MIJA MU
Pewnego razu Bułgar zaprosił mnie do tańca.
W samym tym zdarzeniu nie dopatruję się niczego osobliwego, jednakże Bułgar ów żywo zapisał się w mojej pamięci. Było to w ładny wieczór, w jednym z kurortów czarnomorskiej Riwiery. Bułgar, jak wspomniałam, poprosił mnie do tańca, a nawet, prawdę mówiąc, zaprosił na tańce. Mnie jednak ciągnęło w inną stronę i początkowo zwodziłam Bułgara, a wreszcie - dałam kosza. Wtedy do akcji przystąpiła moja przyjaciółka, Maryla R. Dręczyła mnie, że postąpiłam obrzydliwie, że odtrącony rozpacza i że wręcz - jak to mówią dziewczyny w jej wieku - "gotów sobie coś zrobić".
Na takie dictum obiecałam solennie jej i sobie, że nazajutrz zajmę się solidnie Bułgarem i przetańczę z nim całą noc. Powodowała mną nie tylko wskrzeszona przez Marylę miłość bliźniego, ale i, co tu dużo gadać, próżność. Zwłaszcza na samobójcze zamiary Bułgara rzuciłam się jak wilk na ananasy. Proszę bowiem zapamiętać jedną ze słynnych teorii doktora Amy'ego: "Każde oświadczyny są dla dziewczyny niedzielą, a każde samobójstwo kochanka - oświadczynami".
Cały następny dzień przeznaczyłam na gonitwę za Bułgarem. Los mi sprzyjał. Znajoma sylwetka pojawiała się przede mną dosłownie co godzina, a to na deptaku, a to na rozpalonej słońcem plaży. Niestety, wszystkie moje umizgi szły na marne. Postanowiłam więc do zasadniczego ataku przystąpić wieczorem. Szczęście sprzyjało mi nadal i około dziesiątej spotkałam go w hotelowym barze. Siedział przy kieliszku i, prawdę mówiąc, nie był sam. Mimo to przypuściłam szturm: "że co to wszystko ma znaczyć, że wczoraj był całkiem inny i że jak to właściwie z nami będzie?". Bułgar spojrzał na mnie z pewnym wysiłkiem i oświadczył w języku Wielkiego Brata:
- Nu cztoż. Siegodnia drugaja programma (No cóż. Dziś inny program).
Drogie czytelniczki - sprawa jest prosta: minęło mu. Nie roztrząsałybyśmy jednak dłużej tego zdarzenia, gdyby nie to, że symptom pod nazwą "mija mu" występuje niezwykle często i to w o wiele poważniejszych sytuacjach.
Otóż moja dobra przyjaciółka, powiedzmy, Anna, wyszła wiele lat temu za młodego inżyniera o imieniu, powiedzmy, Henryk. Małżeństwo było idealne. Wytrzymało nawet słynną próbę doktora Amy'ego. Doktor Amy uważa, jak wiadomo, że istnieją tylko trzy typy dorosłych kobiet: Żonka, Kochanka, Męczennica. W Annie tkwiły wszystkie te trzy wcielenia! I wszystkie trzy kochały inżyniera Henryka!
Henryk również ją (je) kochał bez pamięci. I oto, ni z gruszki, ni z pietruszki - powiedzmy (he, he!) - pojawiła się między nimi jakaś dziwna obcość. Jakieś obszary niczyje, dawniej niezauważalne. Poszło na przykład o psa. Pies, krótko mówiąc, starzał się. Chorował i tak dalej. Anna, niezwykle czuła i wrażliwa osoba, chciała na wszystkie sposoby przedłużyć mu życie. Henryk natomiast, jakby diabeł w niego wstąpił, optował za uśpieniem owego Burka czy Lorda. Żeby to po prostu optował! Ale nie: on wymyślił sobie pewne osobliwe uzasadnienie. Oto dziadkowie czy pradziadkowie Henryka pochodzili z dalekich pampasów Ameryki Południowej. Jeden z nich był, o zgrozo, Indianinem. Było to wszelako tak dawno, że w ciągu długoletniego małżeństwa Henryków nie było jakoś o tym mowy. Teraz jednak indiaństwo owo zostało wywleczone z mroków podświadomości i Anna musiała nagle, zdumiona, trawić takie teksty:
- Zupełnie cię nie rozumiem, Anno. Ja jako Indianin od dzieciństwa przywykłem do tego, że chore psy zrzucało się ze skały.
Anna nie jest osamotniona. Ileż to razy niejednej z nas zdarzyło się słyszeć, że bliski człowiek zwraca się ku nam z pianą na ustach - myjąc, na przykład, zęby - i powiada:
- Ja jako harcerz (Polak, uczony, żeglarz) jestem niejako zmuszony udać się natychmiast w półroczną podróż dookoła świata.
Czy jest to symptom "mija mu"? Zapewne tak. Uściślijmy jednak, co mianowicie mu mija? Sądzę, idąc za przeczuciem doktora Amy'ego, że mija mu mianowicie fascynacja terenami wspólnymi. Mija mu - ni stąd, ni zowąd - chęć na pójście z nami na lody czy odwiedzenie pewnego staruszka, który trzynaście lat temu obserwował z nami księżyc w pełni. I nie ma sensu wkładanie pewnej sukni (tej-co-wtedy) i mruczenie: "Chodź, pójdziemy tam-gdzie-wtedy". Wszystko to rozdrażni go jeszcze bardziej i spowoduje jeszcze większy atak tęsknoty za pampasami-samopasami.
Uprzytomnijmy sobie zatem, co to za tęsknota? Jest to tęsknota za terenami, gdzie nie ma nas. Tęsknota za dworcami, rybami, grzybami, górami, za wszystkim, co nie jest napiętnowane nami i Naszym Wspólnym. Czy zatem, drogie czytelniczki, przypadek jest beznadziejny? I tak, i nie. Po części zależy to trochę od naszych własnych planów i zamiarów. Jeżeli jesteśmy, na przykład, podszyte awanturnicą, powinnyśmy wykorzystać symptom Indianina dla naszych własnych celów. W takim wypadku robimy smutną minę i mówimy tak:
- Och, mój drogi, nie wyobrażasz sobie, jak ja ciebie rozumiem! Jako Indianin musiałeś po prostu dusić się ze mną. Proszę cię, odejdź, bez skrupułów! Mało tego: wyznam ci, że ja jako Kujawianka od jakiegoś czasu czułam to samo. W najbliższy wtorek wyjeżdżam ekspresem, aby poślubić doktora Aleksandra Kujawskiego, który będzie najczulszym ojcem dla naszych dzieci.
To jest wariant, powiedzmy, R.
Wariant P (prosty) będzie jednak inny: kochamy Henryka do szaleństwa i nie wyobrażamy sobie rozstania. Czy w takim razie sprawa jest beznadziejna? Otóż jest ona beznadziejna, jak wszystkie sprawy, na których zależy nam naprawdę, ale historia zna wypadki, kiedy udało się, jak powiada doktor Amy, zmóc symptom. Jest to niezwykle trudne: należy uprzedzić Indianina (ha, uprzedzić Indianina!). Należy przewidzieć cios. Należy wywęszyć indiaństwo w powietrzu i opracować kontratak w najmniejszych szczegółach, zanim jeszcze usłyszymy pierwsze trąby nadciągającego wojska.
No tak, ale na czym ma polegać ów kontratak? Ma on polegać na "grze w tajemnicę". Musimy ni stąd, ni zowąd stać się zagadką. Musimy wydobyć z krtani swoiste ultradźwięki. Musimy zaskoczyć niegotowego jeszcze pół-Indianina swoim mocarnym, już rozwiniętym, a dotąd skrywanym superindiaństwem. Musimy zaskoczyć go: okazać się lunatyczką, śpiewaczką operową, zdobywczynią Himalajów, działaczką społeczną bądź producentką najwspanialszych na świecie racuszków. Zresztą, czy tego naprawdę trzeba się uczyć na seminarium Zabawy poufne? Wierzę, czytelniczki moje, że macie tę wiedzę w małym palcu. I w następnym wykładzie obiecuję przejść do trudniejszych tematów. To była tylko rozgrzewka.