliżał się w jej stronę. Ludzie poczęli zbierać swoje narzędzia. Powoli schodzili z pola. Nikomu się nie spieszyło. Ona rozłożyła ręce, uczucie wolności, którego tak jej brakowało. Tak wiele czasu minęło. Szum narastał, aż wreszcie ogarnął całą okolicę. Rzeka łez zalała okolicę. Olbrzymie fale, niczym bicze omiatały ją z każdej strony. Była mokra od stóp po sam czubek głowy. Biała lniana koszula przylgnęła całkowicie do jej nagiego ciała. Czuła się wolna. Swobodna. Czuła się sobą. Poczęła obracać się, wreszcie padła na plecy. Zaczęła się śmiać. Jak dziecko.

Brakowało jej tego. Jeszcze raz spojrzała na okolicę. w deszczu świat wyglądał inaczej. Czekała na deszcz. Tylko w deszczu mogła oglądać świat. Tylko podczas deszczu jej oczy widziały. Krople spływały po drzewach, omiatały płot i ganek. Spływały po twarzach ludzi. Chłonęła te obrazy. Musiała je zapamiętać, nie wiadomo kiedy znów zdarzy się cud. Kiedy znowu spadnie ciepły, wiosenny deszcz...

Strach

Wyobraź sobie następującą sytuację: Jesteś sam. Dookoła jedynie ciemność, peron oświetla jedna lampa, której mizerna poświata wcale nie daje poczucia bezpieczeństwa. Nagle słyszysz za sobą czyjeś kroki, delikatny powiew wiatru upewnia Cię, iż nie jesteś sam. Szelest narasta, słychać już skrzypienie ciężkich butów na zmrożonym śniegu. Odwracasz się. Peron jest pusty... Jest zima. Pora roku nie zachęca do pieszych wędrówek, toteż większość ludzi podróżuje doskonale rozbudowaną siecią kolei. Pociągi jeżdżą jeden za drugim. Na stacjach wielkich miast panuje tłok nie do zniesienia. Zaduch, dym z papierosów, nie pozwalają oddychać. Tu i ówdzie uważny wzrok obserwatora napotkać może przedstawicieli biedoty, proszących o skromne datki. Na ogromnej tablicy wyświetlane są informacje o pociągach, opóźnieniach w rozkładzie jazdy, jednym słowem wszystko, co pasażerowi nie jest przydatne, na domiar złego tworzy się większy zamęt. Nagle na tablicy pojawia się informacja o odjeździe najbliższego składu, zapewne do jakiegoś większego miasta, może nawet do stolicy. Gwar, krzyki narastają, ludzie zaczynają przeciskać się do wejść na perony. Powstaje ogólny zamęt. Ktoś upuścił walizkę. Teraz schyla się po nią tamując ruch, ktoś rzuca w jego stronę kilka przekleństw. Sytuacja staje się nie do zniesienia. Panująca na dworcu atmosfera udzielić się może nawet największemu stoikowi. I skutecznie wyprowadzić go z równowagi. Dopiero południe. Masz dość czekania, idziesz więc do informacji, szukasz innego połączenia. Bezskutecznie. Z powodu warunków atmosferycznych linie drugorzędne zostały zamknięte. Czekasz na stacji, rozmawiasz z pasażerami, wsłuchany w smętną melodię dobywającą się z głośników radia, stojącego opodal baru. Czujesz się obco. Gdy już masz zamiar opuścić dworzec główny, perony obiega informacja o dodatkowym połączeniu kolejowym. Wstajesz, jednak bez nadziei. Przecież jest tylu chętnych. Idziesz powoli w kierunku właściwego wejścia, nie spieszysz się. Wjeżdża pociąg. Nowe wagony lśnią w południowym słońcu, poduszki powietrzne pracują niemal bezszelestnie. Wydaje się, iż to wiatr płata figle zmęczonym ciągłym hałasem uszom. Wagony z mozołem zatrzymują się, wysiada konduktor. Stajesz przed drzwiami razem z gromadą innych Tobie podobnych. Wszyscy czekają w milczeniu, wpatrzeni w wysokiego mężczyznę, zapewne w średnim wieku, któremu praca przypadła pewnie poprzez zaprzyjaźnionego syna dyrektora lub innego wysokiego urzędnika. Konduktor jednak nie patrzy na ściśniętą gromadę, patrzy na Ciebie. Udajesz, że nie widzisz tego wzroku. Odwracasz głowę, postanawiasz zawrócić, pojechać autobusem do domu. Ale mężczyzna nie daje za wygraną. Woła Cię. Udawszy zdziwionego, podchodzisz więc. Widział Cię wcześniej, jak siedziałeś w poczekalni, samotny, zmęczony, teraz jest okazja, żeby pojechać do miejsca przeznaczenia. Nie protestujesz, wsiadasz do wagonu i zajmujesz miejsce przy oknie. Jest kilka minut po pierwszej. Mimo panującej na zewnątrz niskiej temperatury, słońce zaczyna przyjemnie grzać. Czujesz się senny, opierasz się o oparcie fotela. Wpatrzony w obraz za szybą, nawet nie zauważasz szarpnięcia, towarzyszącego poderwaniu się wagonów. Pociąg rusza. Kształty poruszają się powoli, ociężale, jeszcze jesteś na stacji. Jednak po chwili kształty poruszają się szybciej, obraz zaczyna się zamazywać, aż w końcu widać jedynie obrys dworca, majaczący na horyzoncie. Wyłania się z mroźnej mgły i ociężałego smogu miasta. Mijasz kolejne przystanki, stacje, dworce, wreszcie duże aglomeracje miejskie. Delikatne kołysanie usypia. Rozmowy, głosy pasażerów odpływają w dal. Ogarnia Cię senność. Głowa pochyla się nieco do przodu, to znów do tyłu i na boki. Kołysanie usypia. Po chwili nie dociera do Ciebie nic, oprócz odległego szmeru, dobywającego się spod podłogi. Spisz. Pociąg jedzie dalej, mija kolejne miasta, wreszcie, kierowany nieznaną siła, trafia na pustkowie. Widać jedynie czerwoną linię, namalowaną wzdłuż cielska maszyny, sunącej pośród białych połaci śniegu i lodu. Tak musiał wyglądać świat przed tysiącami lat, podczas epoki lodowcowej Wokoło żadnych siedlisk ludzkich. Cisza. Cisza, której hałas nie daje spokoju. Aż bolą uszy. Ale Ty śpisz... Na zewnątrz robi się ciemno. Coraz ciemniej. A pociąg gna wciąż przed siebie, wzbijając po bokach tumany białego puchu. Zagłębia się w niezbadany obszar. Wciąż szybciej i szybciej, jak gdyby chciał uciec z tych niedostępnych ziem, powrócić do cywilizacji. Jednak nie jest to wcale łatwe zadanie. Bo śnieżna pustynia nie ma końca i nie ma wcale zamiaru się kończyć. Nadchodzi noc. Maszynista zapala światło. Reflektory penetrują obszar na milę przed czołem potężnej lokomotywy. Wygląda to, jakby porzucona nieopatrznie przez turystę latarka ślizgała się w dół płaskiego zbocza. Zrywa się burza. Pojawiają się zasłony śniegu, omiatające wagony, niczym szeregi biczy. Jednak dzielna maszyna mknie wciąż przed siebie. W końcu jednak przychodzi upragniony czas na odpoczynek. Zbliża się stacja, niczym żółte, ledwo tlące się światełko, ognik małej świeczki, zapalonej w długim, ciemnym tunelu. Pociąg zwalnia. Jednak nie zatrzymuje się na stacji, tylko kawałek za nią. Hamulce w takiej temperaturze nie opierają się śliskiej szynie. Ktoś szturcha Cię w ramię. Powoli otwierasz oczy. Spoglądasz ponad ramieniem sąsiada i widzisz potężnego mężczyznę. Konduktor. Musisz wysiąść. Pociąg nie zatrzymuje się na Twojej stacji. Trzeba się przesiąść. Wstajesz więc, niechętnie, podchodzisz do wyjścia, nie widzisz peronu. Konduktor informuje Cię, iż musisz się wrócić, bowiem peron pociąg minął kilka minut wcześniej. Jednak to nie koniec złych informacji. Zdarza się tak nadzwyczaj często, iż jeśli zdarzy się już coś złego, to nie zdarza się samo... Twój kolejny pociąg odjechał. Musisz poczekać na peronie. Wyskakujesz z wagonu, wpadasz po kolana w miękki śnieg. Nie czas teraz na płacz za suchymi skarpetkami. Odwracasz się tyłem do kierunku jazdy, idziesz przed siebie. Wiatr zagradza Ci drogę. Nie dajesz jednak za wygraną, brniesz w białym puchu, drogę torując sobie ramieniem, zasłaniając twarz. Już widzisz stację, po kilku minutach wdrapujesz się na murowany peron. Na dużych dworcach panuje tłok, na małych stacjach sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej. Nie znajdziesz tutaj ani jednego człowieka, na stacjach takich jak ta, nie bywają nawet zbłąkane dusze. Brak tutaj jakichkolwiek zabudowań, najmniejszego schronienia. Jedynie sam peron, nierzadko nawet jego brak, a po obu jego stronach szyna pociągu. Stwierdzasz, iż konduktor nie powiedział Tobie całej prawdy. Czekają Cię godziny, spędzone na wietrze i śniegu, w oczekiwaniu na przyjazd upragnionego pociągu. Nie jesteś jednak na stacji zupełnie sam. Co kilkanaście minut przelatują, niczym komety kolejne pociągi, podobne do siebie, lub może nawet identyczne, tego stwierdzić nie możesz, zbyt szybko się poruszają. Nie masz gdzie się ogrzać, jesteś przemarznięty. Wokoło panuje ciemność. Jedynie skąpe światełko latarni informuje maszynistów, iż znajduje się przed nimi, w tej bezkresnej, czarnej pustce, mała, niemal zapomniana przez wszystkich stacyjka, na której nikt nie wysiada. Chyba że w dzień taki jak ten. Zastanawiasz się, czy nie jesteś aby jedynym pasażerem, który postawił stopę w tym miejscu od czasu, gdy jeden z pociągów remontowych zabrał stąd robotników, którzy ukończyli swą pracę, zbudowawszy ów kawałek lądu w morzu białego, zimnego puchu. Drepczesz w kółko, próbując rozgrzać swe przemarznięte członki, podmuchy wiatru, niesione pociągi, fale wzbijanego wtedy ostrego jak brzytwa kurzu, wbijającego się we wszystko, co napotka na swej drodze, wcale nie ułatwiają Tobie tego zadania. Pełen rezygnacji opierasz się o mizerną, szczupła i wysoką na jakieś trzy metry, latarenkę. Nie możesz usiąść, mimo, iż na peronie znajduje się, najprawdopodobniej i tak spróchniała ławeczka, nie byłbyś w stanie wstać. Może ławeczka, zmarznięta nie mniej niż ty, na kamień zamrożona, utrzymałaby Twój ciężar. Tego nie wiesz, nie zamierzasz zresztą nawet próbować. Ale to nie przeszkadza w prowadzeniu rozmyślań. Zabawnie wyglądać by mogła rozpadająca się pod Twoim ciężarem ławeczka, wcale zabawnie nie wyglądałyby jednak jej odłamki, wbijające się w pewną część Twego ciała. I stoisz na mrozie, śnieg nie przestaje wcale padać, fale wzbierają jedynie, a wiatr, bawiący się na tym pustkowiu, strojący sobie żarty z takiej kapryśnej pogody, porusza masy śniegu, tak, iż wydaje się, że ów peron to faktycznie wyspa na środku wzburzonego oceanu, nie zaś peron na środku zmrożonej przez zimę równiny. Zresztą stacja owa nie może wyglądać wcale przyjemniej o innych porach roku. Może jedynie na początku wiosny, tuż po tym, jak ziemia osuszy się po zrzuceniu z siebie mas śniegu, gdy przyroda budzi się do życia. Chociaż wydaje się, iż o tym pustkowiu zapomniała nawet sama Matka Natura. Stojąc na peronie, wdajesz się w konwersację z samym sobą, z własnymi myślami, niczym nietamowaną lawiną słów, których znaczenia sam już nie jesteś w stanie pojąć, blokowany przez wzbierającą falę zimna. W takich chwilach najróżniejsze myśli przychodzą do głowy. Zastanawiasz się, co by było, gdybyś nie był sam. Sam jak palec pośrodku tego oceanu zimna. Dookoła panuje cisza, pominąwszy wycie nasilającego się wiatru. Drobinki śniegu dostają się wszędzie, nie jesteś w stanie się przed nimi schronić, nie pomaga wysoki kołnierz, nie pomagają zmarznięte ręce, owinięte wokół szyi. Fala zimna wywołuje dreszcze, organizm pragnie ciepła, szuka go w najróżniejszy sposób. Jednak nic nie jest w stanie zapewnić owego ciepła. Dreszcze nasilają się. Poddajesz się sile natury, ogarnia Cię ogólne wycieńczenie, obraz przed oczyma rozmazuje się, dostrzegasz fantastyczne kształty w rzeczach prostych, codziennych, nie pragniesz niczego więcej, jak tylko ciepłego łóżka lub po prostu - snu. Zastanawiasz się, co się z Tobą dzieje. Kierowany wygasającymi resztkami myśli umierającego umysłu, odwracasz się i ruszasz przed siebie. Musisz się ogrzać, chociaż przez chwilę poczuć ożywcze ciepło. Potykając się, zaczynasz spacerować po peronie. Zaspy są coraz większe. Zapewne nie odjedzie już tutaj żaden pociąg, tracisz nadzieję. Wiesz, że w dni takie jak ten, nawet służby ratownicze nie zapuszczają się dalej, niż na ulice miast, nikt więc nie oczyści torów, nikt nie będzie szukał jednego, zagubionego dziełem przypadku pasażera. Żaden ratownik nie zapuści się w dzikie ostępy równin, zwłaszcza, nikt nawet za dnia, nie odważy się odwiedzić tej równiny. Teraz dopiero rozpoznałeś tą pustynię życia. Jedyne miejsce, gdzie nie rośnie nawet najmniejszy listek zabłąkanej rośliny. Na tej równinie nic nie rośnie. To nie zimie zawdzięcza ona swój krajobraz. To nie zima ukształtowała te fale śniegu, tak malowniczo wędrujące aż po horyzont. Twoje oczy nie dostrzegają już szczegółów krajobrazu. Zamiera ostatnie tchnienie życia. Zaczynasz błąkać się bez celu, jednak nie opuszczasz platformy peronu, jedynej, betonowej oazy, schronienia, wyspy w morzu śmierci. Po raz kolejny powracasz myślami do tego poranka, gdy siedziałeś w domu, otoczony przez kochającą rodzinę, przy kominku, w którym iskrzyły się baraszkujące zuchwale ogniki, jakże tęsknisz do tych ogników. Ogarnia Cię fala gorąca, czujesz, jak odpływasz w głąb samego siebie. I myślisz, że to już koniec, jednak tak nie będzie wyglądał Twój koniec, nie będzie taki spokojny, wyłowiony prosto z baśni, niczym niezmącony. Nie skończysz żywota pośród rodzinnego ogniska, nie umrzesz w ramionach kochających Cię osób, przyjdzie Tobie umierać w męczarniach, czując, jak tracisz czucie w członkach, ból nie pozwoli Tobie na utratę przytomności, jedynie cierpienie przynosić będzie otuchę w chwili śmierci. Nie wiesz, że jeszcze nie czas na Twą śmierć, iż byłaby to śmierć przedwczesna, nie umrzesz tutaj, na tym pustkowiu. Nie umrzesz w tym życiu. Nie umrzesz w cierpieniu. I chodzisz dalej, szukając oparcia w przedmiotach, napotkanych dotykiem ślepej ręki, w końcu upadasz pod ciężarem własnego, bezwładnego ciała. Ale jeszcze nie czas. Podnosisz się więc ostatkiem sił, idziesz dalej i dalej, a peron nie ma końca. Przemarznięte oczy nie widzą już zupełnie, nie rozpoznajesz nawet konturów, najdrobniejszych zarysów, nie odnajdujesz nawet plamy koloru w zamazanym, przechodzącym z białego w czarny, tunelu bez początku i bez końca. Wiesz, że możesz liczyć jedynie na siebie, że nie pomoże Tobie nikt inny, bo jesteś sam. Nikt nie zapuszcza się na równinę śmierci, jeśli nie może się z niej jak najszybciej wydostać. Ponownie przypominasz sobie dworzec, konduktora, gromadę ludzi, cisnących się do wejść... Żałujesz, że dałeś się ponieść chwili, naiwność, tak określasz swoje zachowanie, a przecież nie była to naiwność, lecz potrzeba. Dlaczego więc wmawiasz sobie swą głupotę, nie uratuje Cię to przecież. Chodzisz po peronie. Zawracasz i idziesz dalej, nie liczysz odległości, gdybyś zszedł z peronu, pewnie dawno już doszedłbyś do następnej, być może bardziej przyjaznej podróżnikowi stacji. Nie ma innej stacji, dobrze o tym wiesz, odganiasz od siebie myśli o ucieczce z tego miejsca, musisz być wytrwały. Uczyń z tego swą siłę, nie daj zalęgnąć się odrętwieniu i rezygnacji. Idź dalej, ogrzej się, czerp ogień z tych kroków, których tyle już zrobiłeś. I nie poddawaj się, bo to i tak w niczym nie pomoże. Krążysz swymi myślami w nieznanej przestrzeni, wsłuchany w szum wiatru, rozmyślasz nad swym losem. Czy masz prawo być na tej ziemi? Gdy wsiadałeś około południa do pociągu, nie wiedziałeś, że tak zakończy się Twoja podróż, wiedziałeś jedynie, że wrócisz do domu, do ukochanych Tobie osób, a teraz... Czyżby wszystko miało się skończyć w ciągu tych kilku minut? Nie. Nie możesz do tego dopuścić. Zbierasz wszystkie siły, opierasz się o małą, spróchniałą ławeczkę, która całkowicie zamrożona, nie pęka pod Twym ciężarem. Ocierasz rękę o rękę. Pocierasz klatkę umysł odnawia się, przywraca do życia, nie zmienia to jednak faktu, iż jesteś zdany teraz jedynie na swój umysł, pozostałe zmysły, oprócz słuchu, dawno już odmówiły posłuszeństwa, nie dają za wygraną i nie powracają z tamtej strony. Nie zwracasz na to uwagi. Wiesz, że teraz nie jest to ważne, wzrok powróci, kiedy będzie potrzebny. Teraz musisz się rozgrzać. Nic więcej się nie liczy. Zrobisz wszystko dla tej drobinki ciepła, której brakuje, a która jest tutaj na wagę złota. Nie ogrzejesz się jednak, nie pozwalają na to panujące warunki atmosferyczne, na domiar złego wiatr, wszędobylski i nieokrzesany, wydzierający pozostałości ożywczej energii, zabijający płomień wszelkiej nadziei na ciepło. Jesteś sam jak palec, na peronie bocznej linii kolejowej, zapomniany przez świat, zbierasz resztki sił, aby nie zasnąć, nie zginąć, nie stracić nadziei na dalsze życie, na przyjście nowego dnia, nowego jutra, które wymaże z pamięci wspomnienie koszmaru, jakim jest dla Ciebie ta noc. Wiesz jednak, że dzień wcale nie przegoni chłodu, nie przegoni dokuczliwego wiatru, nie odmieni Twojej sytuacji. Są takie miejsca na ziemi, od których człowiekowi lepiej trzymać się z daleka, to jest jedno z takich miejsc. Chodzisz po peronie, rozgrzałeś się nieco, zwalniasz kroku, jednak zimny dreszcz, poczucie obcego chłodu nie znika wcale. Masz dziwne przeczucie, że nie jesteś sam. Przyspieszasz kroku, jednak nie odwracasz się, lęk narasta w Tobie, w końcu stajesz. Wsłuchujesz się w ciszę i w wiatr. Wiesz, że jesteś zdany jedynie na ten zmysł, bowiem nadal oczy nie przekazują Tobie żadnego obrazu. Teraz dopiero zdajesz sobie sprawę, iż jesteś ślepy. Wsłuchujesz się w ciszę, szum padającego śniegu, i wiatru. Nagle poczucie niebezpieczeństwa narasta, czujesz na sobie czyjś wzrok. Po Twoich plecach spływa kropla potu, zimna, aż ciarki przechodzą. Stoisz nadal, nasłuchujesz - cisza. Oczekujesz w napięciu. Ale słyszysz tylko szum wiatru, nic poza tym. Cisza. Naprężone mięśnie, w napięciu, gotowe zerwać ciało do ucieczki. Jednak nic się nie dzieje, a Ty zaczynasz znowu odczuwać chłód. Ruszasz więc po chwili z miejsca i idziesz dalej, wolniej nieco, co chwila przystajesz i nasłuchujesz. Panuje cisza i pozorny spokój, wtem uderzasz o coś, dotykasz ręką, serce zaczyna uderzać jak młot kowalski. To tylko lampa. Oddech jednak nie chce wrócić do normy, zaczyna kręcić Ci się w głowie. Coś jest nie tak. Czujesz potworny ból w klatce piersiowej, jakby zaraz miało Cię rozerwać od środka. Skurcz wszystkich mięśni nie pozwala się wyprostować. Mobilizujesz wszystkie pozostałe siły, zaciskając ręce na klatce piersiowej, powoli, niemal połamawszy sobie zęby, prostujesz się. Ból mija, oddech stabilizuje się. Nie możesz tak stać, musisz chodzić, bo inaczej zamarzniesz. Ruszasz ponownie wyprężony jak struna. Idziesz przed siebie, trafiasz na krawędź peronu i zawracasz. Mijasz tym razem mijasz wysmukłą latarenkę, niemal dochodząc do bocznej ściany podestu. Mijasz ławeczkę, przed Tobą kilkanaście metrów peronu, zupełnie pustego. Jesteś w połowie drogi. Wtem coś uderza Cię w ramię. Zamiast zatrzymać się, zrywasz się do biegu. Potykasz się co chwilę, dobiegasz na drugi koniec stacyjki. I czujesz to, dokładnie to samo uczucie, co poprzednio, czujesz na sobie czyjś wzrok, tym razem nie tylko wzrok, więcej - słyszysz kroki. Ciężkie buty skrzypią na śniegu, możesz już poczuć na sobie oddech... Wzrok powrócił, niezbyt szybko, i na krótką chwilę. Wtedy, gdy się obróciłeś, gdy czułeś na sobie wzrok, słyszałeś kroki... nie mogłeś wiedzieć... Teraz Twój lęk przybrał na sile. Dostrzegłeś coś, czego nie powinieneś był zobaczyć. Nie wiesz co robić. Ale nie możesz wpaść w panikę i uciec. Nie masz dokąd. Nie możesz też oczekiwać od nikogo pomocy. Bo nie ma nikogo, kto mógłby Tobie pomóc. Peron jest całkowicie pusty... W takich chwilach ludzki umysł przestaje racjonalnie postrzegać otoczenie. Nie jesteśmy w stanie poradzić sobie z narastającym strachem, choć niepotrzebnym... Nie może się nam nic przecież stać, nie ma bezpośredniego zagrożenia, jesteśmy sami, skazani wyłącznie na własne towarzystwo. Dlaczego więc się boimy? Nie zastanawiasz się nad tym. Wiesz przecież lepiej, nie możesz być sam. Twój umysł pracuje prawidłowo. Wciąż czujesz niepokój. Podchodzisz ponownie do ławeczki. Postanawiasz ruszać się z miejsca tylko wtedy, gdy będziesz musiał się rozgrzać. Nie jest to łatwe, zimno jest cały czas, chociaż zimno to niewłaściwe słowo, człowiek ma wrażenie, jakby nawet powietrze zamarzało, nie tylko w płucach, ale i poza ciałem. W końcu robi się zimno nie do zniesienia. Tak bardzo, iż musisz ponownie ruszyć w wędrówkę po peronie. Boisz się. Jednak idziesz, kierowany potrzebą ogrzania ciała. Wiadomo, że ruch Cię ogrzeje. Jeśli będziesz stał, zamarzniesz. Idziesz więc przed siebie, mijasz latarenkę, postanawiasz chodzić tylko po tej części peronu, tej małej przestrzeni, ograniczonej krawędzią murowanego podestu i oddaloną kilka metrów od lampy ławeczką. Tylko tutaj czujesz się bezpiecznie. Tylko ta przestrzeń zapewnia Tobie możliwość wyboru, możliwość schronienia. A przynajmniej tak myślisz, tylko to Tobie pozostało, znowu bowiem zdany jesteś na zmysł słuchu, wzrok odmawia posłuszeństwa. Idziesz przed siebie dochodzi do krawędzi peronu i zawracasz. Jednak nie kontynuujesz swej wędrówki. Stajesz. Tym razem nie musisz widzieć, wiesz, co znajduje się przed Tobą. Jest na wyciągnięcie ręki. Wzdrygasz się na samą myśl, nie boisz się jednak. Jesteś tak przerażony, że nie możesz ruszyć się z miejsca. Byłeś przygotowany na wszystko, jednak nie na to. Tego zjawiska nie przewidziałeś. Zdarzenie to wyprowadza Cię z równowagi, zaczynasz żałować, iż w ogóle wyszedłeś rano z domu. Ten kształt przed Tobą, nie widzisz go, nie widzisz... a jednak czujesz jego obecność. Teraz już wiesz, jesteś całkowicie pewien. Nie masz gdzie uciec, jednak nie masz gdzie uciec, nie wolno wpadać w panikę. Serce podchodzi Ci do gardła. Ale jest to silniejsze od Ciebie, wyciągasz więc rękę, czujesz na niej powiew wiatru, oddech parującego oddechu... Jego ciepło przyciąga. Wyciągnięta ręka trafia na coś zimnego, całkowicie zimnego. Nacierasz więc z całej siły słyszysz jak cos upada. Tuż pod Twoimi stopami. Pochylasz się, gotowy na wszystko, dotykasz ręką obiektu i zamierasz w bezruchu. Czujesz zamarzniętą skórę, jednak - w jaki sposób, czy to w ogóle możliwe... Nie jest to możliwe, dobrze o tym wiesz i to przeraża Cię najbardziej. Ale nie jesteś sam. Tylko jak to się stało? Zamierasz w niemocy. Cała sytuacja wydaje się bez wyjścia. Zaczynasz rozmyślać nad konsekwencjami. Jeśli zjawi się pociąg, jak wytłumaczysz, cóż za przyziemna sprawa, obecność zmarzłego na kość nieboszczyka, wiadomo przecież, że zaczną się pytania, kto wie, czy nie dochodzenie. A Ty będziesz z góry skazany na przegraną. Nie masz świadków, aby udowodnić swą niewinność. Nie możesz się też pozbyć ciała. Jednak zawracasz w jego kierunku. Podchodzisz do miejsca, w którym je porzuciłeś. Pochylasz się. Nie ma go. Krew mrozi się Tobie w żyłach, teraz już nie z powodu dotkliwego zimna, Twój umysł nie jest w stanie pojąć tej sytuacji. Zaczynasz się bać, to pewne. Ale mróz nie pozwala stać w miejscu, postanawiasz zapuścić się na drugi koniec peronu. Być może w kotle nerwów, pomyliłeś kierunki, idziesz więc przed siebie. Jeśli myślałeś, że wszystko będzie takie proste, że pójdziesz tam, znajdziesz ciało... Myliłeś się bardzo, nawet nie wiesz, jak bardzo. Podążasz w kierunku końca platformy, szybkim, sprężystym krokiem, masz wątpliwości. Czy to Twój umysł Cię zawodzi? Wkroczyłeś na niezbadane terytorium. Ogarnia Cię lęk, strach przed śmiercią, przed potępieniem. A może już nie żyjesz? Może tak wygląda piekło, a Ty pokutujesz już za swe grzechy, popełnione za życia, ciało Twoje natomiast znajduje się gdzieś w górze, skulone, zamarznięte, bez czucia. Uwierz mi, to jeszcze nie jest piekło. Potykasz się co chwilę, jednak idziesz do przodu, brnąc przez zaspy, jesteś pewien, że nie tutaj leżały zwłoki, o ile w ogóle to były zwłoki. I dochodzisz tak aż na koniec peronu. Nie minąłeś nic po drodze, może ciało leżało na którejś z szyn? A może to Ty nie idziesz już po peronie? Zgubiłeś się, szukasz przecież drogi, po omacku brnąc w śniegu. Zrezygnowany zawracasz. Chcesz odszukać latarenkę, ponownie poczuć znajome miejsce, złapać oddech, uspokoić się. Jesteś w połowie drogi. Tym razem jesteś przygotowany na wszystko. Uderzasz o coś, jednak nie zatrzymujesz się, wiesz, że to nie latarnia, nie chcesz nawet sprawdzać, o co uderzyłeś naprawdę. Zbyt bardzo się boisz, jednak sprawa nie jest tak łatwa. Minąwszy obiekt chcesz iść dalej. Ale nie jest to możliwe. Coś Cię powstrzymuje. Opierasz się z całej siły, odpychasz ramionami, jednak źródło Twego lęku nie daje za wygraną. Szarpiesz się, niczym opętany, smażony w ogniu piekielnego kotła, nie pomaga to Tobie, jest jeszcze gorzej. Strach narasta, zamieniając się stopniowo w rozpaczliwą próbę ucieczki. Nie masz gdzie uciekać. Wreszcie, za sprawą jakiegoś cudu, bo jak wytłumaczyć inaczej taki zbieg okoliczności, nie jest przecież możliwy, wyrywasz się ze szponów i gnasz, na złamanie karku, w kierunku światła latarenki, które dostrzegasz poprzez mrok na wpół ślepych oczu. Jednak i tutaj nie czujesz się bezpiecznie, przecież lęk może Cię dogonić i dopaść, bez litości zagłębiając w Tobie swe szpony, miażdżąc żebra, ściskając klatkę piersiową i pozbawiając oddechu. Dobrze o tym wiesz, dlatego jesteś w ciągłej gotowości, to jednak tylko potęguje Twój strach, prowadzi do wycieńczenia, masz świadomość, że za chwilę załamiesz się całkiem, jeśli los się nie odmieni, jeśli coś nie wyrwie Cię stąd, nie pomoże się wydostać. Jeden, chociaż jeden pociąg, który nadjedzie i zatrzyma się przez moment, dokądkolwiek by jechał, zrobisz wszystko, by się do niego dostać. Ta jedna, krótka chwila może zaważyć na Twoim szekspirowskim być albo nie być. Ale brak jest pociągu, brak jakiegokolwiek śladu życia, brak nadziei na przetrwanie, na tym pustkowiu, na tej wyspie, ostatniej twierdzy ludzkości, oazie cywilizacji, której stróżem i powiernikiem jedynie Ty pozostałeś. To czy przetrwasz zależy jedynie od tego, czy nie dasz się pokonać przez swój własny, być może nieuzasadniony lęk. Ale może być on równie dobrze lękiem uzasadnionym, zważywszy fakt, że to, co Cię spotkało, czego jesteś świadkiem, tego przedstawienia jednego aktora, to nie jedynie wytwór Twojej wyobraźni, nie majaki zmęczonego umysłu, holującego na przetartej nitce umierające ciało. I myślisz, że jesteś już bezpieczny, rozważasz wszelkie możliwości, stwierdzasz, że to umysł płata Twemu ciału figle, ale wcale nie jesteś bezpieczny. Znowu robi się zimno, musisz iść, wciąż krążyć po platformie peronu, a przecież tam, niedaleko czai się coś, czego nie potrafisz sobie wytłumaczyć, co Cię przerasta, jest ponad Twoje siły, czego się boisz. Lęk daje o sobie znać po raz kolejny, ale walka o przetrwanie jest ważniejsza, dające o sobie znać pierwotne instynkty tracą na znaczeniu, strach przed nieznanym musi zostać przezwyciężony, musisz przetrwać. Za wszelką cenę przetrwać. Nieważny jest sposób, w jaki tego dokonasz, ważny jest już sam fakt przetrwania, musisz jednak wciąż pokonać dzielący Cię od celu lęk, największą przeszkodę, największe wyzwanie Twego życia. Jeśli myślałeś, że wszystkiego już doświadczyłeś, nie wiesz jak bardzo się myliłeś, i właśnie ta sytuacja uświadamia Cię, daje do myślenia. Strach przenika Cię na wylot, dostaje się wszędzie, jest gorszy od dzikiego wiatru, szalejącego po równinie śmierci. Wydawałoby się, że wiatr również przenika do Twego wnętrza, że mrozi kości, pali, niczym rozżarzone żelazo, jednak tylko lęk tak naprawdę niszczy Twe wnętrze, blokuje, nie pozwala się ogrzać. Idziesz. Powoli i ostrożnie, noga za nogą, stawiasz niepewne kroki, mając wrażenie, jak gdybyś kroczył na spotkanie samej śmierci. Ale to nie śmierć czeka na Ciebie tam, na końcu tego peronu. Peron wyznacza Twoją ścieżkę życia, gdzieś pośrodku niej zagościł intruz, wyzuty z wszelkich uczuć, prawdziwy strach, którego nie będzie dane Tobie pokonać w uczciwej walce, którego nie przezwyciężysz sam. I nie tak łatwo. Czujesz, że zbliżasz się do miejsca bez odwrotu. Stajesz zatem i ponownie kierujesz się w stronę małej, spróchniałej ławeczki. Idziesz szybciej, chcesz jak najszybciej uciec z tego miejsca, mijasz latarnię, niedaleko krawędzi platformy zawracasz. Gdzieś przed sobą słyszysz odległy szelest. Zamierasz na moment, by po chwili kontynuować wędrówkę. Kolejne okrążenie, jedno za drugim, każde kolejne coraz szybciej, kończysz je coraz bliżej ławeczki, ograniczany przez tajemniczą siłę. Nigdy w życiu nie czułeś się tak samotny, taki bezradny. Chcesz zwalczyć te uczucia, pozbyć się ich raz na zawsze, jednak one powracają, bezlitośnie drążą Twój umysł, wkradają się coraz to głębiej, nie napotykając żadnego oporu. A przecież bronisz się ze wszystkich sił, jednak nadaremnie. Kolejne okrążenie. Niedaleko ławeczki wyczuwasz czyjąś obecność przed sobą. Stajesz. Nasłuchujesz przez chwilę, po czym ruszasz powoli po omacku szukając oparcia. Tuż przy ławce wzrok powraca, na jedną chwilę, dość długą, by wywołać Twoje przerażenie, dostrzegasz bowiem ludzki cień, zarys, siedzącej na niej osoby. Patrzy się wprost na Ciebie, zamykasz oczy. Odwracasz się. Szum narasta, czujesz daleki powiew. Boisz się, że to już koniec. Starasz się odpędzić od siebie wspomnienie wpatrzonej w Ciebie pustej twarzy bez wyrazu, jednak nie potrafisz. Powraca, niczym koszmar, zlewając Twoje plecy zimnym, przenikającym wszędzie potem. Powoli tracisz panowanie nad sobą. Czujesz, że Twoje ręce poczynają drżeć, mimowolnie zaczynasz krzyczeć, opanowujesz się dopiero po chwili, zdajesz sobie sprawę, że to nie pomoże, niczego nie zmieni. Odwracasz się więc ponownie w stronę latarni, jednak postaci nie ma już na ławce. Zdumiony chcesz ruszyć w dalszą drogę przez peron, jednak nie jesteś w stanie się obrócić. Stoi tuż za Tobą. Nie możesz nawet rzucić się do ucieczki, zwyczajnie nie masz dokąd. Stoisz więc tak, nie patrząc w jego stronę. Wiesz, że Cię obserwuje, uważnie, przeszywając Cię wzrokiem na wskroś, czytając Twe myśli, napawając się Twoim lękiem. Wtem dzieje się coś, czego nikt się nie spodziewał. Narastający szum wzburza tumany białego puchu, niosąc je przed sobą, niczym potężne czoło lawiny. Śmiercionośna fala uderza w was obu, unosząc go ze sobą, Ty tracisz równowagę, przewracasz się, zasłaniając twarz rękoma, nie śmiesz wstać, modlisz się jedynie, by nie zostać przysypanym śniegiem. Słyszysz obok siebie straszliwy huk, potem pisk, rozrywający głowę od środka, następnie zapada cisza. Wirujące płatki śniegu nie opadają na ziemię, przesłaniają cały peron, tak, iż nic nie jesteś w stanie dostrzec. Zanim opadną, zostają poderwane ponownie, przez ten sam ogłuszający huk, potem szum oddala się i zapada kompletna cisza. Wstajesz, kierowany przeczuciem. Nic nie widzisz. Odczuwasz samotność, jednak jesteś teraz jak gdyby bardziej pewny siebie. Twoja wędrówka trwa dalej. Zrobiłeś kilka kółek, czujesz się strasznie zmęczony. Usiadłbyś chętnie na ławce, jednak wiesz dobrze, że nie możesz tego uczynić. To oznaczałoby Twój koniec. Zawracasz więc i stajesz. Staje się coś, na co nie byłeś przygotowany, coś bardzo dziwnego, a jednak fascynującego. Dodaje Tobie otuchy, a jednak zmraża krew w żyłach, nie powinno to nastąpić. Niedaleko ławeczki, tam gdzie śnieg, wzburzony przez nieoczekiwany podmuch, nie opadł jeszcze zupełnie, zatrzymałeś się. Słyszysz szept, skąd się biorą nasze lęki, co jest ich źródłem, kolejny, odwracasz się i widzisz ją. Jak mogłeś jej wcześniej nie zauważyć, stoi tuż obok, blisko, namacalna, na wyciągnięcie ręki, jedyna, niepowtarzalna, niesamowita. Nie rozmawiacie ze sobą, nie ma potrzeby, Twój lęk umyka w nieskończoną przestrzeń wspomnień, zamyka się, zawiera jedynie w przeżytym koszmarze. I myślisz, że jest już dobrze, że lepiej być nie może. I być może masz rację. Ale jesteś już zbyt zmęczony, by nad tym rozmyślać, tylko jej obecność dodaje Tobie otuchy. Masz wrażenie, że tylko na nią możesz liczyć, że to ona jest Twoim wybawieniem, jedynym ratunkiem, ostatnią suchą ćwiartką ziemi w tym oceanie śnieżnego bezkresu, w tym morzu obłędu, skrajnego zmęczenia i wyczerpania. Jedyne pocieszenie, jedyna radość, jedyne myśli, krążą wciąż wokół niej. Ale nie masz odwagi się odezwać, a ona stoi, niczym grecka rzeźba, zamarły w bezruchu marmurowy posąg. Czy jest realna, czy może jest kolejnym złudzeniem, ułudą, igraszką ulotnego wiatru, wybrykiem umierającego umysłu? Czas płynie nieubłaganie, cień nocy zapada zupełnie nad stacyjką, zbliża się magiczna godzina. A wy stoicie, nie odzywając się zupełnie, co jakiś czas tylko któreś z was rusza z miejsca, w długą, bolesną podróż po platformie peronu. Ona zapewne nie czuje jeszcze tego śmiertelnego chłodu, nie zauważa morderczego śniegu i wszędobylskiego wiatru. Być może nic nie czuje. Stoi przecież niczym posąg, a gdy idzie, sprawia wrażenie unoszącej się płynnie nad ziemią zjawy, ducha, nimfy, płynącej nad powierzchnią wody. Śnieg, osiadający na jej gęstych włosach, niczym poranna rosa, spływająca po delikatnym ciele rusałki, kreśli długie, wilgotne smugi. Po jej zwiewnym, miękkim i sprężystym kroku, nie pozostaje nawet najdrobniejszy ślad w białym puchu, zupełnie, jakby nic nie ważyła. Jest wysoka, szczupła, niezwykle piękna. Masz wrażenie, że opanowała Twój umysł, rzuciła na Ciebie urok, zapominasz o rodzinie, ukochanych osobach, widzisz tylko ją, nic poza tym. Wiatr wzbiera na sile, fale śniegu, wysokie na kilka metrów, sprawiają wrażenie, jak gdyby miały wtargnąć na tą jedyną, bezpieczną przestrzeń, zabrać małą, spróchniałą ławeczkę, rozdzielić was oboje, zgasić nawet tą ostatnią oazę światła pośród mroku nocy, jaką jest owa skromna latarenka, postawiona na wysokim, cienkim słupie, który lada chwila może się przewrócić, poddać się niszczycielskiej sile wiatru. Wreszcie nie ma wyjścia, stajecie obok siebie, w takiej bliskości, że możesz niemal poczuć skórę jej twarzy, ocierającą się o Ciebie. Wiatr omiata was swymi szponami, a wy stoicie tak razem, skuleni, czekając na ratunek ze strony Matki Natury. Jednak to nie ona stanowi tutaj o warunkach, pogodzie, o przetrwaniu. Na tej równinie nikt nie ma władzy, nikt nie przyjdzie wam z pomocą. Coraz bliżej i bliżej, aż wreszcie całkiem blisko, razem; nie wiesz kto rozpoczął tą rozmowę - Ty, czy ona, stało się. Odezwaliście się do siebie, zupełnie, jak zerwanie wiążących łańcuchów, wyłamanie krat, pokonanie tabu. Rozmawiacie ze sobą, początkowo o pogodzie, później już nieco bardziej swobodnie, o celach podróży, o sprawach mniej banalnych, wreszcie o rzeczach poważnych. Dlaczego ludzie, skazani na pobyt ze sobą, tak szybko się zaprzyjaźniają, zaczyna ich łączyć coś więcej, wspólna zależność, wspólny cel, walka o przetrwanie. Nie znasz odpowiedzi na większość pytań, a jednak, czujesz, podświadomie wiesz. A więc jesteś świadom nieuniknionego. I tak stoicie, razem, rozmawiacie, stało się. Zapominasz o wszystkim, pragniesz tylko słyszeć jej głos, być z nią, czerpać z tej danej wam chwili jak najwięcej. A zarazem przetrwać, choć masz świadomość, że ten cel schodzi powoli na dalszy plan, odchodzi w niebyt, tak samo, jak wspomnienie koszmaru, ostatnich kilku godzin spędzonych w samotności, pośród urojeń, wiatru i śniegu, powracających wciąż na nowo. Dopóty, dopóki nie pojawiła się ona, pośród grzmotu i fal, odgoniwszy źródło lęku, dawszy nadzieję na przetrwanie. Niczym smętna melodia, wieje wiatr dookoła, siejąc niemoc i spustoszenie, zasiewając lęk, wyjąc potępieńczo, wyrywa ostatnie tchnienie, na szponach swych je unosi w otchłań mroku, biegnąc poprzez łany białych zbóż, zmarzniętą przestrzeń niebytu, pozbywszy Cię wszelkiej nadziei... Stoisz po kolana w śniegu, nie czujesz palców, ona obok, przytulona do twego boku, mówi urywanymi półsłówkami, niedopowiedziane myśli, nie macie już siły. Ale jesteście blisko siebie, nie jesteście sami, skazani na najgorszy rodzaj śmierci, nie zobaczywszy przedtem kogoś bliskiego waszemu sercu. Nie jesteś już sam, płonie ogień w Twoim sercu, a jednak odczuwasz dotkliwą pustkę, powodowaną przez przeszywający chłód. Nie masz nadziei na nic więcej, nie jesteś w stanie zdobyć się na żaden gest, najmniejsze skinienie. W końcu nadejdzie pomoc, nadjedzie pociąg, wsiądziesz do niego i nie będzie liczyć się już nic więcej, czy aby na pewno? Przecież nie zapomnisz jej tak łatwo, nie można o niej zapomnieć, połączyła was tajemna więź, połączył was wiatr, wspólnie odczuwany chłód, połączyła was ta wysepka, platforma peronu. Nie możesz jej zapomnieć, nie wolno Ci. Zupełnie jak odgórny, niemalże bezwarunkowy nakaz, wyższy rozkaz. Kierowany owym rozkazem robisz cos, czego być może będziesz później żałował, składasz na jej ustach jeden, niewinny pocałunek, przyciskasz ją mocniej do piersi i szepczesz jej słowa, tych kilka znaczących słów. Ona jednak nie słyszy ich, a być może udaje, uśmiecha się tylko lekko, leciutko, ledwo niedostrzegalnie, przez moment wydaje Ci się ów uśmiech grymasem bólu lub ironii. Wiesz, że nie możesz nic więcej zrobić, i tak zrobiłeś już za dużo, posunąłeś się za daleko. Teraz nie masz już odwrotu, owo wyznanie połączyło Cię z nią jeszcze mocniej, stworzyło nierozerwalną więź. Jesteś uzależniony od każdego jej słowa, każdego gestu, niczym nie hamowany, związany bliskością. Teraz właśnie nadarza się owa okazja, być może jedna jedyna, by wyzwolić się, zapomnieć, raz na zawsze uciec, byle jak najdalej stąd. Z dala od wiatru, mrozu, wszędobylskiego białego puchu. Myślisz, że to już koniec, że wygrałeś, uwolniłeś się od dręczących Cię koszmarów, jednak to dopiero początek dalekiej wędrówki, pełnej nierówności i wyrzeczeń. Na długo zapamiętasz ten dzień, dzień, w którym dane Tobie było poznać ową nieznajomą, tajemniczą, nieznośnie piękną postać, pociągającą i zniewalającą jednocześnie, paradoks pośród tej pustyni życia. Z dalekiej czeluści, pośród nieprzebytej ciemności, dobiega Cię jedynie skowyt wiatru, żadnego szeptu, szelestu, skrawka cywilizacji. Nie czujesz się już tutaj samotny, a jednak w sercu Twoim wciąż tli się nutka niepokoju, niepokorny płomyczek, który przy nadarzającej się byle błahej okazji, rozpętać może pożar, szalejący ogień, już nie niepokój, ale obezwładniający strach, paraliżujący wszystkie członki, przenikający do głębi, zabijający wszelkie inne uczucia. I nagle nadchodzi chwila, ta jedna, o której nikt nie myślał, czas rozstania. Z oddali dochodzi Cię najpierw cichy szmer, wzbierający, aż wreszcie huk potężnych silników. Nadjeżdża wybawienie, jedyny pociąg tej nocy, być może ostatni, ostatki świadomości, nikły bodziec. Podnosisz się z wielkim trudem, początkowo podnieść się nie możesz, nie jesteś w stanie, nogi uginają się pod Twoim ciałem, odmawiają posłuszeństwa. Ona unosi się również, wstaje, delikatnie, opiera się o Twój bok. I razem idziecie na skraj peronu, czekając, aż nadjedzie ratunek, wybawienie. Skinienie jej wiotkiej, drobnej dłoni wystarczy, abyś wiedział. Idź sam... To Twój pociąg, nikogo innego, Twoje wybawienie. I oto stoisz, ona odwraca się, zdąża ku małej spróchniałej ławeczce, a Ty nic nie możesz zrobić. Więc czekasz, bo nic innego Tobie nie pozostało, żadnej nadziei. Pociąg jest już niedaleko, słychać wycie silników, ogłuszający szum, dalece przewyższający, choć to wydaje się niewiarygodnym, potępieńcze jęki wiatru. Już widać dwa żółte ślepia lamp, wpatrujące się w Ciebie, w peron, jak gdyby dzika bestia, szukająca swej kolejnej ofiary, wygłodniała i spragniona świeżej krwi. Zbliża się powoli, osaczając swą zwierzynę, dając jej złudną nadzieję na ucieczkę, powoli, ledwo zauważalnie, stwarzając pozory, jest już blisko. Drżysz z zimna, niespokojnie wpatrując się w żółte reflektory, majaczące w biało-czarnej otchłani, surrealistycznej rzeczywistości, koszmarze codzienności. Jeszcze chwila, będziesz wolny, jeszcze wytrzymaj. Lecz oto skład wtacza się ociężale na stację, zwalnia, jednak nie zatrzymuje się zupełnie, mija Cię. Wstrzymujesz oddech, przywołujesz resztki sił, zmuszasz się do biegu. Z początku powoli, teraz coraz szybciej, biegniesz, potykasz się o zaspy, podniecenie zastrzyk adrenaliny, o mało nie rozrywa Tobie serca. Peron jest bardzo długi, masz jeszcze masę czasu, ale nie wiesz czy dasz radę. Słabniesz z minuty na minutę, biegniesz coraz wolniej, na moment przystajesz. Twoją głowę zajmują bliżej nieokreślone myśli. Czas zatrzymuje się dla Ciebie, przez ten jeden moment wspominasz wszystkie wydarzenia dzisiejszego dnia. To nie może być prawda, ten opuścić jej sam. Jest przecież jeszcze ona, i chociaż dała Tobie wyraźny znak, nakaz, nie powinieneś jej zostawić, a przecież nie wrócisz po nią, wtedy oboje tutaj zostaniecie, na wieki, przysypani przez śnieg, skuleni w uścisku, sami, odcięci od świata i cywilizacji, skazani na wieczne potępienie. Nie pozwól na to, zawołaj ją, uciekniecie wspólnie, razem, was dwoje, połączonych wieczną zależnością, cichą przysięgą, tym jednym, nieszczęsnym wyznaniem. Lecz jak ją zawołać, jak dać jej znak, w jaki sposób przywołać ją do siebie? Przecież nie znasz nawet jej imienia, wiesz tylko że jest, gdzieś tam, za ścianą śniegu siedzi, ona sama, jedna, miotana podmuchami bezwzględnego wiatru, uderzana biczami drobinek lodu, wodospadami białego puchu. Patrzysz więc, starasz się pokonać dzielącą was odległość, krzyczysz, na próżno, nie usłyszy Cię. Odwracasz się o raz ostatni, nie widzisz jej już, cały peron przesłania ściana, miotanego podmuchami wiatru śniegu. Zdajesz sobie sprawę, że nie zdążysz, musisz wydostać się stąd, uciec za wszelką cenę, nie dokonasz tego, jeśli nie wsiądziesz do pociągu. Poczucie czasu powraca, Twój umysł pokonuje wzbierającą w Twym wnętrzu falę mrozu, biegniesz. Starasz się za wszelką cenę pokonać wiatr, pokonać wodospady śniegu, duchy równiny śmierci. Czujesz, że nie zdążysz. Brakuje Tobie tchu, lodowate powietrze zamarza w płucach. Krztusisz się, potykasz. Jeszcze tylko kawałek, kilka metrów. Wagony zdają się być coraz bliżej, długi, czerwonobiały wąż zwalnia, tak myślisz. Ale czy tak jest naprawdę? Ostatni zastrzyk adrenaliny, nadzieja większa niż kiedykolwiek, dostrzegasz otwarte drzwi najbliższego segmentu potężnej, wijącej się, pełznącej z mozołem przez te bezbarwne pustkowia poczwary. Wyciągasz rękę, powoli, zupełnie jak gdyby każdy Twój napięty do granic możliwości mięsień, każde ścięgno, najmniejsza żyłka, odmawiały posłuszeństwa, działały jedynie dla własnego zysku. I już niemal dotknąłeś, dłoń sięga po poręcz stopni. Jednak nie jest dane Tobie opuścić równiny, nie w ten sposób. Tym razem nie potknąłeś się. I stało się jasnym, nie dosięgniesz losu, poprzez wichry równin wiejące, patrzysz spoza siebie, nieobecny, Twa jedyna nadzieja przepada wraz z ostatnim tchnieniem goryczy, niespodziewanie, powstrzymany przez nią, otchłań namiętności... Nie wiesz, co się dzieje, nie możesz tego dostrzec, rzecz dzieje się za Twymi plecami. Widzisz tylko oddalający się pociąg, otwarte drzwi wagonu, coraz mniejsze, na Twej twarzy dostrzec można trwogę, pomieszaną ze zdziwieniem, pragnieniem odkrycia przyczyny. Dlaczego? To pytanie sobie zadajesz, już nie tylko w głębi swej duszy, masz ochotę je wykrzyczeć, wyrzucić z siebie, z otchłani, najgłębszych pokładów świadomości, skrywanych przez nagłą trwogę, przerażającą myśl, która staje się faktem, stopniowo poczyna przedzierać się do sfery rozsądku. Czy aby na pewno jest to rozsądek? Od momentu Twego przybycia na równinę nic nie jest przecież takim, jak być powinno, jak więc można mówić o rozsądku. Jedno jest pewne, nie spodziewałeś się takiego obrotu rzeczy, chociaż wydałby się on logiczny, bo przecież rzeczy najbardziej nieprawdopodobnych należy się właśnie w owej logice doszukiwać. Jak to się dzieje, iż tego nie przewidziałeś, jak mogłeś być tak ślepy. Twój umysł oszukał Cię, nie pierwszy raz, już nie możesz wiedzieć, co jest prawdą, a co wytworem Twojej wyobraźni, wszystko już Tobie jedno. W końcu jedyna nadzieja wolności oddala się, w ciągu tej jednej, ulotnej sekundy, wszystko uległo zmianie, dosięgła Cię nieuchronna i nieubłagana ręka losu, od którego uciekał jedynie Twój umysł, Twoja wycieńczona, poddana działaniu ekstremalnych warunków atmosferycznych, świadomość. Bo gdzieś w głębi Ciebie tkwiło to nadal, ten nieuzasadniony lęk, tłumaczony na