Zabiłam. Historie matek skazanych za zbrodnię ludobójstwa w Rwandzie - Natalia Ojewska

-
Proszę czekać

FLORIDE: Żyję tak, jakbym była rozwódką. Nie mogę cieszyć się macierzyństwem ani dbać o swoją rodzinę. Poprosiłam męża o wybaczenie, ale to nie ja wychowałam nasze dzieci... Właściwie nie znam mojej córki. Madeline miała tylko pięć lat, gdy zostałam skazana. Nie znam jej charakteru. Odwiedziła mnie tutaj, gdy miała już szesnaście lat. Pamiętam, że była taka milcząca... Usiadła cichutko naprzeciwko mnie i odpowiadała pojedynczymi słowami na moje pytania. Nie wiem... Nie wiem, co myśli i czuje. Nie wiem, jak mnie powita za kilka miesięcy, gdy skończę odbywać karę.

Floride Nyirabarima ma 55 lat; jej drobną sylwetkę podkreśla masywne drewniane krzesło - na nim wydaje się wręcz filigranowa. Intensywny pomarańczowy kolor sukienki, które noszą osadzone, ostro odcina się na tle beżowych ścian biura największego w Rwandzie więzienia dla kobiet, znajdującego się w dystrykcie Ngoma.

Do ściany za plecami Floride jest przymocowana niewielka kredowa tablica. Widnieją na niej aktualne statystyki skazanych. Floride jest tu jedną z 339 kobiet odsiadujących wyroki za zbrodnię ludobójstwa na Tutsi.

Jej mąż, 47-letni Frédéric Kubwimana, samotnie wychowywał ich dzieci od 2007 roku, od kiedy sąd gacaca - rodzaj tradycyjnego sądu powołanego przez rząd do rozpatrywania zbrodni popełnionych podczas ludobójstwa w 1994 roku - skazał ją na 15 lat więzienia.

Frédéric mieszka razem z dziewiętnastoletnią już córką Madeline w wiosce Rwagahigi, położonej we wschodnim dystrykcie Rwamagana - co w języku rwandyjskim oznacza "miejsce dostatku". Mały gliniany dom w niczym nie przypomina dostatniego miejsca, wypełnionego śmiechem. Nieobecność matki spowodowała, że poczucie beztroski i bezpieczeństwa bezpowrotnie minęły.

FRÉDÉRIC: Gdy moja żona została skazana, zostałem sam z dziećmi. Madeline była taka malutka. Musiałem stać się dla niej matką. Gotowałem jej, ubierałem i kąpałem ją. Nauczyłem starszego syna, jak ją karmić, abym mógł chodzić do pracy. Wstawałem o poranku i pracowałem na polu sąsiada. Wracałem do domu o jedenastej, żeby przygotować posiłki, a dopiero późnym wieczorem mogłem uprawiać mój kawałek ziemi. Rytm każdego dnia był taki sam.

Pozostałem w dobrych relacjach ze wszystkimi we wsi, ale bolało mnie, że mieszkam sam. Tak bardzo tęskniłem za żoną. Przez pierwsze lata jej nieobecności cały czas byłem pogrążony w bólu. Czułem się coraz gorzej i gorzej. Przyszedł taki moment, kiedy myślałem, że już dłużej nie udźwignę ciężaru odpowiedzialności i nie zniosę samotności. Byłem tak bardzo wyczerpany, że miałem ochotę rzucić wszystko i po prostu gdzieś zniknąć.

Kiedy Madeline zaczęła wchodzić w okres dorastania, odwiedziłem Floride w więzieniu i powiedziałem: "Jestem tak bardzo zmęczony. Nie mam już siły". Doradziła mi, abym poszukał nowej żony: "Ożeń się ponownie. Ja nie jestem w stanie wesprzeć cię w żaden sposób. Potrzebujesz żony". Ale ja nie chciałem nowej żony. Wciąż byłem zakochany w mojej Floride. Dlaczego więc zostałem? Właśnie dla niej. I dla dzieci. Patrzyłem, jak dorastają, i wiedziałem, że muszę dla nich trwać.

