Za wcześnie na śmierć - M.C. Beaton

Kup ebooka

39.99 zł
34.79 zł (33,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Gdy przy­ja­ciel zapra­sza do swego stołu, nie przy­stoi przy­glą­dać się daniu kry­tycz­nie, bawić się nim łyżką oraz widel­cem, po czym odmó­wić posiłku.

Ety­kieta dla kobiet jed­nej z ary­sto­kra­tek

Zima jest bar­dzo demo­kra­tyczna. W Lon­dy­nie jej uścisk roz­cią­gał się od slum­sów East Endu po ele­ganc­kie place Bel­gra­vii. Przez wszech­ogar­nia­jący chłód nastroje stały się kru­che jak lód. Nawet u hra­biego i hra­biny Had­shire. W ich lon­dyń­skim domu przy Eaton Squ­are zabra­kło węgla oraz drewna. Kamer­dy­ner obwi­niał o to gospo­się, a ona z kolei pierw­szego lokaja. Pod­czas gdy na dole sza­lała kłót­nia o to, kto jest odpo­wie­dzialny za zaist­niałą sytu­ację, na górze burz­liwa dys­puta toczyła się o co innego.

Lady Rose Sum­mer, córka hra­biego i hra­biny, po raz kolejny doma­gała się pozwo­le­nia na pod­ję­cie pracy jako maszy­nistka. Mało tego, wraz ze swoją poko­jówką Daisy chciała prze­nieść się do jakie­goś schro­ni­ska dla kobiet pra­cu­ją­cych w Blo­oms­bury.

W zeszłym roku hra­bia uda­rem­nił wizytę króla Edwarda VII, zatrud­nia­jąc nie­ja­kiego Harry'ego Cath­carta, który wysa­dził w powie­trze sta­cję i most, aby prze­ko­nać władcę, że jeśli odwie­dzi posia­dłość Had­shire, bol­sze­wicy doko­nają na niego zama­chu. Rose gro­ziła, że to upu­bliczni, jeśli rodzice nie speł­nią jej życzeń.

Lady Polly, hra­bina i matka Rose, owi­nięta w nie­zli­czoną ilość szali i futrzaną etolę, po raz kolejny pró­bo­wała prze­mó­wić córce do roz­sądku. Małe mar­twe zwie­rzątka wpa­try­wały się z etoli w młodą lady oskar­ży­ciel­skim wzro­kiem.

- Dla dam naszego pokroju zni­że­nie się do takiego poziomu... do pracy... toż to towa­rzy­skie samo­bój­stwo. Nikt nie zechce się z tobą oże­nić.

- Chyba nie chcę wyjść za mąż - powie­działa Rose.

- W takim razie trzeba było nam to powie­dzieć w zeszłym roku, zanim roz­trwo­ni­li­śmy for­tunę na twój sezon! - ryk­nął hra­bia.

Rose była na tyle łaskawa, by się zaru­mie­nić.

Lady Polly spró­bo­wała łagod­niej­szego podej­ścia.

- Wybie­ramy się do Nicei. Spodoba ci się tam - słońce, palmy... bar­dzo roman­tycz­nie.

- Chcę pra­co­wać.

- To wina tej two­jej słu­żą­cej! Byłej chó­rzystki! - wściekł się hra­bia.

Daisy Levine, poko­jówka lady Rose, rze­czy­wi­ście była wcze­śniej chó­rzystką. Przy­była do hra­biego i hra­biny Had­shire, by uda­wać słu­żącą chorą na tyfus. Ta rola sta­no­wiła część począt­ko­wej intrygi Harry'ego Cath­carta mają­cej na celu znie­chę­ce­nie króla do wizyty. Rose wzięła Daisy pod swoje skrzy­dła. Nauczyła ją czy­tać i pisać (póź­niej także na maszy­nie), a następ­nie uczy­niła z niej swoją poko­jówkę.

- To mój pomysł, tatku - powie­działa Rose. - Spie­ra­li­śmy się o to wiele razy. Już pod­ję­łam decy­zję.

Wyszła z pokoju i zamknęła za sobą dwu­skrzy­dłowe drzwi, bar­dzo cicho - dla wywo­ła­nia o wiele lep­szego efektu niż ich zatrza­śnię­ciem.

- Co możemy zro­bić? - żalił się hra­bia, wtu­la­jąc się przy tym w swój płaszcz z niedź­wie­dziej skóry. Teraz sam wyglą­dał jak okrą­głe zra­nione zwie­rzę.

Sie­dzieli w ponu­rym mil­cze­niu. Nagle drzwi do bawialni otwo­rzyły się i weszło dwóch loka­jów. Pierw­szy niósł węgiel i roz­pałkę, a drugi kosz z pola­nami.

- Naresz­cie - powie­dział hra­bia - co tak długo?

- Wiel­możny panie, w mie­ście tak bar­dzo bra­ko­wało opału - odpo­wie­dział pierw­szy lokaj - że wysła­li­śmy dwa fur­gony na wieś, do Sta­cey Court.

Sta­cey Court był wiej­skim domem hra­biego.

- Dobrze więc, roz­pal­cie ogień - mruk­nął hra­bia.

Gdy powstały w wyniku wypeł­nie­nia jego pole­ce­nia pło­mień zaczął ogrze­wać pomiesz­cze­nie, hra­bia poczuł, że nawet jego mózg powoli się odmraża.

- Wiem - powie­dział. - Zapy­tamy tego całego Cath­carta. Czym on się teraz zaj­muje?

- Lady Glen­sheil powie­działa mi, że otwo­rzył agen­cję detek­ty­wi­styczną. W bar­dzo ame­ry­kań­skim stylu. Jak Pin­ker­to­no­wie.

- Jestem gotów spró­bo­wać wszyst­kiego - powie­dział hra­bia. - Gdyby nie Rose, wyje­cha­li­by­śmy do Nicei tydzień temu.

Pocią­gnął za dzwo­nek i kazał kamer­dy­ne­rowi Bru­mowi zna­leźć namiary na agen­cję detek­ty­wi­styczną kapi­tana Harry'ego Cath­carta i posłać po niego.

Harry Cath­cart roz­pro­mie­nił się, gdy lokaj powia­do­mił go o proś­bie hra­biego. Nie cho­dziło o to, że nad­miar wol­nego czasu nazbyt mu cią­żył. Wręcz prze­ciw­nie, jego dni, tak jak daw­niej, wypeł­niało tuszo­wa­nie skan­dali towa­rzy­skich i odnaj­dy­wa­nie zagi­nio­nych psów. Jed­nak miał nadzieję na bar­dziej eks­cy­tu­jące zada­nia, a praca dla hra­biego w prze­szło­ści w pew­nym sen­sie dopro­wa­dziła do nie lada zamie­sza­nia i spra­wiła, że zaan­ga­żo­wał się w sprawę mor­der­stwa.

Wziął kape­lusz i płaszcz, po czym prze­szedł do recep­cji, gdzie jego sekre­tarka o owczej twa­rzy, panna Jub­bles, zaj­mo­wała się rachun­kami.

- Panno Jub­bles, wycho­dzę na chwilę - powie­dział. - Czy kupić coś pani po dro­dze?

- Nie, panie kapi­ta­nie.

Panna Jub­bles wpa­try­wała się z uwiel­bie­niem w przy­stoj­nego kapi­tana o gęstych ciem­nych wło­sach, smu­kłej syl­wetce i czar­nych oczach. Harry wło­żył nie­dbale płaszcz pod­bity futrem i wci­snął na głowę kape­lusz z sze­ro­kim ron­dem. Na Buc­kin­gham Palace Road, gdzie znaj­do­wała się jego agen­cja, pano­wał prze­ni­kliwy chłód. W sąsied­nim budynku pękły rury i na cegłach pokry­tych sadzą błysz­czały sople. W innych budyn­kach zewnętrzne rury były obło­żone sta­rymi prze­ście­ra­dłami i miał wra­że­nie, że prze­cho­dzi obok upior­nych war­tow­ni­ków z bia­ła­wymi ramio­nami wycią­gnię­tymi ku pokry­tym szro­nem dachom. Szedł ostroż­nie, ponie­waż zamia­ta­cze ulic nie byli w sta­nie oczy­ścić chod­ni­ków z mocno zamar­z­nię­tego błota i pod sto­pami było śli­sko.

Gdy dotarł do Eaton Squ­are, poczuł dreszcz pod­nie­ce­nia. Znów zoba­czy iry­tu­jącą lady Rose. Wciąż miał w gło­wie jej obraz z ostat­niego spo­tka­nia - inten­syw­nie nie­bie­skie oczy, gęste brą­zowe włosy i figura nie­mod­nie szczu­pła w tej nowej epoce edwar­diań­skiej, w któ­rej męż­czyźni lubili pulchne kobiety.

W domu hra­biego kamer­dy­ner wziął jego kape­lusz, płaszcz i laskę oraz poin­for­mo­wał, że lord i lady Had­shire ocze­kują na niego w bawialni. Wcho­dząc po scho­dach za kamer­dy­nerem, Harry myślał o tym, że hra­bia musi mieć jakiś naprawdę poważny pro­blem, bo ina­czej przy­jąłby go w gabi­ne­cie.

- Pro­szę, pro­szę wejść - zawo­łał hra­bia. - Pro­szę usiąść przy ogniu. Sherry? Tak? Przy­nieś karafkę, Brum. Strze­lał pan, kapi­ta­nie Cath­cart? - zmie­rzył wzro­kiem twe­edowy płaszcz Harry'ego, spodnie typu pumpy, grube skar­pety i brogsy1.

- Nie, zdaję sobie sprawę z tego, że jestem nie­mod­nie ubrany, ale mój strój jest odpo­wiedni na zimno. Ponadto wnio­skuję, że jestem tu w inte­re­sach.

- Tak, pro­szę pocze­kać, aż dosta­niemy sherry i pozbędę się służby.

- Gdzie lady Rose?

- W swoim pokoju - odpo­wie­dział ponuro hra­bia - i miejmy nadzieję, że tam pozo­sta­nie.

Daisy odwró­ciła się od okna, gdy Rose weszła do jej pry­wat­nego salo­niku.

- Kilka minut temu widzia­łam, jak kapi­tan Cath­cart wcho­dzi do domu - oznaj­miła Daisy.

- Do licha, co on tu robi? O, nie! Tatko pew­nie prosi go o pomoc. Ale co Cath­cart może zro­bić?

- Spro­wa­dzić leka­rza, który powie, że jest pani sza­lona - odpo­wie­działa Daisy. - Wtedy umiesz­czą panią w domu waria­tów, a ja zostanę zwol­niona.

- Nie zro­bi­liby tego - powie­działa Rose z ner­wo­wym śmie­chem.

- To roz­wią­za­łoby ich pro­blem. Wtedy, nawet gdyby pani powie­działa o spi­sku mają­cym na celu powstrzy­ma­nie wizyty Jegoj Kró­lew­skiej Mości, nikt nie chciałby pani słu­chać.

- Jeśli to zro­bią, ucieknę!

- I tak możemy to zro­bić, wiel­można pani.

- Nie, zamie­ści­liby ogło­sze­nia we wszyst­kich gaze­tach i zaczę­liby mnie tro­pić. Och, o czym oni, u dia­bła, roz­ma­wiają?

- To wszystko jest bar­dzo pro­ste - powie­dział Harry, gdy hra­bia skoń­czył.

- Jakim cudem? - mruk­nął hra­bia. - Nie umiesz­czę jej w domu waria­tów. Wiem, że tak się robi, ale wtedy ni­gdy nie wyj­dzie za mąż, a ja chcę mieć wnuki. Wnuka. Kto wtedy będzie dzie­dzi­czył, hę?

- Jestem pewien, że lady Rose podoła zarzą­dza­niu posia­dło­ściami waszej lor­dow­skiej mości.

- Kobieta? Ni­gdy!

- No dobrze. W takim razie pro­po­nuję nastę­pu­jącą rzecz. Mam przy­ja­ciela, pana Petera Dre­veya z banku kupiec­kiego. Mogę go namó­wić, by zatrud­nił lady Rose i Daisy jako maszy­nistki. Milord będzie musiał uiścić opłatę, która pokryje koszty ich wyna­gro­dze­nia oraz jego dys­kre­cji.

- Jeśli ten czło­wiek jest dżen­tel­me­nem, nie będzie chciał zapłaty.

- Jeśli otrzyma zapłatę, mogę go skło­nić do pod­pi­sa­nia doku­men­tów o zacho­wa­niu dys­kre­cji. Przy­kro mi, milor­dzie, ale mam zale­głe rachunki, ponie­waż byłem na tyle naiwny, by uwie­rzyć na słowo kilku dżen­tel­me­nom. Następ­nie obie panie mogą się prze­nieść do schro­ni­ska dla kobiet pra­cu­ją­cych. Suge­ruję, aby lady Rose nie dosta­wała żad­nych dodat­ko­wych pie­nię­dzy oraz by nosiła jedy­nie ubra­nia odpo­wied­nie do zaj­mo­wa­nego sta­no­wi­ska. Do waszego powrotu z Nicei - za dwa mie­siące, jak jaśnie wiel­możny pan hra­bia wspo­mniał - będzie bar­dziej niż chętna wró­cić do domu. Zapew­niam. Będę miał oko na nie obie. Dys­kret­nie, oczy­wi­ście. Mam nadzieję, że wyba­czy pan prośbę o zapłatę mojego hono­ra­rium z góry, w dotych­cza­so­wej wyso­ko­ści.

- Tysiąc fun­tów? Och, no dobrze. Ale chcę, by pan sam przed­ło­żył tę sprawę Rose. Mam już dość jej wybry­ków.

- Zgoda.

Rose została wezwana do bawialni. Sta­nęła w drzwiach i przyj­rzała się kapi­ta­nowi. Lady Polly pomy­ślała przez chwilę, że nawet powie­trze mię­dzy nimi jakby zgrzyta, jed­nak zło­żyła to na karb zimna, które naj­wi­docz­niej dzia­łało na jej wyobraź­nię.

- Kapi­tan chce ci coś powie­dzieć - powie­dział hra­bia. - Ma moje bło­go­sła­wień­stwo.

Na pięk­nej twa­rzy Rose poja­wił się lekki rumie­niec. A więc Harry popro­sił o jej rękę! Cóż, nie przy­ję­łaby go, ale jed­nak...

Jej rodzice wyszli z pokoju.

- Pro­szę usiąść - powie­dział Harry.

Rose z wdzię­kiem opa­dła na fotel przy kominku. Lekko zmarsz­czyła brwi, kiedy kapi­tan usiadł naprze­ciw niej. Czy nie powi­nien uklęk­nąć na jedno kolano?

- Wymy­śli­łem roz­wią­za­nie pani pro­blemu, lady Rose - zaczął Harry.

- Nie chcę wycho­dzić za mąż - powie­działa Rose, ale lekko się do niego uśmiech­nęła, a jej dłu­gie rzęsy zatrze­po­tały.

- Oczy­wi­ście, że pani nie chce - odparł wesoło Harry. - Chce pani być kobietą pra­cu­jącą, a ja jestem tu po to, by pani w tym dopo­móc.

Twarz Rose stę­żała z roz­cza­ro­wa­nia.

- Jaki ma pan plan? - zapy­tała.

Harry przed­sta­wił swój pomysł, nie mówiąc jed­nak, że ban­kier otrzyma wyna­gro­dze­nie za jej zatrud­nie­nie. Powie­dział tylko, że wie o dwóch wol­nych miej­scach na sta­no­wi­sku maszy­nistki w banku.

- I moi rodzice się na to zgo­dzili? - zapy­tała sła­bym gło­sem.

- Tak, nie mogą się docze­kać wyjazdu do Nicei.

- Chyba muszę panu podzię­ko­wać - powie­działa Rose, czu­jąc się przy­gnę­biona. Marzyć to jedno, ale sta­nąć przed koniecz­no­ścią cho­dze­nia do pracy w mroźną zimę to zupeł­nie co innego.

- Dosko­nale. W razie jakich­kol­wiek trud­no­ści pro­szę dać mi znać. Oto moja wizy­tówka.

Bio­rąc do ręki wizy­tówkę, Rose poczuła nagłą, dziwną potrzebę, by wybuch­nąć pła­czem.

- Pro­szę pamię­tać, by nie zdra­dzić swego praw­dzi­wego pocho­dze­nia. Musi pani nosić zwy­kłe ubra­nia i przed­sta­wiać się po pro­stu jako panna Sum­mer. I zmie­nić swój akcent. Jestem pewien, że Daisy powie pani, jak to zro­bić. Pro­po­nuję, żeby kupiła pani tanie ubra­nia. Jestem pewien, że w swo­jej gar­de­ro­bie nie znaj­dzie pani nic odpo­wied­niego. Nawet naj­star­sze znaj­du­jące się w niej ubra­nia zdra­dzą pani sta­tus. I żad­nych futer.

- A jeśli odmó­wię?

- Wtedy, jak na dobrą i grzeczną córkę przy­stało, poje­dzie pani z rodzi­cami do Nicei, a potem, jak przy­pusz­czam, do Indii. W końcu to tam wybie­rają się wszyst­kie damy, któ­rych debiut oka­zał się nie­udany. Pani rodzice nie wydają się zbyt chętni do pła­ce­nia za kolejny sezon.

- Jest pan dosadny. Zbyt dosadny.

- Nazy­wam rze­czy po imie­niu.

- Zaiste! Czy zawsze jest pan tak naszpi­ko­wany bana­łami?

- Życzę miłego dnia, lady Rose.

- Iry­tu­jąca kobieta! - powie­dział Harry do słu­żą­cego Bec­keta, gdy wró­cił tego wie­czoru do domu w Chel­sea.

- Myśli sir, że lady Rose rze­czy­wi­ście to zrobi? - zapy­tał Bec­ket, sta­wia­jąc na stole obok Harry'ego kie­li­szek i karafkę sherry.

- Och, jestem pewien, że tak. Uparta jak muł!

Daisy obgry­zła pazno­kieć i ner­wowo spoj­rzała na swoją panią. Gdyby tylko aura nie była taka mroźna! Ponadto przy­zwy­cza­iła się do obfi­tych posił­ków i ład­nych ubrań. I pomy­śleć, że pra­wie namó­wiła Rose do wyjazdu do Nicei, po tym jak dowie­działa się, że Cath­cart zamie­rza spę­dzić tam waka­cje. Jed­nak kapi­tan odwo­łał waka­cyjne plany. Pochło­nęło go zakła­da­nie nowej dzia­łal­no­ści. Daisy uwa­żała, że kapi­tan byłby dla Rose bar­dzo odpo­wied­nim mężem, ona sama zaś darzyła sym­pa­tią jego słu­żą­cego Bec­keta. Roz­pro­mie­niła się, ponie­waż wpadł jej do głowy pewien pomysł.

- Widzia­łam ogło­sze­nie kapi­tana w "The Tatler". Wła­śnie zało­żył agen­cję detek­ty­wi­styczną. Może potrze­buje sekre­tarki. To byłoby bar­dziej eks­cy­tu­jące niż praca w banku.

- Bar­dzo dobry pomysł! - wykrzyk­nęła Rose. - A ja mogła­bym mu pomóc w dzia­łal­no­ści śled­czej, tak jak w zeszłym roku. Wyj­dziemy jutro. Powiemy, że szu­kamy ubrań do pracy, ale zamiast tego pój­dziemy do jego agen­cji.

Następ­nego dnia panna Jub­bles pod­nio­sła wzrok znad maszyny do pisa­nia, by spoj­rzeć na piękną istotę, która stała przed nią w towa­rzy­stwie poko­jówki.

- W czym mogę pomóc? - zapy­tała.

- Jestem lady Rose Sum­mer. Chcia­ła­bym roz­ma­wiać z kapi­ta­nem Cath­car­tem.

- Kapi­tana Cath­carta, nie­stety, nie ma. O co cho­dzi, wiel­można pani? Mogę spo­rzą­dzić notatkę. - To nie będzie konieczne. Jestem tu, aby zaofe­ro­wać moje usługi jako sekre­tarka.

Panna Jub­bles spoj­rzała na nią z prze­ra­że­niem. Potem jej owcza twarz stę­żała, a dwa wło­ski wysta­jące z dużego pie­przyka na pod­bródku się zje­żyły.

- Ale on nie potrze­buje sekre­tarki. Ja jestem jego sekre­tarką.

- Jed­nak kapi­tan i ja jeste­śmy przy­ja­ciółmi - powie­działa Rose.

Panna Jub­bles zerwała się na równe nogi. Ta roz­piesz­czona pięk­ność pró­buje ode­brać jej pracę!

- Pra­cuję tutaj - powie­działa - bo muszę. Dla pie­nię­dzy, nie dla kaprysu. Powinna się pani wsty­dzić, pró­bu­jąc pozba­wić mnie chleba. Pro­szę się wyno­sić, zanim panią wyrzucę!

Daisy ruszyła do przodu z pło­ną­cym gnie­wem oczami.

- Pani i kto jesz­cze?

Rose sta­rała się zacho­wać tro­chę god­no­ści. Poło­żyła dłoń na ramie­niu Daisy w powstrzy­mu­ją­cym geście.

- Popeł­ni­łam błąd - powie­działa. - Chodź, Daisy.

Pół godziny póź­niej wró­cił Harry.

- Nad­cho­dzi mgła, panno Jub­bles. Czy był ktoś pod­czas mojej nie­obec­no­ści?

Panna Jub­bles obda­rzyła go peł­nym uwiel­bie­nia uśmie­chem.

- Nikt, zupeł­nie nikt, sir.

- Dobrze - powie­dział Harry i wszedł do gabi­netu.

Panna Jub­bles zabor­czo roz­glą­dała się po swoim małym impe­rium: skru­pu­lat­nie poukła­dane akta, czaj­nik z usta­wio­nymi obok niego por­ce­la­no­wymi fili­żan­kami, wyso­kie i brudne okna, wysłu­żona skó­rzana sofa i obec­ność uwiel­bia­nego szefa za drzwiami z mato­wego szkła. To wszystko należy do niej i nikt jej tego nie odbie­rze.

* * *

Rose nie przy­znała się ani Daisy, ani nawet przed samą sobą, że jest prze­ra­żona. Duma nie pozwa­lała jej się wyco­fać. Po kata­stro­fal­nej wizy­cie w agen­cji Harry'ego, któ­rej teraz tak bar­dzo się wsty­dziła, udały się do Bourne & Hol­ling­sworth na Lower Oxford Street. Rose zaczęła wybie­rać tam odpo­wied­nią dla nich obu kon­fek­cję. W całym swoim dotych­cza­so­wym życiu ni­gdy nie nosiła goto­wych ubrań. Damy tego nie robiły.

Daisy pod­po­wie­działa jej, że powinny ogra­ni­czyć gar­de­roby do dwóch twe­edo­wych gar­so­nek na zimę oraz dwóch lek­kich i prak­tycz­nych sukie­nek na lato.

- Cóż, nie musimy kupo­wać nowej bie­li­zny - powie­działa Rose. - Możemy nosić tę, którą mamy. Nikt tego nie zoba­czy!

- Chyba że ktoś, kto pro­wa­dzi schro­ni­sko dla kobiet pra­cu­ją­cych, będzie węszyć w naszych poko­jach - zwró­ciła uwagę Daisy.

- Weź­miemy jeden ze sta­rych kufrów podróż­nych, taki z dobrym zam­kiem - powie­działa Rose - i wyko­rzy­stamy go na bie­li­znę. Czy mogę wziąć choć jedno futro?

Daisy potrzą­snęła głową.

- Tweed wykoń­czony futrem przy szyi - tylko na tyle możemy sobie pozwo­lić. Po dwie pary butów przed i za kostkę. Dwa kape­lu­sze fil­cowe i tyle samo słom­ko­wych.

Wresz­cie wszyst­kie zakupy były zapa­ko­wane i gotowe.

- Wyślij­cie je do... - zaczęła Rose, a wtedy Daisy nagle krzyk­nęła. - O co cho­dzi? - zapy­tała Rose.

- Zgu­bi­łam moją bran­so­letkę. Wydaje mi się, że jest tam.

Rose wydała z sie­bie odgłos znie­cier­pli­wie­nia i prze­szła za nią na drugi koniec sklepu.

- Nie może pani kazać wysłać paczki na Eaton Squ­are - wysy­czała Daisy.

- Ależ oczy­wi­ście, że mogę - powie­działa Rose i zawró­ciła.

- Wyślij­cie ubra­nia mojej poko­jówki na ten adres - powie­działa, poda­jąc swój bilet wizy­towy.

- Jesteś zbyt ostrożna - Rose upo­mniała Daisy, gdy jeden z powo­zów hra­biego wiózł je do domu.

- Nie można być zbyt ostroż­nym, wiel­można pani - odpo­wie­działa Daisy.

- Lepiej zacznij od tego, by nie mówić do mnie "wiel­można pani".

- Myślę, że będzie lepiej, jeśli sama znajdę dla nas to schro­ni­sko dla kobiet pra­cu­ją­cych - powie­działa Daisy.

- Dla­czego? Wydaje mi się, że to ja powin­nam decy­do­wać o naszym zakwa­te­ro­wa­niu.

- Na­dal jesteś nazbyt ele­gancka. Nie możesz jeź­dzić wszę­dzie powo­zem z her­bem hra­biego na drzwicz­kach i ubrana w futro. Pozwól, że ja to zro­bię.

- Dobrze więc, niech tak będzie - powie­działa Rose po osten­ta­cyj­nym oka­za­niu nie­chęci dla tego pomy­słu, by ukryć fakt, że jej ulżyło. Mała, słaba Rose Sum­mer w głębi duszy zaczy­nała żało­wać marze­nia o byciu kobietą pra­cu­jącą.

Panna Har­rin­gey, wła­ści­cielka Schro­ni­ska dla Kobiet Pra­cu­ją­cych Bry­ant's Court, wpro­wa­dziła Daisy do miej­sca, które okre­śliła jako swoje sank­tu­arium - zatło­czo­nego salonu na par­te­rze, zasta­wio­nego meblami i opra­wio­nymi zdję­ciami - w któ­rym mały żółty kana­rek spo­glą­dał z klatki ponuro przez zakra­to­wane okna na lon­dyń­ską mgłę, która zaczy­nała spo­wi­jać ulice.

Daisy miała na sobie jedną z zaku­pio­nych tego dnia twe­edo­wych gar­so­nek, pod twe­edo­wym płasz­czem z wykoń­cze­niem z futra bobra. Zda­wała sobie sprawę, że małe, czarne oczy panny Har­rin­gey przy­glą­dały się jej badaw­czo. Zaczęła żało­wać, że nie kupiła ubrań z dru­giej ręki. Stroje Daisy na Eaton Squ­are były w więk­szo­ści uży­wane, ale tylko przez jej panią, która miała je na sobie zazwy­czaj tylko raz. Głów­nie dla­tego, że się jej nie spodo­bały. Daisy miała pełną świa­do­mość, że to, co młoda lady uwa­żała za tanie ubra­nie, może wyglą­dać na nowe i dro­gie dla panny Har­rin­gey.

Panna Har­rin­gey była bar­dzo masywną kobietą, tak mocno ści­śniętą gor­se­tem, że wyglą­dała, jakby pod weł­nianą suk­nią pokrytą gaga­tami nosiła zbroję. Jej twarz była duża i nalana, a oczy nie­pro­por­cjo­nal­nie małe. Miała włosy w nie­praw­do­po­dob­nym odcie­niu kasz­tana i grzywkę podobną do tej noszo­nej przez Alek­san­drę Duń­ską.

- Chcia­ła­bym od razu wyraź­nie zazna­czyć, panno... hmmm...

- Levine.

- Panno Levine. Przyj­mu­jemy tu tylko panie o nie­ska­zi­tel­nej repu­ta­cji.

To przez te ubra­nia, pomy­ślała Daisy, myśli, że mogę być utrzy­manką, jakby któ­ra­kol­wiek z nich chciała tu miesz­kać!

- Zapew­niam panią - powie­działa sztywno Daisy - że ja i moja przy­ja­ciółka panna Sum­mer jeste­śmy bar­dzo oddane pracy. Wokół niej kon­cen­truje się nasze życie. I nie ma w nim dżen­tel­me­nów.

- A gdzie panie pra­cują?

- W Dre­vey's Mer­chant Bank. Jeste­śmy pra­cow­ni­cami biu­ro­wymi.

- Ocze­kuję zapłaty z góry.

- Za jaki okres?

- Trzy mie­siące - odpo­wie­działa Panna Har­rin­gey.

- W porządku - powie­działa Daisy.

- Mam do dys­po­zy­cji jeden dwu­oso­bowy pokój na ostat­nim pię­trze.

- Czy nie możemy mieć oddziel­nych pokoi?

- Wszyst­kie inne są zajęte.

- Chcia­ła­bym zoba­czyć ten pokój.

- Pro­szę iść za mną.

I tak Daisy weszła za panną Har­rin­gey po wąskich scho­dach na samą górę. W powie­trzu wisiała mie­sza­nina zapa­chów: gazu, środka dezyn­fe­ku­ją­cego, spróch­nia­łego drewna, pie­czo­nych ziem­nia­ków i fasoli oraz zsia­dłego mleka. Do tego docho­dził wszech­obecny zapach kapu­sty.

- Nie wolno goto­wać w poko­jach - powie­działa panna Har­rin­gey, gdy dotarła na szczyt scho­dów. Daisy zro­biła wdech i zaczęła się zasta­na­wiać, ilu loka­to­rów prze­strzega tego zakazu.

- To tu - panna Har­rin­gey otwo­rzyła drzwi.

Na środku pokoju stała żela­zna rama łóżka przy­kryta cien­kimi, wytar­tymi kocami. Pod oknem stra­szyła roz­kle­ko­tana toa­letka z wyszczer­bio­nym mar­mu­ro­wym bla­tem, na któ­rej umiesz­czono por­ce­la­nowy dzba­nek, mied­nicę z wyma­lo­wa­nymi dużymi różami oraz lustro. "Szafa" była po pro­stu wnęką z zasłoną. Bli­sko brud­nego okna stały stół i dwa krze­sła. Był tam też mały pie­cyk gazowy.

- Łazienka jest dwa pię­tra niżej, na końcu kory­ta­rza - powie­działa panna Har­rin­gey. - By sko­rzy­stać z gazo­mie­rza, za każ­dym razem należy wrzu­cić dwa pensy, a z łazienki nie wolno korzy­stać po dzie­sią­tej w nocy.

Daisy weszła do pokoju. Przy­kuc­nęła przed lustrem i popra­wiła sobie kape­lusz na gło­wie. Miała drobną twarz z lekko wyłu­pia­stymi zie­lo­nymi oczami, które w tym momen­cie wpa­try­wały się w jej wła­sne odbi­cie.

Rose znie­na­wi­dzi to miej­sce. Bar­dzo dobrze, może to prze­mówi jej do rozumu.

- Weź­miemy ten pokój.

- W takim razie zejdźmy do mojego sank­tu­arium. Wydam pokwi­to­wa­nie.

* * *

- Dosko­nale się spi­sa­łaś - powie­działa Rose, gdy Daisy wró­ciła z wie­ściami odno­śnie do pokoju.

- To ozna­cza, że będziemy musiały spać razem - ostrze­gła Daisy.

- Och, wszystko będzie dobrze - Rose zdą­żyła prze­zwy­cię­żyć obawy i teraz cie­szyła się na nową przy­godę. - Dosta­łam list od pana Dre­veya. Obie mamy zacząć pracę w naj­bliż­szy ponie­dzia­łek. Od ósmej rano do pią­tej trzy­dzie­ści wie­czo­rem. Każda z nas dosta­nie po pięt­na­ście szy­lin­gów tygo­dniowo.

- Długo to nie potrwa - ostrze­gła Daisy. - Bio­rąc pod uwagę, do czego przy­wy­kłaś.

- Zapła­ci­łaś za trzy mie­siące z góry, prawda? Więc razem będziemy mieć trzy­dzie­ści szy­lin­gów tygo­dniowo. Mamy swoje ubra­nia. Możemy jeść tanie jedze­nie.

- Ta panna Har­rin­gey powie­działa, że w poko­jach nie wolno goto­wać, ale sądząc po zapa­chach roz­cho­dzą­cych się w tym miej­scu, raczej nikt nie zwraca na to uwagi.

- Zapach?

- Cóż, tro­chę tam śmier­dzi. Takie już jest życie niż­szych sfer. Co nie zna­czy, że musimy się go trzy­mać, prawda?

- Musimy. Założę się, że ten okropny kapi­tan Cath­cart obsta­wia w tej chwili, że nie wytrzy­mamy szyb­ko­ści i cha­rak­teru tych zmian.

- Nie zro­biłby tego. Nie wiem, dla­czego jesteś tak bar­dzo prze­ździwko niemu.

- Prze­ciwko - popra­wiła ją Rose. - Nie był nawet na tyle uprzejmy, by odnieść się jak­kol­wiek do naszej wizyty w jego agen­cji.

- To zro­zu­miałe. To stare cho­dzące bez­gu­ście, które nazywa się sekre­tarką, nie chce stra­cić pracy. Pew­nie nawet nie powie­działa mu o naszej wizy­cie.

- Ach... no cóż, teraz to bez zna­cze­nia. Zapewne będziemy bar­dzo zado­wo­lone z naszego nowego życia w Dre­vey's Mer­chant Bank.

Rose spo­dzie­wała się, że jej rodzice będą zmar­twieni, jed­nak wyda­wali się cał­kiem pogodni, gdy pako­wała z Daisy wszystko, co nie­zbędne na week­end. Nie wie­działa, że hra­bia wezwał już Harry'ego i podał mu adres schro­ni­ska Rose ani że Peter Dre­vey obie­cał Harry'emu coty­go­dniowe raporty doty­czące jej samo­po­czu­cia. Rodzi­ców cie­szyło rów­nież prze­ko­na­nie kapi­tana o tym, że Rose nie wytrwa zbyt długo w nowym życiu. Nie chcieli przy tym, by Rose wró­ciła na Eaton Squ­are pod ich nie­obec­ność. Mając to na uwa­dze, jak rów­nież fakt, że pod ich nie­obec­ność domem w mie­ście będzie zaj­mo­wała się jedy­nie słu­żąca, któ­rej zarówno hra­bia, jak i hra­bina nie ufali, odmó­wili prze­ka­za­nia córce kom­pletu klu­czy.

Lekko ura­żona Rose odparła wynio­śle, że i tak nie będą jej potrzebne.

W końcu nad­szedł week­end. Lord i lady Had­shire wyda­wali się nie­przy­zwo­icie weseli pod­czas nad­zo­ro­wa­nia przy­go­to­wań do podróży do Nicei. Rose czuła się jesz­cze bar­dziej nie­pew­nie w związku z nowym przed­się­wzię­ciem. Miała nadzieję, że jej rodzice uro­nią kilka łez i będą ją bła­gać, by porzu­ciła swoje plany, co umoż­li­wi­łoby jej kapi­tu­la­cję z wdzię­kiem i god­no­ścią.

W końcu jed­nak bagaże, zarówno jej, jak i Daisy, zostały umiesz­czone na zewnętrz­nych scho­dach - dwie walizki i jeden duży kufer - pod­czas gdy lokaj przy­wo­łał dorożkę.

Gdyby to była powieść, pomy­ślała Rose ze smut­kiem, gdy dorożka wyrwała do przodu, rodzice sta­liby na scho­dach przed domem i macha­liby do mnie na poże­gna­nie z gło­śnym pła­czem. Poże­gna­nie odbyło się pół godziny wcze­śniej w bawialni i przy­brało formę suro­wego wykładu.

W końcu dorożka skrę­ciła w wąską tylną uliczkę Bry­ant's Court w Blo­oms­bury.

- Czy to tutaj? - zapy­tała ner­wowo Rose.

- To tutaj - odpo­wie­działa Daisy. - Mam nadzieję, że dali ci pie­nią­dze na dorożkę.

- Została mi jesz­cze pewna kwota na drobne wydatki - odpo­wie­działa Rose.

Doroż­karz podzię­ko­wał jej nie­zwy­kle ser­decz­nie.

- Życzę jaśnie pani pięk­nego dnia - powie­dział, co zaalar­mo­wało Rose.

- Roz­po­znał mnie!

- Skądże! - powie­działa Daisy - Dałaś za duży napi­wek!

Wnie­bo­wzięty doroż­karz zaniósł ich bagaże pod drzwi wej­ściowe. Daisy zadzwo­niła dzwon­kiem do drzwi. Drzwi się otwo­rzyły i panna Har­rin­gey wytrzesz­czyła oczy na Rose.

- Pro­szę nie ocze­ki­wać, że pomogę pani wejść z tym baga­żem po scho­dach - powie­działa. - Pro­szę wejść do mojego sank­tu­arium. Dam paniom klu­cze.

