4.
- Nelsky, widzenie!
Mark wolno wyszedł na korytarz. Był oszołomiony. Po raz pierwszy od dwudziestu czterech miesięcy wołano go do rozmównicy.
- Co się tak gapisz? Ruszaj!
Chryste, jakże czekał na ten moment! Przez pierwsze tygodnie pobytu w Fort Nox myślał tylko o jednym - kiedy to się stanie? Był niewinny. NIEWINNY! W końcu ktoś musi zauważyć, że w trakcie procesu popełniono koszmarną pomyłkę. Początkowo był to jedyny temat rozmów z Tonny'm. Wreszcie ktoś trafi na ślad mordercy, a wtedy....
Pewnego dnia Tonny nie wytrzymał.
- Kto ma trafić na ślad?! Kto ma zająć się rewizją tego pieprzonego procesu?! Jeszcze niczego nie rozumiesz, czy udajesz durnia? Faceci, którzy wydali wyrok, siedzą teraz wygodnie w domowych fotelach. Mają na nogach miękkie kapcie i być może dziś w nocy żona da im potrzymać się za rączkę. O tobie dawno zapomnieli. Skazali cię, więc mają czyste sumienia.
- Nie wierzę.
A jednak Tonny miał rację. Mijały dni, tygodnie, miesiące... i nic. Jeszcze próbował się oszukiwać. Wysyłał listy do prokuratury, do gazet. Zapewniał o swojej niewinności. Po roku zrezygnował. Jednak głęboko tliła się w nim nadzieja. I dziś...
Poczuł stuknięcie pałki w ramię. Stanął. Bezwiednie zaczął patrzeć na stalowe pręty, z których dawno złuszczyła się żółta farba. Gdzieniegdzie widać było plamy rdzy.
Strażnik nacisnął dzwonek. Rozległo się przytłumione brzęczenie. Krata odsunęła się na bok. Z korytarza skręcili w łącznik, który prowadził do budnyku, gdzie znajdowały się rozmównice. Mark jeszcze nigdy tu nie był. Drogę znał jedynie z opisów Tonny'ego. Po miesiącach wspólnie spędzonych w celi wiedzieli nawzajem o sobie wszystko.
Tonny był Porterykańczykiem. W życiu nauczył się tylko jednego - kraść... Pewnego dnia Mark przerwał mówiącemu:
- Za kradzież trafiłeś do Fort Nox?
- Podobno zabiłem faceta. - Tonny prychnął z kpiną.
- Podobno?
Z twarzy Portorykańczyka zniknął uśmiech, a usta wykrzywił mściwy grymas.
- Na pewno.
- Przynajmniej ty jesteś czegoś pewien.
- Owszem. - W głosie Tonny'ego ponownie pojawiła się nuta drwiny. - Facet za swoje zapłacił. Ja za parę tygodni również będę miał czyste konto. Rachunki wyrównane.
Raz na dwa tygodnie więźniom przysługiwało prawo odwiedzin. Do Tonny'ego przyjeżdżała żona. Miała na imię Mayrose. W chwili gdy Mark po raz pierwszy przekroczył próg celi, Tonny miał do odsiedzenia dwa lata i półtora miesiąca. Wkrótce przeniosą go do ośrodka półwolnościowego, skąd po kilku miesiącach zostanie wypuszczony na wolność.
Pewnego dnia, gdy strażnik przyszedł po Tonny'ego, by zaprowadzić go do rozmównicy, Mark pierwszy poderwał się z pryczy. Dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo pragnął być Tonnym i uciec z tego miejsca.
Z niepokojem oczekiwał trzeciego lipca, kiedy Portorykańczyk opuści Fort Nox. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień rozpalała go zazdrość. Potem niemal znienawidził współlokatora.
Był przekonany, że przez swoje istnienie tamten nie pozwala, by trzeci lipca stał się dniem jego wyzwolenia. Którejś nocy powiedział o tym Tonny'emu.
- Chyba zwariowałem. Rozumiesz. Jeszcze trochę, a uwierzę, iż jestem tobą... dlaczego milczysz? Powiedz coś...
- Co?
- Nie wiem. - Mark schował twarz w dłoniach. - Pomóż mi.
- Musisz sam dać sobie z tym radę.
- Ale...
- W pierwszych latach też miałem odbicia. Na twojej pryczy spał wtedy Metys. Zapomniałem jego imię... Core?... Corga?... Nieważne. Rozkładałem graty, a tamten miał jeszcze rok odsiadki. Chyba się zaprzyjaźniliśmy... A raczej robiliśmy wszystko, by wzbudzić jeden w drugim sympatię. W przeciwnym wypadku porozbijalibyśmy sobie łby. Jak ty zacząłem się przejmować, że to nie ja, lecz tamten będzie na wolności. Na tydzień przed zwolnieniem Metysa odbiło mi na całego. Pewnej nocy chciałem go zabić... Rozumiesz? Byłem pewien, że uda mi się tak załatwić, by wszyscy uwierzyli, że to ja jestem... Dopiero kiedy pochylałem się nad śpiącym, by udusić go poduszką, dotarło do mnie to, co chcę zrobić. Opamiętałem się w ostatniej chwili. Tu, w Fort Nox, wszyscy przez to przechodzą.
Strażnik ponownie zatrzymał idącego przodem Marka. Zgrzytnął klucz w zamku. Stalowe, mocne drzwi otworzyły się szeroko.
Rozmównica była dużym pokojem przedzielonym w połowie dwoma odległymi o kilkanaście cali siatkami. Ich metalowe oczka utkano na tyle gęsto, że nie dawało się przesunąć przez nie palców. Ściany, krzesła, siatka miały barwę ochry. Jedynie podłoga schodzona setkami stóp była brudnoszara. Pod sufitem kręciły się leniwie dwa wentylatory, które jednak nie mogły poruszyć nagrzanego powietrza.
Drzwi zamknęły się. Mark pozostał sam ze stojącym po drugiej stronie siatki mężczyzną. Facet mógł mieć około czterdziestu lat. Był wysoki, niemal tykowaty, co jeszcze bardziej podkreślał wiszący na spadzistych ramionach garnitur. W tym człowieku wszystko wydawało się być za długie: wystające z mankietów dłonie o wąskich palcach, chuda szyja, nos, który przecinał twarz na pół, sięgając niemal brody.
Tamten mierzył go wzrokiem dłuższą chwilę. W pewnym momencie nieruchoma, wąska kreska warg rozjechała się w kącikach w ironiczny uśmiech.
Nieznajomy przysunął krzesło i usiadł. Przed sobą na szerokim blacie rozłożył papiery.
- Co tak stoisz?
Mark podszedł wolno do siatki. Usiadł. Drżały mu kolana. Poczuł zapach wody lawendowej i aromatyczny dym wypalonego papierosa.
- Zapal.
Mark dostrzegł przed sobą paczkę cameli.
- Regulamin więzienny zabrania palenia w rozmównicy. - Spojrzał nerwowo na wycelowany w siebie obiektyw wideokamery.
- Podczas naszych spotkań regulamin nie będzie cię obowiązywał ... Więc?
Wyjął papierosa. Pod paczką leżał tekturowy kartonik z zapałkami.
- Nazywam się Randolph Steinbek. Prowadzę kancelarię adwokacką. Ale nie przyjechałem tu po to, by zająć się twoim procesem.
Mark wytarł zwilgotniałe dłonie o nogawki spodni. Więc nie chodzi o rewizję procesu?... A może to dziennikarz? Tacy, jak mówił Tonny, skorzy są nawet podawać się za prokuratora generalnego, byleby wydusić informację, która... Twarz Steinbeka była bez wyrazu... Nie, to nie jest pismak. Za murem już dawno zapomniano o procesie. Adwokat zmarszczył nieznacznie brwi, jakby się nad czymś zastanawiał. W sekundę później jego czoło wygładziło się. Jednak przez cały czas Steinbek patrzył na niego uważnie.
- Powiedział pan, że nie ma zamiaru zająć się moją sprawą. - Głos mu drżał. - Więc o co chodzi?
- Interesują mnie faceci, którzy za dwadzieścia, trzydzieści lat zostaną pochowani na Wzgórzach. - Mimo jawnej drwiny w głosie mówiącego zabrzmiał ton powagi.
- Spotkajmy się zatem za trzydzieści lat - wyrzucił ze złością Mark.
- Chcesz tak długo czekać?
- Regulamin Fort Nox eliminuje jakikolwiek wybór. - Mark ponownie podniósł wzrok na kamerę wideo.
- Mogę to zmienić.
- To ma być żart?
- Nie patrz ciągle na kamerę. Rejestruje tylko obraz sali. Głos jest wyłączony.
Mark wczepił się palcami w siatkę.
- Co tu jest grane?
Adwokat zignorował pytanie. Zapalił papierosa. Zaciągnął się i wydmuchnął niebieski obłok przed siebie. Jego twarz na moment znikła w chmurze dymu.
- Jest pan pewny, że rozmawia z właściwym facetem?
Steinbek przesunął papiery.
- Mark Nelsky... Ukończyłeś Harward z wyróżnieniem... Dziesięć lat temu zaręczony z niejaką Sally Bovere. Przed dwoma laty zatrudniony w towarzystwie wykonującym zabezpieczenia komputerowe bankowych sejfów. Nie masz rodziny. Stan konta: pięć tysięcy dolarów i czterdzieści dwa centy. Zamieszkały przy Hosteron Street w Nowym Jorku... To tylko niektóre z danych kwestionariusza osobowego.
- Nie licząc maszynopisów akt sądowych, w których napisano, że jestem psychopatą.
- I to cię tak niepokoi?
- Raczej dwieście lat więzienia, na które zostałem skazany.
- Za dobre sprawowanie - Steinbek skrzywił drwiąco wargi - zdejmą ci połowę wyroku.
- Tylko to chciał mi pan powiedzieć?
- Ależ skąd! Chcę, żebyś pozbył się złudzeń. Chyba że ktoś pomoże ci się stąd wydostać.
- Ktoś, czyli pan.
- Potrzebny jest nam człowiek z twoimi umiejętnościami.
- Nam?
- ...
- Nie dosłyszałem odpowiedzi.
- Wróćmy do procesu. Tydzień studiowałem twoje akta.
- I do jakiego doszedł pan wniosku? Że jestem winny, czy...
- Niewinni mnie nie interesują. Dlatego przyszedłem do ciebie. Sam przyznasz, że ława przysięgłych wystawiła ci niezłe rekomendacje.
- Przyszło mi do głowy, że badający mnie wówczas lekarz psychiatra nie miałby wątpliwości, kto z nas dwóch jest stuknięty.
- Za cenę wolności powinno być ci to obojętne.
- Nadal nie wiem, kim jesteś.
- Tak pozostanie. - Spojrzał na zegarek. - Nasz czas dobiega końca, zatem daruj sobie zbędne pytania. Kiedy wyjdziesz z rozmównicy, będziesz lepiej traktowany. Tak się składa, że mogą zmienić twój dotychczasowy tryb życia. Spotkamy się jutro o tej samej porze.
Steinbek jednym ruchem ręki zgarnął papiery do teczki.
- Nadal nie wiem, czego chcesz ode mnie.
- Powoli, na wszystko przyjdzie czas. Papierosy możesz ze sobą zabrać. Do zobaczenia.
Adwokat wstał z krzesła, odwrócił się i ruszył do wyjścia.