Madeline nie radziła sobie w szkole. Nauczyła się pisać swoje imię dopiero w czwartej klasie podstawówki. Postanowiłem, że muszę to skonsultować z jej nauczycielką. Powiedziała mi, że zapytała Madeline, dlaczego nie słucha na lekcjach. Ta wyjaśniła, że za każdym razem, kiedy siada w ławce, myśli tylko o mamie. Poprosiłem więc o przeniesienie jej do niższej klasy, aby mogła spróbować swoich sił jeszcze raz.

Z czasem zaakceptowała to, że matki nie ma w domu. Teraz nie mówi już o niej zbyt często. Ale nigdy nie zapomnę tego wieczoru, kiedy przyszła do mnie i zapytała: "Tato, dlaczego inne dzieci mają mamy, a moja jest w więzieniu?". Ja zaś nie umiałem znaleźć słów. Po prostu patrzyłem na nią bez słowa. Byłem w szoku. Wstałem i poszedłem spać. Unikałem kontynuacji tej rozmowy przez następne dni, ale ona nie poddała się łatwo. Zaczepiła mnie ponownie: "Tato, rozumiem, że nie chcesz mi powiedzieć, co się stało. Ale ja już wszystko wiem". Poczułem ogromną ulgę.

DEKADY CZYSTEK ETNICZNYCH

Od proklamacji niepodległości w 1962 roku Rwanda była totalitarnym krajem jednej partii. Najpierw znajdowała się pod rządami prezydenta Grégoire'a Kayibandy i jego partii PARMEHUTU. W 1973 roku, po zamachu stanu, stery przejął Juvénal Habyarimana, stojący na czele Narodowego Ruchu Rewolucyjnego na rzecz Rozwoju (MRND).

W latach osiemdziesiątych żyjący na uchodźstwie w Ugandzie Tutsi powołali Rwandyjski Front Patriotyczny (RPF). Charakteryzował go wysoki poziom dyscypliny, wyszkolenia i organizacji. W jego szeregach stali doświadczeni żołnierze rwandyjscy, którzy swój warsztat wojskowy zdobyli w ugandyjskiej Narodowej Armii Oporu, która w 1986 roku doprowadziła Yoweriego Museveniego na fotel prezydencki. Atak RPF na Rwandę w październiku 1990 roku dał początek fali kontrataków, które terroryzowały ludność cywilną aż do wybuchu ludobójstwa.

W 1991 roku, po fali nacisków dyplomatycznych i demonstracji aktywistów społecznych, autorytarny reżim Habyarimany wydał zgodę na rejestrację innych partii i utworzenie rządu koalicyjnego. W praktyce opozycja nie miała jednak żadnego wpływu na proces podejmowania decyzji.

Rwandyjskie dzieci nie uczyły się w szkołach, że nie ma dowodu na to, jakoby Tutsi i Hutu mogli być dwiema odrębnymi grupami etnicznymi. Nie uczyły się też o tym, że łączy ich sięgająca setek lat historia wspólnego życia na tysiącach wzgórz Rwandy i że przez stulecia komunikowano się wspólnym językiem z rodziny bantu.

Dzieci dorastały w codzienności naznaczonej systemową dyskryminacją. Pierwotnymi architektami ich rasistowskiego świata były belgijskie władze kolonialne. Posiłkując się dowodami pseudonaukowców, zaprojektowały model społeczeństwa opartego na sztucznie wykreowanych podziałach etnicznych - Hutu i Tutsi.

W czasach kolonialnych Rwanda była monarchią absolutną, rządzoną żelazną ręką króla wywodzącego się z mniejszości Tutsi faworyzowanej przez Belgów. W suwerennej Rwandzie do władzy doszła większość Hutu, która miała w pamięci dekady dyskryminacji, wyzysku feudalnego i poczucia zamknięcia w marginalizowanej grupie społecznej.

Nowy rząd okazał się de facto repliką reżimu funkcjonującego za czasów królów Tutsi, zbudowanego na wyzysku i nierównościach etnicznych. Tym razem to jednak Hutu zostali dyrygentami tej orkiestry, uderzającej w coraz bardziej nienawistne tony.