Rose stała ner­wowo, pod­czas gdy Daisy odbie­rała dwa kom­plety klu­czy, po jed­nym do drzwi wej­ścio­wych i do pokoju.

- Panna Levine zna drogę - powie­działa panna Har­rin­gey.

Rose była zbyt przy­gnę­biona, by cokol­wiek na to odpo­wie­dzieć. Jakiś głos w jej gło­wie wołał: Co ja zro­bi­łam? Och, co ja zro­bi­łam?

Daisy i Rose posta­no­wiły naj­pierw zanieść na górę walizki, a potem wró­cić po kufer. Te pierw­sze były lek­kie, ponie­waż nie zawie­rały nic poza ich ubra­niami robo­czymi. Co innego kufer. Był ciężki, gdyż został wypeł­niony nie tylko bie­li­zną, ale także sto­sami ksią­żek, które Rose uwa­żała za nie­zbędne, a Daisy za stratę czasu i ener­gii.

Daisy otwo­rzyła drzwi do ich pokoju.

- Jeste­śmy, pro­szę bar­dzo - powie­działa wesoło. - Oto nasz nowy dom.

Rose przy­gry­zła wargę. Nie chciała pła­kać, ale widok tego pokoju tak ją przy­gnę­bił, że poczuła, jak w gar­dle rośnie jej gula.

- Powi­nien się nadać. Chodźmy po kufer - Rose zmu­siła się, by to powie­dzieć.

Panna Har­rin­gey, z rękami zało­żo­nymi sztywno na pier­siach, przy­glą­dała się z zacie­ka­wie­niem, jak szły po scho­dach, nio­sąc mię­dzy sobą kufer. Rose rzu­ciła jej wynio­słe, lodo­wate spoj­rze­nie, gdy na pierw­szym pię­trze odwró­ciła się i zorien­to­wała, że są z Daisy obser­wo­wane. Panna Har­rin­gey prych­nęła i udała się do pokoju przy­jęć.

Kiedy poło­żyły kufer w kącie, Rose wypro­sto­wała się i ponow­nie rozej­rzała dookoła.

- Nie ma zasłon - powie­działa.

- To dla­tego, że jeste­śmy na samej górze domu - powie­działa Daisy. - Nikt nie ma moż­li­wo­ści tu zaj­rzeć.

- Chcę mieć zasłony - powie­działa Rose. - Porządne, pod­szyte zasłony.

- Zrób tak, a wtedy ta stara wiedźma na pewno nabie­rze podej­rzeń i zacznie węszyć. Posłu­chaj, kupimy jakieś tanie.

- I wazon na kwiaty. Potrze­buję świe­żych kwia­tów.

- Wiel­można pani... to zna­czy Rose... musisz się przy­zwy­czaić do nowego życia.

- Tani wazon i tanie kwiaty - upie­rała się Rose.

- W zimie nie ma tanich kwia­tów.

- I tak kupimy wazon i przy­go­tu­jemy się na wio­snę. Jed­nak zasłony w tej chwili. Bie­gnij na dół i spro­wadź dla nas dorożkę.

- Takie jak my nie jeż­dżą teraz powo­zami - powie­działa cier­pli­wie Daisy. - Pój­dziemy pie­szo na Lower Oxford Street, a potem, jeśli będziesz zmę­czona, poje­dziemy omni­bu­sem, i to też nie pierw­szą klasą.

Rose usia­dła na łóżku.

- Może nie powin­ny­śmy nazbyt się ze wszyst­kim spie­szyć. Roz­pal ogień, Daisy. Ten pokój jest odra­ża­jąco zimny.

- Potrzebne mi są dwa pensy do gazo­mie­rza.

Rose otwo­rzyła torebkę i wyjęła z niej port­mo­netkę.

- Masz tu dwa pensy. Przy­pusz­czam, że będziemy musiały zosta­wić sobie zapas pen­só­wek na ogień i kąpiel. Ach, nie możemy nawet wypić fili­żanki her­baty.

- A wła­śnie, że możemy! - powie­działa trium­fal­nie Daisy. - Ty spa­ko­wa­łaś książki, a ja nie­zbędne rze­czy.

Wrzu­ciła pensy do gazo­mie­rza i zapa­liła gaz. Otwo­rzyła kufer i wycią­gnęła z niego mały czaj­nik, imbryk, paczkę her­baty i głowę cukru.

- Nie mamy mleka, ale możemy wypić her­batę bez niego. Wzię­łam też gar­nek i patel­nię.

Rose zaczęła się śmiać.

- Coś jesz­cze?

- Sześć kieł­ba­sek i dwa pla­stry bekonu oraz boche­nek chleba.

- Ale jak ty, u licha, to ugo­tu­jesz?

- Zobacz! - Daisy wycią­gnęła pal­nik z boku pie­cyka gazo­wego. - Nasta­wię czaj­nik.

Rose poczuła się nie­mal rado­śnie. Daisy zro­biła cały imbryk her­baty. Zasta­na­wiała się, czy Rose zdaje sobie sprawę, że schro­ni­sko, w któ­rym są zarówno gaz, jak i łazienka, znacz­nie odbiega stan­dar­dem od normy.

- Głup­tas ze mnie - powie­działa Rose. - Kiedy zoba­czy­łam ten obskurny pokój, mia­łam ochotę wró­cić na Eaton Squ­are, zacząć dobi­jać się do drzwi i oświad­czyć, że popeł­ni­łam straszny błąd. Wyj­dziemy i znaj­dziemy miej­sce, gdzie można coś zjeść, a potem spę­dzimy wie­czór na ćwi­cze­niu ste­no­gra­fii Pit­mana. Chcę zasko­czyć tatę - uczy­nię się nie­za­stą­pioną w banku. Cie­kawe, jakie będą inne kobiety w naszej pracy.

Rozdział drugi

ROZ­DZIAŁ DRUGI

O, jak cier­ni­sty świat ten dnia powsze­dniego!2

Wil­liam Sha­ke­spe­are

Budzik zadzwo­nił prze­raź­li­wie o szó­stej rano w ponie­dzia­łek. Rose miała wra­że­nie, że w ogóle nie spała. Daisy chra­pała i przy­tu­lała się do niej w nocy, przez co czuła się osa­czona i pod­du­szona.

- Obudź się - powie­działa Rose. - Czas się przy­go­to­wać.

Dygo­cząc z zimna, zapa­liła pie­cyk gazowy. Podob­nie uczy­niła z lampą gazową w uchwy­cie przy drzwiach.

- Naj­pierw sko­rzy­stam z łazienki ja.

Obie wzięły kąpiel poprzed­niego wie­czoru, w oba­wie, że rano nie będą miały takiej moż­li­wo­ści, ale Rose chciała umyć twarz w gorą­cej wodzie. Nasta­wiła piec kąpie­lowy nad wanną, który obu­dził się do życia z rykiem. Pomy­ślała przy tym, że wyda­nie dwóch pen­sów tylko po to, by umyć twarz, już teraz wyda­wało się bez­myślną eks­tra­wa­gan­cją. Łazienka jawiła się jej, zresztą ze wszech miar słusz­nie, jako nie­zwy­kle ponure miej­sce. Sama wanna była niczym głę­boka trumna, ale na szczę­ście czy­sta, bo Rose i Daisy wyszo­ro­wały ją dokład­nie poprzed­niego wie­czoru. Rose umyła twarz, po czym napeł­niła gorącą wodą zabrany z pokoju dzba­nek i wspięła się po scho­dach na górę.

- Przy­nio­słam ci tro­chę gorą­cej wody - powie­działa Rose.

- Po co? - zapy­tała Daisy. - Prze­cież myły­śmy się wczo­raj wie­czo­rem.

- Pomóż mi ze wstąż­kami.

Rose zawią­zała Daisy wstążki, po czym pospiesz­nie zaczęła się ubie­rać.

- Daisy, bank jest na Lom­bard Street. Jak się tam dosta­niemy?

- Pój­dziemy pie­szo.

- Ale to tak daleko! - odparła jękli­wie Rose.

- Spraw­dzę omni­busy. A może uda nam się wsiąść do kolei pod­ziem­nej.

- Wiem - powie­działa Rose. - Poje­dziemy dorożką i każemy jej się zatrzy­mać nie­da­leko banku, a nie pod samym wej­ściem. Tylko ten jeden raz.

- Och, no dobrze. Niech tak będzie - powie­działa Daisy. - Ale musimy sta­rać się żyć wedle naszych nowych moż­li­wo­ści.

W City ist­niały dwa rodzaje maszy­ni­stek - dziew­częta, które poprzez pracę wal­czyły o poprawę swo­jego bytu, oraz panie z klasy śred­niej, które zara­biały w ten spo­sób na drobne wydatki.

Pani Danby była star­szym "dziew­czę­ciem" - szczu­płą, skwa­szoną kobietą po czter­dzie­stce. Nale­żała do klasy śred­niej i żela­zną ręką rzą­dziła małym zespo­łem czte­rech maszy­ni­stek. Nie cie­szyła się na przy­by­cie dwóch nowych osób, mimo że ozna­czało to powięk­sze­nie jej impe­rium.

Pan Dre­vey powie­dział jej, że nowe maszy­nistki zostaną umiesz­czone w osob­nym pomiesz­cze­niu i będą prze­pi­sy­wać wpisy ze sta­rych ksiąg. Pani Danby zwró­ciła mu uwagę, że księgi były wypeł­nione sta­ran­nym mie­dzio­ryt­ni­czym pismem odręcz­nym i w z związku z tym nie wyma­gały prze­pi­sy­wa­nia na maszy­nie. Wtedy zwy­kle uprzejmy pan Dre­vey wark­nął na nią, by robiła, co jej się każe.

Por­tier poin­for­mo­wał ją o przy­by­ciu nowych pra­cow­nic, a ona wyszła im naprze­ciw. Jedyną rze­czą, która popra­wiała nieco nastrój pani Danby, był sze­lest jej nowej dro­giej spód­nicy z tafty. Dwie nowo przy­byłe stały przed nią nie­na­gan­nie ubrane.

- Będę pań prze­ło­żoną - powie­działa zaska­ku­jąco dono­śnym gło­sem, jeśli wziąć pod uwagę jej szczu­płą syl­wetkę i wąskie usta.

- Bar­dzo mi miło - powie­działa Daisy, wycią­ga­jąc do niej rękę w ręka­wiczce. - Jestem panna Daisy Levine.

Pani Danby zigno­ro­wała dłoń. Pro­stacka uprzej­mość, pomy­ślała. Jej oczy zwró­ciły się ku Rose, która stała cier­pli­wie.

- Panna Sum­mer?

- Tak - odpo­wie­działa Rose spo­koj­nie, wpa­tru­jąc się w panią Danby zre­zy­gno­wa­nym wzro­kiem.

- Zapra­szam za mną - pani Danby ruszyła do przodu, sze­lesz­cząc. Otwo­rzyła maho­niowe drzwi, za któ­rymi mie­ścił się mały pokój. Znaj­do­wały się w nim stół, dwa krze­sła, biurko, dwie maszyny do pisa­nia oraz stos ksiąg i teczek. Był wypo­sa­żony rów­nież w mały komi­nek gazowy - z odła­ma­nym kawał­kiem azbe­stu - który mru­czał i syczał jak jakiś roz­wście­czony domowy kot. Na kominku stał zegar z czar­nego mar­muru z żółtą tar­czą, przy dłu­gim oknie zaś sto­jak na kape­lu­sze.

- Macie panie za zada­nie prze­pi­sać wpisy z tych ksiąg - poin­stru­owała je pani Danby. - Po skoń­cze­niu każ­dej ze stron pro­szę wło­żyć ją do jed­nego z tych segre­ga­to­rów. Pannę Sum­mer pro­szę o roz­po­czę­cie pracy od księgi za rok 1901, a pannę Levine o prze­pi­sa­nie tej za rok 1900. Zacznij­cie panie od razu po zdję­ciu płasz­czy i kape­lu­szy.

Rose i Daisy zdjęły płasz­cze, kape­lu­sze i ręka­wiczki, po czym usia­dły naprze­ciw sie­bie przy maszy­nach do pisa­nia.

- Potrze­bu­jemy papieru maszy­no­wego, jeśli byłaby pani tak łaskawa - powie­działa Rose. Zamie­rzała odpo­wied­nio zmo­dy­fi­ko­wać swój akcent, ale nie polu­biła pani Danby. Dla­tego jej ton był lodo­waty - stac­cato cha­rak­te­ry­styczne dla jej klasy.

Pani Danby otwo­rzyła drzwi.

- Panno Judd! - krzyk­nęła.

Poja­wiło się niskie dziew­czę z czar­nymi lokami.

- Papier maszy­nowy dla tych dwóch nowych pra­cow­nic - roz­ka­zała pani Danby.

Odwró­ciła się. Panna Judd mru­gnęła do Rose i Daisy, a następ­nie ode­szła, by po kilku minu­tach wró­cić z dużą paczką papieru.

- Chwilę poob­ser­wuję, aby oce­nić pań umie­jęt­no­ści - powie­działa pani Danby.

Rose i Daisy, jakby same były dwiema maszy­nami, wło­żyły we wła­ściwe miej­sce po kartce papieru, zna­la­zły odpo­wied­nie księgi i zaczęły pisać z nie­sły­chaną łatwo­ścią oraz szyb­ko­ścią.

- Teraz zosta­wię panie same - powie­działa maje­sta­tycz­nie pani Danby.

- Chwi­leczkę, pani Danby - powie­działa Rose. - O któ­rej godzi­nie możemy udać się na lunch?

Pani Danby nie­sły­cha­nie pra­gnęła powie­dzieć im, że mają pra­co­wać przez cały dzień, ale oba­wiała się, że wynio­sła panna Sum­mer może donieść na nią panu Dre­vey­owi.

- Od godziny pierw­szej do dru­giej trzy­dzie­ści - powie­działa.

- A niech mnie - powie­działa Daisy, gdy pani Danby wyszła. - Jest lepiej, niż myśla­łam. Doga­dzają tu sobie. Całe pół­to­rej godziny na lunch!

- To zby­teczna praca - powie­działa Rose. - Nie ma potrzeby prze­pi­sy­wać tych ksiąg na maszy­nie.

- Rów­nie dobrze możemy się za to zabrać - wes­tchnęła Daisy. - Jeśli zna­ko­mi­cie sobie pora­dzimy, może dadzą nam jakieś poważne zada­nie.

Pra­co­wały ciężko. Gdy przy­szła pora lun­chu, miały już obo­lałe ramiona.

- Muszę sko­rzy­stać z... no... sama wiesz - powie­działa Daisy.

- Jest jedna na sta­cji kolei pod­ziem­nej King Wil­liam Street. Czy­ta­łam o tym w gaze­cie - powie­działa Rose. Nie chcę oglą­dać pani Danby, chyba że będzie to naprawdę konieczne.

Ponie­waż obie na­dal miały na sobie bie­li­znę odpo­wied­nią dla dam z wyż­szych sfer, spę­dziły sporo czasu w toa­le­cie.

Bie­li­zna ówcze­snej mod­nej damy skła­dała się bowiem z nie­wia­ry­god­nie dużej liczby ele­men­tów. Na począ­tek część zwana kom­bi­ne­zo­nem - coś w rodzaju koszuli i pan­ta­lo­nów w jed­nym - wyko­nana z cien­kiej wełny lub mie­szanki wełny z jedwa­biem, się­ga­jąca do kolan. Z tyłu miała wstawkę, która roz­pi­nała się poni­żej talii. Na to nakła­dano gor­set, zwy­kle z różo­wego dre­li­chu, usztyw­niony i ufor­mo­wany tak, by zapew­nić pożą­daną figurę klep­sy­dry. Następ­nie zakła­dano cami­sole, rodzaj krót­kiej haleczki z małymi buf­kami zapi­na­nej z przodu na guziki, zebra­nej w talii i obszy­tej koronką wokół szyi.

Część pan­ta­lo­nowa kom­bi­ne­zonu miała przy kola­nach koron­kowe fal­banki, które były wyko­nane z bar­dzo deli­kat­nego mate­riału, takiego jak batyst, nan­suk lub leciutka, gładka tka­nina weł­niana, z któ­rej szyto rów­nież welony. Jedwabne poń­czo­chy były moco­wane do gor­setu. Następ­nie dużą, okrą­głą halkę ukła­dano w kształt koła na pod­ło­dze, wcho­dzono w otwór pośrodku i pod­cią­gano do góry.

Jedyną zaletą tych wszyst­kich warstw ubrań jest to, że potra­fią czło­wieka ogrzać, pomy­ślała Daisy, gdy wyszły ponow­nie na mróz. Rose miło zasko­czyła pierw­sza wizyta w publicz­nej toa­le­cie. Uznała, że warto było zapła­cić za nią jed­nego pensa. Wra­że­nie zro­biły na niej nie­ska­zi­telna czy­stość, lśniące białe kafelki i pole­ro­wany mosiądz. Ponadto obsłu­gu­jąca ją kobieta była uprzejma.

Daisy zatrzy­mała się przy kio­sku z tyto­niem i popro­siła dziew­czę o paczkę papie­ro­sów oraz pod­po­wiedź, gdzie można tanio zjeść. Otrzy­mała odpo­wiedź, że w Lyons nie­da­leko Che­ap­side.

- Ani mi się waż palić! - krzyk­nęła Rose.

- Mam na to ochotę - odparła Daisy z upo­rem.

W her­ba­ciarni Lyons Rose zachwy­cała się tanio­ścią dań z menu.

- Spójrz, Daisy, są dania za trzy lub cztery pensy. Jeśli zechcemy, możemy jeść na mie­ście codzien­nie! Co zamó­wisz? Jest maka­ron z jaj­kiem posze­to­wym i tost z serem lub sar­dyn­kami.

- Wezmę maka­ron z jaj­kiem posze­to­wym - powie­działa Daisy.

Rose zamó­wiła tost z serem.

- Od razu lepiej - wes­tchnęła Daisy, gdy skoń­czyły. - Nie mia­ły­śmy czasu na śnia­da­nie.

- Ten posi­łek nie był zbyt obfity - Rose rozej­rzała się po lokalu i pomy­ślała, że w domu mia­łaby do wyboru co naj­mniej osiem dań. - Jed­nak nie jest to wcale takie dro­gie. Ni­gdy nie widzia­łam takiego dania: duszony schab z bara­niny z mar­chewką. I to tylko za sześć pen­sów. Zja­dły więc bara­ninę z chle­bem i masłem - pens za dwie kromki. A na zakoń­cze­nie wypiły kawę po dwa pensy za fili­żankę i ura­czyły się jabł­kiem w cie­ście - cztery pensy za sztukę.

Po tym wszyst­kim Daisy narze­kała, że będzie musiała polu­zo­wać gor­set, gdy wrócą do banku. Z uczu­ciem sen­no­ści po tak obfi­tym posiłku opu­ściły przy­tulny lokal o biało-zło­tej fasa­dzie.

Gdy wra­cały do banku, było już tak ciemno, że zapa­lano oświe­tle­nie uliczne. Męż­czy­zna z dłu­gim mosięż­nym kijem cho­dził od latarni do latarni, zosta­wia­jąc za sobą łań­cuch świa­teł.

Powie­trze było nie tylko zimne. Pach­niało zewsząd palo­nym węglem.

Pani Danby zja­wiła się punk­tu­al­nie o dru­giej trzy­dzie­ści, by spraw­dzić, czy nowe maszy­nistki sie­dzą przy biurku, po czym wyszła.

Po godzi­nie drzwi się otwo­rzyły i wszedł przez nie młody męż­czy­zna. Miał gęstą czu­prynę obfi­cie wysma­ro­waną niedź­wie­dzim sadłem, długi nos i bar­dzo duże usta. Nosił typowe dla City zesta­wie­nie: czarny żakiet i spodnie w paski.

Kiedy zoba­czył Rose i Daisy, udał zdzi­wie­nie.

- Pomy­li­łem pokój, może w takim razie lepiej się przed­sta­wię. Jestem Gerald King - powie­dział.

- Daisy Levine, a moja przy­ja­ciółka to panna Rose Sum­mer.

Gerald przy­siadł na brzegu biurka, a jego wzrok padł na Rose.

- Są tu panie nowe, prawda?

- Bar­dzo nowe - odpo­wie­działa Daisy. - Pierw­szy dzień.

- I jak się paniom tu podoba?

- Nie­spe­cjal­nie.

- A czy pani przy­ja­ciółka nie ma głosu, panno Levine?

- Mam - odpo­wie­działa Rose - gdy nie odrywa się mnie od pracy.

Gerald wyco­fał się i wyszedł, jed­nak w ciągu popo­łu­dnia kilku innych urzęd­ni­ków ban­ko­wych zna­la­zło pre­tekst, żeby wpaść na chwilkę.

- Nie powin­naś ich wszyst­kich odstra­szać - skar­żyła się Daisy. - Może któ­ryś z nich postawi nam obiad.

- To nie wode­wil, nie wystę­pu­jesz już na sce­nie - powie­działa Rose surowo.

- To prawda, nie wystę­puję - odpo­wie­działa ponuro Daisy.

W czwar­tek pan Dre­vey wyje­chał na wieś "w inte­re­sach", co ozna­czało, że czmych­nął, aby wziąć udział w przy­ję­ciu domo­wym.

W ten sam czwar­tek jeden z dyrek­to­rów, pan Beve­ridge, posłał po panią Danby i poin­for­mo­wał ją, że jego sekre­tarka jest chora i potrze­buje kogoś, komu mógłby podyk­to­wać tekst.

- Zaraz kogoś panu przy­pro­wa­dzę - odpo­wie­działa pani Danby.

Posta­no­wiła, że wyśle Rose, ponie­waż zbyt­nio zadzie­rała nosa. Będzie musiała się przy­znać, że nie potrafi noto­wać ze słu­chu. Wresz­cie ktoś jej tego nosa utrze.

Jed­nak Rose popro­siła jedy­nie o notat­nik, a gdy go otrzy­mała, poszła za panią Danby po sze­ro­kich scho­dach do gabi­netu pana Beve­ridge'a na dru­gim pię­trze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki