Rozdział 1
Badley Compton, Devon, 2010
Flappy Scott-Booth, samozwańcza królowa Badley Compton, małego, lecz
niepozbawionego znaczenia miasta w hrabstwie Devon, siedziała na iście
cesarskim rosyjskim krześle z wysokim oparciem, kupionym na aukcji w Christie's, i przypatrywała się nieco zdenerwowanej młodej kobiecie
siedzącej sztywno po drugiej stronie staroświeckiego orzechowego biurka.
Dziewczyna nie była pięknością, lecz Flappy nie tego szukała. Szukała
operatywności, zdolności, uczciwości i posłuszeństwa. W końcu widziała
piękność za każdym razem, gdy spojrzała w lustro. Nie sposób zaprzeczyć,
że licząca ponad sześćdziesiąt lat Flappy wciąż wyglądała zaskakująco
dobrze. Miała wydatne kości policzkowe, mocno zarysowaną brodę, szeroko
osadzone niebieskozielone oczy i długie, czarne jak węgiel rzęsy. To,
oraz nieskazitelna cera i ufarbowane na popielaty blond włosy, starannie
ostrzyżone na pazia, co podkreślało ostrą linię szczęki, sprawiało, że
wyróżniała się w tłumie. Tylko wargi miała wąskie, a ich kąciki często
opadały w dół, co ujawniało typowy dla niej krytycyzm i bezwzględność.
- Widzisz, jestem strasznie zajęta - powiedziała Flappy powoli i wyraźnie, jak to ona. - Naprawdę chciałoby się zrobić wszystko dla
wszystkich, ale to jest po prostu niemożliwe. Darnley to nie tylko dom,
w którym mieszkam z panem Scott-Boothem, tu bije serce Badley Compton.
Mamy największy dom w mieście, z ogromnymi ogrodami i trawnikami, i... -
westchnęła, ponieważ z tym przywilejem wiązała się wielka
odpowiedzialność - arboretum oraz innymi wspaniałościami, których jest
za dużo, by je tu wymieniać. Och, jesteśmy bardzo, bardzo szczęśliwi.
Ale czasami nie starcza czasu, by zająć się własnymi sprawami. Wciąż coś
się dzieje. Przez cały rok nasze drzwi są otwarte dla miejscowej
społeczności. W czerwcu udostępniamy na trzy tygodnie nasze ogrody, żeby
ludzie mogli się nacieszyć tym wyjątkowym, magicznym miejscem. W lipcu
wydajemy przyjęcie w ogrodzie. We wrześniu jest kiermasz rzeczy
używanych na cele dobroczynne, na początku października herbatka z okazji dożynek, w listopadzie parada dzieci w fantazyjnych kostiumach w Halloween i zaraz potem Dzień Guya Hawkesa, w grudniu obiad
bożonarodzeniowy. Do tego oczywiście cotygodniowe spotkania klubu
książki, zebrania parafialne i gminne. Mogłabym długo wymieniać. -
Flappy znów westchnęła i wpatrzyła się ostrym, przenikliwym wzrokiem w młodą kobietę, uważnie słuchającą jej słów.
- Ale tego nie zrobię. Sama zobaczysz, jak bardzo jestem zajęta i dlaczego potrzebuję asystentki do wszystkiego. Kogoś, kto mnie odciąży.
Widzisz, miałam przyjaciółkę, nazywała się Gracie, która była nadzwyczaj
pomocna przy organizacji wszelkiego rodzaju wydarzeń, ale zeszłej wiosny
wyjechała do Włoch, poznała jakiegoś hrabiego i wyszła za niego za mąż.
W wieku sześćdziesięciu ośmiu lat, wyobraź sobie! Teraz jest hrabiną, co
bardzo jej się podoba, ponieważ przedtem była nikim. Była po prostu
zupełnie przeciętną kobietą. Na ulicy nie zwróciłabyś na nią uwagi. -
Flappy lekko prychnęła i zmusiła się do wątłego uśmiechu. - Ale ja
potraktowałam ją bardzo wyrozumiale i wielkodusznie, choć mogę
powiedzieć, że z jej strony było niewłaściwe tak mnie zostawić na
lodzie. Potrzebuję osobistej asystentki. Sądzę, że się nadasz. -
Sięgnęła po leżące na biurku CV kandydatki. - Masz duże doświadczenie.
Znasz włoski, francuski i hiszpański, jesteś dobrą organizatorką i umiesz gotować. To wspaniale, chociaż mam kochaną dziewczynę, Karen,
która od czasu do czasu coś tam gotuje, gdy natłok spraw jest za duży.
Ja oczywiście gotuję świetnie, ale przecież nie można być jednocześnie
wszędzie, a moje umiejętności są potrzebne w tak wielu innych miejscach
oprócz kuchni. - Flappy spojrzała Persephone prosto w oczy. - Czy jest
coś, czego nie umiesz robić?
- Zajmować się ogrodem - odparła niepewnym tonem Persephone, mając
nadzieję, że to wyznanie nie będzie jej kosztowało pracę.
Flappy się roześmiała i machnęła wymanikiurowaną dłonią.
- Cóż, dam sobie radę bez tego. Na szczęście mamy tu, w Darnley, armię
ogrodników, a także słodką dziewczynkę z Polski, która co rano
przychodzi sprzątać, nie wymagam więc, byś się tym zajmowała. -
Odłożyła CV na biurko i postukała w nie długimi paznokciami pomalowanymi
na elegancki bladoróżowy kolor. - Chcę, żebyś zaczęła od razu.
Oczy Persephone zaświeciły się z zachwytu.
- Och, cudownie. Dziękuję! - zawołała ze zbytnim entuzjazmem.
- Chcę, żebyś była gotowa do pracy co dzień o dziewiątej rano i odpowiednio wyglądała. Włosy związane z tyłu, bluzka wyprasowana,
spódnica za kolano i rajstopy. Nie znoszę gołych nóg. I nie lubię
wysokich obcasów. - Flappy się skrzywiła. - Potwornie pospolite. Czy
jest coś, o co chciałabyś mnie zapytać?
- Jak mam się do pani zwracać? - chciała wiedzieć Persephone.
- Pani Scott-Booth oczywiście. Aha, i najważniejsze. Chciałabym, żebyś,
odbierając telefon, mówiła: "Darnley Manor, mówi asystentka pani
Scott-Booth". Czy to jest jasne?
Persephone skinęła głową.
- Całkowicie - odparła. - Całkowicie, pani Scott-Booth.
Flappy się uśmiechnęła. Ta dwudziestopięciolatka szybko się uczy.
Po wyjściu Persephone Flappy pozostała w swoim gabinecie przy biurku i patrzyła w okno. Pokój był uroczy, urządzony z wielkim smakiem w zgaszonych zieleniach i szarościach, a z okna roztaczał się ładny widok
na ogród. A właściwie na jeden z ogrodów. Flappy dopisało szczęście,
miała ich więcej i mogła się chełpić przed przyjaciółkami i tutejszą
społecznością. Ten ogród nazywano boiskiem do krykieta, choć nikt nie
grał w nim w krykieta. Bawiła się tam oczywiście czwórka jej dzieci,
lecz gdy wyfrunęły z gniazda i zamieszkały w różnych odległych zakątkach
świata, na trawiastym polu odbywały się różne uroczystości i imprezy.
Grunt był idealnie płaski, można więc było rozstawić duży namiot, a wzdłuż jednego boku biegł stary kamienny mur, przed którym rozciągała
się ogólnie podziwiana rabata z ziołami. Flappy była bardzo z niej dumna
i z rozkoszą zapraszała gości na "wycieczkę po herbarium w Darnley
Manor". Zaproszeni kroczyli wówczas powoli wzdłuż rabaty, a ona
wskazywała rozmaite rośliny, używając ich nazw botanicznych, których
nauczyła się na pamięć. Delphinium brzmiało o wiele lepiej niż zwykła
ostróżka, a Hemerocallis przydawał tajemniczości lilii dziennej. Nawet
petunia wydawała się ładniejsza, gdy ją nazwano Ruellia brittoniana.
Flappy miała czterech ogrodników zatrudnionych na pełny etat, noszących
zielone koszulki i spodnie khaki i wykonujących wszystkie cięższe prace,
lecz od czasu do czasu (a zwłaszcza gdy spodziewała się gości) brała do
ręki swój rzadko używany sekator i snuła się po ogrodzie różanym,
obcinając tu i ówdzie zwiędły kwiat. Teraz pomachała do jednego z chłopaków, który pchał taczkę po trawniku. Uchylił czapki, a Flappy
uśmiechnęła się łaskawie, ponieważ niezależnie od nastroju zawsze była
łaskawa, a potem wróciła do sprawy, która ją absorbowała. Do kwestii,
które zamierzała podnieść na spotkaniu kobiecego klubu książki w Badley
Compton jutrzejszego wieczoru.
Zadzwonił telefon.
Flappy liczyła dzwonki i odebrała po ósmym, by wywołać wrażenie, że jest
niezwykle zajęta i być może musi podejść do telefonu z bardzo daleka.
- Darnley Manor, mówi Flappy Scott-Booth.
- Flappy, dowiedziałam się czegoś.
Dzwoniła Mabel. Jeśli Flappy była samozwańczą królową Badley Compton,
Mabel Hitchens można by nazwać jej damą dworu bardzo chętną do pomocy.
- Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam - wyrzuciła Mabel jednym tchem. -
Wiem, jaka jesteś zajęta.
- Jak to mówią, Mabel, daj coś do zrobienia zajętej osobie, a zawsze
zostanie to zrobione. Zajęci ludzie znajdą czas na wszystko. A więc
jakie masz dla mnie wieści?
- Hedda Harvey-Smith kupiła dom w Badley Compton - oznajmiła Mabel z triumfem. Wiedziała, że ta nowina jest ważna dla Flappy, która lubiła
wiedzieć wszystko pierwsza.
Zapadła długa chwila ciszy, ponieważ Flappy musiała przetrawić tę
przerażającą wiadomość. Miała pecha, że poznała Heddę Harvey-Smith w kwietniu, gdy ta pojawiła się bez zapowiedzi na pogrzebie swojego brata.
Hedda wpadła wówczas na pomysł, że ona i jej mąż Charles przeprowadzą
się do Badley Compton, a Flappy uznała, a w gruncie rzeczy miała
nadzieję, że to tylko nic nieznacząca groźba. Teraz, jeśli źródło Mabel
było wiarygodne, wyglądało na to, że groźba się ziściła. Flappy
zesztywniała niczym pies wyczuwający zagrożenie swojego terytorium,
odpowiedziała jednak z dobrze wyćwiczoną beztroską w głosie:
- Nie jestem pewna, jaki dom kupili, Mabel, bo jedyny oprócz mojego duży
dom w mieście należy do sir Algernona i lady Micklethwaite, a ja nie
wyobrażam sobie, żeby Hedda kupiła coś mniejszego. - Flappy się
roześmiała, pocieszona logiką swojego wywodu. - Jesteś pewna, Mabel, że
dobrze zrozumiałaś?
- To jest najciekawsze, Flappy. Dom, który kupiła Hedda, to właśnie
Compton Court. - Mabel usłyszała, że Flappy gwałtownie wciągnęła
powietrze, i poczuła dreszczyk satysfakcji. To dopiero była nowość dla
Flappy. - Żaden inny - ciągnęła podekscytowana, podnosząc głos. - Sir
Algernon i lady Micklethwaite przeprowadzili się do Hiszpanii.
Gdyby Flappy nie siedziała, osunęłaby się na krzesło niczym opadający
suflet. Jak to możliwe, że wszystko działo się pod jej nosem, a ona nie
miała o tym najmniejszego pojęcia? Niewątpliwie Phyllida Micklethwaite
powinna była ją poinformować o wyjeździe. Oczywiście Flappy nie mogła
jej zaliczać do swoich przyjaciółek, choć przez lata podejmowała wiele
prób, by tak się stało, lecz z pewnością mogła uważać ją za znajomą. W końcu Phyllida uczestniczyła w wielu wydarzeniach organizowanych przez
Flappy. Była przecież gościem honorowym na przyjęciu w ogrodzie jeszcze
w lipcu. Flappy westchnęła ciężko i zebrała się w sobie. Bo jeśli
istniała jedna rzecz, w której Flappy była dobra, była nią umiejętność
ukrywania, jak bardzo jest wytrącona z równowagi.
- Moim zdaniem to cudownie, że Hedda i Charles przyjeżdżają, żeby
zamieszkać tu, w Badley Compton - powiedziała, uprzejma jak zawsze. A potem nagle w zapracowanym umyśle Flappy się rozjaśniło i wpadł jej do
głowy doskonały pomysł. - Musimy wydać dla nich przyjęcie powitalne -
oznajmiła. O, tak! Przyjęcie tutaj, w Darnley, pomyślała podekscytowana.
Wystawne przyjęcie, by pokazać Badley Compton, że królowa nie czuje
zagrożenia dla swojej pozycji, i od razu uświadomić Heddzie, że w tym
mieście istnieje hierarchia i że będzie dla niej najlepiej dostosować
się do niej. - Czy wiesz, kiedy oni się wprowadzają?
- Aaach! Przyjęcie! Jakie to ekscytujące, Flappy. Nikt nie wydaje takich
przyjęć jak ty! - Flappy się nie odezwała, więc Mabel dodała szybko: -
John widział dziś rano, gdy wyszedł kupić gazety, dużą furgonetkę do
przeprowadzek. - John był mężem Mabel. - Naprawdę dużą i elegancką. Z rodzaju tych, jakie mogłaby wynająć kobieta taka jak Hedda Harvey-Smith.
- Naprawdę? - zapytała powoli Flappy.
- O, tak. Założę się, że pełno w niej cennych rzeczy.
- Tak, tak, z pewnością - burknęła Flappy, jeżąc się na myśl o bardzo
dużej i eleganckiej furgonetce pełnej cennych rzeczy Heddy Harvey-Smith.
- Jeśli oni się teraz wprowadzają, nie mamy dużo czasu. To musi się stać
w najbliższych tygodniach. Na początku września. Przyjęcie koktajlowe w ogrodzie. Ostatnie z letnich przyjęć. Tak żeby wszyscy wspominali je w długie zimowe miesiące i rozmawiali o nim wtedy, gdy o trzeciej robi się
ciemno, jest dżdżysto i zimno. Ogród wciąż wygląda przepięknie. Darnley
rzeczywiście nigdy nie wyglądało wspanialej. Zadzwonię do Heddy od razu.
- Och, będzie zachwycona twoim telefonem - zapewniła Mabel niewinnym
głosem.
- Oczywiście, że będzie. Jeśli powitam ich serdecznie w naszej
społeczności, wszyscy pójdą w moje ślady. A ty wiesz, Mabel, że jestem
bardzo zadowolona, mogąc kogoś trochę wesprzeć. Przecież nic mnie to nie
kosztuje, prawda? A dla nich będzie dużo znaczyło.
Gdy Flappy odłożyła słuchawkę, tkwiący w niej duch rywalizacji osiągnął
już punkt szczytowy. Szybko otworzyła oprawny w czerwoną skórę notes z adresami i odszukała literę M. Tam, kilka pozycji pod burmistrzem,
znajdowali się sir Algernon i lady Micklethwaite. Zirytowana zacisnęła
usta na myśl, że będzie musiała zastąpić ich adres tym nowym,
hiszpańskim, co wprowadzi nieporządek w jej nieskazitelnym notatniku.
Nic nie mogła jednak na to poradzić. Sięgnęła po telefon i wybrała
numer.
Po wielu dzwonkach odezwał się męski głos.
- Compton Court.
- Halo, z kim rozmawiam? Tu pani Scott-Booth z Darnley Manor -
przedstawiła się tonem wielkiej damy.
- Dzień dobry pani. Jestem Johnson, kamerdyner. Obawiam się, że pani
domu jest niedysponowana. Czy chciałaby pani zostawić wiadomość?
Flappy zdenerwowała się z dwóch powodów.
Po pierwsze, dlatego, że Hedda miała kamerdynera, a po drugie, że ten
kamerdyner najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, z jak ważną osobą ma do
czynienia.
- Owszem, jeśli byłby pan tak dobry - odparła, z niemałym trudem
zdobywając się na uprzejmość. - Proszę przekazać, że Flappy Scott-Booth
z Darnley Manor chciałaby przywitać ją w społeczności na małym zebraniu
podobnie myślących ludzi w przyszłym tygodniu w Darnley. Nic zbyt
wyrafinowanego. My, ludzie ze wsi, uważamy ostentację za coś w bardzo
złym guście. Może pani Harvey-Smith byłaby tak dobra i powiadomiła mnie
telefonicznie, jaki dzień jej odpowiada. - Flappy szybko podała
kamerdynerowi numer swojego telefonu.
- Dopilnuję, aby pani otrzymała tę wiadomość jeszcze dziś rano -
zapewnił Johnson.
- To bardzo uprzejme z pana strony, dziękuję panu. - Po chwili namysłu
dodała: - Jeśli nie będzie mnie w domu, telefon odbierze moja osobista
asystentka Persephone, a pani Harvey-Smith może zostawić jej wiadomość.
Hedda mogła mieć kamerdynera, ale ona miała osobistą asystentkę. Flappy
odłożyła słuchawkę wielce z siebie zadowolona. Jak zwykle tuż przed
lunchem na podjeździe Darnley Manor zawarczał cicho karmelowy jaguar
Kennetha Scott-Bootha i zatrzymał się przy lśniącym szarym range roverze
Flappy. Kenneth otworzył drzwi, z jękiem - ponieważ przeszkadzał mu
wydatny brzuch - podniósł się z siedzenia i mocno postawił na żwirze
stopy w nieskazitelnie białych butach do gry w golfa. Liczył niespełna
metr siedemdziesiąt wzrostu, miał na sobie pumpy w wielobarwną kratkę z przewagą koloru żółtego, żółte skarpety i pasujący do nich kaszmirowy
sweter z wycięciem w serek i mógłby uchodzić za komiczną postać, gdyby
nie był tak bardzo bogaty. Kenneth nie należał do mężczyzn, których
można lekceważyć. On sam też siebie nie lekceważył. Zbierał owoce swoich
sprytnych posunięć, regularnie rozgrywał partie golfa na polu, które sam
założył w Badley Compton i które nosiło jego imię, i wiódł życie na
wysokim poziomie. Golf inspirował go, napędzał i wypełniał mu dzień
bardziej niż cokolwiek innego. W końcu dlaczego miałby poświęcać swój
czas czemuś innemu, zamiast sobie folgować? Miał prawo do hedonizmu,
ponieważ dawniej, w latach siedemdziesiątych, naprawdę ciężko pracował,
budując swoje imperium, czyli sieć popularnych restauracji serwujących
fast food. Po dziesięciu latach sprzedał je za miliony. Wymagało to
sprytu, przebiegłości i przedsiębiorczości, a tych mu nie brakowało.
Kenneth był chłopcem ze złej dzielnicy, któremu się powiodło. A Flappy
Booth - tak się nazywała przed ślubem - była jego wisienką na torcie. To
ona wpadła na pomysł połączenia ich nazwisk. W ten sposób wraz z podwójnym nazwiskiem Scott-Booth przydali sobie tego jednego, czego im
brakowało - aury wielkopańskości.
Kenneth gwałtownie otworzył drzwi i wkroczył do holu, gdzie po dwóch
stronach marmurowego kominka wisiały duże portrety jego i Flappy pędzla
znanego malarza Jonathana Yeo, a na posadzce w szachownicę stały piękne
osiemnastowieczne meble. Hol w Darnley rzeczywiście robił wrażenie.
Kenneth westchnął z satysfakcją. Poczuł zapach jedzenia. Czy to
jagnięcina? Uwielbiał jagnięcinę. Nie uznawał żadnych wegetariańskich
nonsensów, którym kiedyś hołdowała Flappy. Kenneth był mężczyzną i lubił
mięso z ziemniakami i warzywami.
- Kochanie! - zawołał, biorąc się pod boki.
Flappy wyszła ze swego gabinetu i pojawiła się w holu w powiewnej
bladoniebieskiej bluzce i białych luźnych spodniach, obwieszona złotą
biżuterią.
- Kochanie - powiedziała, nadstawiając policzek, a mąż posłusznie ją
pocałował. - Miałeś udany poranek?
- Niezły. Całkiem niezły. Przegapiłem krótkie odbicie na drugim.
Powinienem zaliczyć siódmy, jak zwykle. Gdybym na osiemnastym nie wybił
piłki poza pole, miałbym jedną z najlepszych partii.
Flappy słuchała tej relacji jednym uchem, ponieważ uważała golfa za
najnudniejszy sport. Nie tak prestiżowy jak tenis. Golf był jak gra w rzutki czy bilard.
- Na pewno jesteś głodny, kochanie. Karen przygotowała udziec jagnięcy.
Powiedziałam jej, żeby tym razem wyjęła go z piekarnika trochę
wcześniej, bo oboje wolimy mięso leciutko różowe, prawda? Jak wiesz,
potrafię wspaniale upiec jagnięcinę, ale rano byłam tak zajęta, że po
prostu nie wystarczyło mi czasu.
Kenneth poszedł za żoną na górę. Flappy wiedziała, że mąż lubi przebrać
się przed lunchem. Podczas gdy Kenneth zamieniał w swojej garderobie
pumpy na chinosy, Flappy siedziała przy toaletce w sypialni i muskała
swój ładny nos puszkiem do pudru. Bardzo podnosiła ją na duchu
świadomość, że wygląda o dziesięć lat młodziej od wszystkich kobiet w jej wieku z Badley Compton. Uśmiechnęła się.
- Zatrudniłam osobistą asystentkę! - krzyknęła. - Ma na imię Persephone
i zaczyna jutro.