Wszechobecna stała się propaganda nawołująca do przemocy, podkreślająca absolutne prawo Hutu do dominacji nad Tutsi z racji bycia większością etniczną. Nieustannie roztaczano przed Hutu katastroficzne wizje, według których Tutsi żyjący na uchodźstwie w kolaboracji z osobami pozostałymi w kraju snują plany obalenia rządu, przywrócenia monarchii, a przede wszystkim ponownego - jeszcze większego - zniewolenia Hutu. Tak misternie skonstruowana narracja podsycała wrogość i potrzebę rewanżu.

Jej pokłosiem były regularnie powracające czystki etniczne, których brutalność systematycznie eskalowała. Osaczeni tak intensywną emocjonalną indoktrynacją Hutu żyli bowiem w stanie permanentnej hibernacji. Nauczyli się być gotowi, aby na odpowiedni sygnał wziąć do ręki broń i bez kwestionowania czegokolwiek użyć jej przeciwko swoim najuboższym sąsiadom Tutsi.

Pokolenie kobiet i mężczyzn Hutu, które w kwietniu 1994 roku sięgnęło po maczety i ruszyło na ulice, aby metodycznie mordować swoich sąsiadów, urodziło się w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Było świadkami tego, jak ich rodzice wyrzucają swoich znajomych i krewnych Tutsi ze stanowisk pracy w administracji publicznej. Jako nastolatkowie uczestniczyli w pogromach swoich szkolnych kolegów i koleżanek z ławek albo byli ich świadkami. Segregacja i upokarzanie dzieci Tutsi stanowiły chleb powszedni w rwandyjskich podstawówkach i liceach. Dyskryminowano bez ponoszenia jakiejkolwiek kary; co więcej, Hutu byli wręcz zachęcani do poniżania Tutsi. Niechęć podsycano, a do upokarzania prowokowano, organizowano je i oczekiwano go. Świat apartheidu lepszych i gorszych grup etnicznych był jedynym, jaki to pokolenie znało.

ULUBIENICA NAUCZYCIELI

FLORIDE: Urodziłam się w dużej rodzinie. Mój tata miał wiele żon. Pierwsza żona powiła mu sporo dzieci. Moja mama miała tylko mnie i moich dwóch braci. Dorastałam otoczona licznym rodzeństwem i miłością rodziców. Podobnie jak wszyscy nasi sąsiedzi, uprawialiśmy banany, rośliny strączkowe i słodkie ziemniaki, jednak bogactwem wsi są krowy i pola.

Gdy miałam dziesięć lat, tata umarł na raka. Jego śmierć wszystko zmieniła. Moja mama była drugą żoną i nie przysługiwało jej zbyt wiele praw. Pierwsza zabrała więc niemal wszystko i nasze życie stało się bardzo ciężkie.

Mama nie chciała się poddać. Przez siedem lat walczyła w sądzie o przyznanie nam większego spadku po ojcu. Pamiętam, że w pierwszej instancji sąd oddał nam krowy. Ale zaraz po wyroku pozdychały. Jedna po drugiej. Jakby ktoś je otruł. Gdy mama przegrała ostatnią możliwą apelację w Kigali, sędzia nakazał jej pokryć koszty rozprawy. Musiałam sprzedać ostatni kawałek pola bananowego, jaki nam pozostał, aby zapłacić za proces i wydostać matkę z aresztu.

Gdy mama przez te wszystkie lata była pochłonięta walką w sądzie, często mieliśmy wrażenie, jakby stała się nieobecna w naszym życiu. Żyliśmy bardzo skromnie, jednak dzięki temu, że byłam bystra i zawsze pierwsza w klasie, stałam się ulubienicą nauczycieli; wspomagali mnie finansowo, opłacając czesne czy kupując obowiązkowe mundurki szkolne.

Miałam również bardzo dobre relacje z rówieśnikami. Oni też mnie uwielbiali. Na sprawdzianach rozwiązywałam swój test, a potem pisałam odpowiedzi na pytania innych dzieci z klasy. W zamian za to one mówiły rodzicom, że zgubiły ołówek lub potrzebują nowego zeszytu, a gdy ci im to kupowali, oddawały je mnie. Nas nie było stać na zakup artykułów szkolnych. Tylko dzięki temu wsparciu mnie i moim braciom udało się skończyć wszystkie klasy szkoły podstawowej.

Czy nauczyciele inaczej traktowali dzieci Tutsi i Hutu? Czasem kazali wstawać osobno dzieciom Hutu, a potem dzieciom Tutsi. Musieliśmy też wpisywać swoje pochodzenie na kartach egzaminacyjnych i podczas sprawdzianów. Pamiętam też moment, kiedy mój kuzyn Tutsi wrócił do domu przerażony i z płaczem opowiedział, że został przepędzony z klasy. To było w 1973 roku, zanim jeszcze zaczęłam chodzić do szkoły. Słyszeliśmy, że wielu Tutsi zostało pobitych i zamordowanych w szkołach. Wielu musiało uciec z Rwandy.

TAK BARDZO SIĘ BALIŚMY

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

W czasie wojen i konfliktów kobiety zwykle stają się ofiarami przemocy. Gdy Rwandyjczycy rozmawiają o zbrodniarzach skazanych za ludobójstwo ponad 800 tys. Tutsi - swoich sąsiadów i bliskich - przed oczami mają z reguły mężczyzn.

W tradycyjnej patriarchalnej Rwandzie sprzed 1994 roku niewyobrażalne było, żeby kobiety - postrzegane jako matki, żony i siostry, będące sercem ogniska domowego - okazały się zdolne do udziału w mordach na równi z mężczyznami.

Dekady przed wybuchem ludobójstwa kobiety żyły jednak otoczone tą samą propagandą polityczną co mężczyźni. Totalitarna władza przez pokolenia utwierdzała wszystkich Hutu w przekonaniu, że to oni są lepszą grupą etniczną, mającą naturalne i nieograniczone prawo dominacji nad Tutsi.

Przez lata autorytarny reżim posługiwał się językiem pełnym nienawiści, nawołującym do bezwzględnego rewanżu za okres dyskryminacji z czasów przedkolonialnych, gdy Rwanda była monarchią feudalną, rządzoną żelazną ręką królów Tutsi.

Gdy w kwietniu 1994 roku eksplodowały wszystkie te nagromadzone przez dekady skrajne emocje i padł rozkaz rozpoczęcia eksterminacji Tutsi, kobiety dołączyły do sterowanej przez mężczyzn maszyny masowej zagłady.

PROCES TRANSFORMACJI

Ludobójstwo należy do najcięższych przestępstw międzynarodowego prawa karnego i to ono właśnie jest określane mianem tej najbardziej bezwzględnej "zbrodni ponad wszystkimi zbrodniami"1.

Od innych przestępstw różni się tym, że jego definicja ujęta w Statucie Rzymskim Międzynarodowego Trybunału Karnego zakłada, iż sprawca kierował się specjalnym zamiarem, tzw. dolus specialis, czyli wyraźnie i świadomie dążył do "zniszczenia w całości lub części grupy narodowej, etnicznej, rasowej lub religijnej"2.

Oznacza to, że ludobójstwo nie jest zbrodnią, która może wybuchnąć z dnia na dzień. Jest metodycznie planowane i organizowane latami, podczas których zachodzi proces transformacji zwykłych ludzi w ludobójców.

Zamiar eksterminacji określonej społeczności często ma początek w przestrzeni politycznej. Może być powiązany z chęcią zdobycia władzy absolutnej, do czego konieczna jest zdaniem jednej grupy eliminacja innej, którą definiuje się jako wroga absolutnego.

Kluczowym narzędziem w rękach architektów zbrodni jest propaganda. Dążą do tego, żeby stała się wszechobecna. Wykorzystują każdą możliwą okazję i przestrzeń, aby ją szerzyć. Zindoktrynowani mają być wszyscy: kobiety, mężczyźni i dzieci. Przedkłada się im te same ideologiczne cele, do których osiągnięcia mają dążyć za wszelką cenę. Konfrontuje z informacjami, które mają wzbudzać takie emocje, jak lęk i upokorzenie, poczucie zagrożenia płynące ze strony "wroga", który ma być odpowiedzialny za jakieś ich niepowodzenia z przeszłości lub teraźniejszości. Ten dyskomfort ma rodzić frustrację, pragnienie zemsty i rewanżu za "krzywdy i niesprawiedliwości". Powoli ma kiełkować naturalna potrzeba przejęcia kontroli nad sytuacją, w której czują się ofiarami "podłych działań wroga".

Sam "wróg" jest odzierany z człowieczeństwa: poniżany, ośmieszany, dyskryminowany, demonizowany. Staje się wężem, którego trzeba zabić, zanim ukąsi. Karaluchem, szczurem, zdrajcą, oszustem, szpiegiem, donosicielem, kolaborantem.

Celem dehumanizacji jest nie tylko zneutralizowanie poczucia winy za zdeptanie owego karalucha. Dla architektów ludobójstwa jest ona kluczowym narzędziem używanym do tego, aby wzbudzić w przyszłych sprawcach świadomy zamiar wyeliminowania wroga. Mają mordować automatycznie i bez emocji. Mają czuć się dumni z tego, że oswabadzają się ze szponów "oprawców"3.

PODŻEGAŁY, KOOPEROWAŁY, MORDOWAŁY

Gdy w kwietniu 1994 roku Rwandę zalała fala pogromów nienawiści wymierzona w Tutsi, kobiety odegrały istotną rolę w mordowaniu swoich sąsiadów.

To one podżegały mężów, braci, kuzynów i synów do udziału w pogromach. Gotowały im posiłki, przynosiły wodę, z dumą uczestniczyły w wieczornych ucztach, celebrując śmierć każdego zamordowanego.

Tylko nieliczne dołączyły do wąskiego grona liderów rządowych, militarnych czy dowódców bojówek Interahamwe, którzy bezpośrednio zaplanowali i nadzorowali eksterminację Tutsi. Inne współpracowały ze sprawcami, wskazując kryjówki Tutsi czy wydając ich w ręce bojówkarzy ze świadomością, że zostaną zabici. Przynosiły też sprawcom narzędzia zbrodni i grabiły mienie ofiar. Przywłaszczały wszystko, co było dostępne: ziemię, domy, przedmioty codziennego użytku i zapasy żywności.

Wiele nie zawahało się wziąć do ręki maczety lub innego narzędzia zbrodni i zamordować nie tylko swoich sąsiadów, lecz także mężów i dzieci.

96 TYSIĘCY KOBIET

Skala uczestnictwa kobiet w ludobójstwie zaczęła wychodzić na światło dzienne dopiero podczas tradycyjnych procesów sądowych gacaca.

Sądy gacaca sięgają czasów przedkolonialnych. W języku rwanda słowo gacaca oznacza trawę, co nawiązuje do miejsca, w którym dawniej odbywały się procesy - na świeżym powietrzu: na ryneczkach lub na podwórkach szkolnych.

Wówczas idealny scenariusz rozprawy zakładał, że oskarżony przyzna się do postawionych mu zarzutów, wyrazi skruchę, poprosi o wybaczenie, po czym dokona zadośćuczynienia. Sędziami byli członkowie społeczności lokalnej.

Niespełna rok po mordach około 120 tys. zbrodniarzy szybko przepełniło rwandyjskie więzienia, mogące pomieścić zaledwie 45 tys. czekających na procesy. Wyniszczony przez ludobójstwo wymiar sprawiedliwości nie radził sobie z tak bezprecedensową liczbą aresztowanych. Dlatego w 2001 roku rząd Rwandy zadecydował, że o winie oskarżonych o ludobójstwo rozstrzygną tradycyjne sądy gacaca.

Na 250 tys. sędziów powołano mieszkańców społeczności lokalnych, którzy nigdy nie byli karani i których postrzegano jako zaangażowanych w kwestie związane z wymiarem sprawiedliwości4.

Oskarżeni nie mieli prawa do obrońcy. Mogli jedynie powoływać świadków, którzy potwierdziliby ich wersję wydarzeń. Ale często procesy toczyły się w błyskawicznym tempie, a podejrzani byli informowani o terminie dzień przed nim.

Sprawców przyporządkowano do jednej z trzech kategorii zbrodni. Pierwsza obejmowała kluczowych dowódców i organizatorów, odpowiedzialnych za zaplanowanie mordów i nadzór nad ich przeprowadzaniem. W tej grupie znaleźli się też ci, którzy zabijali ze szczególnych okrucieństwem, oraz gwałciciele.

W drugiej kategorii byli pozostali mordercy, ich wspólnicy, sprawcy, których ofiary przeżyły, oraz ci, którzy odmówili przyznania się do winy bez względu na to, czy byli oskarżeni o kradzież, czy o zabójstwo.

Trzecią przewidziano dla osób, które zagrabiły mienie Tutsi, oraz dla tych, którzy zdecydowali się publicznie przyznać do winy. Ci natomiast, którzy wyjawili prawdę o popełnionych zbrodniach podczas procesu, mogli liczyć na dużo łagodniejsze wyroki.

Wspólnym mianownikiem tych kategorii był zamiar całkowitej eksterminacji Tutsi, z którym identyfikowali się dowodzący morderstwami, zabójcy oraz ludzie im pomagający, wskazując kryjówki Tutsi, czy szukając ocalałych, których mogliby wydać na śmierć.

Do 2012 roku przeprowadzono prawie dwa miliony procesów oskarżonych o ludobójstwo, z czego co najmniej 96 tys. dotyczyło kobiet5.

CZAS

W Rwandzie sprawcami ludobójstwa byli z reguły najbliżsi sąsiedzi, dlatego konsekwencje tej zbrodni dotykają całą społeczność, odzierając z człowieczeństwa nie tylko ofiary, lecz także sprawców. A samo wymierzenie im kary nie pozwala wrócić do codzienności i zapomnieć o doznanych krzywdach. Konieczne okazuje się stworzenie przestrzeni do dialogu, przyznania się do popełnionych czynów, aby obie strony mogły przepracować przeszłość i rozpocząć odbudowywanie zerwanych więzów i relacji.

Priorytetem zakładów penitencjarnych w Rwandzie jest więc skierowanie zarówno sprawców, jak i ofiar na ścieżkę prowadzącą do pojednania. To żmudny i skomplikowany proces, który u każdego skazanego przebiega indywidualnie.

Pierwszym etapem jest wewnętrzne zdobycie się na odwagę, aby publicznie przyznać się do winy. Ten krok przygotowuje zbrodniarzy do spojrzenia w oczy ofiarom i ich bliskim, a także do osobistego poproszenia o wybaczenie. Na początku piszą listy, co im pozwala uporządkować myśli, a ofiarom daje czas na podjęcie decyzji, czy udzielą wybaczenia.

Pojednanie jest wyrazem obopólnego wysiłku. Obie strony muszą być gotowe spotkać się osobiście, co jest kluczowym elementem rekoncyliacji.

W 2022 roku około 2500 rwandyjskich kobiet odbywa wieloletnie wyroki za zbrodnię ludobójstwa. I to właśnie kobietom świadomym przypisanej im roli matek i strażniczek domowego ogniska jest znacznie trudniej niż mężczyznom przyznać się przed sobą, że są winne.

Świadomi tego pracownicy służby więziennej tłumaczą, że najważniejszy w pracy nad rehabilitacją tych kobiet jest czas. Czas przeznaczony na rozmowy z nimi i słuchanie ich historii, co pomaga im wyjawić prawdę o swoich czynach.

NIEPEWNOŚĆ

Oddaję w Państwa ręce książkę przestawiającą historie rwandyjskich kobiet skazanych za zbrodnię ludobójstwa dokonanego na Tutsi. Po osadzeniu w ośrodkach penitencjarnych zostały one pozbawione najważniejszego - szansy na normalne życie ze swoimi rodzinami. Musiały porzucić swoje dzieci, nie widziały, jak dorastają, nie uczestniczyły w ich ślubach i narodzinach wnuków. Nie mogły wspierać najbliższych w trudnych chwilach i cieszyć się z ich sukcesów.

Dziś żyją w ciągłej niepewności. Nie wiedzą, czy ich mężowie i dzieci wciąż na nie czekają, czy mają szansę odzyskać zaufanie i wrócić do ról żon i matek. Zastanawiają się, czy uda im się odtworzyć wygasłe ogniska domowe, do których wróci śmiech dzieci łaknących ciepła matczynego dotyku.

A jak poradziły sobie te sprawczynie, które wyszły na wolność? Czy powitano je z otwartymi ramionami? Czy dzieci wybaczyły im ich zbrodnie? Czy możliwe jest pojednanie z rodzinami, które straciły najbliższych z rąk tych właśnie kobiet?

Zapraszam do lektury.