Zabiłem! - Władysław Reymont

Kup ebooka

8.49 zł
6.96 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ZABIŁEM!

- Czy to robota majchrem, na cicho? W odpowiedzi, Jędruś pokazał mu długi, wąski sztylet z szeroką rękojeścią, stal zamigotała kąśliwem ostrzem, niby błyskawica. - Bykowiby serca namacał... wystarczy połowa... - szepnął Michał. Jędruś uśmiechnął się dziwnie, nóż wpuścił w kieszeń na piersiach, wyjął z kuferka harmonijkę, przysiadł na łóżku pod ścianą i grać zaczął. - Zdawał się być zupełnie spokojny i cały zatopiony w muzyce, głowę pochylił nad miechami, z lubością nasłuchując dźwięków. Sztajer rozległ się brzękliwą strugą po ciasnej izdebce poddasza i zakręcał tanecznym, rozkołysanym wirem, aż dzieci, siedzące na podłodze, zaczęły klaskać, podrygiwać i śpiewająco wołać: - "Kosiu, kosiu w rączki, pojedziem na łączki" "Kosiu, kosiu w łapki, pojedziem do babki..." A z klatki zawieszonej w oknie kos zagwizdał. Michał wychylił głowę z za niskiej zasłony, oddzielającej ich barłogi od reszty izby i ze szczególną ciekawością przyglądał się przyjacielowi. - Mleczak, z pannami chodzi do kościoła, w knajpie nie postoi, sztamy z nikim nie trzyma i do majchra się bierze! No, no... - mruczał półgłosem. Ale Jędruś nie dosłyszał, jakby o całym świecie zapomniawszy, kołysał się korpusem, głową przytakiwał, nogą bił do wtóru i grał zapamiętale. Dziewczynka zaczęła się kręcić w miejscu, jak wrzeciono, a chłopiec przybałykował do niego i, czepiając się łóżka, to jego kolan, chciał powstać na pogięte, rachityczne nożęta i padał co chwila, ale, dosłyszawszy kosa, który się już rozgwizdał na dobre, poczołgał się ku niemu, bełkocąc radośnie: - Ptapta... piu, piu... Cacy ptapta... Michał, już zniecierpliwiony muzyką, odezwał się wyzywająco: - Chwata udajesz, a serce ci w pięty zagląda... - I... nic, myślę tylko, jakby to zrobić na fest, bez poprawki! - odparł, podnosząc głowę; niebieskie oczy strzeliły mu stalowym błyskiem. - Poradzę ci! - podszedł i szeptał mu do ucha: - Zajdź mu od mordy, dopuść go zbliska i niby to przypadkiem natknij się na niego, a dopiero wtedy wal go w bebech z całej siły... pod włos... trzaśnie ci pod ręką, jakbyś majchrem bęben przebił... - Majster z ciebie!- rzekł, wzdrygając się nieco. - Niech ci Bolek powie, nieraz widział mnie przy robocie... - Wyprostował się dumnie, tocząc zawadjacko oczami. - To już między wami zgoda? - Dawno! Zrachował mi nożem żebra, ja mu potem wypuściłem trochę kiszek i jużeśmy teraz na kwit, w przyjaźni... - Trzy miesiące szpitala, tyle bólu i teraz w przyjaźni? - Frajer, dlatego właśnie sztamę z nim trzymam, za psa miałbym tego, coby mi nie chciał oddać. Uderzysz, dostaniesz, wyliżesz się i masz czyste sumienie. Nie jestem przecież zbójem! - zawołał wyniośle. - Możesz ty jeszcze paść na takiego, że... - Że mnie od ręki przyrychtuje do trumny! Mała strata, krótki żal, nikt po mnie nie zapłacze, ale pókim żyw, nie pozwolę nikomu grać sobie na nosie i ze strachu przed majstrami nie przystanę do socjalistów, jak Felek... Nie głupim, wolę ciężką robotę przez cały tydzień, a wesołą zabawę po fercentagu, niźli Pawiaka i nahajki... - Za sprawę go przecież schowali... - Pociecha! kiedy mu i tak mordę przefasonowali kolbami, że go rodzona matka poznać nie mogła. Wyklina teraz tych, co go wciągnęli. - Jędruś odwrócił głowę, coś pilnie majstrując koło klawiszów. Michał roześmiał się domyślnie i, uderzając go w ramię, spytał przyjacielsko: - Czy to za pannę Józię chcesz płacić? Jędruś poczerwieniał, ale zaprzeczył stanowczo. - A może to ten lancuś cylindrowy, co za matką książki nosi do kościoła? - Przecież to kawaler Mani... - Pysk ma, że tylko walić! Nie lubię takiej facjaty! Któryż to?... Nie powiesz, dobra, twoja sprawa, dowiem się potem, ale pamiętaj, com ci radził: rżnij zbliska i pod włos! Kiedy myślisz?... - Kiedy się zdarzy okazja... - A nie uciekaj potem jak głupi, każdy frajer zaraz buch w nogi, prosto w pazury salcesonów... Uderzysz i odchodź, jakby nigdy nic, przystawaj nawet i dopiero, kiedy się zrobi wrzask, drałuj... Daj mi harmonijki, obiecałem węglarce, chrzciny dzisiaj wyprawia, przyjdź, będzie niezgorsza wyżera... - Przyjdę, muszę tylko zaczekać na Ignacową, żeby dzieci zabrała... - Mamra! - Zaśmiał się pogardliwie, wykręcił wąsiki przed lusterkiem, nasadził kapelusz, kosowi zanucił piosenkę, wyhuśtał chłopca aż pod sufit, dziewczynkę wyłechtał, że śmiechem się zaniosła, i wziąwszy instrument pod pachę, wybiegł, pogwizdując. - Michał! - zawołał za nim Jędruś - a uważaj na harmonijkę, lewem skrzydłem rób ostrożnie, bo tam się już skóra przeciera i dolne łapki wylatują! Cicho się stało w izdebce, dzieci bawiły się pod kominem, wygrzebując karaluchy, a Jędruś, przysiadłszy pod oknem, wodził niewidzącemi oczami po facjatach, otaczających całe podwórze. Dzień był szary i dziwnie smutny, listopadowy dzień, nad spiętrzonemi dachami, nad czarnemi pniami kominów wisiało szare, puste niebo, okna błyszczały, niby oczy zaledwie z łez obeschłe, ze środka podwórza trzaskał kasztan pokręconemi, czarnemi gałęziami, resztki liści trzęsły się rudemi łachmanami, jakieś dzieci goniły się z wrzaskiem po mokrym, zabłoconym bruku; pies szczekał w bramie, turkotały gdzieś wozy, a niekiedy bił głuchy, bełkotliwy szum ulic niewidzialnych i nuda niedzielnego dnia wlokła się po świecie i senną, rozziewaną cichością przepełniała poddasze. - Klowa! - zakrzyczał naraz chłopiec, bałykając za uciekającym karaluchem. Jędruś ocknął się z zamyślenia i szepnął pobłażliwie. - Frajer, myśli, że tu o pannę Józię chodzi... Niech sobie tak myśli, bezpieczniej dla mnie, nie wie, to się nie wygada - rozważał. Znieruchomiał znowu, przed oczami stanęła mu ta niedawna scena, tam na Solcu... Sześciu ich ciągnęło, a że na niego padł los... zrobi święcie... zabije, jak psa... nie zawaha się... taki drań... tylu ludzi wydał... giną po więzieniach... a i Felek, też pewnie przez niego siedzi... Musi być kara na takich... musi... Myślał i tysiące szczegółów, twarze przebranych towarzyszów, tajemne schadzki, zebrania po różnych norach, rozlepianie proklamacyj nocami, mowy, wspólne czytania, ucieczki przed pościgiem - cała treść ostatnich paru miesięcy, tłumnym a zgiełkliwym strumieniem przewijała mu się przez mózg. - Zapłacę za wszystkich! - Zerwał się rozogniony, ręka już znowu chwyciła za nóż i przysiadł nagle, twarz mu się dziwnie skurczyła, oczy zapadły w głąb, serce zamarło, i dzikie, szalone przerażenie ścisnęło za gardło... ale tylko na chwilę, na jedno mgnienie, bo się błyskawicznie otrząsnął z tego, twarz mu zagrała uniesieniem, oczy rozgorzały, a święty, bojowy płomień zawrzał w piersiach. - Ano, to podyndam!... Lepsi ode mnie się nie zlękli... przecież to za sprawę... za wolność... za wszystkich... - szeptał ze drżeniem uniesienia i zapału, i znowu owładnął nim dziwny spokój, spokój bez troski, głębokiej wiary i nieustraszoności. - Zabiję go, mnie powieszą i będziemy na kwit! - zaśmiał się takim radosnym, szerokim śmiechem, że dzieci się przysunęły. - Hajty! Hajty! - napraszał się chłopiec, chwytając go za but, a dziewczynka zaczęła mu paluszkami przygładzać wzburzone włosy... Nie bronił się i chłopaka kołysał na nodze. - Hop, hop, hop, jedzie chłop... A tak pan, a tak pan! - przyśpiewywał, podrzucając go wysoko, a potem dziewczyna, ściągnąwszy brata na ziemię, kazała sobie poczesać włosy i zapleść niebieską wstążeczkę, "jak ma Frania maglarki". Zrobił i to, ale już miał dosyć, bo krzyknął: - Siedźcie cicho, bębny, zaraz przyjdę. Owładnęła nim szalona chęć, aby zobaczyć znajomych, aby polecieć na miasto i skąpać się we wrzawie i ruchu, wystroił się śpiesznie i już przed drzwiami stanął bezradnie, jak skamieniały. - Gdzie iść? Do kogo? Przecież nie będę się włóczył po ulicach, jak pies! - myślał z przykrością niezmierną. - Dopiero trzecia, do ósmej strasznie daleko. - Bezwiednie pomacał kieszeń, nóż był na swojem miejscu... Przypomnienie zimną błyskawicą przewinęło się przez serce. - A zbliska wal... trzaśnie jak bęben - zabrzmiały Michałowe rady tak głośno, że się trwożnie rozglądał. Sam był w pokoju. Dzieci bawiły się pod oknem, szum miasta huczał monotonnie, niekiedy zabrzęczały szyby, dym z papierosów snuł się niebieskawą przędzą pod niskim sufitem, a w rogu, przed złocistym obrazem Częstochowskiej tliła się lampa. Rozdział się z palta i znowu siadł, dzieci go zaraz obległy z wrzaskiem. - Dajcie mi spokój; Mańka, nie właź na łóżko! - krzyknął ze złością, zabierając się do czytania jakiejś książeczki, ale ją wnet rzucił. Nudziło go wszystko i wstawała w nim jakaś głucha, bezprzyczynowa tęsknota, latał głośnemi krokami po stancji, nie mając się tu niczego przyczepić... - Żeby cię choroba! - zaklął sam na siebie i poleciał do sąsiadów, ale, jakby na złość, wszystkie drzwi były pozamykane, tylko z ostatniej facjatki rozlegał się stuk młotka i wrzaski bachorów. Mieszkał tam znajomy Żyd, szewc, wszedł więc do niego bez namysłu. - Widzę, pilna robota? - rzucił, przysiadając obok. - Jak pan rewirowy przysyła do zelowania, musi być pilno. Sza! sza! - zawołał na kopę dzieci, bębniących łyżkami w pusty, blaszany rondel. - Podobno syn pisał z Ameryki? - zapytał, aby coś powiedzieć. - Pisał! Pan wie, on przyśle szyfkarty... i może za miesiąc wszyscy pojedziemy do niego! Pojedziemy! - dodał przeciągle, z błogością. - Dobrze mu idzie? - Dobrze! - uśmiechnął się pobłażliwie. - Jemu tam, jak w raju! Przysłał swoją fotografję, synowa ją wzięła dla krewnych, zobaczy pan, jak on tam ubrany... ma surdut, co tak na oko wart ze trzydzieści rubli... cały jaśnie pan, nie taki kapcan, jak my wszyscy! nie... Jędruś uśmiechnął się ironicznie. - Pan się śmiać nie potrzebuje, panie Kowalski! Prawdę mówię, on na tydzień więcej zarabia, niż my na cały rok! Jemu jest bardzo dobrze, w Ameryce jest wszystkim bardzo dobrze! To tylko u nas tak ciężko człowiekowi. Komu jest u nas dobrze? Może panu jest dobrze? Może pani Ignacowej jest dobrze? Panie Kowalski, komu jest z nas dobrze? - wołał krzykliwie, coraz mocniej tłukąc młotkiem w skórę. - Bogaczom jest dobrze, nie pasą się to naszą krwią?... - Takie słowo to jest ten wiatr, panie Kowalski. Pan Bóg im poszczęścił i dorobili się, ja nie o nich mówiłem. - Naszą krzywdą się dorobili! - rzekł nienawistnie. - To jest bardzo ładne słowo, ale to nieprawda! Przecież każdy człowiek chciałby być bogaczem! Czy panbyś nie chciał mieć kamienicę, zdrowe dzieci i ładną żonę, co? Jędruś milczał, przypomniały mu się marzenia o Józi i założeniu własnego warsztatu. - Panie Kowalski, wszyscy chcą jednego - upewniał z mocą Żyd. Jędruś powstał, zbrakło mu już ochoty do rozmowy i szedł ku drzwiom. - Może mi pan przeczyta, nie umiem po waszemu... synowa gdzieś znalazła... - prosił, podając zadrukowaną kartę. Był to numer "Robotnika" z jakimś programowym artykułem. Jędrek się zarumienił i, odwróciwszy nieco twarz, czytał głośno, Żyd wsparł się na łokciu i słuchał z uwagą, ale po ustach wił mu się lekceważący uśmiech. - Pan myśli, że będzie tak na świecie? - spytał, wpijając się w niego przyczajonemi oczami. Jędruś zapomniał o ostrożnościach, poniosło go z miejsca, że jął, po swojemu, gorąco rozpowiadać o szczęśliwości przyszłego ustroju. Unosił się, wybuchał i gorzał taką wiarą serdeczną i zapałem, aż Żyd cmokał, ale mu przerwał dość ironicznie: - Kto się tego doczeka, niech mu będzie na zdrowie. Obiecywali mi jeszcze lepsze rzeczy, a jak mi wnuczki chorowały, to nikt z takich nie chciał mi pożyczyć rubla... Ja panu co powiem, panie Kowalski... Ale Jędruś splunął i wyszedł bez słowa. - Burżuj, psiakrew! - Zły był na siebie, że się zdradził przed Żydem. Ignacowa już była w mieszkaniu, obdzielała właśnie dzieci piernikiem. - Dobrą pracę miała pani dzisiaj? - Na psa taki dzień. Pół rubla utargowałam, może byłabym sprzedała wszystkie, ale jakiś wisielec potrącił mnie i wszystkie kwiaty poszły w rynsztok! - wyrzekła, wskazując na zabłocone papierowe róże, czerwieniące się w koszu. - Towar już na nic, ale sprałam go, że przez ruski miesiąc nie zapomni! Ale jak pan gdzie spotka mojego, to niech przyjdzie po nas na Rybaki, do ciotki. Zaprosiła nas na wieczór, a że to chrzestna Mani, może jej da na jaką sukienczynę. Bogaczka przecież, mają dwie dorożki. Szukałam go przed hotelem, tam, gdzie zawsze stoi, ale mi kolegi jego powiedziały, że z kursem poleciał na Mokotów... Słuchał tylko piąte przez dziesiąte, ubierając się do wyjścia. - Późno pan wróci? Klucz będzie gdzie zawsze... - Bo ja wiem, może... - szepnął, śpiesznie wychodząc na schody. - Może nigdy! Może nigdy... - pomyślał już na dole i nagle zachciało mu się powrócić do mieszkania i obejrzeć raz jeszcze wszystkie kąty, ucałować dzieci, pożegnać się z Ignacową, posiedzieć tam między niemi... po raz ostatni może... ale się nie dał mazgajstwu, zapalił papierosa i ruszył ostro przez podwórze. Krótko stał przed domem, namyślając się, gdzie iść, bo zwyciężyło wspomnienie panny Józi. Przecież każdy człowiek musi mieć gdzie pójść w niedzielę... A tam, na Świętojańskiej było tak przyjemnie, tak cicho i tak dziwnie słodko... Czasem, kiedy przyniósł karmelków, panna Józia spojrzała tak znacząco, że jakby mu rozżarzonych węgli nasypał w serce, a czasem tak ścisnęła za rękę... Całe miesiące wspominał z błogością o tem szczęściu. Kosa kupił dla niej od Ignaca i wyuczył go gwizdać walca, chciał go zanieść dopiero na imieniny... Tylko matka nie była mu rada, dogryzając przy każdej sposobności. - Mieszka kątem u posłańca i o porządną pannę się stara, smoluch jeden - zwierzyła się kiedyś przed Michałem. Wiedział o tem, ale, nie zważając na jej przycinki, przychodził w niedziele. Starać się jeszcze nie starał o pannę Józię, marzył tylko o tem niekiedy, ale strasznie lubił posiedzieć u nich wieczorem i zagrać pannom na harmonijce. Był sierotą, nie miał nikogo na świecie, więc ten dom rajem mu był po zadymionej fabryce, ogrodem kwietnym po izdebce u Ignaców. - Z pół godziny posiedzę - usprawiedliwiał się teraz przed sobą. - Może już tam nigdy nie pójdę... nigdy... - szepnął smutnie. Dziwna żałość ścisnęła mu serce. - Żeby ją tylko jeszcze zastać! - myślał, biegnąc z Bednarskiej ku Zygmuntowi, ale co raz obejrzał się trwożnie, przeleciał kilkanaście kroków i po raz drugi się obejrzał, wreszcie przystanął pod Bernardynami i długo, badawczo patrzał na dom, gdzie mieszkał tamten... skazany. Dom stał po drugiej stronie Krakowskiego, ogromny, pyszny, jak bogacz, połyskujący szeregiem wielkich wystaw. Nie mógł oderwać oczu od okien drugiego piętra, bo mu się zdawało, że z za firanek wyziera ta twarz nienawidzona. - Pod włos i z całej siły! - mruknął, czyniąc ten ruch bezwiednie. Stał długo. Miasto kipiało niedzielną wrzawą, trotuary były pełne, dorożki pędziły, jak oszalałe, dzwonki tramwajów nieustannie brzęczały, a w powietrzu huczał szum pomieszanych odgłosów. Zmierzch już się taił po bramach i przysłaniał domy w niebieskawe woale, gdzie niegdzie wybłyskiwały wystawy sklepów. Oderwał się wreszcie i prawie pędem poleciał na Świętojańską. Mieszkały nawprost katedry, w wąziutkim domu, strzelającym pod niebo. Przyjęli go, jak zawsze: panny życzliwie, a matka dosyć kwaśno. Józia sztafirowała się przed lusterkiem. - Cóż tam nowego na świecie? - spytała stara, chodząc po pokoju z kubkiem herbaty w ręku. Bąknął ni to ni owo. Roześmiała się cicho i rzekła drwiąco: - Pański gospodarz cały dzień gania z wywieszonym ozorem po ludziach, to mógłby naznosić wiadomości. - Pewnie, alem nie ciekawy - odparł dość ostro. - Przyniósł pan harmonijkę? - ozwał się głos z za zielonego parawanu, rozdzielającego pokój na dwie połowy. - Michałowi pożyczyłem na dzisiaj. - Szkoda, goście będą u nas wieczorem, myślałam, że pan zagra. - Obejdzie się żydowskie wesele bez marcepanów! - syknęła stara, oglądając Józię ze wszystkich stron. - Mańka, spaskudziłaś stanik, worki wiszą pod pachnmi. Zobacz-no, jak to wygląda, w baskinie spuchnięta jakby była w ósmym miesiącu... - To niech mama poprawi! Panie Jędruś, proszę siąść w oknie, a nie oglądać się na pokój. Niech się mama prędko ubiera! - rozkazywała Mańka. Usiadł, jak mu rozkazano i patrzył w okno na strzelistą wieżę katedry, słysząc za sobą szelesty nadziewanych sukienek, szurganie bucików, wyciąganych z pod łóżka, trzaski szuflad i szybkie tupoty Mańki, która, biegając ciągle, wybuchała co chwila śmiechem, lub podsuwając się cichutko, przejeżdżała mu mokrem piórem po twarzy. - Panno Maniu, bo złapię! - wołał, rozbawiony, i nie odwracając się, sięgał poza siebie rękami. - Niech pan siedzi spokojnie, bo oczy zawiążę, albo fora ze dwora! - Już ani się ruszę, ale co to za facety przyjdą wieczorem? - Niech panu Józia powie! - Kawaler przyjdzie! Ma dystrybucję na Żelaznej! - objaśniła matka z za parawanu, wśród parskań i chlupotu wody. - To panna Mania już swojego puściła do luftu? - Pan się wyraża jak... szewc! - zahuczała stara. - Pan Jan przyprowadził go we czwartek. Świetna partja i Józi też się podobał. - Bardzo szykowny facet! - szepnęła Józia. - Celender ma, pachnie trochę karbolem i bransoletkę nosi na ręku!... - przekpiwała się Mańka, nie zważając na matczyne znaki. - Z cukierkami przyszedł, pachniały śledziem, ale się zjadło... Siedział cały wieczór i zjadł rozmaitości za całą złotówkę... Mówił, że go swatają z panną, co ma dom na Woli... że ma brata księdza... że na przyszłe gospodarstwo kupił dwa materace na licytacji, ale już wywietrzone, i, że Józia byłaby w sam raz dobra za ladę do jego interesu... - Mańka, nie pleć głupstw! - zgromiła ją Józia. Przycichło na chwilę, Jędrusiowi ścisnęło się serce boleśnie i łzy stanęły w oczach, przychylił się, by je nieznacznie obetrzeć, gdy naraz Józia, niby to wychylając się spojrzeć przez okno, wsparła się piersiami na jego ramieniu i, przyciskając głowę do jego twarzy, szepnęła: - Niech pan nic nie wierzy! Już pełno ludzi przed kościołem - dodała głośno. Wstrząsnął się, chciał coś powiedzieć, już jej nie było. - Mamuniu, prędko, bo pójdziemy świece gasić, dzwonią! Jakoż uderzyły dzwony katedralne, tak nagle, rozgłośnie i bujnie, że stado gołębi wzbiło się ponad wieżę, kołując wysoko, niby garść białych piór, wichurą uniesionych; a potem u Augustjanów zadzwoniły rozdrganym, gorącym basem; a potem od Pijarów wytrysnęły spiżowe dźwięki, jak struga ognia, jak dym niebosiężny; a potem, gdzieś zdala, od Paulinów, płynęły wolno szerokie, rozkołysane, wołające dźwięki; a wkońcu, już ledwie dosłyszalne, jak klangor żórawi, płynących gdzieś w bezkresach, płynęły dzwonne śpiewania od Krakowskiego Przedmieścia. Szyby cicho brzęczały, pokój się napełnił spiżowym świergotem i zdawał się cały kołysać zwolna i dzwonić echami, aż duszę przejmował bolesno-słodki, rytmiczny spazm rozkoszy, szarpiącej nerwami. Panny już były gotowe, tylko matka jeszcze marudziła, że biegały koło niej, jak frygi. Jędruś zwolniony od przymusowego niewidzenia, pożerał teraz oczami pannę Józię, tak śliczną mu się dzisiaj wydała; była szczupła w pasie i gibka, a poruszając się, robiła biodrami, stanik ledwie mógł opiąć jej strome piersi, czerwone usta grały w bladej twarzy, poznaczonej delikatnemi piegami, jak brzoskwinia, jasne rzęsy przysłaniały szafirowe oczy złotawym cieniem - tak wciąż chodził za nią rozkochanemi spojrzeniami, aż Mańka zaczęła się śmiać. - Wytrzeszcza pan oczy, jak kot na piasku... To Józia, nie poznaje pan?... Na nieszpory idziemy, nie do ślubu... Niech pan w ścianę nie włazi... Uśmiechał się na kpiny, ale kiedy wychodzili, ogarnął tem samem rozkochanem spojrzeniem pokój i wszystkie sprzęty, żegnał je żałosnem westchnieniem, jakby po raz ostatni... W kościele nie było tłoku, więc przecisnął się wraz z niemi do ławek, kobiety siadły a on stanął zboku za Józią. Nieszpory już się rozpoczęły, mrok zalewał wysokie nawy, świece płonęły w mrocznych kaplicach, nad wielkim ołtarzem mgliły się senne wizje witrażów, organy brzmiały cichą modlitwą, czasem podnosił się chór głosów i wiał górą, pod sklepieniami, jak rozpłakany śpiew zabłąkanych w strasznym lesie, czasem szmery modlitw trzepały się w ciszy, niby deszcz rzęsisty po liściach, ale Jędruś nic nie słyszał, patrzył tylko w Józiną głowę, pochyloną nad książką, a myślami krążył gdzieś daleko. W lata dziecinne leciał, na zapomniane mogiły ojców, do jakichś dni minionych... że wkońcu zapomniał, gdzie jest, aż oplątany w złotą sieć świateł, dźwięków i modlitw, opadł znużony w siebie i zmartwiał. Organy grały tak cicho i monotonnie, że spać mu się zachciało, ziewał ukradkiem, przecierając trwożnie oczy, bo z głębi naw wynosił się przed nim ten biały, ogromny dom... a przez okna drugiego piętra wyglądała ta twarz złowrogo uśmiechnięta... że mu już sama ręka szukała noża, ukrytego na piersiach, a dreszcz wstrząsał. Muzyka ucichła i oprzytomniał, skończyły się nieszpory, fala ludzka wyniosła go przed kościół. Już tam na nich czekali ci zaproszeni na wieczór. Józia spłonęła, witając się bardzo serdecznie z tym dryblasem. Mańka pytlowała ze swoim, wybuchając co chwila śmiechem, aż się ludzie oglądali. Stara zaś bardzo uroczyście zapraszała na kawę. Tylko Jędruś szedł samotnie, nieco za niemi, nikt się bowiem do niego nie odzywał, ani go nie poznajomił z tym nowym. Wlókł się zgryziony, obiegając chmurnemi oczami rywala. Wszedł za niemi do sieni, ale wstrzymał się przy schodach, bo go nikt nie zapraszał... Czekał, że może go zawołają, że może narazie zapomnieli... ale na schodach, coraz wyżej rozlegały się wesołe głosy dziewczyn... śmiech Mańki... i skrzyp stopni... może nawet nie zauważyli, że się zapodział... Drzwi się otwarły do mieszkania... Wytężył słuch, serce mu zamarło w oczekiwaniu... zamknęły się z trzaskiem. Ogarnęła go cisza i jakby grobowy kamień przywalił duszę. Zapomnieli o nim! Jeszcze z ulicy spojrzał na okna, właśnie rozbłyskiwały światłem, westchnął ciężko i poszedł. Przemógł się, ale poczuł, że mu się stała straszna krzywda, i że mu duszę zalewają gorzkie łzy żalu i bezsilnej wściekłości. - Pies z wami tańcował, mordy jedne! - zaklął z nienawiścią. Zegary biły szóstą, kiedy się znalazł pod Zygmuntem, ciemno już było, zapalone latarnie rozbiegały się na wszystkie strony węzłowatemi sznurami świateł, wieczór szedł cichy i ciepły, ostatnie liście leciały na trotuary, zapchane ludźmi. Szedł ostro środkiem trotuaru, brutalnie rozpychając świątecznie postrojone gromady, że niejedna groźna obelga leciała za nim. - Stawiasz się? Chcesz w mordę? - wrzeszczał niekiedy, wysuwając pięści. Odsuwali się trwożnie, groźby milkły, bo miał w oczach pioruny i rozsrożona, blada twarz grała mu nienawiścią. Przystawał często, nic o tem nie wiedząc, ale zwolna, nieubłaganie zbliżał się do tego domu... Długo stał przed jakąś wystawą, gdy ktoś mu szepnął: - Nie odwracaj się... pilnuj... może wyjść lada chwila... Pochylił się ku szybie, znał ten głos i wiedział, co znaczą te słowa. Uspokoił się zupełnie i jakby zakrzepł na kamień, ta zbliżająca się chwila owładnęła nim teraz niepodzielnie. Przygarbił się nieco, ręce głęboko wsadził w kieszenie i przepatrując z nadzwyczajną uwagą twarze spotykane, wlókł się leniwie, jak człowiek, któremu się nigdzie nie śpieszy, ale wymijając ten dom, obleciał go błyskawicowem i niby aparat fotograficzny, niezawodnem spojrzeniem: stróż drzemał pod bramą, wielka sień była oświetlona i w głębi podwórza majaczyły jakieś drzewa. - Za widno, zpowrotem możnaby się natknąć na strupla! - zdecydował. O parę domów dalej był sklep galanteryjny, za wielką szybą wystawy leżały stosy kołnierzyków, koszul i krawatów, przyjrzał się każdemu przedmiotowi zosobna i nic nie spostrzegając, zawrócił. Szedł spokojnie a bacznie do najbliższej ulicy poprzecznej, przyglądał się policjantowi, stojącemu na rogu i znowu powracał. Wiele razy, prawie już automatycznie tak spacerował, nie tracąc z oczów ani na chwilę pustej sieni. Przemykał się pod ścianami, jak głodny wilk, czatujący na zdobycz, gotowy w każdej chwili do skoku, nie czując trwogi żadnej, ni niepokoju. Czyhał z napiętą i wysiloną aż do bólu uwagą, a rozmyślał o figlach dzieci Ignaców i o kosie, że zaczął zcicha pogwizdywać walca, którego go uczył. Z powodu niedzieli większość sklepów była zamknięta, na szerokim trotuarze leżał mrok, tylko gdzie niegdzie przecięty smugami świateł, bijących z wystaw; przechodził je, nawet nie zauważywszy, ale czerwony brzask, padający z okien apteki, od wielkiego szklanego naczynia, napełnionego jakąś krwawą cieczą, sprawił mu dziwną przykrość, zdawał się lśnić plamą żywej krwi, że omijał ją z niejasną, głuchą trwogą. Noc już widniała nad miastem, niebo szaro-złotawe od łun, bijących zdołu, obtulało wysokie, posępne domy, ale ulica wciąż była gwarna i tłumna; spacerujące gromady krzyżowały się wśród nieustającej wrzawy, niekiedy buchały szerokie, głośne śmiechy, albo wytrysnął rozbawiony chichot panieński. Podnosiły się nawoływania i czasem płacz dziecinny zakwilił żałośnie. Uliczne dziewczyny, postrojone jaskrawo, zaglądały w oczy mężczyznom i, jak motyle różnobarwne, migotały wśród czarnych mrowisk niedzielnej publiczności. Drewniane bruki dudniły głucho pod kopytami, turkotały dorożki, dzwoniły tramwaje, a szmer tysięcy kroków i rozmów huczał, jak morze dalekie, że chwiały się od niego światła latarń, stojących, niby szyldwachy, w niestrudzonym szeregu. Pod jakąś bramą stróż przygrywał zcicha na fleciku, a w jakiejś sieni mrocznej stała para, trzymając się za ręce; miejscami, z nad sklepów wybłyskiwały złote litery napisów. Czasami znów drzewa na trotuarach zaszumiały, lub przechodził człowiek z pudłem, uwieszonem na szyi i wołał monotonnie: - Cygara! Papierosy! Zapałki! Jędruś widział to wszystko, słyszał i zapominał zaraz doszczętnie, ale coraz więcej interesował go stójkowy, bo raz, zawracając się od rogu, jakby posłyszał za sobą jego ciężkie, miarowe stąpania. Wstrząsnął się nerwowo, ale głowy nie odwrócił, przystając najspokojniej przed wystawą z bielizną. Wspaniały krawat czerwony w zielone pasy rzucił mu się w oczy, patrzał na niego z głęboką przyjemnością. - Chodź pan do mnie! Przestraszył się tego głosu, jakaś dziewczyna stała obok z wabiącym uśmiechem na dziwnie czerwonych ustach. Odsunął się od niej bez słowa i ruszył w swoją stronę, ale po paru minutach zobaczył ją, idącą z jakimś starym. Sam nie wiedział dlaczego, choć zaczepiała go już dzisiaj niejedna, tylko tę poznał zdaleka i poszedł za nią bezwiednie, aż na róg ulicy. Stójkowy coś patrzał pod latarnią, więc się powstrzymał i zawrócił dość śpiesznie. Siódma już biła. Czas płynął mu strasznie wolno. Całą godzinę czekał, a tamten się jeszcze nie pokazał. Chwilami już myślał, że może przeoczył i nie spostrzegł... Wprawdzie okna drugiego piętra wciąż były oświetlone, ale jeśli mu się niepostrzeżenie wymknął... - Całą noc będę czekał i doczekam się! - postanowił zawzięcie, choć czuł się już znużonym, gorączka go rozbierała i nie mógł się powstrzymać od wewnętrznego dygotu, ale ani na mgnienie nie powstało w nim wahanie, ni lęk przed tym strasznym zamysłem. Nie myślał nawet o tem, tylko czekał na każdą chwilę nadchodzącą... na chwilę ciosu. Parę razy spostrzegł towarzysza, czuwającego zdaleka, porozumiewali się oczami i rozchodzili... Minuty już mu się zaczęły wydawać wiekami. - Kupię sobie ten krawat zaraz po fercentagu! - rozmyślał, stając znowu przed wystawą. - Chodź pan do mnie! - prosiła cicho ta sama dziewczyna, nie poznając go widocznie. Zobaczył teraz, że była dosyć młoda i ładna, o bujnych, jasnych włosach i mocno piegowatej twarzy. - Daleko mieszkasz? -- spytał, zezując nieustannie na bramę. - Na Piwnej, stąd parę kroków. - Przysunęła się bliżej. Naraz poruszył się niecierpliwie, dojrzawszy stróża wstającego. - Chodź pan, panie śliczny - mizdrzyła się biorąc go za rękę. Jakiś przechodzień zagwizdał przeciągle. - Odczep się! - odepchnął ją gwałtownie, że zaklęła, odsunął się w cień i pędem poleciał na drugą stronę ulicy, przystając naprzeciwko bramy... w głębi sieni ukazało się parę osób, wysoki, tęgi mężczyzna, kobieta i dwoje małych dzieci. - Nareszcie! - prawie krzyknął z radości, ale taka straszna niemoc ogarnęła go na chwilę, ze musiał się oprzeć o latarnię, ręce mu latały i ten wewnętrzny dygot jeszcze się wzmagał i trząsł nim jak w febrze; ale mimo to w zupełności panował nad sobą, przypatrując się chciwemi oczami, jak ci ludzie wychodzili przed bramę... mężczyzna mówił coś ze stróżem i, zapaliwszy cygaro, ujął żonę pod ramię... dzieci ruszyły nieco naprzód... Jak cień szedł z niemi równolegle, nie spuszczając z nich wzroku, lecz po chwili skoczył gwałtownie naprzód, roztrącając przechodniów, przewinął się między dorożkami i, zakreślając łuk, zabiegł im drogę o kilka domów naprzód. Na trotuarze już było znacznie mniej osób, natknął się znowu na tą samą dziewczynę, ale jej nie zauważył. Posuwał się wolno, próbując rozglądać przechodniów, nawet jakimś kobietom w twarze zajrzał, lecz same oczy niosły się bezwiednie do tamtych i ich tylko widziały... szli środkiem chodnika... widział ich przez luki, tworzące się między ludźmi a może i wskroś wszystkich... on palił cygaro... kobieta zwieszała mu się ciężko u ramienia, wypinając wielki brzuch... dzieci szły przed niemi; dwie dziewczynki; mniejsza przyciskała do piersi obu rączkami białego, sztucznego pieska. Jędruś wyprostował się, zaczerpując oddechu i szedł jeszcze wolniej... byli już tylko o kilkanaście kroków... dojrzał ogień cygara... parę osób go przedzielało... jego twarz czerwona mignęła pod latarnią... Przygiął się nieco, jakby do skoku... rękę trzymał na rękojeści... już byli prawie przed nim, o parę kroków zaledwie... dosłyszał jego głos... serce mu się zatłukło, ale cały był jedną nieubłaganą wolą, wszystko mu znikło z czucia i pamięci... Jeszcze byli o jakie pięć kroków... wyminęły go dziewczynki rozszczebiotane... przestał oddychać... Już ich tylko dzielił ten krwawy brzask, bijący z okien apteki... Jeszcze ze dwa kroki... zatoczył się nieco. Jeszcze jeden... i... zderzył się z nim... wyprężył się naraz i, niby to wymijając, ze straszną siłą wbił mu nóż w lewy bok... Stało się tak błyskawicznie, że przebity ani krzyknął, zachwiał się nieco, rozkrzyżował ręce i runął wtył... A Jędruś poszedł dalej tym samym cichym, wymierzonym krokiem. Krzyk się podniósł, nie odwrócił się, ale i uciekać nie mógł, nogi mu zdrętwiały. Ludzie zaczęli się rozbiegać, a jeszcze więcej cisnąć do leżącego na trotuarze, kobiety, nie rozumiejąc, co się stało, usiłowały go podnieść, dziewczynki stały strwożone. Po chwili jacyś ludzie wnieśli go do apteki. Jędruś naraz się zatrzymał i wraz z drugimi poszedł na miejsce wypadku, był nieco bledszy, ale tak zupełnie spokojny i przytomny, że spostrzegłszy na chodniku zgubionego pieska, zaniósł go dziewczynce do apteki. Tamten już konał; na kanapce leżał rozciągnięty z twarzą wykrzywioną i zbladłą na płótno, oczy miał w słup, otwarte szeroko i usta rozchylone w jakimś niemym, straszliwym krzyku, obnażone piersi pławiły się w krwi krzepnącej, niekiedy chrypiał, grzebiąc nogami i prężył się sztywno. Nie było już ratunku. Ludzie tłoczyli się bezradnie w ponurem milczeniu, tylko kobieta, podtrzymując mu głowę, wyła wniebogłosy, a dziewczynki zanosiły się żałośnie. Jędruś, stojąc w ciżbie, przyglądał się konającemu spokojnym, lekko współczującym wzrokiem, jakim się zwykle patrzy na rzeczy obce i przykre. Jakby zupełnie zapomniał, że to on go zabił, że to jego nóż przebił ten bok, z którego płynęła czarna, spieniona krew. Z obojętną ciekawością przyglądał się twarzy konającego, i ani razu nie zabiło mu żywiej serce zgrozą, ni trwogą. Tłoczył się jak drudzy i patrzał jak drudzy, niby na niezwykłe widowisko. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy z niczego.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.