Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
K. Niesiecki0, Herbarz polski, Lipsk 1839-1845, t. 10, s. 8. [wróć]
Cyt. za: B. Czarski, Lemmata w staropolskich konstrukcjach stemmatycznych jako przejaw hybrydyzacji gatunkowej, "Terminus" 2012, z. 25, s. 163. W całej publikacji w cytatach z tekstów dawnych dokonano modernizacji pisowni. [wróć]
K. Niesiecki, dz. cyt., t. 6, s. 250. [wróć]
W. Terlecki, Mennica Warszawska, "Wiadomości Numizmatyczno-Archeologiczne" 1930, t. XIII, s. 55. [wróć]
Tamże, s. 52. [wróć]
Tamże, s. 58. [wróć]
S. Małachowski-Łempicki, Wykaz polskich lóż wolnomularskich oraz ich członków w latach 1738-1821, Kraków 1929, s. 10. [wróć]
Zob. S. Załęski, O masonii w Polsce od roku 1738 do 1822, Kraków 1908. [wróć]
"Kurier Warszawski" 1851, nr 57, s. 1. [wróć]
"Kurier Warszawski" 1851, nr 227, s. 1. [wróć]
Jeżeli nie wskazano inaczej, cytowane dokumenty i listy pochodzą z archiwum rodzinnego autorki. [wróć]
"Warszawska Gazeta Policyjna"1862, nr 281, s. 4. [wróć]
"Dziennik Warszawski" 1865, nr 281, s. 11-12. [wróć]
"Kurier Warszawski" 1867, nr 228, s. 2. [wróć]
"Gazeta Sądowa Warszawska" 1874, nr 5 i 6. [wróć]
Kronika cywilna, "Gazeta Sądowa Warszawska" 1874, nr 5, s. 36. [wróć]
Kronika cywilna, "Gazeta Sądowa Warszawska" 1874, nr 6, s. 43-44. [wróć]
"Gazeta Polska" 1862, nr 90, s. 1. [wróć]
M. Osiecka, Biblioteka Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu (1815-1867), "Miscellanea Historico-Archivistica", t. XXII, s. 246. [wróć]
"Pamiętnik Sceny Warszawskiej na rok 1840" 1841, r. 3, s. 164. [wróć]
"Kurier Warszawski" 1857, nr 243, s. 2. [wróć]
Akta Rady Stanu Królestwa Polskiego 1864, syg. 851, AGAD. [wróć]
Por. s. 14. [wróć]
Wiadomości bieżące, "Kurier Warszawski" 1893, nr 346, s. 1. [wróć]
Bal "lutnistów", "Kurier Poranny" 1896, nr 43, s. 4. [wróć]
Święcone dla ubogich, "Słowo" 1900, nr 90, s. 2. [wróć]
R. Dmowski, Ze studiów nad szkołą rosyjską w Polsce, "Przegląd Wszechpolski" 1895, nr 17, s. 264-265. [wróć]
Komunikat Nr. 15 Zarządu Głównego Zrzeszenia notariuszów i pisarzy hipotecznych w Warszawie, "Przegląd Notarialny" 1923, nr 5-6. [wróć]
"Kurier Warszawski" 1923, nr 262, wyd. wiecz., s. 12. [wróć]
"Kurier Warszawski" 1919, nr 9, s. 13. [wróć]
"Kurier Warszawski" 1918, nr 278, s. 9. [wróć]
"Kurier Warszawski" 1920, nr 1, s. 15. [wróć]
"Kurier Warszawski" 1920, nr 185, s. 9. [wróć]
I. Baliński, Wspomnienia o Warszawie, wyd. 2, Warszawa 1987, s. 70. [wróć]
"Gazeta Warszawska" 1821, nr 54, s. 8. [wróć]
B. Prus, Dusze w niewoli, w: tenże, Pisma, t. 8, Warszawa 1935, s. 9-10. [wróć]
"Cyklista" 1895, nr 6, s. 12. [wróć]
Ustawa Warszawskiego Towarzystwa Zwolenników Gry Szachowej, Warszawa 1899, s. 5. [wróć]
Tamże, s. 15. [wróć]
M. Gawalewicz, Listy z Krakowskiego Przedmieścia, "Kurier Warszawski" 1901, nr 164, s. 5. [wróć]
B. Prus, Kronika tygodniowa, "Kurier Codzienny" 1900, nr 7, s. 1. [wróć]
"Kurier Poranny" 1883, nr 323, s. 3. [wróć]
Eska, Uroczyste otwarcie II turnieju szachowego o mistrzostwo Polski pod protektoratem marszałka Piłsudskiego, "Ilustrowana Republika" 1927, nr 108, s. 4. [wróć]
T. Wolsza, Pasje Komendanta Józefa Piłsudskiego, https://histmag.org/Pasje-Komendanta-Jozefa-Pilsudskiego-20725 [dostęp: 23 czerwca 2025]. [wróć]
"Kurier Warszawski" 1895, nr 149, s. 3. [wróć]
"Kurier Poranny" 1895, nr 150, s. 3. [wróć]
"Kurier Warszawski"1896, nr 48, s. 8. [wróć]
E. Szwankowski, Ulica Kapucyńska, "Kronika Warszawy" 2008, nr 3, s. 36. [wróć]
Cyt. za: J. Majewski, Prawnicze zagłębie na Kapucyńskiej, "Gazeta Wyborcza", 23 kwietnia 2010. [wróć]
Zob. tamże. [wróć]
C. Strzeszewski, Na przełomie czasów, Lublin 1995, s. 17. [wróć]
J. Żabiński, Komplikacje rodzinne, Warszawa 1954, s. 11. [wróć]
Tenże, Co to było za dziecko..., Warszawa 1960, s. 50. [wróć]
E. T. A. Hoffmann, Dziadek do orzechów, tłum. J. Kramsztyk, Warszawa 1954. [wróć]
J. Żabiński, Z życia zwierząt, t. 5, Warszawa 1967, s. 12-13. [wróć]
Tenże, Hipopotam i spółka, Warszawa 1976, s. 8. [wróć]
M. Kreczmar, Z dziejów naszego gimnazjum, "Rzeczpospolita Uczniowska. Czasopismo wydawane przez sejmik szkolny gimnazjum im. A. Kreczmara" 1933, nr 2, s. 2-3. [wróć]
J. Żabiński, Co to było..., dz. cyt., s. 89-94. [wróć]
Tamże, s. 96-97. [wróć]
Tamże, s. 144. [wróć]
Tamże, s. 100. [wróć]
Ze szkół, "Kurier Poranny" 1914, nr 176, s. 5. [wróć]
M. Bogusławska, Niewolnice Lucylli, "Przyjaciel Dzieci" 1908, nr 23, s. 272. [wróć]
J. Słowacki, Lilla Weneda, http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/slowacki-lilla-weneda [dostęp: 23 czerwca 2025]. [wróć]
J. Żabiński, Z życia zwierząt, t. 6, Warszawa 1969, s. 303-304. [wróć]
Tenże, Z życia zwierząt, t. 5, dz. cyt., s. 289. [wróć]
Tenże, Z życia zwierząt, t. 6, dz. cyt., s. 294-295. [wróć]
C. Strzeszewski, dz. cyt., s. 19. [wróć]
Cóż to była za rodzina!
Żabiński to nie jest bardzo rzadkie nazwisko. Na początku 2024 roku
według danych rządowych w Polsce nosiło je ponad tysiąc sześciuset
mężczyzn oraz ponad tysiąc siedemset pań. Żabińscy mieszkają nie tylko w Polsce, ale także w Stanach Zjednoczonych, w Niemczech, Francji,
Wielkiej Brytanii i w wielu innych krajach.
W dawnych dokumentach, rozmaitych innych źródłach pisanych, w starej
prasie też można znaleźć to nazwisko. Burmistrzem Poznania w XVII wieku
kilkakrotnie był Jan, a potem Stefan Żabiński, w 1834 roku burmistrz Jan
Żabiński rządził Nowogrodem. Było kilku duchownych, między innymi
kanonik poznański Stanisław, o którym pisano, że kiedy umarł w 1655
roku, to "nim go do grobu włożono, ożył, jakby się ze snu porwawszy, i jawnie przed wszystkimi zeznał; że za przyczyną Bogarodzicy Panny
zbawienie otrzymał"1. Byli Żabińscy szlachetnie urodzeni,
różnych herbów, jak Dołęga, Łodzia, Poraj, Rawicz, Sternberg. Byli i kmieciowie. Byli właściciele ziemscy, jak na przykład dziedzice Żabna i Chrząstowa, uczeni, urzędnicy i nauczyciele. Ludzie szlachetni i podli.
Ekscentryczni i zwyczajni. W pierwszej połowie XIX wieku Wincenty
Żabiński został rządcą dóbr klucza wilanowskiego należącego do
Potockich. Stanisław żył w Poznaniu w pierwszej połowie XVII wieku i pisał wiersze. Z kolei Stefan z okazji swego ślubu w 1622 roku otrzymał
w prezencie od Marcina Czaplica Kleca taki Podarek na sławne wesele
zacnie urodzonych oblubieńców, szlachetnego pana Stephana Żabinskiego i szlachetnej panny, Anny Chrościewskiej...:
Iż zawsze szczerość w domu Chrościewskich mieszkał<a>,
przetóż cnota za klejnot Łabędzia mu dała.
Szczęśliwyś, cny Żabiński, że się dziś z nim bracisz,
bo na jego przyjaźni nigdy nie utracisz2.
W 1928 roku bracia Żabińscy prowadzili w Lesznie pracownię
tapicersko-dekoracyjną. Jana i Antoniego z Miastkowa uwięziono, a następnie zesłano na Syberię po powstaniu styczniowym. Kapitan Józef
Żabiński zginął w Katyniu. W 1914 roku Antoni Żabiński został
aresztowany za napad z nożem w Warszawie, a w roku 1899 Jan, mularz,
wdał się w awanturę uliczną. Pani Żabińska miała w 1880 roku w Warszawie
pracownię krawiecką, a inna w tym czasie uczyła śpiewu solowego.
Żabiński uczęszczał około 1868 roku do warszawskiej Klasy Rysunkowej
Wojciecha Gersona razem z Józefem Chełmońskim.
Można zatem podsumować, że na przestrzeni dziejów żyło wielu Żabińskich,
różnych stanów i profesji, mieszkających i w dużych miastach, i w miasteczkach, i maleńkich miejscowościach. Sporo tych osób jest
spokrewnionych z moją rodziną, jednak nie da się dzisiaj ułożyć
wiarygodnego drzewa genealogicznego. Na pewno trzeba by je budować
przede wszystkim z ludzi noszących herb Łodzia. To jeden z najstarszych
polskich herbów szlacheckich, pochodzący - zdaniem niektórych heraldyków
- z X wieku. Kasper Niesiecki tak opisuje ów znak: "Łodzia żółta czy
złota [...] w polu czerwonym, jakby po krwi
nieprzyjacielskiej"3.
Herb Łodzia, ilustracja z Herbarza polskiego Kaspra Niesieckiego
Jan Stefan Żabiński - ekscentryczny kasjer Mennicy Warszawskiej i mason
Najstarszy przodek z linii Żabińskich, co do którego mam pewność, że
jest moim wstępnym, to Jan Stefan. Był dziadkiem mojej babci, a zatem
moim prapradziadkiem. Nie wiadomo, jak się nazywali i kim byli jego
rodzice, chociaż widziałam aż trzy dotyczące go akty stanu cywilnego.
Niestety, na każdym figurują inne imiona rodziców, co poważnie utrudnia
dalsze poszukiwania. Na jednym z nich matce przypisano nazwisko osoby
sporządzającej akt chrztu. Najbardziej prawdopodobna wydaje się wersja
czwarta: ojciec Jana Stefana miał na imię Marcin, a mamą była druga żona
Marcina, Marianna Markiewicz, primo voto Mączyńska. Poza Janem z tego
związku urodziły się jeszcze dwie dziewczynki: Krystyna Józefa i Rozalia. Marcin miał także dzieci z pierwszego małżeństwa z Katarzyną
Mączyńską - Wincentego, Wojciecha, Walentego, Annę, Mariannę i Mariannę
Antoninę. Tak więc Jan wychowywał się wśród sporej gromadki rodzeństwa.
Był malutki, kiedy stracił ojca, bowiem Marcin zmarł w 1784 roku w wieku
pięćdziesięciu sześciu lat. Wiele wskazuje na to, że ów Żabiński był
właścicielem drewnianego domu w Warszawie przy ulicy Bielańskiej, numer
hipoteczny 596. Jakiś czas po śmierci Marcina, w 1804 roku, odbyła się
licytacja posesji na rzecz wdowy i pozostałych sukcesorów. Na
marginesie: za życia Marcina Żabińskiego przy Bielańskiej stały
wyłącznie drewniane dworki; pierwszy murowany budynek wzniesiono tam w 1788 roku dla Królewsko-Pruskiej Kompanii Handlu Morskiego.
Pewne jest jedno: Jan Stefan Żabiński przyszedł na świat w Warszawie,
tutaj mieszkał przez całe życie i wraz ze swoim miastem wielokrotnie
zmieniał przynależność państwową. Urodził się w 1780 roku, a więc za
panowania Stanisława Augusta. Rzeczpospolita była już po pierwszym
rozbiorze i chociaż 3 maja 1791 roku uchwalono pierwszą polską
konstytucję (Konstytucję 3 maja), wkrótce nastąpiły kolejne dwa rozbiory
Polski. Jan Stefan miał piętnaście lat, gdy zaborcy zagarnęli kraj po
raz trzeci. Nastolatek został wtedy poddanym pruskim, bowiem w 1795 roku
Warszawa znalazła się w obrębie tego właśnie zaboru i stała się
prowincjonalnym miastem z niemiecką administracją - 9 stycznia 1796 roku
została siedzibą władz departamentu warszawskiego prowincji Prusy
Południowe. Językiem urzędowym w Warszawie był odtąd niemiecki. W 1807
roku sytuacja się zmieniła - miasto odzyskało status stolicy, tym razem
Księstwa Warszawskiego. Nowo wyznaczony twór, formalnie niezależny,
podporządkowany był Napoleonowi, a władcą Księstwa został na mocy unii
personalnej z Saksonią monarcha saski Fryderyk August I. Ta namiastka
państwa polskiego nie przetrwała długo. Już w styczniu 1813 roku
Księstwo Warszawskie zajęły wojska rosyjskie, a w roku 1815 w myśl
postanowień kongresu wiedeńskiego zostało ono zlikwidowane. Z większości
jego terytorium utworzono Królestwo Polskie.
Pałac KRzPiS przed 1939 r., fot. Henryk Poddębski
Kiedy Księstwo Warszawskie kończyło swój krótki żywot, Jan Stefan
Żabiński pracował w Ministerium Skarbu. Na podstawie konstytucji
Królestwa Polskiego z 1815 roku jego zadania przejęła Komisja Rządowa
Przychodów i Skarbu (KRzPiS). Była jedną z pięciu komisji rządowych
stanowiących centralną władzę administracyjną w nowo utworzonym
państwie. Zajmowała się między innymi wprowadzaniem w życie praw i ustaw
skarbowych, zarządzaniem funduszami, wysuwaniem kandydatów na urzędy
skarbowe wymagające nominacji królewskiej, mianowaniem urzędników
niższych stopni. Kariera urzędnicza Jana Żabińskiego w Komisji Rządowej
Przychodów i Skarbu przebiegała wzorowo. Do pracy nie miał daleko,
mieszkał bowiem przy ulicy Leszno, a biuro mieściło się w pałacu przy
placu Bankowym 3/5, dzisiejszej siedzibie Prezydenta Warszawy i Urzędu
Miasta Stołecznego Warszawy oraz Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego.
Gmach ów powstał na miejscu dawnego siedemnastowiecznego pałacu
Leszczyńskich, przebudowanego w XVIII wieku przez rodzinę Potockich. W 1818 roku pałac wynajęto na siedzibę wzmiankowanej Komisji, a w latach
1823-1825 gruntownie zmodernizowano według projektu Antonia Corazziego.
Powstała wówczas klasycystyczna trójkondygnacyjna, trzyskrzydłowa
budowla na planie podkowy, nakryta czterospadowymi dachami. Ozdobą
korpusu głównego jest wielki, sześciokolumnowy portyk koryncki, zaś
mniejsze portyki jońskie dekorują skrzydła boczne. Od ulicy przykuwają
uwagę ogromne kolumnady także w stylu jońskim.
Dawny gmach mennicy przy ulicy Bielańskiej w Warszawie
Żabiński pracował tak sumiennie, że w nagrodę (wraz z wieloma innymi
urzędnikami państwowymi) został wyznaczony do udziału w pochodzie
żałobnym po śmierci cara i króla Polski Aleksandra I w 1825 roku. Kilka
lat później, w 1829 roku, car Mikołaj I mianował go kawalerem Orderu
Świętego Stanisława. Jan piastował wówczas stanowisko sekretarza
dyrekcji kontroli w KRzPiS. Stał zatem wyżej w służbowej hierarchii niż
pracujący w tym czasie w tej samej komisji aplikant Juliusz Słowacki.
Wkrótce potem Jan Stefan Żabiński zaczął pełnić funkcję kasjera i członka dyrekcji w Mennicy Warszawskiej. Stanowisko kasjera nie kojarzy
się dzisiaj z prestiżem, ale wówczas była to bardzo dobra posada,
zapewne odpowiednik dyrektora finansowego firmy. Mennica zajmowała w tym
czasie nowy, wzniesiony w latach 1817-1819 dwukondygnacyjny budynek,
zaprojektowany specjalnie na potrzeby tej instytucji przez Christiana P.
Aignera. Ów reprezentacyjny gmach wyróżniał się spośród otaczających go
budowli sześciokolumnowym portykiem jońskim, dźwigającym trójkątny
fronton. Wśród pomieszczeń w Mennicy Warszawskiej znajdowały się
mieszkania służbowe dla dyrektora i ważniejszych pracowników. Jedno z nich przypadło Janowi Żabińskiemu.
Spokojnie płynące życie urzędnicze zostało poważnie zakłócone wraz z początkiem powstania listopadowego. Założony w 1828 roku w Warszawie
Bank Polski pospiesznie przejął Mennicę Warszawską i przystąpił do jej
reorganizacji. Już kilka dni po wybuchu powstania zlecono przygotowanie
pieczęci dla nowych władz i urzędów. Ze względu na nadzwyczajne
okoliczności pracownicy mieli być w gotowości do wykonywania swoich
obowiązków dzień i noc. Gdy 29 grudnia 1830 roku dyrekcja banku
zadecydowała o likwidacji kasy mennicy, przeniosła ją wraz z kasjerem
Janem Żabińskim do centrali banku. Pracownicy mennicy musieli złożyć
górnolotną przysięgę następującej treści: "Ja, N [imię i nazwisko -
przyp. autorki], przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu w Trójcy Św.
Jedynemu wierność dla Rządu Narodowego, zachowanie Konstytucji i praw
krajowych, posłuszeństwo dla zwierzchności nade mną przełożonej, tudzież
dopełnianie gorliwe, pilne, uczciwe i rzetelne powierzonych mi przez
Bank Polski i Dyrekcję Mennicy obowiązków Mennicy Krajowej"4.