setki racjonalnych sposobów, można by powiedzieć, iż był to ów lęk pierwotny, lęk, który drzemie w nas o narodzin, dorasta, by wreszcie ujawnić się w całej swej pierwotnej postaci. Myślałeś, że więcej jej nie spotkasz, jak bardzo się myliłeś. Teraz dopiero dojrzałeś, ale jest już za późno. Tak to prawda, nie potknąłeś się, nie dlatego zniknęły sprzed Twych oczu kształty mozolnie przedzierającego się przez ową białą pustynię, przypominającego wielkiego, koloru całej okolicy węża, pociągu. Skąd mogłeś wiedzieć, że pojawi się właśnie teraz. Ten lęk, jego przyczyna, sprawka wszystkich nieszczęść, ona. Nie mogłeś wiedzieć, jakże teraz żałujesz, czujesz to w sobie, odwracasz się i widzisz jej oblicze, takie samo jak wcześniej, jednak jak gdyby zupełnie odmienione. To nie jest ta sama istota, dająca nadzieję, nie, ona ją Tobie odebrała, zabiła w Twym wnętrzu to, co podtrzymywało Cię przy życiu przez cały ten czas. Stoisz, nie możesz wymówić ani słowa, czujesz swoje serce, bije powoli, dziwnie powoli, jakby miało się zatrzymać. Zastanawiasz się, jak to możliwe, przecież w chwilach takich, jak ta, powinno raczej szamotać się w Twym wnętrzu, wyrywać z klatki piersiowej jak dzikie, nieoswojone zwierzę, jednak tak się nie dzieje. Zadziwiające, jak wiele myśli może przetoczyć się przez umysł człowieka w ciągu jednej chwili, niemal niedostrzegalnej, trwającej zaledwie jedno mrugnięcie oka, jedno uderzenie serca, niemal niedostrzegalne, powoli zanikające. Dopiero teraz to widzisz, drobne ukłucie, zdające się muśnięciem czyjejś dłoni, dotykającej Twego brzucha, zwraca teraz całą Twą uwagę. Jak gdyby przez przypadek, zupełnie nieświadomie, poczuwszy owo ukłucie, sięgasz w to miejsce ręką, cały czas patrząc się prosto w twarz sprawczyni wszystkich nieszczęść, w jej duże, coraz ciemniejsze oczy, każda sekunda zdaje się być godziną, każda chwila wiecznością. Powoli, niezdarnie, unosisz rękę, prosto przed swoją twarz, pomiędzy was dwoje, czujesz dziwne ciepło, wcale nie jest przyjemne, raczej drażniące, obezwładniające. Twój słabnący wzrok dostrzega na dłoni dziwny ślad, teraz już wiesz, to ciepło wypływa z Ciebie, z owego śladu, dziwnej, wyróżniającej się z wszechogarniającej bieli, plamy, koloru, którego dawno nie widziałeś, zapomniałeś już niemal co on oznacza, spływa drobna kropelka. Delikatnie, niby figlarnie, jednakże powoli, nieodwołalnie, kroczy po linii życia, na chwilkę zatrzymuje się na nadgarstku, by następnie oderwać się od szorstkiej powierzchni zmrożonej skóry, uciec z niewoli, polecieć w nieznane. Obserwujesz kropelkę bardzo uważnie, nigdy nie zwracałeś na nic, w taki sposób, całej swej uwagi. Leci dosyć szybko, ściągana na łany wyblakłych płatków przez grawitację, jednak dla Ciebie to nie chwila, to całe lata, nareszcie dosięgła ziemi, zdałeś sobie sprawę, umierasz. Zabawne uczucie, jakaż w tym ironia, poniekąd przyjemna odmiana w monotonii przebywania na równinie śmierci, miotanej porywami szaleńczego wiatru, która dawno nie zaznała owego oderwania, chwili tak ważnej w życiu, jakim jest jego kres. Nogi uginają się pod Tobą, powoli przechylasz się, niczym flaga na wietrze, czy też łódź kołysząca się wśród zdradliwych fal oceanu, zupełnie zresztą podobnego do owego morza śmierci, unoszonego przez ciągłe podmuchy śniegu. Widzisz jej twarz, uśmiech, lekko zaciśnięty kącik ust, gest zwycięstwa, patrzy wprost na Ciebie, a Ty wyciągasz tylko rękę, chcesz ją pochwycić pociągnąć za sobą, jednak ona odpycha Cię, szybkim, nadzwyczaj zgrabnym ruchem. Ponieważ peron jest zbyt wąski, staczasz się na tor, skurczony, czekasz na koniec. Dostrzegasz ją, nie wiesz w jaki sposób, odwraca się powoli, odchodzi, słyszysz każdy jej krok, chrząknięcia, platforma zdaje się oddychać, reagować na przemoc butów, wciskających się w puszystą powłokę, spowijającą wszystko wokoło. Oddala się o miejsca zbrodni zbyt powoli, nierealnie, nie wiesz, czy to zawodzi Cię umysł, czy to sprawka czegoś innego, czegoś, czego nigdy nie doświadczył żaden człowiek, czego nie można doświadczyć, nie przybywszy na równinę śmierci. Czy jesteś wobec tego wyróżniony, czy spotkał Cię zaszczyt uczestniczenia w tym niezwykłym zjawisku, tańcu wiatru, widowisku życia i śmierci? W tym momencie, tak jak poprzednio, po raz kolejny, przypominasz sobie, przed Twymi oczyma, niczym starta taśma filmowa, przelatuje całe życie, widzisz już jednak oczyma wyobraźni, bowiem Twoje prawdziwe oczy, powiązane stałym, nierozerwalnym związkiem z ciałem, poddały się pierwsze, ich moc odeszła wraz z ulatującym życiem, zamieniła się w czarną plamę, zalewającą horyzont, powoli napełniającą cały umysł. Również słuch, poprzednio jedyna deska ratunku, wobec tak wielkiej siły, ulega jej wpływowi, zawodzi, słyszysz nieistniejące dźwięki, dziwne, oddalone, niczym skowyt dzikiego zwierzęcia. Całe Twoje ciało zaczyna drżeć, nie wiesz ile już tak leżysz, wciąż widzisz ją, oddalającą się, jak gdyby igrającą z Twoją jaźnią, wystawiającą Cię na próbę, sprawdzającą. Może właśnie ona podtrzymuje wciąż ten płomień, nieznaną, wszechogarniającą wolę życia, która jednak wbrew wszelkim staraniom powoli przygasa, zabierając ze sobą wszystko, co piękne, wszystko to co było, ale i to, czego już nie doświadczysz, to czego już nigdy nie będzie. Pomyśl, ile jeszcze mogło się wydarzyć, a nie nastąpi, pomyśl co straciłeś, co zniknęło wraz z tą jedną, jedyną iskrą, w ciągu zaledwie chwili, mignięcia gwiazdy, zabrane zostało i dołączyło do tchnienia wieczności. Zastanawiałeś się, było to tak niedawno, czy ją jeszcze zobaczysz, zobaczyłeś, ale wbrew wszelkim oczekiwaniem nie było to powodem do radości, jednak to spotkanie odmieniło Twoje życie, na nieszczęście zabierając z głębi resztki Ciebie, resztki Twojej wiary i nadziei. Drżenie wzbiera w Tobie, zupełnie, jakby nie Ty, lecz ziemia wokoło się trzęsła, ogarnięta strachem, wewnętrznym lękiem, wychodzącym wprost z Ciebie. Ponownie słyszysz ten dźwięk, długi, przeciągły skowyt, potem przestajesz czuć cokolwiek, teraz już wiesz, za chwilę umrzesz. Nie wiedziałeś, że nastąpi to tak szybko, jedno mgnienie sekundy, teraz, w tym momencie, już. To koniec. Uciekasz, wciąż biegniesz, za Tobą przeszłość, uosobienie, ona, zmienność, równia, wokoło szalejący wiatr daje znać, jej uśmiech, to właśnie ona, przeznaczenie, dusza, nic nie zastąpi tego uczucia, jedynego najdroższego, dosyć ucieczki, czas stawić czoło, wicher wokoło, szaleńczy skowyt, to duchy przeszłych wieków, ostateczna walka, a pośród wichru kroczy ona, by stanąć, przed nieuniknionym, ostatecznym, sprawca wszystkich tych rzeczy, nie początek, nie koniec, losu drabina nieznana z początku, stworzenie niezwykłe, jedyne w sobie zawiera źródło wszystkiego, do niego dąży, z niego pochodzi, na nim zakończy... Widzisz światło, wszechogarniające, wpadające w ostry błękit, razi Cię. Wiesz, że nie odwrócisz losu, ale coś ciągnie Cię w stronę owego światła, wiesz, że tam musisz podążać, to Twoje przeznaczenie, jedyna droga ucieczki z równiny. I wtem staje się coś niezwykłego, po raz kolejny, wiesz, że nie opuściłeś miejsca swej śmierci, jeszcze nie teraz. Czujesz ból, dlaczego, przecież nie powinieneś nic czuć, i widzisz, słyszysz, dźwięk, który wydaje się tak odległy w czasie, jest blisko, potępieńczy skowyt, przewyższa siłę wiatru, jest większy, unosi się ponad nim, wiatr mu ulega. Ból ogarnia całe Twe ciało, dawno nie używane organy, zamarłe wpół chwili, ożywają na nowo, tyle myśli w Twojej głowie, tyle wydarzeń, tyle do zrobienia. Czujesz to, wiesz, że ona się odwraca, nie wierzy w to, co się dzieje, nie może uwierzyć, pierwszy raz ktoś inny, poza Tobą, nie jesteś więc sam, jednak nie. Otwierasz oczy. Wszystko wokoło jest blado błękitne, jakaś inna, trudna do zdefiniowania barwa, silnie opalizująca wybija się z jednolitej przestrzeni, to co widzisz nie przeraża Cię, chociaż powinno. To nie sen, niestety, a przecież nie żyjesz, jak więc to możliwe, jak wytłumaczyć tą pełną zdumienia, niecierpliwości chwilę, czujesz, że zdarzy się coś niezwykłego, i Ty w tym uczestniczysz, Ty jesteś tego sprawcą. Czy aby na pewno? Podnosisz się, powoli, z mozołem, czując odrętwienie, dziwne, rozlewające się po całym Twym ciele. Nie zastanawiasz się wiele nad tym faktem, robisz dokładnie to, co nakazuje Tobie Twój mózg, wewnętrzny rozkaz, podświadomość pracująca na najwyższych obrotach, serce, które dopiero teraz poczęło bić jak należy, rwące się w Twe piersi, silne podniecenie, odczucie chwili. Odwracasz się w kierunku owej zaskakującej, kontrastującej z otoczeniem barwy. I już wiesz. Znasz źródło dziwnych odgłosów, trawionych przez setki komórek mózgowych, przetwarzanych w ułamku, setnych sekundy, uderzających z taką gwałtownością, iż cichnie przy nich nawet szalejący wiatr. Więc tak to wygląda z tej perspektywy, zabawne, jesteś pewnie jednym z nielicznych, którym dane jest to oglądać, ale jakie to ma znaczenie, jeśli się nie ruszysz, na nic owa chwila, która właśnie nastąpiła, na nic wysiłki tej nieznanej siły, dającej nową nadzieję... i życie. Prostujesz się jedynie na chwilę, patrzysz w oczy nadciągającej z ogromną szybkością bestii, nie masz już czasu, nie wskoczysz na peron, nie zdążysz, czy więc tyle pozostało z nadziei? Ryki potępieńcze wstrząsają równiną, uginają się białe kłosy, wiatry snują swą pieśń, pieśń końca, nadciąga koniec... Ona patrzy na Ciebie, z niedowierzaniem, przeciągle, z nadzieją, może to sen, może ona również padła ofiarą, ułudy? Zbliża się przeznaczenia, dla was obojga, i nic nie jest w stanie odmienić losów, tak ma być, tak będzie, nic nie da sprzeciw, próby, każda zbliży jedynie do nieuchronnego. Mogłoby się zdawać, że znasz dokładnie zakończenie historii, że znasz przyczynę swego zgonu, że wiesz, co będzie dalej. Jednak i tym razem się mylisz, jak zawsze w takich chwilach, Twój umysł pragnie racjonalnych wyjaśnień, całość traktujesz jako sen, przedśmiertną wizję, przecież sam to czułeś, wiesz, że nie mogłeś się mylić, to dotyczy jedynie Ciebie, nic więc nie może być innym, niż się wydaje, nic nie może zmienić losu, chyba, że sam los tak postanowi, ale tak nie będzie, jesteś świadkiem, wiesz, że to niemożliwe. Dlaczego więc ta chwila trwa tak długo, może to jednak nie sen, może to coś więcej, może tak wygląda druga strona, może jest kontynuacją ziemskich losów człowieka, może, może, może... ciąg niekończących się pytań, większość z nich bez odpowiedzi, nie doczekasz się ich, nie tym razem. Musisz przyjąć wszystko takim, jakim jest, inaczej nigdy nie poznasz prawdy, zresztą, kto ją tak naprawdę zna, komu dane było ją kiedykolwiek poznać. Spójrz w oczy bestii, poznaj jej lęk, niech się Twoim stanie, nie walcz z nim, lecz z sobą, ostateczna to walka... Dla niej tak wygląda koniec tej historii, przeznaczenia, które nadchodzi już nie zatrzymasz, mogłeś pokonać śmierć, jednak nic dwa razy zdarzyć się nie może, nie tym razem, nie tutaj, nie, to nie była jej decyzja, nic nie może się stać wbrew jej woli, to jej równina, to tutaj umrzesz, tutaj, nigdzie indziej. Patrzy na Ciebie, stoi wyprostowana, Ty skulony, ponownie, nie jesteś w stanie się ruszyć, to jej sprawka. Już się nie uśmiecha, nie jest jej do śmiechu, nie ma w tym nic zabawnego, nigdy nie było. Zastanawia się, widzisz to w jej oczach, czujesz jej myśli, tak głęboko skryte do tej pory, teraz obnażyła je, na nic bowiem ukrywanie, przecież i tak nic nie da, nieuniknionym jest koniec, tylko on, tu i teraz, bez zmian, ciągły cykl. Jednak coś naruszyło owe trybiki wielkiej machiny, pojawiłeś się Ty, nie w taki sposób, w jaki miałeś, naruszyłeś spokój, równina chciała Twej śmierci, sama chcąc oszukać swój los, miłość, tak ludzką i naturalną, miłość, która nie mogła zawitać do jej serca, jednak losu nie da się oszukać, wiedziała o tym, teraz ujrzała, nie może do tego dopuścić, musisz umrzeć, nie, tym razem nic temu nie przeszkodzi. Gdzieś w swym wnętrzu bije się z myślami, ale stało się, rusza z miejsca, powoli, w jej oczach płonie nienawiść, gorycz zniweczonych planów, nie wiem, dlaczego idzie, tak widocznie ma być, nie zastanawia się nad tym, wie, że nie może pozwolić, byś wszedł na platformę peronu, musisz tam zostać, ten pociąg musi nadjechać. Koleje losu nieznane są, nieprzeniknione są, odważny, kto stanie, wyzwolony, nie przechytrzy, ... Starasz się podnieść, nogi ponownie poczęły ciążyć, niczym z kamienia, dziwnie długo trwa owa chwila, zmaganie, krótkotrwały krzyk rozpaczy, dlaczego, dlaczego w ten sposób, dlaczego właśnie tak, nie wiesz co się dzieje. Wiesz natomiast, że nie tak ma wyglądać koniec, nie w ten sposób opuścisz tą ziemię, niewielki obszar, a jednak sięgający nieskończonych granic, wielkie, białe pola, poruszane nieustannymi powiewami wiatrów, szarpane, uderzane przez długie macki nieba, smagane, rozrzucane, rozrywane na przymrożone drobiny puchu różnorakich kształtów, ciągły taniec życia, taniec śmierci. Widzisz światła, oczy kolejnego potwora, wiesz, że nie uciekniesz, nie możesz nawet nic zrobić, chociażby przyspieszyć nadciągającej, nieubłaganej chwili, odejmując w ten sposób, niwecząc ból, czekanie, najgorszą rzecz z możliwych. Nie jest to łatwe, oczekiwanie staje się bowiem nie do zniesienia, nie masz ochoty przez to przechodzić, chcesz aby nastąpiło to teraz, po co się budziłeś, żeby odczuć ból owej chwili? Niech to się stanie, znasz dobrze to uczucie gniewu, masz dosyć wszystkiego, zapominasz o lęku, nawet nie wiesz, że wygrywasz bitwę, bitwę, która toczy się wewnątrz Ciebie, bitwę, która zadecyduje o wyniku walki, paradoksalnie, walki na zewnątrz, pośród tych otchłani poprzedzieranych kurtynami wijących się drobin śnieżnego pyłu. Ta walka jest walką Twego życia, musisz ją wygrać, stawić czoło nieznanemu, pokonać głęboko w tobie drzemiące lęki, zapomnieć. Iskrzące, odbijające się oślepiającym blaskiem od połaci śniegu, opalizujące oczy czerwono - białego kolosa są coraz bliżej. I nagle wszystko staje się takie jasne, nie musisz uciekać, nie tym razem, tak miało być, wiesz o tym, odkryłeś swe przeznaczenie, właśnie teraz, w tym decydującym momencie bitwy, pokonując lęki drzemiące głęboko w Tobie. Pociąg zbliża się, już nie wije się wśród pól, wtoczył się na stację, jest przed Tobą, możesz go niemal dotknąć, wyciągasz rękę. Wicher szaleje wśród pól, tańcząc swój taniec, nadzieja powróciła, spełnia się przeznaczenie. Nie umiesz, nie potrafisz, wytłumaczyć zjawisk, których jesteś świadkiem, nie wiesz, jak to możliwe, pociąg zatrzymuje się. Nie zatrzymał się, przebiega Tobie przez myśl, wiesz dobrze, co się dzieje, chociaż Twój umysł nadal tego nie toleruje, nie przyjmuje do siebie oczywistej prawdy. To prawda pociąg nie zatrzymuje się. Jedynie jego część, dotykająca w tej chwili koniuszków Twoich palców, stoi w miejscu, reszta porusza się nadal, długie wężowate cielsko pełznie do przodu, nie zwalnia wcale, pędzi, chcąc pokonać powstrzymującą je siłę, przebić niewidzialną barierę, zniszczyć, zniweczyć, przedrzeć się, wbrew siłom, rządzącym w tej chwili. Fałdy na jego skórze powiększają się, odkształcenia stalowego kokonu wzbierają na sile, potwór wydaje z siebie jęk rozpaczy, wie, że zbliża się jego koniec. Blacha w końcu nie wytrzymuje, od ścian odpadają coraz większe łuski, wokoło unoszą się odłamki szkła, zupełnie, jak gdyby czas zatrzymał się na moment, na tą jedną, jedyną chwilę, oddając hołd dziełu zniszczenia. Piętrzące się masy stali nie wytrzymują, część wagonów unosi się, znajdujące się w przedniej części eksplodują tysiącem ogników, te z tyłu prą wciąż tą samą siłą do przodu. Dopiero teraz unosisz głowę. Widzisz jej twarz, ponownie, idzie nadal w Twoją stronę, jej twarz wciąż niezmienna, niczym z kamienia, przestała zdradzać cień emocji, być może nigdy ich nie miała. W tej chwili potężny, spękany korpus, załamuje się, zwija, i uderza z potworną siłą w platformę peronu. Widzisz to, lęk powraca, lecz nie jest już taki jak kiedyś, jest inny, zupełnie, nie jest tym pierwotnym, przerażającym, wypływającym w najmniej oczekiwanej chwili, jest typowo ludzkim lękiem, a może to miłość do drugiego człowieka, tak dalece zakorzeniona we wnętrzu człowieka, lęk o życie drugiego człowieka, nakaz. Odwraca się, na jej oczach pojawia się właśnie on, pierwszy raz, lęk w najczystszej postaci, nie jest w stanie się ruszyć, wie, że nie zdąży. Oderwane od reszty korpusu wagony mkną prostopadle po peronie, wszystko trwa chwilę, ale oboje zapamiętacie ją bardzo dobrze, tylko to pozostało. Pierwszy z wagonów obraca się, z łoskotem, wzbijając wokoło tumany śniegu i pyłu, zasłania wszystko, wiesz, że to już koniec. Ich połamane, powyginane szczątki uderzają o przód maszyny, w tym momencie stoisz już na peronie, poza zasięgiem, tak się Tobie wydaje. Jednak nalatuje kolejny z członów bestii, tym razem mknie wprost na Ciebie, wiesz, co masz robić. Skaczesz przed siebie, niczym zawodowy pływak, wyciągnąwszy ręce przed siebie, wlatujesz wprost na tor, po przeciwległej stronie peronu. Wagon przelatuje kilka milimetrów, tuż ponad Twą głową. Ledwie zdążyłeś się uchylić. Podnosisz się, pył opada, jednak pożar nie przygasa, długie języki ognia zbliżają się do lokomotywy, obejmując coraz więcej wagonów. Teraz dopiero do Ciebie dociera. Ona nie żyje, nic na to nie poradzisz, ale dlaczego odczuwasz w głębi swej duszy jedynie pustkę, nie jesteś w stanie uronić chociażby jednej, jedynej kropli łzy, dzieje się z Tobą coś dziwnego, coś, z czym spotkałeś się po raz pierwszy, nie wiesz, co to oznacza. Po chwili spoglądasz na płonące wagony. Przecież tam byli ludzie, żywi i pragnący życia, tak jak Ty. Zabiłeś ich. Nie, to ona ich zabiła. Nic jednak nie usprawiedliwia czynów, musisz za nie zapłacie prędzej czy później. Może ktoś ocalał, patrzysz więc uważniej, temperatura nie pozwala zbliżyć się zanadto, jednak cały skład wydaje się pusty, kompletnie pozbawiony życia. Wiesz, że nie możesz już nic zrobić, nikomu pomóc, ogarnia Cię lęk, czy nie posunąłeś się za daleko, czy to Ty jesteś za to odpowiedzialny? Ktokolwiek by jednak nie był, musiał posunąć się za daleko. I wtedy, gdy obawy sięgają zenitu, gdy Twa głowa nie jest w stanie znieść naporu myśli, dostrzegasz tabliczkę. Mały kawałek metalu, z wypisanymi starannie, czerwoną i niebieską farbą na białym tle literami, które układając się w logiczną całość, dodają Tobie otuchy, podtrzymują na duchu, pozwalają na chwilę zapomnieć o osobistej tragedii, napis, który oznajmia o przeznaczeniu składu. Pociąg pocztowy. Przewóz towarów. Zachować szczególną... Reszta napisu jest nieczytelna. Ale teraz to nieistotne. Najważniejsze, iż masz czyste sumienie, poniekąd. Bowiem jesteś odpowiedzialny za śmierć. Za jej śmierć. Ogień jest coraz bliżej kabiny, kontrolowanej całkowicie za pomocą maszyn. Mimo wszystko zdajesz sobie sprawę, że umknęła Tobie jakaś myśl. Powraca mała biała tabliczka. Co mogło być na niej napisane, niebieski kolor zawiera zazwyczaj informacje dodatkowe... informacje dodatkowe... Cóż mogło... Nagle jedno skojarzenie, jedno jedyne, wypełnia całą Twoją głowę. MATERIAŁY ŁATWOPALNE. Jak mogłeś być tak głupi. Jak na zwolnionym kadrze widzisz pełzające po zbiornikach paliwa płomienie, cały pociąg zaraz wybuchnie, zmiatając wszystko w swym sąsiedztwie. Ogień. Eksplozja jest bardzo silna, przewracasz się, jakimś cudem udaje się Tobie wskoczyć ponownie w załom między torem a platformą. Kilka sekund i ogień dosięga torów, olbrzymia, ciężka fala przetacza się nad Twoją głową z łoskotem, paląc wszystko na swej drodze. Co za materiały wiózł ten pociąg? Wszystko trwa dosyć długo, gdy ogień zaczyna przygasać, podnosisz się, wchodzisz na osmolony peron, patrzysz na tlące się szczątki wagonów, porozrzucane po okolicy. A więc równina mimo wszystko wygrała. Wiatr zagasił ogień, a Ty jesteś znów sam na tym pustkowiu, przynoszącym jedynie śmierć. Jednak, tak jak zostało to powiedziane, nie jest dane Tobie w ten sposób opuścić równiny śmierci, nie, nie umrzesz, jeszcze nie teraz. Siedzisz już dosyć długo na pustym peronie, wiatr ponownie wezbrał na sile, i nagle, niespodziewanie dla nikogo, przychodzi długo oczekiwane wybawienie. Widzisz go z daleka, ostre światło lamp odbija się od śniegu, wtacza się na stację powoli, pokonując zaspy. Widzisz ludzi, ciekawie spoglądających zza zaparowanych okien. Drzwi otwierają się i wchodzisz do środka, zajmujesz pierwsze z brzegu wolne miejsce, pociąg rusza. A Ty wpatrujesz się w przemykający za oknami krajobraz, białe, poruszające się pod wpływem wiatru płachty śnieżnych drobinek, zapamiętasz je dobrze, puszyste, o zmiennych kształtach kłosy pól śmierci. Nie myślisz już o niczym, wysiądziesz w pierwszym mieście, złapiesz taksówkę i pojedziesz do domu. I położysz się spać. Nie, za długo spałeś. Pójdziesz do miasta, zrobisz zakupy, odwiedzisz krewnych i znajomych, zrobisz prezenty dzieciom, już widzisz ich roześmiane twarzyczki, cokolwiek byś nie kupił, niczym nie zastąpisz swego powrotu. Pociąg zatrzymuje się co chwilę, zbierając podróżnych z rozsianych po równinie stacyjek. Wszystkie są dobrze oświetlone, z murowanym budynkiem dworca. Czujesz, jak powieki opadają ciężko. Zasypiasz. Nagle czujesz czyiś dotyk, opartą o Twoje ramię dłoń. Budzisz się. Jesteś na stacji. Siedzisz nadal na ławeczce, w olbrzymim gmachu dworcowym, czekając na pociąg, dookoła setki ludzi. Nie, tym razem pojedziesz autobusem, poczekasz. Unosisz głowę. Twoje oczy widzą najpierw dłoń, później rękę, na końcu czułą, kobiecą twarz. Widzisz ją, jest prawdziwa, stoi tuż obok Ciebie... Budzisz się. Ale to nie koniec. Nie. Ta historia nigdy się nie kończy, wciąż trwa, tak jak i kiedyś, będzie zawsze, przez wieki... Jesteś na stacji. Widzisz ją. Dookoła śnieg, przerażający chłód, równina, strach...

Ukryta strona człowieka

W pewnym mieście bez nazwy, o niezwykłym układzie ulic, mieszkał Naukowiec.

Był on człowiekiem ponurym i zamkniętym w sobie. Nie posiadał przyjaciół. Całymi dniami przesiadywał w swoim laboratorium. Sumował niekończące się kolumny cyfr, zapisywał niezliczone ilości kart zeszytów, mieszał najdziwniejsze mikstury i czekał. Czekał na dzień, w którym odkryje coś niezwykłego. Coś, co ludzkość zapamięta na długo i będzie radowała się z tego.

Obok laboratorium Naukowca znajdowała się ciemna biblioteka. Ciemna, gdyż w pomieszczeniu owym nie było okien, a Naukowiec obawiał się, iż płomień świec, bądź lamp naftowych mógłby zniszczyć jego bezcenną kolekcję. Znajdowały się w niej tysiące, setki tysięcy ksiąg, zwojów papirusu, nici kipu i kamiennych tabliczek, pełnych zaklęć i magicznych przepisów. Nasz bohater znał je wszystkie na pamięć. Umiał określić jednym wzorem prawa, rządzące przyrodą, zliczyć krople deszczu, spadające do morza. Umiał też budować dziwne machiny, służące mieszkańcom owego bezimiennego miasta. A jednak nie był szczęśliwy. Czegoś ciągle mu brakowało. Pragnął chłonąć wiedzę, ale nie znajdywał już pomysłów, w jaki sposób mógłby to robić.

Pewnego dnia do pracowni zawitał Starzec. Nie chciał on nic kupić. Miał tylko jedną prośbę: pragnął, by Naukowiec pomógł mu powrócić do domu, gdyż był ślepy. Jednak Naukowiec, miast pomóc kalece, zabrał się za liczenie i kreślenie symboli. w szale tworzenia, zapomniał zupełnie o gościu i, gdy była już późna noc, zauważył, że Stary poszedł sobie. Zmartwił się tym nieco. Pracował przecież tyle, by sprawić mu magiczną laskę, ukazującą właściwą drogę. No, ale rady nie było, trzeba liczyć dalej.

Naukowiec odłożył projekty laski na bok i zabrał się za wyliczanie, ile ziaren piasku jest na pustyni Sahara.

Kilka lat później, gdy w pracowni zaczęło brakować miejsca na kolejne dokumenty i wynalazki, ciągle niezadowolony Naukowiec zapieczętował wrota i przeniósł się pod gołe niebo. Rozłożył z koców pomieszczenie, które nazwał namiotem, postawił pośrodku niego biurko i stołek, zasiadł wygodnie i zabrał się do roboty. w końcu i tu nie było miejsca do pracy. Porządkując namiot, znalazł Naukowiec stare zapiski, wyrwane z "Atlasu", swego autorstwa. Otóż na skraju świata, tam, gdzie Słońce kładło się do spoczynku, stała chata starego Mistrza, mędrca wielkiego, największego ze wszystkich. To mogło okazać się jedynym ratunkiem dla cierpiącego na niemoc twórczą Naukowca. Zapragnął ze wszystkich sił dotrzeć na kraniec świata i prosić mędrca o odpowiedź na najważniejsze pytanie. Zebrał więc wszelkie potrzebne szpargały, sklecił wózek, zapakował wszystko do niego i ruszył w podróż.

Wędrował przez kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt dni, zostawiając za sobą wózek, rzeczy i księgi. Nie rozstawał się tylko z zeszytem i piórem z inkaustem. Nareszcie dotarł do celu. Wyczerpany, bez jedzenia, bez picia.

Chata Mędrca stała na wielkim wzgórzu. Dostać się można było doń tylko po kamiennych schodach, ciągnących się, (niczym Pętla Möbiusa,) w nieskończoność.

Gdy tylko Naukowiec docierał na górę i chciał już pukać do drzwi, zrywał się wiatr i porywał go na dół zbocza. Działo się tak aż do czasu, gdy nasz bohater padł zemdlony w połowie drogi na szczyt.

Oczy jego spowiła ciemność, a on sam pogrążył się w głębokim letargu. Leżał tak cały dzień i całą noc. Nazajutrz ktoś skropił jego twarz wodą. Nie zareagował. Ktoś zaniósł go do chaty na wzgórzu i tam napoił.

Gdy wreszcie Naukowiec odzyskał przytomność, zauważył, że znajduje się w przedziwnym pomieszczeniu. Na ścianach widniały obrazy z jego życia. Ciemne i ponure. Wtem odezwał się głos.

- Pamiętasz, gdy tak tworzyłeś owe dzieła, gdy radowałeś się ze swej inteligencji, gdy sądziłeś, że pomagasz ludziom, gdy dawałeś rady, setki ludzi na przedmieściach umierało z głodu. Czy wiesz, coś zrobił? Zadaj owe, nurtujące cię od lat pytanie, śmiało. Lecz nie oczekuj na nie odpowiedzi.

Naukowiec z przerażeniem wodził wzrokiem po celi, aż wreszcie wrzasnął na całe gardło:

- Co mogę zrobić jeszcze dla ludzkości, by była szczęśliwsza?!

- Podejdź tu, do lustra prawdy. Spojrzyj weń swą duszą i ujrzyj prawdę.

Naukowiec posłusznie podszedł. A to, co zobaczył, zmroziło mu krew w żyłach. Setki nieszczęść, wojny, głód, wszystkie najgorsze elementy. Elementy, a właściwie duże kawałki swojego i innych życia. Rzeczy, które były robione świadomie lub nie, ale zawsze były złe. Aż wreszcie ukazał się obraz najstraszniejszy. Oto on, naukowiec siedzi za biurkiem i szkicuje plany magicznej laski, a ślepy Starzec wychodzi po omacku z jego pracowni, pełen smutku. Błąkając się w ciemnościach, potyka się i upada na ziemię, uderzając głową w głaz. w wielkich męczarniach umiera, gdy tymczasem Naukowiec raduje się swym współczuciem dla innych i udzielaniem pomocy.

- Ten Starzec miał na utrzymaniu żonę i trójkę kalekich dzieci, głupcze!

Nagle ziemia osunęła się, pochłaniając chatę, a razem z nią Naukowca.

Tak, to prawda, myślał, spadając, byłem głupcem. Nie zauważyłem, że pomagając, mogę szkodzić, że podświadomie mogę sprawiać ból i wyrządzać krzywdę innym. Bo jest druga, ciemna strona człowieka, której nie widać.

Aż wstyd spojrzeć w lustro duszy.

Zabłędzeni

- Kurwa mać! Nie ma szans, żeby to odtworzyć! Żądasz ode mnie niemożliwego, Matthew! - Johnny ze złością kopnął pudło peceta, o mało nie rozłączając kabli. Wkurzało go, kiedy ktoś stał mu nad głową i sapał, jakby chciał poocierać się jajcami o jego twarz.

- Szczególnie, jak stoisz mi tak nad twarzą, jakbyś chciał się o mnie poocierać swoimi zwiędłymi jajcami! - dodał z wściekłością. W myślach. Nie byłby w stanie tego powiedzieć na głos. Chyba, że chciał stracić pracę. Co nie zmieniało faktu, że miał ochotę wygarnąć swojemu pi-em-owi. Koleś co chwilę wymyślał sobie jakieś bzdety, tak bardzo wkręcone, że zaczynał w nie wierzyć. A potem przyłaził, smęcił i zamiast dać mu pracować to stał tak godzinami, no, a przynajmniej po kilkanaście minut, truł mu dupę, aż skwierczało, chociaż za bardzo nie miał pojęcia, o czym gada. Jedna z zalet zatrudniania magistra biologii jako kierownika branży it działu sprzedaży. Johnny Middlefinger, zwany także Jankiem Środkowy Palec zakotwiczył się na dobre jako specjalista QA w dziale testów podrzędnej firemki, aspirującej do pseudo-corpo, przy czym pasowali do tego jak wrzód do dupy, ale to był taki chory trend, każda firma chciała być corpo, wielką i liczącą się na rynku, a im bardziej chciała być corpo tym bardziej rozwalała na łopatki system i pracowników. Tak się nie dało. I głównie przez to Jasiek siedział teraz nabuzowany jak butelka coca-coli, po wypadnięciu z ostatniego piętra Burj Khaliffa i rozpieprzeniu się o piękny chodnik Dubaju 163 piętra niżej, mając ochotę zetrzeć szefowski pysk o jakąś ostrą powierzchnię płaską.

- Nie marudź, tylko sprawdź to. I tak nic nie robisz cały dzień. A potem mówisz, że coś zajęło ci półtorej cholernej godziny, kiedy innego dnia podobno zajmowało cztery. - Matthew cedził słowa przez zęby. Oboje nie lubili się, ba wręcz nienawidzili z wzajemnością. Chociaż jeden i drugi wymieniali zawsze miłe i szczere na pozór uśmiechy i żarciki, to ten pierwszy tylko wyczekiwał okazji, żeby obrobić Jankowi za plecami dupę. Janek pewnie zrobiłby to samo, ale za bardzo nie miał jak. Matthew był jego nadrzędnym, nie było wyższej instancji powyżej niego, no, chyba że przenadrzędny, ale on delegował i tak wszystkie sprawy na swoich przydupasów, nie dało się normalnie załatwić sprawy, nie obijając się i tak o nadrzędnych.

Janek nienawidził takich chwil. Gadanie, że nic nie robi, tylko obija się całe dnie, było totalnym przegięciem. Z całego serca wierzył w powodzenie projektów w których brał udział i poświęcał im się bez reszty. Czasem zastanawiał się, po co właściwie to robił. Nie dostawał nic w zamian, ani podwyżki, którą obiecywali mu od dobrych dwóch lat na każdym ewalu, ani chociaż pieprzonego uścisku dłoni szefa. W zamian jedynie Matthew sugerował na lewo i prawo, że Janek to niedojda, wrzód na tyłku który opierdala się całymi dniami i na niczxym się nie zna. Pal licho, że Janek był jedynym człowiekiem w firmie, który ogarniał wszystkie te projekty, auto, perfo i cały tuzin innych bajerów, bez których firma nie zarabiałaby ciężkich milionów. I robił to dobrze. Wszyscy to wiedzieli. Ale i tak woleli obrabiać mu dupę, niż się do tego przyznać. Nie wytrzymał.

- Matthew, kurwa! Wyluzuj, usiądź spokojnie, bo nie mogę pracować jak ktoś stoi miza plecami, stresujesz mnie! Idę po kawę. - wstał i poszedł do kuchni. Puścił strzałę kumplowi. Weszli przez przeszklone drzwi w tym samym momencie. Jeden z jednej, drugi z naprzeciwka. Kuchnia była pośrodku biura. Bez słowa, jak na komendę sięgnęli po swoje kubki i stanęli przy ekspresie. Jedno spojrzenie wystarczyło. Zazwyczaj wiele nie mówili. Testerzy nie mieli dobrej opinii, nie tylko w tej firmie, póki się nie wychylali, nie było problemu. Byle nie wyrażać swojego zdania i zapierdzielać cały dzień do upadłego. Ekspres zaczął charczeć i strzelać fochy jak dzisięcioletnia żona, widocznie znowu zabrakło w nim życiodajnego hadwao lub ziarenek kofeinowej mocy. Spojrzeli na siebie ponownie i wybuchnęli śmiechem, pojebany do reszty dzień, nie pozostało nic innego jak tylko się zaśmiać. Uzupełnili życiodajny płyn kawowemu uzurpatorowi, ruszył z pełną mocą, zupełnie jak startujący boening.

- Tej, byle nie zajebał w WTC - sarknął Switch. Znowu śmiech. Nie wymieniali uwag na temat tego co działo się tego dnia, nie było po co, oboje wiedzieli doskonale, jak jest. Jeszcze tylko zbombardowali tarczę z rzutkami i wrócili do siebie, każdy do swojej korpo - celi.

Matthew siedział u siebie. Wyglądał jak nadęta rybka nadymka, wyraźnie strzelił focha. Johnny usiadł przy kompie, odpalił monitory i spojrzał z pogardą na aplikację. Skupił się, w końcu miał chwilę spokoju. Przerzucił okienka z podglądem live a lewą stronę, a ekrany robocze na prawą. Zerknął raz jeszcze na mejla od nadrzędnego. "Klient pisze, że mu nie działa". Super, elokwencja i trzymanie się procedur jak u różowego jednorożca rzygającego owocową tęczą, na pewno coś w ten sposób osiągniemy. Przejrzał raz jeszcze apkę krok po kroku, opierając się na tym, co mu przekazał, poza niezwykle szczegółowym mailem, że nie działa, Matthew i po raz kolejny zaklął.

- Matthew, tego ficzera nie ma nawet w aplikacji, nie wspieramy tego. Przekaż klientowi. A, i następnym razem niech opisuje taski dokładniej. - krzyknął przez kilka biurek w stronę nadrzędnego.

- Jak to nie wspieramy? Gdzie to jest opisane? Dlaczego nie zostało znalezione wcześniej? Jak to się stało? Czemu tego nie zgłosiłeś? Kiedy... - Johnny nie słuchał, wyłączył się, kiedy słowotok idiotycznych pytań zalał pomieszczenie. Przygotował tylko sobie dość jednoznaczną odpowiedź, bezpieczną i taką, żeby Matthew ją przyjął, zrozumiał. I najważniejsze - żeby się odpieprzył.

- Było mówione na kilkunastu planowaniach, masz na saporcie, opisane jest. Tego nie wspieramy, nie można tak robić. Klient powinien wiedzieć, bo ma to opisane. Sam to opisywałeś. Jeśli coś takiego jest potrzebne, powiedz chłopakom na retro i następnym planowaniu, może ogarną i się zrobi, ok? - odpowiedziała mu cisza i mina nadrzędnego która mogłą mówić, że albo zamiast bąka puścił coś grubszego, albo że odpowiedź Janka zbiła go z tropu. W końcu spokój. Janek spojrzał na zegarek. Cholera, znowu przesiedział godzinę za free. Już dawno powinien biec na bus. Wyłączył maszynę, wstał, bąknął pod nosem "Cześć" na pożegnanie i wyszedł, po drodze zabierając z wieszaka ciepłą, zimową kurtkę. Będzie musiał dylać z buta po kolana w śniegu. Znowu.

W domu czekał na niego Sancho. Czarny, postrzelony wypłosz, o którym krążyły legendy jeszcze zanim zagościł w jego domu. Podobno jako jedyny kot Sancho powstrzymał apokalipsę zombie i gdyby nie on, ludzkość teraz by nie istniała. Johnny w to wątpił. Były co prawda momenty kiedy bał się swojego kota, który zachowywał się, jakby wszystko rozumiał, mało tego, jakby faktycznie powstrzymał apokalipsę zombie. Ale poza paroma incydentami z próbą uduszenia, przegryzienia tchawicy czy zjedzenia ucha Janka żywcem, bywało raczej spokojnie i nudno.

Po powrocie zadzwonił do pizzerii, rozwalił się za przykładem kocura na kanapie i odpalił xboxa, wybierając na chybił trafił jedną z tych idiotycznych gier, które był swego czasu nabył niemal hurtowo razem z konsolą, ot tak, dla zabicia czasu. Nigdy nie gustował w grach i doprawdy nie rozumiał, co takiego jego koledzy z pracy, o ile mógł nazwać ich kolegami, w grach widzą, że mogą o tym gadać bez ustanku, codziennie, przez całe osiem godzin (zamiast spiąć poślady i pracować, w końcu i tak za ich nieróbstwo obrywali testerzy). Pograł może z pięć minut w jakąś strzelankę, zmienił płytę. Za długo jak na jedną grę. Doszedł do chyba dziesiątego krążka, gdy zadzwonił dzwonek. Pizza. Żarełko. Ambrozja w pustym wygłodniałym żołądku. Podbiegł do drzwi i otworzył. Spodziewał się znanego kolesia, metr-czterdzieści-w-kapeluszu, blond włosy w nieładzie i niezwykle zakręcony. Zamiast tego po drugiej stronie (niemal na nią wpadł po otwarciu drzwi i zrobieniu kroku), stała czarnowłosa piękność, której jeszcze nigdy wcześniej nie widział. W pośpiechu rzucił jej odliczoną kwotę i zamknął drzwi, opierając się o nie plecami. Cholera. Kobieta. Nie widział co zrobić. Poczuł, że robi mu się słabo. Z otumanienia wyrwało go pukanie. Odwrócił się i spojrzał przez judasza. "Co ona tu jeszcze robi?" pomyślał.

- Odbierzesz tą pizzę, czy jak? - jęknęła, wciskając czarne jak piekło źrenice z drugiej strony wizjera i świdrując mu nimi duszę. Otworzył przestraszony, wyrwał karton i zatrzymał się w pół ruchu, niepewny, co zrobić.

- Hej, koleś, spokojnie, nic ci nie zrobię. Pizza. Dostawa. Helloł? Ziemia? - spojrzała na niego spod czarnej czapki z daszkiem, trochę spode łba. Jak na zabawne zwierzątko niespełna rozumu. - Chyba nie za często widujesz laski, co koleś? - Janek zamiast odpowiedzieć, przełknął ślinę i pokiwał głową. Było w niej coś niezwykłego, coś, czego nie potrafił wyjaśnić, przerażała go. Chociaż była to tylko ładna dziewczyna. Tak przynajmniej mu się wydawało.

- Dobra koleś, przywyknij, bo teraz ja rozwożę pizzę na dzielni, Karolek się pochorował, a chyba nie chcesz przymierać głodem, co? - wyszczerzyła kły w uśmieszku - Narazie! - odwróciła się kręcąc biodrami i wyszła przed budynek, zostawiając zastygniętego w nieco dziwnej pozycji Janka, stojącego na jednej nodze, z pizzą wysuniętą przed siebie.

Ruszył się dopiero, jak zaczęła go parzyć w dłonie. Zamknął drzwi, popukał się w czoło i wrócił do grania, po drodze wyganiając kota z blatu kuchennego który najwyraźniej podobał mu się bardziej niż miękka i ciepła kanapa. Odpalił kolejną grę i zasnął w trakcie rozgrywki.

Przeskoczył nad kolejnym, ledwie wyczuwalnym w tonach białego puchu pokrywającego ziemię, wykrotem, z trudem ignorując dostrzeżony kątem oka ognik pełgający po gałązce 4 zwieszającego się opodal, kompletnie przemarzniętego i wyschniętego na kość drzewka. Kierował się dobrze znaną sobie kocią ścieżką, prosto przed siebie, na przełaj gruzowiska dawnego miasta, otulonego w lodowaty uścisk zimy. Kiedyś była to jego stolica, jego Mexico, ojczyzna. Teraz były to jedynie kuszące przeszkody, służące coraz to nowym wyzwaniom i dające jeszcze więcej schronienia niż za czasów, kiedy mieszkali tutaj ludzie.