Ząbkowice Śląskie. Opowieść. Tom 1 - Paweł Malicki

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (20,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dziękuję Piotrowi Ankowskiemu. Przewodnikowi w Ząbkowickiej Izbie Pamiątek Regionalnych. Dziękuję za spacer po starej części miasta i odpowiedzi na pytania, których nie zdążyłem nawet zadać, ponieważ odpowiedział na nie, kiedy o nich tylko pomyślałem..

Rozdział 1

14 styczeń 1946 roku, sporo przed 6 rano. Na stację w mieście Frankenstein wjeżdża powoli skład ośmiu wagonów towarowych, ciągniętych przez parowóz otoczony kłębami pary. Wagony bydlęce, z każdego wystaje komin, ale tylko w pierwszym wagonie z komina ulatuje dym. Jest mroźno, 18 stopni na minusie. Niebo zasnute ciężkimi chmurami, wieje lekki wiatr. Na peronie stoi tylko jeden człowiek, oficer milicji obywatelskiej. Kiedy skład się zatrzymuje oficer przechodzi na drugi tor otwierając drzwi. Wyskakuje z nich milicjant, jest młody i uśmiechnięty. Pomaga wysiąść kilkunastu osobom opatulonym we wszystko co utrzymuje ciepło przy człowieku. Kiedy kończy pomoc podchodzi do oficera, bez salutowania podają sobie dłonie. By nie trzymać ludzi na mrozie młody milicjant wskazuje palcem poczekalnie i prosi by wszyscy przyjezdni tam poszli. Oficer chwilę o czymś rozmawia z milicjantem, podchodzi też kolejarz, by coś powiedzieć maszynistom. Inne wagony są puste, skład ma stanąć na bocznicy, tyle z rozmowy usłyszeli milicjanci idący w spokoju do poczekalni. Przed wejście do niej jeszcze się zatrzymują, o czymś rozmawiają. Mimo wiatru nie wchodzą jeszcze kilka minut.

Kiedy są już wewnątrz oficer żegna się z milicjantem, po rozstaniu milicjant ogłasza.

- Kurceby idą ze mną. Reszta czeka na człowieka, który zaprowadzi was w miejsce dla was.

Rozlegają się pytania ile trzeba czekać i dokąd reszta grupy ma iść.

- Prawdopodobnie poczekać musicie do po siódmej. Tu jest cieplej jak na dworze. Tu jest chyba koniec waszej tułaczki. Poczekajcie spokojnie, wy za mną.

Pięć osób wychodzi z poczekalni drugimi drzwiami na podwyższenie i po kamiennych zaśnieżonych schodkach na ulicę. O ścianę budynku jest oparta tabliczka ulicy, podnosi ją młody chłopak, Bahnhofs Alee. Przed stacją kręcą się żołnierze patrolujący jej teren, nie byli przy wjeździe składu, ponieważ z każdej stacji dzwoniono ile osób w przybliżeniu jedzie do następnej. Do tego miasta przyjechało niewielu ludzi, wiadomo z poprzedniej stacji Kamenz, nie meldowano o jakimkolwiek nieporządku, więc żołnierze chodzili przy stacji i terenie przyległym, ogólnie był spokój. W oddali widać jeszcze światła odjeżdżającego auta odwożącego oficera.

Środkiem pustej drogi idzie sześć osób, wiatr nieco się wzmógł. Przyjezdni w ciemności, z jako taką ciekawością przyglądają się nowemu miejscu. Co prawda pochodzą z Dukli, tam architektura jest całkowicie odmienna, ale tam wrócić nie mogą, jedynie ziemie odzyskane czekają na takich mieszkańców. Tu przyjeżdża wielu ludzi z nowymi nazwiskami bez przeszłości, z nadzieją na przyszłość nową.