- Wspaniale! - odkrzyknął Kenneth. - Pół roku na Olimpie i pół roku w Hadesie - dodał, chichocząc.
- A pamiętasz Heddę Harvey-Smith? Była na pogrzebie Harry'ego Pratta.
Duża kobieta o donośnym głosie.
- Tam było sporo dużych kobiet o donośnym głosie. O którą ci chodzi?
- To ta z szopą brązowych, źle ufarbowanych włosów, biedactwo. - Flappy
przebiegła ręką po swej fryzurze doskonale ufarbowanej na popielaty
blond. - Uważa się za wielką panią. Hedda Harvey-Smith. Na pewno
pamiętasz, kochanie.
Kenneth nie przypominał sobie nikogo o takim nazwisku.
- No więc co z nią?
- Ona i jej mąż Charles kupili dom Micklethwaitów i dziś się
wprowadzają.
Po długiej chwili ciszy Kenneth pojawił się drzwiach sypialni, zapinając
guziki koszuli.
- A co się stało z Micklethwaitami? - zapytał.
- Wyprowadzili się do Hiszpanii. - Flappy pokręciła głową i zmarszczyła
brwi. - Nie wiedziałeś? Myślałam, że ci o tym wspominałam. Lady
Micklethwaite powiedziała mi o tym kilka miesięcy temu. Musiało wypaść
mi z głowy.
- Mówiłaś, że kim jest ta kobieta?
- Nikim ważnym.
- Ma męża?
- Owszem. Ma na imię Charles.
Kenneth skinął głową.
- Ciekawe, czy on gra w golfa.
*
Hedda Harvey-Smith oddzwoniła do Flappy dopiero o szóstej wieczorem. Po
zwyczajowych ośmiu dzwonkach Flappy odebrała telefon.
- Darnley Manor, mówi Flappy Scott-Booth.
- A, Flapsy, tu Hedda - przywitała się głośno Hedda.
Flappy nie była pewna, czy się nie przesłyszała, bo Hedda przekręciła
jej imię. Przypuszczała, że tak właśnie się stało, ponieważ wszyscy
wiedzieli, że ona ma na imię Flappy, ale ciągnęła rozmowę głosem słodkim
jak sacharyna.
- Bardzo ładnie z twojej strony, że oddzwoniłaś, Heddo.
- Byłam strasznie zajęta przy przeprowadzce.
- Tak myślałam. - Flappy z pewnością nie zamierzała zdradzać, że dopiero
tego rana się o tym dowiedziała. - Witamy w Badley Compton.
- Dziękuję, Flapsy. Cudownie tutaj. Charles i ja nie moglibyśmy być
szczęśliwsi. Ale doprowadzenie wszystkiego do porządku zajmie więcej niż
kilka dni.
Flappy była niemal pewna, że Hedda znów źle wymówiła jej imię, lecz nie
dość pewna, by wytknąć to rozmówczyni. Niepewność wytrąciła ją z równowagi, ale wzięła się w garść. - Dobrze znam dom Micklethwaitów.
Mogę sobie wyobrazić, jak dużo pracy cię czeka. Phyllida, lady
Micklethwaite, jest moją bliską przyjaciółką, wiesz.
- Co mogę dla ciebie zrobić, Flapsy?
- Jestem Flappy - oznajmiła Flappy stanowczo, teraz już w stu procentach
pewna, że się nie przesłyszała.
- Co mogę dla ciebie zrobić, Flappy? - powtórzyła Hedda jakby nigdy nic,
bez słowa przeprosin za pomyłkę.
Flappy wzięła głęboki oddech i spróbowała zdobyć się na wdzięk i wielkoduszność, z których była dobrze znana.
- Chciałabym zaprosić ciebie i Charlesa na małe przyjęcie koktajlowe tu,
w Darnley. Będzie mi miło wprowadzić cię do społeczności. W Badley
Compton lubimy, żeby nowi mieszkańcy czuli się jak w domu.
- To bardzo miło z twojej strony, Flappy. - W głosie Heddy wcale nie
było słychać wdzięczności, jakiej spodziewała się Flappy. - Ale Charles
i ja zamierzamy wydać własne małe przyjęcie. Jutro powinnaś dostać
zaproszenie.
Flappy nie wiedziała, co powiedzieć. Gorączkowo szukała jakiegoś sposobu
odzyskania swojej uprzywilejowanej pozycji, ale zdołała tylko uciec się
do banału.
- Ładnie z twojej strony, Heddo. Bardzo ładnie. Lokalna społeczność
będzie zachwycona. Uwielbiamy dobre przyjęcia.
- Mam nadzieję, że przyjdziesz.
- Muszę zajrzeć do swojego kalendarza. Wiesz, że jestem bardzo zajęta.
- Liczę, że znajdziesz dla nas czas, Flappy. Z tego, co słyszałam,
przyjęcie bez ciebie nie byłoby całkiem udane.
Flappy się roześmiała. Poczuła się bezpiecznie, ponieważ, jak się po raz
kolejny okazało, jej pozycja nie była zagrożona.
- Kenneth i ja przyjdziemy na pewno, z wielką przyjemnością.
Rozdział 2
W przeciwieństwie do męża Flappy była rannym ptaszkiem. W dodatku
Kenneth chrapał, co było konsekwencją nieprzyzwoitej ilości wypijanego
co wieczór czerwonego wina, Flappy wygnała go więc do łóżka w jego
garderobie, gdzie mógł chrząkać, ile dusza zapragnie, niczym zadowolona
świnia, i wylegiwać się do dziewiątej. Wygnanie miało być początkowo
środkiem tymczasowym, zastosowanym, aby Flappy mogła się wyspać, a rano
ubrać się bez poczucia, że przeszkadza chrapiącemu mężowi. Szybko
jednak, jak zwykle bywa, środek doraźny zamienił się w zwyczaj i już od
ośmiu lat Kenneth spał w osobnym łóżku. Jeśli chodzi o seks, Flappy
uważała go za "zwierzęcy" i była bardzo zadowolona, że skończywszy
pięćdziesiątkę, położyła mu kres raz na zawsze. Oznajmiła mężowi, że nie
może już na nią liczyć w tej kwestii i że będzie dla niego najlepiej,
jeśli wyładuje nadmiar energii, grając w golfa. Tak też zrobił i oddawał
się temu z większą namiętnością, niż kiedykolwiek żywił do żony.
O dziewiątej Persephone czekała w holu, tak jak jej polecono, w czarnej
ołówkowej spódnicy tuż za kolano i wyprasowanej niebieskiej bluzce;
lśniące włosy miała związane w kucyk, notes i pióro w ręce. Do tego
czasu Flappy zdążyła już godzinę poćwiczyć jogę w siłowni (znajdującej
się przy basenie wewnątrz domu), porozmawiać z córką Matyldą, która
mieszkała z mężem i dziećmi w Sydney, i przeczytać "Daily Mail" zanim
ktoś się pojawi i zobaczy, że oddaje się lekturze ulubionego tabloidu.
Weszła rozluźniona do holu w bawełnianych spodniach koloru khaki, szytej
na miarę białej bluzce (inspiracją był strój Meryl Streep w Pożegnaniu
z Afryką według książki Karen Blixen), złotej biżuterii, pachnąca
tuberozą Jo Malone. Przywitała uśmiechem swoją nową asystentkę osobistą.
- Gotowa na bardzo pracowity dzień?
Persephone skinęła głową.
- Całkowicie, pani Scott-Booth.
- Doskonale. Proszę za mną.
Flappy ustawiła biurko dla Persephone w bibliotece, pokoju, do którego
Kenneth nigdy nie wchodził, a ona tylko od czasu do czasu, aby coś
sprawdzić albo się popisać przed gościem, na którym chciała zrobić
wrażenie, ponieważ biblioteka w Darnley była rzeczywiście imponująca.
Kenneth nie ukrywał faktu, że nie czyta książek, udało mu się jednak
utrzymać w tajemnicy, że liczne rzędy błyszczących tomów kupiono en
masse w firmie specjalizującej się w dostarczaniu bogatym klientom
gotowych zbiorów.
Persephone umieściła laptop na stole ustawionym przy dużym oknie z pięknym widokiem na niewielki ogród otoczony wysokim żywopłotem z cisów
(ogródek cisowy) i czekała na polecenia Flappy.
- Twoim pierwszym zadaniem jest zrobienie listy pięciu książek, które
będę mogła zarekomendować na dzisiejszym spotkaniu klubu książki -
powiedziała Flappy.
- Jakiego rodzaju książek, pani Scott-Booth? Biografie, książki
historyczne, powieści? Lekkie, poważne? - Pióro zawisło nad notesem, na
twarzy Persephone widać było zapał i wyczekiwanie.
Flappy prychnęła wyniośle.
- Lubię książki, które inni uważają za zbyt poważne, takich pisarzy jak
V. S. Naipaul i Salman Rushdie, moi prawdziwi ulubieńcy. Ale panie z klubu preferują nieco lżejsze lektury. Zabawne i niezbyt wymagające.
Chociaż uważam, że koniecznie trzeba stawiać przed sobą wyzwania, nie
sądzisz, Persephone?
- Też tak myślę - zgodziła się Persephone. - Czy wolałaby pani mieć na
tej liście autorów współczesnych, czy starszych?
- Współczesnych. Moim zdaniem należy iść z duchem czasu, nie uważasz?
- Mam już kilka pomysłów.
- Naprawdę? - Flappy była przyjemnie zaskoczona.
- Tak. Ja również dużo czytam, pani Scott-Booth. Chociaż, przyznaję,
podoba mi się Czarodziejka z Florencji, a powieści V. S. Naipaula są
jak na mój gust zbyt rozwlekłe.
Flappy przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się współczująco.
- Cóż, on nie jest dla każdego.
W drzwiach pojawił się Kenneth w stroju do golfa.
- Jesteś pewnie nową asystentką Flappy - powiedział, wodząc po
Persephone małymi oczkami z aprobującym uśmieszkiem. Podobały mu się
dziewczyny w ołówkowych spódnicach. Szkoda, że Flappy nie cierpi
wysokich obcasów.
Persephone wyciągnęła rękę.
- Bardzo mi miło pana poznać, panie Scott-Booth.
Uścisnął jej dłoń i zerknął na żonę.
- Nie zamęcz jej od razu pierwszego rana, dobrze?
Flappy się roześmiała.
- Ona już zaczęła i chce zdążyć ze wszystkim.
Zostawiła Persephone w bibliotece i poszła za mężem do kuchni, gdzie na
stole czekał na niego "The Times".
- Jest cały twój, kochanie. Ja już przeczytałam - rzuciła pogodnie. -
Szczególnie interesująca jest pierwsza strona.
Kenneth usiadł i czekał, aż Flappy, jak co rano, przyniesie mu filiżankę
kawy, a sobie herbatę Earl Grey z plasterkiem cytryny (picie herbaty z mlekiem było takie pospolite). Siedzieli naprzeciwko siebie i jak mieli
w zwyczaju, omawiali plany na cały dzień.
W chwili, gdy Kenneth zerkał na swojego rolexa, by sprawdzić, czy już
pora wyjść na golfa, do drzwi kuchni ostrożnie zapukała Persephone.
- Przepraszam, że przeszkadzam, pani Scott-Booth, ale czy chciałaby
pani, żebym otwierała pani pocztę? - zapytała, trzymając w ręce plik
listów.
- Byłoby doskonale, dziękuję. - Flappy spojrzała na listy i oczy jej się
zwęziły. - Jest tam jakiś sztywny?
- Zaproszenie? - Persephone przerzuciła listy i wyciągnęła dużą białą
kopertę z wykaligrafowanym czarnym atramentem nazwiskiem: "Pani
Kennethowa Scott-Booth".
- Tak, to ten. Sama go otworzę - powiedziała Flappy. Persephone podała
jej list i wyszła z kuchni.
Flappy przyjrzała się z bliska kopercie. Od razu zirytowała ją ta
kaligrafia. Miała klasę. A samo zaproszenie było grube, sztywne i w dobrym guście, co także było irytujące. Nawet sformułowania były
poprawne, absolutnie bez zarzutu. Flappy prychnęła i podniosła głowę.
- To od Heddy - wyjaśniła mężowi. - Gdy zmarszczył brwi, dodała: -
Wiesz, tej kobiety, o której mówiłam ci wczoraj.
- Tej z donośnym głosem?
- Tak, tej z donośnym głosem. - Flappy westchnęła, jakby sama myśl o imprezie u Heddy była trudna do przyjęcia. - Ona i Charles wydają
przyjęcie koktajlowe, aby przedstawić się społeczności Badley Compton.
Kenneth był zachwycony. Uwielbiał przyjęcia.
- Świetnie. Kiedy?
- Za parę tygodni. W Compton Court. - Po chwili przerwy Flappy
dorzuciła:
- Zastanawiam się, kogo jeszcze zaprosili.
- Wszystkich - stwierdził Kenneth.
- Cóż, na pewno nie wszystkich - zaprotestowała Flappy z pogardą.
Kenneth wstał i uśmiechnął się do żony.
- Oczywiście, że nie wszystkich, kochanie. Tylko naszych.
Tak, ludzi takich jak my, pomyślała Flappy z satysfakcją. Ktoś, kto
zadał sobie tyle trudu z zaproszeniem, na pewno starannie dobrał gości.
Flappy bardzo pragnęła, by zadzwonił telefon i odebrała go Persephone,
nie miała jednak czasu czekać. Wręczyła więc dziewczynie długą listę
spraw do załatwienia w związku z wrześniowym kiermaszem dobroczynnym, po
czym, w kapeluszu i przesadnie dużych okularach przeciwsłonecznych,
wsiadła do swojego lśniącego szarego range rovera. Podczas jazdy
rozważała za i przeciw w kwestii przyjęcia zaproszenia od Heddy. Gdyby
odmówiła, miałaby satysfakcję, byłaby górą, ponieważ wszyscy by
przypuszczali, że otrzymała lepsze zaproszenie (i nie mówili o niczym
innym, tylko o tym, od kogo mogło być to zaproszenie), ale potem
dowiedziałaby się od Mabel szczegółów o przyjęciu Heddy, które mogłyby
okazać się bardzo denerwujące. Poza tym była o wiele bardziej niż trochę
ciekawa, jak wygląda dom Heddy. Prawdę mówiąc, nigdy nie przekroczyła
progu domu Micklethwaitów.
Badley Compton było ładnym miastem nad zatoką, zabudowanym białymi
domami o dachach krytych szarym łupkiem. Z trzech stron otaczały je
zielone wzgórza, na których pasły się krowy i hasały owce, a w dole, na
spokojnych wodach zatoki, pływały niczym kaczki kutry rybackie. Dziś,
gdy słońce świeciło wesoło na błękitnym niebie, a chmury przypominały
kłębuszki wełny, Badley Compton wyglądało uroczo jak na pocztówce.
Flappy zaparkowała przed Café Délice Dużej Mary, gdzie biło serce
miasta, i wysiadła. Zobaczyła przez szybę, że w kawiarni jest tłoczno.
Pchnęła drzwi i natychmiast poczuła słodki zapach ciast. Duża Mary
Thompson słynęła ze swoich wypieków, lecz Flappy rzadko sobie pozwalała
na takie grzeszne przyjemności. Nie utrzymałaby swej pięknej szczupłej
sylwetki, objadając się węglowodanami i cukrem.
- Dzień dobry - przywitała się radośnie, przebiegając wzrokiem po
znajomych twarzach, ponieważ wszyscy patrzyli na nią, gdy wchodziła.
Duża Mary stała na swoim zwykłym miejscu za kontuarem, jej wydatną pierś
opinał fartuch w czerwono-białe pasy, a na ramiona opadały loczki w kolorze platynowego blondu.
- Dzień dobry, pani Scott-Booth - powiedziała z silnym akcentem West
Country. - Czym mogę dziś pani służyć? - Duża Mary znała odpowiedź,
zanim jeszcze Flappy otworzyła usta.
- Tak naprawdę nie przyszłam tu po to, żeby coś kupić - odparła Flappy,
zerkając na nęcące słodkości. Współczuła tym wszystkim ludziom o słabej
woli, którzy nie potrafili się im oprzeć. Podeszła do kontuaru i zniżyła
głos.
- Jestem tu, by porozmawiać o twojej... - Zawahała się. Kim właściwie
była Hedda dla Dużej Mary? Szybko sobie jednak przypomniała, ponieważ
jej system przechowywania danych działał niezawodnie. - O twojej ciotce,
Heddzie Harvey-Smith.
Hedda rzeczywiście była ciotką, która pojawiła się zupełnie
niespodziewanie. Gdy w kwietniu zmarł Harry Pratt, samotnik prowadzący
przez sześćdziesiąt lat skromne życie w Badley Compton, okazało się, że
zapisał w testamencie dużą sumę pieniędzy (nikt nie wiedział, że miał
ich aż tyle) swojej nieślubnej córce, Dużej Mary Thompson, co dla niej
samej było niespodzianką. Potem nastąpił kolejny wstrząs - na pogrzeb
Harry'ego przyjechała jego siostra Hedda Harvey-Smith, o której nikt
nigdy nie słyszał, i wyjaśniła, że dla Harry'ego pieniądze nie miały
znaczenia, ponieważ chciał prowadzić proste życie, wspominając czasy,
gdy latał nad białymi klifami Devonu w swoim spitfirze. Kto by pomyślał,
że Harry Pratt był takim tajemniczym człowiekiem? Flappy uważała za
"godne podziwu", że Duża Mary nadal prowadziła kawiarnię, choć
najwyraźniej miała dość pieniędzy, by nie pracować.
- Tak, właśnie się przeprowadziła do Badley Compton - powiedziała Duża
Mary.
- Rzeczywiście, i to do tego pięknego domu - dodała Flappy. - Phyllida,
lady Micklethwaite, była moją bliską przyjaciółką. Jaka szkoda, że się
wyprowadzili do Hiszpanii. - Westchnęła z żalem. - Ale bardzo się
ucieszą, że w ich ukochanym domu zamieszkają dobrzy ludzie.
- A ja się cieszę, że mam tak blisko krewną. Myślałam, że nie mam
nikogo, a teraz mam Heddę i Charlesa. Dopisało mi szczęście.
Flappy rozejrzała się dookoła, aby się upewnić, że nikt jej nie
podsłucha.
- Dostałam dziś od nich zaproszenie na przyjęcie - szepnęła tak cicho,
że Duża Mary ledwie ją słyszała.
- Doskonale! - wykrzyknęła Duża Mary. - To będzie wspaniałe przyjęcie!
Flappy wolałaby, żeby jej rozmówczyni mówiła trochę ciszej; przecież
tego rodzaju rozmowy nie można prowadzić przy ludziach, którzy nie mieli
tyle szczęścia, by otrzymać zaproszenie.
- Ja sama zamierzałam wydać w Darnley przyjęcie powitalne dla nich, ale
mnie uprzedzili. Mimo to jestem pewna, że Heddzie dobrze doradzono, kogo
zaprosić, a kogo nie - dodała, chichocząc. - Nie chciałoby się widzieć w swoim domu jakiegoś starego nikogo.
Duża Mary obdarzyła Flappy jednym ze swych najradośniejszych uśmiechów.
- To ja dałam jej listę - oznajmiła.
- Naprawdę? - upewniła się Flappy, ukrywając zaskoczenie; potrafiła po
mistrzowsku niczego po sobie nie pokazywać.
- Tak. Hedda nie wiedziała, od czego zacząć.
- Ach, to zrozumiałe.
- Tak właśnie pomyślałam. Wiem przecież, kto kochał Harry'ego, a do
mojej kawiarni przychodzą najmilsi ludzie z Badley Compton.
- Oczywiście - przytaknęła Flappy.
- Nie musi więc pani szeptać, ponieważ do wszystkich tutaj wysłano
zaproszenia.
- Och - wyrwało się Flappy, która poczuła lekkie ściskanie w gardle. -
Jak cudownie. Czyli to jest przyjęcie dla wszystkich?
- Właśnie tego życzyła sobie Hedda.
- Czy mogę jakoś pomóc? - zapytała Flappy, pragnąc na nowo umocnić swoją
pozycję. - Mam najwspanialszą asystentkę osobistą i mogłabym ją
wypożyczyć.
- Bardzo dziękuję za propozycję, pani Scott-Booth, ale sądzę, że Hedda
ma wszystko pod kontrolą.
- Z pewnością tak jest. - Wzrok Flappy powędrował do rzędów kuszących
ciast za szkłem. - Po namyśle kupię kawałek ciasta dla Persephone, mojej
asystentki.
- Dobry pomysł - orzekła Duża Mary, sięgając po bladoróżowe pudełko. -
Jakie sobie pani życzy?
Flappy poczuła, że ślinka napływa jej do ust.
- To z lukrem.
- Moje ulubione. Nazywam je "diabelskim pożądaniem". - Duża Mary
podniosła szczypcami kawałek ciasta i umieściła w pudełku. - Powiem
Heddzie, że pani wpadła - obiecała, wręczając Flappy torbę.
- Dobrze. I przekaż jej pozdrowienia ode mnie. Nie mogę się doczekać,
kiedy ją zobaczę.
Flappy wsiadła do samochodu i zapaliła silnik. A więc Hedda już zdążyła
zaprosić wszystkich, pomyślała ze złością. Gdyby zapytała Flappy, a nie
Dużą Mary, dostałaby listę ludzi z o wiele większą klasą. Cóż, Hedda nie
mogła oczywiście o tym wiedzieć, pomyślała wielkodusznie Flappy,
ponieważ w głębi serca była bardzo wielkoduszną kobietą. Ale z czasem
Hedda się dowie, to pewne.
Flappy wzięła różowe pudełko z fotela pasażera i położyła sobie na
kolanach. Wyjęła ciasto. Po paru minutach nie zostało po nim śladu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki