Jemima Lowe poczuła dłonie zaciskające się na jej kostkach. Jednym gwałtownym ruchem została wyszarpnięta z niewielkiej furgonetki. Uderzyła w ziemię plecami, a zaraz potem głową. Ból przeszył jej czaszkę jak spadająca gwiazda rozdziera mrok. Przez kilka sekund widziała tylko silne rozbłyski.
"Proszę, pozwól mi odejść", błagała w duchu, bo żaden dźwięk nie chciał się wydobyć z jej nieruchomych warg.
Mięśnie w jej ciele zostały odłączone od mózgu. Kończyny odmówiły posłuszeństwa. Umysł wykrzykiwał polecenia, których reszta ciała nie chciała słuchać. Potrafiła bez trudu przebiec półmaraton, przepłynąć Kanał La Manche tam i z powrotem, przejechać rowerem dystans triatlonu, ale w tej chwili nie była w stanie nawet zacisnąć pięści. Przeklinała własne ciało za to, że tak okrutnie ją zawiodło i uległo działaniu narkotyku.
Poczuła, że jest obracana na ziemi. Żwir wbijał się w odsłoniętą skórę na plecach, gdzie podwinęła się jej koszulka. Ktoś trzymał ją za kostki i wlókł po ziemi. Przez myśl przemknął jej obraz jaskiniowca wracającego do domu ze świeżo ubitą zwierzyną.
Teraz wleczono ją po trawie. Jej głowa podskakiwała na nierównościach. Zmienił się też kąt nachylenia. Wciągano ją pod górę. Głowę odrzuciło na bok, a wtedy policzek uderzył w mały kamień.
Wysłała instrukcje do swoich dłoni nakazujące przytrzymać się ziemi. Wiedziała, że jej jedyną szansą jest spowolnić to wszystko. Tylko tak mogła się uratować. Kciukiem i palcem wskazującym złapała kępkę trawy, ale zaraz ją wypuściła. Palce nie chciały się zacisnąć. Rozumiała, że narkotyk wniknął głęboko. Łzy frustracji piekły ją w oczy. Zdawała sobie sprawę, że wkrótce umrze, że nie zdoła tego powstrzymać.
Zbocze robiło się coraz bardziej strome, zmienił się kąt ułożenia jej ciała. Mężczyzna westchnął z wysiłku, przerywając ciszę. "Proszę, pozwól mi odejść", pomodliła się raz jeszcze. Jej myśli stały się bardziej klarowne, lecz mięśnie nie chciały za nimi nadążyć. Zatrzymali się. Jej nogi leżały teraz w jednej linii z plecami.
- Chcesz, żebym przestał, prawda, Jemimo?
Ten głos. Jedyny, jaki słyszała od dwudziestu czterech godzin. Zmroził ją do szpiku kości.
- Też chciałem, żebyś przestała, Jemimo. Ale mnie nie słuchałaś.
Już wcześniej próbowała mu wszystko wytłumaczyć, jednak nie znajdowała właściwych słów. Jak miałaby wyjaśnić komukolwiek to, co się zdarzyło tamtego dnia? W jej własnej głowie prawda brzmiała zupełnie niewiarygodnie, a gdy tylko otwierała usta, brzmiała jeszcze gorzej.
- Jedna z was wepchnęła mi w usta skarpetę, żebym nie mógł krzyczeć.
Chciała przeprosić. Powiedzieć, że żałuje tego, co zrobiła. Przez większość dorosłego życia uciekała przed wspomnieniami tamtego dnia. Ale to nigdy nie działało. Wciąż czuła wstyd.
"Proszę, pozwól mi wyjaśnić!", krzyczał błagalnie jej odrętwiały umysł. Gdyby tylko miała chwilę do namysłu, na pewno powiedziałaby coś właściwego. Zdołała nawet otworzyć usta. Lecz zanim zebrała dość siły, żeby się odezwać, wepchnął jej coś między wargi. Język Jemimy cofnął się przed czymś gęstym i suchym.
- Każdej nocy przed snem słyszę wyłącznie twój śmiech.
Kolejna garść ziemi wepchnięta w jej usta. Czuła, jak przesuwa się niżej i blokuje drogi oddechowe. W jej gardle narastał krzyk, który nie mógł znaleźć ujścia.
- Już nigdy więcej nie usłyszę twojego śmiechu.
Trzecia garść ziemi, a potem dłoń dociśnięta do jej twarzy. Policzki Jemimy nadęły się, usiłując pomieścić wtłoczoną w usta ziemię. Jedyny otwór, którym mogła się z nich wydostać, prowadził do gardła. Czuła, jak tlen opuszcza jej ciało.
Szarpnęła głową, usiłując uwolnić się od dłoni, która zasłaniała jej usta. W myślach jej ruch był silny i stanowczy. W rzeczywistości przypominał żałosne wicie się.
- A potem mnie przytrzymałaś, pamiętasz, Jemimo?
"Czy tak się wtedy czuł?", zastanawiała się, gdy jej organizm walczył o oddech.
Życie wyciekało z niej i wsiąkało w ziemię. Jej umysł krzyczał, ale ciało nie mogło zaprotestować.
Dłoń poruszyła się na moment, a w niej rozbłysła ulotna nadzieja, że to koniec. Aż coś uderzyło ją w twarz. Usłyszała trzask pękającej kości i po sekundzie w jej głowie eksplodował ból. Krew trysnęła z nosa, spłynęła strumieniem po ustach. Jemima mimowolnie krzyknęła, choć nie wydobył się z niej żaden dźwięk. Skurcz mięśni zepchnął tylko jeszcze więcej ziemi w dół gardła.
Ciało zareagowało odruchem wymiotnym, zaczynała się dusić. Próbowała przełykać suchą ziemię, ale ta oblepiała ściany przełyku jak świeżo wylana smoła. Łzy płynęły jej ciurkiem, gdy rozpaczliwie szukała w ciele resztek tchu.
Drugi cios trafił w policzek.
Umysł wrzeszczał w agonii. Wiła się rozpaczliwie, lecz grudy ziemi tłumiły jej krzyki przerażenia.
Trzeci cios padł na wargi. Wybił zęby z dziąseł.
Kiedy jej ciało, centymetr po centymetrze, poddawało się cierpieniu, raz jeszcze dotarł do niej spokojny głos:
- Nie będę już oglądał w snach twojej twarzy.
Zanim zamknęła się nad nią ciemność, w głowie Jemimy pojawiła się jeszcze jedna, ostatnia myśl: "Proszę, pozwól mi umrzeć".