Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje - Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz


Reflow text when sidebars are open.
WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.
www.czarne.com.pl
Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice
tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75
mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl
dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl
edyta@czarne.com.pl
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
redakcja@czarne.com.pl
Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl
Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa,
tel./fax +48 22 621 10 48
agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl
zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl
magda.jobko@czarne.com.pl
Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl
Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl
agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, urszula@czarne.com.pl
Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl
Skład: d2d.pl
ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52,
info@d2d.pl
Wołowiec 2016
Wydanie I
Bohdan Chmielnicki jechał ulicą Marszałka Żukowa. "Rzeźnika", jak go szeptem nazywano, który na dwudziestą szóstą rocznicę rewolucji październikowej podarował Stalinowi, "matkę grodów ruskich", Kijów. Kosztowało to kilkaset tysięcy dusz wystawionych pod niemieckie kule bez prawa kroku nazad. Żukow, syn chłopa spod Kaługi, ma swoje ulice, place i aleje w Kijowie, Charkowie, Odessie, Dniepropetrowsku, Czerniowcach, Mikołajowie. Część z nich została nadana już po rozpadzie ZSRR, w wolnej Ukrainie. Tłumaczy się to złożoną historią ziem, gdzie wpływy przeciwstawnych sił i tradycji od wieków krzyżują się ze sobą. Pogranicza, wielogłosowość, zagmatwanie - cała ta geopoetyka kreśli skomplikowaną mapę, gdzie nie ma czerni ani bieli, bo wszystko zostało zamazane, różna jest pamięć, na innych wrzecionach tkane są narracje, trupy pochowano w oddzielnych szafach. I jak to wszystko pogodzić? Jak z tych ukraińskich "strzępków, gałganków i łatek"[1] uszyć coś trwałego? Na przykład państwo?
Bohdan Chmielnicki się nad tym nie zastanawiał.
Mijał bloki z zabudowanymi balkonami, gdzie praktyczni mieszkańcy tej części Europy trzymają mydło i powidło, sery, rowery, upchnięte w szklanej komórce kulawe skarby. I nikt nawet nie pomyśli, że mógłby tę wolną przestrzeń balkonową zostawić nietkniętą, dla opalania się i uprawy kwiatów, bo co to byłoby za marnotrawstwo, kiedy można zyskać dodatkowe metry i mieszkanie osłonić przed zimą. Balkony szklą wszyscy i każdy po swojemu. Kto ma pieniądze, zamówi specjalną firmę, która wstawi plastikowe ramy. Kto nie ma, radzi sobie jak może. Wyjmuje okiennice z opuszczonych domów na wsi, szuka starych ram na składowiskach rupieci. Taki to poradziecki recykling. Z daleka szarobure klocki wyglądały jak kartony udekorowane przez rozbrykanych przedszkolaków strzępkami wycinanek. Jeśli okna są oczami domów, te bloki były zezowate.
Bohdan Chmielnicki nie przyglądał się im.
Jechał samochodem po sypialnej dzielnicy Kijowa na lewym brzegu Dniepru, gdzie od drugiej połowy lat pięćdziesiątych rosły czteropiętrowe sześciany zwane do dziś chruszczowkami. Na ostatnich piętrach części z nich ostały się komunałki, mieszkania wielorodzinne ze wspólną łazienką i kuchnią. Brudne, zaniedbane - relikt komunizmu zatopiony w kapitalistycznej formalinie. Dach nad głową dla sierot po Związku Radzieckim.
Bohdan Chmielnicki wcale tym niedorajdom nie współczuł.
Miał dobry humor. Na samochodach wciąż jeszcze trzepotały pomarańczowe flagi i wstążki. Był początek 2005 roku, trwał rewolucyjny karnawał.
Tydzień wcześniej, 23 stycznia 2005 roku, Majdan fetował zaprzysiężenie nowego prezydenta. Upojeni zwycięstwem ludzie krzyczeli na milion gardeł: "Juszczenko, TAK!". Były fajerwerki, salut armatni i wiwaty.
Juszczenko ogłosił zwycięstwo wolności nad tyranią.
Nowy prezydent z żoną, trzema córkami, dwoma synami i miesięcznym wnukiem stali na placu Niepodległości dostojni niczym rodzina królewska. Tylko głębokie bruzdy na twarzy przystojnego niedawno Juszczenki przypominały, że nie wszystko poszło gładko. Kilka miesięcy wcześniej szykujący się do startu w wyborach opozycjonista zapadł na tajemniczą chorobę, która truła mu ciało niczym osobisty Czarnobyl. "To TCDD, najgorsza z dioksyn, używana do produkcji broni chemicznej i ulubiony środek służb specjalnych" - alarmowali lekarze wiedeńskiej kliniki, dokąd przewieziono polityka. On sam nie miał wątpliwości, że była to próba zabójstwa dokonana przez ówczesne władze Ukrainy. Część rodaków zdążyła już zaliczyć Juszczenkę w poczet świętych, ale przyszły prezydent wyzdrowiał na tyle, by wygrać wyborczy wyścig z namaszczonym przez Łeonida Kuczmę Wiktorem Janukowyczem. Zwycięstwo miało wysoką cenę: pięćdziesięcioletni Juszczenko wyglądał jak starzec.
Niezdarnie gonił po scenie za gołąbkiem pokoju z pomarańczową wstążeczką na ogonie. Ptak nie chciał wzlecieć w niebo. "Nie traktujmy tego jak zły omen"- powiedziała komentująca uroczystość pani z telewizji.
Dla zgromadzonego na Majdanie tłumu śpiewał ulubiony bard prezydenta, Taras Petrynenko. "Ukraiiinooo, Ukraiiinoo, wierne serce twego syna kładę ci do nóg" - roznosiła się z głośników siermiężna pieśń, bardziej w stylu poprzedniej epoki niż anonsowanych wszem wobec nowych czasów.
Teraz wszystko będzie inaczej, powtarzali jak pacierz zgromadzeni w centrum Kijowa Ukraińcy, koniec z łapówkami, robotą na czarno za kopiejki, skorumpowaną milicją, rządami oligarchów. "Nie jestem naiwny, wiem, że nie od razu nam się polepszy, ale za rok, półtora, na pewno" - mówił z powagą młody stolarz spod Lwowa. Wtórował mu w rozmowach z dziennikarzami Petro Poroszenko, ukraiński król czekolady, bliski współpracownik Juszczenki i jeden ze sponsorów pomarańczowej rewolucji. "Za rok, półtora każdy obywatel będzie mógł powiedzieć, że poziom życia się podniósł" - obiecywał.
Prezydenci, premierzy, koronowane głowy tłumnie przybyli na zaprzysiężenie i klaskali uprzejmie, gdy Juszczenko ogłosił kurs na Zachód.
W szczelnie chronionej przez oddziały Berkutu Radzie Najwyższej nowy prezydent składał przysięgę narodowi. Otrzymał insygnia władzy: proporzec, łańcuch, pieczęć i hetmańską buławę.
W polskich Wiadomościach podano, że ceremonię uświetni buława Bohdana Chmielnickiego, przywieziona z Warszawy na znak przyjaźni między zwaśnionymi niegdyś sąsiadami. "To symbol wolności i niepodległości. Pod nią zapadały najważniejsze decyzje w historii naszego narodu" - cieszyli się badacze ukraińskich dziejów.
Ale próżna była radość nad Dnieprem: Polacy, choć wypożyczyli XVII-wieczny eksponat kijowskiemu muzeum historii, nie zgodzili się na jego użycie podczas zaprzysiężenia. "Najpierw niech Ukraińcy oddadzą polskie zbiory" - powiedzieli twardo muzealnicy, nieczuli na historyczne pojednanie.
Zrobiona z rogu nosorożca pałka miała dodawać sił witalnych przywódcy, by ten nie zawiódł i doprowadził naród do wolności. Lecz w rękach Juszczenki znalazła się jedynie zrobiona w 1999 roku na zamówienie Łeonida Kuczmy siedmiusetpięćdziesięciogramowa replika hetmańskiej relikwii. Srebrna, powlekana złotem, wysadzana sześćdziesięcioma czterema szmaragdami i granatami.
Chowała w sobie sekret: gdy nacisnęło się jeden z kamieni, wyskakiwał trójkątny sztylet z damasceńskiej stali z wygrawerowanym napisem "Omnia revertutur".
I rzeczywiście, wszystko wróciło. Pomarańczowa rewolucja okazała się ułudą.
Bohdan Chmielnicki przypiął do samochodu pomarańczową wstążkę, wątpił jednak, by rewolucja mogła mieć wpływ na jego życie. Ani myślał o państwie - sądził, że z wzajemnością.
Wierzył, że w życiu jest jak na ringu - jeśli ciężko trenujesz i nie stchórzysz, to w końcu zwyciężysz. Uczył boksu w kijowskim klubie sportowym Woschod. Odpowiedzialny, spokojny, systematyczny. Cenił czystość i porządek. Urodzony lider, myślał o sobie. Nie pił i nie palił.
To właśnie z powodu klubu wybrał się do Żeni, kolegi boksera. Następnego dnia mieli jechać za miasto po narożniki do ringu.
- Wpadnij wcześniej - powiedział Żenia. - Obejrzymy coś dobrego.
Bohdan pocałował żonę, pięcioletnią córkę i zapowiedział, że na noc nie wróci. Zostawił swoje dziewczyny w wynajętym mieszkaniu przy ulicy Anny Achmatowej, tej smutnej rosyjskiej poetki. Kto by się spodziewał, że aż na cztery lata.
Oglądali amerykańskie filmy sensacyjne, aż zgłodnieli i Żenia poszedł po zakupy na kolację. Krótko po siódmej wieczorem Bohdan usłyszał walenie do drzwi.
- Otwieraj! - krzyknął ktoś z korytarza. - Milicja!
Spojrzał przez judasza, a tam bandyckie gęby.
- Pokażcie nakaz! - zawołał.
Oni na to:
- Ty taki owaki, zaraz zostaniesz kaleką!
- Właściciel mieszkania wróci, wtedy otworzę! - odkrzyknął.
Nie wiedział, że Żenia siedzi już w białym busie skuty kajdankami.
Bohdan chwycił słuchawkę telefonu, nie było sygnału. Nim zdążył pomyśleć, czarni ludzie z bronią wpadli przez okno i rzucili nim o podłogę. Skrępowali mu ręce, kopali w głowę i brzuch.
W kijowskiej komendzie głównej milicjanci najpierw zajęli się łupem. Zabrali z mieszkania magnetowid, komputer, sprzęty z kuchni, skórzaną kurtkę Żeni, resztki jedzenia z lodówki.
Bohdan patrzył bezradnie, jak niemal do mordobicia kłócą się o jego buty.
- Rzućmy losy - zaproponował w końcu młody milicjant o zepsutej cerze.
Gdy rozdzielili między siebie rzeczy, zwrócili uwagę na ich właściciela.
- Ukradłeś, gagatku, mitsubishi pajero - powiedzieli. - W grudniu zeszłego roku w mieście Fastów napadłeś z koleżką na właściciela pojazdu. Teraz podpisz, że przyznajesz się do winy. Jedni podpisują od razu, inni za dwa dni. Ale weź, bratku, pod uwagę, że za dwa dni możesz już być kaleką.
- Nigdy nie byłem w Fastowie! - zaprzeczył Bohdan.
Zdzielili go ciężkim tomem akt, zrzucili ze stołka, znów zaczęli kopać. Na szczęście był bokserem. W tym sporcie chodzi przede wszystkim o to, by nie przestraszyć się przeciwnika. Nad ranem zakuli go w kajdanki, nałożyli czarną czapkę na oczy.
- Jeszcze zmiękniesz - obiecali.
Bohdan milczał. Gotował się do walki.
Nie powiedzieli, dokąd jadą, ale domyślił się, że opuszczają miasto. Znaleźli się na komisariacie w Fastowie, siedemdziesiąt kilometrów od Kijowa.
Tam czekała na Bohdana kolejna niespodzianka.
- Zatrzymaliśmy cię, bratku, pod miejscowym klubem Adrenalina, gdzie o trzeciej w nocy urządziłeś pijacką burdę - poinformował bez zająknięcia dyżurny.
Zamknęli go w celi. Następnego dnia rano przyszedł sędzia z miejscowego sądu. Bohdan spojrzał na niego z nadzieją. Opowiedział o wszystkim, co się wydarzyło poprzedniego dnia.
A sędzia na to - niemożliwe.
Mam tu protokoły, mówiły zaciśnięte usta Temidy, gdzie czarno na białym napisano, że obywatel Bohdan Chmielnicki zachowywał się niegodnie pod miejscowym klubem rozrywki, za co słusznie i sprawiedliwie należy się dziesięć dni aresztu administracyjnego.
- Proszę dobrze wykorzystać ten czas - rzucił sędzia na odchodnym. - Niech pan się przyzna do kradzieży samochodu.
- Dziesięć dni jesteś w naszych rękach - powiedzieli na przywitanie milicjanci z Kijowa. Codziennie przyjeżdżali do Fastowa. Zakładali mu na głowę celofanowy worek. - Podpisuj zeznanie! - krzyczeli, gdy się dusił.
Kładli Bohdana na łopatki, z całej siły ściskali go za jądra. Z bólu tracił przytomność, wylewali na niego kubeł lodowatej wody. Bohdan pamięta podłogę we krwi i krzyki Żeni gdzieś z oddali.
Po kilku godzinach wrzucali go z powrotem do celi. W stęchłej piwnicy na sześć osób ciemno było nawet w dzień. Na pryczach zamiast materaców leżały brudne szmaty. Śmierdziało potem i odchodami. Bohdan patrzył na zszarzałe gęby współwięźniów. Siedzieli tu nawet dwa lata bez wyroków.
Bolało go całe ciało, pluł krwią, nie mógł oddychać. Odrętwienie było jedynym sposobem, by nie zwariować. Sen przynosił mu ulgę, był wtedy w domu z rodziną.
Ogłosił głodówkę. Milicjanci wywieźli go do lasu. Przywiązali do drzewa. Jeden z nich przyłożył mu pistolet do skroni.
- Zginiesz, jeśli się nie przyznasz.
Tej nocy w Bohdanie słabość zwyciężyła boksera.
W pokoju przesłuchań zostawili go na chwilę samego. Próbował zapałką - tylko ją miał pod ręką - podciąć sobie żyły. Złamała się za szybko. Wyrwał kabel z telefonu, przywiązał do kraty w oknie. Już zakładał pętlę na szyję, gdy wpadli milicjanci.
Był 7 lutego 2005 roku.
Trzy dni wcześniej Julia Tymoszenko stanęła na czele nowego rządu. "Obudziliśmy w narodzie nadzieję, że władza może pracować nie tylko na siebie" - mówiła w parlamencie. Zaproponowała Ukraińcom program naprawy państwa.
Pierwszym punktem była wiara.
"Ukraina nie wstanie z kolan, póki nie padnie na kolana przed Bogiem. Nasze państwo da światu nowe standardy społecznego, politycznego, socjalnego życia, sprawiedliwsze od tych, które istnieją nawet w najbardziej rozwiniętych krajach".
Drugim punktem była sprawiedliwość.
"Rządy prawa muszą być zasadą naszego życia w państwie. Sądy mają być niezależne, sędziowie uczciwi i nieskorumpowani. Osiemdziesięciu procent Ukraińców nie stać na adwokata, to musi się zmienić".
Ministrem spraw wewnętrznych został Jurij Łucenko, zwany na Majdanie "Szeryfem". "Za rok - obiecywał - każdy obywatel będzie mógł powiedzieć, że milicja naprawdę jest z narodem".
Bohdan trafił do szpitala. Podał ukradkiem pielęgniarce numer telefonu domowego. Po kilku godzinach gdzieś z korytarza usłyszał głos żony.
Ochrona nie była w stanie jej zatrzymać. Nina patrzyła na zabandażowane w przegubach ręce Bohdana i łzy ciekły jej ciurkiem.
Wtedy Bohdan obiecał sobie, że już nigdy nie podda się słabości.
Była z nim do wieczora. Następnego dnia miała przyprowadzić adwokata.
Milicjanci wyrwali kroplówki. Bez słowa wyjaśnienia, bez konsultacji z lekarzem. Zawieźli go z powrotem na fastowski komisariat.
Przyszedł do niego śledczy. Młody mężczyzna, nabrzmiały od świńskiego tłuszczu i wypitej wódy, ale Bohdan umiał dostrzec w nim dobro. Ma takie łagodne oczy, pomyślał, i mówi do niego, jak do porządnego człowieka.
A śledczy Szewczenko popatrzył na Bohdana przenikliwie.
- Jesteś przestępcą - powiedział przyjaźnie. - Będziesz siedział piętnaście lat.
Piętnaście lat?
Nawet gdyby Bohdan był winien, dlaczego za kradzież samochodu miałby dostać aż tyle? Za zabójstwo nieraz dają mniej, o gwałtach i znęcaniu się nad rodziną nie wspominając.
Kto zabiera w celu przywłaszczenia środek transportu z użyciem przemocy zagrażającej życiu i zdrowiu ofiary lub z użyciem groźby zastosowania takiej przemocy, podlega karze od 10 do 15 lat pozbawienia wolności. Artykuł 289 punkt 3 Kodeksu karnego Ukrainy z 2001 roku.
Tak to jest Bohdan, mówiły oczy śledczego Szewczenki, bogacze rządzą biednymi, kupują miejsca w parlamencie, uchwalają swoje prawa.
- Wieczorem 10 grudnia 2004 roku napadłeś na szanowanego w Fastowie biznesmena. Grożąc mu bronią, ukradłeś samochód - kontynuował śledczy Szewczenko.
10 grudnia Bohdan był w pracy. Widziało go kilkunastu świadków na czele z szefem, szanowanym w mieście trenerem Eduardem Wynohradowem. Zostali w klubie do późnego wieczora. Kolega bokser miał urodziny, świętowali przy torcie i herbacie, jak na sportowców przystało.
Żelazne alibi nie zainteresowało śledczego Szewczenki.
- Podczas przeszukania znaleźliśmy w twoim mieszkaniu kluczyki od skradzionego mitsubishi - powiedział z miłym uśmiechem.
- Sami je podłożyliście! - krzyknął Bohdan.
- A w twojej piwnicy znaleziono naboje.
- Ale ja nie mam piwnicy!
Czy Bohdana porwano przypadkowo, bo znalazł się w mieszkaniu Żeni w nieodpowiednim czasie? A może go śledzili i to Żenia miał pecha? Jeśli tak było, dlaczego wzięli go na muszkę? Czy ktoś go wskazał milicjantom?
Może Łeonid? Kolega z siłowni. Czasem pożyczał pieniądze od Bohdana. Robił w samochodach - tanio kupić, drożej sprzedać. Aresztowano go w połowie grudnia. Może to on ukradł samochód w Fastowie, dogadał się z milicją i za jednym zamachem pozbył się wierzyciela?
Fastowski sąd dołożył Bohdanowi dwa i pół miesiąca aresztu. Na niekończących się przesłuchaniach Bohdan powtarzał z uporem swoje prawdy, a śledczy swoje.
Pisał skargi do wszelkich instancji na zawszoną celę, zepsute jedzenie, brud i tortury, aż wezwał go komendant fastowskiego komisariatu i najzwyczajniej w świecie wyrzucił jego listy do kosza na śmieci.
- Korespondencja zaginęła - oznajmił triumfalnie.
Jeszcze zobaczymy, pomyślał Bohdan.
Przez adwokata zwrócił się do rzeczniczki praw człowieka Ukrainy Niny Karpaczowej, która lubiła powtarzać, że państwo to największy sprawca przemocy przeciwko jednostce. Wkrótce szef komisariatu miał na głowie przykre kontrole. Bohdan zabrał się do podburzania współwięźniów, by otoczyć wroga z dwóch stron.
- Jeśli milicjanci nie przestaną bić przesłuchiwanych, wszyscy ogłosimy głodówkę - powiedział dyżurnemu. Na jakiś czas poskutkowało.
Karmiono ich gorzej niż świnie, na śniadanie był suchy chleb z wrzątkiem, na obiad polewka z pomyj. Bohdan znalazł w niej raz kawałek ananasa. Krewna komendanta prowadziła w mieście podłą restauracyjkę. Oddawała zlewki, pieniądze wydzielane z budżetu państwa na żywienie więźniów dzielili po połowie.
Bohdan przekonał kolegów, by przestali przyjmować paczki od rodzin. Co się stało, pytały chórem zaniepokojone matki, żony i kochanki, czy nasi chłopcy żyją? Szef komisariatu wyzwał Bohdana od prowokatorów i wichrzycieli, ale w końcu spytał:
- Czego chcesz?
- Jedzenia dla ludzi - odpowiedział Bohdan.
Odtąd karmili ich znośnie.
Wodę podgrzewał grzałką i polewał na siebie nad dziurą w podłodze, co robiła za kibel. Tak wyglądała więzienna toaleta.
- Po co ci te bunty, ta naiwna solidarność? Przeniesiemy cię stąd, zapewnimy komfortowe warunki odsiadki - wodził na pokuszenie komendant.
Bohdan odmówił, wiedział, że pozostali na niego liczą. Dostali prysznic raz w tygodniu i codziennie godzinę w spacerniaku.
Jak już nieco okrzepł w fastowskim komisariacie, 11 marca przeniesiono go do aresztu w Kijowie.
Na Łukjaniwce, w słynnym na cały Kijów więzieniu z połowy XIX wieku, które wpisano na listę zabytków, choć wciąż służyło współczesnym, Bohdan wędrował przez czterdzieści cel. Zdążył rozpakować rzeczy, poznać się z ludźmi, a już zabierano go w nowe miejsce. Tak działa "helikopter", ulubiona metoda administracji wobec niepokornych więźniów.
Najgorzej było w "rozgałęziaczu" - czteroosobowej półpiwnicznej celi, po której krążyły szczury, prątki gruźlicy, a ze ścian kapała woda. Obok, w "wariatkowie", dzień i noc krzyczeli ci, którzy nie wytrzymali więzienia. Bohdan bał się ich bardziej niż chorób zakaźnych.
W "rozgałęziaczu" spędził pięć miesięcy.
Śledczy Szewczenko stosował grę psychologiczną.
- Przyznaj się wreszcie - namawiał. - Im szybciej dostaniesz wyrok, tym prędzej wyjdziesz. Zamienisz dżumę z cel Łukjaniwki na świeże powietrze w kolonii karnej i regularne widzenia z żoną.
Zabrał Bohdana do Fastowa na intensywny kurs współpracy z milicją. Z zastępcą komendanta nie żałowali pięści. Koledzy z celi nie mogli poznać Bohdana spod grubej warstwy siniaków i zakrzepłej krwi.
Był 17 maja 2005 roku.
Minęło sto dni rządów Juszczenki.
"Nie zdradziliśmy ani jednego hasła pomarańczowej rewolucji" - cieszył się z tej okazji prezydent. Większość Ukraińców nadal mu wierzyła, choć z regionów słychać było pomruki niezadowolenia, bo posady gubernatorów Juszczenko rozdawał w stylu swojego poprzednika, Łeonida Kuczmy.
"Nietransparentne decyzje głowy państwa uderzają w samo serce rewolucji" - ostrzegał obrońca praw człowieka Jewhen Zacharow, ale przestroga przeszła bez echa. Pomarańczowa energia zmieniała się w porewolucyjną apatię.
Przyszła mama Bohdana na widzenie. Źle wyglądała. Od nadmiaru zmartwień zrobił jej się zakrzep w nodze.
Nagle zasłabła. Niedouczony więzienny felczer na wszystkie choroby miał jedną tabletkę, a nieprzytomnej już siniały usta.
Mamę zabrano na reanimację, Bohdan za krzyki na strażników dostał tydzień w separatce.
Ciasna, ciemna i wilgotna cela była jak pamiątka po Stalinie. Przed wejściem zabrano mu ubranie. Kazano włożyć lepiący się od brudu kombinezon wieloosobowego użytku.
Łóżko chowane w ścianę musiał składać o siódmej rano. Do dziesiątej wieczorem spacerował po trzy kroki w tę, po trzy kroki we w tę. Wariował ze zmartwień o mamę. Strażnicy nie chcieli mu niczego powiedzieć.
- Jura gadał z twoją mamą. Czuje się dobrze! - wrzasnął ktoś pod oknem.
Choć Jura nie zadzwonił do szpitala, wiedział, jak ulżyć odciętemu od świata koledze (a mama rzeczywiście miała się lepiej).
Jura Lemoniada, opiekun Łukjaniwki, był recydywistą, git-człowiekiem, ale serce miał gołębie. Dzięki jego opiece więzienne osiłki, które mordobiciem umilały sobie monotonię wyroków, omijały Bohdana szerokim łukiem.
W kwarantannie - obszernej celi na czterdzieści osób dla nowo przybyłych aresztantów - Bohdan poznał Denysa.
Denys, syn uczonego-dysydenta, w latach dziewięćdziesiątych miał nocny klub, a w telewizji program Rozmowy o kulturze. Trafił za kratki oskarżony o oszustwa finansowe. Wyszedł po siedmiu miesiącach z braku dowodów. Wyjechał do Moskwy, gdzie pod opieką Walerija Abramkina, znanego obrońcy praw człowieka, zrobił dyplom z prawa. Bezpłatnie bronił ukraińskich gastarbeiterów skazanych na trzy lata w procesie bez adwokatów. Zebrał dowody, że Ukraińcy nie dokonali zarzucanej im grabieży, na co moskiewski sędzia sądu apelacyjnego powiedział po prostu: "Wsadź to sobie w dupę".
Wrócił do Kijowa, otworzył kancelarię "Centrum Konfliktologii i Prawa". Wspierał Majdan poradami prawnymi. Z Koalicją Uczestników Pomarańczowej Rewolucji pomagał mieszkańcom Kijowa w walce ze zmorą stolicy - nielegalną zabudową miasta.
Pewnego dnia przyszli do niego Żenia i Sasza, kulturalni, w drogich garniturach, przedstawiciele dewelopera, który w centrum Kijowa budował apartamentowiec. Poprosili, by adwokat pertraktował w ich imieniu ze zbuntowanymi sąsiadami. W zamian obiecali pięćdziesiąt tysięcy dolarów honorarium. Denys znalazł przestrzeń do porozumienia. Wystarczyło, by deweloper zachowywał się "po europejsku": nie wywalał gruzu na podwórka, nie zastawiał przejść betoniarkami, zagwarantował na piśmie odszkodowania w razie uszkodzeń okolicznych domów.
Umowę o owocnej współpracy planowano podpisać zwyczajem słowiańskim przy suto zakrapianym stole. Żenia i Sasza zaproponowali restaurację Dekadencja. Nomen omen, ale Denys nie zauważył.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.
W serii ukazały się ostatnio:
Michał Olszewski Najlepsze buty na świecie
Norman Lewis Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii
Grzegorz Szymanik Motory rewolucji
V. S. Naipaul Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności
Karolina Domagalska Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro
Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach
Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen
Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego
Frances Harrison Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance
Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę
Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu
Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie
Magdalena Kicińska Pani Stefa
Andrzej Muszyński Cyklon
Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)
Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)
Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju
Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)
Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja
Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)
Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość
Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej
Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz
Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć
Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku
Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)
Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom
Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)
Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan
Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (wyd. 2 popr. i rozszerz.)
Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie
Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy
Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka
Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu
Beata Szady Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy
Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu
Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 2)
Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Armenia. Karawany śmierci
W serii ukażą się m.in.:
Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u
Anjan Sundaran Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie