Zabić Jane - Erica Spindler

Reflow text when sidebars are open.
Niedziela, 19 października 2003 r.
Dallas, Teksas
Jane obudziła się gwałtownie. Światło monitora mrugało w ciemnym pokoju. Zamknęła na chwilę oczy, a potem otworzyła je i uniosła głowę, która wydała jej się zbyt ciężka. Nagle zdała sobie sprawę z tego, że zasnęła w pracowni wideo, gdzie przygotowywała jeden ze swoich wywiadów na mającą się wkrótce odbyć wystawę "Części lalek".
- Jane? Nic ci nie jest?
Obróciła się. Ian, za którego wyszła przed niecałym rokiem, stał w drzwiach pracowni. Spojrzała na niego, czując jednocześnie miłość, zdziwienie, wręcz niedowierzanie. Wciąż nie mogła zrozumieć, jak to się stało, że doktor Ian Westbrook - elegancki, czarujący, z urodą Jamesa Bonda - pokochał właśnie ją.
Jane zmarszczyła brwi, widząc jego minę.
- Krzyczałam, prawda?
Ian skinął głową.
- Bardzo się o ciebie martwię.
Ona też się martwiła. W ciągu ostatnich paru tygodni trzy razy budziła się z krzykiem. Nie z powodu koszmarów. To nie były sny, ale zupełnie realne wspomnienie. Wspomnienie dnia, który zmienił całe jej życie. Dnia, kiedy to z ładnej, towarzyskiej i szczęśliwej nastolatki zmieniła się w coś w rodzaju współczesnego, żeńskiego odpowiednika Quasimoda.
- Opowiesz mi o tym?
- To samo co zawsze. Motorówka w szaleńczym pędzie najeżdża na dziewczynę. Śruba niszczy jej połowę twarzy wraz z okiem i prawie odcina głowę, jednak dziewczynie udaje się przeżyć. Kapitan łodzi pozostaje nieuchwytny, a policja uznaje całe zdarzenie za wypadek. Koniec bajki.
Tyle że w jej snach kapitan motorówki zatacza pętlę, żeby przejechać ją raz jeszcze.
A wtedy ona budzi się z krzykiem.
- Zapomniałaś o happy endzie - dodał Ian. - Dziewczynie nie tylko udaje się przeżyć, ale odnosi wspaniały sukces. Po latach bolesnych operacji plastycznych, po tym, jak musiała znosić zdziwione spojrzenia obcych ludzi, ich szepty…
Ich litość. Ich pełne przerażenia miny, kiedy widzieli jej twarz.
- A potem poznaje wspaniałego lekarza - podjęła Jane. - Zakochują się w sobie i żyją długo i szczęśliwie. To brzmi jak scenariusz jakiegoś kiepskiego wyciskacza łez, prawda? Coś dla kanału Romantica.
Podszedł do niej, pomógł wstać i wziął ją w ramiona. Poczuła zimne, nocne powietrze. Kiedy potarła policzkiem o sweter Iana, zrozumiała, że był na dworze.
- Przy mnie nie musisz udawać, Jane. Jestem twoim mężem.
- Ale właśnie to umiem robić najlepiej.
- Nie, nieprawda. - Uśmiechnął się.
Jane też uśmiechnęła się do niego. Po raz kolejny uświadomiła sobie, że kocha go coraz bardziej.
- Czyżby chodziło ci o sekret panien na wydaniu z Dallas? O to, o czym nawet się nie myśli w przyzwoitym towarzystwie?
- Właśnie o to mi chodzi - odparł.
- Cieszę się, bo to mój ulubiony temat. - Uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
Ian spoważniał i popatrzył jej w oczy.
- Nigdy nie byłaś typową panną na wydaniu.
- A kim? Narzeczoną Frankensteina?
Zmarszczył brwi.
- Znowu o tym mówisz?
- Przepraszam, ale trudno mi się od tego wyzwolić.
Ujął jej twarz w dłonie.
- Gdybym chciał ożenić się z lalką Barbie, pewnie bym sobie jakąś znalazł. Ale zakochałem się w tobie. - Jane milczała, kiedy dotknął jej policzka. - Zwyciężyłaś. Jesteś znacznie silniejsza, niż przypuszczasz.
Jego wiara sprawiła, że poczuła się jak oszustka. Jak mogła pokonać przeszłość, kiedy wciąż dręczyły ją koszmarne wspomnienia tego, co się stało?
Przycisnęła twarz do jego piersi. To była jej opoka, jej serce. I miłość, której wcześniej bała się szukać.
- To pewnie z powodu dziecka - szepnął po chwili. - To dlatego wszystko do ciebie wraca. Te koszmary…
Właśnie wczoraj lekarz potwierdził to, czego domyślała się już od paru tygodni. Była w drugim miesiącu ciąży.
- Ale czuję się świetnie - zaprotestowała. - Nie mam ani porannych mdłości, ani nie czuję się zmęczona. No i przecież chcieliśmy mieć dziecko.
- Oczywiście, ale początek ciąży to trudny okres. Twoje hormony wariują. Na przykład poziom HCG we krwi podwaja się co parę dni, a to potrwa jeszcze z miesiąc. Poza tym, mimo całej radości, która się z tym wiąże, dziecko oznacza poważne zmiany.
Ian mówił rozsądnie i Jane znajdowała w tym jakąś pociechę. Wciąż jednak nie była przekonana, że to właśnie ciąża wywołuje w niej ten niepokój, chociaż sama nie wiedziała dlaczego.
Jakby domyślił się, co chodzi jej po głowie, bo pochylił się w jej stronę i powiedział:
- Zaufaj mi. Jestem lekarzem.
Uśmiechnęła się lekko.
- Ale chirurgiem plastycznym, a nie ginekologiem czy psychiatrą.
- Nie potrzeba ci psychiatry, kochanie. Ale jeśli mi nie wierzysz, możesz zadzwonić do Dave'a Nasha. Zobaczysz, że potwierdzi to, co powiedziałem.
Doktor Dave Nash pracował w szpitalu jako psycholog, a przy okazji doradzał policji z Dallas. Był też najbliższym kumplem Jane. Przyjaźnili się od szkoły średniej. Dave wytrwał przy niej, kiedy inni uznali ją za trędowatą. Zabierał ją na potańcówki, a nawet na bal z okazji zakończenia szkoły, kiedy inni chłopcy woleli trzymać się od niej z daleka. Doradzał jej we wszystkim, opowiadał dowcipy i pomagał, kiedy to było konieczne. Po skończeniu szkoły próbowali nawet ze sobą chodzić, ale oboje czuli, że przyjaźń zdecydowanie bardziej im odpowiada.
Znacznie trudniej byłoby jej przeżyć te wszystkie lata po wypadku bez Dave'a.
Może naprawdę powinna do niego zadzwonić.
Jane przytuliła się policzkiem do piersi męża.
- Która godzina?
- Trochę po dziesiątej. Jako przyszła matka powinnaś już być w łóżku.
Aż się zarumieniła, słysząc te słowa. Zawsze chciała zostać matką, chociaż wydawało jej się, że to nigdy nie nastąpi. Teraz też jeszcze nie do końca to do niej dotarło i każde przypomnienie sprawiało jej przyjemność.
Czy to możliwe, że spadło na nią tyle szczęścia?
- Może zaparzę ci rumianek - zaproponował. - To ci pomoże zasnąć.
Jane skinęła głową i choć niechętnie, ale wysunęła się z jego ramion. Sięgnęła, by wyjąć kasetę z wywiadem i wyłączyć sprzęt.
- Jak ci idzie praca nad tym filmem? - spytał Ian, gasząc światło w pracowni wideo.
Przeszli do głównej części atelier.
- Dobrze, chociaż wystawa coraz bliżej.
- Cieszysz się?
- Coś ty! Jestem przerażona.
- Nie musisz się bać. - Wyprowadził ją z przestronnego pokoju i znowu zgasił światło. Weszli kręconymi schodami do części mieszkalnej budynku. - Wszyscy cię będą podziwiać. I słusznie.
- Ciekawe, na czym opierasz swoje przypuszczenia.
- Po prostu znam tę artystkę. Jest genialna.
Jane zaśmiała się. Mąż posadził ją na wielkiej kanapie, pochylił się i lekko pocałował w usta.
- Zaraz wracam.
- Wypuść Rangera z klatki - zawołała za nim. Chodziło jej o ich trzyletniego skundlonego retrievera. - Słyszałam, jak skamle.
- To chyba największe dziecko w całym Teksasie.
- Jesteś zazdrosny? - zaczęła się z nim drażnić.
- Pewnie, że tak - powiedział poważnie, chociaż w jego oczach zalśniły wesołe iskierki. - Drapiesz go za uchem znacznie częściej niż mnie.
Po chwili Ranger wyskoczył z kuchni. Był niezwykle brzydki, ale za to bardzo inteligentny. Jane wzięła go ze schroniska, kiedy był jeszcze szczeniakiem. Prawdę mówiąc, wybrała go dlatego, iż wiedziała, że nikt inny tego nie zrobi. Przy rozmiarach i usposobieniu retrievera, maści spaniela i w dodatku paru cętkach typowych dla dalmatyńczyków, stanowił jedyną w swoim rodzaju mieszankę.
Pies zatrzymał się przy Jane i położył wielki łeb na jej kolanach. Pogłaskała go po łbie i jedwabiście gładkich uszach, a Ranger aż pokazał białka oczu, tak mu było przyjemnie.
- No i co ty na to? - zwróciła się do zwierzaka, myśląc o sennych koszmarach, które powoli niszczyły jej poczucie bezpieczeństwa. - Czy to z powodu dziecka zrobiłam się taka nerwowa? Czy jest może jakaś inna przyczyna?
Ranger zaskomlał w odpowiedzi, a Jane pochyliła się i wtuliła twarz w psi łeb.
- Może jednak zadzwonić do Dave'a? Co ty na to?
Dostrzegła swoje odbicie w szkatułce z lusterkiem, stojącej na stoliku. Było trochę zniekształcone z powodu kąta nachylenia lusterka i skośnych brzegów.
Trochę zniekształcone. To właściwe słowa, pomyślała. Nigdy nie była w stanie patrzeć na siebie inaczej, chociaż dla większości ludzi była zwykłą, dosyć atrakcyjną, ciemnowłosą kobietą. Niektórzy zwróciliby być może uwagę na długą, cienką bliznę, która biegła wzdłuż jej policzka, a nawet uznali, że jest po jakimś liftingu albo czymś w tym rodzaju. A najlepsi obserwatorzy mogliby dostrzec, że jej ładne, brązowe oczy odbijają światło w nieco inny sposób, ale zapewne nie zaprzątaliby sobie tym głowy.
Jednak ona patrzyła na siebie w zupełnie inny sposób. Ze wszystkich sił starała się nie widzieć w lustrze potwornie okaleczonej nastolatki, która nosiła specjalną opaskę na oku, by ukryć okropny, pusty oczodół.
Kolejne operacje plastyczne powoli przywracały jej dawny wygląd, a zrobiona na specjalne zamówienie proteza zastąpiła oko. Ale nie istniała taka gałąź medycyny, która potrafiłaby sprawić, żeby Jane wróciła na dawne miejsce wśród swych rówieśników. Dożywotnio skazana była, by patrzeć na świat inaczej, wiedząc przy tym, że świat też odbiera ją jako inną i dziwną, żeby nie powiedzieć - dziwaczną.
Beztroska, pewna siebie dziewczyna, którą była tamtego marcowego poranka, zniknęła gdzieś na zawsze.
Nie było już powrotu do przeszłości. Ale Jane nie chciała do niej wrócić, nawet gdyby mogła. W ten sposób zmieniłaby cały swój sposób patrzenia na świat i ludzi. A wówczas przestałaby istnieć jako artystka Cameo, jak sygnowała swoje prace.
Nie miałaby prawdopodobnie nic ważnego do powiedzenia.
- Przygotowałem już dla nas herbatę - powiedział Ian, wracając z dwoma kubkami. Postawił je na podkładkach, szturchnął opornego Rangera, żeby się posunął, i usiadł przy żonie.
Przez chwilę w ciszy pili ziołową herbatę. Jane zauważyła, że mąż spogląda w stronę zegara, więc też skierowała tam wzrok. Aż jęknęła.
- Do licha, już po północy!
- Niemożliwe. - Zamrugał, jakby nie mógł uwierzyć własnym oczom. - Cholera, jutro będzie ciężko.
- Już jest jutro - zauważyła, wtuliwszy się w jego bok. - Przynajmniej nabierzemy wprawy, jeśli idzie o nocne karmienia.
Poczuła, że mąż się uśmiechnął.
- Jeśli z tego powodu będziesz miała mniejsze wyrzuty…
Znowu umilkli. Ian pierwszy zdecydował się przerwać ciszę.
- Kiedy powiesz Stacy o dziecku?
Na wspomnienie siostry zagryzła nerwowo wargi i poczuła dziwny chłód. Chciała się jeszcze mocniej przytulić do Iana, ale odsunął się od niej i spojrzał jej w oczy.
- Naprawdę się ucieszy. Zobaczysz.
- Mam nadzieję. Tyle że teraz…
Teraz mam wszystko, czego pragnie moja siostra.
Co gorsza, to Stacy pierwsza chodziła z Ianem.
Jane zrobiło się jej żal. Chciałaby zmienić przeszłość, poznać Iana w innych okolicznościach. Co prawda Stacy chodziła z nim bardzo krótko, ale Jane czuła się trochę tak, jakby ukradła go siostrze.
Przypomniała sobie moment, kiedy ona i Ian powiedzieli Stacy, że chcą się pobrać. Stała przed nimi, jasnowłosa i wysoka niczym skandynawska wojowniczka. Ale wcale nie była tak silna, na jaką wyglądała. Jej mina zdradzała wszystko. Stacy czuła się zraniona i upokorzona.
Bardzo zależało jej na Ianie. Może nawet bardziej niż bardzo.
Ian uścisnął ramię żony.
- Wiem, że to nie jest łatwe, ale chyba najwyższy czas zapomnieć o przeszłości - powiedział. - Powinnyście przynajmniej spróbować.
Ojciec Stacy pracował w policji i został zabity na służbie, kiedy miała zaledwie trzy miesiące. Jej matka wyszła ponownie za mąż i zaszła w ciążę zaraz po tym, jak powiedziała sakramentalne tak.
Urodziła się Jane. I chociaż ojciec zawsze traktował Stacy jak własną córkę i nigdy żadnej z nich nie faworyzował, to jednak jego snobistyczna rodzina z Highland Park nie ukrywała swoich sympatii. Dotyczyło to zwłaszcza jego matki, która rządziła niepodzielnie wśród najbliższych. Jane pamiętała, jak babka powtarzała, że płynie w niej "dobra krew". Myślała, że spali się wtedy ze wstydu, zwłaszcza jeśli była przy tym Stacy.
Było im łatwiej, kiedy rodzice jeszcze żyli, bo Stacy nie potrzebowała wtedy wsparcia babki Killian. Mogła ją ignorować. Ale kiedy sześć lat temu oboje zmarli, ojciec na zawał, a wkrótce potem matka z powodu wylewu, Jane i Stacy zostały same. Mogły liczyć tylko na siebie i na babkę.
Oczywiście teraz siostra miała sto powodów, żeby znienawidzić Jane. Choćby to, że odziedziczyła po zmarłej przed rokiem babce większą część majątku Killianów.
Stacy nie dostała nic. A przecież ojciec Jane był również jej ojcem, chociaż nie biologicznym.
Gdybyśmy tylko mogły o tym zapomnieć! - pomyślała Jane, żałując, że nie jest z siostrą tak blisko, jak to zwykle bywa w rodzinie. Gdybym tylko wpadła na to, jak do niej dotrzeć! - zastanawiała się nie wiedzieć który już raz. Kiedy zaproponowała Stacy, że da jej połowę majątku, siostra tylko wpadła w złość. Wiedziała, że babka jej nie kochała. Nie przyjęłaby od niej nawet centa.
- Przestań - powiedział delikatnie Ian.
- Słucham?
- Przestań winić siebie za to, co zrobiła twoja babka.
- Wydaje ci się, że właśnie o tym myślałam?
Ian potrząsnął głową i zaśmiał się cicho.
- Wcale mi się nie wydaje. Ja to wiem. Znam wszystkie twoje sekrety, kochanie.
- Wszystkie?
- Oczywiście.
- I jak zamierzasz wykorzystać tę wiedzę?
Pochylił się w jej stronę tak bardzo, że niemal dotknął ustami jej warg.
- Sama zobaczysz.
Dopiero później, kiedy Ian zasnął u jej boku, Jane uświadomiła sobie, że nie spytała go, dlaczego wychodził tak późno na dwór.
Poniedziałek, 20 października 2003 r.
12.20
Śledcza Stacy Killian rozejrzała się dookoła. Miała przed sobą ekskluzywny pokój hotelowy, ofiarę na łóżku, a nieco dalej stał jej partner, Mac McPherson, i rozmawiał z zastępcą koronera. Policyjny fotograf oraz ludzie z ekipy technicznej kręcili się wokół, robiąc, co do nich należało.
Wiadomość o morderstwie dotarła do nich równo o dwunastej, musieli więc przerwać lunch. Niektórzy zabrali go ze sobą - były to zwykle hamburgery z frytkami albo przyniesione z domu kanapki. Część członków ekipy kończyła je teraz pospiesznie, ale co wrażliwsi nawet nie tknęli jedzenia.
Ofiarom morderstw w ogóle brak taktu i wyczucia chwili.
Zapach frytek i hamburgerów unosił się na korytarzu. Stacy z perwersyjną przyjemnością pomyślała, że pracownicy hotelu muszą aż się skręcać, czując woń zupełnie niepasującą do eleganckiego wnętrza. Sztywniak w apartamencie to jedna sprawa, ale zapach fast foodów na korytarzu tym bardziej nie mógł ich ucieszyć.
Stacy nie miała cierpliwości do tych niuchaczy.
Kiedy weszła do pokoju, parę osób skinęło jej głową. Pozdrowiła je również i ruszyła w stronę swego partnera, czując, że jej stopy toną w gęstym, żółtawym dywanie.
Przesunęła wzrokiem po ekskluzywnym wnętrzu, starając się zapamiętać szczegóły: to, że ciężkie kotary były szczelnie zasunięte, to, że na stylowym biurku pod oknem były świeże kwiaty, a obok nich taca z truskawkami w czekoladzie, a także do połowy opróżnioną butelką szampana.
Woń irysów i lilii nie była jednak w stanie przytłumić zapachu śmierci. Z martwego ciała wydzielały się czasami płyny i gazy, zwłaszcza jeśli śmierć była gwałtowna. Stacy zmarszczyła nos, ale nie próbowała unikać smrodu, jak to często robili niedoświadczeni policjanci. Po paru minutach powinna przyzwyczaić się do trupiego zapachu.
W najgorszych przypadkach, kiedy ciało znajdowało się już niemal w całkowitym rozkładzie - lub gorzej, kiedy zanurzono je w ciepłej wodzie - smród był tak intensywny, że nie można było do niego przywyknąć, nawet jeśli rozsmarowało się pod nosem parę kropel środka vicks. Przesiąkało nim dosłownie wszystko, nawet włosy. Każdy policjant z Wydziału Zabójstw miał w szafce cytrynowy szampon i zmianę ubrania na wszelki wypadek.
Stacy zatrzymała się przy szafie, włożyła lateksowe rękawiczki, otworzyła drzwi z lustrem i zajrzała do środka. Wisiały tam popielaty damski kostium i bluzka z białego jedwabiu. Bardzo modne. I bardzo drogie. Sprawdziła metkę - Armani. Na górnej półce stała para popielatych czółenek. Również bardzo drogich.
- Hej, Stacy.
Obróciła się do Maca i skinęła głową. Mimo trzydziestki zachował radosny uśmiech i wyraz oddania w oczach. Parę tygodni wcześniej McPherson przeniósł się z obyczajówki i został partnerem śledczej Killian.
Jak twierdzili faceci, z którymi wcześniej pracowała, nic gorszego nie mogło mu się przytrafić. Stacy była znana jako najbardziej zimna i bezwzględna wiedźma w całej policji w Dallas. McPherson musiał być pechowcem, skoro trafił w jej łapska.
Sama już dawno przestała się przejmować podobnymi opiniami. Zresztą doskonale wiedziała, że w typowo męskim wydziale grzeczna dziewczynka nie miałaby żadnych szans. Kobieta musiała tu walczyć, by jej nie zadeptano. A ona starała się tylko dobrze wykorzystać swoje możliwości i nie poddawać się słabościom. I rzeczywiście potrafiła być twarda.
Większość jej kolegów uważała, że kobiety dzielą się na cztery kategorie: ofiary, kurwy, lale i wiedźmy.
Przy tak niewielkim wyborze wolała już, by nazywano ją wiedźmą.
Poza tym była dobrą policjantką i zdążyła już odnieść sporo sukcesów. Nawet byli partnerzy Stacy musieli to przyznać.
Mac przeszedł przez pokój i stanął przy niej.
- Gdzie byłaś? Przyjęcie już dawno się zaczęło.
- Czekała, aż jej wyschnie lakier - rzucił facet z ekipy technicznej, głupek, który nazywał się Lester Bart. - Tak jest zawsze.
- Odpierdol się - mruknęła nieporuszona.
- Prawda boli.
- To ciebie zaboli, jak cię kopnę w tyłek. Więc mnie lepiej nie wkurzaj.
Bart pochylił się mocniej nad odciskami palców, które właśnie zdejmował.
Mac wskazał kostium na wieszaku.
- Niezłe wdzianko.
Stacy nie odpowiedziała, tylko wciągnęła ostrożnie powietrze, a potem ruszyła w stronę łazienki. Mac poszedł za nią.
- Nie jesteś specjalnie rozmowna, co? - zagadnął znowu.
- Nie, nie jestem.
Rozejrzała się po wnętrzu. Na szafce stała solidna torba podróżna. Ręczników nie używano. Poza tym znajdował się tam nietknięty zestaw hotelowy, który leżał na tacy pod lustrem.
Podeszła do torby i zaczęła przeglądać zawartość. Odżywki, kremy, perfumy. Maść nawilżająca. Prezerwatywy. Wibrator. Parę długich, jedwabnych pasków, zapewne do zawiązywania oczu w czasie miłosnych igraszek.
Rozrywkowa panienka, w dodatku przygotowana na różne ewentualności, pomyślała Stacy.
- Ale zestaw. - Mac aż gwizdnął. - Prawdziwa harcerska szkoła przetrwania.
Spojrzała na partnera, rozdrażniona tym, że jego myśli powędrowały tym samym torem. Stał w drzwiach. Jego szerokie ramiona zajmowały niemal całą wolną przestrzeń.
- To ma być żart? - Zmarszczyła brwi.
- A co, nie podoba ci się?
Stacy wykonała gest w stronę pokoju.
- Chciałabym przejść.
Mac zawahał się, ale potem przesunął się na bok. Kiedy przechodziła, złapał ją za ramię i przytrzymał.
- Zawsze z ciebie taka cholera, Killian?
- Taa… - Spojrzała wymownie na jego rękę. - Jeśli ci się nie podoba, możesz złożyć podanie o zmianę partnera.
- Nie chcę… - Mac urwał i puścił jej ramię. - Dobrze, jak uważasz.
Stacy wyszła z łazienki i zbliżyła się do łóżka, na którym leżała ofiara. Była to biała kobieta. Jej ubiór wskazywał, że najpewniej spodziewała się gorącej schadzki. Miała na sobie przylegający do ciała szlafroczek z czarnej satyny, czarne stringi i skąpy biustonosz w tym samym kolorze oraz pończochy przypięte do pasa. Szlafroczek nie był zawiązany, gdyż zabójca udusił ją paskiem. Niegdyś ładna twarz nabiegła krwią i nabrała ciemnoczerwonej barwy, a wargi oraz powieki były pokryte wybroczynami powstałymi na skutek małych wylewów spowodowanych ciśnieniem krwi w naczyniach.
Wyglądała na trzydzieści lat, chociaż mogła być starsza. Miała zadbaną, gładką skórę, dobrze utrzymane i pomalowane na bladoróżowo paznokcie, a także modną fryzurę z pasemkami. Pierwsza klasa. Nawet po śmierci wyglądała, poza twarzą oczywiście, jak bogata modelka z żurnala.
Stacy spodziewała się czegoś takiego po osobie, która mogła lekką rączką wydać dwieście pięćdziesiąt dolców dziennie za pokój w hotelu.
- Plastikowe cyce - stwierdził Mac. Chodziło mu oczywiście o implanty.
Stacy skinęła głową. Była przyzwyczajona do niezbyt eleganckiego języka. Przysunęła się bliżej łóżka i wyjęła notes, w którym zaznaczyła pozycję ciała i ustawienie sprzętów w pokoju. Wiedziała, że Mac ma już swój szkic, starała się jednak nie ominąć żadnego szczegółu, a na koniec zapisała datę i dokładny czas.
Kiedy skończyła, spojrzała na partnera.
- Co już zebrałeś?
- Nazywała się Elle Vanmeer. Pokojówka…
- Czy dokumenty to potwierdzają?
- Tak jest. Sprawdziłem w papierach. Osobiście.
Udawała, że nie dostrzega jego irytacji.
- Co jeszcze?
- Znalazła ją pokojówka, kiedy przyszła posprzątać. Była przekonana, że pokój jest już wolny. Natychmiast zawiadomiła kierownika hotelu, a ten zadzwonił do nas.
- Torebka? Portfel? Biżuteria?
- Wszystko zebrane. Miała przy sobie sporo kasy. - Spojrzał na ofiarę, a potem na Stacy. - Nie zamordowano jej w celach rabunkowych.
- Nie, do cholery. Znała zabójcę i mu ufała. Zaplanowali tu spotkanie, żeby się zabawić. - Jeszcze raz rozejrzała się po hotelowym pokoju. - To musiał być ktoś, kto pasował do tego świata. Ktoś, kto się obracał w podobnych kręgach.
- Z jej prawa jazdy wynika, że mieszkała przy Hillcrest Avenue. Niezły bajer.
Highland Park. Najbardziej prestiżowa dzielnica Dallas. Najstarsze pieniądze w mieście. Prawdziwa arystokracja.
Stacy wydęła wargi.
- Założę się, że była mężatką lub on był żonaty. Może obydwoje mieli rodziny.
- Nie nosiła obrączki - zauważył Mac.
Miał rację. Na serdecznym palcu ofiary nie widniał nawet wiele mówiący jaśniejszy pasek.
- Więc pewnie on.
- Może to ciota.
Te słowa pochodziły od Lestera. Stacy obróciła się w jego stronę.
- Słucham?
- No wiesz, lesba.
- Jesteście obrzydliwi, wiecie?
- Lubisz takie popieprzone kobietki, co, Stacy? Czy chciałabyś nam coś wyznać?
Już słyszała te szepty w kuluarach budynku policji: "Wiesz, ta Killian to lesbijka. Dlatego tak niszczy facetów".
Cóż, świetnie.
- Uważam po prostu, że niektóre określenia są obraźliwe. Wy też byście tak myśleli, gdyby zostało w was coś ludzkiego.
- Dobra, zamknij się, Lester - warknął Mac. - Mamy tu robotę.
Bart poczerwieniał. Otworzył usta, jakby chciał się kłócić, jednak odpuścił i nie powiedział ani słowa. Za to paru ludzi złośliwie się roześmiało. Stacy nie miała wątpliwości, czyją trzymają stronę. Cóż, Macowi jeszcze się za to dostanie.
Ale nie był to już jej problem.
Mac wskazał Elle Vanmeer.
- Być może masz rację, ale w grę wchodzi też inny scenariusz - powiedział. - Może to po prostu kochankowie, którzy chcieli uczcić jakąś okazję. Rocznicę spotkania czy urodziny. A może coś związanego z interesami. Wieczór w hotelu miał być częścią uroczystości.
- Możliwe. - Skinęła głową. - Chociaż nie odnoszę takiego wrażenia.
- A jeśli facet był żonaty, mogło tak się zdarzyć, że żona go ubiegła…
Stacy starała się to sobie wyobrazić.
- Niewykluczone, ale żeby kogoś udusić, trzeba sporo siły. To nie takie proste. - Spojrzała w stronę zastępcy koronera. - Słuchamy, Pete.
Pete Winston, mały łysiejący facecik, który bardziej wyglądał na księgowego niż sądowego patologa, zgarbiony stał u wezgłowia łoża. Teraz spojrzał na Stacy i Maca.
- Nie żyje od dziesięciu, dwunastu godzin. Wybroczyny na twarzy wyraźnie wskazują, że ją uduszono, co chyba i tak jest jasne. Więcej będzie można powiedzieć dopiero po sekcji zwłok.
- Czy przed śmiercią odbyła stosunek? - spytała z nadzieją Stacy. Gdyby ofiara uprawiała seks, można by ustalić DNA mężczyzny na podstawie spermy albo włosów łonowych.
- Na razie nie wiem. Ma na sobie majtki, ale to jeszcze nic nie znaczy. - Wyprostował się i podszedł do nich. - Spójrzcie na to. - Palcem w rękawiczce wskazał szereg malutkich blizn wzdłuż brzucha, na biodrach, a także na wewnętrznej i zewnętrznej stronie ud. - Odsysanie tłuszczu. I jeszcze to. - Jego palec powędrował w stronę linii włosów i szczęki, gdzie też znajdowały się miniaturowe blizny. - Robiła sobie również lifting.
- Dzisiejsze kobiety - westchnął Lester. - Umówisz się z taką, no i antykwariat. Ona antyk, a ty wariat, że taką pieprzysz. - Zaśmiał się.
Paru facetów też zarechotało, natomiast Stacy posłała Bartowi pełne zniecierpliwienia spojrzenie. Po chwili jednak wróciła do rozmowy z Pete'em.
- Może coś jeszcze? - spytała.
- Jeśli nawet, to niewiele. - Zdjął rękawiczki. - Oficjalny raport będzie gotowy jutro o ósmej.
- Jutro rano? Daj spokój, Pete, przecież tu chodzi o morderstwo. Każda minuta jest ważna. Sam wiesz, że…
Przerwał jej, podnosząc rękę.
- Mam paru nieboszczyków do załatwienia. Tym razem będziecie musieli zaczekać na swoją kolej.
- Tak, oczywiście. - Stacy uniosła dłonie, jakby się poddawała. - Nie ma przecież nic ważniejszego niż kolejka. Bez znaczenia, że tę biedną kobietę zamordował ktoś, komu ufała. Bez znaczenia, że zabójca może nam uciec albo zniszczyć dowody… Kolejka przede wszystkim!
Pete pokręcił głową.
- Dobra, spróbuję zająć się tym wcześniej. Ale uważaj, bo to pewnie będzie w środku nocy. Mogę cię obudzić z głębokiego snu.
Stacy posłała mu słodki uśmiech.
- Jesteś kochany, Pete. Dzięki.
Poniedziałek, 20 października 2003 r.
12.45
Rick Deland, kierownik hotelu, był głęboko wstrząśnięty, o czym między innymi świadczyła jego chorobliwie zielonkawa twarz. Stacy wiedziała jednak, że miał ku temu powód, przecież w jednym z pokoi leżała martwa kobieta. W dodatku w hotelu pełno było policji, która zadawała niedyskretne pytania, naciskała, by Deland udostępnił kasety z kamer ochrony, a także listę gości wraz ze zgodą na jej wykorzystanie.
- La Plaza dba o ciszę i dyskrecję - wyjaśniał cierpliwie. - Tego właśnie oczekują nasi klienci. Mamy tu wiele osób z dużymi pieniędzmi, które wolałyby pozostać anonimowe. Gdybym przekazał wam ich nazwiska, złamałbym niepisaną zasadę obowiązującą w naszym hotelu. A poza tym narobiłbym sobie masę kłopotów.
Stacy przyjrzała się uważnie ciemnowłosemu kierownikowi. Przeciętniak po czterdziestce, w eleganckim garniturze, stwierdziła. Chyba rzeczywiście potrafi się wtopić w tło i być niezauważalny dla swoich klientów. Kiedy trzeba, jest pewnie niezłym dyplomatą i zawsze dba o dobre maniery. Zastanawiała się przez chwilę, ile może zarabiać. Mogła się założyć, że znacznie więcej niż oficer policji z Dallas. Nawet taki z dziesięcioletnim doświadczeniem.
Jednak Deland nie zdawał sobie sprawy, z kim ma do czynienia.
Stacy nie przywykła do odmownych odpowiedzi.
- Niestety, przykro mi to stwierdzić, ale zamordowano właśnie jedną z pańskich klientek.
- Tak, to niefortunne zdarzenie, ale nie wiem, jak mógłbym…
- Dobrze usłyszałam, niefortunne? - Popatrzyła na niego zimno. - Więc uważa pan morderstwo jedynie za niefortunne zdarzenie?
- Przepraszam, użyłem złego słowa. - Spojrzał na stojącego za nią Maca. Widząc, że z jego strony też nie otrzyma wsparcia, znowu skierował wzrok na Stacy. - Bardzo mi z tego powodu przykro.
- Rozmowa nic nie kosztuje, panie Deland. - Pochyliła się w jego stronę. - A może któryś z pańskich gości coś lub kogoś widział? Może ktoś coś słyszał? Musimy się tego dowiedzieć. W takich sprawach większość zabójców udaje się złapać w ciągu czterdziestu ośmiu godzin. Chyba że ktoś… - spojrzała wymownie na kierownika - pozwoli im uciec.
- Właśnie, panie Deland - poparł ją Mac. - Wraz z upływem czasu zmniejszają się szanse na wykrycie mordercy. Proszę nam pomóc w naszej pracy.
- Czy nie przyszło panu do głowy, że mógł to zrobić któryś z pracowników hotelu? - wtrąciła Stacy.
Deland zrobił pełną przerażenia minę.
- Moich pracowników?! Po co ktoś miałby…? - Urwał i potrząsnął głową.
- Nie pomyślał pan, że mają wszędzie dostęp? - drążyła Stacy. - Do wszystkich hotelowych pomieszczeń, włączając w to pokoje gości.
Kierownik raz jeszcze potrząsnął głową.
- Sprawdzamy referencje wszystkich nowych pracowników, poza tym poddajemy ich testom na narkotyki. Mogę ręczyć, że nikt z moich ludzi nie był w to zamieszany.
Na Stacy deklaracja kierownika hotelu nie zrobiła większego wrażenia.
- W pokoju denatki zauważyłam truskawki w czekoladzie i pół butelki szampana. Czy to wszystko dostarczyła obsługa?
- Tak, zaraz po przybyciu gościa. To właśnie czyni La Plazę wyjątkowym hotelem.
- I pewnie dodatkowo kosztuje?
- Tak, oczywiście.
- Były tam również świeże kwiaty. Czy to należy do standardowego serwisu?
- Nie, ale można je zamówić. Mógł też je przysłać ktoś z zewnątrz.
Stacy i Mac wymienili spojrzenia. Zauważyła, że jej partner jest podniecony, co jej nie zdziwiło, bo sama też była podekscytowana. Sprawa wydawała się prosta. Kochanek najpierw przysyła kwiaty, potem zjawia się na umówioną randkę. Jednak z niewiadomego powodu dochodzi do kłótni. Mężczyzna traci panowanie nad sobą i… Gdyby kwiaty zaprowadziły ją wprost do zabójcy, mogłaby odfajkować kolejną sprawę.
Aż trudno w to uwierzyć, ale większość przestępstw popełniana była bezmyślnie, często nawet wbrew elementarnej logice.
- Może pan to sprawdzić?
- Oczywiście. Mam tutaj rachunek pani Vanmeer. - Zaczął się przyglądać kolejnym pozycjom. - O, jest opłata za kwiaty. - Dostrzegł rozczarowanie na twarzach śledczych. - Bardzo mi przykro.
- Mogę zobaczyć ten rachunek?
- Oczywiście. - Podał jej kartkę. - Przy jej nazwisku jest chorągiewka.
- Chorągiewka? Co to znaczy?
- Że gość jest wyjątkowy.
- Często tu się zjawia? Czy może jest bardzo bogaty?
- Chodzi o kogoś, kto zatrzymał się u nas już parę razy i wiadomo, jakiego pokoju i obsługi oczekuje.
- Pokój dla palących lub niepalących, rodzaj łóżka. O takie sprawy chodzi, prawda? - wtrącił Mac.
- Właśnie. - Kierownik uśmiechnął się do niego. - Na przykład wielu gości życzy sobie poduszek z poliestrem zamiast pierza, czekoladowych batonów lub wody perrier, tego rodzaju rzeczy.
Stacy cały czas notowała. Kiedy Deland skończył, spojrzała mu w oczy.
- A co chciała mieć w swoim pokoju pani Vanmeer?
Deland podniósł słuchawkę i poprosił do telefonu Marthę. Wypytał ją o wszystko, a następnie podziękował i zakończył rozmowę.
- Już wiem. Pani Vanmeer zażyczyła sobie ciętych kwiatów, a także pół butelki szampana, najlepiej white star, i truskawek w czekoladzie. Chciała też mieć pokój z dużym jacuzzi i podświetlanym lustrem w łazience. Obsługa miała też usunąć stamtąd wagę.
Stacy pomyślała o bliznach, które pokazał jej Pete. Elle Vanmeer musiała mieć obsesję na punkcie swojego wyglądu. I z pewnością wiązało się z tym wiele jej obaw.
- Lustro i waga - mruknął Mac. - Dziwne.
- Może dla pana. Ale w naszym hotelu staramy się spełniać wszystkie zachcianki gości.
Stacy popatrzyła na Maca, który przewrócił oczami, a następnie znowu zwróciła się do kierownika:
- Często się u was zatrzymywała?
Zawahał się, a potem skinął głową.
- Parę razy w miesiącu.
- Z mężem?
- O ile nam wiadomo, była rozwiedziona.
- Czy pani Vanmeer zawsze spotykała się z tym samym mężczyzną?
- Nie wiem. Nie mieszam się w sprawy naszych gości.
- A w co się pan miesza?
- Słucham?
Stacy uśmiechnęła się lekko.
- Czy rozpoznałby pan któregoś z przyjaciół pani Vanmeer?
- Co takiego? Nie. Może ktoś z obsługi…
- Albo z gości.
Na jego policzkach zakwitły rumieńce.
- Dobrze, dam wam te kasety. Ale nie listę gości.
- Możemy załatwić nakaz sądowy.
- Proszę bardzo. Na pewno go nie dostaniecie. A jak zauważę, że molestujecie moich gości, to wylecicie na zbity pysk z pracy.
Stacy z wściekłością zmrużyła oczy.
- Szkoda by było, gdyby dziennikarze dowiedzieli się wszystkiego o tym morderstwie - syknęła. - Już widzę te nagłówki: "Seks i śmierć w La Plazie". "Morderstwo w luksusowych wnętrzach". To nie byłaby chyba dobra reklama…
Rick Deland zerwał się na równe nogi.
- Czy to są groźby?! Bo jeśli tak…
- Jasne, że nie - rzucił Mac i gestem nakazał, żeby usiadł. - Tylko tak się składa, że porucznik Killian traktuje poważnie swoją pracę. Powinien pan to zrozumieć.
- Tak, oczywiście. Sam jestem głęboko wstrząśnięty tym, co się stało, jednak moi goście nie mają z tym nic wspólnego.
- Cieszę się, że tak bardzo ufa pan swoim gościom. Ale przed chwilą zapewniał pan też, że nie zrobił tego nikt z obsługi. Więc kto nam zostaje? Krasnoludki? Królewna Śnieżka?
Deland znowu się zaczerwienił.
- Mogłaby pani sobie darować ten sarkazm, pani porucznik. Robię, co mogę, żeby wam pomóc, ale przede wszystkim powinienem być lojalny wobec swoich gości.
- Elle Vanmeer też była pańskim gościem. A teraz nie żyje. Zamordowano ją w tym pańskim cudow…
- Dziękujemy za pomoc - przerwał Mac i stanął między nią a Delandem. - Jesteśmy wdzięczni za dostęp do kaset. - Wyciągnął dłoń do kierownika. - Mam nadzieję, że jeśli znajdziemy na nich coś podejrzanego, to nie odmówi nam pan swojej pomocy.
Deland uścisnął jego prawicę.
- Oczywiście.
- Dziękuję. Kiedy dostaniemy kasety?
- Zaraz je przyniosę.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi, Stacy z wściekłością obróciła się do Maca.
- Cholera! Po co się do tego mieszałeś?
- Chciałem rozładować atmosferę.
- Już go prawie miałam! - wściekała się.
- Wcale nie musi nam dawać tych kaset, Stacy. Mógł zażyczyć sobie nakazu sądowego i bylibyśmy ugotowani.
- Chcę mieć wszystko. Przycisnę drania, tak że…
- Jeszcze chwila, a wykopsałby nas ze swojego biura. I musielibyśmy czekać. Doskonale wiesz, że w takich sprawach liczy się każda minuta.
Mac miał rację. Zdawała sobie z tego sprawę równie dobrze jak on. I dlatego była jeszcze bardziej wkurzona.
- Dobra, jak uważasz.
McPherson zmarszczył brwi.
- O co ci chodzi, Stacy? Nic nie rozumiem…
- Naprawdę? - Założyła ręce na piersi. - Sądzisz, że powinnam się tym przejąć?
- Dlaczego się tak zachowujesz? Czy chcesz wszystkich do siebie zniechęcić?
- Jestem dobrym gliną. Staram się być twarda i dokładna. A jeśli masz jakieś problemy, to powinieneś je omówić z kapitanem.
- Nie mam żadnych… - Urwał i spojrzał na nią wyraźnie przybity. - Stacy, podoba mi się twój styl pracy. I to, jak poważnie wszystko traktujesz. Podziwiam też to, jak potrafisz łączyć fakty i dochodzić do logicznych wniosków.
- Proszę, proszę, facet, który mnie podziwia. Ale mi się trafiło.
Potrząsnął głową, jakby chciał odrzucić jej pełne drwiny słowa.
- Dlaczego tak mówisz? Czemu nie miałbym cię podziwiać?
- Bo to nie jest żaden podziw. Wiem, że czegoś ode mnie chcesz. Tylko czego?
Przez chwilę milczał.
- To prawda - powiedział z westchnieniem. - Chcę, żebyś mnie traktowała jak człowieka. I współpracownika. Swojego partnera.
- A jak cię niby traktuję?
- Jak rekruta przygłupa, którym można pomiatać. - Pochylił się w jej stronę. - To prawda, że nie pracowałem w Wydziale Zabójstw, ale w policji pracuję dłużej niż ty. I to prawda, że jesteś świetna, ale ja też mam coś do zaoferowania.
- Tak uważasz? Cóż, zobaczymy.
Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale właśnie w tym momencie w biurze pojawił się Rick Deland z potężnie zbudowanym mężczyzną z szopą siwych włosów. Przedstawił go jako Hanka Barrowa, szefa hotelowej ochrony.
- Miło mi. - Barrow uścisnął dłonie śledczych. - Jak rozumiem, zgodziliśmy się udostępnić te kasety policji.
- Właśnie. - Mac skinął głową. - Naprawdę doceniamy ten gest.
- Niestety, mam złą wiadomość. - Ochroniarz spojrzał na szefa, a potem znowu na Maca i Stacy. - Kamery w windzie działały, ale ta na ósmym piętrze nie.
- Cholera! Zepsuła się?
- Niezupełnie. Chodzi o to, że staramy się, by kamery były prawie niewidoczne. Na ósmym piętrze mieliśmy tylko jedną, za sztucznym fikusem w doniczce. Wygląda na to, że sprzątaczka w taki sposób przestawiła go w czasie odkurzania, że zasłaniał liśćmi obiektyw kamery, więc na filmie nic nie widać. Prawdę mówiąc, to się zdarzało już wcześniej.
Stacy zmarszczyła brwi.
- I dopiero teraz to zauważyliście?
- Cóż, kamery zainstalowaliśmy tylko z uwagi na przepisy. Nigdy nie mieliśmy nawet kradzieży, nie mówiąc już o morderstwach.
- Jak długo przechowujecie materiały na kasetach?
- Czterdzieści osiem godzin.
Stacy pomyślała, że mają do czynienia z wyjątkowo sprytnym przestępcą. Musiał wiedzieć, gdzie znajdują się kamery i jak do nich dotrzeć.
Jeśli jednak miała rację, było to morderstwo z premedytacją, a nie zabójstwo w afekcie.
- Mam też dobrą wiadomość. Działały kamery na wszystkich klatkach schodowych. Przyniosłem te nagrania.
Znaczyło to, że zbrodniarz nie mógł całkiem ominąć kamer. Musiał się znaleźć w jednej z nich.
- Oczywiście jest tu sam obraz, bez dźwięku.
- Rozumiem.
- Muszę też ostrzec, że znajduje się na nich parę szokujących scen. Wielu gości nie domyśla się obecności kamer i…
- A niektórzy zachowują się tak, bo wiedzą - rzuciła sucho Stacy. - Mimo wszystko dziękuję za ostrzeżenie.
Poniedziałek, 20 października 2003 r.
14.00
Wydział Zabójstw mieścił się w centrum Dallas, w Urzędzie Miasta na rogu Commerce Street i Harwood Street. Budynek stanowił klasyczny przykład państwowej budowli - był szary i ponury, ale funkcjonalny. Na parterze płaciło się mandaty i ustalało terminy kolegiów związanych z wykroczeniami drogowymi. Na pierwszym i drugim piętrze odbywały się rozprawy, poza tym znajdowała się tam kwatera główna policji, a także biura różnych oficjeli. Wydział Zabójstw mieścił się na drugim. W budynku Urzędu Miasta bez przerwy było pełno pracowników i petentów.
Omijali z McPhersonem różne grupki ludzi, z których większość kierowała się w stronę wind lub wyjścia. Do Stacy docierały fragmenty rozmów, niektóre po angielsku, inne znów po hiszpańsku.
- Hijo de una perra!
Ponieważ przez całe życie mieszkała w Teksasie, rozumiała i mówiła po hiszpańsku. Dżentelmen, który tuż nad jej uchem wyzwał kogoś od sukinsynów, musiał mieć wyjątkowo zły dzień.
Oczywiście nie było to niczym nowym w tym budynku. Jeśli ktoś tu przychodził, to tylko dlatego, że wdepnął w jakieś gówno. W najlepszym przypadku miał być świadkiem w czyjejś sprawie, co też nie należało do przyjemności.
Jeśli chodziło o nią i o Maca, to przyszli tu w związku z morderstwem.
Nieprzyjemna sprawa. Można powiedzieć, że też mieli zły dzień.
Stacy poczuła zapach drogich perfum, który zmieszał się nieprzyjemnie z wonią potu i odorem papierosów, pochodzącym od jakiegoś namiętnego palacza. Dallas, miasto bogaczy i biedaków, tych ze świecznika i tych ze śmietnika. To prawda, że zwykle się nie kontaktują, ale i tak w końcu spotykają się właśnie w tym miejscu.
Przywitali się z oficerem, który stał obok informacji, i skierowali się do windy. Drzwi ze stali nierdzewnej z pionowym rzędem złotych gwiazdek otworzyły się bezszelestnie i mogli wejść do środka.
Mac spojrzał na Stacy.
- No i co teraz?
- Opowiemy wszystko kapitanowi i poprosimy, żeby przydzielił nam pomoc do tych kaset - odparła. - Morderca jest na jednej z nich. Musimy go dopaść.
Winda zatrzymała się na drugim piętrze. Wysiedli. Przed nimi widniał napis: "Wejście tylko dla osób upoważnionych". Przy ścianie naprzeciwko windy stał rząd starych, połamanych lub powykręcanych krzeseł. Jeśli jakieś się psuło, policjanci odstawiali je do tej trupiarni. I tak tu tkwiły.
Przeszli do swego wydziału i odebrali wiadomości, które dotarły tu, gdy ich nie było. Stacy zaczęła przeglądać swoje.
- Jest kapitan? - nie podnosząc głowy, spytała sekretarkę.
- Mm, u siebie. - Dziewczyna, jak przystało na sekretarkę, miała na imię Kitty. Kiedy strzeliła gumą do żucia, Stacy wreszcie na nią spojrzała. Zauważyła, że guma jest różowa, podobnie jak sweterek z angory i szminka.
- Jest sam?
- Tak. Czeka na ciebie. O, cześć, Mac. - Sekretarka wyraźnie się ożywiła i poprawiła fryzurę.
- Cześć, Kitty. Jak się miewasz?
- Rrrewelacyjnie. - Przeciągnęła "r", które zabrzmiało niczym mruczenie kota.
Stacy przewróciła oczami.
- Cieszę się. To na razie, musimy lecieć.
Odwrócili się i podeszli do drzwi szefa. Kiedy Stacy uznała, że Kitty nie może ich słyszeć, zamrugała oczami i powiedziała:
- Rrrewelacyjnie.
Mac wzruszył ramionami.
- Jest jeszcze bardzo młoda.
- Więc czemu się rumienisz? - rzuciła ze śmiechem.
- Hej, Killian, McPherson! Musimy pogadać.
Ta odzywka doleciała od Beane'a, jednego ze śledczych. Jego partner, Bell, stał obok. Obaj policjanci, znani w wydziale pod wdzięcznym pseudonimem BeBe, wyglądali, jakby przeżyli ciężki ranek.
- Tak? O co chodzi? - Stacy od razu zauważyła, że żartują, ale zdecydowała się podjąć grę.
- Jak to się stało, że wy byczyliście się w La Plazie, kiedy my musieliśmy się męczyć ze sztywniakiem na Bachman Transfer Station?
Bachman Transfer było jednym z trzech wielkich śmietnisk Dallas.
- Tak, to się czuje. - Stacy zmarszczyła nos. - Na waszym miejscu coś bym z tym zrobiła.
- To jest dyskryminacja i cholerny seksizm - żołądkował się Bell. - To dlatego, że jesteś kobietą.
- Daj spokój, stary. - Mac nie mógł powstrzymać chichotu. - Po prostu jesteś zazdrosny.
- Beane niedługo idzie na emeryturę. Zobaczycie, że też znajdę sobie jakąś laskę.
- Tak, do podpierania się - skomentowała Stacy.
Wciąż roześmiani, zapukali do drzwi szefa. Tom Schulze pracował w Wydziale Zabójstw od dwudziestu lat. Był twardym, ale sprawiedliwym zwierzchnikiem. Stacy szanowała go za bezbłędny instynkt, ale napawał ją lękiem, kiedy wpadał w złość. Współczuła też wszystkim, którzy mu podpadli, co zresztą nigdy nie działo się bez istotnej przyczyny. Tyle że wtedy, w sensie dosłownym, stawali się ofiarami szefa.
Weszli do środka, nie czekając na zaproszenie. Kapitan rozmawiał przez telefon, ale dał im znak, żeby się rozgościli. Mac usiadł, Stacy wolała stać.
Schulze po chwili zakończył rozmowę. Stacy znała go już dziesięć lat. W tym czasie jego rude włosy przerzedziły się i pokryły siwizną, ale oczy zachowały intensywny błękit i dawny, trochę drapieżny wyraz. Szef spojrzał na nią.
- No, kawa na ławę.
- Ofiara to Elle Vanmeer - zaczęła. - Wygląda na to, że ją uduszono. Pete ma dzwonić w nocy.
Kapitan uniósł nieco brwi, ale pozostawił to bez komentarza.
- Co jeszcze?
- Zameldowała się wczoraj wieczorem, koło ósmej - powiedział Mac. - Była sama. Sprzątaczka znalazła ją dzisiaj piętnaście po jedenastej. Kierownik nie pozwolił nam przeszukać innych pokojów i przesłuchać gości.
Stacy, by uprzedzić gniewną reakcję szefa, szybko dodała:
- Ale mamy od niego taśmy wideo z klatek schodowych i wind.
- Ile ich jest?
- Dwie dla gości i jedna służbowa. I trzy klatki schodowe.
Kapitan Schulze zastanawiał się przez chwilę.
- Niezależnie od tego, kiedy Pete skończy badania, i tak trzeba przejrzeć ponad piętnaście godzin filmu z każdej windy. To samo z klatkami schodowymi.
- Pete uważa, że panią Vanmeer zabito jakieś dziesięć, dwanaście godzin przed naszym przybyciem.
- To trochę lepiej.
- Wygląda na to, że bywała tam dosyć często. Zawsze zamawiała świeże kwiaty, szampana i truskawki w czekoladzie.
- Po co przyjeżdżała?
- Wydaje mi się, że spotykała się w La Plazie z kochankiem. Podejrzewam, że albo jedno z nich, albo oboje mieli małżonków.
- Prawie nie miała bagażu - dodał Mac. - To wyraźnie wskazuje, że chodziło o seks.
- Myślicie, że zabił ją kochanek?
- Tak. - Stacy spojrzała na Maca. - Albo zazdrosny mąż czy narzeczony.
- Potrzebujecie pomocy przy tych taśmach?
- Tak, panie kapitanie.
- Dobrze, przydzielę wam Campa, Riggia, Falona i…
- Falon jest chory na grypę - powiedział Mac. - Moore też.
Tom Schulze zaklął. Grypa żołądka wykosiła chyba pół wydziału. Większość policjantów brała nadgodziny albo pracowała przez dwie zmiany.
- Więc to musi wam wystarczyć. - Sięgnął po słuchawkę, dając znać, że uważa spotkanie za skończone. - Myślę, że to prosta sprawa. Załatwcie ją szybko.
Poniedziałek, 20 października 2003 r.
15.15
Jane spojrzała przez wizjer kamery wideo. Anne, jej modelka, siedziała na podwyższeniu, trzy metry od kamery. Jane pokryła to miejsce białym materiałem, a rolka białego, jednolitego papieru stanowiła tło.
Chciała, żeby oświetlenie było tak surowe, jak to tylko możliwe. Silne, nawet okrutne. Zamierzała wywołać wrażenie całkowitej nagości, żeby modelka nie mogła się ukryć za przyćmionym światłem, cieniem, kosmetykami, sprytnie dobranymi ciuchami, modną fryzurą.
Anne miała więc zupełnie nieumalowaną twarz, włosy upięte w węzeł, a na sobie jedynie prosty, szpitalny szlafrok związany paskiem w talii.
Całkowite obnażenie. Psychiczne. Emocjonalne.
- Ted - Jane spojrzała na swego asystenta - możesz poprawić światło po swojej stronie? Na lewym policzku jest niewielki cień.
Zrobił, jak poleciła, i odczekał, aż szefowa ponownie spojrzy w wizjer kamery.
Przed kilku laty Ted Jackman zwrócił się do Jane z prośbą o pracę. Mówił, że był na jej wystawie, która zrobiła na nim ogromne wrażenie. Jane w zasadzie nie szukała asystenta, chociaż co jakiś czas wspominała przy różnych okazjach, że przydałaby jej się pomoc.
Postanowiła zatrudnić go na próbę i okazało się, że strzeliła w dziesiątkę. Ted był pracowity, oddany i bystry. Ufała mu bezgranicznie. A kiedy Ian zgłaszał względem niego jakieś zastrzeżenia, przypominała mu, że zna Teda dłużej niż jego.
Chociaż nie dzieliła uprzedzeń męża względem swego asystenta, to wiedziała, skąd się mogą brać. Mimo że Ted miał dopiero dwadzieścia osiem lat, zdążył otrzeć się o mnóstwo zawodów. Był komandosem, gitarzystą w dosyć popularnej lokalnej grupie rockowej, rehabilitantem, a na koniec, tuż przed podjęciem pracy u niej, wizażystą w kostnicy.
Jeśli idzie o wygląd, łączył w sobie cechy Pięknej i Bestii. Miał klasyczne proporcje ciała, był muskularny i szczupły, a ciemne oczy potrafiły niemal hipnotyzować. Jednocześnie cały był poprzekłuwany i wytatuowany, a w długich ciemnych włosach widać było białe pasemka.
Piękna i Bestia. Prawie tak jak ona.
- Czy mam tak usiąść? - spytała Anne i podkurczywszy nogi, przysiadła na nich na twardym podwyższeniu.
- Jak chcesz.
Modelka poruszyła się, spojrzała przelotnie na Teda, a potem przeniosła wzrok na Jane.
- Chyba okropnie wyglądam.
Jane pozostawiła te słowa bez komentarza. Anne uniosła rękę, żeby poprawić fryzurę, ale zaraz ją opuściła. Przypomniała sobie, że Jane specjalnie związała w ten sposób jej piękne, kasztanowe włosy. Zaśmiała się nerwowo i zacisnęła dłonie na podołku.
Większość artystów starała się zrelaksować ludzi, z którymi pracowała. Jane postępowała inaczej.
Chodziło jej o to, by dotrzeć do najskrytszych obszarów psychiki. Uchwycić strach, kruchość, przygnębienie.
- Powiedz mi, czego się boisz, Anne - zaczęła. - Co cię dręczy, kiedy zostajesz sama?
- Boję się? - powtórzyła nerwowo modelka. - Masz na myśli pająki czy coś takiego?
Nie miała, ale pozwoliła jej mówić. Musiała przecież od czegoś zacząć. Niektóre z jej rozmówczyń doskonale wiedziały, o co w tym wszystkim chodzi, inne, takie jak Anne, przyszły tu z ogłoszenia, nie wiedząc o Cameo nic poza tym, że gotowa była zapłacić sto dolców za parę godzin pracy.
Jane rozmawiała z kobietami w różnym wieku i z różnych grup etnicznych. Miała i anorektyczki, i grubaski, zdarzały się piękności, a także brzydule z różnymi zniekształceniami.
Łączył je strach, coś, co pozwalało wierzyć we wspólnotę wszystkich kobiet.
- Nienawidzę pająków.
- Dlaczego, Anne?
- Są… są ohydne. Wszędzie włażą. - Urwała i aż zadrżała. - I mają obrzydliwe włoski na całym ciele.
- Więc chodzi tylko o wygląd? W ten sposób reagujesz na ich brzydotę?
Zmarszczyła brwi, ale skóra na czole pozostała gładka. Botoks. Jane natychmiast rozpoznała działanie tego środka.
- Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób - powiedziała z wahaniem Anne.
- Czy tak samo reagujesz na brzydotę lub okaleczenia u ludzi? Albo na otyłych? - Jane nienawidziła tych słów, tych bezwzględnych kategorii, lecz teraz sama ich używała, żeby osiągnąć zamierzony efekt.
Anne poczerwieniała. Spojrzała gdzieś w bok.
Reagowała, chociaż wstydziła się do tego przyznać.
To była ta forma dyskryminacji, którą Jane doskonale znała.
- Powiedz prawdę, Anne. Po to tu jesteśmy. Na tym polega moja praca.
- Nie spodoba ci się to. Pomyślisz, że uważam się za lepszą.
- Nie jestem tu po to, żeby osądzać. Jeśli nie możesz być szczera, powiedz to teraz. Po co marnować czas?
Anne wahała się jeszcze przez chwilę, a potem spojrzała Jane prosto w oczy.
- Wiem, że to źle, ale… aż mnie boli, kiedy na kogoś takiego patrzę.
- Dlaczego?
- Nie wiem.
- Myślę, że wiesz.
Modelka poruszyła się niespokojnie.
- Kiedy patrzę na takich ludzi, zaczynam… zaczynam ich nienawidzić…
- Nienawiść to silne uczucie. Być może silniejsze niż miłość.
Anne nie zareagowała. Jane zadała kolejne pytanie:
- Dlaczego tak się dzieje?
- Nie mam pojęcia.
Jane milczała chwilę, żeby pozbierać myśli. Postanowiła zaatakować z innej strony.
- Czy uważasz, że jesteś piękna, Anne?
- Tak. - Zarumieniła się. - To znaczy jak na swój wiek. - Spojrzała w bok, a potem znowu na Jane. - No, nie jestem już nastolatką.
- Nikt nie jest wiecznie młody.
- Właśnie - przyznała niechętnie. - Starzejemy się. Tak chciał Bóg.
- Tak. - Jane starała się panować nad głosem. Chciała, żeby był neutralny, niemal całkowicie wyprany z emocji. Zauważyła, że w ten sposób udawało jej się podsycać uczucia swoich rozmówczyń.
- Ile masz lat? - spytała nagle Anne.
- Trzydzieści dwa.
- To jesteś bardzo młoda. Pamiętam, jak sama miałam trzydzieści dwa lata.
- Nie jesteś o wiele starsza.
- Mam czterdzieści trzy lata. To prawdziwa przepaść. Nie wiesz tego. Nie możesz, bo…
Nie dokończyła. Jane zrobiła zbliżenie jej twarzy, która wypełniła cały kadr. Kamera uchwyciła łzy w oczach Anne. Jej kruchość. Sposób, w jaki zaciskała usta, by nie zdradzić, że drżą.
Jest szczera, pomyślała Jane. Miażdżąco szczera.
Skoncentrowała się na jej ustach.
Kiedy Anne zwilżyła wargi i zaczęła mówić, Jane przesunęła obiektyw kamery na jej oczy.
- Codziennie rano długo wpatruję się w lustro. Szukam oznak starzenia się. Zauważam każdą nową zmarszczkę, najdrobniejszy ślad na skórze. Jej wiotczenie. - Zacisnęła dłonie w pięści. Jane natychmiast przeniosła na nie oko kamery. - Nie mogę niczego jeść, bo albo robię się gruba, albo zatrzymuję wodę w organizmie. A jeśli idzie o alkohol… - Zaśmiała się krótko, złowieszczo. - Wystarczy jeden koktajl i potem przez parę dni mam zapuchnięte oczy.
Jane doskonale wiedziała, że obawy i brak poczucia bezpieczeństwa mogą przerodzić się w prawdziwy, rozdzierający strach. Albo, co gorsza, nienawiść do samego siebie.
- Czy wiesz, ile czasu spędzam na sali gimnastycznej? Na stepperze albo taśmie? Ile wylałam potu, żeby utrzymać swoją wagę? I ile pieniędzy wydałam na zastrzyki kolagenowe, botoks czy lifting?
- Nie - mruknęła Jane. - Nie mam pojęcia.
Anne pochyliła się w jej stronę, obejmując się szczelnie rękami.
- Właśnie, nie wiesz. Nie możesz wiedzieć. Bo masz trzydzieści dwa lata. Jesteś o dziesięć lat młodsza ode mnie. Całych dziesięć lat.
Jane nie odpowiedziała. Pozwoliła, by zaległa niezręczna, nieprzyjemna cisza.
Kiedy wreszcie się odezwała, powtórzyła swoje pierwsze pytanie, zataczając w ten sposób pełny krąg.
- Czego się boisz, Anne? Co cię dręczy, kiedy zostajesz sama?
W oczach modelki pojawiły się łzy.
- Boję się starości - wydusiła z trudem. - Zwiotczenia. Zmarszczek. I… - nabrała powietrza - własnej brzydoty.
- Są tacy, którzy by się z tobą nie zgodzili. Uważają, że znaki czasu na twarzy są piękne.
- Kto? - Potrząsnęła głową. - W dniu, kiedy się rodzimy, zaczynamy umierać. Przemyśl to sobie. - Pochyliła się jeszcze bardziej. - Czy to nie przygnębiające? W sensie fizycznym jesteśmy najdoskonalsi tuż po urodzeniu.
Jane z trudem panowała nad podnieceniem. Ten wywiad może być najlepszy ze wszystkich, które do tej pory zrobiła. Na to przynajmniej wyglądało. Zadecyduje o tym później, kiedy już przejrzy cały film i poszuka odpowiednio mocnych podpisów do poszczególnych scen, do tego, jakie uczucia pokazywały się na twarzy rozmówczyni i jak język ciała potwierdzał lub przeczył temu, co powiedziała.
- To tyle, Anne.
- Już koniec? To nic trudnego. - Zeskoczyła z podwyższenia. - Dobrze mi poszło?
Jane uśmiechnęła się do niej ciepło.
- Doskonale. Być może wykorzystam ten wywiad w czasie najbliższej wystawy, jeśli tylko zdążę z reliefami. Ted umówi cię na następną sesję.
Podczas niej Jane zacznie robić gipsową maskę twarzy Anne i różnych części jej ciała. Następnie zajmie się odlewem, kapiąc płynnym metalem do gipsowej formy, by utworzył się koronkowy, siatkowaty relief. Powstanie naturalna mapa, utworzona z połączonych kropel i nitek niezwykle trwałej substancji. W ten sposób Jane osiągała też kontrast między tym, co kruche, a tym, co trwałe. Krytycy uważali, że jej prace pełne są liryki, ale też okrucieństwa. Feministki uznały je za akt oskarżenia współczesnych czasów, mówiły też, że ukazują zniewolenie kobiet.
Jane w ogóle się tym nie przejmowała. Jej sztuka była odzwierciedleniem tego, co uważała za prawdę. W przypadku Anne chodziło o to, że cywilizacja Zachodu posunęła się w kulcie piękna, zwłaszcza w przypadku kobiet, zdecydowanie za daleko.
Czuła się po prostu artystką, taką jak pisarz, muzyk czy nawet satyryk, i chciała wykorzystać swoje doświadczenia, by powiedzieć coś ważnego o ludzkiej kondycji. Czasami to, co miała do powiedzenia, nie było łatwe do przyjęcia. Mnóstwo zupełnie niepodobnych do siebie osób akceptowało jej sztukę. W jej pracach tkwiło coś, co dotykało wielu ludzi, ale ich reakcje ogromnie różniły się między sobą.
Anne wskazała garderobę.
- Mogę się przebrać?
- Oczywiście, proszę.
Anne spojrzała na Teda, a potem wycofała się do garderoby ze słowami:
- To nie zajmie dużo czasu.
Gdy zamknęła za sobą drzwi, Ted popatrzył na Jane.
- Wiele twoich modelek się mnie boi. Mama mówi, że jestem straszny.
- I ma rację.
Mimo że powiedziała to żartobliwym tonem, Ted zmarszczył brwi.
- Boisz się mnie, Jane?
- Ja? Prawdziwa narzeczona Frankensteina? Nie żartuj.
- Nie powinnaś tak o sobie mówić. Jesteś ładna. Bardzo ładna. - Ted wskazał głową drzwi przebieralni. - Żal mi jej.
- Anne? Dlaczego?
- Nie tylko jej. Prawie wszystkie twoje modelki mają zawężone spojrzenie na życie. - Wyraz jego twarzy lekko się zmienił. - Takie kobiety nie potrafią niczego przeżyć naprawdę. Nie wiedzą, co to prawdziwy ból, więc wymyślają sobie lęki i obsesje.
Złość, która kryła się w tych słowach, zupełnie ją zaskoczyła.
- Czy to tak źle? Czy krzywdzą kogoś innego poza sobą?
- I to właśnie ty o to pytasz? Czy zrezygnowałabyś ze swego bólu, żeby zostać kimś takim? - Ponownie wskazał gestem zamknięte drzwi.
Jane nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż z garderoby wyszła Anne. Miała na sobie elegancki strój, włosy były rozpuszczone i starannie uczesane, twarz umalowana.
- Tak jest lepiej, prawda?
- Świetnie wyglądasz. - Jane uśmiechnęła się do niej promiennie i spojrzała znacząco na Teda.
On jednak nie skomplementował wyglądu Anne, tylko się od niej odwrócił.
- Przyniosę kalendarz - mruknął.
Kiedy już wpisał datę kolejnej sesji, Jane odprowadziła Anne do wyjścia, raz jeszcze dziękując i zapewniając, że wywiad doskonale się udał.
Kiedy wróciła do pracowni, Ted stał tam, gdzie go zostawiła. Miał dziwny wyraz twarzy.
- Coś się stało?
- Czekała na komplement - odparł. - Takie kobiety zawsze są łase na komplementy.
- Więc nie mogłeś jej powiedzieć czegoś miłego?
- Musiałbym skłamać.
- Nie wydaje ci się, że jest piękna?
- Nie - odpowiedział bez wahania.
- Więc jesteś pewnie jedynym mężczyzną w Dallas, który tak uważa.
Popatrzył na nią trochę dzikim, jak jej się zdawało, wzrokiem.
- Tej całej Anne chodzi tylko o to, co jest na zewnątrz. A mnie interesuje wnętrze. Jej akurat jest wyjątkowo brzydkie.
Jane nie wiedziała, co odpowiedzieć. Zaskoczyła ją głębia i intensywność uczuć Teda.
- Jeśli chcesz, to mogę już rozesłać zaproszenia na otwarcie twojej wystawy - stwierdził nagle. - Powiedzmy, jutro do południa.
Była wdzięczna za zmianę tematu rozmowy. Spojrzała na zegarek.
- Mam się zaraz spotkać z Dave'em w Arts Cafeu. Potem dam ci listę nazwisk i instytucji.
- Dobra, więc teraz zajmę się katalogowaniem eksponatów.
Jane z narastającym niepokojem patrzyła, jak się oddala. Nagle zdała sobie sprawę, że bardzo mało wie o życiu Teda. Nie miała pojęcia, jacy są jego przyjaciele, czy ma dziewczynę, jak spędza wolny czas. Do tej pory w ogóle nie mówił o rodzinie.
Do dzisiaj nie wspominał też, co go interesuje.
Czyżby?
Dziwne, pomyślała. Przecież pracowali razem już od roku, a ona prawie nic o nim nie wiedziała. Jak to możliwe? Czy to on jest skryty? Czy może ona tak niewiele się nim interesowała?
Poniedziałek, 20 października 2003 r.
16.00
Kiedy wyszła, okazało się, że na dworze jest chłodno i ponuro. Uniosła twarz do nieba i odetchnęła głęboko świeżym powietrzem. Uwielbiała swoją robotę i pracownię, ale po dniu spędzonym przy sztucznym świetle, z powietrzem pochodzącym z systemu wentylacyjnego, poczuła się wspaniale na zewnątrz, choćby nawet podczas takiej pogody.
Jej mieszkanie i pracownia znajdowały się w dzielnicy zwanej Deep Ellum, położonej na wschód od centrum, przy końcu Elm Street. Nazwa dzielnicy wywodziła się od pierwszych mieszkańców, którzy tak właśnie wymawiali słowo "elm". Gnieździli się tu młodzi wykolejeńcy, dziwacy, plastycy, muzycy i ci wszyscy, którzy nie pasowali do biznesowego wizerunku Dallas. Tu właśnie kipiało życie nocne i artystyczne.
Jane uwielbiała to miejsce.
Czuła się tu jak w domu.
Ruszyła przed siebie żwawym krokiem, pozdrawiając kolegów artystów, właścicieli sklepów, kelnerów i kelnerki z okolicznych restauracji, do których chadzała. Prawie wszyscy się tu znali. Deep Ellum było na tyle małe, że w zasadzie nie zasługiwało nawet na miano dzielnicy. Składało się z trzech ulic: Elm Street, Main Street i Commerce Street.
Jane mieszkała przy Commerce, gdzie jednak znajdowało się więcej budynków mieszkalnych niż komercyjnych. Elm Street stanowiła centrum Deep Ellum i była najbardziej hałaśliwa ze względu na prawdziwe zatrzęsienie restauracji i klubów. Położona między nimi Main Street łączyła w sobie cechy dwóch pozostałych ulic.
Właściciel salonu tatuażu stał rozparty w drzwiach i palił. Stanowił żywą reklamę swojej roboty i pewnie dlatego nosił co najwyżej koszulkę gimnastyczną bez rękawów. Dziś było podobnie. Nie przestraszył się nawet kiepskiej pogody.
- Cześć, Snake! - zawołała. - Jak tam interesy?
Wzruszył ramionami i wypuścił długi strumień dymu, który trwał przez moment w chłodnym powietrzu, zanim się rozwiał.
- Mam coś specjalnie dla ciebie, kotku. Masz trochę czasu? Zobaczysz, jak to podnieci twojego faceta.
Uśmiechnęła się lekko.
- Jeszcze bardziej? Nie, dzięki. A poza tym boję się igieł.
Tak naprawdę, po latach tęsknoty za czystą, niczym nienaznaczoną skórą, robiło jej się niedobrze na samą myśl o tatuażu.
Jane pomachała ręką na pożegnanie i przeszła na drugą stronę Commerce Street, zdążając w stronę Main. Umówili się z Dave'em w Arts Cafeu, bo oboje bardzo lubili ten lokal. Nie tylko podawano tam najlepszą kawę latte w okolicy, ale też mogli w niej wystawiać nieznani artyści. Prawdę mówiąc, ona też tam zaczynała.
W końcu dotarła do Arts Cafeu. Obecnie wystawiano w niej serię ekspresjonistycznych obrazów pod wspólnym tytułem "Krzyk". Wystawa działała mocno na zmysły. Mimo że malarzowi można by zarzucić wtórność, niepokojące sceny i ostre kolory robiły duże wrażenie. Jane była pewna, że jeśli twórca wzbogaci swoje dzieła o osobiste doświadczenia i oryginalne pomysły, to za parę lat stanie się znany w artystycznym światku Dallas.
Dave siedział już przy barze i pił kawę. Wysoki, z jasnymi włosami, prawdziwy chłopak z sąsiedztwa, wstał na jej widok i uśmiechnął się szeroko.
- Do licha! Słynna Cameo we własnej osobie!
Jane zaśmiała się i serdecznie ucałowała przyjaciela na powitanie.
- Dave, chyba zwariowałeś!
Odsunął się od niej i położył palec na ustach.
- Cii, pamiętaj, że jestem psychologiem. Jeśli moi pacjenci dowiedzą się o tym, będę chyba musiał zamknąć praktykę i przenieść się do ciebie.
- I to cię tak martwi?
- Bardzo cię lubię, Jane. Naprawdę. Ale robi mi się niedobrze na widok szczęśliwych małżeństw.
- Powinieneś sam tego spróbować.
- I zrezygnować z kawalerskiego życia? - powiedział ze zgrozą. Wziął Jane za ramię i podprowadził do stolika.- Gotów byłbym to zrobić tylko dla jednej kobiety, ale ona ocaliła mnie, wychodząc za innego.
Usiedli.
- Ocaliła? - Jane ścisnęła jego dłoń. Kiedy mieli po dwadzieścia lat, obiecali sobie, że się pobiorą tuż po czterdziestce, jeśli żadne z nich nie zwiąże się z kimś innym. Oczywiście w tamtych czasach ta perspektywa była tak odległa, że prawie nierealna.
- Czego się napijesz? - spytał już poważniej. - Ja stawiam.
- Dużą, bezkofeinową kawę latte. I tę wspaniałą owsianą babeczkę z orzechami.
Dave potrząsnął głową.
- Ty?! Zero kofeiny?!
Zawahała się, a potem powiedziała lekkim tonem:
- Może warto zacząć nowy rozdział w swoim życiu? Też powinieneś spróbować…
Przyglądał jej się przez chwilę, jakby podejrzewał, że kłamie, a potem skinął głową.
Patrzyła za nim, kiedy podszedł do baru. Za namową Iana postanowiła porozmawiać z Dave'em o swoich problemach. Teraz jednak była na to stanowczo zbyt zdenerwowana.
Nie chodziło o to, że się odsłoni. Bała się, że może w ten sposób otworzyć puszkę Pandory i do głosu dojdą inne, nie do końca uświadomione strachy i obsesje.
Dave wrócił z kawą i babeczką. Natychmiast zajęła się jedzeniem i piciem, nie bardzo wiedząc, czy rzeczywiście zgłodniała, czy też chce oddalić moment rozpoczęcia rozmowy.
Dave patrzył na nią z rozbawieniem.
- Nie jadłaś lunchu?
- Pracowałam.
- No i jak?
- Fantastycznie. Wywiad świetnie się udał. Chciałabym się z nim wyrobić na najbliższą wystawę. Nie wiem tylko, czy uda mi się zdążyć z odlewami.
Dave wyjął egzemplarz "Texas Monthly" z plecaka i położył na stoliku.
- Jeszcze pachnie farbą drukarską.
Na okładce widniało jej zdjęcie. Natychmiast obudziły się w niej sprzeczne uczucia, ale pragnienie ucieczki, ukrycia się, było dominujące.
- Skąd to masz?
- Od pacjenta, który tam pracuje. No, odpręż się, to dzisiejsze wydanie.
Nie odpowiedziała. Nie mogła wydobyć z siebie głosu.
- Pięknie wyglądasz - stwierdził Dave.
Wiedziała, że nigdy nie będzie piękna, ale zdjęcie wyglądało interesująco i nasuwało wiele skojarzeń. Fotograf użył ostrej, punktowej lampy, którą oświetlił jedną część twarzy, drugą pozostawiając w cieniu.
- Okrutne piękno świata Cameo - odczytała nagłówek, a następnie przeniosła wzrok na przyjaciela. - Aż boję się patrzeć.
- To hymn pochwalny na twoją cześć.
- Nie drażnij się ze mną.
- Mówię poważnie. - Położył dłoń na piśmie. - Sama przeczytaj.
Posłuchała go. Pierwsza część artykułu dotyczyła jej przeszłości, wypadku i tego, jak ocaliła ją sztuka. A potem następował opis i krytyczna analiza twórczości. Na końcu autor wspominał, że dzieła Cameo stały się znane w całym kraju i zbierają bardzo pochlebne opinie.
Mimo że tekst dotyczył głównie sztuki, to wśród fotografii znalazła się i taka, na której była z Ianem, a także jedna z okresu tuż po wypadku. Miała wtedy piętnaście lat.
Jane patrzyła na to niezbyt wyraźne zdjęcie, pochodzące zapewne z jakiejś gazety z tamtych czasów, i poczuła, że robi jej się sucho w gardle. Zakaszlała.
- No tak, musieli dać to zdjęcie - rzekła z goryczą. - Takie obrzydliwości łatwiej sprzedać.
- Daj spokój, Jane.
- Jak jest Piękna, musi być i Bestia.
- Nie możesz uciec od przeszłości. Taka byłaś.
- Wyglądam jak potwór. To wstrętne, co zrobili.
- Jane. - Na dźwięk jego głosu uniosła głowę znad pisma. - Odpuść sobie.
- Wiem, ale…
- Naprawdę, daj sobie spokój. - I dodał ciszej: - Twoja sztuka jest odbiciem twojej osobowości i tego, co przeżyłaś. Sama tak powiedziałaś, a oni to cytują. W tym kontekście to zdjęcie ma jakiś sens…
Musiała się z nim zgodzić, acz niechętnie. Nie chciała myśleć o sobie w ten sposób. Wiedziała, że większość ludzi zwróci przede wszystkim uwagę na jej dawne kalectwo.
- To boli - wyznała.
- Jasne.
- Chciałabym, żeby ludzie oglądali moją sztukę, a nie mnie.
- Obawiam się, że nie potrafiłbym tego rozdzielić. Bardzo mi przykro.
- Ty sukinsynu!
- Słyszałem gorsze epitety.
- Pewnie od tych kobiet, z którymi chodziłeś.
Dave rozłożył ręce.
- Jakoś to przeżyję.
Zawsze udawało mu się ją tak zagadać, że zapominała o swoich problemach. Teraz też zdołał tego dokonać. Jane uśmiechnęła się i zwróciła mu pismo.
- Możesz je zatrzymać. - Spojrzał jej prosto w oczy. - No dobrze, Jane, gadaj.
- O czym?
- Co cię dręczy?
- A musi? Czy nie mogę po prostu umówić się ze starym przyjacielem, żeby chwilę pogadać?
Uniósł brwi.
- Na dwa tygodnie przed wystawą w Galerii Sztuki Współczesnej? Niemożliwe!
- Spryciarz.
- To nic trudnego. Wystarczy trochę pomyśleć, stara wariatko.
W innych okolicznościach pewnie by się uśmiechnęła, lecz teraz tylko westchnęła ciężko.
- Mój koszmar wrócił - wyznała.
Dave doskonale wiedział, o co jej chodzi.
- Jakieś zmiany?
- Jedna. - Splotła nerwowo palce. - Mężczyzna w łodzi zawraca, robi pętlę, żeby dokończyć dzieła. Potem budzę się z krzykiem.
- Ile razy to się zdarzyło?
- Trzy w ciągu dwóch tygodni.
- Czy w twoim życiu zaszły jakieś zmiany? Pomijając to, że pewnie wkrótce staniesz się sławna.
Zawahała się. Zdecydowali z Ianem, że na razie nie będą nic mówić o jej stanie i że pierwsza dowie się o tym Stacy.
Ale Dave nie zdoła jej pomóc, jeśli nie będzie z nim całkowicie szczera.
- Jestem w ciąży.
Najpierw tylko się zdziwił, ale potem był wyraźnie zadowolony z tej wiadomości. Zerwał się z krzesła i wziął Jane w ramiona.
- Tak się cieszę! To naprawdę wspaniale!
Przytuliła się do niego mocno, czując, że nagle, zupełnie bez powodu, chwycił ją strach. Dave trzymał ją tak przez chwilę, a następnie się odsunął.
- Czego się boisz, Jane?
Natychmiast przypomniała jej się rozmowa z Anne i to, że zadała jej niemal identyczne pytanie: "Powiedz mi, czego się boisz. Co cię dręczy, kiedy zostajesz sama?".
Anne w końcu odpowiedziała jej szczerze. Czy ją też na to stać?
- Usiądźmy - mruknęła. Skinął głową i zajęli swoje miejsca. - Możesz zacząć? - spytała.
- Dobrze. - Założył ręce i spojrzał na nią uważnie. - Jak ci leci?
- Świetnie.
- Naprawdę?
- Tak, jasne. Uważam się za prawdziwą szczęściarę.
- Poważnie?
- Jak najpoważniej. Sama nie wiem, jak to się stało, że spotkało mnie ostatnio tyle szczęścia. - Urwała, żeby pozbierać myśli. - Nie chodzi mi tylko o Iana, dziecko czy wystawę. Wiesz, w dniu wypadku… gdyby tego lekarza nie było w domu i gdyby nie usłyszał wrzasków albo je zlekceważył i nie zadzwonił natychmiast pod 911, gdyby karetka spóźniła się trochę albo jej obsługa była mniej doświadczona, lub gdyby motorówka przepłynęła parę centymetrów dalej… - odetchnęła głęboko - mnie by tu nie było. - Zacisnęła dłonie, które zaczęły drżeć. - A teraz mam wszystko. Kocham i jestem kochana. Odniosłam zawodowy sukces. No i jeszcze dziecko…
- Więc skąd się biorą te koszmary?
- Ty mi powiedz, skoro jesteś psychologiem.
- Dobrze. - Pochylił się trochę w jej stronę. - Może boisz się, że to się skończy? Że wszystko stracisz?
- Ale dlaczego mam…?
- Co się dzieje, kiedy spełnią się czyjeś marzenia?
- No, może ktoś taki jest szczęśliwy?
Dave nie zwrócił uwagi na jej sarkazm.
- Już kiedyś miałaś wszystko: dobrą rodzinę, przyjaciół, pozycję w szkole. Doskonale wiedziałaś, co będziesz robić w przyszłości. A potem to się nagle skończyło. - Umilkł na chwilę. - Wiesz najlepiej ze wszystkich ludzi, jak kruche jest szczęście. Los zadrwił z ciebie okrutnie, Jane, i nigdy tego nie zapomnisz. - Mocno uścisnął jej drżące dłonie. - Spełniły się wszystkie twoje marzenia, więc teraz zaczynasz się bać, że znowu to stracisz.
Zacisnęła wargi, powtarzając w myślach jego słowa. Coraz bardziej docierał do niej ich sens.
Dobry Boże, on ma rację, pomyślała.
Miała wszystko i bała się to stracić. Stąd te koszmary.
Jane westchnęła z ulgą.
- Masz rację, Dave. Ba… bałam się, że wszystko stracę. Że znowu znajdę się w ciemności! Nie chcę tam wracać! Nigdy!!!
Ścisnął jeszcze raz jej dłonie.
- Chcesz wygrać ze strachem? Musisz więc zrozumieć, jaki jest.
- Głupi. Niepotrzebny. Bezpodstawny.
Dave pokręcił głową.
- Nic podobnego - zaprzeczył łagodnie. - Po tak traumatycznych doświadczeniach strach jest czymś zupełnie naturalnym. Umysł musi się jakoś bronić. Najbardziej ekstremalnym przypadkiem jest wielokrotne rozszczepienie osobowości.
Jane uśmiechnęła się lekko.
- Czuję się tak, jakbyś zdjął z moich barków olbrzymi ciężar.
- Wiadomo, przecież jestem superpsychologiem.
- Albo, jak mawiałyśmy kiedyś ze Stacy, superpsycholem.
- A skoro już mowa o twojej siostrze, jak przyjęła wiadomość o ciąży?
- Jeszcze nic nie wie.
Uniósł brwi ze zdziwienia.
- Nie powiedziałaś jej?
Jane natychmiast zaczęła się tłumaczyć:
- Wiemy to od niedawna. Miałam zamiar powiedzieć jej pierwszej. Naprawdę. - Spojrzała na niego bezradnie. - Ale sam wiesz, jaka jest Stacy.
Przez chwilę milczał.
- W związkach z innymi ludźmi wiele zależy od nas samych. Zawsze będziesz częściowo odpowiedzialna za napięte stosunki z siostrą.
- Więc co mam robić? Chętnie bym wszystko naprawiła.
- Nie sądzę, żeby to była prawda.
Nagle zrobiło jej się gorąco.
- Chyba nie mówisz tego poważnie!
- Popatrz na to z mojego punktu widzenia. To przecież twoja siostra. Nie masz innego rodzeństwa. A mimo to nie powiedziałaś jej o ciąży. Powinnaś była od razu do niej zadzwonić. Ale ty zawsze czekasz.
- Bałam się, że ją zmartwię. Że się wcale nie ucieszy.
- I nawet nie pofatygowałaś się, żeby sprawdzić, czy tak się stanie. - Dave pokręcił głową. - Ktoś musi ci wreszcie powiedzieć, że tak nie można.
- To ona mnie nie lubi!
- Tak sądzisz?
Jane z irytacją wypuściła nagromadzone w płucach powietrze.
- Pokrętna gadka psychologów!
- Mówię to jako twój przyjaciel, Jane, a nie psycholog. Musisz przerwać ten zaklęty krąg wzajemnych niechęci.
- A czemu nie ona?
- To jest właśnie ten zaklęty krąg. Powinnaś zapytać: "Czemu nie ja?".
- Mądrala! - Była wściekła, że nie zamierza jej przyznać racji, ale po chwili złość ją opuściła. - Uwielbiam cię, Dave.
- Ja ciebie też.
Rozmawiali jeszcze przez parę minut. Do Jane dotarło, że mówili tylko o niej, i próbowała to naprawić. Wypytała Dave'a o pracę i o rudą dziewczynę, z którą widziała go jakiś czas temu. Dowiedziała się, że ruda to już przeszłość, że w pracy idzie mu znakomicie i że na wiosnę wybiera się do Paryża.
Na pożegnanie pocałował ją w policzek.
- Cieszę się, że zadzwoniłaś. Bardzo mi ciebie brakowało.
- Dziękuję, Dave. Na pewno będę dziś lepiej spała.
- Mam nadzieję. - Jego uśmiech nagle przybladł. - Zadzwoń do Stacy, Jane. Ona cię potrzebuje.
- Chciałabym w to wierzyć.
- To prawda. Obiecaj, że to zrobisz.
Przyrzekła, że tak się stanie, ale kiedy Dave wyszedł, siedziała jeszcze przez chwilę przy stoliku, zastanawiając się, co napawa ją większym lękiem: obawa przed utratą wszystkiego, co zdobyła, czy rozmowa z siostrą.
Poniedziałek, 20 października 2003 r.
17.30
Stacy siedziała przygarbiona przed monitorem, wpatrując się w mrugający czarno-biały obraz. Przeciągnęła się i spojrzała na zegarek. Dwie i pół godziny z głowy. I jak dotąd, nic. W każdym razie nic szczególnego. Jakieś pary. Bawiące się windą dzieciaki, jeżdżące tam i z powrotem. Staruszkowie.
Deland mówił, że w hotelu jest ponad pięćdziesiąt procent miejsc wolnych, ale wcześniej, przez trzy tygodnie pod rząd, miał niemal pełne obłożenie dzięki Teksaskim Targom Stanowym, a potem meczowi między Uniwersytetem Metodystycznym z Południa a Uniwersytetem Stanowym z Oklahomy.
Te pustki było widać na taśmie.
Oczywiście na kasetach z klatki schodowej też mógł znajdować się ważny materiał.
Mac miał zająć się sprawami na mieście: powiadomić najbliższą rodzinę pani Vanmeer, pogadać z sąsiadami, sprawdzić tropy. To Stacy go do tego nakłoniła, ale teraz żałowała, że nie może jej pomóc. Mac był dobrym policjantem, oddanym pracy i bardzo spostrzegawczym.
Na przykład Camp i Riggio byli już wypaleni. Aż ją korciło, żeby sprawdzić, czy i jak pracują. Bała się, że mogą czegoś nie zauważyć. Być może rzeczywiście miała obsesję na punkcie kontrolowania współpracowników. Pomyślała o tym, co usłyszała od Maca. Tak, mógł mieć rację.
Nieufna, opryskliwa wiedźma.
Cholera jasna! Jeśli na moich taśmach niczego nie znajdę, to przejrzę też pozostałe! - pomyślała.
Zabójca Elle Vanmeer musiał się jakoś dostać na ósme piętro. Z całą pewnością tam nie dofrunął.
Pomyślała, że chętnie napiłaby się kawy i zjadła pączka. Najlepiej takiego z kremem, ale na to nie miała zbyt wielkich szans.
Mogła tylko pomarzyć. Te najlepsze znikały najczęściej przed dziesiątą. Zaczęło jej burczeć w brzuchu i spojrzała tęsknie w stronę drzwi.
Wyciągnęła rękę, żeby wyłączyć wideo, a jej wzrok padł jednocześnie na monitor. Zatrzymała się w pół ruchu. Jakiś mężczyzna wysiadał na ósmym piętrze. Była dwudziesta druga trzydzieści sześć.
Stacy przewinęła ten fragment.
Wsiadł do windy na parterze. Sam. Był wysoki i szczupły, ale mocno zbudowany. Ubrany w dżinsy, skórzaną kurtkę pilotkę i czapeczkę bejsbolową.
Stacy zmrużyła oczy, wpatrując się w monitor. To mogła być czapeczka drużyny Atlanta Braves, ale nie dało się tego stwierdzić z całą pewnością. Daszek bejsbolówki zasłaniał twarz.
Winda zatrzymała się na ósmym piętrze i mężczyzna wysiadł.
Stacy przewinęła ten fragment i obejrzała raz jeszcze. A potem ponownie.
Ten facet wiedział, gdzie jest kamera. Specjalnie odwracał od niej twarz.
Miała rację. To spryciarz. Zaplanował to wcześniej. Bez wahania wcisnął guzik z ósemką. To nie był ktoś, kto podejmuje ciężką decyzję. Poza tym miał na rękach rękawiczki. Przez chwilę starała się sobie przypomnieć temperaturę z poprzedniej nocy. Dziesięć stopni? Może mniej… Czy na tyle zimno, że nikt nie zwrócił uwagi na te jego rękawiczki?
Stacy starała się obliczyć, ile czasu mogło mu zająć zamordowanie Elle Vanmeer. Próbowała wyobrazić sobie całą sytuację. Wchodzi do pokoju. Wita się z kochanką. Ona czeka na niego już od jakiegoś czasu. Może jest w łóżku. To część ich gry. Mówi jej jakieś świństwa. Zaczyna się z nią drażnić, na przykład paskiem od jej szlafroka. Nie zdejmuje rękawiczek. Może też zostaje w kurtce. Tak jest bardziej perwersyjnie. Przecież mu ufa. O nic go nie podejrzewa.
W końcu ją dusi.
Mogło mu to zająć najwyżej dwadzieścia minut. Może nawet mniej.
Godzina na kasecie dokładnie zgadzała się z szacunkami Pete'a.
Stacy poczuła, że jest podniecona. Krew zaczęła jej żywiej krążyć w żyłach. Mimo że prawdopodobieństwo, iż morderca wróci na dół tą samą windą, wynosiło tylko dwadzieścia pięć procent, zaczęła przewijać taśmę.
Dwadzieścia pięć procent, a jednak się udało! Facet w czapeczce Bravesów wsiadł do tej samej windy siedemnaście minut po tym, jak z niej wysiadł.
- Mam cię, skurwielu - szepnęła Stacy.
Przewinęła kasetę, a potem zerwała się na równe nogi, żeby zawołać innych.
Poniedziałek, 20 października 2003 r.
18.15
Mac dołączył do nich, kiedy Stacy przewijała kasetę po raz czwarty. Zaraz po wejściu rzucił kurtkę na biurko.
- Co? Nie ma prażonej kukurydzy?
- Właśnie się skończyła - powiedziała Stacy. - Ale mamy tutaj strawę duchową. Chodź zobaczyć.
Mac wziął krzesło, przystawił je do ekranu i siadł na nim okrakiem. W milczeniu patrzył na mrugający monitor. Kiedy podejrzany wysiadł z windy na parterze, Stacy zatrzymała kasetę i spojrzała na partnera.
- I co ty na to?
- Wiedział, gdzie są kamery.
- Też tak pomyślałam.
- Czas się zgadza - zauważył Camp. - Facet wygląda bardzo podejrzanie.
Mac wydął wargi.
- Jeszcze ktoś?
- Na razie nie - odparła Riggio. - Mam parę kobiet i jakieś objęte nastolatki. To wszystko.
- Coś na klatkach schodowych?
- Niestety. - Camp spojrzał na zegarek. - Została mi godzina oglądania.
- Więc zajmij się tym teraz. - Stacy również zerknęła na zegarek. - Ja i Mac spróbujemy przeanalizować pierwsze poszlaki.
Śledczy wyszli, zostawiając ich samych w pokoju.
- Czego się dowiedziałeś? - spytała Stacy.
Mac wyjął notes.
- Dwa razy rozwiedziona. Ostatnio dwa lata temu. Obaj mężowie byli dużo starsi od niej. I bogaci.
- Pracowała?
- Uważała się za dekoratorkę wnętrz, ale sąsiedzi mówią, że niewiele robiła. Podobno korzystała ze swojej firmy, żeby kupować taniej rzeczy do domu. Miała kupę forsy od byłych mężów.
- Jakiś narzeczony?
- Niestety, żadnego. Ale jej gospodyni mówiła, że lubiła mężczyzn. I to bardzo.
- Ciekawe. - Stacy zaczęła bębnić palcami po starym, zniszczonym biurku. Zazdrosny mąż odpada, pomyślała. Ale może taki, którego podczas rozwodu wycisnęła jak cytrynę.
- Myślisz, że to ważne?
- Sama nie wiem.
- Rozmawiałem z jej pierwszym mężem. Mieszka w Atlancie. Od lat nawet z nią nie rozmawiał. Nie chciał uwierzyć, że nie żyje. Nie sądzę, żeby mógł ją zabić.
- A drugi?
- Właśnie wrócił z rejsu. Dziś rano przybił do Miami. Powinien przylecieć na Fort Worth o dziesiątej czterdzieści pięć.
- Więc ma alibi.
- Ale i tyle kasy, żeby zlecić komuś tę robotę.
- Najpierw musimy złapać Delanda w La Plazie. Trzeba sprawdzić, czy ktoś z obsługi pozna tego faceta. To mógł być ich klient albo ktoś, kto po prostu przyszedł do hotelu.
Mac od razu na to przystał. Stacy wyjęła wizytówkę Delanda z kieszeni dżinsów i podeszła do wiszącego na ścianie aparatu.
- Chciałabym rozmawiać z panem Delandem - powiedziała po chwili. - Tu porucznik Killian z Wydziału Zabójstw.
Gdy usłyszała męski głos, odetchnęła z ulgą.
- Tak, to ja. Cieszę się, że pana zastałam, panie Deland. Czy możemy przyjechać, żeby pokazać panu fragment filmu?
Odwiesiła słuchawkę i spojrzała na Maca.
- Dobra, jedziemy. - Wzięła kurtkę z oparcia krzesła i szybko ją narzuciła. - O której ten jej były mąż będzie w Dallas? O dziesiątej czterdzieści pięć?
- Dokładnie. Myślisz, że powinniśmy być z kwiatami na lotnisku?
- Nie ma to jak działać przez zaskoczenie. - Ponownie spojrzała na zegarek. - Coś jeszcze?
- Tylko jedno. - Jakaś nuta w jego głosie sprawiła, że ciarki przeszły jej po plecach. - Zgadnij, kto był chirurgiem plastycznym pani Vanmeer? Doktor Ian Westbrook. Twój szwagier.
Poniedziałek, 20 października 2003 r.
20.25
Jane piła wodę mineralną i patrzyła na Iana. Stał przy kuchence, mieszając sos. Przygotowywał właśnie jedno z jej ulubionych dań - kurczaka w pomarańczach i rozmarynie. Kuchnię wypełniał już zapach pieczonego w ziołach mięsa, a także duszonych cytrusów. Ian świetnie gotował, dlatego podczas szykowania posiłków grał pierwsze skrzypce, natomiast Jane z radością przyjęła mniej prestiżowe funkcje podkuchennej i pomywaczki.
- Widziałam się z Dave'em.
- No proszę, szybko się z nim skontaktowałaś. Nie minęły nawet dwadzieścia cztery godziny.
Pochyliła głowę w jego stronę. Czyżby był poirytowany? A może zazdrosny?
- Jest moim przyjacielem.
- Wiem, Jane. - Spojrzał jej w oczy. - Wcale mnie to nie martwi. Do licha, przecież sam to zaproponowałem.
- Mhm. I muszę przyznać, że to był świetny pomysł.
- Tak?
- Przyniósł mi najnowszy "Texas Monthly". Wiesz, to znane pismo.
Ian przestał mieszać i znów spojrzał na nią.
- Coś o tobie? Co o tym myślisz?
- Sam zobacz.
Wyjęła gazetę i położyła na granitowym blacie. Ian aż gwizdnął, patrząc na pierwszą stronę.
- Daleko zaszłaś. - Wytarł dłonie, sięgnął po pismo i zaczął czytać. Przeleciał wzrokiem cały artykuł. - I pomyśleć, że mnie wybrałaś…
- To był tylko kaprys.
- Rozumiem, szukałaś taniej podniety.
- Nie jesteś tani, kotku - drażniła się z nim. - Ale na pewno podniecający.
Pochylił się, by ją pocałować. Kiedy się wyprostował, był już zupełnie poważny.
- Pewnie nie spodobało ci się to zdjęcie. - Nie pytał jej. Wiedział. Znał ją przecież dobrze. - A co na to Dave?
- Żebym dała sobie spokój. Moja przeszłość jest częścią mojej teraźniejszości. To właśnie dzięki niej zostałam artystką - powtórzyła najdokładniej, jak umiała. Mimo to zdjęcie wciąż ją niepokoiło. Dlatego szybko zamknęła "Texas Monthly".
- Wiesz, jestem o niego zazdrosny. Chyba nie powinienem był się z tym kryć.
Pokręciła głową, patrząc z powagą na męża.
- Powiedziałam mu o koszmarach.
- I?
Szybko zrelacjonowała mu to, co usłyszała od Dave'a.
- Twierdzi, że boję się wszystko stracić - zakończyła.
- A ty co sądzisz?
- Ta teoria ma sens. Kiedy mi to powiedział, poczułam ogromną ulgę. Dave uważa, że mogę pokonać strach, jeśli zrozumiem, co się ze mną dzieje. - Urwała na chwilę. - Powiedziałam mu o dziecku.
- Domyśliłem się.
- Nie jesteś zły?
- Jasne, że nie.
- Ale patrzysz tak jakoś dziwnie. Czy chcesz mi coś powiedzieć?
Otworzył usta, ale zaraz je zamknął i potrząsnął głową.
- Nie, nic takiego.
- No, powiedz - upierała się.
Ian wypił trochę wina.
- Pewnie trochę zmarkotniał, kiedy się o wszystkim dowiedział.
Zmieszana, ściągnęła brwi.
- Nie rozumiem…
- Przecież to jasne, że się w tobie kocha.
Przez chwilę patrzyła na męża z otwartymi ustami. Zupełnie ją zatkało.
- Nieprawda - wydusiła w końcu.
- Jesteś pewna?
Jane nie mogła uwierzyć, że Ian tak właśnie myśli.
- Jesteśmy przyjaciółmi! Mężczyzna i kobieta mogą się po prostu przyjaźnić!
- I dlatego wciąż się koło ciebie kręci?
- Tak! - Krew nabiegła jej do policzków. - Przyjaźnimy się od szkoły i szanujemy nawzajem.
Ian uniósł ręce na znak, że się poddaje.
- Dobrze, cofam wszystko, co powiedziałem. Przepraszam. Już ci mówiłem, że jestem zazdrosny o to, co was łączy.
Podeszła do niego i objęła go mocno.
- Nie musisz.
- Naprawdę?
- Oczywiście.
Pocałował ją, a potem polecił, żeby usiadła, jeśli chce w najbliższym czasie dostać coś do jedzenia.
Przez chwilę milczeli, wreszcie Jane uznała, że powinna dokończyć swoją relację.
- Rozmawialiśmy też o Stacy.
Podniósł głowę znad sosu i spojrzał na Jane.
- Tak?
- Uważa, że również ja jestem odpowiedzialna za całą sytuację.
- Ale ty się z nim nie zgadzasz?
- Wcale tego nie powiedziałam - rzuciła obronnym tonem, którego u siebie nie znosiła. - Chodzi o to, że…
W tym momencie w przedpokoju rozległ się dzwonek domofonu. Ranger zaczął szczekać.
- No, upiekło ci się - powiedział Ian nieco lżejszym tonem.
Pokazała mu język i podeszła do domofonu.
- Tak, słucham?
- Jane? To ja, Stacy.
Spojrzała na męża, ale on tylko uśmiechnął się złośliwie.
- O wilku mowa… Zdaje się, że będziesz miała kłopoty.
- Jane?
Przycisnęła dzwonek.
- Chodź na górę.
Kiedy otworzyła drzwi, zauważyła, że siostra jest w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. Był wysoki, mógł mieć z metr osiemdziesiąt pięć, i przystojny.
- Nie wiedziałam, że nie jesteś sama - powiedziała zaskoczona.
- To mój partner, podporucznik Mac McPherson.
- Bardzo mi miło. - Wyciągnął do niej rękę.
Jane uścisnęła ją.
- Mnie również.
- Musimy pogadać z Ianem. - Stacy pochyliła się i podrapała Rangera za uchem. - Czy jest w domu?
- Z Ianem? - powtórzyła jeszcze bardziej zmieszana. Spojrzała na siostrę, a potem na McPhersona. Stacy wyraźnie czuła się zażenowana, ale jej partner miał bardzo pewną minę. - O czym?
- Sprawy zawodowe. Przepraszam, Jane.
- Chodźcie, jest w kuchni.
Kiedy weszli, Ian spojrzał w ich stronę.
- Dawno cię nie widziałem, Stacy - powiedział ciepło. Wytarł ręce w ścierkę, podszedł do niej i ucałował w oba policzki. - Rzadko do nas wpadasz. Brakuje nam ciebie.
Jane zauważyła, że siostra trochę się zaczerwieniła. Zrobiło jej się nieprzyjemnie, że to on ją tak powitał. Dlaczego nie uściskała Stacy? Dlaczego nie powiedziała jej czegoś miłego? Dlaczego nie cieszyła się z tej wizyty?
Być może Dave ma rację. Być może obie zachowują się wobec siebie wrogo. Wreszcie trzeba przerwać ten zaklęty krąg.
- Tak, bardzo brakuje - potwierdziła Jane.
I z miejsca wyczuła fałszywą nutę w swych słowach. Nic dziwnego, że nie zrobiły żadnego wrażenia na Stacy.
Siostra spojrzała na nią, a Jane spuściła oczy. Na szczęście podszedł do niej mąż i mocno ją objął.
- Mam nadzieję, że zostaniecie na kolację. - Spojrzał na partnera Stacy. - Oczywiście oboje.
Jane zrozumiała, na czym polega pomyłka Iana. Sądził, że szwagierka wpadła do nich, by przedstawić swojego nowego faceta.
- To jest partner Stacy, Ian. Tylko razem pracują - wyjaśniła. - Mają do ciebie jakąś sprawę.
Mac skinął głową.
- Podporucznik McPherson - przedstawił się. - To wizyta służbowa, panie doktorze.
Ian ściągnął brwi, uścisnął jednak dłoń podporucznika.
- Bardzo dziwne.
Stacy uśmiechnęła się do niego, chcąc dodać mu odwagi.
- Nie musisz brać tego tak poważnie, chociaż rzeczywiście mamy do ciebie sprawę - rzuciła lekko. - Przepraszam, że o tej porze.
Ian wskazał stół i krzesła.
- Przynajmniej usiądźcie. Może napijecie się wina albo herbaty?
- Nie, dziękujemy - powiedziała Stacy.
Cała trójka usiadła. Jane stała obok, nie bardzo wiedząc, co robić.
- Czy znasz niejaką Elle Vanmeer? - zaczęła Stacy.
- Elle? Jasne. To moja pacjentka. Skąd to pytanie?
Stacy nie miała zamiaru odpowiadać.
- Jak długo?
- Niech się zastanowię. - Uderzył parę razy palcem wskazującym o blat, jakby liczył. - Po raz pierwszy operowałem ją, kiedy zacząłem pracę w Centrum Chirurgii Kosmetycznej. Czyli jakieś cztery, pięć lat temu. Mogę to sprawdzić w papierach.
- To znaczy, że robiłeś jej też następne operacje, prawda?
- Tak - potwierdził, chociaż tym razem wyraźnie się zmieszał.
- Jakie?
- Rozumiecie, że to są informacje poufne. Tajemnica lekarska. Nie mogę…
- Ona nie żyje, Ian - rzekła bez ogródek Stacy. - Ktoś ją zamordował.
- O Boże! - Jane zakryła usta dłonią. Spojrzała na męża. Był wstrząśnięty.
- Jak? Kiedy?
- Zeszłej nocy. Znaleziono ją dzisiaj rano.
- Mamy nadzieję, że pomoże nam pan odnaleźć mordercę, panie doktorze - dodał Mac.
- Ja? - Ian spojrzał na żonę, a potem na policjantów.
- Zakładamy, że znał ją pan dobrze. Jej obawy i tęsknoty. Najbardziej intymne sekrety.
- Byłem jej chirurgiem plastycznym, a nie psychiatrą - odpowiedział sztywno.
Poirytowana Stacy spojrzała wymownie na Maca i sama podjęła dalszą rozmowę:
- Mam wrażenie, Ian, że twoje pacjentki często ci się zwierzają. Jesteś dla nich kimś w rodzaju terapeuty. Przecież ich decyzje mają głównie emocjonalny charakter. Mężowie oglądają się za młodszymi kobietami, narzeczeni wolą duże biusty… Muszą ci o tym mówić.
- To prawda - zgodził się. - W wielu przypadkach chirurgia plastyczna nie jest konieczna. Część pacjentek podchodzi do sprawy właśnie tak, jak to ujęłaś. Zwierzają mi się… Ale to nie znaczy, że wiem, kto mógłby którąś z nich zabić.
Stacy potrząsnęła głową.
- Wcale tego nie oczekujemy. Chcemy tylko, żebyś odpowiedział na parę pytań.
- Na przykład dlaczego pani Vanmeer zdecydowała się na te zabiegi - wtrącił Mac.
Ian zmarszczył brwi.
- Cóż, miała obsesję na punkcie swojego wyglądu i starości.
- Dlaczego?
McPherson zapytał takim tonem, jakby oskarżał o coś Iana. Jane postanowiła stanąć w jego obronie.
- Nie potrzebowała do tego jakichś szczególnych powodów. Codziennie rozmawiam z kobietami, które mają podobne obsesje. Są często piękne i… załamane z powodu swojego wyglądu.
- Niby dlaczego? - zdziwił się Mac. - Mają chyba nie po kolei w głowie.
Jane skinęła potakująco.
- Słusznie, ale to nie ich wina. - Założyła ręce na piersi. - Nawala system wartości w naszym społeczeństwie. Niech pan włączy telewizję albo zajrzy do jakiegoś pisma i przyjrzy się prezentowanym tam kobietom. Wszystkie są młode, chude i piękne.
Wzruszył ramionami.
- I co z tego?
- To znak, że każda kobieta powinna tak wyglądać, jeśli chce odnieść sukces i być kochana - wyjaśniała cierpliwie Jane. - Przynajmniej w naszej kulturze.
- I dlatego decydują się na operacje plastyczne? - W jego głosie pojawiła się nuta zdziwienia.
- Założę się, że gdyby pańska samoocena zależała od tego, czy odpowiada pan wzorcom wykreowanym przez media, zrobiłby pan wszystko, co w pańskiej mocy, by sprostać tym wymaganiom. Prawda, panie poruczniku? I wpadłby pan w panikę, gdyby okazało się, że osiągnięcie tego celu jest coraz mniej możliwe. Tak się składa, że ludzie się starzeją, a nie odwrotnie.
- Przepraszam, chodzi nam o to, by jak najwięcej dowiedzieć się o Elle Vanmeer - powiedziała cicho Stacy. - To wszystko.
Ian uścisnął dłoń żony, potem spojrzał na szwagierkę i powiedział:
- Przecież wiesz, że ten temat to z kolei obsesja Jane. A nawiasem mówiąc, dosyć dokładnie opisała motywy Elle, jak i wielu innych kobiet, które do mnie przychodzą. Elle najbardziej bała się starości. Bez przerwy mówiła, że nie wygląda już jak kiedyś. Wiem, że nie na wiele wam się to przyda, ale tak rzeczywiście było.
- Kiedy widziałeś ją ostatni raz?
- Jakiś miesiąc temu. Przyszła, żeby omówić ze mną torakoplastykę.
- Co to takiego?
- Nie to, o co jej chodziło. Mówiąc w uproszczeniu, zabieg polega na odcinkowym wycięciu żeber, żeby zlikwidować ich deformację.
- A co ona myślała?
- Że żebra usuwa się po to, by mieć węższą talię.
- Żartuje pan sobie! - nie wytrzymał Mac.
- Od lat krążyły plotki, że wiele gwiazd poddało się temu zabiegowi. Cher, Jane Fonda, Pamela Anderson. I inne.
- Jak rozumiem, nie zgodziłeś się na przeprowadzenie tej operacji?
- Jasne, że nie. Torakoplastyka to nie tylko operacja kosmetyczna. Żebra chronią wiele ważnych organów. Zaproponowałem zwykłe odsysanie tłuszczu, bo to właśnie robi wiele gwiazd, na przykład Cher.
- Elle miała tylko czterdzieści dwa lata, a już przeszła tyle operacji - zauważyła Stacy. - Czy naprawdę ich potrzebowała?
- Na takie pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Widocznie czuła, że dla niej jest konieczna.
- A co ty sądziłeś? - naciskała.
Ian wzruszył ramionami.
- Nic. Gdybym odmówił, poszłaby do kogoś innego.
Mac mruknął coś pod nosem.
Ian pochylił się ku niemu i Stacy.
- W tej chwili w chirurgii plastycznej rywalizują dwie szkoły. Jedna mówi, że należy zaczynać operację jak najwcześniej, a potem tylko wprowadzać korekty. A druga, tradycyjna…
- Czekać, aż pacjentka się zestarzeje - wpadła mu w słowo Stacy.
- A którą pan preferuje? - spytał Mac.
- Zależy od pacjentki. Oczywiście nie robię niczego, co przeczyłoby zasadom etyki lekarskiej lub zdrowemu rozsądkowi.
- No jasne.
Jane aż się skrzywiła na tę jawną drwinę. Zauważyła, że Ian też poczuł się urażony. Był zdenerwowany, niepewny.
- Czy wiesz może o jakichś jej kłopotach? - spytała Stacy łagodnie, niemal przepraszająco.
Stosują taktykę złego i dobrego policjanta, pomyślała Jane. Ale po co? Dlaczego tak naprawdę tu przyjechali?
- Nie, nic.
- Problemy z facetami?
- Nic mi o tym nie mówiła.
- Czy miała jakiegoś stałego partnera?
- Przykro mi, Stacy, ale nie byliśmy ze sobą na tyle blisko, by o tym rozmawiać.
- A co możesz powiedzieć o jej mężach?
- Miała dwóch. Pierwszy raz wyszła za mąż, kiedy była bardzo młoda, i rozwiodła się dawno temu. Bez żadnych problemów, o ile mi wiadomo.
- A drugie małżeństwo?
Zastanawiał się przez chwilę, jakby usiłował coś sobie przypomnieć, jakąś rozmowę czy uwagę rzuconą przez Elle Vanmeer.
- To było nie tak dawno i zdaje się, że nie bardzo zgadzała się z drugim mężem. O coś się poróżnili, ale nie mogę sobie przypomnieć szczegółów.
- Dzieci?
- Nie.
- A jej środowisko? Czy stykała się z kimś podejrzanym, może niebezpiecznym?
- Elle? Nic podobnego! Bardzo zależało jej na swoim wizerunku. I na pieniądzach. Obaj jej mężowie byli bardzo bogaci. Umawiała się z lekarzami, biznesmenami, tego typu ludźmi.
- Pan jest takim facetem.
Ian zesztywniał.
- Ale byłem jej lekarzem.
- Mówiła o nich? O tych facetach?
Ian wyraźnie się stropił.
- Czasami. Zdarzało się też, że gdzieś ją spotykałem. Na wystawie, w teatrze czy balu dobroczynnym.
- I zawsze z kimś była?
- Tak.
- Za każdym razem z tym samym facetem?
- Nie, za każdym razem był to ktoś inny.
- Czy pamięta pan…?
- Nazwiska? - Ian potrząsnął głową. - Nie, niestety.
- A kiedy widziałeś ją po raz ostatni - włączyła się Stacy - czy może wyglądała inaczej? Albo jakoś szczególnie się zachowywała?
Ian zastanawiał się przez moment, w końcu jednak potrząsnął głową.
- Nie, była taka jak zawsze.
Stacy wstała. Po chwili Mac poszedł w jej ślady.
- Jeśli sobie coś przypomnisz, zadzwoń do nas, dobrze?
- Oczywiście.
Podeszli do drzwi. Towarzyszył im Ranger. Kiedy już mieli wyjść, Mac podał swoją wizytówkę Ianowi. Ten spojrzał na nią, potem na Stacy i McPhersona.
- Nie mogę w to uwierzyć. Jak… jak to się stało?
- Przykro mi, ale obowiązuje nas tajemnica śledztwa.
Ian zmieszał się, a potem otworzył im drzwi.
- Tak, tak. Oczywiście. Po prostu trudno mi uwierzyć, że nie żyje.
Policjanci wyszli, jednak Stacy zza progu spojrzała jeszcze na siostrę.
- Musimy się kiedyś spotkać - rzuciła.
Jane uśmiechnęła się sztucznie.
- Świetny pomysł. Może zjemy razem lunch?
Stacy skinęła głową i już chciała się odwrócić, lecz zmieniła zdanie.
- Jeszcze jedna rzecz, Ian. Czy twoja znajomość z Elle Vanmeer miała wyłącznie zawodowy charakter?
- Słucham?
- Czy nigdy nie wykroczyła poza ramy zawodowe?
- Nie - odparł szybko. - Skąd to pytanie?
- Po prostu musimy wszystko sprawdzić.
Jane popatrzyła na siostrę, czując mrowienie wzdłuż kręgosłupa. Pytanie było niewłaściwe i w ogóle nie pasowało do pozostałych. A nawet gdyby jej mąż przyjaźnił się z tą kobietą, to co z tego?
To, co przyszło jej do głowy, wcale jej się nie spodobało. Jeszcze przez chwilę patrzyła na plecy oddalającej się siostry.
Poniedziałek, 20 października 2003 r.
20.35
Temperatura wyraźnie spadła. Kiedy znaleźli się na dworze, Stacy zadrżała i opatuliła się szczelniej tweedową kurtką. Od strony Elm Street dobiegały dźwięki jazzowej muzyki. Minął ich samochód, którego kierowca nacisnął klakson na widok kobiety z ekstrawagancką, pomarańczową fryzurą. Z przodu cyc, w głowie nic, pomyślała Stacy.
Przeszli do forda, który stał przy chodniku. Usiadła na miejscu pasażera, a Mac, jako że był to jego wóz, zajął miejsce za kierownicą, ale nie włączył silnika. Jednocześnie trzasnęli drzwiami.
Mac spojrzał na nią.
- I co myślisz?
Zapięła pasy i popatrzyła na niego.
- O czym?
- Czy mówił prawdę o swoich kontaktach z ofiarą?
- A czemu nie? - Zmarszczyła brwi.
- Ma wiele powodów, żeby nie mówić prawdy - oznajmił prosto z mostu.
- Myślę, że nie kłamał. - Gdy Mac bez słowa siedział wpatrzony w przednią szybę, Stacy spojrzała na niego lekko zdumiona. - O co chodzi?
- Wyglądał dziwnie, kiedy zadałaś mu to pytanie.
- To znaczy jak?
- Jak facet, który bardzo się stara, żeby wyglądać niewinnie.
- Nie zauważyłam.
Wreszcie Mac ruszył w drogę.
- Dobra, pogadajmy o tej kasecie - zmienił temat.
Nie pracowali razem zbyt długo, ale już zdążyła poznać jego sztuczki.
- Jaki to ma związek z Ianem?
- Nie zauważyłaś, że ten facet w windzie jest podobny do twojego szwagra?
- Tak, ale dotyczy to wielu mężczyzn w Dallas. Strzał w ciemno, nic więcej.
- Powiedziałabyś to samo, gdyby nie był twoim szwagrem?
Jej twarz ożywiła się na chwilę.
- Przecież był jej chirurgiem! Nie miał…
- Nikt w hotelu nie rozpoznał faceta z windy. Wygląda na to, że nie był w nim zameldowany. Musimy więc spróbować czegoś innego. Sprawdzić wszystkie poszlaki. Doktor Westbrook jest żonaty. W dodatku wybrał sobie bogatą żonę. Nie sądzę, żeby twoja siostra była zadowolona, gdyby okazało się, że miał romans z pacjentką.
Stacy zmarszczyła brwi.
- Skąd wiesz, że Jane jest bogata?
- Wszyscy to wiedzą. - Zatrzymał się na światłach przy skrzyżowaniu Commerce z South Walton Street. - Że odziedziczyła fortunę, a ty nie dostałaś nawet centa. Dallas nie jest takie duże, Stacy.
- Wspaniale - mruknęła. - Po prostu świetnie.
Posłał jej pełne współczucia spojrzenie.
- Jeśli ci to pomoże, nasi ludzie uważają, że to draństwo. Paru liczyło na pożyczkę.
Powiedział to poważnie, ale zdradziły go iskierki w oczach. Stacy pomyślała, że nie sposób go nie lubić. Dawno, a prawdę powiedziawszy nigdy, nie pracowała z tak sympatycznym facetem.
- Żadnych komentarzy? - rzucił po chwili.
- Nie chcę, żebyś się na mnie wyżywał. To wcale nie było zabawne, Mac.
- Było - upierał się.
- No, może trochę. W każdym razie jestem wdzięczna, że się nade mną nie litujesz.
- Jasne, jeszcze chętnie bym ci przywalił - wyznał, ale zaraz spoważniał. Skręcili na drogę I-35E. - Jakim samochodem jeździ twój szwagier?
- Czerwonym audi TT. To sportowy kabriolet.
- Mamy trochę czasu. Może pojedziemy do La Plazy i wypytamy parkingowych o ten wóz?
- Uwziąłeś się na niego.
Mac pokręcił głową.
- Po prostu sprawdzam wszystkie wątki. Też byś to zrobiła, gdybyś nie była osobiście zaangażowana.
Parkingowi zapisywali numery rejestracyjne wszystkich samochodów, które zatrzymywały się przy hotelu. Stacy podejrzewała, że morderca doskonale o tym wiedział, ale warto to było sprawdzić.
Trochę rozdrażniona spojrzała na Maca.
- Dobra, jedźmy tam.
Dotarli szybko do La Plazy i natychmiast przystąpili do przesłuchania obu parkingowych. Jeden pracował poprzedniego wieczoru, a drugi miał wolne.
Stacy rozmawiała z Andrew, tym, który miał służbę, a Mac poszedł z jego kolegą, żeby sprawdzić zeszyt z numerami rejestracyjnymi.
- Pamięta pan może czerwone sportowe audi TT kabriolet, które zatrzymało się przed hotelem między dziesiątą trzydzieści a jedenastą? - spytała.
- Przykro mi, pani porucznik, ale bez przerwy mamy tutaj takie auta. To nic szczególnego. O, to bym zapamiętał. - Wskazał forda Maca.
Stacy zmieniła taktykę.
- Więc może przypomina pan sobie wysokiego mężczyznę w skórzanej kurtce pilotce i czapeczce bejsbolowej?
Zagryzł wargi i zmrużył oczy, myśląc intensywnie.
- Sam nie wiem… Tak, chyba tak.
Serce zaczęło jej bić mocniej.
- Poznałby go pan, gdyby go pan znowu zobaczył? Mogłabym pokazać parę zdjęć?
- Nie, nie widziałem jego twarzy.
Oczywiście, pomyślała Stacy. Jest sprytniejszy niż większość przestępców. Dobrze to sobie zaplanował.
- Może pan powiedzieć, jakie miał włosy? Jasne, ciemne, a może rude?
Przed hotelem zatrzymał się wielki, lśniący jaguar. Parkingowy spojrzał w jego stronę.
- Raczej nie. Nie widziałem go zbyt dobrze. - Drzwi jaguara otworzyły się. - Przepraszam, muszę się zająć tym wozem.
- Rozumiem. - Podała mu swoją wizytówkę. - Proszę do mnie zadzwonić, gdyby pan sobie coś przypomniał. I to od razu. Pora nie jest istotna.
- Tak, oczywiście.
Parkingowy podszedł do jaguara, żeby wziąć kluczyki od samochodu.
- I jeszcze jedno! - zawołała za nim. - Kto z panem wczoraj pracował?
Zatrzymał się i obejrzał przez ramię.
- Danny Witt.
Stacy patrzyła na niego przez chwilę, a potem odwróciła się, słysząc swoje imię. Mac zdążał w jej kierunku.
- No i co? - zapytała.
- Jeśli nawet doktor Westbrook tu się zatrzymał, to nie wstawił samochodu na hotelowy parking. Dowiedziałaś się czegoś?
- Andrew pamięta tego faceta z windy, ale nie widział jego twarzy.
- Cholera! Prawdziwy Houdini.
- Nie, jest tylko bardzo sprytny. - Wsiedli do forda. Stacy sprawdziła czas. - O której przylatuje mąż tej Vanmeer?
- Dokładnie o dwudziestej drugiej czterdzieści dwie. Lot numer 1362. Krajowy.
Pojechali w stronę lotniska. Ruch powoli malał i drogę, która zwykle zajmowała czterdzieści minut, pokonali w dwadzieścia. Mieli jeszcze czas, żeby kupić sobie hot dogi i colę.
Stacy skończyła jedzenie akurat w momencie, kiedy zapowiedziano lot z Miami.
Drugi mąż Elle Vanmeer opuścił samolot jako jeden z pierwszych. Miał miejsce w klasie biznesowej. Można się było tego spodziewać po kimś, kto zajmował się ropą i nowymi technologiami.
Towarzyszyła mu śliczna blondynka, pewnie ze trzydzieści lat od niego młodsza. To również nie zdziwiło Stacy. Oboje wyglądali tak, jakby ostatnio tylko wylegiwali się na słońcu i pili szampana.
Stacy wyjęła odznakę i zastąpiła im drogę.
- Pan Hastings?
Zatrzymał się. Spojrzał na jej odznakę, później zlustrował blachę Maca. Rysy mu się lekko wyostrzyły.
- Tak, jestem Charles Hastings. Czym mogę służyć?
- Porucznik Killian z policji w Dallas. A to mój partner, podporucznik McPherson. Chcieliśmy zadać panu kilka pytań.
- Na jaki temat?
- Możemy przejść na bok?
Wyglądał na poirytowanego.
- Poczekaj na mnie przy bagażach, kochanie - powiedział do blondynki. - Zaraz tam przyjdę.
Skinęła głową, posłała Stacy złe spojrzenie i ruszyła we wskazanym kierunku. Pozostała trójka przesunęła się trochę na bok.
- Chodzi nam o pana byłą żonę.
Zrobił zdziwioną minę i potrząsnął głową. Zrozumiała, że miał ich kilka.
- Elle Vanmeer.
- Elle? - prychnął. - Co z nią?
- Kiedy ostatnio pan z nią rozmawiał?
- Nie mam pojęcia.
- Nie pamięta pan, kiedy ostatni raz rozmawiał z byłą żoną? - powiedziała Stacy. - To bardzo dziwne.
- Pani pytania są jeszcze dziwniejsze. No, w co się wpakowała?
Taka postawa nie spodobała się Stacy.
- Jeśli pan woli, możemy pojechać do nas, na policję.
- Proszę zadzwonić rano do mojego prawnika. Jestem zmęczony i teraz jadę do domu.
Chciał ich minąć, ale Mac go powstrzymał.
- Pańska była żona nie żyje, panie Hastings. Zamordowano ją zeszłej nocy.
Jego rysy zmieniły się na chwilę, ale momentalnie znowu się wygładziły.
- A co ja mam z tym wspólnego?
- O to właśnie chcieliśmy pana zapytać, panie Hastings - włączyła się Stacy.
Wzruszył ramionami.
- Jasne, że nic - odparł. - Przez ostatnie dziesięć dni pływałem jachtem po Zatoce Meksykańskiej. A poza tym nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem tę kobietę.
Stacy zmrużyła oczy. Taka arogancja była typowa dla ludzi z pieniędzmi. I to dużymi. Wcale jej się to nie podobało.
- I, jak widzę, bardzo się pan przejął jej śmiercią.
Hastings sapnął poirytowany.
- To małżeństwo było największym błędem mojego życia. Największym! Nawet nie zażądałem intercyzy! Czyste wariactwo!
- A dlaczego… - podjęła Stacy - dlaczego pan się z nią ożenił?
Zmierzył ją wzrokiem. Ocena nie wypadła chyba korzystnie.
- Elle potrafiła coś… Coś, czego nie umiała żadna kobieta…
- Coś? - powtórzyła.
- Potrafiła… potrafiła mnie zaspokoić. Myślałem, że jak się z nią ożenię, to nie będzie tego robić z nikim innym.
- Ale tak się nie stało?
- Elle to nimfomanka i nałogowa oszustka. - Spojrzał tęsknie w stronę swojej blondynki, a potem przeniósł wzrok na nich. - Posłuchajcie, Elle była samolubną suką. Jeśli nie żyje, nie będę po niej płakał.
- Dlaczego pan nie powie, co pan naprawdę myśli, panie Hastings?
- Ta rozmowa coraz mniej mi się podoba, pani porucznik.
Mac postanowił załagodzić sytuację.
- Czy wie pan, z kim mogła się spotykać?
- Nie.
- Czy miała jakichś wrogów?
- Praktycznie nie miałem z nią kontaktu od rozwodu, znając jednak Elle, mogła wkurzyć paru facetów. Musicie popytać.
- Na pewno to zrobimy - zapewnił Mac. - Dziękujemy za rozmowę. - Podał mu swoją wizytówkę. - Proszę do nas zadzwonić, jeśli przyjdzie panu do głowy coś, co ma związek z pańską byłą żoną.
Hastings spojrzał na wizytówkę i włożył ją do kieszonki na piersi.
- Chcecie się czegoś dowiedzieć o mojej byłej żonie? Porozmawiajcie z jej chirurgiem plastycznym. Spędziła pewnie więcej czasu w jego łóżku niż w moim.
Stacy poczuła się tak, jakby zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Spojrzała na Maca, na jego pełną współczucia minę.
- Mogę już iść? - spytał Hastings.
Bez słowa skinęła głową, myśląc, że coś się może zmienić w życiu jej siostry. I to nie na lepsze.