Czas powstania listopadowego był dla mennicy okresem niezwykle
intensywnej pracy. Nie tylko bito monety - bez wizerunku cara, za to z orłem - których tak bardzo potrzebowały nowe władze, chociażby na zakup
broni i amunicji, ale także podjęto się szlifowania rur karabinów, a później odlewania dział. W sierpniu 1831 roku dyrektor Bieńkowski
raportował: "Strekownicy do domów nie odchodzą, lecz kolejno na słomie
spoczywają"5. Obsługa kotłów parowych pracowała przez całą
dobę na zmianę i spała pokotem w mennicy. Wybijano wówczas - mimo
ciągłego braku surowców - do dwudziestu czterech tysięcy złotych
polskich na dobę.
Kiedy powstanie listopadowe w Warszawie upadło, Bank Polski kazał
mennicy wstrzymać produkcję pieczęci z symbolami Orła i Pogoni. W październiku 1831 roku władze rosyjskie przystąpiły do lustracji
pracowników - badały ich zaangażowanie w działania powstańcze. Kto
chciał utrzymać stanowisko, musiał złożyć nową przysięgę:
Ja, N [imię i nazwisko - przyp. autorki], przyrzekam, ślubuję i przysięgam Bogu Wszechmogącemu w Trójcy Ś. Jedynemu, jako
Najjaśniejszemu Panu Mikołajowi I, Cesarzowi Wszech Rosji i Królowi
Polskiemu, Panu Naszemu Miłościwemu i Jego Następcy, Jego
Cesarzewiczowskiej Mości Aleksandrowi Mikołajewiczowi wiernym będę przez
całe życie, żadnej zdrady ani podejścia nie dopuszczę się, które by
mogły uszkodzić czy to w użytku, czy w godności, czy w chwale
Najjaśniejszą Osobę Cesarza i Króla, jako też Królestwo, iż w wypełnianiu urzędu mnie powierzonego zachowam nieskazitelną uczciwość,
obowiązki moje sumiennie wypełniać będę; nic działać, o czym mógłbym
wiedzieć, iż być może ze szkodą, uszczerbkiem lub pokrzywdzeniem
Najjaśniejszego Pana - tak mi Panie Boże dopomóż i niewinna męka Syna w Trójcy Jedynego Boga. Amen6.
Zapewne nie wszystkim łatwo było składać nową przysięgę na wierność
carowi ledwie kilka miesięcy po tym, jak ślubowali posłuszeństwo rządowi
polskiemu. W najgorszej sytuacji znalazł się dyrektor mennicy, bo
przecież to za jego zgodą wybijano monety i pieczęcie dla Rządu
Narodowego i odlewano działa. Wielokrotnie wzywany na przesłuchania,
nękany dochodzeniami, nie wytrzymał tej sytuacji i zdecydował się
popełnić samobójstwo. Zmarł 16 września 1838 roku.
Jan Żabiński po krótkim okresie pracy w Banku Polskim wrócił do Mennicy
Warszawskiej. Zapewne tak jak wszyscy złożył przysięgę wierności carowi.
Pracował równie dobrze jak dotychczas, co Mikołaj I wynagrodził w 1842
roku przyznaniem mu Orderu Świętej Anny i nadaniem, w myśl nowego prawa,
szlachectwa w Królestwie Polskim wraz z przywilejem używania herbu
Łodzia. Rok później Jan Żabiński przeszedł na zasłużoną emeryturę w wysokości tysiąca dwustu rubli rocznie. Jakby tego było mało, w 1850
roku dostał podwyżkę - całe sto pięćdziesiąt rubli. A mennica z woli
cara powoli ograniczała swoją działalność. W 1865 roku zakończono
produkcję, a dwa lata później ostatecznie tę instytucję zlikwidowano.
Życie Jana Żabińskiego nie ograniczało się oczywiście do pracy
zawodowej. Nie wiem dokładnie, kiedy się związał z polskimi masonami,
ale pozostawał w ich szeregach aż do zamknięcia lóż. Wolnomularstwo
rozwijało się w Polsce stopniowo już od pierwszej połowy XVIII wieku. Od
1781 roku działała Wielka Loża Narodowa Wielkiego Wschodu Polskiego (w latach 1784-1793 jako Wielki Wschód Królestwa Polskiego i Wielkiego
Księstwa Litewskiego), do której należał nawet sam król Stanisław August
Poniatowski i niemal całe środowisko dworskie. Loże wolnomularskie miały
początkowo elitarny charakter, ich członkami byli ludzie związani z władzą, arystokracja, później także wybitni działacze polityczni i gospodarczy, szlachta i mieszczanie wyróżniający się walorami umysłowymi
i przymiotami charakteru. Wolnomularstwo wywierało istotny wpływ na
sprawy państwowe (masoni brali niezwykle aktywny udział na przykład w pracach nad tworzeniem Konstytucji 3 maja), szerzyło uniwersalne idee
równości i braterstwa między ludźmi, a także oświeceniowe ideały postępu
i mądrości, zachęcało do samodoskonalenia się jednostek i całych grup
społecznych. Loże zajmowały się też dobroczynnością i zbierały środki na
pomoc potrzebującym, organizowały szpitale i przytułki, pracowały na
rzecz upowszechniania oświaty i naturalnie odzyskania niepodległości.
Oczywiście liczyły się również dla życia towarzyskiego. Loże istniały w okresie Księstwa Warszawskiego, jednak władze zaborcze po rozbiorach
zakazały ich działalności, najpóźniej w Królestwie Polskim na mocy
carskiego ukazu z 25 września 1821 roku. Aleksander I tak argumentował
swoją decyzję: "Niepokoje i nieporządki, które w różnych innych
państwach przez istniejące tamże tajne związki wywołane zostały, a niektóre z nich pod nazwą lóż wolnomularskich z początku tylko celami
dobroczynnymi się zajmowały, podczas gdy inne politycznymi sprawami się
zatrudniały, spowodowały niektóre rządy do zakazania tego rodzaju
tajemnych towarzystw"7.
Podstawową jednostką organizacyjną wolnomularstwa była loża
świętojańska, zwana tak od patrona średniowiecznych wolnych mularzy
Świętego Jana Chrzciciela. Jej członkowie osiągali kolejne stopnie
wtajemniczenia nazwane zgodnie z tradycją cechową stopniami ucznia,
czeladnika i mistrza. Spotkania osób należących do loży odbywały się w tajemnicy i miały charakter obrzędu, a wszelkie znaki, gesty, emblematy,
elementy rytualnego stroju wolnomularza niosły głębokie znaczenie
symboliczne. Wszyscy bracia w czasie zebrań występowali w charakterystycznych fartuszkach - nawiązujących do bractw budowniczych -
i w białych rękawiczkach symbolizujących czystość intencji. Po haftach
na fartuszkach można było rozpoznać stopień wolnomularza, po innych
oznakach - także pełnioną funkcję. Wszystko, co działo się w loży od
chwili jej otwarcia do zamknięcia, miało być tajemnicą, członkowie
wolnomularstwa, żeby zachować skromność i się nie wywyższać, nie powinni
się nawet przyznawać do przynależności do masonerii ani ujawniać nazwisk
współbraci, chociaż loże były przecież legalne. Owa tajność obrzędów,
symboliki i rytów stanowiła istotny element kształcenia ducha i charakteru, nauki dyskrecji i taktu. Oczywiście w tej chwili wszystkie
symbole i procedury ceremonialne dawno są rozszyfrowane, jednak
dzisiejsze loże również działają bez rozgłosu.
Akty chrztu Cecylii Szczerkowskiej i Józefy Żabińskiej
Jan Żabiński należał do loży świętojańskiej pod osobną nazwą Kazimierz
Wielki. Została ona założona w maju 1816 roku przez członków loży
Świątyni Izis (istniejącej od 1780 roku, w 1809 roku połączonej ze
Świątynią Mądrości). Bardzo przydały się umiejętności i doświadczenie
zawodowe Jana Żabińskiego, sprawował bowiem w zakonie funkcję Zastępcy
Jałmużnika w stopniu trzecim. Jałmużnik zarządzał funduszami
gromadzonymi w celu wspierania ubogich, a w ramach tego jedną czwartą
sumy mógł przeznaczyć na jałmużny tajne, bez rozliczania się przed
członkami loży. Poza tym Jałmużnik odwiedzał chorych członków na
polecenie zwierzchników.
W loży Kazimierz Wielki skupiło się około stu członków zwykłych, w tym
dwudziestu siedmiu urzędników, czyli osób funkcyjnych, oraz ponad
czterdziestu członków honorowych. Mistrzem katedry był radca stanu i dyrektor generalny Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu Królestwa
Polskiego Ludwik August Plater, w gronie członków znaleźli się między
innymi Jan Kanty Załuski - prezes Sądu Apelacyjnego, Józef Kalasanty
Szaniawski - prokurator generalny, Stanisław Małachowski - senator i kasztelan, a także radcy stanu, profesorowie, senatorzy, oficerowie,
prawnicy, nauczyciele, a nawet dyrektor Teatru Narodowego8.
Czym ci wszyscy ludzie się zajęli, kiedy car zakazał działalności
wolnomularskiej? Jak wyglądały później stosunki między braćmi? Zapewne
robili to samo, tylko w większej konspiracji. W każdym razie Jan
Żabiński dzięki swojej pracy w loży spotkał wielu interesujących ludzi,
zajmujących ważne stanowiska w mieście i w kraju. Czy swoją żonę poznał
dzięki tym znajomościom, czy może jednak za pośrednictwem kolegi z pracy? Zarówno w życiu zawodowym, jak i wolnomularskim Jan Żabiński miał
styczność z osobami noszącymi nazwisko Ginet(t), niewątpliwie należącymi
do rodziny żony. Z akt stanu cywilnego cyrkułu IV w Warszawie wynika, że
ślub z Marią Ginet zawarł 8 lipca 1816 roku. Pan młody miał wówczas
trzydzieści pięć lat, panna młoda - dwadzieścia osiem. Rodzicami Marii
byli Jan Ginet i Anna z Elgierów. Jednym ze świadków - Ludwik Ginet,
pracujący w Mennicy Warszawskiej, wolnomularz. Maria urodziła się w Kurlandii, w litewskiej rodzinie książęcej. Na marginesie: ojciec Józefa
Piłsudskiego wywodził swój ród od dynastii wielkich książąt litewskich,
a konkretnie od księcia Gineta, który jako przedstawiciel jednego z najznaczniejszych litewskich rodów złożył swój podpis pod aktem unii
horodelskiej z 1413 roku. Sam Piłsudski w czasie działalności
konspiracyjnej używał nieraz właśnie nazwiska Ginet.
Akt chrztu Eugenii Żabińskiej
Młodzi państwo Żabińscy zamieszkali przy ulicy Senatorskiej (numer
hipoteczny 475) i wkrótce zostali szczęśliwymi rodzicami. Jako pierwsza,
już w 1816 roku, przyszła na świat Eugenia Pelagia Emilia, a trzy lata
później urodził się wyczekiwany chłopiec, Jan Mateusz. Co ciekawe,
Eugenia została dwukrotnie ochrzczona. Pierwszy raz w kościele św.
Andrzeja, ob periculum mortis, kiedy miała rok. Z kolei 26 kwietnia 1838
roku w kancelarii parafii św. Jana stawił się Jan Żabiński, lat
pięćdziesiąt siedem, ze świadkami Karolem Wróblewskim, lat
siedemdziesiąt pięć, i Michałem Krzyżanowskim, lat siedemdziesiąt trzy,
obydwoma dziadami kościelnymi (!), i okazał córkę urodzoną 16 listopada
1816 roku z Marii z Ginetów. Powiedział, że wprawdzie dziewczyna była
ochrzczona z wody, ale chce, żeby przyjęła sakrament zgodnie z obyczajem
kościelnym. Eugenię zatem ponownie ochrzczono; jej ojcem chrzestnym
został Tomasz Piętka, buchalter Mennicy Warszawskiej, a więc kolega Jana
z pracy i jednocześnie sąsiad zamieszkały, tak jak Żabińscy, przy
Bielańskiej 607.
Odznaka masońska ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie, zaginiona
prawdopodobnie podczas drugiej wojny światowej
Nie byłoby w tej skromnej uroczystości nic dziwnego (poza owymi dziadami
kościelnymi, ale może Jan Żabiński nie wiedział, że oprócz rodziców
chrzestnych musi przyprowadzić świadków), gdyby nie fakt, że następnego
dnia rano do tej samej kancelarii parafialnej św. Jana zgłosił się
ponownie Jan Żabiński wraz ze świadkami - wzmiankowanym powyżej Tomaszem
Piętką oraz Józefem Majnertem, medalierem Mennicy Warszawskiej - i oświadczył, iż poprzedniego dnia wieczorem zmarła jego córka Eugenia
Pelagia Emilia, panna lat dwadzieścia jeden licząca, zamieszkała z rodzicami.
Nasuwają się liczne pytania. Czy rzeczywiście ciężko chorą Eugenię
dowieziono do kościoła na kilka godzin przed śmiercią? Stan dziewczyny
musiał być bardzo poważny, skoro zdecydowano się ją ochrzcić, nie
czekając na ewentualną poprawę. A może Jan Żabiński poszedł do kościoła
bez Eugenii i w sobie tylko znany sposób przekonał kogoś do sporządzenia
fikcyjnego aktu chrztu? Czy może poszedł tam dopiero po śmierci córki i wyprosił akt chrztu z wcześniejszą datą? Czy data urodzenia Eugenii,
zgłoszona po dwudziestu jeden latach, jest prawdziwa? Przecież ojciec
mógł podać dowolny dzień narodzin córki. Jedno było pewne - dziewczyna
umarła. Pochowano ją na Powązkach. Początkowo w katakumbach, dopiero
potem w wystawionym dla rodziny solidnym grobowcu, stojącym do dzisiaj
pod murem przy ulicy Okopowej, w kwaterze zwanej "Pod Temlerem".
Niestety, ponieważ treść tablic zniszczonych podczas powstania
warszawskiego była odtwarzana z pamięci przez kogoś z rodziny, źle
podano datę śmierci Eugenii, zamiast 1838 wyryto 1828.
W 1846 roku, 13 listopada, urodziła się kolejna dziewczynka związana z domem Żabińskich - Cecylia. Jej matką nie była jednak Maria Żabińska,
tylko Maria Szczerkowska, gospodyni prowadząca dom państwa Żabińskich.
Wiele wskazywało na to, że ojcem dziewczynki jest Jan Stefan, jednak
formalnie nic nie zostało potwierdzone. W każdym razie Szczerkowska nie
straciła posady, a małą opiekował się zapewne ktoś z jej rodziny lub
sąsiadów. Niewątpliwie podejrzenia dotyczące zdrady męża zatruły
ostatnie lata życia Marii Żabińskiej. Zmarła 28 lutego 1851 roku w wieku
sześćdziesięciu pięciu lat. Następnego dnia w "Kurierze Warszawskim"
ukazał się nekrolog, w którym "[p]ozostali po stracie najlepszej Żony
i Matki, w nieutulonym żalu: mąż i syn, zapraszają przyjaciół i znajomych na pogrzeb"9, oczywiście na Powązkach. Pochowano
Marię w katakumbach, dopiero 30 sierpnia, po nabożeństwie żałobnym,
przeniesiono jej zwłoki "z grobu tymczasowego na miejsce doczesnego
spoczynku"10, do świeżo wzniesionego grobowca Żabińskich.
Gdy 5 kwietnia 1852 roku Maria Szczerkowska urodziła drugą córeczkę,
Józefę, tym razem nie było wątpliwości, kto jest ojcem małej, chociaż na
jej formalne uznanie musiała jeszcze poczekać. Znajdowała się w zdecydowanie mało komfortowej sytuacji - była panną z dwójką dzieci, bez
żadnego zabezpieczenia, związaną z mocno leciwym panem; kiedy urodziła
się Józefa, Jan przekroczył już siedemdziesiątkę, w dodatku miał
prawowitego spadkobiercę. Kobieta nie ustawała w zabiegach, by namówić
Jana Żabińskiego na uznanie dzieci za swoje, marzyła też o ślubie.
Jej starania przyniosły skutek - 8 marca 1857 roku rano zdenerwowana
Maria wyszykowała się, ubrała dziewczynki w najlepsze sukienki i wraz z Janem udali się do kościoła św. Andrzeja. O godzinie jedenastej zostało
tam zawarte religijne małżeństwo między Janem Żabińskim, wdowcem,
emerytem mającym siedemdziesiąt sześć lat, a Marianną Szczerkowską
urodzoną w Kazimierzu w guberni lubelskiej, córką Antoniego i Heleny z Kowalskich, "panną przy familii pozostającą"11, liczącą lat
czterdzieści. Małżeństwa nie poprzedziły żadne zapowiedzi, ale państwo
młodzi dostali na to dyspensę. Mieli też pozwolenie na ślub w okresie
zakazanym, czyli podczas Wielkiego Postu. (Na marginesie: w tym czasie w Warszawie mieszkał inny Jan Żabiński, emerytowany żołnierz, którego żona
nazywała się Maria Szczerkowska. Nic nie wskazuje na to, aby byli
spokrewnieni). Ślub uszczęśliwił Marię, ale nie wyczerpał wszystkich
radości tego dnia - od razu po ceremonii małżeństwa odbyła się
uroczystość chrztu obu dziewczynek. Cecylia niestety została przy
nazwisku matki jako jej panieńskie dziecko, Józefę Jan Żabiński zgłosił
jako swoją córkę.
Małżeństwo, do którego Maria tak dążyła, zasadniczo zmieniło jej status
społeczny i zostało entuzjastyczne przyjęte przez rodzinę kobiety. Wśród
bliskich Jana reakcje były zgoła inne. Mezalians oburzył wszystkich do
głębi, co doprowadziło praktycznie do zerwania przez rodzinę stosunków z Janem i jego nową żoną. Jak w tej sytuacji zachował się dorosły już syn
Jana? W owym czasie pochłaniały go własne kłopoty, ale z pewnością nie
pochwalał decyzji ojca. Jednak Jan Żabiński, człowiek niezależny, o silnym charakterze i dużym doświadczeniu życiowym, nie przejmował się
ostracyzmem ze strony rodziny. Był w takim wieku, że ani myślał spędzić
ostatnich chwil życia na sporach z familią. Jeszcze większym szokiem dla
otoczenia okazał się fakt, że trzy lata po ślubie państwo Żabińscy
doczekali się synka. Józef urodził się 17 marca 1860 roku, a jego tatuś
swoim zwyczajem nie spieszył się z dopełnieniem formalności. Dopiero
półtora roku później w księdze parafialnej w kościele św. Andrzeja
zanotowano, iż stawił się Jan Żabiński, emeryt mieszkający przy ulicy
Leszno 733, i poprosił o chrzest syna. W akcie chrztu zapisano:
"Meldunek aktu spóźniony dla słabości ojca". Rzeczywiście, zaawansowany
wiekiem Jan Żabiński podupadł na zdrowiu. Choroba się przeciągała i 24
października 1862 roku doprowadziła do śmierci Jana. Miał wówczas
osiemdziesiąt dwa lata. Owdowiała Maria Żabińska przede wszystkim
zawiadomiła pasierba, który wszystkim się zajął. Eksportacja zwłok z mieszkania na cmentarz Powązkowski nastąpiła 27 października. Zmarły
spoczął w tym samym grobie, co jego córka i pierwsza żona. Napis na
tablicy zawiera błąd - śmierć Jana Stefana omyłkowo przesunięto na rok
1863.
Wkrótce po pochówku w "Warszawskiej Gazecie Policyjnej" ukazało się
zdumiewające ogłoszenie:
Ruchomości po śp. Janie Żabińskim pozostałe, jako to: garderoba,
bielizna, meble, sprzęty domowe, gospodarskie itp. przedmiota, sprzedane
zostaną przez licytację publiczną w dniu 29 listopada (11 grudnia) 1862
r. o godzinie trzeciej z południa w domu przy ulicy Leszno pod
n[ume]rem 733 przed podpisanym rejentem odbyć się mającą. - Rejent
kancelarii ziemiańskiej guberni Warszawskiej w Warszawie, Stanisław
Jasiński12.
Można zrozumieć, że Maria chciała się pozbyć ubrań męża, ale dlaczego
zdecydowała się sprzedać meble i przedmioty używane w gospodarstwie? Ten
sam rejent zajmował się sprawą spadkową. Jan Żabiński udzielił bowiem
pożyczki w wysokości przeszło czternastu tysięcy rubli, a dług został
zabezpieczony na dobrach Oszkowice w okręgu brzezińskim i Biała w okręgu
zgierskim. Czy udało się odzyskać pieniądze od właścicieli
wzmiankowanych majątków? Na wniosek wdowy, reprezentującej także dzieci
Jana - Józefę i Józefa - oraz syna spadkodawcy, czyli Jana Mateusza
Żabińskiego, należące do Konstantego Pilchowskiego dobra Biała na drodze
sądowej zostały przejęte przez komornika. Majątek postanowiono sprzedać,
a licytacja miała się rozpocząć od kwoty dwunastu tysięcy rubli.
Dokładny opis zabudowań wchodzących w skład dóbr znalazł się w "Dzienniku Warszawskim"13. Do majątku należały wieś
czynszowa i folwark Biała, wieś Warszyce, wieś czynszowa Głowa, kolonie
Cyprjanów i Stefanów.
Kiedy Maria Żabińska została wdową, miała zaledwie czterdzieści pięć
lat. Oraz na utrzymaniu trójkę dzieci: szesnastoletnią Cecylię,
dziesięcioletnią Józefę i dwuletniego Józefa. Czy Jan Żabiński
zabezpieczył materialny byt rodziny w wystarczającym stopniu? Na to
pytanie nie mam odpowiedzi, ale wiele wskazuje na to, że żyło im się
bardzo ciężko. Sensownym posunięciem w tej sytuacji okazałoby się
zapewne znalezienie dobrych partii dla dziewcząt, ale i tak były jeszcze
zbyt młode na małżeństwo. Z czasem jednak wyszły za mąż, o dziwo całkiem
korzystnie, co nie było wcale takie oczywiste, zważywszy na ich
nieślubne pochodzenie.
W 1865 roku Cecylia Szczerkowska vel Żabińska (ostatecznie używała obu
nazwisk) wyszła za mąż za Jana Stępczyńskiego, urzędnika, w tym samym
roku została mamą Jana Zdzisława Anastazego, a dwa lata później -
Teodozji Marii. Nie dane jej było jednak długo cieszyć się
macierzyństwem. Jak podano w nekrologu, Cecylia zmarła 11 października
1867 roku po "długiej i ciężkiej słabości"14. Miała zaledwie
dwadzieścia jeden lat. Jej dzieci także odeszły dużo za wcześnie.
Córeczka przeżyła tylko dwa lata, synek - siedem. Po śmierci Jana
Zdzisława Anastazego został spadek wysokości trzech tysięcy rubli
zabezpieczonych na hipotece nieruchomości numer 2685 i 2686 w Warszawie.
Maria Żabińska rozpoczęła starania o odziedziczenie połowy tej sumy,
uważając, że jako babce ze strony matki jej się to należy. Ojciec
chłopca z kolei chciał być jedynym spadkobiercą po synku. W "Gazecie
Sądowej Warszawskiej"15 bardzo szczegółowo przedstawiono
przebieg procesu i argumenty użyte w trakcie sporu. Czy matka naturalna,
a więc niebędąca w legalnym związku z mężczyzną w momencie, kiedy
dziecko się urodziło, ma prawo do spadku po córce i jej zstępnych?
Argumentowano, że wprawdzie zezwoliła Cecylii na ślub i na akcie
podpisała się jako matka, ale powinna była uznać dziewczynę za córkę
osobnym aktem prawnym. Jak widać, metryka nie wystarczała. Maria
Żabińska podczas procesu wysłuchała wielu przykrych słów. Wszyscy
czytelnicy gazety mogli się zapoznać z takimi oskarżeniami:
Żabińska zresztą nigdy nie zajmowała się swą jakoby córką, nie łożyła na
jej wykształcenie ani też nigdy jej żadnego majątku nie dała, ani
[nie] zapisała; słowem, nie udzielała jej żadnych starań matki.
Córka ta nawet do lat 18, to jest do pójścia za mąż za Jana
Stępczyńskiego, nie była znaną pod nazwiskiem swej matki16.
Temu ostatniemu zaprzecza przede wszystkim metryka Cecylii. Obrońca
Żabińskiej, nazwiskiem Marczewski, dowodził, że była dobrą matką:
"Żabińska nadto zajmowała się doglądaniem i staraniem w czasie choroby
dziecka swego śp. Cecylii, zamężnej Stępczyńskiej, na dowód czego
przedstawiam trzy świadectwa osób znanych powszechnie: doktora Helbicha,
doktora Konitza i właściciela domu Winnickiego"17. W sumie
sprawą zajmowało się kilka instancji, a wynik ich obrad kilka razy się
zmieniał. Apelowała Żabińska, apelował Stępczyński, ostatecznie Sąd
Apelacyjny w listopadzie 1873 roku przywrócił wyrok wydany przez
Trybunał Cywilny Warszawski, przyznający spadek jedynie ojcu chłopca.
Żabińska przegrała spór.
Druga córka Marii, Józefa, założyła rodzinę jako siedemnastolatka. Jej
mężem został Ksawery Kulwieć, urzędnik Banku Polskiego, pochodzący z rodziny książąt litewskich. Na świat zaczęły przychodzić dzieci: chłopcy
Władysław i Henryk oraz córeczka, której Józefa dała imię po zmarłej
siostrzenicy - Teodozja. Niestety Józefa tak jak siostra cierpiała na
suchoty i została przez chorobę pokonana - zmarła w 1877 roku,
ukończywszy tylko dwadzieścia pięć lat. Dzieci nie podzieliły
tragicznego losu matki i dożyły dorosłości.
Nietrudno sobie wyobrazić, jak mocno Maria Żabińska cierpiała z powodu
śmierci obu córek i jak bardzo musiała się lękać, czy choroba nie
zaatakuje Józefa. Przecież od urodzenia mieszkał z siostrami pod jednym
dachem, najprawdopodobniej we wspólnym pokoju, z pewnością dziewczęta
pomagały matce zajmować się chłopcem, póki nie założyły własnych rodzin.
Na szczęście Józef okazał się odporny na prątki. A trzeba podkreślić, że
gruźlica w XIX wieku była najbardziej rozpowszechnioną chorobą zakaźną,
dziesiątkującą mieszkańców Europy, zwłaszcza ludzi młodych. Nie bez
powodu nazywano ją "białą dżumą". Pod koniec stulecia co siódmy zgon na
naszym kontynencie był spowodowany gruźlicą, a wśród młodych dorosłych -
co trzeci. Skutecznego leczenia nie było. Zalecano terapie klimatyczne,
ale na to pozwolić sobie mogli jedynie zamożniejsi.
Jan Mateusz - pierworodny syn i pechowy urzędnik
Co się w tym czasie działo w życiu Jana Mateusza, pierwszego syna Jana
Stefana Żabińskiego? Podobnie jak ojciec na początku swej drogi
zawodowej, podjął pracę w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu. Nie
zrobił większej kariery, ale przynajmniej miał stabilną pracę przez
wiele lat. Pełnił kolejno funkcje archiwisty, rachmistrza, referenta.
"Gazeta Polska" w 1862 roku doniosła, że Jan Żabiński został mianowany
sekretarzem w wydziale kontroli18. Niestety nie dotrwał tam do
urzędniczej emerytury, gdyż na mocy carskiego ukazu w 1867 roku Komisja
Rządowa Przychodów i Skarbu została zlikwidowana. Jej uprawnienia
przejął Zarząd Finansowy Królestwa Polskiego, działający do 1869 roku.
Jan Mateusz stracił więc posadę, ale hojny car za trzydzieści jeden lat
służby przyznał mu trzysta siedemdziesiąt pięć rubli, a dodatkowe sto
pięćdziesiąt za, jak to się wówczas mówiło, "spadnięcie z etatu".
Wraz ze zniesieniem Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu zamknięto jej
bibliotekę, a księgozbiór został rozparcelowany:
[...] bibliotekę Wydziału Kontroli i Podatków Stałych pozostawiono pod
opieką Jana Żabińskiego, urzędnika KRPiS. Bez jego wiedzy dwie szafy z książkami zostały zabrane przez egzekutora Michała Buczyńskiego i przekazane Warszawskiej Izbie Skarbowej; pozostałe książki wyrzucono z szaf i złożono w sali posiedzeń Komisji. Ostatecznie w 1871 r. senator
Markus, zarządzający sprawami finansowymi w Królestwie Polskim,
reskryptem z 7/19 IV 1871 r., polecił rozparcelować cały pozostały
księgozbiór pomiędzy Warszawską Izbę Skarbową, Szkołę Główną w Warszawie
oraz Ministerstwo Finansów w Rosji19.
Jan Mateusz Żabiński, mając już blisko pięćdziesiąt lat, musiał szukać
nowej pracy. Znalazł ją w Collegium Varsoviense.
Antonina z Balcerów Wiłucka upamiętniona przez Bonawenturę Dąbrowskiego,
1840 r.
W życiu osobistym nie układało mu się dobrze. Zakochał się w Antoninie z Balcerów Wiłuckiej, swojej równolatce, tancerce-solistce występującej na
scenie operowej. Tańczyła w operze Niema z Portici, w baletach
Rybołowcy, Mimili, czyli Styryjczykowie, Stach i Zośka. Grała również
partie Jeniusza (Jeniusz różowy), Zerliny (Rozbójnik morski), Miny
(Herta) oraz rolę tytułową w Gitanie. W "Pamiętniku Sceny Warszawskiej"
pisano, "że taniec szlachetny, serio odróżnia ją od współtowarzyszek
wdziękiem i lekkością zachwycających"20. Nie wiem, czy
Wiłucka opuściła męża i kilkuletniego synka, zanim związała się z Żabińskim, czy też rozwiodła się specjalnie dla niego. W każdym razie
zamieszkali razem w jednym z mieszkań w luksusowym pałacu Iwana
Skwarcowa, czyli w nieistniejącym dzisiaj Pałacu Saskim. Antonina
urodziła Janowi Mateuszowi dwójkę dzieci - w 1853 roku Norbertynę Emilię
(używała tylko drugiego imienia), a trzy lata później Benona Jana. Pół
roku po porodzie, w grudniu 1856 roku, wystąpiła na scenie, tańcząc
partię Teresy w balecie Faust. Nie wiedziała, że robi to po raz ostatni
- 12 września 1857 roku zmarła, mając trzydzieści osiem lat. Pięć dni
później w "Kurierze Warszawskim" pojawiła się wzmianka o jej pogrzebie:
W dniu 14 bm. złożono na doczesny spoczynek zwłoki śp. Antoniny z Balcerów Wiłuckiej, utalentowanej Artystki naszego Baletu. Śp. Antonina
od dziecka poświęciła się zawodowi choreograficznemu; przechodziła ona w miarę swoich zdolności stopnie na deskach teatralnych, początkowo pod
kierunkiem byłego Dyrektora Baletu P. Maurycego Pion, a ostatecznie P.
Romana Turczynowicza. Jako tancerka już wykształcona, wystąpiła po raz
pierwszy w ulubionym ówcześnie Balecie p. n. Herta, i odtąd powierzano
jej role, z których z całą sumiennością artystyczną zawsze się
wywiązywała. Zbyt wczesny jej skon wywołał szczery żal Kolegów,
Koleżanek i wszystkich, którzy bliżej znali przymioty zgasłej
Antoniny21.
Zrozpaczony Jan pochował ją w katakumbach na Powązkach. Na marmurowej
tablicy inskrypcyjnej zamieścił epitafium, które dzisiaj jest już prawie
nieczytelne:
Antoninie z Balcerów Wiłuckiej
urodzonej dnia 11 lutego 1819 r.
zmarłej dnia 12 września 1857 r.
w dowód nigdy niewygasłej przyjaźni
ten pomnik smutku położono.
Z tym poetyckim napisem kojarzy się zupełnie prozaiczna historia. Otóż
Jan kilka lat po pogrzebie chciał uzyskać zwrot kosztów za miejsce w katakumbach. Zwrócił się do zarządców cmentarza, a po odmowie - aż do
Wydziału Próśb Najwyższej Rady Stanu Królestwa Polskiego o zwrot
zakupionych niegdyś dwóch katakumb na Powązkach lub ich kosztu. Pisał w 1864 roku:
W roku 1838 pochowałem siostrę, a w roku 1851 matkę w katakumbach na
Cmentarzu Powązkowskim, zakupiwszy je na wieczną i bezwarunkową
własność. W r[oku] b[ieżącym] zakupiwszy 24 łokcie kwadratowe ziemi,
również na tymże cmentarzu wystawiłem grób dla mej familii, a tem samem
zwłoki siostry i matki przeniosłem do tego grobu, a katakumby opróżnione
zostały. Natychmiast Dozór Cmentarny katakumby przeze mnie opróżnione
zajął i inne zwłoki pomieszczone tam zostały [...]22.
Niestety, prośba została opatrzona negatywną decyzją obu instancji.
Urzędnicy twierdzili, że wszystko jest zgodne z prawem.
Roszczenie Jana Żabińskiego wydaje się co najmniej naciągane. W roku
śmierci siostry miał dziewiętnaście lat i trudno sobie wyobrazić, żeby
to właśnie on ponosił koszty jej pogrzebu zamiast rodziców, bądź co bądź
nieubogich. Kiedy zmarła matka Jana, był już dorosły, ale wciąż
wydawałoby się dziwne, gdyby jego owdowiały ojciec nie wyasygnował
pieniędzy na pochówek. Żabiński mija się z prawdą także w sprawie grobu
familijnego - został postawiony dużo wcześniej, niż podaje we
wzmiankowanym piśmie, na pewno między lutym a sierpniem 1851
roku23.
Po śmierci Antoniny Jan został sam z dwójką malutkich dzieci, których w dodatku dotychczas nie uznał formalnie za swoje, a ślubu z ich matką nie
zawarł. Dzieci zostały ochrzczone w 1859 roku, a ojcem chrzestnym obojga
został przyjaciel Jana Mateusza Aleksander Hauke (wówczas pułkownik
wojsk cesarsko-rosyjskich, kuzyn i szwagier księżnej Julii von
Battenberg, protoplastki rodu Battenberg-Mountbatten, jednak chrześniacy
nie mieli raczej korzyści z jego powiązań rodzinnych). Jak Jan Mateusz
radził sobie z opieką nad dziećmi? Jego matka nie żyła, ojciec miał nową
rodzinę i swoje małe dzieci. Rodziców Antoniny również już nie było na
tym świecie. Czy zatrudnił gosposię i opiekunkę do dzieci, czy może
pomagał mu ktoś z dalszej rodziny? Minęło wiele lat, zanim Żabiński
zdecydował się na ułożenie sobie życia i małżeństwo. Wybranką została
Waleria Góra z Ostrowa w Wielkopolsce, trzydziestosiedmioletnia panna,
córka Kazimierza i Konstancji z Nerskich. Pan młody był wprawdzie
kawalerem, ale zdecydowanie starym, liczył sobie już pięćdziesiąt jeden
lat. Zanim jednak doszło do ślubu, 30 lipca 1870 roku na świat przyszła
córka planowanego stadła - Konstancja. Uroczystość zaślubin odbyła się w Ostrowie 14 lutego 1871 roku. Małżonkowie z dziećmi zamieszkali w Leonowie, osadzie wchodzącej w skład folwarku Duninowo Nowe. Rok
później, 5 lutego 1872 roku, urodziła się jeszcze jedna córeczka -
Wiktoria. Waleria, niestety, nie cieszyła się długo życiem rodzinnym i macierzyństwem, umarła bowiem zaledwie cztery lata po ślubie, 11
sierpnia 1875 roku. I znowu Jan Mateusz Żabiński został sam, tym razem z trójką dzieci na utrzymaniu. Benon skończył już lat dziewiętnaście, więc
mógł się wkrótce usamodzielnić, ale Konstancja i Wiktoria były zupełnie
malutkie. Szczęśliwie Emilia rok wcześniej wyszła za mąż za Stanisława
Markiewicza, wybitnego higienistę, twórcę i przez trzydzieści lat
kierownika kolonii letnich dla ubogich dzieci. Poznali się, kiedy
pracował w Soczewce koło Płocka jako lekarz w wielkiej papierni
Epsteinów i cukrowni Leonów. W uznaniu zasług doktora Markiewicza jego
imieniem nazwano później wiadukt na ulicy Karowej w Warszawie. Benon
ożenił się w 1881 roku z Konstancją Ludwiką Piotrowską, z którą miał
czworo dzieci. Pracował na różnych stanowiskach na
Warszawsko-Wiedeńskiej Kolei Żelaznej. Żył tylko trzydzieści sześć lat.
Publikacja Stanisława Markiewicza na temat kolonii letnich dla dzieci,
1881 r.
Inaczej potoczyły się losy młodszych sióstr Żabińskich. Zanim umarł ich
ojciec albo wkrótce potem, zostały oddane pod opiekę spowinowaconej z ich matką Marii z Rekowskich Kosińskiej z Koszut. Dorosły w dobrych
warunkach w domu Kosińskich. Dlaczego nie zajęła się nimi Emilia - nie
wiadomo, ale nie straciła kontaktu z siostrzyczkami. Jako pierwsza (w 1900 roku) wyszła za mąż Konstancja zwana Kocią - jej wybrankiem został
Kazimierz Niegolewski, późniejszy starosta Lublińca. Ślub był wspaniały,
a państwo Kosińscy ze staropolską gościnnością podejmowali orszak
weselny swojej wychowanki w hotelu Monopol we Wrocławiu. Małżonkowie nie
byli jednak szczęśliwi i w 1908 roku Kazimierz rozstał się z Konstancją.
Małżeństwo zostało rozwiązane wyrokiem Królewskiego Sądu Ziemskiego w Oleśnicy z dnia 12 maja 1910 roku. Siedem lat później Konstancja
Niegolewska powróciła do nazwiska panieńskiego - Żabińska. Kazimierz zaś
w roku 1912 ożenił się z... jej siostrą Wiktorią. Ten związek okazał się
bardziej udany i parę rozłączył dopiero kres życia. Ani Konstancja, ani
Wiktoria nie miały dzieci. Jak układały się stosunki między siostrami -
nie wiem. Na pewno Wiktorię łączyła bliska więź z przyrodnią siostrą
Emilią pomimo dzielącej je różnicy wieku. W grudniu 1893 roku obydwie
charytatywnie zajmowały się sprzedażą rabatową w sklepie z piernikami
przy ulicy Trębackiej, noszącym wdzięczną nazwę Złoty Ul. Dochód miał
być przeznaczony na organizację kolonii letnich. Emilii, czyli
Stanisławowej Markiewiczowej, towarzyszyła córka Bolesława. W tym samym
czasie podobna zbiórka odbywała się w kilku innych sklepach i magazynach
warszawskich24. Wiktoria była bardzo zaangażowana w działalność społeczną. Organizowała imprezy i zbiórki na rzecz
potrzebujących, bywała na balach charytatywnych. "Kurier Poranny"
zauważył Wiktorię - ubraną w różową toaletę z kreponu ozdobioną
wstążkami - pośród "126 dam tańczących i 30 nietańczących" na ostatkowym
balu "lutnistów"25. Działała w gronie patronek bezpłatnej
lecznicy dla niezamożnych chorych prowadzonej w budynku przy Kanonii 8 i pozostającej pod patronatem Towarzystwa Opieki nad Nieuleczalnie Chorymi
w Warszawie. Pomagała zdobywać dla niej środki: 8 kwietnia 1900 roku
miał miejsce koncert, do którego zorganizowania się przyczyniła, kiedy
indziej było to przedstawienie w gmachu filharmonii. Dochód zawsze
przeznaczano na pokrycie wydatków ambulatorium. Z okazji Wielkanocy
Wiktoria rozdawała święcone dla stu rodzin związanych z przychodnią.
Oto, co znajdowało się w paczkach w 1900 roku: 1/8 funta herbaty, 1 funt
cukru, 2 funty mięsa, 1 funt kiełbasy, 1 baba, 1 bochen chleba i 2
jaja26. Podobne paczki rozprowadzano z okazji Bożego Narodzenia.
Poza jedzeniem ofiarowywano również odzież, a dzieci w miarę możliwości
dostawały po zabawce. Warto zwrócić uwagę na to, jakże inne świąteczne
podarunki dla potrzebujących przygotowuje się współcześnie.
Wiktoria bardzo się zasłużyła dla regionu, w którym mieszkała po ślubie.
W pałacu w Czarnym Lesie pod Woźnikami zorganizowała prywatną polską
szkołę dla dzieci z najbliższej okolicy. Kształciło się w niej
czterdzieścioro uczniów. Była to jedyna polska szkoła na Śląsku. W okresie powstań śląskich osobiście przemycała broń i amunicję dla
bojowników, a także urządziła w pałacu szpital dla rannych powstańców i nimi się opiekowała. Swoją bibliotekę, cenne dzieła sztuki i pamiątki
zapisała Towarzystwu Przyjaciół Nauk na Śląsku. Starościna Wiktoria
Niegolewska, o której okoliczna ludność mówiła: "nasza matka", zmarła 24
października 1927 roku. Jej pogrzeb w Lublińcu miał charakter żałobnej
manifestacji całego polskiego Śląska. Wiktorię i Kazimierza
Niegolewskich uhonorowano, czyniąc ich w 1990 roku patronami ulicy w Lublińcu.
Jan Mateusz Żabiński po długiej chorobie zmarł 31 stycznia 1879 roku we
wsi Wólka Brwileńska w powiecie gostynińskim. Zwłoki złożone zostały w rodzinnym grobie na Powązkach. W tym samym roku i następnym odprawiono
msze święte za duszę Jana Mateusza, ale kto je zamawiał, nie wiadomo -
ogłoszenia nie były podpisane.
Jak widać, ta gałąź rodziny Żabińskich związała się nie tylko z Warszawą. Dokumenty wskazują, że wiele łączyło ją z okolicami Gostynina
na Mazowszu. Mieszkali w Leonowie, w Soczewce urodził się Benon Jan, a potem Wiktoria i Konstancja w Duninowie. Tam też zmarła matka
dziewczynek. Z kolei Emilia poznała przyszłego męża w Soczewce, a Jan
Mateusz zakończył życie w pobliskiej Wólce Brwileńskiej. Prawdopodobnie
Żabińscy mieli tam jakąś siedzibę. W akcie zawarcia małżeństwa
Konstancji z Niegolewskim podano, iż zmarły ojciec panny młodej był
rolnikiem, ale ten wpis o niczym nie świadczy, bo przecież wiadomo, że
przez większość życia pracował jako urzędnik. W każdym razie na miejsce
pochówku Walerii i Jana wybrano jednak Warszawę, a żadne z jego dzieci
nie zostało na ziemi gostynińskiej.
Józef - wybitny szachista i solidny rejent
Józef Żabiński, drugi syn Jana Stefana, przyszedł na świat w Królestwie
Polskim, ale wkrótce okazało się, że żyje w Kraju Przywiślańskim, w którym panują znacznie bardziej restrykcyjne prawa. Po upadku powstania
styczniowego (które w samej Warszawie przebiegało stosunkowo spokojnie)
władze rosyjskie przystąpiły do ograniczenia i tak nieprzesadnie dużej
autonomii Królestwa. Przeorganizowano administrację, między innymi
dziesięć guberni włączono bezpośrednio do Cesarstwa Rosyjskiego.
Konfiskowano majątki. W 1867 roku zakazano używania polszczyzny w administracji i szkolnictwie. W placówkach edukacyjnych wszystkich
szczebli oraz w urzędach obowiązującym językiem stał się rosyjski. Za
używanie polskiego w szkolnych klasach karano. Szkoły bowiem stanowiły
niezwykle ważne miejsce, gdzie realizowano plan indoktrynacji Polaków,
narzucania im języka i kultury rosyjskiej, co miało doprowadzić do
unifikacji zaboru z Imperium Rosyjskim w każdej dziedzinie. Roman
Dmowski w 1895 roku tak pisał o stosunkach panujących w oświacie w zaborze rosyjskim:
Władza szkolna, nie mając możności oddziaływania na młodzież za pomocą
wpływu moralnego, jaki ma szkoła szanowana przez uczniów, stara się
działać na nią za pomocą systemu kar. [...]
System kar jednak nie miałby wielkiego wpływu, gdyby przekroczenia
przepisów łatwo unikały oka władzy. Szkoła więc stworzyła równolegle
system dozoru, o jakim nikomu się nie śniło.
Gdy uczeń siedzi w klasie, obserwuje go z katedry nauczyciel, badający
nawet wyraz jego twarzy, a obok tego często inspektor lub dyrektor
patrzy nań z korytarza przez szybę lub dziurkę od klucza. Wyszedłszy
podczas pauzy na korytarz lub na podwórze, musi się nieustannie oglądać,
czy nie podkrada się na palcach za jego plecami pomocnik gospodarza
klasy lub też który z nauczycieli i zwierzchników szkolnych. Nawet w miejscu ustępowym musi mieć się na baczności, bo tam zamyka się często
jaki "pedagog", żeby słuchać, czy młodzież nie mówi po polsku. [...]
Jeżeli uczeń, idąc ulicą, niesie jakie książki w ręku, jest narażony na
to, że jaka urzędowa osoba zaczepi go, i w razie trafienia na książki
polskie, pociągnie do odpowiedzialności przed władzą szkolną.
Wróciwszy do domu, nie jest wolny od prześladowania. [...] czasami
wpadnie jaki nauczyciel, wejdzie w palcie i kaloszach do pokoju, a przekonawszy się, że chłopiec jest zajęty lekcjami, rozejrzy się tylko
powierzchownie wokoło, weźmie do ręki jedną, drugą książkę leżącą na
stole, przekona się, czy nie polska, i pójdzie sobie dalej27.
Józef był chłopcem nadzwyczajnie zdolnym i bardzo chciał zdobyć
wykształcenie. Rozumiał, że nie mając żadnego majątku, tylko dzięki
nauce i pracowitości może zapewnić sobie i matce w latach późniejszych
jako taki poziom życia. I trzeba oddać sprawiedliwość matce Józefa, że
wsparła te edukacyjne aspiracje syna i nie wysłała go na przykład do
jakiegoś terminu. Wielkiego wyboru gimnazjów nie było, gdyż w Warszawie
działało w tym czasie tylko kilka tego typu placówek. Młody Żabiński
rozpoczął zatem naukę w II Rządowym Gimnazjum Filologicznym. Była to
siedmioklasowa szkoła męska z rosyjskim językiem wykładowym, mieszcząca
się przy Nowolipkach 11. Prowadzono w niej lekcje matematyki, historii,
geografii oraz języków: polskiego (po rosyjsku), rosyjskiego,
francuskiego, niemieckiego, łaciny i greki. Józef uczył się nieźle, nie
był jednak prymusem.
Józef Żabiński około 1883 r.
Z powodu biedy nie mógł pozwolić sobie na to, by - wzorem wielu
rówieśników - kontynuować naukę na którejś z renomowanych uczelni za
granicą. Tak więc po ukończeniu rosyjskiego gimnazjum, w 1878 roku
wstąpił na Wydział Fizyczno-Matematyczny Cesarskiego Uniwersytetu
Warszawskiego, a po trzech latach przeniósł się na Wydział Prawny.
Rosyjskojęzyczna uczelnia również służyła zaborcy jako narzędzie
rusyfikacji społeczeństwa polskiego. Większość profesorów przyjechała z Rosji i generalnie nie byli to najwybitniejsi naukowcy ani wykładowcy,
chociaż pojedyncze osoby reprezentowały całkiem wysoki poziom naukowy.
Polska młodzież wolała studiować gdzie indziej, ale i tak aż do końca
XIX wieku większość uczących się stanowili studenci miejscowi. Natomiast
chętnie studiowali tu Rosjanie, przybywający z odległych rejonów
Imperium Rosyjskiego. Program Wydziału Fizyczno-Matematycznego w Warszawie był taki sam jak w Rosji, poza tym oczywiście porozumiewano
się po rosyjsku. Także program Wydziału Prawnego pokrywał się z tym,
czego uczono na innych uczelniach Cesarstwa, chociaż dodano zagadnienia
związane z prawem obowiązującym w Polsce i z religią katolicką. Wydział
Prawny uchodził wśród polskich pamiętnikarzy za szczególnie
zrusyfikowany i nieprzyjazny wobec Polaków. Ograniczono na nim nauczanie
prawa rzymskiego, nie zapoznawano z zachodnioeuropejskimi rozwiązaniami
jurysdycznymi. Dopuszczono wszakże, by prawo cywilne wykładane było po
polsku, a ponieważ na wydziale pracowali Polacy, przede wszystkim
należący do kadry zlikwidowanej Szkoły Głównej, którzy nie znali zbyt
biegle prawa rosyjskiego, starali się nieoficjalnie przekazywać wiedzę z zakresu prawa obowiązującego w innych krajach Europy.
Kartka z notatnika Józefa Żabińskiego z czasów młodzieńczych
W 1887 roku w dwudziestym siódmym numerze "Gazety Sądowej Warszawskiej"
ukazała się notatka, iż spośród osiemdziesięciu studentów czwartego
kursu na Wydziale Prawnym Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego
dwudziestu sześciu otrzymało stopień kandydata z obowiązkiem
przedstawienia i obrony dysertacji. W gronie wymienionych znalazł się
Józef Żabiński. Po ukończeniu studiów rozpoczął pracę zawodową na
stanowisku pomocnika sekretarza izby sądowej. We wrześniu 1897 roku na
mocy decyzji prezesa izby sądowej Józef Żabiński, wówczas już
podsekretarz departamentu cywilnego tejże izby, został mianowany
rejentem przy kancelariach hipotecznych sędziów pokoju miasta Warszawy.
W tym samym roku 15 października w "Kurierze Warszawskim" ukazało się
ogłoszenie, że notariusz Józef Żabiński otworzył kancelarię na parterze
gmachu sądu okręgowego. Prowadził tę kancelarię do końca życia, z krótką
przerwą podczas pierwszej wojny światowej. Budynek hipoteki przy
Kapucyńskiej zajęły wówczas władze wojskowe, ale już we wrześniu 1915
roku się wycofały i rejenci mogli wrócić tam do pracy. Józef Żabiński
jako jeden z pierwszych wznowił działalność swojej kancelarii. Kiedy
odrodziła się Polska, władze potwierdziły jego prawo do wykonywania
zawodu. W drugim numerze "Dziennika Urzędowego Królewsko-Polskiego
Ministerstwa Sprawiedliwości" z 1918 roku, który ukazał się 26
listopada, ogłoszono, iż "na zasadzie art. 21 przepisów tymczasowych o urządzeniu sądownictwa w Królestwie Polskim Józef Żabiński został
zamianowany notariuszem przy wydziałach hipotecznych sądu okręgowego w Warszawie".
Czym się zajmował? Jak to rejent: sporządzał akty notarialne,
poświadczenia, testamenty, wypisy, odpisy, wyciągi dokumentów, spisywał
protokoły (na przykład walnych zgromadzeń organizacji społecznych i spółek), przyjmował na przechowanie dokumenty, pieniądze, papiery
wartościowe i temu podobne. Na przykład w 1899 roku spisał akt
zawiązania Towarzystwa Akcyjnego Kolei Wilanowskiej, a w 1920 roku -
spółki akcyjnej Fabryki Budowy Lokomotyw w Polsce. Często pełnił funkcję
sekretarza podczas zebrań akcjonariuszy rozmaitych firm, chociażby
Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, a 22 listopada 1923 roku jako
reprezentant Zrzeszenia Notariuszów i Pisarzy Hipotecznych w b.
Królestwie Polskiem brał udział w posiedzeniu Stałej Delegacji Zrzeszeń
i Instytucji Prawniczych, na którym zajmowano się projektem nowej ustawy
stemplowej dla całego państwa28. Skorowidze, repertoria i akta z kancelarii rejenta Żabińskiego z lat 1897-1928 przechowuje Archiwum
Państwowe w Warszawie. Także w Warszawie, w Muzeum Uniwersytetu
Warszawskiego, znajduje się prywatny notatnik Józefa z czasów
studenckich. Autor ozdabiał wpisy dowcipnymi rysunkami, które świadczą
zarówno o dużym talencie rysownika, jak i o jego poczuciu humoru.
Józef Żabiński (pierwszy z prawej), Antoni Słupecki, kuzyn Heleny
Strzeszewskiej, oraz jej brat Kazimierz Strzeszewski (z laską), lata 80.
zeszłego stulecia
Żabiński był staranny, solidny, uczciwy, nic więc dziwnego, że jego
kancelaria nie narzekała na brak klientów. Raz jednak, w 1922 roku,
zdarzyło się, że Józef Żabiński oraz rejenci Witold Biernacki i Marek
Borkowski zostali zawieszeni w czynnościach służbowych. Zarzucono im, że
pobierali od treści kaucyjnych opłatę stałą, a nie stosunkową. Prawnicy
bronili się, powołując się na zasady prawa i decyzje sądu apelacyjnego w Lublinie, jednak zostali pociągnięci do odpowiedzialności karnej z artykułu 636 kodeksu karnego i wpłacili na rzecz skarbu państwa
niepobrane przez nich we właściwym czasie pięć milionów marek. Po roku
zmieniono kwalifikację czynu na lżejsze przewinienie, a potem w wyniku
amnestii umorzono. Rejent Biernacki przyjął to z zadowoleniem, ale dwaj
pozostali notariusze postanowili nie korzystać z ułaskawienia, tylko
podjęli walkę, by odzyskać dobre imię. Uznali, że racja była po ich
stronie, i poprosili sąd o przeprowadzenie postępowania. Sprawa
opisywana była w prasie, nawet w gazetach niemieckich, toteż nabrała
znacznego rozgłosu. Sąd przyjął punkt widzenia obu panów i zostali
uniewinnieni. Józefa Żabińskiego bronił kolega, adwokat Henryk Konic.
Nie przyjął za to wynagrodzenia. Następnego dnia po wygranym przez niego
procesie w "Kurierze Warszawskim" ukazało się ogłoszenie takiej treści:
Z powodu bezinteresownej obrony kolegi Henryka Konica sprawy uczciwej w niezależnym polskim sądzie składa Józef Żabiński: 1) na cegiełkę
akademicką 200 000 marek (napis na cegiełce: "Henrykowi Konicowi
wdzięczny klient d. 20 IX 1923 r."); 2) na auxilium academicum - 10 000
marek; 3) na Towarzystwo Pomocy Kresom - 100 000 marek; 4) na
Towarzystwo Pomocy Japonii - 100 000 marek; razem 500 000 marek29.
Trudno nie zaaprobować takiego podziękowania. Warto przy okazji
zauważyć, że ogłoszenia w "Kurierze Warszawskim" dotyczące wpłat i ofiar, jakie ludzie przekazywali na rozmaite cele, są kopalnią wiedzy o darczyńcach i ówczesnym życiu społecznym, o sprawach, które w danym
okresie uważano za ważne. A takich wpłat było sporo, ponieważ wielu
ludzi składało ofiary nie tylko z chęci dobroczynności czy uczuć
patriotycznych, ale także dla uczczenia pamięci bliskich, którzy zmarli.
Wpłacano datki zarówno zamiast kwiatów na pogrzeb, jak i w rocznice
śmierci i urodzin. Często wybierano cele bliskie osobie zmarłej. Piękny
zwyczaj, szkoda, że zapomniany. Choć Józef Żabiński bynajmniej nie był
osobą, która lubiła szastać pieniędzmi, wcale nie tak rzadko ofiarowywał
mniejsze lub większe kwoty na rozmaite cele - czasem sam, czasami z żoną, niekiedy z kolegami i sąsiadami. Oto kilka przykładów:
1897 - wpłata w pierwszy dzień przyjmowania ofiar na budowę pomnika
Mickiewicza;
1898 - ofiara na czytelnie bezpłatne przy Towarzystwie Dobroczynności;
1913 - datek na szkołę i salę zajęć Bolesława Prusa, a także na budowę
domu kąpielowego jego imienia;
1919 - złożona wspólnie z żoną ofiara "na ratunek zagrożonej ojczyzny do
dyspozycji dobrego jej syna Ignacego Paderewskiego"30;
1919 - wpłata na ratunek Ślązaków i na warmiński komitet plebiscytowy;
październik 1918 - ofiara "na skarb Królestwa Polskiego z okazji
zmartwychwstania Polski"31;
styczeń 1920 - dokonana wraz z innymi prawnikami wpłata "na żołnierza
polskiego dla uczczenia rocznicy przyjazdu do wolnej Polski wielkiego
obywatela Ignacego Paderewskiego"32;
lipiec 1920 - datek na wojsko polskie, aby "zwątpieniu zapobiec, moc
ducha zachować, wytrwaniem zwyciężyć"33.
Jak wynika z tej krótkiej listy wpłat, ani rosyjskie gimnazjum, ani
wydziały Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego nie spełniły swej
powinności rusyfikacyjnej wobec Józefa Żabińskiego, który - co widać -
nie tylko wspierał materialnie różne ważne inicjatywy, ale także
angażował się osobiście w pracę społeczną. Oto kilka przykładów. Już
jako student został oddelegowany przez prezydenta Sokratesa
Starynkiewicza do prac przy spisie jednodniowym ludności Warszawy, który
przeprowadzono między 28 stycznia a 9 lutego 1882 roku. Podczas wyborów
w 1907 roku w Warszawie był członkiem podkomisji wyborczej. Kilkakrotnie
pracował w komitecie kwesty listopadowej na wpisy szkolne - komitet
organizował sprzedaż chorągiewek żałobnych, którymi zamiast kwiatów i zniczy lub oprócz nich ozdabiano groby we Wszystkich Świętych i w Dzień
Zaduszny, a dochód ze sprzedaży przeznaczany był na pomoc dla uczniów. W 1919 roku pełnił funkcję wiceprzewodniczącego komitetu kwesty na rzecz
walki z analfabetyzmem. Rozprowadzano wówczas znaczki, a zysk przekazano
do dyspozycji Polskiej Macierzy Szkolnej. Należał również do Rady Kół
Szkolnych.
Cukiernia Laurenta Lourse'a w Hotelu Europejskim przy ulicy Krakowskie
Przedmieście 13 w Warszawie. Wśród gości aktorzy Józef Chmieliński
(pierwszy z lewej) i Mieczysław Frenkiel (drugi z lewej), 1931 r.
Praca jako źródło utrzymania miała dla Józefa Żabińskiego bardzo duże
znaczenie, ale to gra w szachy była jego namiętnością. "A szachy wówczas
i po miastach, i po dworach były bardzo rozpowszechnione. [...] W Warszawie w każdej niemal cukierence był zaciszny pokoik z szachownicami
i z figurami"34 - wspominał Ignacy Baliński, polski pisarz,
prawnik i publicysta. Szczególną popularnością wśród sympatyków tej gry
cieszyły się lokale Górskiego, Nowickiego, Pągowskiego, a także
kawiarnia "Pod Dzwonnicą" na placu Zamkowym, w gmachu Giełdy. Znana była
też elegancka cukiernia u zbiegu ulic Miodowej i Kapitulnej, założona w 1821 roku przez Szwajcara Laurenta Lourse'a. Nazywano ją paryską lub
francuską - wewnątrz miała wielkie lustra, marmurowe stoły, piękne
srebra i porcelanę, żeby kojarzyć się z Paryżem. Okna wystawowe
ozdabiano niespotykanymi nigdzie indziej fantastycznymi arcydziełami
sztuki cukierniczej, którym często poświęcała uwagę warszawska prasa.
Właściciel zapraszał gości takim ogłoszeniem:
Lorent Lourse et Comp. ma honor zawiadomić prześwietną Publiczność
tutejszej stolicy, że we czwartek następujący, to jest dnia 5 kwietnia,
otwiera w domu przy ulicy Miodowej pod liczbą 483 kawiarnię w sposobie
francuskim, w której będą dostarczane wszelkie artykuły do tej profesji
należące w jak najlepszym guście, przynależytej czystości i przy
akuratnej usłudze. Magazyn rzeczony będzie zawierał w sobie wszelkich
gatunków ciasta, cukry, likwory, czokolady, tudzież wina zagraniczne, a to wszystko w jak najwyborniejszym guście i za umiarkowaną cenę. Nadto
będą przyjmowane w tym magazynie różne obstalowania, jakie komu do domu
zamówić będzie się podobało. Pochlebia sobie przy tym, że wszyscy,
którzy go swoim zaufaniem zaszczycić raczą, tak wybornością gustu, jako
i słusznością ceny zadowoleni zostaną35.
Osiągnąwszy sukces, Lourse wkrótce otworzył następną cukiernię - w gmachu Teatru Narodowego. Otrzymał też prawo prowadzenia bufetów w teatrach miejskich, gdzie miłośnicy sztuki mogli umilić sobie pobyt,
nabywając słodkości w koszyczkach, skrzyneczkach czy bombonierkach
wyłożonych jedwabiem. W 1873 roku Lourse przeniósł się do Hotelu
Europejskiego, gdzie dostarczał kulinarnych wrażeń amatorom słodyczy aż
do powstania warszawskiego. W takich przyjemnych okolicznościach toczyło
się życie przede wszystkim inteligencji. W czasie zaborów, gdy
dostępnych było nader mało form aktywności publicznej, cukiernie i kawiarnie pełniły funkcje salonu. Do kawiarni chodziło się oczywiście na
kawę i ciastko czy lody, ale przede wszystkim po to, by spotkać się ze
znajomymi, porozmawiać, omówić ważne wydarzenia polityczne i artystyczne, przejrzeć prasę, którą prenumerowali i udostępniali
szefowie lokali. Bywalcy wypracowali sobie własne nawyki, pojawiali się
systematycznie w określonych miejscach, wiadomo było, kiedy i gdzie
można kogoś spotkać. W jednych lokalach zbierali się na przykład
pracownicy redakcji "Kuriera" albo aktorzy po spektaklu, w innych -
literaci, prawnicy lub spiskująca młodzież. Ludzie się nie spieszyli,
toteż w wielu punktach szykowano dla nich dodatkowe atrakcje, jak stoły
bilardowe, domino, warcaby i szachy. Przyciągało to zarówno osoby mające
ochotę sprawdzić swoje umiejętności w grze, jak i obserwatorów, którzy z rosnącą w miarę wypitych trunków namiętnością kibicowali grającym.
Bolesław Prus tak opisał bywalców cukierni:
Wśród obłoków dymu, unoszącego się w pokoju, słabo oświetlonym kilkoma
gazowymi płomieniami, odróżnić było można dwie grupy mężczyzn. Jedna z nich skupiła się około pary szachistów, druga otaczała wielki stół
marmurowy.
Byli to artyści, adwokaci, asesorowie, a i literatów nie brakło. Każdy
prawie z tych panów pędził żywot w kawalerskim stanie i każdy,
ukończywszy robotę dzienną, uciekał od nudów domowych do cukierni, gdzie
się mógł naśmiać, wykłócić, a w najgorszym razie zobaczyć od dawna
znajome fizjognomie36.
Józef Żabiński nauczył się grać w bardzo młodym (jak na tamte czasy)
wieku, już jako gimnazjalista. Szczęśliwym trafem w szkole zaprzyjaźnił
się z Arturem Popławskim, z czasem znakomitym szachistą. Młodzieńcy
razem poznawali arkana gry, osiągając coraz większe sukcesy, zapewne
rywalizując o miejsce w szachowej hierarchii graczy. Ledwie rok po
ukończeniu gimnazjum Józef objął dział szachowy w "Tygodniku
Ilustrowanym", gdzie notabene okazał się najmłodszym spośród redaktorów.
W czasie studiów na Wydziale Fizyczno-Matematycznym Cesarskiego
Uniwersytetu Warszawskiego - Artur Popławski również tam studiował -
osiągnął tak wysoki poziom gry, że w latach osiemdziesiątych XIX wieku
uznano go za jednego z najlepszych szachistów w Warszawie. Miał
dziewiętnaście lat, kiedy wszedł do reprezentacji Warszawy na
korespondencyjny mecz z Moskwą. W 1884 roku, jeszcze jako student, w II
Turnieju Warszawskim zdobył tytuł mistrza miasta. W 1890 roku zaczął
tworzyć swoje pierwsze studia szachowe, stając się pionierem w tej
dziedzinie. Pod koniec XIX wieku zainicjował pierwsze w kraju konkursy
kompozycji szachowej. W tym okresie prowadził szachowe kolumny w "Tygodniku Ilustrowanym" oraz "Kurierze Warszawskim" (od 1886 roku). W "Kurierze.." opublikował przetłumaczoną przez siebie z języka czeskiego
książkę Zarys teorii zadań szachowych, w 1913 roku włączoną do
Podręcznika do nauki gry w szachy. W tygodniku ilustrowanym "Cyklista"
ukazała się taka notatka dotycząca kompozycji zadań szachowych:
Od lat kilku daje się zauważyć i na tym polu ożywienie, zasługę czego
należy przypisać "Kurierowi Warszawskiemu", a szczególnie p. Józefowi
Żabińskiemu, kierownikowi działu szachowego w tymże "Kurierze". Jako
wytrawny szachista praktyk i jeszcze lepszy teoretyk i znawca literatury
szachowej, p. Żabiński powierzoną sobie rubrykę szachową prowadzi bardzo
umiejętnie i z rubryką tą liczą się pisma specjalne szachowe za granicą.
Dzięki tej rubryce, w której czytelnicy zawsze znajdywali najlepsze
kompozycje zagraniczne, i dzięki zachęcie p. Ż[abińskiego] wśród
naszych szachistów znalazło się kilku, którzy odważyli się przesłać do
redakcji "Kuriera" pierwsze swe próby kompozycyjne, i z czasem liczba
kompozytorów szachowych wzrosła, i obecnie mamy już kilkunastu dość
wytrawnych kompozytorów, o czym najlepiej świadczą trzy konkursy
"Kuriera Warszawskiego" i zeszłoroczny konkurs "Tygodnika
Ilustrowanego"37.
W 1897 roku Józef Żabiński zainicjował powołanie Warszawskiego
Towarzystwa Zwolenników Gry Szachowej i razem z Janem Sobieszczańskim i Janem Brzezińskim podjął się opracowania statutu organizacji. To samo
grono panów musiało także uzyskać zgodę władz guberni na zorganizowanie
założycielskiego zebrania klubu. Kiedy w 1899 roku udało się doprowadzić
do powstania Towarzystwa, wszyscy trzej działacze znaleźli się wkrótce w jego ścisłym kierownictwie: Żabiński został pierwszym prezesem,
Sobieszczański przejął prezesurę po nim, a Brzezińskiemu w kwietniu 1900
roku na półtora roku powierzono funkcję wiceprezesa. Żabiński w 1901
roku poprosił, by chociaż na jedną kadencję uwolnić go od obowiązków
członka władz Towarzystwa, zastrzegając, iż zawsze będzie służył radą i pomocą. Oczywiście zgodzono się na to, ale już w marcu 1903 roku Józef
ponownie stanął na czele Towarzystwa po śmierci Sobieszczańskiego. W statucie stowarzyszenia można przeczytać, że jego celem był
[...] rozwój i rozszerzenie gry szachowej za pomocą zebrań szachowych,
konkursów i turniejów.
§ 2.
W tym celu Towarzystwu dozwala się zbierać, we własnym lub wynajętym
lokalu, dla gry w szachy i w warcaby. Zabrania się urządzania balów i wieczorów, jak również gry w karty38.
Sprawami Towarzystwa zajmować się miał komitet złożony z dwunastu osób
wybranych przez Ogólne Zgromadzenie. Według ustawy zebrania szachowe
miały odbywać się codziennie, z tym że nie dłużej niż do wpół do drugiej
w nocy. Za dłuższe przebywanie w lokalu przewidziano kary pieniężne. O godzinie czwartej lokal musiał być definitywnie zamknięty. Porządku
podczas zebrań mieli pilnować prezes, wiceprezes komitetu i gospodarz
lokalu oraz dyżurny członek komitetu. Oni oczywiście nie musieli płacić
kar za zbyt długie siedzenie w klubie. Lokal Towarzystwa zamykano tylko
"[w] trzy ostatnie dni Wielkiego Tygodnia, w pierwszy dzień
Wielkiejnocy, w wigilię Bożego Narodzenia i Trzech Króli i w pierwszy
dzień Bożego Narodzenia"39. Osoby pełniące funkcje w Towarzystwie miały zatem bardzo czasochłonne powinności. Nic więc
dziwnego, że nie wszystkie żony były zadowolone z zaszczytnych ról
pełnionych przez mężów. Trudno uwierzyć, aby prezes i wiceprezes
codziennie siedzieli w klubie do wpół do drugiej w nocy (mieli przecież
pracę zawodową), ale z pewnością spędzali tam mnóstwo czasu.
Pierwszą siedzibą Towarzystwa był lokal klubowy w kamienicy przy
Krakowskim Przedmieściu 38. Składał się z czterech pokojów i kuchni.
Pierwszy pokój przeznaczono na szatnię i kancelarię, dwa następne na grę
w szachy, a czwarty na odpoczynek, rozmowy towarzyskie i czytelnię. W 1901 roku w Warszawie przy ulicy Bielańskiej 5 otwarto nowy lokal
szachowy, o czym doniósł niezawodny "Kurier Warszawski":
[...] sprawia wrażenie, jak gdyby w nim gromadzić się mieli sami
lordowie; pluszowe meble, lustra w złoconych ramach, stiuki, elektryczne
słońca na stropie, weranda, do której wieczorami dolatują dźwięki
pysznej orkiestry i wesołe śpiewy syren z pobliskiego ogrodu "Pod
gwiazdą".
Jednym słowem: komfort i elegancja40.
Lokal mieścił się w oficynie poprzecznej na pierwszym piętrze. Składał
się z dużego salonu do gry, jadalni oraz wspaniałej werandy z widokiem
na ogród, na której mogło się pomieścić aż dziesięć stolików. W dniu
inauguracji największe zainteresowanie wzbudziła rozgrywka między
Bolesławem Prusem a rejentem Józefem Żabińskim. Po skończonej grze
gremium zasiadło do składkowej kolacji, a po toastach szampanem wrócono
do rozgrywek, które przeciągnęły się do drugiej w nocy.
Utworzenie klubów szachowych nie sprawiło, że szeregowi szachiści
zaczęli masowo wstępować do Towarzystwa i wypełniać sale klubowe, bo
wiązało się to jednak z comiesięcznymi opłatami i koniecznością
przestrzegania regulaminu. Tak więc niezależnie od istnienia klubów
warszawskie cukiernie i zadymione kawiarnie dalej gromadziły graczy i sympatyków szachów. Oczywiście grywano także po domach, a informacje na
ten temat można znaleźć w wielu książkach wspomnieniowych o życiu
codziennym w XIX wieku i pierwszej połowie XX stulecia. Na przykład
jeden z najbliższych szachowych kolegów Józefa Żabińskiego, Jan
Brzeziński, do 1903 roku mieszkał w dworku w Pawłowicach pod Warszawą,
gdzie często gościł przedstawicieli świata kultury - malarzy: Juliana
Fałata, Leona Wyczółkowskiego, Teodora Axentowicza, Jacka Malczewskiego
czy pisarzy Henryka Sienkiewicza i Bolesława Prusa. Ci dwaj ostatni byli
wielkimi amatorami szachów, więc w dworku pawłowickim regularnie
organizowano rozgrywki. Prus chętnie zasiadał przy szachownicy w warszawskich cukierniach; spotkać się można z opinią, że to właśnie on
był najskuteczniejszym propagatorem szachów, znacznie przewyższając pod
tym względem skądinąd zasłużonych członków Towarzystwa Zwolenników Gry
Szachowej, którego notabene został honorowym członkiem. I nic dziwnego -
dla wielu osób możliwość zobaczenia lubianego pisarza w trakcie
rozgrywki szachowej stawała się impulsem do zainteresowania się grą.
Bolesław Prus postanowił zrewanżować się Towarzystwu za owo wyróżnienie
i napisał felieton zatytułowany Pochwała szachów. Oto jego początkowy
fragment:
W końcu roku spotkał mnie zaszczyt, za który szczerze jestem wdzięczny i rad bym okazać wdzięczność jego szanownym sprawcom. Oto - warszawskie
Towarzystwo zwolenników gry szachowej mianowało mnie swoim honorowym
członkiem.
Jest w tym mianowaniu spora szczypta złośliwości: pewnym osobom nadaje
się tytuł członka honorowego w takim samym sensie, w jakim - wyprawia
się złote wesele małżonkom, którzy już od dawniejszego czasu pożegnali
obowiązki związane z... weselem żelaznym... Ale obok złośliwości - niemałą
rolę w tym wypadku odgrywa - fatalizm.
Fatalizm ów sprawia, że ile razy zbliżę się do szachistów, zawsze
spotyka mnie jakiś "honor..."
Był czas, że miałem szczęście grywać w szachy z dzisiejszym prezesem
Towarzystwa, p. J. Żabińskim. Ten - po prostu zasypywał mnie honorami.
Naprzód - robił mi ten honor, że grał ze mną. Po wtóre - robił mi drugi
honor, ofiarowując "królową for..." I nareszcie zaszczycił mnie trzecim
honorem, dając mi "mata" oznaczoną figurą, w oznaczonym miejscu, co
znowu nie trafia się tak często!
Raz czy dwa razy "honorował" mnie także jeden z najsławniejszych
europejskich graczów, p. Szymon Winawer - mniej więcej w taki sam
sposób, jak to robił p. Żabiński. Miałem też honor grać jeszcze z jednym
znakomitym szachistą, p. Taubenhausem, który posadził nas sześciu czy
siedmiu (dalibóg nie pamiętam!...) każdego przy innej szachownicy, grał ze
wszystkimi jednocześnie i... kosił nas jak trawę...
Czy więc teraz będzie się kto dziwił, że zostałem członkiem honorowym
klubu?
Powiedziałem, że rad bym się choć w małej cząstce wywdzięczyć szanownemu
Towarzystwu, które, bez względu na zadziwiającą skromność moich
szachowych kwalifikacji, nie wahało się przytulić mnie do swego łona.
Wywdzięczyć się - szlachetny to cel, ale, w jaki sposób?...
Kto przeczytał moją szachową autobiografię, ten chyba nie wątpi, że
nigdy nie wystąpię na arenie europejskiej, ażeby genialnymi kombinacjami
okryć chwałą nasze Towarzystwo szachowe... Mógłbym też zobowiązać się
aktem regentalnym, że nigdy nie obmyślę nowego "gambita", który odległym
potomkom przekazałby nazwisko jego twórcy i - klubu, do którego należał.
Toż samo mógłbym powiedzieć o wynajdywaniu i rozwiązywaniu "końcówek". A zaledwie parę razy w życiu udało mi się w partnerze moim wywołać
zdumienie, mianowicie - gdy szachownicę położyłem w taki sposób, że -
czarne pole znalazło się po prawej stronie gracza...
Cóż więc pozostało mi do zrobienia?... Ha! muszę chyba coś napisać o szachach...41
Józef Piłsudski (z prawej) grający w szachy z Jędrzejem Moraczewskim (z lewej) w Wołczecku w 1916 r. Za Piłsudskim widoczny rotmistrz Władysław
Belina-Prażmowski
Prasa lubiła szachy i chętnie poświęcała miejsce informacjom o różnych
konkursach, turniejach, rozgrywkach i oficjalnych wydarzeniach. W "Kurierze Porannym" z 21 listopada 1883 roku można było przeczytać:
"Najciekawsze były zapasy szachowe między pp. J. Kleczyńskim i J.
Żabińskim, które po sześciogodzinnej zaciętej utarczce, zakończyły się
zwycięstwem dla p. Żabińskiego"42. A oto krótki przykład z Łodzi, z "Ilustrowanej Republiki" z 21 kwietnia 1927 roku:
Wczoraj o godzinie 4 po poł. w lokalu łódzkiego towarzystwa zwolenników
gry szachowej (Moniuszki 1), odbyło się uroczyste otwarcie drugiego
turnieju o mistrzostwo Polski pod protektoratem prezesa rady ministrów
Marszałka Józefa Piłsudskiego.
Po krótkim przemówieniu reprezentant dostojnego protektora, p. wojewoda
Jaszczołt, rozciął wstęgę, przeciągniętą u wejścia do sali gry.
Dłuższą przemowę wygłosił prezes polskiego związku szachowego, p. rejent
Żabiński, nestor szachistów polskich; dał on rys rozwoju szachów w kraju
i za granicą. [...]
Sala gry pięknie udekorowana, przegrodzona balustradą, za którą siedem
stolików oczekuje bezkrwawej walki.
Na ścianie portret marszałka Józefa Piłsudskiego; zda się groźnie patrzy
on spod krzaczastych brwi na grających, który też z nich zdobędzie
ufundowaną przez niego nagrodę za najpiękniejszą partię.
W turnieju bierze udział piętnastu najsilniejszych szachistów
polskich43.
Piłsudski był wielkim miłośnikiem i mecenasem gry w szachy. Sam grywał
bardzo często, chętnie patronował turniejom, fundował nagrody. W 1928
roku przekazał złote pióro dla zwycięzcy turnieju z okazji
trzydziestopięciolecia Krakowskiego Klubu Szachistów. A na wspomniany
już drugi turniej o mistrzostwo Polski wyasygnował tysiąc złotych jako
nagrodę za najpiękniejszą partię zawodów.
Działacze związkowi oraz działacze Łódzkiego Towarzystwa Zwolenników Gry
Szachowej, obawiając się, że "ryzykowne nastawienie turniejowej gry może
wpłynąć ujemnie na ogólny poziom i wartość partii, zwrócili się do
Piłsudskiego z prośbą, czy nie zechciałby zgodzić się na podzielenie tej
nagrody". Odpowiedź, jaką uzyskali, była charakterystyczna dla
temperamentu Marszałka: "za najpiękniejszą partię turnieju przyznaję
2000 zł!".
Tę decyzję już ze zrozumieniem skomentował prezes Polskiego Związku
Szachowego, nestor środowiska, Józef Żabiński: "rozumiemy dopiero
głęboką a trafną myśl protektora obecnego turnieju Marszałka
Piłsudskiego, który oceniając doniosłe znaczenie szachów jako
międzynarodowego łącznika i czynnika propagandowego oraz w zrozumieniu
istoty przezornego ryzyka, chce przez swą wysoką opiekę i znaczne
poparcie materialne wykrzesać z naszych szachistów nowe siły, nowe
talenty, nowe iskry Boże". Kwota nagrody zaiste była imponująca i przewyższała ówczesne uposażenie prezesa Rady Ministrów. Józef Piłsudski
wiedział jednak, co robi, wszak w turnieju grali m.in. Akiba Rubinstein,
Ksawery Tartakower, Kazimierz Makarczyk, Paulin Frydman, Teodor
Regedziński. Z niektórymi z nich sam miał okazję potykać się przy
szachownicy i na dodatek był dla nich wymagającym graczem44.
W 1926 roku dzięki staraniom Józefa Żabińskiego i innych działaczy z Warszawy, Łodzi i Śląska doszło do I Zjazdu Szachistów Polskich w Warszawie, w którym wzięli udział reprezentanci środowiska liczącego
przeszło tysiąc sześciuset zorganizowanych szachistów ze wszystkich
stron kraju. W wyniku zjazdu powstał Polski Związek Szachowy, a następnego dnia odbyły się pierwsze Mistrzostwa Polski w szachach. Na
czele nowo powstałego związku stanął Żabiński i pracował w nim do końca
życia.
Jak w nawale pracy zawodowej oraz hobbystycznej toczyło się życie
osobiste Józefa Żabińskiego? Matka doczekała wielkich sukcesów
szachowych syna, jednak nie dożyła do jego ślubu i narodzin dzieci.
Maria Żabińska zmarła 28 maja 1895 roku, mając lat siedemdziesiąt
siedem, o czym zawiadomił przyjaciół "dotknięty bolesnym ciosem
syn"45. Pochowano ją 31 maja na cmentarzu Powązkowskim w grobie
rodzinnym Żabińskich. Jak podał "Kurier Poranny": "Eksportował ks. Biały
w asystencji duchowieństwa. Na trumnie złożonych było kilka wieńców,
wśród których jeden miał napis "Drogiej mamusi od syna""46.
Niecały rok później, 15 lutego 1896 roku, jak doniósł wszechwiedzący
"Kurier Warszawski", "w kościele św. Ducha (popaulińskim) ksiądz rektor
Zygmunt Chełmicki pobłogosławił związek między panną Heleną, córką śp.
Franciszka i Michaliny z Górskich małżonków Strzeszewskich, a panem
Józefem Żabińskim, znanym prawnikiem, redaktorem działu szachowego w naszym piśmie"47. Panna młoda pochodziła z ziemiaństwa, urodziła
się w Arcelinie, w majątku rodziców. Strzeszewscy herbu Pobóg byli zacną
starą rodziną, pierwszy członek tego rodu zapisany w historii to Mikołaj
ze Strzeszewa, kasztelan wiślicki w 1497 roku, senator notowany w aktach
statutu wiślickiego. Franciszek Strzeszewski, ojciec panny młodej, był
właścicielem Jarocina i Arcelina oraz sędzią gminnym z wyboru. Jego
ojciec, Jakub Strzeszewski to zasłużony prawnik, prezes Sądu
Apelacyjnego Królestwa Polskiego w Warszawie w latach 1860-1864. Helena
miała sześcioro rodzeństwa, z którym była bardzo zżyta, więc Józef, od
lat żyjący tylko z matką, na skutek ślubu stał się członkiem licznej
rodziny. Gdy dodać do tego bliskich kuzynów, cioteczne i stryjeczne
rodzeństwo, ciotki i wujów, krewnych i powinowatych, seniorów
spokrewnionych rodów i kolejne rodzące się dzieci, to robi się naprawdę
tłum. Strzeszewscy, Górscy, Słupeccy, Chełmiccy, Chrząszczewscy,
Kretkowscy - to tylko kilka najbliższych Helenie rodzin. Jak Józef
Żabiński poznał swoją przyszłą żonę? Najprawdopodobniej przez któregoś z braci lub kuzynów dziewczyny, studiujących w Warszawie w tym samym
czasie co on. Na pewno przed ślubem z Heleną Matyldą znał jej brata
Józefa - studenta medycyny, oraz ciotecznego brata Antoniego
Słupeckiego, przyszłego prawnika. To było naturalne - studenci
warszawiacy wprowadzali w miejskie życie kolegów, którzy przybyli na
uczelnie z prowincji. Kiedy przychodziły wakacje, następował w pewnym
sensie rewanż - ci spoza Warszawy, mający odpowiednie warunki i otwartą
na gości rodzinę, zapraszali mieszczuchów na letni wypoczynek. Obie
strony były zadowolone - przybysze z miasta stanowili niewątpliwie
urozmaicenie w lokalnym życiu towarzyskim, a sami mieli okazję nie tylko
odpocząć i nabrać zdrowia, lecz także poznać nowych ludzi. Mogło to
nawet skutkować mariażem, jak w wypadku państwa Żabińskich.
Helena Strzeszewska przed ślubem, 1895 r.
Dzieciństwo Jania, Maniusi, Hani i Ziuci
Po ślubie Helena wprowadziła się do kawalerskiego mieszkania Józefa przy
ulicy Złotej, a następnie, gdy rodzina zaczęła się powiększać,
przenieśli się do kamienicy przy Kapucyńskiej 3. Ulica Kapucyńska
została przebita w 1865 roku w związku z parcelacją terenów skasowanego
wówczas klasztoru Kapucynów. Do drugiej wojny światowej była ślepa i miała kształt litery S, z jednej strony zabudowano ją kamienicami, z drugiej przylegała do terenów klasztornych. Tę uroczą, maleńką, pełną
zieleni uliczkę wyłożono drewnianą kostką, często wymagającą reperacji,
ale panowała tam zupełna cisza mimo sporego ruchu dorożek dowożących
klientów i prawników do hipoteki. Tak zapamiętał ją Eugeniusz
Szwankowski, uczęszczający w latach dwudziestych zeszłego wieku do
gimnazjum im. Stefana Batorego, mieszczącego się w owym czasie na końcu
Kapucyńskiej:
Ulica Kapucyńska miała charakterystyczny ruch na jezdni - jeździły nią
prawie wyłącznie dorożki, potem taksówki. Wozy, platformy, ciężarówki
były na niej rzadkością, ślepo kończąca się uliczka nie była arterią
przelotową. Chodnikami chodzili panowie z teczkami lub gromadzili się
prowadzący sprzedaż i kupujący nieruchomości z pośrednikami. Nieraz też
niepewny krok tych klientów hipoteki świadczył o oblewaniu transakcji.
Rano i około drugiej gromadkami szli uczniowie z gimnazjum. Rankiem
służące wybiegały do paru sklepików i jednego "kupca kolonialnego" na
rogu Kapucyńskiej po bułki i mleko. Gdy dni były pogodne, na spacer z pieskiem wychodziły panie adwokatowe, gdy niepogodne - służące. Czasem
mama, pchając wózek z dzieckiem, korzystała z zacisznej ulicy i powietrza ogrodu kapucynów. Czasem przeszedł jeden lub paru policjantów,
pan przodownik lub dzielnicowy z teczką, pan życia i handlu
ulicznego48.
Budynek, w którym zamieszkali Żabińscy, był nowy, powstał w 1894 roku
dla spółki Kossakowski i Szuch. "Fasada utrzymana w formach
renesansowych, skromna, bez pretensji do jakiejkolwiek bądź kompozycji,
uornamentowana została zwykłym wieńczącym gzymsem, takimiż obramieniami
okien i boniowaniem parteru" - taki opis zamieszczono na łamach "Kuriera
Warszawskiego" w 1895 roku49.
Kamienica była trzypiętrowa, frontem zwrócona w stronę ogrodu kapucynów.
Mieszkańcy mogli z niego korzystać, dopóki księży świeckich nie
zastąpili zakonnicy. W domu zamieszkało wielu prawników, co nie było
dziwne, gdyż mieli stąd blisko do najważniejszych instytucji
sądowniczych w mieście. Niektórzy otworzyli tutaj lub w sąsiednich
kamienicach kancelarie. W pierwszych latach XX wieku przyjmowali tu
mecenasi Adolf Finkelhaus, Emil Waydel, Stanisław Bukowiecki, Edward
Życki. W latach międzywojennych dom stał się własnością Jana
Jarmołowicza, sędziego Najwyższego Trybunału Administracyjnego. Mieszkał
tu również inny sędzia tego samego trybunału - Wacław Borkowski, który
zginął na miejscu podczas powstania warszawskiego50.
Pocztówka z Warszawy przedstawiająca ulicę Miodową róg Kapucyńskiej,
wydana przez Franciszka Karpowicza na początku dwudziestego wieku
Mieszkanie Żabińskich było duże, przestronne. Składało się z pięciu
pokoi - salonu, stołowego, dziecinnego, sypialni małżeńskiej oraz
gabinetu Józefa, poza tym z kuchni, łazienki i toalety oraz szerokich
korytarzy. Po obu ich stronach stały wielkie szafy, lecz nie utrudniało
to komunikacji. Kiedy małżonkowie się wprowadzili, wydawało im się, że
trudno będzie zagospodarować tak dużą przestrzeń, zwłaszcza że
pierworodny syn Heleny i Józefa, urodzony 8 kwietnia 1897 roku jeszcze
na Złotej, wciąż miał swoje łóżeczko w sypialni rodziców. Janio, czyli
Jan Franciszek Dionizy Żabiński. Pierwsze imię dostał po dziadku ze
strony ojca, drugie po dziadku ze strony matki. Trzecie to imię patrona
dnia urodzin. Po synku 28 maja 1899 roku rodzina przywitała pierwszą
dziewczynkę, Maniusię, czyli Marię Michalinę Augustę. Rodzice dobrali
imiona według tej samej zasady, co w przypadku Jania: pierwsze imię po
babci ze strony ojca, drugie imię po babci ze strony matki i trzecie,
które wypadało w kalendarzu w dniu narodzin. Dwa lata później, 23 lutego
1901 roku, urodziła się Hanna, a następnie do rodzeństwa dołączyła
Józefa, zwana Ziucią. Stało się to 14 stycznia 1904 roku. Najmłodsza
szybko zawładnęła sercami wszystkich członków rodziny, zyskując status
rodzinnego pieszczocha.
Janio Żabiński w 1898 r.
Kiedy Janio i Maniusia byli na tyle duzi, że mogli zamieszkać poza
sypialnią rodziców, dostali we władanie pokój dziecinny. Po pewnym
czasie nastąpiła zmiana jego lokatorów: ulokowano tam dziewczynki, a ich
brat musiał spać w stołowym. Raczej nie czuł się z tego powodu
nieszczęśliwy, gdyż wtedy jeszcze nie było w zwyczaju, aby każde dziecko
miało swój pokój. Zanim przyszedł czas nauki, maluchy spędzały cały czas
na zabawie pod okiem bony, młodziutkiej panny Stasi. Poza nią u Żabińskich pracowały kucharka i pokojówka. Rodzina była zamożna, zatem
dzieci wyposażano we wszystko, co według ówczesnej wiedzy miało im
pomagać w rozwoju. Oczywiście nie dostawały zabawek codziennie.
Tradycyjnie podarunki wręczano z okazji urodzin i imienin oraz Bożego
Narodzenia. Jeszcze jedną okazją do otrzymania choćby drobnego upominku
były wizyty składane rodzicom przez dalszą rodzinę i znajomych. A rodzina Heleny Żabińskiej była liczna, w dodatku żadna z jej sióstr nie
miała swoich dzieci, więc z przyjemnością obdarowywały siostrzeńców.
Bracia Heleny doczekali się już wprawdzie potomstwa, ale rodzeństwo
Strzeszewskich było mocno ze sobą związane i wszyscy się często
odwiedzali, na czym korzystało najmłodsze pokolenie. Czym dzieci lubiły
się bawić? Uniwersalną podstawę stanowiły klocki. Chłopcom dawano
zabawki mające ich przygotować do męskich ról. Niestety, były to przede
wszystkim militaria - szable, łuki, proce, pałasze i temu podobne. Chyba
każdy chłopiec gromadził też armię ołowianych lub papierowych
żołnierzyków, które staczały bezustanne bitwy i przeprowadzały
strategiczne ofensywy.
Taki opis zabawy w wojsko znaleźć można we wspomnieniach brata
ciotecznego małych Żabińskich, Czesława Strzeszewskiego, późniejszego
profesora na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim:
Żołnierze papierowi stanowili armie różnych państw, które prowadziły ze
sobą wojny, zawierały sojusze. Mało tego, każde państwo miało swoją
walutę, swój bank emisyjny, skarb, to wszystko naturalnie mozolnie
robione z papieru. Wojsko papierowe zostało urozmaicone i wzbogacone
poprzez żołnierzy ołowianych. Bitwy markowane przez wojsko papierowe
były rozgrywane przy pomocy ołowianych żołnierzy, okopów, umocnień z różnego rodzaju materiału. Za pociski służyły zwijane papierki wyrzucane
przez gumki na wzór procy, one rozbijały okopy i zabijały ołowianych
żołnierzyków51.
Oczywiście dzieci były również zainteresowane wszelkimi pojazdami. I chłopcy, i dziewczynki uwielbiali dość wówczas drogie zabawki
mechaniczne, poruszające się po nakręceniu kluczykiem ptaszki, myszki i inne figurki, a także rzecz jasna samochody. Starsze dzieci chętnie
sięgały po gry edukacyjne, o ile tylko miały towarzystwo do wspólnej
zabawy. W domu Żabińskich chętnych nie brakowało. Ojciec nauczył
wszystkie dzieci grać w szachy, choć trzeba przyznać, że dziewczynki
niezbyt się tą grą pasjonowały. Janio, którego ojciec często zabierał do
klubu, okazał się utalentowanym szachistą - jeszcze jako gimnazjalista w 1913 roku wziął udział w seansie gry jednoczesnej z panem
Znośko-Borowskim. Był to w Warszawie pierwszy mecz tego typu, toteż
wzbudził ogromne zainteresowanie. Gra trwała od wpół do ósmej wieczorem
aż do wpół do czwartej nad ranem. Jako dorosły Jan zdecydowanie wolał
jednak brydża.
Dziewczynkom kupowano wszelkie przedmioty mające od małego przyuczać je
do wypełniania zadań matki i gospodyni. Przede wszystkim lalki. A wybór
był duży - od najdroższych lalek paryskich, przez pospolite lalki gumowe
i celuloidowe, aż po ręcznie wykonane z gałganków, wypchane trocinami.
Niektóre miały porcelanowe, a więc bardzo narażone na stłuczenie głowy,
jedne mówiły "mama", jeszcze inne miały prawdziwe rzęsy i zamykające się
oczy. Bogate lalki dostawały własne domy czy wille, z pełnym
wyposażeniem. Biedniejszym urządzano kącik na półce albo w szafce.
Gospodarstwa lalek były pełne garnków, serwisów, ubranek szytych przez
dziewczynki lub ich opiekunki. Córki chętnie też obdarowywano zestawami
do wyszywania i innych robótek ręcznych, żeby od dzieciństwa nabywały
konkretnych umiejętności.
W najtrudniejszej sytuacji był Janio, jedyny chłopiec. Czasami odgrywał
rolę kochającego brata i małą Ziucię (siedem lat od niego młodszą) woził
na własnych plecach jak na koniku, co z pewnością bardzo się malutkiej
podobało. Opisał to nawet w książce. Generalnie lubił się bawić z dziewczynkami, nawet lalkami, jednak siostry nie zawsze miały ochotę
dostosowywać się do jego poleceń i pomysłów. Żeby zająć się tym, co
lubią chłopcy, musiał czekać na odwiedziny kuzynów. Ale co się dziwić,
skoro aranżował na przykład takie sytuacje:
[...] kazałem więc moim młodszym siostrom chodzić w zaprzęgu na rękach i kolanach. W rezultacie skarżyły się one, że jest im niewygodnie, a ja
też niestety nie miałem żadnej przyjemności, bo najpierw takie konie
szły bardzo wolno, a poza tym od ich tylnych "kopyt" sterczały długie
wyrostki w pończochach i bucikach. A takich kikutów prawdziwe konie nie
miewają52.
Wigilia Bożego Narodzenia jest dniem wyczekiwanym przez wszystkie chyba
dzieci. Nie inaczej było z małymi Żabińskimi. Nie mogli się doczekać
prezentów. W ich rodzinie podarunki kupowali i kładli pod choinkę sami
rodzice i krewni, a nie - jak w innych domach - Mikołaj, Aniołek czy
Gwiazdorek. Sytuacja była więc jasna - gdzieś te prezenty musiały się
znajdować, zanim trafiły pod drzewko. Mimo intensywnych poszukiwań po
wszystkich domowych schowkach dzieciom nigdy nie udało się wypatrzeć
paczuszek przed czasem. Jan wspominał po latach:
Dopiero po zjedzeniu tradycyjnej Wieczerzy Wigilijnej, kiedy końcowa
potrawa - kluski z makiem, za którymi w zasadzie przepadaliśmy - w napięciu emocji mimo wszystko więzła nam kością w gardle, Ojciec wstawał
od stołu i za chwilę cieniutki odgłos szklanego dzwoneczka, zawieszonego
na choince (obowiązkowo czubkiem sięgającej sufitu) był sygnałem, iż
nareszcie wolno rozpocząć drugi akt ceremoniału.
Jak lawina, całą watahą rzucaliśmy się do salonu, aby rozrywać sznurki
na stosie paczek leżących pod drzewkiem53.
Żabińscy mieli jeszcze jedną tradycję wigilijną, tym razem bardzo
przykrą dla dzieci. Na pewno nie wymyśliła jej Helena, to musiał być
pomysł Józefa. Otóż kiedy dzieci nabawiły się już prezentami, a raczej
kiedy było wpół do dziesiątej i musiały iść spać, ojciec zabierał
najdroższe, najwspanialsze zabawki i zamykał je na klucz w swoim biurku.
Nie chciał, żeby tak wartościowe przedmioty trafiły do stosu innych
rzeczy, takich do zabawy na co dzień. Te zamknięte wyciągał i dawał
dzieciom do rąk własnych tylko przy wyjątkowych okazjach. Dzięki temu -
powiadał - te zabawki mogą przetrwać o wiele dłużej niż pozostałe. Z pewnością Józef chciał zapewnić swoim kochanym dzieciom to, czego sam
nie miał, ponieważ jego dzieciństwo upłynęło w ubóstwie. Jednak dzieci
nie rozumiały intencji ojca, choć przecież wszyscy najlepsze ubrania
wkładają tylko na wyjątkowe okazje, a najcenniejszy serwis wyjmują dla
uczczenia najważniejszych gości.
Tak samo postępowali rodzice Freda i Klary z przewspaniałymi podarunkami
od ich ojca chrzestnego, sędziego Droselmajera, co pięknie opisał E. T.
A. Hoffmann:
Ilekroć ojciec chrzestny przychodził, przynosił dzieciom w kieszeni coś
ładnego: zabawnego człowieczka, który przewracał oczami i kłaniał się
uprzejmie, szkatułkę, z której wyskakiwał ptaszek, lub inne cuda. Na
Boże Narodzenie zaś przynosił zawsze niezwykły podarunek, z wielkim
trudem i staraniem własnoręcznie sporządzony; dzieci niedługo się nim
cieszyły, gdyż rodzice wkrótce zabierali go na
przechowanie54.
Kiedy dzieci Żabińskich były małe, bardzo lubiły spędzać czas na świeżym
powietrzu. Razem z boną, panną Stasią, chodziły do Ogrodu Saskiego,
najczęściej do alei owocowej. Przychodziły tam również kuzynki Maniusia
i Mizia Strzeszewskie oraz Malinka i Czesio Strzeszewscy. Ich bona,
panna Lucie, była Francuzką, ale umiała trochę mówić po polsku.
Rozmawiała więc ze Stasią, a dzieci się bawiły. Dziewczynki
prawdopodobnie przynosiły z domów skakankę, piłkę, serso, być może też
dzisiaj zupełnie zapomniane, ale wówczas modne diabolo. Bawiły się w jaworowe dzieci, ojca Wergiliusza, komórki do wynajęcia czy czarnego
luda. Ale Janio, o ile w domu chętnie bawił się dziewczynkami, na
spacerze wybierał inne zajęcia. Uwielbiał taplać się w kałużach,
wyszukiwać żyjątka w błocie, obserwować owady. Przynosił siatkę, zapewne
także wiaderko czy słoik, i próbował złapać jakieś stworzonka. Już jako
dorosły uważał, że swoje zainteresowanie naturą odziedziczył po mamie.
Helena Żabińska bowiem wychowywała się na wsi, w majątku rodziców, gdzie
miała okazję od najmłodszych lat zajmować się zwierzętami.
Toteż i pudel, i pawie, i sroczka, i kurki-liliputki, a więc cały
inwentarz należący do Helenki, otrzymywały wprawdzie wyżywienie z majątku, ale opieka, dogląd i oprzątanie spadło na dziecko. Matka moja,
choć jeszcze wtedy maleńka, wywiązywała się z tych zadań wzorowo, łatwo
jednak sobie zdać sprawę, ile musiała w to wkładać pracy kosztem zabaw,
którym beztrosko oddawało się starsze rodzeństwo [...]55.
Nawiasem mówiąc, opowiadanie o tym, jak beztroskie życie wiedli młodzi
Strzeszewscy, nie do końca jest prawdziwe. Ich ojciec Franciszek, ledwie
czterdziestosześcioletni, zmarł, kiedy najstarszy jego syn miał
dwadzieścia lat, a najmłodsza Helenka dziesięć. Majątek był całkiem
duży, liczył ponad czterysta hektarów, i niełatwo się nim zarządzało
Michalinie Strzeszewskiej, wdowie po Franciszku. Dużym wysiłkiem rodziny
wszystkie siedmioro dzieci udało się wykształcić. Ich nauka stanowiła
spory wydatek, a do tego należało dodać koszty utrzymania w mieście.
Podobno żeby zdobyć fundusze na szkoły dla siódemki dzieci, sprzedano
pięć włók lasu sosen masztowych, które w owym czasie były poszukiwane i drogie. Dziewczynki pokończyły pensje (Helena najprawdopodobniej
sześcioklasową pensję Matyldy Karwowskiej przy ulicy Elektoralnej w Warszawie), potem jakieś kursy gospodarskie dla panien. Najstarszy brat,
Kazimierz, ukończył studia w Instytucie Rolnym w Puławach, średni,
Józef, został lekarzem, najmłodszy zaś, Czesław, przerwał studia
handlowe, żeby objąć rodzinny Jarocin. Wiele lat później, w 1954 roku,
Helena opisała swoich rodziców w poemacie:
Jakich ja miałam dobrych rodziców!
Wspomnienie o nich jest mi słodkie, miłe.
Podam tu parę z ich życia szkiców,
To sami poznacie ich przymiotów siłę.
Ojciec mój był mądry i zrównoważony,
Zawsze nam dobrym przykładem świecił,
Toteż był przez nas czczony i wielbiony,
Spełnialiśmy chętnie wszystko, co zalecił.
Niestety umarł w młodym jeszcze wieku,
Osierocając żonę i siedmioro dzieci.
Ludzie patrzyli na sieroty nie bez lęku,
Czy uda się je wydobyć z kłopotów sieci.
Ale matka nasza była kobietą dzielną.
Wzięła się do pracy, tłumiąc żal głęboki,
I przez tę swoją pracę ofiarną
Wychowała nas nie szczędząc troskliwej opieki.
Dała nam wykształcenie i względny dostatek,
Zyskawszy sobie ogólne uznanie.
Teraz wszyscy już zmarli, ja zostałam na ostatek,
Modląc się: "Połącz mnie z nimi, miłosierny Panie".
Wróćmy jednak do podstawowej sprawy, czyli zainteresowania Jana
Żabińskiego fauną. Pisał:
Jak sięgnę pamięcią wstecz - a więc jeszcze jako trzy-czteroletni
chłopczyk - niesłychanie lubiłem wszelkiego rodzaju zwierzęta. Ba! Lubią
je wszystkie dzieci w tym wieku, ale moje lubienie było trochę inne.
Mnie wcale nie korciło, żeby złapać muchę na szybie i zobaczyć, co
zrobi, jeśli jej się oberwie skrzydełka, ani też nie zależało mi na tym,
aby uganiać się z psem czy móc go od czasu do czasu pociągnąć za ogon
lub ucho. Tkwiła we mnie już wtedy, jeśli można się tak wyrazić, jakaś
żyłka hodowlana. Największym szczęściem było dla mnie móc karmić
jakiekolwiek zwierzę, przypatrywać się, jak je, i nabierać przekonania,
że mu bardzo smakuje. A w czasie wakacji, jeśli tylko udało mi się
wyrwać spod nadzoru starszych, godzinami przesiadywałem w budzie, gdyż
tam wielka suka podwórzowa właśnie powiła szczenięta56.
Ta deklaracja brzmi pięknie, ale spójrzmy uważniej na fakty. Trzyletni
Janio mógł chodzić i z pewnością chodził do Ogrodu Saskiego, ale
najwyżej wolno mu było sypać okruszki ptaszkom i grzebać kijkiem w kałużach. W domu ojciec nie zgadzał się na obecność jakiegokolwiek
zwierzęcia. Podobno dla higieny - żeby pies czy kot nie przynosił
zarazków. Pozostały wakacje, które od najmłodszych lat Janio z siostrami
spędzali w Baruchowie u cioci Mani. Kto jednak uwierzy w to, że
trzylatkowi pozwolono by spędzić kilka godzin w psiej budzie? A w opowieść, że na tak długo wyrwał się spod nadzoru starszych? Bajka dla
naiwnych! Owszem, na kilka minut mógł zniknąć, ale zaraz szukano by go
do skutku. Wydaje się więc, że Janio CHCIAŁ tak zrobić, ale co najwyżej
mógł podglądać psa z młodymi z bezpiecznej odległości. Ewentualnie
podejść z opiekunką i podać jakiś przysmak.
Dwór w Baruchowie po drugiej wojnie światowej
Dzieci postrzegały Baruchowo jako prawdziwy raj. Dobra należały do Leona
Kretkowskiego i jego żony Marii, starszej siostry Heleny Żabińskiej.
Majątek był wielki (liczył ponad tysiąc hektarów), zadbany, z pięknym
ogrodem i parkiem. Kretkowscy nie mieli własnych dzieci, więc tym
chętniej gościli siostrzeńców i bratanków, a oni uwielbiali spędzać tam
czas. Janio mógł zaspokajać wszelkie swoje potrzeby obcowania z fauną,
lubił uczestniczyć w rozmaitych pracach polowych, tam nauczył się
polować. Maniusia interesowała się roślinkami. W Baruchowie można było
podglądać zwierzęta gospodarskie albo - jeśli się miało szczęście -
leśne w parku, albo zauważyć jakieś stworzenia bytujące na polach. Nikt
nie zabraniał jedzenia do woli owoców prosto z krzaka. Zabawom i zajęciom na świeżym powietrzu nie było końca. Maniusia lubiła też
zaglądać do kuchni, chociaż akurat to nie podobało się dorosłym. Warto
wspomnieć, że w rodzinnym domu przy Kapucyńskiej także pozostawała w dobrej komitywie z kucharką. Kiedy dziewczynka wchodziła do kuchni,
kucharka zaraz podsuwała jej łyżkę z czymś do spróbowania i zarzucała
pytaniami: "Panienko Maniusiu, jak ta zupa? A na sól? A na cukier? A na
smak?".
Franciszek Strzeszewski, ojciec Heleny, około 1878 r.
Początkowa edukacja Jania i jego pasje
W 1906 roku Janio poszedł do renomowanego ośmioklasowego gimnazjum
filologicznego założonego i prowadzonego przez Wojciecha Górskiego. Zdał
egzamin do klasy pierwszej, czyli mniej więcej trzeciej-czwartej klasy
dzisiejszej podstawówki. Do egzaminu uczył się w domu, z mamą. Janio nie
wspominał dobrze tamtego okresu. Był bardzo chorowity, więc mnóstwo
lekcji opuszczał i musiał sam nadrabiać materiał. Klasa była wielka i liczna, toteż nie zdążył poznać wszystkich kolegów, poza małą grupką. Po
roku rodzice zdecydowali się przenieść syna do innej szkoły, blisko
domu, przy ulicy Miodowej. Było to świeżo utworzone przez Jana Kreczmara
postępowe gimnazjum o profilu humanistycznym, utrzymywane przez spółkę
nauczycielską, czyli Towarzystwo Kultury Polskiej. Jako pierwsza
placówka edukacyjna w zaborze rosyjskim gimnazjum Kreczmara wprowadziło
lekcje w języku polskim. Mimo to "do r[oku] sz[kolnego] 1913-14
władze rosyjskie uprawiały w stosunku do szkoły zwykłą swą politykę
rusyfikacyjną metodami szpiegowskiemi, połączonemi z szeregiem
przyczepek i szykan. Niektóre lekcje, ba! całą jedną klasę (podwstępną)
prowadzić trzeba było tajnie" - referował kolejny dyrektor Michał
Kreczmar, brat Jana57. Wśród uczniów dominowali chłopcy pochodzenia
żydowskiego, których rodzice nie chcieli posyłać ani do tradycyjnej
szkoły żydowskiej, ani do katolickiej. Jan Żabiński po latach wspominał
dobrą atmosferę panującą w szkole, gdzie nikt nie miał problemów z powodu narodowości i wyznania. Uważał, że na jego tolerancyjną postawę
życiową i postępowe poglądy wpływ miało zarówno wychowanie domowe, jak i kształcenie się, a przy tym kształtowanie charakteru, w gimnazjum. Janio
poznał tam wielu dobrych kolegów, wśród nich najbliższego, Antoniego
Słonimskiego, późniejszego poetę. Antoni, który miał starszego brata
przyrodnika, zainicjował powstanie w klasie samokształceniowego kółka
przyrodniczego, co wychodziło naprzeciw zainteresowaniom Jana. W owym
czasie młodzież bardzo chętnie tworzyła takie stowarzyszenia
samokształceniowe, a nawet polityczne, jawne lub tajne. Chłopcy z klasy
Żabińskiego i Słonimskiego na szczęście nie musieli się kryć ze swoim
pomysłem. Pierwsze i ostatnie posiedzenie koła odbyło się w mieszkaniu
Żabińskich. Gospodarz spotkania w książce Co to było za
dziecko...58 szczegółowo je później opisał. Efekt działalności
członków koła był taki, że rodzice wszystkich chłopców zabronili im
uczestniczyć w następnych zajęciach. Kiedy w piątej klasie Janio znalazł
się w gronie tworzącym koło niepodległościowo-samokształceniowe, tego
typu kłopotów na szczęście już nie miał.
Nauka w gimnazjum znacznie wzmogła zainteresowania hodowlane chłopca.
Szukał dróg obejścia ojcowskiej niechęci do trzymania zwierząt w domu.
Doskonale sobie zdawał sprawę z tego, że ojcu bardzo zależy na edukacji
syna i wypełnianiu wszelkich szkolnych obowiązków, więc delikatną
zachętę ze strony nauczyciela, by uczniowie poobserwowali poza lekcjami
rozwój kijanek ze skrzeku, przedstawił rodzicom jako poważne zalecenie.
Ojciec oczywiście nie oponował i tak pierwszy słój ze skrzekiem
wylądował na parapecie mieszkania przy Kapucyńskiej. Stał długo, z jaj
wylęgły się kijanki, potem przekształciły się w żabki i żyły w słoiku,
aż w związku z wyjazdem na wakacje Janio wypuścił je na wolność tam,
skąd skrzek wziął. We wrześniu z Baruchowa przyszły przyrodnik przywiózł
okazy owadów wodnych, które zamieszkały w słoju w wiadomym miejscu. Co
było dalej?
Nikt się nie przeciwstawiał, a nawet Ojciec nieopatrznie sam kiedyś
zwrócił uwagę, iż pływak żółtobrzeżek zjada kolejno płoszczyce i pluskolce, i zgromił mnie, że nie dbam o swoje zwierzęta, bo przecież
te, co się wzajemnie zjadają, powinny być rozsadzone.
[...] Natychmiast wobec tego zjawił się drugi słoik, wkrótce trzeci i nie minęło parę miesięcy, a już całe okno pokoju było zastawione moimi
hodowlami.
Rozrosło się to wkrótce na zwierzęta ziemne lub ziemnowodne. Trzymałem u siebie, co tylko można: gąsienice, trytony, jaszczurki, węże...
Matka ubolewała wprawdzie, iż niektóre egzemplarze z mego domowego
ogrodu zoologicznego rozłażą się po mieszkaniu, gdyż kilka zasuszonych
trytonów znaleziono aż pod dywanem w salonie, ale już żywiołowego pędu
hodowlanego nic nie zdołało powstrzymać59.
Dzięki swoim nieprzeciętnym zdolnościom i wybitnej inteligencji młody
Żabiński mógłby być znakomitym uczniem. Ale - jak wielu innych geniuszy
- w szkole okazał się zupełnie przeciętny. W drugiej i trzeciej klasie
należał do grupy lepszych uczniów, mniej więcej na siódmej bądź ósmej
pozycji. Tylko że w tym czasie przy lekcjach pilnowała go matka. Kiedy
do szkoły zaczęły chodzić dziewczynki, Helena Żabińska chciała czuwać
także nad ich nauką, zatem dla syna miała już mniej czasu. Oceny Jania
znacząco się wówczas pogorszyły. Sam przyznawał: "Uczyłem się wtedy
fatalnie, potrafiłem zdobyć na półrocze raz cztery, raz nawet pięć ocen
niedostatecznych"60.
Młodociany spryciarz jednak w miarę kontrolował sytuację. Wiedział, że
dwóje może mieć na półrocze, ale nie na koniec roku, ponieważ poprawka
zepsułaby mu całe wakacje. To oznaczało, że dwa miesiące przed końcem
roku musiał się sprężyć i wziąć do nauki. Wprawdzie w nowoczesnej szkole
Kreczmara nie wystawiano ocen cyfrowych, tylko pisemnie omawiano postępy
ucznia, ale jak najbardziej używano określeń "niedostatecznie",
"dostatecznie", "byłoby nieźle, ale...". Z nauką niektórych przedmiotów
Janio miał wyraźne trudności. Należały do nich łacina i francuski. Nie
potrafił również pisać wypracowań - wypowiadał się krótko i ujmował
temat w najwyżej kilkunastu zdaniach. Przedstawiał sedno problemu bez
rozważań i upiększeń, co nie spotykało się z uznaniem ze strony
nauczycieli. Bardzo to martwiło zwłaszcza matkę Jania.
"Ach, mój Józiu - mówiła zatroskana do Ojca - co robić z tym naszym
Janiem. Dobrnął jakoś do tej ósmej klasy i być może, iż nawet maturę
dostanie. Ale co później! Co z nim potem robić? Toż on jest taki głupi,
że na żaden temat trzech słów nawet sklecić nie umie, a przecież w każdym fachu wypisanie się jest niezbędne. Chyba trzeba go będzie
wykierować na ogrodnika"61.
Na pewno oboje - i matka, i syn - przypominali sobie te słowa, kiedy po
latach Jan wręczał mamie swoją kolejną książkę.
Niektóre kłopoty szkolne Janio sam na siebie sprowadzał. Radził sobie
wystarczająco dobrze z matematyką, ale wpadł na pomysł, że nie będzie
odrabiał prac domowych z geometrii. Podawał coraz bardziej wymyślne
usprawiedliwienia, dlaczego nie ma zrobionych zadań, kiedy mógł,
odpisywał od kolegów, trząsł się ze zdenerwowania, że ojciec się o tym
dowie, nie będąc pewnym, czy zda, umierał ze strachu, kiedy dyrektor
omawiał świadectwa na koniec roku. Ale się nie poddał - ani chwili nie
poświęcił w domu na geometrię. Szalał z radości, że otrzymał promocję i jednocześnie wygrał zakład z samym sobą. Jako dorosły zarzekał się
potem, że zawsze działa racjonalnie, nigdy nie podejmuje działań
ryzykownych. Dobre sobie. W każdym razie w ostatniej klasie gimnazjum
widocznie zaprzestał eksperymentów w sprawie odrabiania lekcji i sprawdzania, jak szybko może poprawić stopnie, bo oceny wystawiono mu
bardzo dobre: pół na pół czwórki i piątki. Młody Żabiński chwalebnie
ukończył gimnazjum w 1914 roku, w gronie zaledwie ośmiu kolegów. Na
szkolnej uroczystości w imieniu rodziców wystąpił ojciec Jana, a o wszystkim doniósł "Kurier Poranny" z 27 czerwca:
W d[niu] 24 b[ieżącego] m[iesiąca] w 8-klasowym filologicznym
zakładzie naukowym M. Kreczmara odbył się w obecności całego personelu
wychowawczo-nauczycielskiego, maturzystów tegorocznych, ich rodziców i uczniów klas wyższych doroczny akt szkolny z odczytaniem nazwisk
promowanych z klasy do klasy uczniów i rozdaniem maturzystom patentów z ukończenia szkoły. W imieniu rady pedagogicznej serdecznie i w gorących
słowach żegnali kończących po raz pierwszy klas ośm ks. prefekt
Kolasiński i dyrektor p. Grodecki - w imieniu rodziców dziękował szkole
i jej kierownikom p. regent Żabiński - w imieniu maturzystów p. S.
Kempfi dał w szczerze odczutych słowach wyraz przywiązaniu swemu i swoich kolegów do szkoły.
Szkołę ukończyli: Stanisław Dziadak, Benjamin Grundland, Seweryn Kempfi,
Jan Młodzikowski, Tadeusz Raabe, Jerzy Radwan, Bernard Szeps i Jan
Żabiński62.
Nazajutrz po ukazaniu się powyższej notatki w Sarajewie nastąpił zamach
na następcę austro-węgierskiego tronu, arcyksięcia Franciszka
Ferdynanda, i jego żonę Zofię, księżnę Hohenberg. Nikt nie przypuszczał,
że to wydarzenie w jakikolwiek sposób wpłynie na losy Polski, Europy i świata.
Panienki Żabińskie na pensji pani Lange
Siostry Jania uczyły się na pensji pani Władysławy Lange przy ulicy
Senatorskiej. Każda z nich musiała zdać egzamin do klasy wstępnej, do
którego przygotowywała się w domu, z mamą. Miały więc dobrze wyćwiczone
zalecane umiejętności i wiedzę na oczekiwanym poziomie. Nie znały
natomiast języka rosyjskiego, który musiał być opanowany przez każdego
ucznia w zaborze rosyjskim. Maniusia, która jako pierwsza z sióstr
zaczęła naukę, bardzo przeżywała pójście do szkoły, zamartwiała się, jak
sobie poradzi. Szybko jednak się przekonała, że daje sobie dobrze radę.
Młodszym siostrom było łatwiej, ponieważ wcześniej wiedziały, jakie
dokładnie są wymagania, poza tym miały już w szkole starsze znajome.
Maniusia Żabińska (pierwsza z prawej) na pensji Władysławy Lange, 1915
r.
Wszystkie trzy siostry Żabińskie okazały się wystarczająco zdolne, by
wkrótce zająć miejsce wśród najlepszych uczennic. Najłatwiej nauka
przychodziła Hani, która w mig przyswajała materiał. Pozostałe dwie
dziewczynki z kolei należały do bardzo pracowitych i pilnych, co również
dawało świetne efekty nauczania. Bardzo lubiły szkołę, koleżanki, pannę
przełożoną, chociaż nauka nie była wolna od stresów. Przecież Warszawa
ciągle pozostawała pod zaborem, a szkoły miały młodych ludzi
rusyfikować. W każdej chwili do klasy mógł wejść carski inspektor i wyrwać do odpowiedzi wskazaną uczennicę, żeby sprawdzić, czy dzieci uczą
się właśnie tego, co oficjalnie zadeklarowano. Albo mógł spytać o imiona
członków rodziny carskiej. Ze spraw przyjemnych: na pensji często
organizowano szkolne przedstawienia, czym dziewczynki bardzo się
emocjonowały. Nie wystawiano oczywiście klasycznych dramatów, tylko
sztuki uważane za stosowne dla panienek. Materiały czerpano między
innymi z lubianego pisemka "Przyjaciel Dzieci". Jedną z odgrywanych
sztuk były Niewolnice Lucylli pióra Marii Bogusławskiej, obrazek ze
starożytnego Rzymu. Któraś z uczennic z aktorskiej rodziny uprosiła
rodziców, by załatwili w swoim teatrze odpowiednie rekwizyty. Udało się
wypożyczyć stroje i dziewczęta z pensji zagrały w prawdziwych kostiumach
teatralnych. Były przeszczęśliwe.
"Przyjaciel Dzieci", ulubione pisemko małych Żabińskich
Oto malutki fragment pokazujący materiał literacki, na którym pracowały
pensjonarki:
Scena VII
Wchodzą: Elichoe, Lais, Gazah, Elizahna, Mab, Helys i Merun, za nimi
Oktawia. Niewolnice, wszedłszy, padają na kolana przed Lucyllą,
wyciągając ręce z przeciągłym krzykiem. Merun stoi ponury w głębi.
Oktawia
Oto są winne... Ale najwinniejsza
Została właśnie ujęta przed chwilą;
Toż wina tamtej tych przestępstwo zmniejsza,
A te się jeszcze osłaniać ją silą.
Jedynie Helys przysięga zawzięcie,
Że ich Berwenta do tego skłoniła
I ułatwiła całe przedsięwzięcie!
Lucylla (z niesmakiem)
Czyli po prostu - Helys ją zdradziła!...
A gdzież Berwenta?
Oktawia
Przed Hyppię stawiona.
Lucylla (do klęczących niewolnic)
Więc wyście, niecne, odbieżeć mnie chciały!...
Nieszczęsna, żmije tuliłam do łona!...
Czyście dobroci mojej nie zaznały?...
Toż mnie wytykać będzie Rzym palcami,
Że z mojej insuli!... A wstyd to prawdziwy!...
Czyliż się kiedy znęcałam nad wami?
Helys
Skusił nas, widać, jakiś bóg złośliwy!
Elichoe
Ave domina!... O ty złotowłosa,
Różanopalca... głosy nasze łzawe
Ślemy do ciebie, o, córko Heliosa,
Nakłoń twe ucho i serce łaskawe!63
Młodzi Żabińscy od małego obcowali z zawodowym teatrem jako widzowie.
Prawie co sobota oglądali popołudniowe widowiska dla młodzieży, a także
spektakle dla starszych. Bywali również w operze, gdyż ten rodzaj sztuki
wysoko cenił ich ojciec. Wracając z przedstawień, zadowolony Józef
Żabiński zawsze podśpiewywał zapamiętane arie. Maniusia wspominała, że
pierwszy raz była w teatrze na Lilli Wenedzie. Zachwyciła się Teklą
Trapszo-Krywultową grającą tytułową rolę. Jej słowa zapamiętała na
zawsze i recytowała z egzaltacją:
W niezawiązanej przychodzę koszuli,
Nie niosę chleba, nie mam nic przy sobie,
Lecz wy mnie puśćcie do ojca mojego,
Który od dwóch dni jest morzony głodem.
Ja go zobaczyć chcę tylko przed śmiercią,
Jam go nie mogła zbawić, więc pożegnam.
Dlatego głowę ubrałam w lilije,
W te wodne kwiaty, które u nas kładną
Dziewicom zmarłym na ostygłe czoła64.
Kiedy się okazało, że córeczka Trapszo-Krywultowej Flisia (Felicja)
wstąpiła na pensję panny Lange, Maniusia była w siódmym niebie.
Oczywiście innymi aktorami i aktorkami też się Żabińscy interesowali,
znali ich wszystkie ważniejsze role i ekscytowali się obsadą.
Rodzinną tradycją było to, że po powrocie z teatru z inicjatywy Hani
odgrywano obejrzaną sztukę w domu. Wystawiano zarówno komedie, choćby
Śluby panieńskie, jak i tragedie, których przykładem może być Romeo i Julia. Aktorów była ledwie czwórka, zatem musieli się nieźle napracować,
żeby przedstawić najważniejsze wątki. Młodzi Żabińscy, jak większość
dzieci z dobrego domu, uczyli się także gry na fortepianie, ale tylko
Janio grał nieźle.
Hania Żabińska
Ziucia Żabińska
Dla porządku warto dodać, że kiedy dzieci Józefa i Heleny po kolei
uczyły się czytać, dostawały odpowiednie do wieku książki: powiastki i wierszyki dla panienek, dla Jania powieści przygodowe, na przykład
Przygody Apaszów, a później powieści Verne'a i Wellsa. Kupowano im także
tygodnik dla młodzieży "Przyjaciel Dzieci", gdzie można było znaleźć
teksty, ilustracje oraz szarady i dla starszych, i dla młodszych
czytelników. Dzieci uwielbiały też przeglądać prasę zupełnie dla nich
nieprzeznaczoną, na przykład prenumerowany przez rodziców piękny
tygodnik paryski "L'Illustration", który przyciągał piękną szatą
graficzną. Poza tym młodzi zbierali znaczki pocztowe i widokówki.
Ciekawe, jak dzielili się kartkami z pozdrowieniami, które rodzice
dostawali od licznej familii podróżującej po różnych zakątkach kraju
(którego przecież nie było) i Europy. Janio tak pisał o swojej manii
zbieractwa:
Rodzice prowadzili dość ożywioną korespondencję z krewnymi, często
wyjeżdżającymi za granicę, ale znaczki, które odlepiałem z przychodzących listów, były co najwyżej europejskie: z Austrii, Niemiec,
Francji, Włoch, czasem z Anglii. Z rzadka trafił się znaczek ze Stanów
Zjednoczonych. Wszystko to było zaledwie "bilonem" dla kolekcjonera.
Koledzy mieli takich "okazów" kopami. Czasem ten i ów z przyjaźni dał mi
"Japonię ze słońcem" za siedem czy osiem znaczków austriackich, inny
"Brazylię" za dwie "Francje", ale takie rarytasy jak "Nyassa z żyrafą"
albo "Borneo z jeleniem", zdobiące albumy mych rówieśników, dla mnie
istniały tylko w sferze marzeń. W sklepie kosztowały one dziesięć i piętnaście kopiejek, a nie ryzykowałem przekonywać Ojca, że taki nabytek
jest niezbędną, palącą potrzebą. Jego stanowisko bowiem, choć jak
najbardziej popierał wszelkiego rodzaju kolekcjonerstwo, było też dość
pryncypialne: zbierać coś można - ale kupowanie jest negacją każdego
zbieractwa, bo to nie żadna sztuka. Każdy potrafi pójść do sklepu i kupić, jeśli ma pieniądze! Jak zbierasz, to zbieraj! [...]
No więc cóż, moimi zbiorami nie mogłem nikomu zaimponować, a szczytem
marzeń była dla mnie "Gwatemala z papugą"65.
Znając przyrodniczą pasję Jania, któraś ciotka przywiozła mu z uzdrowiska nad Atlantykiem konika morskiego. "Przechowywałem [go] z pietyzmem w pudełeczku jako największy skarb moich zbiorów zoologicznych
z górą dziesięć lat, aż do pierwszej wojny światowej" - zdradzał
Żabiński z rozrzewnieniem66. Jeszcze o zbieraniu słów
parę:
Wspominając jednak własne młodzieńcze czasy, zdaję sobie sprawę, że
wówczas, mimo iż od samego początku skłaniałem się przede wszystkim do
hodowli, strona kolekcjonerska też imponowała mi bardzo i w najskrytszych nieraz marzeniach widziałem siebie jako posiadacza takiego
zbioru motyli, jakiego nikt nie ma na świecie. [...]
Przyznaję więc z ręką na sercu, że w wieku lat 14-15 kolekcjonowałem
motyle, przy czym marzeniem moim była Trupia główka, albowiem to, jak mi
mówiono, miał być największy z motyli występujących w Polsce. A i sama
nazwa Trupia główka miała swoisty smaczek. Dość, że pamiętam, iż przez
parę lat moim skrytym marzeniem było zdobycie tego okazu, co zresztą nie
zostało nigdy urzeczywistnione67.
Kiedy młodzi Żabińscy dorośli na tyle, by prowadzić życie towarzyskie,
na Kapucyńskiej zaczęto urządzać "wieczorki tańcujące". Zwijano dywan w salonie, kucharka przygotowywała przekąski i napoje. Maniusia, Hania i Ziucia zapraszały koleżanki i kuzynki, a Janio musiał zapewniać męskie
towarzystwo, żeby każda dziewczyna miała z kim tańczyć. Cele takich
spotkań były oczywiste. Z jednej strony stanowiły one rozrywkę i sposób
miłego spędzania czasu, z drugiej zaś - pozwalały na nabieranie ogłady
towarzyskiej, przełamywanie nieśmiałości, budowanie pewności siebie,
poznawanie nowych ludzi.
Ukochane Zoppoty
W 1910 roku Józef Żabiński zdecydował, że chociaż dzieci mają wspaniałe
wakacje w Baruchowie, to po pracowitym roku szkolnym powinny wyjechać
nad morze, jako że były dość wątłe i chorowite. Od tej pory przeszło dwa
miesiące wakacji rodzina spędzała nad morzem, w Zoppotach, czyli
dzisiejszym Sopocie. Miejscowość ta należała do Cesarstwa Niemiec, ale
ponieważ Niemcy mieli do wyboru sporo innych kurortów, najwięcej
przyjeżdżało tu polskich letników z Królestwa i z Galicji. Miejscowi,
jak mogli, starali się uprzyjemniać pobyt gościom. Pełno było polskich
pensjonatów, sklepy chwaliły się polską, nadzwyczaj uprzejmą obsługą.
Żabińscy wynajmowali trzypokojowe mieszkanie z kuchnią. Poza rodzicami i czwórką dzieci przyjeżdżały oczywiście bona i służąca. Ciotki
Strzeszewskie, czyli bratowe Heleny Żabińskiej, również tam jeździły z dziećmi. Wszyscy mieszkali w tej samej willi państwa Drążkowskich
(Dronschkovsky), zniemczonych Polaków, i trzymali się razem. Młodzi
zwykle spędzali przedpołudnia w wodzie. Szybko nauczyli się pływać,
nawet sześcioletnia Ziucia. Hania i Janio dopływali do drugiej
trampoliny i skakali na główkę, a Helena w nerwach stała na brzegu,
obserwując ich wyczyny. Maniusia bała się skakać, chociaż też dobrze
pływała, toteż z Ziutką kąpały się w pobliżu plaży. Po obiedzie był czas
na spokojne plażowanie, a po podwieczorku - na spacery. W okolicy
rozciągało się mnóstwo pięknych lasów, znajdowały się wspaniałe miejsca
widokowe. Atrakcję stanowiło też molo. Co roku Niemcy je przedłużali i coraz głębiej wchodziło w morze. Letnicy korzystali również z kortów
tenisowych i bywali na koncertach w Kurhausie. Wielką rozrywkę stanowił
Zoppoter Sportwoche. W tym czasie przez tydzień odbywały się
najrozmaitsze imprezy, przede wszystkim rajd samochodowy. Było też corso
kwiatowe lub atrakcyjne dla dzieci corso z bajek, podczas którego osoby
poprzebierane za różne postacie bajkowe - Śnieżkę, Śpiącą Królewnę,
Lorelei - jeździły powozami przez miasto. Wieczorami puszczano ognie
bengalskie, a molo oświetlały piękne zielone lampiony. Wakacje z kuzynami tak wspominał Czesław Strzeszewski:
Stylem wychowania różniliśmy się bardzo. My kąpaliśmy się w ciepłych
kąpielach morskich, Żabińscy cały dzień w wodzie morskiej i na słońcu,
nieraz z ranami od opalenizny. Oni też przyjeżdżali ze służącą i gotowali w domu. Obie nasze służące nie znały ani słowa po niemiecku,
ale dawały sobie radę. W Sopocie była ulica ku czci generała Moltkego,
Moltkestrasse; nazywały ją Mordkastraszy.
Sopot był bardzo elegancką miejscowością kąpielową. Codziennie, a nawet
zwykle dwa razy dziennie odbywały się przed Kurhausem koncerty orkiestry
przyjeżdżającej z Berlina czy Wrocławia, kursowały statki spacerowe.
Pamiętam wycieczkę do wioszczyny Gdingen (Gdynia), piękne spacery po
plaży i po lasach. Za zerwanie roślin na wydmach piaszczystych groziła
wysoka kara i nie był to czczy zakaz, bo w razie zerwania pojawiał się
jak spod ziemi Schutzman i ściągał grzywnę68.
Co niedziela Żabińscy wybierali się na dalsze wycieczki - na Hel, do
Gdyni (wówczas maleńkiej wioski rybackiej), do Orłowa. Jednak wszyscy
zgodnie twierdzili, że najpiękniej jest w Zoppotach. W miasteczku można
było spotkać samego następcę tronu - Fryderyka Wilhelma, syna cesarza
Wilhelma II. Miał dom w Gdańsku-Wrzeszczu, a także w Sopocie. W 1912
roku otrzymał od władz miasta willę o nazwie Seehaus (Morski Dom) - to
dzisiejszy pensjonat Magnolia przy ulicy Haffnera 100 - oraz dwa lata
później po sąsiedzku dzisiejszy hotel Maryla przy ulicy Sępiej 22;
tworzyły one reprezentacyjne lokum dla książęcej pary i ich dzieci.
Plaża dla rodziny Fryderyka Wilhelma została oddzielona od ogólnie
dostępnej, ale poza plażą Kronprinz zachowywał się zupełnie swobodnie.
Chociaż przechadzka po molo dla większości letników była rewią mody,
książę pojawiał się tam w białych tenisowych spodniach i luźnej białej
koszuli. Robił wielkie wrażenie, zwłaszcza na kobietach, i zdecydowanie
miał tego świadomość. Najczęściej jednak następcę tronu można było
spotkać na kortach tenisowych w Zoppoter Tennisklub. Co roku rozgrywano
tam międzynarodowy turniej tenisowy o nagrodę ufundowaną przez cesarza
Wilhelma II - srebrny serwis wykładany bursztynem z brązową figurą
Neptuna. Następca tronu grywał oczywiście ze znajomymi Niemcami z towarzystwa, nie stronił wszakże od urodziwych polskich tenisistek.
Zdarzyło się kiedyś, że któryś z partnerów tenisowych księcia nie
przyszedł. I wtedy, chociaż trudno w to uwierzyć, ktoś z otoczenia
Fryderyka Wilhelma podszedł do Jana Żabińskiego siedzącego z rodziną na
trybunach i zaprosił go do gry. Pamiętał, że Jan grywał na tych kortach
i całkiem nieźle sobie radził. Rodzinna historia milczy na temat tego,
kto wygrał spotkanie, zapewne Kronprinz, ale i tak dla młodego Jana,
jeszcze niepełnoletniego, była to sytuacja do zapamiętania na całe
życie. Jego siostry puchły z dumy.
Tłum na sopockiej plaży, przed 1923 r.
Rodzina Żabińskich z kuzynami spędzała cudowne wakacje w Sopocie pięć
lat z rzędu. A właściwie cztery, ponieważ ten piąty i ostatni raz okazał
się zupełnie inny niż wcześniejsze. Tak wspominała go Maniusia:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki