CZĘŚĆ PIERWSZA
FAŁSZYWA JUTRZENKA
ROZDZIAŁ 1
GODZINA ZERO
Szalona orgia ruin, splątanych drutów, skurczonych trupów, padłych koni, rozrzuconych kawałków wysadzonych mostów, krwawe kopyta oderwane od końskich nóg, zepsuta broń, rozsypana amunicja, nocniki, zardzewiałe miski, kawałki słomy i wnętrzności koni pływające w mętnych kałużach wody zmieszanej z krwią, aparaty fotograficzne, rozbite samochody i części czołgów: wszystko to daje świadectwo straszliwego cierpienia miasta [...]
Tamás Lossonczy, Budapeszt 1945[1]
Gdzie znaleźć słowa, by prawdziwie i wiernie odmalować wielką stolicę zniszczoną niemal nie do poznania; wszechmocny niegdyś naród, który przestał istnieć; zdobywców, którzy byli tak brutalnie aroganccy i tak ślepo przekonani o swojej misji jako rasa panów [...] a których teraz widać grzebiących w ruinach - załamane, oszołomione, drżące, głodne istoty ludzkie bez woli, celu czy kierunku.
William Shirer, Berlin 1945[2]
Zdawało mi się, że idę po trupach, że za chwilę spod nóg wytryśnie krew.
Janina Godycka-Cwirko, Warszawa 1945[3]
W nocy rozlegały się wybuchy, w dzień słychać było artylerię. W całej Europie Wschodniej gwizd spadających bomb, szczekot karabinów maszynowych, huk jadących czołgów, wyjące silniki i płonące budynki zapowiadały nadejście Armii Czerwonej. Front się zbliżał, ziemia drżała, mury się trzęsły, dzieci krzyczały. A potem wszystko zamarło.
Koniec wojny, gdziekolwiek i kiedykolwiek nadchodził, przynosił niesamowitą ciszę. "Zaczęło się ciszą. Wokół cicha noc" - napisała anonimowa kronikarka końca wojny w Berlinie[4]. Rankiem 27 kwietnia 1945 roku wyszła przed drzwi i nie zobaczyła nikogo: "Ani jednego cywila. Na ulicach Rosjanie są jeszcze wyłącznie wśród swoich. Ale pod wszystkimi domami kłębi się życie. Nikt jeszcze nie zdaje sobie sprawy z istnienia zastrachanego, ukrytego pod ziemią świata wielkiego miasta".
Rankiem 12 lutego 1945 roku, w dniu, w którym zakończyło się oblężenie miasta, pewien węgierski urzędnik państwowy słyszał tę samą ciszę na ulicach Budapesztu. "Dotarłem do Dzielnicy Zamkowej, ani żywej duszy. Zacząłem iść ulicą Werbőczyego. Nic, tylko ciała i ruiny, wozy i platformy. [...] Wyszedłem na plac Szentháromság i postanowiłem zajrzeć do Rady, na wypadek gdyby ktoś tam był. Opuszczona. Wszystko wywrócone do góry nogami i ani żywej duszy [...]"[5].
Nawet w Warszawie, już zniszczonej w chwili zakończenia wojny - hitlerowscy okupanci zrównali ją z ziemią po zdławionym na jesieni powstaniu - wszystko umilkło, gdy 16 stycznia 1945 roku niemieckie wojsko ostatecznie się wycofało. Władysław Szpilman, należący do garstki ludzi kryjących się w ruinach, usłyszał tę zmianę. "Zapadła cisza - napisał w pamiętnikach zatytułowanych Śmierć miasta - tak głęboka jak nigdy przedtem w wymarłej od trzech miesięcy Warszawie. Nie było już słychać kroków warty przed domem. Nie było słychać odgłosów bitwy. Straciłem rozeznanie w sytuacji". Następnego ranka "cisza została przerwana najmniej oczekiwanym hałasem": przybyła Armia Czerwona, a przez głośniki po polsku nadawano wiadomość o wyzwoleniu miasta[6].
Ten moment nazywano czasami godziną zero, Stunde Null: koniec wojny, odwrót Niemców, wkroczenie Sowietów, chwila, w której skończyła się walka, a zaczęło odradzać życie. Większość opowieści o zajęciu Europy Wschodniej przez komunistów tę chwilę właśnie przyjmuje za początek - i słusznie[7]. Tym, którzy przeżywali zmianę władzy, godzina zero wydawała się punktem zwrotnym: coś bardzo konkretnego dobiegło końca, rozpoczynało się coś bardzo nowego. Od tej pory - mówili sobie ludzie - wszystko będzie inaczej. I rzeczywiście.
Jednak choć rozpoczynanie historii o przejęciu przez komunistów władzy w Europie Wschodniej od chwili zakończenia wojny wydaje się logiczne, wprowadza w błąd. Ostatecznie w 1944 czy 1945 roku mieszkańcy regionu nie stanowili "niezapisanej karty" ani nie zaczynali od zera. Nie pojawili się też znikąd, bez uprzednich doświadczeń, gotowi ruszyć od nowa. Nie, oni wydobyli się z piwnic zniszczonych domów albo wyszli z lasów, w których walczyli jako partyzanci, albo wymknęli się z obozów pracy, w których ich więziono, jeśli byli dość zdrowi, by pracować - i podjęli długą, skomplikowaną podróż do ojczyzny. Co więcej, w chwili poddania się Niemców niektórzy nawet nie zaprzestali walki.
Wyczołgawszy się z ruin, nie zobaczyli dziewiczego terenu, tylko zniszczenie. "Wojna skończyła się tak, jak kończy się przejście przez tunel - napisała czeska pamiętnikarka Heda Kovály. - Z daleka widziało się przed sobą światło, blask, który narastał, a skulonym w ciemności istotom jego jasność wydawała się tym bardziej olśniewająca, im dłużej trwało dotarcie do niej. Jednak gdy w końcu pociąg wyjechał na światło słoneczne, wszystko, co ukazało się oczom, to jałowa ziemia pełna chwastów i kamieni, i kupa śmieci"[8].
Zdjęcia zrobione w tamtym okresie w Europie Wschodniej ukazują wręcz apokaliptyczne sceny. Zrównane z ziemią miasta, hektary gruzów, spalone wsie i dymiące zgliszcza zamiast domów. Splątane druty kolczaste, pozostałości po obozach koncentracyjnych, obozach pracy, obozach jenieckich. Jałowe pola, zryte gąsienicami czołgów, bez śladu upraw, hodowli czy jakiegokolwiek życia. W niedawno zburzonych miastach powietrze przesycał trupi fetor. "We wszystkich opisach spotykałam wyrażenie "słodkawa woń". Przymiotnik "słodkawa" uważam za niedokładny i niewystarczający - pisała niemiecka pamiętnikarka - [...] przypominają raczej coś mocnego, gęstego, jakąś zawiesinę, opary gromadzące się wokół twarzy i nozdrzy, zbyt lepkie, by je wdychać. [...] Człowiek cofa się jak przed uderzeniem pięścią"[9].
Wszędzie widziało się prowizoryczne groby, a ludzie chodzili po ulicach niepewnie, jak gdyby po cmentarzu[10]. Po pewnym czasie rozpoczęły się ekshumacje; ciała przenoszono z podwórek i parków miejskich do zbiorowych mogił. Pogrzeby i ponowne pochówki zdarzały się często, ale w Warszawie znana była historia, gdy jedną taką uroczystość przerwano. W lecie 1945 roku orszak pogrzebowy wędrował powoli ulicami Warszawy, gdy oczom ubranych na czarno żałobników ukazał się niezwykły widok: "żywy, czerwony tramwaj warszawski" - pierwszy, jaki wyjechał na miasto od zakończenia wojny. "Przechodnie na chodnikach zatrzymywali się, inni biegli w stronę wozu, wiwatując głośno i klaszcząc. I, o dziwo, kondukt żałobny zatrzymał się, odprowadzający zmarłego odwrócili się ku tramwajowi i wreszcie porwani ogólnym nastrojem zaczęli także klaskać"[11].
Także i to było typowe. Tych, co przeżyli, czasami ogarniała niezwykła euforia. Z ulgą przyjmowali fakt, że zostali przy życiu; smutek mieszał się z radością, a handel, rzemiosło i odbudowa ruszyły natychmiast, spontanicznie. Warszawa w lecie 1945 roku była sceną ożywionej działalności. Stefan Kisielewski pisał: "Na gruzach ruch - jak diabli. Handel - aż huczy. Praca - wre. Humor - nie brakuje go nigdzie. Tłum tętniący życiem przewala się po ulicach - nikomu by nie przyszło na myśl, że to wszystko ludzie - pogorzelcy, ocaleni z trudem z katastrofy i mieszkający w warunkach zaiste nie ludzkich"[12]. Sándor Márai tak opisywał Budapeszt w jednej z powieści dziejących się w tym samym czasie:
Wszystko to, co pozostało z miasta, ze społeczeństwa, wróciło do życia z taką pasją, wściekłością i zwykłą siłą woli, z taką mocą, wytrwałością i przebiegłością, że wydawało się, iż nic się nie zdarzyło. [...] na bulwarze w bramach nagle pojawiły się stragany, sprzedające wszelkiego rodzaju dobre jedzenie i przedmioty luksusowe: ubrania, buty, wszystko, co tylko można sobie było wyobrazić, nie mówiąc już o złotych napoleonach, morfinie i słoninie. Pozostali przy życiu Żydzi wynurzyli się niepewnie z oznaczonych żółtą gwiazdą domów i nie minął tydzień czy dwa, a już można ich było zobaczyć, jak się targują, otoczeni, bądź co bądź, trupami ludzi i koni [...]. Ludzie kłócili się na ruinach o cenę ciepłych brytyjskich tkanin, francuskich perfum, holenderskiej brandy i szwajcarskich zegarków [...][13].
Ten entuzjazm, z jakim pracowano i odbudowywano, miał trwać wiele lat. Brytyjski socjolog Arthur Marwick rozważał kiedyś, że to właśnie doświadczenie narodowej klęski mogło dać Niemcom impuls do rekonstrukcji, pozwoliło odzyskać poczucie narodowej dumy. Sama skala narodowego załamania - twierdził - mogła przyczynić się do powojennego boomu: przeżywszy katastrofę gospodarczą i osobistą, Niemcy energicznie rzucili się do odbudowy[14]. Jednak nie tylko Niemcy - tak wschodnie, jak zachodnie - dążyły do otrząśnięcia się i "normalności". We wspomnieniach i rozmowach o okresie powojennym Polacy i Węgrzy opowiadają, jak desperacko starali się zdobyć wykształcenie, zwykłą pracę, jak spragnieni byli życia bez ciągłej walki i zamętu. Partie komunistyczne doskonale przygotowały się do wykorzystania tej tęsknoty za pokojem.
W każdym razie w Europie Wschodniej łatwiej było naprawić szkody materialne niż demograficzne. Skala spustoszenia wśród ludności przewyższała wszystko, co spotkało zachodnią część kontynentu. Podczas wojny to Europa Wschodnia najbardziej ucierpiała na skutek ideologicznego szaleństwa i Hitlera, i Stalina. Do 1945 roku większość terytorium rozciągającego się między Poznaniem na zachodzie a Smoleńskiem na wschodzie przeżyła okupację nie raz, ale dwa, a nawet trzy razy. Po podpisaniu paktu Ribbentrop-Mołotow w 1939 roku Hitler wkroczył na te tereny od zachodu, zajmując zachodnią Polskę. Stalin dokonał inwazji od wschodu i zajął wschodnią Polskę, państwa bałtyckie i Besarabię. W 1941 roku Hitler znów ruszył od zachodu. W 1943 roku fala się odwróciła, a nadchodząca ze wschodu Armia Czerwona ponownie przemaszerowała przez region.
Inaczej mówiąc, do 1945 roku śmiercionośne armie i bezwzględne służby bezpieczeństwa nie jednego, lecz dwóch państw totalitarnych maszerowały po tych ziemiach tam i z powrotem, za każdym razem przynosząc głębokie zmiany etniczne i polityczne. Na przykład Lwów był dwukrotnie zajęty przez Armię Czerwoną, a raz przez Wehrmacht. Po zakończeniu wojny zmienił nazwę z Lwowa na Lwiw i nie leżał już we wschodniej Polsce, ale na zachodniej Ukrainie Radzieckiej. Jego przedwojenni polscy i żydowscy mieszkańcy zostali wymordowani lub wywiezieni, a zastąpili ich rdzenni Ukraińcy z okolicznych wsi.
Europa Wschodnia, razem z Ukrainą i państwami bałtyckimi, była także sceną największych w Europie rzezi dokonywanych z pobudek politycznych. "Hitler i Stalin doszli do władzy w Berlinie oraz Moskwie - pisze Timothy Snyder w Skrwawionych ziemiach, najlepiej udokumentowanej historii masowych mordów w tym okresie - lecz ich wizje transformacji dotyczyły przede wszystkim ziem leżących między obu stolicami"[15]. Obu dyktatorów łączyła pogarda, z jaką odnosili się do samej idei niepodległości jakiegokolwiek narodu w Europie Wschodniej, i zgodnie starali się zlikwidować ich elity. Niemcy uważali Słowian za podludzi, stojących niewiele wyżej niż Żydzi, i na ziemiach rozciągających się między Sachsenhausen a Babim Jarem na porządku dziennym było bezkarne rozstrzeliwanie na ulicy, masowe publiczne egzekucje czy palenie całych wsi w odwecie za jednego zabitego hitlerowca. Z kolei Związek Radziecki uważał swoich zachodnich sąsiadów za antysowieckie bastiony kapitalizmu, stanowiące dla ZSRR wyzwanie przez sam fakt swego istnienia. W 1939, a potem ponownie w 1944 i 1945 roku, Armia Czerwona i NKWD aresztowały na dopiero co podbitych terytoriach nie tylko nazistów i kolaborantów, ale wszystkich, którzy teoretycznie mogliby stawiać opór władzy sowieckiej: socjaldemokratów, antyfaszystów, przedsiębiorców, bankierów i kupców - często tych samych ludzi, których ścigali hitlerowcy. W Europie Zachodniej - choć zdarzały się ofiary wśród ludności cywilnej, a także przypadki kradzieży, nadużyć i przestępstw ze strony żołnierzy brytyjskich i amerykańskich - wojska te starały się jednak zabijać nazistów, a nie potencjalnych przywódców wyzwalanych krajów. Partyzanckich dowódców natomiast przeważnie traktowano z szacunkiem, a nie z podejrzliwością.
To także właśnie na wschodzie hitlerowcy najbardziej brutalnie realizowali Zagładę, to tam ustanowili najwięcej gett, obozów koncentracyjnych i pól śmierci. Snyder wskazuje, że w 1933 roku, gdy Hitler doszedł do władzy, Żydzi stanowili niecały jeden procent niemieckiego społeczeństwa, a wielu z nich zdołało następnie wyjechać. Przedstawianą przez Hitlera wizję "Europy bez Żydów" można było zrealizować, dopiero gdy Wehrmacht zajął Polskę, Czechosłowację, Białoruś, Ukrainę i państwa bałtyckie, a w końcu także Węgry i Bałkany, czyli tereny, na których mieszkała większość europejskich Żydów. Z 5,4 miliona Żydów, którzy zginęli w Zagładzie, znakomita większość pochodziła z Europy Wschodniej. Pozostałych najczęściej przywożono na te tereny, by ich zamordować. Pogarda, z jaką naziści odnosili się do wszystkich obywateli Europy Wschodniej, ściśle wiązała się z ich decyzją, by Żydów z całej Europy przewozić tam na śmierć. To tam, na ziemi podludzi, można było robić nieludzkie rzeczy[16].
Przede wszystkim jednak to właśnie na terenie Europy Wschodniej doszło do starcia nazizmu z sowieckim komunizmem. Choć początkowo byli sojusznikami, Hitler zawsze pragnął wydać ZSRR niszczycielską wojnę, a Stalin po inwazji poprzysiągł Hitlerowi odwet. Toczące się na wschodzie walki Armii Czerwonej z Wehrmachtem były zatem bardziej zaciekłe i krwawe niż te, które toczyły się dalej na zachód. Niemieccy żołnierze naprawdę obawiali się bolszewickich "hord", o których słyszeli wiele strasznych historii, więc pod koniec wojny walczyli z wyjątkową desperacją. Cechowała ich szczególnie głęboka pogarda dla ludności cywilnej, nie okazywali też żadnego poszanowania dla miejscowej kultury i infrastruktury. Jeden niemiecki generał zostawił Paryż nietknięty wbrew rozkazowi Hitlera, ponieważ czuł sentyment do tego miasta, ale inni niemieccy generałowie bez wahania spalili Warszawę po fundamenty i zburzyli znaczną część Budapesztu. Także i zachodnie lotnictwo nieszczególnie przejmowało się zabytkowym dziedzictwem tego regionu: alianckie bombowce przyczyniły się do wzrostu liczby ofiar i większego zakresu zniszczenia, bombardując nie tylko Berlin i Drezno, ale także Gdańsk i Królewiec - oraz wiele innych miejsc.
Gdy front wschodni przesunął się na teren Niemiec, walki jeszcze się nasiliły. Armia Czerwona parła na Berlin, napędzana swoistą obsesją. Już na wczesnym etapie wojny sowieccy żołnierze żegnali się okrzykiem: "Do zobaczenia w Berlinie!". Stalin zacięcie usiłował dotrzeć do niemieckiej stolicy przed pozostałymi aliantami. Rozumieli to jego dowódcy, a także amerykańscy sojusznicy. Generał Eisenhower, świadomy, że w Berlinie Niemcy będą walczyć na śmierć i życie, chciał oszczędzić amerykańskich żołnierzy i postanowił, że pozwoli Stalinowi zająć miasto. Churchill protestował przeciwko takiej strategii: "Jeśli [Rosjanie] zajmą Berlin, czy nie utwierdzą się w mylnym przekonaniu, że to oni głównie przyczynili się do naszego wspólnego zwycięstwa, i czy nie wprawi ich to w taki nastrój, który w przyszłości stworzy poważne i ciężkie do przezwyciężenia trudności?"[17]. Górę wzięła jednak ostrożność amerykańskiego generała, więc Amerykanie i Brytyjczycy podążali na wschód powoli. Generał George C. Marshall oświadczył wręcz, że "nie chciałby narażać życia amerykańskich żołnierzy dla czysto politycznych celów", a marszałek polny Alan Brooke twierdził, iż "posuwanie się w głąb kraju naprawdę trzeba w pewnym stopniu zgrać z tym, którędy będą biegły nasze ostateczne granice"[18]. Tymczasem Armia Czerwona parła wprost na Berlin, zostawiając za sobą ruiny i zgliszcza.
Gdy porówna się liczby, wynik jest szokujący. W Wielkiej Brytanii wojna kosztowała życie 360 tysięcy osób, we Francji 590 tysięcy. To straszliwa liczba ofiar, wciąż jednak nie przekracza ona półtora procent ludności tych państw. Z kolei polski Instytut Pamięci Narodowej ocenia, że w czasie wojny zginęło około 5,5 miliona obywateli Polski, z czego trzy miliony to Żydzi. W sumie więc nie przeżyło około dwudziestu procent ludności kraju - co piąta osoba. Nawet tam, gdzie nie toczyły się aż tak krwawe walki, straty w ludności były i tak wyższe niż na Zachodzie. Jugosławia utraciła półtora miliona obywateli, czyli dziesięć procent ludności. Zginęło około 6,2 procent Węgrów i 3,7 procent przedwojennej ludności Czech[19].
W samych Niemczech liczba ofiar sięga od sześciu do dziewięciu milionów - zależnie od tego, kogo uznaje się za "mieszkańca Niemiec", biorąc pod uwagę wszystkie zmiany granic - czyli do dziesięciu procent ludności[20]. W 1945 roku w Europie Wschodniej trudno byłoby znaleźć rodzinę, która nikogo nie straciła.
Gdy kurz opadł, okazało się także, że nawet ci, którzy przeżyli, często mieszkają gdzie indziej. Demografia, rozmieszczenie populacji i skład etniczny wielu krajów w tym regionie w 1945 roku bardzo odbiegały od stanu w roku 1938. Zachód wciąż niewystarczająco rozumie fakt, że hitlerowska okupacja Europy Wschodniej doprowadziła do wielkiego przemieszczenia ludności w wyniku fal deportacji i przesiedleń. Niemieccy "koloniści" przeprowadzali się do niektórych regionów okupowanej Polski i Czechosłowacji w ramach przemyślanej strategii zmiany składu etnicznego tych ziem, natomiast miejscowych wyganiano lub mordowano. Już w grudniu 1939 roku Polaków i Żydów wyrzucano z domów w lepszych dzielnicach Łodzi, by zrobić miejsce niemieckim przybyszom. W kolejnych latach około dwustu tysięcy Polaków wywieziono z miasta na roboty przymusowe do Rzeszy, natomiast Żydów zamknięto w łódzkim getcie, gdzie większość zginęła[21]. Władze okupacyjne wprowadziły na ich miejsce Niemców, w tym etnicznych Niemców z państw bałtyckich i Rumunii; niektórzy z nich sądzili, że otrzymują majątek porzucony lub zaniedbany[22].
W latach powojennych wiele tych zmian miało ulec odwróceniu; inne spotkały się z pomstą. Lata 1945, 1946 i 1947 to okres uchodźców: Niemcy uciekali na zachód, Polacy i Czesi wędrowali na wschód z obozów koncentracyjnych i obozów pracy przymusowej w Niemczech, deportowani wydostawali się ze Związku Radzieckiego, żołnierze różnych armii przemieszczali się z różnych teatrów wojny, uchodźcy wracali z wygnania w Wielkiej Brytanii, Francji lub Maroku. Niektórzy z nich pojawiali się w domu, a stwierdziwszy, że dom nie jest już tym, czym był, ruszali znów w drogę. Jan T. Gross ocenia, że w latach 1939-1943 około trzydziestu milionów Europejczyków wyrzucono z domów, przesiedlono lub deportowano, a kolejnych dwadzieścia milionów musiało się przeprowadzić w latach 1943-1948[23]. Krystyna Kersten zauważa, że od 1939 do 1950 roku miejsce zamieszkania zmienił co czwarty Polak[24].
Zdecydowana większość wracała do domu z pustymi rękoma. Natychmiast musieli szukać wszelkiej możliwej pomocy - w kościołach, organizacjach charytatywnych, instytucjach państwowych. Całe rodziny, które przed wojną same się utrzymywały, teraz stały w kolejkach w urzędach, starając się uzyskać przydział na dom czy mieszkanie. Ludzie mający dawniej odpowiedzialne stanowiska i pensje teraz błagali o bony żywnościowe i mieli nadzieję zaczepić się gdzieś jako urzędnicy. Mentalność uchodźcy siłą wyrzuconego z domu nie jest taka sama jak emigranta, który wyjeżdża, by polepszyć swój los. Warunki, w jakich znalazł się uchodźca, pogłębiają jego uzależnienie od innych i poczucie bezradności, którego być może nigdy wcześniej nie doświadczył.
Sytuację pogarszał fakt, że ogromnemu fizycznemu zniszczeniu w Europie Wschodniej towarzyszyło ogromne zniszczenie gospodarcze na równie niepojętą skalę. Nie wszystkie kraje wschodnioeuropejskie cieszyły się przed wojną dostatkiem, ale też region ten w 1939 roku nie był tak zapóźniony w stosunku do zachodniej części kontynentu jak w 1945 roku. Choć podczas wojny niektóre grupy ciągnęły zyski z zapotrzebowania na broń i czołgi - kilku historyków gospodarki zwróciło uwagę na rozwój przemysłowej klasy robotniczej w tych latach szczególnie w Czechach i na Morawach - to druga połowa wojny była katastrofą niemal dla wszystkich[25]. W 1945 i 1946 roku PKB Węgier wynosił tylko połowę tego co w 1939 roku. Jedne z dostępnych obliczeń wskazują, że w ostatnich miesiącach wojny zniszczeniu uległo około czterdziestu procent gospodarczej infrastruktury kraju[26]. W stolicy, Budapeszcie, uszkodzonych zostało trzy czwarte budynków, z czego cztery procent zniszczono całkowicie, a dwadzieścia dwa procent nie nadawało się do zamieszkania. Liczba ludności zmniejszyła się o jedną trzecią[27]. Opuszczając Węgry, Niemcy zabrali znaczną część taboru kolejowego; Armia Czerwona w ramach reparacji wojennych zarekwirowała większość tego, co pozostało[28].
Także i w Polsce zakres strat ocenia się na blisko czterdzieści procent zasobów, ale niektóre obszary zostały dotknięte znacznie ciężej. Szczególnie dotkliwie ucierpiała infrastruktura transportowa: zniszczono ponad połowę wszystkich mostów w kraju, a także porty, urządzenia okrętowe i czterdzieści procent urządzeń kolei. Większość dużych miast w Polsce została poważnie zrujnowana, co oznaczało, że zabrakło domów i mieszkań, zabytków architektury, dzieł sztuki, szkół i uczelni. Centrum Warszawy legło w gruzach w blisko dziewięćdziesięciu procentach, ponieważ wycofujący się Niemcy systematycznie wysadzali budynki w powietrze[29].
Ogromnym zniszczeniom uległy także miasta niemieckie na skutek zarówno alianckich nalotów bombowych powodujących gigantyczne pożary, jak i uporu Hitlera, który żądał od żołnierzy walki do samego końca, obrony każdej ulicy. Nawet w Czechosłowacji, Bułgarii i Rumunii, gdzie spustoszenie miało mniejszą skalę i gdzie nie prowadzono nalotów bombowych, szkody były znaczne. Na przykład Rumunia utraciła pola naftowe, które przed 1938 rokiem przynosiły jedną trzecią dochodu narodowego[30].
Wojna wpłynęła na gospodarkę Europy Wschodniej także pod innymi, trudno wymiernymi względami. W dwóch słusznie cenionych opracowaniach na temat społecznych konsekwencji wojny Jan T. Gross i Bradley Abrams wskazują, że w znacznej części regionu - w każdym razie na Węgrzech, w Czechosłowacji, Polsce i Rumunii, a także w samych Niemczech - przejmowanie prywatnej własności na dużą skalę zaczęło się już podczas wojny, pod rządami nazistów i faszystów, a nie później, za komunizmu. Masowa konfiskata własności i przedsiębiorstw żydowskich w Europie Środkowej, czy to przez państwo, czy niemieckich okupantów, poprzedziła powszechną germanizację w późniejszych latach okupacji. Czasami działo się to niejawnie: na terenach Czech niemieckie banki kontrolowały banki czeskie, a zatem mogły "często dyktować, czy jakiś czeski bank albo firma są wypłacalne, czy nie, a w wypadku niewypłacalności niemieckie banki czy firmy podejmowały działania naprawcze, tym samym przejmując nadzór"[31]. Czasami taką kontrolę narzucano bezpośrednio. W Polsce wielokrotnie się zdarzało, że niemieccy dyrektorzy i zarządcy stawali na czele fabryk i przedsiębiorstw formalnie wciąż należących do Polaków.
Okupacja przeorientowała również gospodarkę w skali całego regionu. Między 1939 a 1945 rokiem eksport do Niemiec z tych terenów podwoił się i potroił; tak samo wzrosły niemieckie inwestycje w miejscowy przemysł. Od początku lat trzydziestych XX wieku niemieccy ekonomiści opowiadali się za ustanowieniem niemieckich kolonii gospodarczych w Europie Wschodniej; podczas wojny niemieckie firmy zaczęły je tworzyć, często przywłaszczając sobie żydowskie, a nawet nieżydowskie fabryki i przedsiębiorstwa[32]. Cały region - jak nigdy przedtem - stał się autonomicznym, zamkniętym rynkiem[33]. Dlatego też kapitulacja Niemiec pociągnęła za sobą zerwanie lokalnych międzynarodowych powiązań handlowych - a ta okoliczność ostatecznie ułatwiła Związkowi Radzieckiemu zajęcie miejsca Niemiec.
Z podobnych przyczyn klęska Niemiec doprowadziła do kryzysu własności. Pod koniec wojny niemieccy przedsiębiorcy, zarządcy i inwestorzy uciekli lub zginęli. Wiele fabryk po prostu porzucono, pozostawiono bez właściciela. Czasami przejmowały je rady robotnicze. Czasami zarządzały nimi miejscowe władze. Większość tego porzuconego majątku ostatecznie znacjonalizowano, o ile nie został wcześniej spakowany i w całości wywieziony do Związku Radzieckiego, który - przy zaskakująco słabym sprzeciwie - uważał całą "niemiecką" własność za uprawnione reparacje wojenne[34]. Już w 1945 roku koncepcja, że władze mogą po prostu konfiskować prywatną własność bez jakiejkolwiek rekompensaty, była w Europie Wschodniej ogólnie przyjętą zasadą. Gdy rozpocznie się nacjonalizacja na szerszą skalę, nie wzbudzi już niczyjego zdziwienia.
Ze wszystkich rodzajów zniszczeń spowodowanych II wojną światową najtrudniej jest ocenić wymiar spustoszenia psychicznego i emocjonalnego. Brutalność I wojny światowej ukształtowała pokolenie przywódców faszystowskich, idealistycznie nastawionych intelektualistów i artystów ekspresjonistów, którzy posługiwali się deformacją kształtów i kolorów, by dać wyraz swojej dezorientacji. Jednak II wojna światowa znacznie głębiej wpłynęła na życie codzienne, gdyż wiązała się nie tylko z walką, ale również z deportacjami i masowymi przemieszczeniami ludności cywilnej. Nieustanna codzienna brutalność kształtowała ludzką psychikę na tysiące sposobów, z których nie wszystkie da się łatwo opisać.
Także i ten aspekt nie znajduje odpowiednika w tym, co działo się na Zachodzie, szczególnie w krajach anglosaskich. Czesław Miłosz, próbując wyjaśnić mentalne różnice między powojenną Europą i powojenną Ameryką, opisał, jak wojna rozbija ludzkie poczucie naturalnego porządku: "Natykając się wieczorem na trupa na chodniku, obywatel dawniej pobiegłby do telefonu, zebrałoby się wielu gapiów, byłyby wymieniane uwagi i komentarze. Teraz wie, że trzeba szybko minąć tę kukłę leżącą w ciemnej kałuży i nie zadawać niepotrzebnych pytań"[35].
Podczas wojny szanowani obywatele przestali uważać bandytyzm za przestępstwo - pisał Miłosz - w każdym razie jeśli odbywał się on w imię służby w organizacji podziemnej. Młodzi chłopcy z szanowanych, praworządnych mieszczańskich rodzin stali się zatwardziałymi przestępcami: "Zabicie człowieka nie jest dla nich bynajmniej skomplikowanym moralnym problemem". Podczas okupacji nikogo nie dziwiła zmiana nazwiska i zawodu, podróże na fałszywych papierach, zapamiętywanie fałszywej biografii, patrzenie, jak wszystkie zarobione pieniądze z dnia na dzień tracą na wartości, a ludzie zgarniani są z ulicy jak bydło.
Tabu dotyczące własności zniknęło, kradzieże stały się powszechne, a nawet okazywały się przejawem patriotyzmu. Kradło się, by utrzymać przy życiu swój partyzancki oddział, nakarmić ruch oporu albo własne dzieci. Przyglądano się z niechęcią, jak kradli inni - naziści, kryminaliści, partyzanci. Gdy wojna zbliżała się ku końcowi, epidemia kradzieży przybrała jeszcze większą skalę. W powieści Sandora Máraiego Judit... és az utóhang jedna z postaci podziwia przedsiębiorczość złodziei przeszukujących ruiny zbombardowanych budynków: "Uważali, że jeśli się pospieszą, zdążą uratować to, czego jeszcze nie ukradli hitlerowcy, nasi lokalni faszyści, Rosjanie albo ci komuniści, którym udało się już wrócić z zagranicy do domu. Uznali za swój patriotyczny obowiązek położyć łapę na wszystkim, na czym można było jeszcze położyć łapę, i tak właśnie zabrali się do "ocalania""[36].
W Polsce, jak napisał Marcin Zaremba, w chwili przerwy między wycofaniem się hitlerowskich okupantów a przybyciem Armii Czerwonej, przez Lublin, Radom, Kraków i Rzeszów przewaliły się fale rabunku. Polacy włamywali się do opuszczonych niemieckich domów i sklepów, "nawet nie po to, żeby coś znaleźć, coś uzyskać, ale żeby ograbić właśnie Niemców, żeby zabrać niemieckie dobro, po tym jak oni nam zabrali wszystko"[37].
W powojennych miesiącach bardziej zorganizowana fala rabunku objęła dawne terytoria niemieckie, Śląsk i Prusy Wschodnie, które teraz stały się własnością Polski. Grupy szabrowników przybyłych samochodami, ciężarówkami i innymi pojazdami przeszukiwały na wpół puste miasta, wywożąc z nich meble, ubrania, maszyny i inne wartościowe rzeczy. "Wyspecjalizowani" szabrownicy szukali we Wrocławiu i Gdańsku ekspresów do kawy i wyposażenia kuchni dla warszawskich restauracji i kawiarni. Najpóźniej rozpoczął się szaber książek. "Wśród szabrowników nie było na początku znawców w tej dziedzinie - wspomina pewien pamiętnikarz. - Ale i na książki szybko znaleźli się amatorzy". W całym kraju rabowano również dawną własność żydowską, a także żydowskie cmentarze, na których chłopi mieli nadzieję znaleźć "zakopany skarb" lub złote zęby. Większość szabrowników jednak nie była wybredna, zabierała własność i Żydów, i nie-Żydów. Po Powstaniu Warszawskim w zburzonej, rozbitej stolicy Polski rozpętała się fala kradzieży, bo wszyscy - "sąsiedzi, przechodnie, żołnierze" - plądrowali na wpół zburzone domy mieszkalne i puste sklepy pozostałe po ostatnim tragicznym wystąpieniu polskiego ruchu oporu. Poszukiwacze skarbów rozkopywali w 1946 roku pola wokół Treblinki, ale we wrześniu tego samego roku zwykli gapie rzucili się na ofiary katastrofy kolejowej pod Łodzią nie po to, by im pomóc, ale by sprawdzić, czy nie mają czegoś cennego[38].
Choć w Polsce i gdzie indziej szabrownictwo w końcu ukrócono, niewykluczone, że przyczyniło się ono do powstania atmosfery tolerancji dla korupcji i przywłaszczania sobie własności publicznej, co później stało się tak powszechne. Normalna - na wiele lat - stała się również brutalność. Wydarzenia, które kilka miesięcy wcześniej wywołałyby powszechne oburzenie, teraz nikogo szczególnie nie poruszały. Ponad siedemdziesiąt lat później pewien Węgier powiedział mi, że wciąż ma przed oczyma okropną scenę, której był świadkiem na budapeszteńskiej ulicy: nagle i niespodziewanie aresztowano mężczyznę idącego z dwójką malutkich dzieci. "Ojciec ciągnął ulicą wózeczek z siedzącymi w nim dziećmi, sowieccy żołnierze się tym nie przejmowali, zabrali ojca i zostawili dzieci na środku chodnika". Żaden z przechodniów nie uznał tego wydarzenia za dziwne[39]. Gdy po oficjalnym przerwaniu walk dochodziło do kolejnych aktów przemocy - bezwzględnego wysiedlania Niemców i innych narodowości, napadów na powracających do domu Żydów, aresztowania osób, które walczyły z Hitlerem, nieprzerwanych walk partyzanckich w Polsce i krajach bałtyckich - także nikt nie uważał ich za coś nienormalnego.
Nie wszystkie akty przemocy miały podłoże etniczne czy polityczne. "Żadna zabawa we wsi nie kończyła się inaczej jak bójką" - wspominał pewien wiejski nauczyciel[40]. Broń wciąż była dostępna, liczba morderstw wysoka. W wielu częściach Europy Wschodniej po wsiach wędrowały uzbrojone bandy; ich członkowie czasami nazywali siebie partyzantami, nawet jeśli nie mieli nic wspólnego ze zorganizowanymi strukturami ruchu oporu, a żyli z kradzieży i morderstw. Żołnierze z rozwiązanych oddziałów organizowali się w bandy we wszystkich miastach Europy Wschodniej, a brutalność kryminalna łączyła się z brutalnością polityczną do tego stopnia, że z oficjalnych dokumentów nie zawsze wynika, o którą chodzi. W ciągu dwóch tygodni pod koniec lata 1945 roku milicja w jednym tylko polskim powiecie odnotowała 20 morderstw, 86 rabunków i rozbojów, 1084 kradzieże z włamaniem, 440 "przestępstw politycznych" (nieokreślonych) oraz 125 przypadków "buntów i oporów wobec władzy", 29 "innych" przestępstw przeciwko władzy, 92 podpalenia i 45 przestępstw na tle seksualnym. "Dobrze by tu było, gdyby był spokój, nie było gwałtów i grabierstw - mówił raport milicyjny. - Główna bolączka ludzi to jest bezpieczeństwo"[41].
Upadkowi instytucji towarzyszył upadek moralności. Instytucje polityczne i społeczne w Polsce przestały funkcjonować w 1939 roku, na Węgrzech - w 1944 roku, w Niemczech - w 1945 roku. Katastrofa sprawiła, że ludzie zaczęli odnosić się z cynizmem do społeczeństw, w których wyrośli, i wartości, w jakich ich wychowano. Trudno się dziwić: społeczeństwa te były słabe, a wartości tak łatwo dawało się obalić. Doświadczenie narodowej klęski - czy to w wyniku hitlerowskiej inwazji i okupacji w 1939 roku, czy alianckiej inwazji i okupacji w 1945 roku, czy jednej i drugiej - było bardzo ciężkim przeżyciem.
Od tamtej pory wielokrotnie próbowano opisać, jak to jest być świadkiem rozpadu całej cywilizacji; jak to jest widzieć, że zapamiętane z dzieciństwa budynki i krajobrazy obracają się w ruinę, pojmować, że moralny świat rodziców i nauczycieli przestał istnieć, a szanowani przywódcy narodu zawiedli. Ludziom, którzy tego nie przeżyli, trudno jest to zrozumieć. Słowa w rodzaju "próżnia" czy "pustka" stosowane w odniesieniu do katastrofy narodowej, takiej jak obca okupacja, po prostu nie wystarczą: nie są w stanie przekazać gniewu, jaki budził się na myśl o przedwojennych i wojennych przywódcach, ustrojach politycznych, które zawiodły, własnym "naiwnym" patriotyzmie oraz życzeniowym myśleniu rodziców i nauczycieli. Powszechne zniszczenie - utrata domów, rodziny, szkół - obudziło w milionach ludzi poczucie skrajnej samotności. Różne części Europy Wschodniej przeżywały to załamanie w różnych momentach i w różny sposób. Jednak klęska narodowa, kiedykolwiek i jakkolwiek się zdarzała, zawsze wywierała głęboki wpływ szczególnie na młodych ludzi, którzy często dochodzili po prostu do wniosku, że wszystko, co dawniej uważali za prawdziwe, okazało się fałszem. Ponadto wojna pozbawiła ich sieci społecznej i kontekstu. Wielu naprawdę przypominało opisaną przez Hannah Arendt "całkowicie izolowaną istotę ludzką, która odcięta od wszelkich kontaktów z rodziną, przyjaciółmi, towarzyszami lub choćby zwykłymi znajomymi, czerpie poczucie zakotwiczenia w świecie tylko z przynależności do ruchu, z członkostwa w partii"[42].
Niewątpliwie to właśnie przytrafiło się Tadeuszowi Konwickiemu, polskiemu pisarzowi, który przez całą wojnę był partyzantem. Wychowany w patriotycznej rodzinie mieszkającej pod Wilnem, podczas wojny wstąpił do Armii Krajowej. Najpierw walczył z Niemcami. Potem, przez pewien czas, jego oddział toczył potyczki z Armią Czerwoną. W pewnym momencie walka zaczęła przeradzać się w zbrojne rabunki i niepotrzebną przemoc, a on zaczął się zastanawiać, po co wciąż walczy. W końcu wyszedł z lasu i przeprowadził się do Polski, państwa, którego nowe granice nie obejmowały już jego rodzinnego domu. Po przybyciu do kraju zdał sobie sprawę, że nie ma absolutnie niczego. W wieku dziewiętnastu lat posiadał jedynie płaszcz, mały plecak i plik fałszywych dokumentów. Nie miał rodziny, przyjaciół ani wykształcenia. Podobne doświadczenia były w tym pokoleniu powszechne. Lucjan Grabowski, młody partyzant Armii Krajowej, który walczył w pobliżu Białegostoku, mniej więcej w tym samym czasie oddał broń i też zdał sobie sprawę, że niczego nie posiada: "Nie miałem żadnego garnituru, te sprzed partyzantki były za ciasne. [...] Portfel był pusty, miałem jednego dolara, którego od kogoś dostałem, i siedem tysięcy złotych pożyczonych przez ojca u sąsiada. Taki był dorobek partyzanta, przeszło cztery lata toczącego boje z okupantami"[43].
Konwicki ponadto utracił wiarę w wiele rzeczy, które dawniej uważał za prawdę. "Podczas wojny - powiedział mi - widziałem tak wielką rzeź. Widziałem, jak wali się cały świat idei, humanizmu, moralności. Zostałem sam w tym zrujnowanym kraju. Co mam robić? Dokąd iść?"[44]. Przez wiele miesięcy Konwicki wędrował to tu, to tam, rozważał ucieczkę na Zachód; pracując fizycznie, próbował odkryć swoje "proletariackie" korzenie. W końcu niemal przypadkiem trafił do komunistycznego środowiska literackiego i partii komunistycznej - co przed 1939 roku wydawałoby mu się całkiem niemożliwe. Na krótki czas stał się nawet pisarzem "stalinowskim", przyjął styl i manieryzmy narzucone przez partię.
Jego losy były dramatyczne, ale nie niezwykłe. Polska socjolożka Hanna Świda-Ziemba także próbowała odtworzyć przedwojenną moralność swojego pokolenia - ludzi urodzonych pod koniec lat dwudziestych i na początku trzydziestych XX wieku - i odmalowała bardzo podobny obraz. Jej pokolenie wychowywano w głębokiej wierze w państwo polskie i jego szczególne przeznaczenie. Sama idea "Polski" - pisze - była dla jej środowiska szczególnie ważna, ponieważ państwo polskie odrodziło się dopiero w 1918 roku. W dzieciństwie jej rówieśnicy nauczyli się obiektywizować naród, pragnęli mu "służyć", odnosili się do niego, używając innych kategorii, takich jak wiara i zdrada. Gdy kraj upadł, zostali z niczym[45]. O swoje rozczarowanie wielu obwiniało przedwojennych polityków, autorytarną prawicę i generałów, którzy tak katastrofalnie zawiedli w przygotowaniu Polski do wojny. Z kolei Tadeusz Borowski wyśmiewał przesłodzony patriotyzm przedwojennych polityków: "Tobie Ojczyzną - spokojny kąt / i kark, który posłusznie się gnie, / a mnie Ojczyzną - spalony dom / i rejestracja w NKWD"[46].
Dla młodych nazistów klęska okazała się jeszcze większą apokalipsą, ponieważ uczono ich nie tylko patriotyzmu, ale także wiary w niemiecką wyższość fizyczną i psychiczną. Hans Modrow - później jeden z czołowych wschodnioniemieckich komunistów - miał w 1946 roku mniej więcej tyle samo lat co Konwicki i czuł się równie zagubiony. Jako lojalny członek Hitlerjugend wstąpił do Volkssturmu, "milicji ludowej", która w ostatnich dniach wojny stawiała jeszcze opór Armii Czerwonej. Wypełniała go wówczas zapiekła nienawiść do bolszewików, o których myślał jak o podludziach, fizycznie i psychicznie stojących niżej niż Niemcy. Jednak w maju 1945 roku ujęła go Armia Czerwona, on zaś natychmiast przeżył chwilę głębokiego rozczarowania. Razem z grupą niemieckich jeńców wojennych wsadzono go na ciężarówkę i wywieziono do wiejskiego gospodarstwa do pracy:
Byłem młody i chciałem pomóc. Stałem na ciężarówce i podawałem innym plecaki, a potem wręczyłem komuś swój, żeby łatwiej mi było zeskoczyć. Zanim wylądowałem na ziemi, już mi plecak ukradziono. Nigdy go nie odzyskałem. I nie zrobił tego radziecki żołnierz, ale jeden z nas, Niemców. Dopiero następnego dnia Armia Czerwona zrównała nas wszystkich: zabrano wszystkie nasze plecaki - nikomu nie zostawiono - i dano każdemu kubek i łyżkę, którą mogliśmy jeść. Z powodu tego zdarzenia zacząłem inaczej myśleć o tak zwanym niemieckim koleżeństwie[47].
Kilka dni później wyznaczono go na kierowcę sowieckiego kapitana, który zadał mu pytanie o niemieckiego poetę Heinricha Heinego. Modrow nigdy nie słyszał o Heinem i poczuł się zażenowany, że ktoś, o kim myślał jak o "podczłowieku", najwyraźniej wie o niemieckiej kulturze więcej niż on. W końcu trafił do obozu dla jeńców wojennych pod Moskwą, gdzie otrzymał skierowanie do "antyfaszystowskiej" szkoły i na kursy marksizmu-leninizmu, którym w tym okresie był już głęboko zainteresowany. Klęska Niemiec pozostawiła tak głęboki ślad w psychice Modrowa, że bardzo szybko przyjął ideologię, której przez całe dzieciństwo uczono go nienawidzić. Z czasem zaczął czuć także coś w rodzaju wdzięczności. Partia komunistyczna dała mu szansę odkupienia popełnionych w przeszłości błędów - błędów i państwa niemieckiego, i jego własnych. Nareszcie mógł wymazać wstyd, jaki czuł z powodu swej żarliwie nazistowskiej przeszłości.
Nie sposób było jednak wymazać wojennych wspomnień. Nie dawało się też łatwo wyjaśnić przeszłości ludziom z zewnątrz, którzy ani nie doświadczyli podobnej skali zniszczeń, ani nie byli świadkami obojętności, z jaką istoty ludzkie potrafią traktować cierpienie innych. "Ludzie w krajach Zachodu, a zwłaszcza Amerykanie wydają się [człowiekowi Wschodu] niepoważni" - pisał Miłosz. Ponieważ nie przeszli przez takie doświadczenia, "ich brak wyobraźni jest zaiste przerażający"[48]. Miłosz nie dodał jednak, że prawdą jest również coś odwrotnego: mieszkańcy Europy Wschodniej żywią głęboko nierealistyczne oczekiwania pod adresem swych zachodnich sąsiadów.
Zachodni Europejczycy i Amerykanie nigdy nie odnosili się obojętnie do sowieckiego komunizmu, ani przed wojną, ani po niej. Zaciekłe dyskusje o naturze nowego reżymu bolszewickiego i komunizmu w ogólności toczyły się w większości zachodnich stolic na długo przed 1945 rokiem. Amerykańskie gazety już w 1918 roku barwnie pisały o "czerwonym niebezpieczeństwie". W Waszyngtonie, Londynie i Paryżu wiele publicznych dyskusji w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku poświęcono zagrożeniu, jakie komunizm stanowi dla liberalnej demokracji.
Nawet gdy trwał jeszcze wojenny sojusz ze Stalinem, większość brytyjskich i amerykańskich polityków, utrzymujących bezpośrednie kontakty z Rosją, żywiła głębokie wątpliwości co do jego powojennych intencji i doskonale rozumiała naturę reżymu. "Niestety niemieckie rewelacje są zapewne prawdziwe - powiedział Winston Churchill polskim przywódcom na uchodźstwie, gdy hitlerowcy przypadkiem odkryli szczątki tysięcy polskich oficerów pochowanych w lesie pod Katyniem, gdzie zamordowała ich sowiecka służba bezpieczeństwa. - Bolszewicy potrafią być bardzo okrutni"[49]. George Kennan, amerykański dyplomata, który po wojnie kształtował politykę Stanów Zjednoczonych wobec ZSRR, spędził wojenne lata w Moskwie, skąd "bombardował niższe szczeble waszyngtońskiej biurokracji analizami komunistycznego zła"[50]. Dean Acheson, wówczas zastępca sekretarza stanu, porównał negocjacje z sowieckimi delegatami w lecie 1944 roku do "szarpania się ze staroświeckim automatem na monety [...]. Czasami dawało się przyspieszyć proces, potrząsając automatem, ale nie było sensu do niego m ó w i ć"[51].
Nie miało to jednak większego znaczenia. W pamiętnikach Acheson podsumował swoje obserwacje z tamtych negocjacji zdaniem: "Jednak wśród nas w Departamencie [Stanu] to frustrujące rosyjskie interludium szybko poszło w zapomnienie, bo nadchodziły ważniejsze wydarzenia"[52]. Prawda jest taka, że wojenny Waszyngton i wojenny Londyn niemal zawsze przejmowały się "ważniejszymi wydarzeniami", co najmniej do 1945 roku. Aż do końca wojny postępowanie Rosji w Europie Wschodniej pozostawało dla nich kwestią drugorzędną.
Nigdzie nie jawi się to wyraźniej niż w oficjalnych i nieoficjalnych relacjach z konferencji w Teheranie i Jałcie w listopadzie 1943 i lutym 1945 roku, gdzie Stalin, Roosevelt i Churchill decydowali o losie wielkich obszarów Europy ze zdumiewającą niefrasobliwością. Gdy podczas pierwszego spotkania Wielkiej Trójki w Teheranie wypłynęła kwestia granic Polski, Churchill powiedział Stalinowi, że może sobie zatrzymać ten kawałek wschodniej Polski, który połknął w 1939 roku, a Polska w zamian za to przesunie się "na zachód, jak żołnierz, który daje dwa kroki w lewo". Następnie "pokazał za pomocą trzech zapałek, jak sobie wyobraża przesunięcie Polski na zachód". To, jak odnotowano w protokole, "spodobało się marszałkowi Stalinowi"[53]. W Jałcie Roosevelt bez przekonania zaproponował niewielką korektę wschodniej granicy Polski, tak by objęła Lwów i znajdujące się obok pola naftowe. Wydawało się, że Stalin da się przekonać, ale nikt na niego w tej sprawie nie naciskał, więc propozycja przepadła. Tak decydowano o tożsamości narodowej setek tysięcy ludzi.
Nie był to bynajmniej wyraz niechęci wobec tego regionu, tylko przejaw innych priorytetów. Rooseveltowi w Jałcie chodziło przede wszystkim o kształt planowanej Organizacji Narodów Zjednoczonych, która, jak uważał, będzie zdolna nie dopuścić do wojen w przyszłości. Potrzebował współpracy ZSRR przy budowaniu tego nowego międzynarodowego systemu. Ponadto chciał uzyskać sowiecką pomoc w inwazji na Mandżurię i możliwość korzystania z rosyjskich baz na Dalekim Wschodzie. Te sprawy były dla niego po prostu ważniejsze niż los Polski czy Czechosłowacji; istniało jeszcze dużo innych problemów, od przyszłości włoskiej monarchii po bliskowschodnią ropę. Europa Środkowa, choć najważniejsza w powojennych planach Stalina, leżała na marginesie zainteresowań amerykańskiego prezydenta[54].
Natomiast Churchill doskonale zdawał sobie sprawę ze słabości swego kraju. Nie łudził się, że gdy Armia Czerwona znajdzie się już w Polsce, na Węgrzech czy w Czechosłowacji, Wielka Brytania zdoła zmusić ją do wycofania się. Churchill wspomina w pamiętnikach, że tuż przed szczytem w Jałcie powiedział Rooseveltowi: "powinniśmy okupować tak wielką część terytorium Austrii, jak to tylko możliwe, gdyż "jest pożądane, aby jak najmniejsza część zachodniej Europy dostała się pod okupację rosyjską"". Nie jest jasne, według jakich kryteriów Austria bardziej należała do Europy Zachodniej niż Węgry czy Czechosłowacja. Jednak fatalizm Churchilla rysuje się tu dobitnie i wyraźnie: gdy Armia Czerwona już się gdzieś znajdzie, to się stamtąd nie wycofa[55].
Obaj przywódcy wiedzieli poza tym, że gdy wojna się skończy, wyborcy będą chcieli, by ich mężowie, bracia i synowie jak najprędzej wracali do domu. Bardzo trudno byłoby "sprzedać" ludziom nowy konflikt z ZSRR. Wojenna propaganda przedstawiała Stalina jako jowialnego Wujka Joe, szorstkiego przyjaciela ludzi pracy. I Churchill, i Roosevelt chwalili go w publicznych wystąpieniach. W Londynie sympatycy organizowali koncerty, podczas których zbierano datki na Związek Radziecki, a Leninowi wzniesiono pomnik przed domem, w którym swego czasu mieszkał na mansardzie[56]. W Stanach Zjednoczonych amerykańscy biznesmeni z góry cieszyli się na zyski z tej nowej przyjaźni: "Rosja stanie się, jeśli nie naszym największym, to przynajmniej najbardziej ochoczym klientem po zakończeniu wojny" - oznajmił prezes Amerykańskiej Izby Handlu[57]. Zmiana frontu i oświadczenie zmęczonym wojną Brytyjczykom i Amerykanom, że muszą zostać w Europie, by walczyć ze Związkiem Radzieckim, byłyby politycznie trudne albo wręcz niemożliwe.
Do tego wszystkiego dochodziły trudności logistyczne. Churchill, któremu nigdy nie podobała się rosyjska okupacja Berlina, na wiosnę 1945 roku rozkazał swoim wojskowym planistom, by zbadali możliwość ataku aliantów na sowieckie wojska w Europie Środkowej, być może przy wykorzystaniu polskich, a nawet niemieckich żołnierzy. Powstały w rezultacie plan Operation Unthinkable ["Operacji Niewyobrażalnej"] został natychmiast odrzucony jako niewykonalny. Jego autorzy uprzedzili brytyjskiego premiera, że Armia Czerwona jest trzy razy liczniejsza, więc może dojść do "długiej i kosztownej" kampanii, a nawet "wojny totalnej". Sam Churchill napisał na marginesie projektu, że atak na Armię Czerwoną jest "wysoce nieprawdopodobny" - choć niektóre elementy Operation Unthinkable weszły później do planu przygotowanego na wypadek sowieckiego ataku na Wielką Brytanię[58].
Po stronie Zachodu występował też pewien element naiwności, na który tak narzekał Miłosz: Roosevelt, szczególnie pod koniec życia, często wyrażał wiarę w dobre intencje Stalina. "Niech się pan nie martwi - powiedział w 1944 roku przywódcy władz polskich na uchodźstwie, Stanisławowi Mikołajczykowi - Stalin nie ma zamiaru pozbawić Polskę wolności. Nie odważyłby się na to, bo wie, że rząd Stanów Zjednoczonych stoi za wami"[59]. Mniej więcej rok później brytyjscy i amerykańscy negocjatorzy zgodzili się przekazać Związkowi Radzieckiemu kierownictwo Sojuszniczej Komisji Kontroli na Węgrzech - organu powołanego do rządzenia tym krajem po wojnie - pod warunkiem że będzie ściśle przestrzegać wymogu konsultowania się z innymi aliantami przed wydaniem jakichkolwiek instrukcji rządowi węgierskiemu. Jak się okazało, ZSRR nigdy nawet nie udawał, że to robi[60].
Niektórzy twierdzili później, że na powojenną politykę amerykańską wpływ mieli również sympatycy komunizmu w łonie amerykańskiego rządu i "prosowieckie" elementy w Waszyngtonie[61]. Jednak choć Alger Hiss, zapewne najbardziej znany sowiecki agent, przebywał w Jałcie jako członek amerykańskiego zespołu negocjacyjnego, jego wpływy - jeśli jakieś były - nie okazały się konieczne. Stenogramy wskazują, że Churchill i Roosevelt mieli do załatwienia bardzo konkretne interesy, a wypchnięcie Związku Radzieckiego z Europy Wschodniej do nich nie należało[62]. Obecne tam osoby podchodziły do sprawy pragmatycznie. "Wszystko, o co w Jałcie chodziło, to potwierdzenie faktów, takich jakie były i jakie realizowano - wspominał pewien amerykański generał. - Moim zdaniem nie było tam żadnego wyboru"[63].
Trudno być może zrozumieć, że taki stan rzeczy utrzymał się przez całą zimną wojnę. Nawet gdy zachodnia retoryka przybrała ton agresywnie antysowiecki, bardzo się starano, by w Europie nie wywołać nowego konfliktu. USA i Wielka Brytania nie chciały wojny ze Związkiem Radzieckim - ani wówczas, ani później. W 1953 roku, po śmierci Stalina, gdy w Berlinie Wschodnim wybuchły strajki i zamieszki, władze alianckie w Berlinie Zachodnim ostrzegały mieszkańców zachodniej części miasta, by nie przekraczali granicy w poparciu dla strajków[64]. Podczas węgierskiego powstania w 1956 roku amerykański sekretarz stanu John Foster Dulles, zdecydowany zimnowojenny jastrząb, również ze wszystkich sił starał się zaprzeczać amerykańskiemu udziałowi w tych wydarzeniach i oświadczył Związkowi Radzieckiemu, że "nie postrzegamy tych państw jako potencjalnych sojuszników militarnych"[65].
W rzeczywistości mieszkańcy Europy Wschodniej byli często bardziej naiwni niż zachodni alianci. Na Węgrzech probrytyjscy politycy nie tracili nadziei, że ich kraj zostanie przez Brytyjczyków wyzwolony. Wielu "napędzała irracjonalna wiara w rzekome geopolityczne znaczenie Węgier" - napisał historyk László Borhi[66] - i jeszcze w 1944 roku oczekiwali brytyjskiej inwazji na Bałkanach. Ponieważ ich kraj stanowił bastion zachodniego chrześcijaństwa w walce z imperium osmańskim, sądzili, że będą grać tę samą rolę także w XX wieku. "Zachodnie mocarstwa nie mogą sobie pozwolić, by Rosjanie opanowali geograficznie ważny teren [Węgier]" - oświadczył z przekonaniem pewien węgierski dyplomata. Polacy, których polityczna przyszłość rzeczywiście stanowiła temat gorącej dyskusji wśród alianckich przywódców, także byli pewni, że Brytyjczycy nie porzucą kraju, w którego sprawie pierwotnie wypowiedzieli Niemcom wojnę, a Amerykanie nie mogą ich zignorować, bo nie dopuści do tego polskie lobby w Stanach Zjednoczonych: wcześniej czy później wybuchnie III wojna światowa. Z kolei Niemcy z sektora wschodniego nie potrafili uwierzyć, że Zachód zgodzi się na umocnienie granicy niemiecko-niemieckiej. Przecież Zachód nie może sobie chyba pozwolić na podzielone Niemcy?
Ale Zachód mógł sobie na to pozwolić i mógł to zaakceptować, tak samo jak zaakceptował podzieloną Europę. Choć nikt na Zachodzie - ani w Waszyngtonie, ani w Londynie czy w Paryżu - nie przewidział zasięgu fizycznych, psychicznych i politycznych zmian, jakie Armia Czerwona miała przynieść wszystkim okupowanym krajom, nikt też nie starał się szczególnie, by do nich nie dopuścić.