Spoglądają na wysokie domy z ciemnymi oknami, we wszystkich są szyby. Idą środkiem zaśnieżonej drogi ze śladami aut, to pojedyncze sztuki, więcej jest śladów butów i sań. Jest ciemno. Pierwszy idzie milicjant kapral Franciszek Tejchma, często w podróży się uśmiechał. W wagonie od początku wdał się w komitywę z rodziną Kurcebów. W pierwszym wagonie jest od początku, oni zdali się najlepszymi rozmówcami ze wszystkich podróżnych w pierwszym wagonie i chyba całym składzie. Chyba z powodu dzieci w których tkwi jeszcze jakaś nutka optymizmu, naiwności i takiej dziecięcej szczerości. Zna miasto do którego ich przywiózł, w czasie zimowej podróży zdążył się zorientować, że głowa rodziny pan Damian Kurceba jest dobrym zdunem, takich fachowców potrzeba.

- Panie Tejchma, dokąd nas pan prowadzi? - zapytuje Damian.

Milicjant zwalnia nieco, by rodzina się zbliżyła, tak by wszyscy słyszeli odpowiedź.

- Rozmawiałem z majorem Macherem, że w transporcie mamy zduna z doświadczeniem i młodego murarza matematyka, żona pana to krawcowa. Chwilę pomyślał i zdecydował, by zaprowadzić was natychmiast na kwaterę. Wczoraj zmarła pani Żurawiecka i mieszkanie zostało bezpańskie, no i jest wasze. Dziś za dnia przyjdą panowie do PUR-u by się zgłosić, tam już będzie czekał na was przydział. Otrzymacie czego wam trzeba i do roboty, a jej jest dużo.

Ruszają dalej. Po kilku krokach pani Maria się pyta.

- A nikt po tej pani z rodziny nie potrzebuje mieszkania?

- Była samotna. Mąż zmarł w połowie ubiegłego roku. Córka rozum postradała z przeżyć i w szpitalu dla obłąkanych ją umieścili. Teraz zmarła pani Żurawiecka. Nic nie wiadomo o kimkolwiek z rodziny. Mieszkanie puste stać nie może. Trzeba ludzi do pracy, a wy jak znalazł. Wyglądacie na uczciwych. Widziałem w podróży, stronicie od alkoholu to i chyba mieszkanie nie przepadnie i pomożecie stanąć miastu i ludziom na nogi.

- A niemców dużo tu? - dopytuje się pani Maria.

- A jakże. Są wytypowani fachowcy do pozostawienia, reszta fru z Polski. Odlecą stąd jak dzikie gęsi, tylko już nie wrócą. Tylko chwilę jeszcze poczekać trzeba.

Po tych kilku zdaniach idą bez słowa. Mijają duże skrzyżowanie tam też widzą ludzi gdzieś idących. W domach lampy naftowe się świecą, mrugają płomyki świec. Aura sprawia wrażenie ciężaru i przygniecenia do ziemi. Kurcebom idzie się raźniej po wiadomości, że idą już do mieszkania. Teraz muszą zejść z ulicy, jedzie kilka ciężarówek.

W tym kilkuosobowym pochodzie pani Maria jest najmniej obciążona. Niesie tylko plecak, reszta rodziny prócz plecaka w rękach niesie walizy, najmłodsi dziesięcioletni Florek i dziewięcioletnia Marynka mają w każdym ręku jakiś tobołek. Najmłodszym jest trudno, ręce zaczynają marznąć mimo rękawiczek. Jednak jest lżej z powodu ludzi przygarbionych idących chodnikiem i tych paru przejeżdżających aut, oraz napisów na murach. Co prawda po niemiecku, ale i jakiś Polski się przydarza, to odciąga ich uwagę od niedogodności. Niespodziewanie milicjant zatrzymuje się przed jakąś otwartą bramą obok dużego budynku.

- To jest miejsce gdzie wielu ludziom niesiona jest pomoc. Szpital na Hindeburg - Strasse. A tam -wskazuje palcem na prawo widoczne drzwi po drugiej stronie podwórza -Zamieszkała chwilowo pani Żurawiecka.

Odzywa się głos najmłodszej.

- To jednak gdzieś mieszka.

- To kostnica. - młody milicjant uśmiecha się w zamyśleniu.

Kiedy ruszają Florek jeszcze stoi i przygląda się budynkowi i drzwiom po drugiej stronie podwórza. W końcu rusza za rodziną, bojąc się ich zniknięcia i pozostania samotną zgubą, nigdy nie odnalezioną.

Dogania lekkim truchtem rodzinę, która rozmawia o czymś z panem Tejchmą. Kiedy dobiegł rozmowa się kończy, usłyszał tylko jakoby do ich mieszkania było już blisko. Zaczyna wiać jeszcze bardziej porywisty wiatr. Mijają kilkanaście osób mówiących po polsku i niemiecku, wszyscy kłaniają się milicjantowi. W wąskich uliczkach jest jeszcze ciemniej i bardziej przygnębiająco. Mimowolnie rodzina idzie bardziej zbliżona do siebie i milicjanta. Skręcaj gdzieś w lewo, wchodzą na jakieś podwórko, kilkadziesiąt metrów w ciemności i nagle stoją przed drzwiami. Milicjant wchodzi pierwszy, rodzina za nim. Dość obszerna sień i schody na piętro. Mijają pierwsze, kiedy są na drugim, drzwi jakiegoś pomieszczenia otwierają się i zza nich najpierw wyziera lampa naftowa, za sekundę postać, słychać głos.

- Cześć Franek. Mówili, że ktoś może pojawić się z nowymi lokatorami.

Drzwi szeroko otwiera jakiś starszy milicjant, z nim pan Tejchma wita się serdecznie. Po powitaniu odzywa się.

- Proszę wchodzić. Bagaże zostawcie w przedpokoju. Prowadź Stefan, to nowi lokatorzy po pani Żurawieckiej. Oprowadź ich. To państwo Kurceby. - obszerny przedpokój jest ciemny, w kuchni świeci się gruba świeca, po odłożeniu bagaży i rozpatuleniu się czują ciepło dolatujące z kuchni. Kiedy są już gotowi Stefan spokojnie mówi.

- To chodźcie za mną. Zaczniemy od lewej strony. Prądu nie ma od wczoraj i chyba dzisiaj raczej nie będzie, ale zaraz jasno się zrobi. To chodźcie. - rusza do najdalej w lewo umieszczonych drzwi - otwiera je -Tu na zimę nieboszczka trzymała kilka króli i kilka kur, pięć worków zboża i jakiejś paszy i inne zapasy dla zwierząt. Bała się by po śmierci męża wszystko nie poginęło zimą. Zostawiła spory dobytek na rozmnożenie. Ja zamawiam pierwszego odhodowanego kurczaka. Franek wie gdzie mnie znaleźć.

Pokój jest bardzo obszerny i zimny pachnący kurnikiem i klatką dla królików. Taki widok nie dziwi Kurcebów. Odzywa się też pani Maria.

- Jak która zechce siąść na jajkach to i drugi dla pana Tejchmy będzie.

Wszyscy się uśmiechają wychodząc do przedpokoju. Stefan pokazuje dwa maleńkie pokoiczki, takie mikroskopijne. Są między kuchnią i pokojem ze zwierzętami. Państwo Kurcebowie komentują wygląd pokoiczków. Już wiadomo kto z nich skorzysta. Następna jest kuchnia z niewielką spiżarką za ścianą.

- Tu macie prawdziwą wygodę w przedpokoju. Kibel w mieszkaniu. Własny i prywatny. Najważniejsze, działa. - radośnie komentuje Stefan, wszyscy przyglądają się takiej wygodzie i luksusowi, dzieci w szczególności -Teraz pokój największy, ale zimny. Mąż pani Żurawieckiej popijał, do tego miał odpowiednie towarzystwo. Kiedyś zabrakło ecie pecie, dobrali się do pieca szukając złota. I nic. Nikt nie znał się na budowie czegoś podobnego. Pokój idealny jest na lato. Teraz zimno, tylko nie wieje.

Tu odzywa się Damian.

- Czuję, że pierwszy piec u siebie postawię. To jak będzie panie Tejchma? Można?

Młody milicjant uśmiechnął się szczerze i odpowiedział.

- Przeszkód nie widzę. Zobaczymy jak biura zareagują i czy są kafle na jakimś składzie.

- O, kafle to nie wszystko. Narzędzia. Jeszcze glina potrzebna, piach. Pomocnika mam. Ile obliczasz materiału?

Gienek w lot odpowiada.

- Jak taki zwykły pokojowy to ponad setka różnych kafli, cegły szamotki może być dwieście osiemdziesiąt, trzysta. Gliny i piachu tak, by zostało jeszcze po pół taczki każdego. - rozejrzał się zadowolony i natychmiast dodał -To taki zapas, żeby później nie trzeba szukać w razie czego.

Wszyscy przyglądają się miejscu gdzie stał piec. Stefan jeszcze dodaje.

- Trzeba zejść na parter. Tam jest piec do centralnego ogrzewania mieszkania poniżej. Niestety piec dla podgrzewania podkowy na ciepłą wodę do kąpieli działa, ale tak przeżarte rury są i konieczny hydraulik. - schodzą na parter by się temu przyjrzeć w świetle lampy naftowej -O widzicie tutaj przerdzewiałe rury. To jeszcze z tej pralni wyjdziemy na podwórze. O te klatki dla królików puste. Nie wiem gdzie są klucze do komórki. - wejście do nie jest w korytarzu - Tam i węgiel jest i drewno i kurnik. Taka spora komórka. A dziś jeszcze ma przyjść pani Stefania. Zabierze jakieś najlepsze ubrania dla pani Żurawieckiej na przebranie do trumny, to na razie nic z jej rzeczy nie wyrzucajcie. Moja mama też ją sobie zamówiła. Nie chce być łamana żeby ktoś ją ubierał. Pani Stenia ma dar i nieboszczyk miękki się robi jak ciasto i nic nie trzeba łamać.

Z ogromną ciekawością przysłuchuje się temu mały Florek. Dużo widział nieboszczyków, jak na swój wiek za dużo. Widział rannych partyzantów na polach minowych, po nich bano się pójść. Umierali nie po cichu. Widział martwych na polach bitewnych i na miejscach zabaw. Widział odkładanych na mrozie nieboszczyków dla stężenia, ale widział też wyłamywanie palców dłoni u kogoś martwego, by wyciągnąć z jego dłoni coś co w niej trzyma albo ma na palcu. O czymś takim, by nieboszczyk robił się miękki pod kogoś dotykiem, tego nie słyszał, ogromnie go to zaciekawiło.

Stefan postanawia już iść. Jego służba się skończyła, na zakończenie jeszcze dodał.

- Mogą tu któregoś dnia zajrzeć milicjanci, by sprawdzić jak się zadomowiliście. Mieszkacie na skrzyżowaniu Lange Gasse i Loch Gasse. Są też polskie nazwy, ale każda inna na tą samą ulicę. Dlatego warto jeszcze szwabskich nazw używać.

Kiedy odchodzi wszyscy zauważają początek nowego dnia. Pochmurnego, niechętnego ludziom zmieniającym tak bardzo swoje życie i swoich bliskich. Pani Maria zadaje Frankowi pytanie.

- Niemców tu dookoła wielu? - pyta z wyraźnym zalęknieniem.

Franek odpowiada.

- Za dnia nie trzeba się bać. Wszystkie sprawy załatwiać trzeba za jasnego nieba. Po ciemku może być różnie. Nawet niektórzy Polacy łazęgują. I młodzi bez broni nocą nie chodzą. O tym trzeba pamiętać. To co wszystko jasne, mogę już iść? - Damian zadaje pytanie.

- A jak do tego PUR-u trafić i o tą pracę spytać, gdzie tu sklepy? Targ jakiś. Kartki na żywność by się przydały.

- Jak wyjdziecie na miasto spytać każdego, a najlepiej milicjanta czy żołnierza, tylko nie ruskiego. Chociaż Nawet Polaków niektórych trudna zrozumieć.

Kiedy pan Tejchma odchodzi wszyscy wracają do mieszkania. Pani Maria bierze plecak i wypakowuje z niego chleb, boczek, coś jeszcze tam jest, ale na śniadanie wystarczy. W kuchni w szufladzie znajduje ostry nóż. Kroi chleb i boczek, każdemu po kilka kromek na zakończenie dodając.

- Możecie prosić o dokładkę. Może to koniec udręki. Ale dopóki tu niemcy i ruscy, trzeba uważać. Niech każdy pamięta co przysiągł.

Rozdział 4

Rano jeszcze przed śniadaniem, kiedy dzień i ludzie rozpoczynają dalszy ciąg wędrówki przez życie. Gienek bierze znalezione klucze i węglarkę, zbiega na dół by sprawdzić czy faktycznie są od komórki pani Żurawieckiej. Florek w tym czasie wybiera popiół z pieca, ze schowka pod nim wyciąga naręcz drewna do rozpałki. W schowku zostało go jeszcze może na dwa razy. Mnie niemieckie gazety, na to kładzie drewno, w tym czasie wraca uradowany Gienek.

- Huraa! Mamy węgiel. Tam go sporo jest i drewno, dużo miejsca w środku. Tylko światła nie ma, ale to nic.

Kładzie węglarkę przy piecu. Cieszy się, mama odpala gazety. Wszyscy w jakimś dziwnym napięciu oczekiwania jak dalej potoczy się sytuacja, choć już wcześniej palili w nim. Czy od gazet odpali się drewno porąbane przez zmarłą gospodynię. Z początku lekki dymek wypływa między przerwami w płytach kuchennych, później przez wypaczone lekko drzwiczki, napięcie rośnie. Nagle coś w piecu obudziło się. Jakby piec wziął głęboki oddech i drewno zapłonęło radosnym płomieniem.

- Dobry ciąg. To postawcie czajnik, herbaty się napijemy. - podpowiada tato.

Teraz dopiero mają wrażenie, że naprawdę są u siebie. Kiedy drewno zajęło się na dobre, mama podkłada węgiel. Po chwili piec oddaje ciepło stworzone przez węgiel. Twarze domowników stają się bardziej rozluźnione. Po krótkiej chwili woda w czajniku wrze. Mama rozkłada szklanki. Do każdej wsypuje liściastą herbatę, na środku stawia cukierniczkę, mąż wczoraj przyniósł dwa kilo cukru. Przyniósł też trzy kilo mąki. Sucharów ponad miarę i dużą puszkę marmolady.

- W komórce są jeszcze kartofle i marchewka. - dodaje radośnie Gienek.

Mama natychmiast komentuje.

- Marchewka dla królików. Kurom troszkę ziarna i skorupek jaj. Już teraz trzeba wymyślić co tam jest i tu przynieść i kiedyś to wszystko na dół znieść. Gienek musi mieć swój pokój, żeby miał gdzie lekcje odrabiać.

Kiedy kończą się rozmowy przy herbacie tato odzywa się do Florka.

- Wiadro ze śmiećmi pełne. Wynieś zanim mama śniadanie zrobi.

Florek ubiera płaszcz i czapkę. Po oknach widać jak mróz nadal trzyma. Florek wraca błyskawicznie szybko, ale wiadro nadal jest pełne. Nie wraca do kuchni, do której drzwi zamknął wychodząc. Po chwili drzwi kuchni się otwierają. Florek wchodzi, wszyscy widzą jak bardzo jest przejęty, podchodzi do taty bardzo blisko.

- Tatusiu. W pralni są niemcy. Mogą po nas przyjść. - mówi to niemal przerażony.

Mówiąc to wsuwa mu do ręki coś zawiniętego w szmatę przyniesionego z pokoju zwierząt. Gienek dodaje.

- To pewnie Hans Frank przyszedł rurę zrobić.

W tej chwili wszyscy zamilkli. Daje się słyszeć jak po schodach ktoś idzie na górę. Wszyscy wstrzymuję oddech. W piecu strzela węgiel. Tato rozwija zawiniątko, w którym jest pistolet, wkłada go do plecaka postawionego przed momentem obok swoich nóg nóg. Florek chowa się za firankę, słychać pukanie do drzwi. Tato ruchem głowy pokazuje Marynce by otworzyła. Dziewczynka rusza śmiało do drzwi wejściowych, otwiera je. Zza nich słychać męski głos.

- Dzien dobrry. Rrodzice sąą?

- Tak, w kuchni.

Po pierwszych słowach wiedzą, że to niemiec, głos córeczki wskazuje na całkowity brak lęku. W drzwiach do kuchni staje dość wysoki mężczyzna lekko przy kości. Ma pociągłą twarz bardzo wyrazistą, na której namalowane są koleiny, którymi życie prowadzi go. W olbrzymich dłoniach trzyma czapkę.

- Dzien dobrry.

Wszyscy mu odpowiadają, tato wstaje zapraszając, by wszedł dalej, wskazuje wolne krzesło obok.

- Nie, dzienkuje. Przyslali mnie z rratusza tu. W prralni jest rrurra zepsuta. Z kolegąą naprrawimy jąą.

- Zjedzą panowie śniadanie? - pyta tato.

- Nie dzienkuje. Muszimy naprrawicz to.

Wychodzi. Tato wyjmuje pistolet z plecaka, zawija w szmatkę mówiąc.

- Nie ruszać tego bez potrzeby.

Po śniadaniu zabierają się za stawianie pieca. Mama z drobnicą idzie do komórki sprawdzić jej zawartość. Okazuje się jest dobrze zaopatrzona. Zabierają trochę ziemniaków na obiad i marchewek dla królików. Najbardziej zaskakującym znaleziskiem jest kawałek boczku wiszący pod stropem. Żaden szczur, kot czy kuna nie zdołały tego sięgnąć. Przynoszą zdobycz do mieszkania. Dzięki boczkowi, który okazuje się świeży, mama ma pomysł na obiad. W komórce jest jeszcze jedno znalezisko, nie mogli go teraz przynieść. To fotel na biegunach. Jest pokryty pyłem węglowym. Później Florek ma zejść ze szmatką, przetrzeć go i wtachać na drugie piętro.

***

Po obiedzie, na którym była kasza gryczana z boczkiem i po jednym jajku. Tato już umyty szykuje się na wyjście z mamą na spacer. Dzieci zostają same. Mogą otwierać tylko panu Frankowi i panu Tejchmie. Pomimo południa mróz jest tęgi. Wraz z żoną kierują się ku szkole, teraz nie tak jak z drobnicą przez Ring, ale prostszą drogą. Śnieg skrzypi pod butami, z ust bucha para. Mroźno jest i bezwietrznie, Maria tuli się do męża. Szybko dochodzą do wieży. Żona komentuje jej monumentalizm.

- Jest ogromna. Jak przyszliśmy pierwszego dnia było ciemno, nie widziałam jej. Jaka budowla. Ciekawe kto ją zrobił?

- Nie wiem? Jacyś ludzie dawno.

Mąż przechodzi w takie miejsce gdzie najbardziej widać jej krzywiznę. Dookoła pusto. Teraz kieruje się jak poprzednio z dziećmi. Furtą obok wierzy w lewo i są już na terenie kościelnym.

Dosłownie po kilku krokach Maria staje jak wryta. Zaskakuje to męża, który teraz patrzy w kierunku dokąd patrzy żona, która w tej chwili z bólem i rozpaczą żachnęła się w stronę mężczyzny katującego pałką małego chłopca, może pierwszoklasisty. Trzyma go w powietrzu za jedną nogę, by ten nie uciekł. Nogą wdeptuje w zaspę inne dziecko. Oboje katowanych dzieci jest chyba tak pobitych, że płakać już nie mogą. Maria z bólem niemiłosiernym odzywa się do mężczyzny.

- Boże! Co pan robi tym dzieciom???

Mężczyzna słysząc ton głosu upuszcza chłopca na śnieg i zdejmuje nogę z tego wciskanego w zaspę. W chwili milczenia pobite dzieci i ich kat wpatrują się w tą dwójkę absolutnie zaskoczonych przybyszów. Damian zauważa opaski jakie noszą na ramieniu mali niemcy i jednocześnie rozpoznaje mężczyznę z rynku. Jest na tyle blisko niego, że widzi szare oczy, jakby są za szklaną taflą. Są nieobecne.

Natychmiast pyta.

- To pana dzieci!?