Rozdział pierwszy
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Gdy przyjaciel zaprasza do swego stołu, nie przystoi przyglądać się
daniu krytycznie, bawić się nim łyżką oraz widelcem, po czym odmówić
posiłku.
Etykieta dla kobiet jednej z arystokratek
Zima jest bardzo demokratyczna. W Londynie jej uścisk rozciągał się od
slumsów East Endu po eleganckie place Belgravii. Przez wszechogarniający
chłód nastroje stały się kruche jak lód. Nawet u hrabiego i hrabiny
Hadshire. W ich londyńskim domu przy Eaton Square zabrakło węgla oraz
drewna. Kamerdyner obwiniał o to gosposię, a ona z kolei pierwszego
lokaja. Podczas gdy na dole szalała kłótnia o to, kto jest
odpowiedzialny za zaistniałą sytuację, na górze burzliwa dysputa toczyła
się o co innego.
Lady Rose Summer, córka hrabiego i hrabiny, po raz kolejny domagała się
pozwolenia na podjęcie pracy jako maszynistka. Mało tego, wraz ze swoją
pokojówką Daisy chciała przenieść się do jakiegoś schroniska dla kobiet
pracujących w Bloomsbury.
W zeszłym roku hrabia udaremnił wizytę króla Edwarda VII, zatrudniając
niejakiego Harry'ego Cathcarta, który wysadził w powietrze stację i most, aby przekonać władcę, że jeśli odwiedzi posiadłość Hadshire,
bolszewicy dokonają na niego zamachu. Rose groziła, że to upubliczni,
jeśli rodzice nie spełnią jej życzeń.
Lady Polly, hrabina i matka Rose, owinięta w niezliczoną ilość szali i futrzaną etolę, po raz kolejny próbowała przemówić córce do rozsądku.
Małe martwe zwierzątka wpatrywały się z etoli w młodą lady
oskarżycielskim wzrokiem.
- Dla dam naszego pokroju zniżenie się do takiego poziomu... do pracy... toż
to towarzyskie samobójstwo. Nikt nie zechce się z tobą ożenić.
- Chyba nie chcę wyjść za mąż - powiedziała Rose.
- W takim razie trzeba było nam to powiedzieć w zeszłym roku, zanim
roztrwoniliśmy fortunę na twój sezon! - ryknął hrabia.
Rose była na tyle łaskawa, by się zarumienić.
Lady Polly spróbowała łagodniejszego podejścia.
- Wybieramy się do Nicei. Spodoba ci się tam - słońce, palmy... bardzo
romantycznie.
- Chcę pracować.
- To wina tej twojej służącej! Byłej chórzystki! - wściekł się hrabia.
Daisy Levine, pokojówka lady Rose, rzeczywiście była wcześniej
chórzystką. Przybyła do hrabiego i hrabiny Hadshire, by udawać służącą
chorą na tyfus. Ta rola stanowiła część początkowej intrygi Harry'ego
Cathcarta mającej na celu zniechęcenie króla do wizyty. Rose wzięła
Daisy pod swoje skrzydła. Nauczyła ją czytać i pisać (później także na
maszynie), a następnie uczyniła z niej swoją pokojówkę.
- To mój pomysł, tatku - powiedziała Rose. - Spieraliśmy się o to wiele
razy. Już podjęłam decyzję.
Wyszła z pokoju i zamknęła za sobą dwuskrzydłowe drzwi, bardzo cicho -
dla wywołania o wiele lepszego efektu niż ich zatrzaśnięciem.
- Co możemy zrobić? - żalił się hrabia, wtulając się przy tym w swój
płaszcz z niedźwiedziej skóry. Teraz sam wyglądał jak okrągłe zranione
zwierzę.
Siedzieli w ponurym milczeniu. Nagle drzwi do bawialni otworzyły się i weszło dwóch lokajów. Pierwszy niósł węgiel i rozpałkę, a drugi kosz z polanami.
- Nareszcie - powiedział hrabia - co tak długo?
- Wielmożny panie, w mieście tak bardzo brakowało opału - odpowiedział
pierwszy lokaj - że wysłaliśmy dwa furgony na wieś, do Stacey Court.
Stacey Court był wiejskim domem hrabiego.
- Dobrze więc, rozpalcie ogień - mruknął hrabia.
Gdy powstały w wyniku wypełnienia jego polecenia płomień zaczął ogrzewać
pomieszczenie, hrabia poczuł, że nawet jego mózg powoli się odmraża.
- Wiem - powiedział. - Zapytamy tego całego Cathcarta. Czym on się teraz
zajmuje?
- Lady Glensheil powiedziała mi, że otworzył agencję detektywistyczną. W bardzo amerykańskim stylu. Jak Pinkertonowie.
- Jestem gotów spróbować wszystkiego - powiedział hrabia. - Gdyby nie
Rose, wyjechalibyśmy do Nicei tydzień temu.
Pociągnął za dzwonek i kazał kamerdynerowi Brumowi znaleźć namiary na
agencję detektywistyczną kapitana Harry'ego Cathcarta i posłać po niego.
Harry Cathcart rozpromienił się, gdy lokaj powiadomił go o prośbie
hrabiego. Nie chodziło o to, że nadmiar wolnego czasu nazbyt mu ciążył.
Wręcz przeciwnie, jego dni, tak jak dawniej, wypełniało tuszowanie
skandali towarzyskich i odnajdywanie zaginionych psów. Jednak miał
nadzieję na bardziej ekscytujące zadania, a praca dla hrabiego w przeszłości w pewnym sensie doprowadziła do nie lada zamieszania i sprawiła, że zaangażował się w sprawę morderstwa.
Wziął kapelusz i płaszcz, po czym przeszedł do recepcji, gdzie jego
sekretarka o owczej twarzy, panna Jubbles, zajmowała się rachunkami.
- Panno Jubbles, wychodzę na chwilę - powiedział. - Czy kupić coś pani
po drodze?
- Nie, panie kapitanie.
Panna Jubbles wpatrywała się z uwielbieniem w przystojnego kapitana o gęstych ciemnych włosach, smukłej sylwetce i czarnych oczach. Harry
włożył niedbale płaszcz podbity futrem i wcisnął na głowę kapelusz z szerokim rondem. Na Buckingham Palace Road, gdzie znajdowała się jego
agencja, panował przenikliwy chłód. W sąsiednim budynku pękły rury i na
cegłach pokrytych sadzą błyszczały sople. W innych budynkach zewnętrzne
rury były obłożone starymi prześcieradłami i miał wrażenie, że
przechodzi obok upiornych wartowników z białawymi ramionami
wyciągniętymi ku pokrytym szronem dachom. Szedł ostrożnie, ponieważ
zamiatacze ulic nie byli w stanie oczyścić chodników z mocno
zamarzniętego błota i pod stopami było ślisko.
Gdy dotarł do Eaton Square, poczuł dreszcz podniecenia. Znów zobaczy
irytującą lady Rose. Wciąż miał w głowie jej obraz z ostatniego
spotkania - intensywnie niebieskie oczy, gęste brązowe włosy i figura
niemodnie szczupła w tej nowej epoce edwardiańskiej, w której mężczyźni
lubili pulchne kobiety.
W domu hrabiego kamerdyner wziął jego kapelusz, płaszcz i laskę oraz
poinformował, że lord i lady Hadshire oczekują na niego w bawialni.
Wchodząc po schodach za kamerdynerem, Harry myślał o tym, że hrabia musi
mieć jakiś naprawdę poważny problem, bo inaczej przyjąłby go w gabinecie.
- Proszę, proszę wejść - zawołał hrabia. - Proszę usiąść przy ogniu.
Sherry? Tak? Przynieś karafkę, Brum. Strzelał pan, kapitanie Cathcart? -
zmierzył wzrokiem tweedowy płaszcz Harry'ego, spodnie typu pumpy, grube
skarpety i brogsy1.
- Nie, zdaję sobie sprawę z tego, że jestem niemodnie ubrany, ale mój
strój jest odpowiedni na zimno. Ponadto wnioskuję, że jestem tu w interesach.
- Tak, proszę poczekać, aż dostaniemy sherry i pozbędę się służby.
- Gdzie lady Rose?
- W swoim pokoju - odpowiedział ponuro hrabia - i miejmy nadzieję, że
tam pozostanie.
Daisy odwróciła się od okna, gdy Rose weszła do jej prywatnego saloniku.
- Kilka minut temu widziałam, jak kapitan Cathcart wchodzi do domu -
oznajmiła Daisy.
- Do licha, co on tu robi? O, nie! Tatko pewnie prosi go o pomoc. Ale co
Cathcart może zrobić?
- Sprowadzić lekarza, który powie, że jest pani szalona - odpowiedziała
Daisy. - Wtedy umieszczą panią w domu wariatów, a ja zostanę zwolniona.
- Nie zrobiliby tego - powiedziała Rose z nerwowym śmiechem.
- To rozwiązałoby ich problem. Wtedy, nawet gdyby pani powiedziała o spisku mającym na celu powstrzymanie wizyty Jegoj Królewskiej Mości,
nikt nie chciałby pani słuchać.
- Jeśli to zrobią, ucieknę!
- I tak możemy to zrobić, wielmożna pani.
- Nie, zamieściliby ogłoszenia we wszystkich gazetach i zaczęliby mnie
tropić. Och, o czym oni, u diabła, rozmawiają?
- To wszystko jest bardzo proste - powiedział Harry, gdy hrabia
skończył.
- Jakim cudem? - mruknął hrabia. - Nie umieszczę jej w domu wariatów.
Wiem, że tak się robi, ale wtedy nigdy nie wyjdzie za mąż, a ja chcę
mieć wnuki. Wnuka. Kto wtedy będzie dziedziczył, hę?
- Jestem pewien, że lady Rose podoła zarządzaniu posiadłościami waszej
lordowskiej mości.
- Kobieta? Nigdy!
- No dobrze. W takim razie proponuję następującą rzecz. Mam przyjaciela,
pana Petera Dreveya z banku kupieckiego. Mogę go namówić, by zatrudnił
lady Rose i Daisy jako maszynistki. Milord będzie musiał uiścić opłatę,
która pokryje koszty ich wynagrodzenia oraz jego dyskrecji.
- Jeśli ten człowiek jest dżentelmenem, nie będzie chciał zapłaty.
- Jeśli otrzyma zapłatę, mogę go skłonić do podpisania dokumentów o zachowaniu dyskrecji. Przykro mi, milordzie, ale mam zaległe rachunki,
ponieważ byłem na tyle naiwny, by uwierzyć na słowo kilku dżentelmenom.
Następnie obie panie mogą się przenieść do schroniska dla kobiet
pracujących. Sugeruję, aby lady Rose nie dostawała żadnych dodatkowych
pieniędzy oraz by nosiła jedynie ubrania odpowiednie do zajmowanego
stanowiska. Do waszego powrotu z Nicei - za dwa miesiące, jak jaśnie
wielmożny pan hrabia wspomniał - będzie bardziej niż chętna wrócić do
domu. Zapewniam. Będę miał oko na nie obie. Dyskretnie, oczywiście. Mam
nadzieję, że wybaczy pan prośbę o zapłatę mojego honorarium z góry, w dotychczasowej wysokości.
- Tysiąc funtów? Och, no dobrze. Ale chcę, by pan sam przedłożył tę
sprawę Rose. Mam już dość jej wybryków.
- Zgoda.
Rose została wezwana do bawialni. Stanęła w drzwiach i przyjrzała się
kapitanowi. Lady Polly pomyślała przez chwilę, że nawet powietrze między
nimi jakby zgrzyta, jednak złożyła to na karb zimna, które najwidoczniej
działało na jej wyobraźnię.
- Kapitan chce ci coś powiedzieć - powiedział hrabia. - Ma moje
błogosławieństwo.
Na pięknej twarzy Rose pojawił się lekki rumieniec. A więc Harry
poprosił o jej rękę! Cóż, nie przyjęłaby go, ale jednak...
Jej rodzice wyszli z pokoju.
- Proszę usiąść - powiedział Harry.
Rose z wdziękiem opadła na fotel przy kominku. Lekko zmarszczyła brwi,
kiedy kapitan usiadł naprzeciw niej. Czy nie powinien uklęknąć na jedno
kolano?
- Wymyśliłem rozwiązanie pani problemu, lady Rose - zaczął Harry.
- Nie chcę wychodzić za mąż - powiedziała Rose, ale lekko się do niego
uśmiechnęła, a jej długie rzęsy zatrzepotały.
- Oczywiście, że pani nie chce - odparł wesoło Harry. - Chce pani być
kobietą pracującą, a ja jestem tu po to, by pani w tym dopomóc.
Twarz Rose stężała z rozczarowania.
- Jaki ma pan plan? - zapytała.
Harry przedstawił swój pomysł, nie mówiąc jednak, że bankier otrzyma
wynagrodzenie za jej zatrudnienie. Powiedział tylko, że wie o dwóch
wolnych miejscach na stanowisku maszynistki w banku.
- I moi rodzice się na to zgodzili? - zapytała słabym głosem.
- Tak, nie mogą się doczekać wyjazdu do Nicei.
- Chyba muszę panu podziękować - powiedziała Rose, czując się
przygnębiona. Marzyć to jedno, ale stanąć przed koniecznością chodzenia
do pracy w mroźną zimę to zupełnie co innego.
- Doskonale. W razie jakichkolwiek trudności proszę dać mi znać. Oto
moja wizytówka.
Biorąc do ręki wizytówkę, Rose poczuła nagłą, dziwną potrzebę, by
wybuchnąć płaczem.
- Proszę pamiętać, by nie zdradzić swego prawdziwego pochodzenia. Musi
pani nosić zwykłe ubrania i przedstawiać się po prostu jako panna
Summer. I zmienić swój akcent. Jestem pewien, że Daisy powie pani, jak
to zrobić. Proponuję, żeby kupiła pani tanie ubrania. Jestem pewien, że
w swojej garderobie nie znajdzie pani nic odpowiedniego. Nawet
najstarsze znajdujące się w niej ubrania zdradzą pani status. I żadnych
futer.
- A jeśli odmówię?
- Wtedy, jak na dobrą i grzeczną córkę przystało, pojedzie pani z rodzicami do Nicei, a potem, jak przypuszczam, do Indii. W końcu to tam
wybierają się wszystkie damy, których debiut okazał się nieudany. Pani
rodzice nie wydają się zbyt chętni do płacenia za kolejny sezon.
- Jest pan dosadny. Zbyt dosadny.
- Nazywam rzeczy po imieniu.
- Zaiste! Czy zawsze jest pan tak naszpikowany banałami?
- Życzę miłego dnia, lady Rose.
- Irytująca kobieta! - powiedział Harry do służącego Becketa, gdy wrócił
tego wieczoru do domu w Chelsea.
- Myśli sir, że lady Rose rzeczywiście to zrobi? - zapytał Becket,
stawiając na stole obok Harry'ego kieliszek i karafkę sherry.
- Och, jestem pewien, że tak. Uparta jak muł!
Daisy obgryzła paznokieć i nerwowo spojrzała na swoją panią. Gdyby tylko
aura nie była taka mroźna! Ponadto przyzwyczaiła się do obfitych
posiłków i ładnych ubrań. I pomyśleć, że prawie namówiła Rose do wyjazdu
do Nicei, po tym jak dowiedziała się, że Cathcart zamierza spędzić tam
wakacje. Jednak kapitan odwołał wakacyjne plany. Pochłonęło go
zakładanie nowej działalności. Daisy uważała, że kapitan byłby dla Rose
bardzo odpowiednim mężem, ona sama zaś darzyła sympatią jego służącego
Becketa. Rozpromieniła się, ponieważ wpadł jej do głowy pewien pomysł.
- Widziałam ogłoszenie kapitana w "The Tatler". Właśnie założył agencję
detektywistyczną. Może potrzebuje sekretarki. To byłoby bardziej
ekscytujące niż praca w banku.
- Bardzo dobry pomysł! - wykrzyknęła Rose. - A ja mogłabym mu pomóc w działalności śledczej, tak jak w zeszłym roku. Wyjdziemy jutro. Powiemy,
że szukamy ubrań do pracy, ale zamiast tego pójdziemy do jego agencji.
Następnego dnia panna Jubbles podniosła wzrok znad maszyny do pisania,
by spojrzeć na piękną istotę, która stała przed nią w towarzystwie
pokojówki.
- W czym mogę pomóc? - zapytała.
- Jestem lady Rose Summer. Chciałabym rozmawiać z kapitanem Cathcartem.
- Kapitana Cathcarta, niestety, nie ma. O co chodzi, wielmożna pani? Mogę sporządzić notatkę. - To nie będzie konieczne. Jestem tu, aby zaoferować moje usługi jako
sekretarka.
Panna Jubbles spojrzała na nią z przerażeniem. Potem jej owcza twarz
stężała, a dwa włoski wystające z dużego pieprzyka na podbródku się
zjeżyły.
- Ale on nie potrzebuje sekretarki. Ja jestem jego sekretarką.
- Jednak kapitan i ja jesteśmy przyjaciółmi - powiedziała Rose.
Panna Jubbles zerwała się na równe nogi. Ta rozpieszczona piękność
próbuje odebrać jej pracę!
- Pracuję tutaj - powiedziała - bo muszę. Dla pieniędzy, nie dla
kaprysu. Powinna się pani wstydzić, próbując pozbawić mnie chleba.
Proszę się wynosić, zanim panią wyrzucę!
Daisy ruszyła do przodu z płonącym gniewem oczami.
- Pani i kto jeszcze?
Rose starała się zachować trochę godności. Położyła dłoń na ramieniu
Daisy w powstrzymującym geście.
- Popełniłam błąd - powiedziała. - Chodź, Daisy.
Pół godziny później wrócił Harry.
- Nadchodzi mgła, panno Jubbles. Czy był ktoś podczas mojej
nieobecności?
Panna Jubbles obdarzyła go pełnym uwielbienia uśmiechem.
- Nikt, zupełnie nikt, sir.
- Dobrze - powiedział Harry i wszedł do gabinetu.
Panna Jubbles zaborczo rozglądała się po swoim małym imperium:
skrupulatnie poukładane akta, czajnik z ustawionymi obok niego
porcelanowymi filiżankami, wysokie i brudne okna, wysłużona skórzana
sofa i obecność uwielbianego szefa za drzwiami z matowego szkła. To
wszystko należy do niej i nikt jej tego nie odbierze.
* * *
Rose nie przyznała się ani Daisy, ani nawet przed samą sobą, że jest
przerażona. Duma nie pozwalała jej się wycofać. Po katastrofalnej
wizycie w agencji Harry'ego, której teraz tak bardzo się wstydziła,
udały się do Bourne & Hollingsworth na Lower Oxford Street. Rose
zaczęła wybierać tam odpowiednią dla nich obu konfekcję. W całym swoim
dotychczasowym życiu nigdy nie nosiła gotowych ubrań. Damy tego nie
robiły.
Daisy podpowiedziała jej, że powinny ograniczyć garderoby do dwóch
tweedowych garsonek na zimę oraz dwóch lekkich i praktycznych sukienek
na lato.
- Cóż, nie musimy kupować nowej bielizny - powiedziała Rose. - Możemy
nosić tę, którą mamy. Nikt tego nie zobaczy!
- Chyba że ktoś, kto prowadzi schronisko dla kobiet pracujących, będzie
węszyć w naszych pokojach - zwróciła uwagę Daisy.
- Weźmiemy jeden ze starych kufrów podróżnych, taki z dobrym zamkiem -
powiedziała Rose - i wykorzystamy go na bieliznę. Czy mogę wziąć choć
jedno futro?
Daisy potrząsnęła głową.
- Tweed wykończony futrem przy szyi - tylko na tyle możemy sobie
pozwolić. Po dwie pary butów przed i za kostkę. Dwa kapelusze filcowe i tyle samo słomkowych.
Wreszcie wszystkie zakupy były zapakowane i gotowe.
- Wyślijcie je do... - zaczęła Rose, a wtedy Daisy nagle krzyknęła. - O co
chodzi? - zapytała Rose.
- Zgubiłam moją bransoletkę. Wydaje mi się, że jest tam.
Rose wydała z siebie odgłos zniecierpliwienia i przeszła za nią na drugi
koniec sklepu.
- Nie może pani kazać wysłać paczki na Eaton Square - wysyczała Daisy.
- Ależ oczywiście, że mogę - powiedziała Rose i zawróciła.
- Wyślijcie ubrania mojej pokojówki na ten adres - powiedziała, podając
swój bilet wizytowy.
- Jesteś zbyt ostrożna - Rose upomniała Daisy, gdy jeden z powozów
hrabiego wiózł je do domu.
- Nie można być zbyt ostrożnym, wielmożna pani - odpowiedziała Daisy.
- Lepiej zacznij od tego, by nie mówić do mnie "wielmożna pani".
- Myślę, że będzie lepiej, jeśli sama znajdę dla nas to schronisko dla
kobiet pracujących - powiedziała Daisy.
- Dlaczego? Wydaje mi się, że to ja powinnam decydować o naszym
zakwaterowaniu.
- Nadal jesteś nazbyt elegancka. Nie możesz jeździć wszędzie powozem z herbem hrabiego na drzwiczkach i ubrana w futro. Pozwól, że ja to
zrobię.
- Dobrze więc, niech tak będzie - powiedziała Rose po ostentacyjnym
okazaniu niechęci dla tego pomysłu, by ukryć fakt, że jej ulżyło. Mała,
słaba Rose Summer w głębi duszy zaczynała żałować marzenia o byciu
kobietą pracującą.
Panna Harringey, właścicielka Schroniska dla Kobiet Pracujących Bryant's
Court, wprowadziła Daisy do miejsca, które określiła jako swoje
sanktuarium - zatłoczonego salonu na parterze, zastawionego meblami i oprawionymi zdjęciami - w którym mały żółty kanarek spoglądał z klatki
ponuro przez zakratowane okna na londyńską mgłę, która zaczynała
spowijać ulice.
Daisy miała na sobie jedną z zakupionych tego dnia tweedowych garsonek,
pod tweedowym płaszczem z wykończeniem z futra bobra. Zdawała sobie
sprawę, że małe, czarne oczy panny Harringey przyglądały się jej
badawczo. Zaczęła żałować, że nie kupiła ubrań z drugiej ręki. Stroje
Daisy na Eaton Square były w większości używane, ale tylko przez jej
panią, która miała je na sobie zazwyczaj tylko raz. Głównie dlatego, że
się jej nie spodobały. Daisy miała pełną świadomość, że to, co młoda
lady uważała za tanie ubranie, może wyglądać na nowe i drogie dla panny
Harringey.
Panna Harringey była bardzo masywną kobietą, tak mocno ściśniętą
gorsetem, że wyglądała, jakby pod wełnianą suknią pokrytą gagatami
nosiła zbroję. Jej twarz była duża i nalana, a oczy nieproporcjonalnie
małe. Miała włosy w nieprawdopodobnym odcieniu kasztana i grzywkę
podobną do tej noszonej przez Aleksandrę Duńską.
- Chciałabym od razu wyraźnie zaznaczyć, panno... hmmm...
- Levine.
- Panno Levine. Przyjmujemy tu tylko panie o nieskazitelnej reputacji.
To przez te ubrania, pomyślała Daisy, myśli, że mogę być utrzymanką,
jakby którakolwiek z nich chciała tu mieszkać!
- Zapewniam panią - powiedziała sztywno Daisy - że ja i moja
przyjaciółka panna Summer jesteśmy bardzo oddane pracy. Wokół niej
koncentruje się nasze życie. I nie ma w nim dżentelmenów.
- A gdzie panie pracują?
- W Drevey's Merchant Bank. Jesteśmy pracownicami biurowymi.
- Oczekuję zapłaty z góry.
- Za jaki okres?
- Trzy miesiące - odpowiedziała Panna Harringey.
- W porządku - powiedziała Daisy.
- Mam do dyspozycji jeden dwuosobowy pokój na ostatnim piętrze.
- Czy nie możemy mieć oddzielnych pokoi?
- Wszystkie inne są zajęte.
- Chciałabym zobaczyć ten pokój.
- Proszę iść za mną.
I tak Daisy weszła za panną Harringey po wąskich schodach na samą górę.
W powietrzu wisiała mieszanina zapachów: gazu, środka dezynfekującego,
spróchniałego drewna, pieczonych ziemniaków i fasoli oraz zsiadłego
mleka. Do tego dochodził wszechobecny zapach kapusty.
- Nie wolno gotować w pokojach - powiedziała panna Harringey, gdy
dotarła na szczyt schodów. Daisy zrobiła wdech i zaczęła się
zastanawiać, ilu lokatorów przestrzega tego zakazu.
- To tu - panna Harringey otworzyła drzwi.
Na środku pokoju stała żelazna rama łóżka przykryta cienkimi, wytartymi
kocami. Pod oknem straszyła rozklekotana toaletka z wyszczerbionym
marmurowym blatem, na której umieszczono porcelanowy dzbanek, miednicę z wymalowanymi dużymi różami oraz lustro. "Szafa" była po prostu wnęką z zasłoną. Blisko brudnego okna stały stół i dwa krzesła. Był tam też mały
piecyk gazowy.
- Łazienka jest dwa piętra niżej, na końcu korytarza - powiedziała panna
Harringey. - By skorzystać z gazomierza, za każdym razem należy wrzucić
dwa pensy, a z łazienki nie wolno korzystać po dziesiątej w nocy.
Daisy weszła do pokoju. Przykucnęła przed lustrem i poprawiła sobie
kapelusz na głowie. Miała drobną twarz z lekko wyłupiastymi zielonymi
oczami, które w tym momencie wpatrywały się w jej własne odbicie.
Rose znienawidzi to miejsce. Bardzo dobrze, może to przemówi jej do
rozumu.
- Weźmiemy ten pokój.
- W takim razie zejdźmy do mojego sanktuarium. Wydam pokwitowanie.
* * *
- Doskonale się spisałaś - powiedziała Rose, gdy Daisy wróciła z wieściami odnośnie do pokoju.
- To oznacza, że będziemy musiały spać razem - ostrzegła Daisy.
- Och, wszystko będzie dobrze - Rose zdążyła przezwyciężyć obawy i teraz
cieszyła się na nową przygodę. - Dostałam list od pana Dreveya. Obie
mamy zacząć pracę w najbliższy poniedziałek. Od ósmej rano do piątej
trzydzieści wieczorem. Każda z nas dostanie po piętnaście szylingów
tygodniowo.
- Długo to nie potrwa - ostrzegła Daisy. - Biorąc pod uwagę, do czego
przywykłaś.
- Zapłaciłaś za trzy miesiące z góry, prawda? Więc razem będziemy mieć
trzydzieści szylingów tygodniowo. Mamy swoje ubrania. Możemy jeść tanie
jedzenie.
- Ta panna Harringey powiedziała, że w pokojach nie wolno gotować, ale
sądząc po zapachach rozchodzących się w tym miejscu, raczej nikt nie
zwraca na to uwagi.
- Zapach?
- Cóż, trochę tam śmierdzi. Takie już jest życie niższych sfer. Co nie
znaczy, że musimy się go trzymać, prawda?
- Musimy. Założę się, że ten okropny kapitan Cathcart obstawia w tej
chwili, że nie wytrzymamy szybkości i charakteru tych zmian.
- Nie zrobiłby tego. Nie wiem, dlaczego jesteś tak bardzo przeździwko
niemu.
- Przeciwko - poprawiła ją Rose. - Nie był nawet na tyle uprzejmy, by
odnieść się jakkolwiek do naszej wizyty w jego agencji.
- To zrozumiałe. To stare chodzące bezguście, które nazywa się
sekretarką, nie chce stracić pracy. Pewnie nawet nie powiedziała mu o naszej wizycie.
- Ach... no cóż, teraz to bez znaczenia. Zapewne będziemy bardzo
zadowolone z naszego nowego życia w Drevey's Merchant Bank.
Rose spodziewała się, że jej rodzice będą zmartwieni, jednak wydawali
się całkiem pogodni, gdy pakowała z Daisy wszystko, co niezbędne na
weekend. Nie wiedziała, że hrabia wezwał już Harry'ego i podał mu adres
schroniska Rose ani że Peter Drevey obiecał Harry'emu cotygodniowe
raporty dotyczące jej samopoczucia. Rodziców cieszyło również
przekonanie kapitana o tym, że Rose nie wytrwa zbyt długo w nowym życiu.
Nie chcieli przy tym, by Rose wróciła na Eaton Square pod ich
nieobecność. Mając to na uwadze, jak również fakt, że pod ich
nieobecność domem w mieście będzie zajmowała się jedynie służąca, której
zarówno hrabia, jak i hrabina nie ufali, odmówili przekazania córce
kompletu kluczy.
Lekko urażona Rose odparła wyniośle, że i tak nie będą jej potrzebne.
W końcu nadszedł weekend. Lord i lady Hadshire wydawali się
nieprzyzwoicie weseli podczas nadzorowania przygotowań do podróży do
Nicei. Rose czuła się jeszcze bardziej niepewnie w związku z nowym
przedsięwzięciem. Miała nadzieję, że jej rodzice uronią kilka łez i będą
ją błagać, by porzuciła swoje plany, co umożliwiłoby jej kapitulację z wdziękiem i godnością.
W końcu jednak bagaże, zarówno jej, jak i Daisy, zostały umieszczone na
zewnętrznych schodach - dwie walizki i jeden duży kufer - podczas gdy
lokaj przywołał dorożkę.
Gdyby to była powieść, pomyślała Rose ze smutkiem, gdy dorożka wyrwała
do przodu, rodzice staliby na schodach przed domem i machaliby do mnie
na pożegnanie z głośnym płaczem. Pożegnanie odbyło się pół godziny
wcześniej w bawialni i przybrało formę surowego wykładu.
W końcu dorożka skręciła w wąską tylną uliczkę Bryant's Court w Bloomsbury.
- Czy to tutaj? - zapytała nerwowo Rose.
- To tutaj - odpowiedziała Daisy. - Mam nadzieję, że dali ci pieniądze
na dorożkę.
- Została mi jeszcze pewna kwota na drobne wydatki - odpowiedziała Rose.
Dorożkarz podziękował jej niezwykle serdecznie.
- Życzę jaśnie pani pięknego dnia - powiedział, co zaalarmowało Rose.
- Rozpoznał mnie!
- Skądże! - powiedziała Daisy - Dałaś za duży napiwek!
Wniebowzięty dorożkarz zaniósł ich bagaże pod drzwi wejściowe. Daisy
zadzwoniła dzwonkiem do drzwi. Drzwi się otworzyły i panna Harringey
wytrzeszczyła oczy na Rose.
- Proszę nie oczekiwać, że pomogę pani wejść z tym bagażem po schodach -
powiedziała. - Proszę wejść do mojego sanktuarium. Dam paniom klucze.
Rose stała nerwowo, podczas gdy Daisy odbierała dwa komplety kluczy, po
jednym do drzwi wejściowych i do pokoju.
- Panna Levine zna drogę - powiedziała panna Harringey.
Rose była zbyt przygnębiona, by cokolwiek na to odpowiedzieć. Jakiś głos
w jej głowie wołał: Co ja zrobiłam? Och, co ja zrobiłam?
Daisy i Rose postanowiły najpierw zanieść na górę walizki, a potem
wrócić po kufer. Te pierwsze były lekkie, ponieważ nie zawierały nic
poza ich ubraniami roboczymi. Co innego kufer. Był ciężki, gdyż został
wypełniony nie tylko bielizną, ale także stosami książek, które Rose
uważała za niezbędne, a Daisy za stratę czasu i energii.
Daisy otworzyła drzwi do ich pokoju.
- Jesteśmy, proszę bardzo - powiedziała wesoło. - Oto nasz nowy dom.
Rose przygryzła wargę. Nie chciała płakać, ale widok tego pokoju tak ją
przygnębił, że poczuła, jak w gardle rośnie jej gula.
- Powinien się nadać. Chodźmy po kufer - Rose zmusiła się, by to
powiedzieć.
Panna Harringey, z rękami założonymi sztywno na piersiach, przyglądała
się z zaciekawieniem, jak szły po schodach, niosąc między sobą kufer.
Rose rzuciła jej wyniosłe, lodowate spojrzenie, gdy na pierwszym piętrze
odwróciła się i zorientowała, że są z Daisy obserwowane. Panna Harringey
prychnęła i udała się do pokoju przyjęć.
Kiedy położyły kufer w kącie, Rose wyprostowała się i ponownie
rozejrzała dookoła.
- Nie ma zasłon - powiedziała.
- To dlatego, że jesteśmy na samej górze domu - powiedziała Daisy. -
Nikt nie ma możliwości tu zajrzeć.
- Chcę mieć zasłony - powiedziała Rose. - Porządne, podszyte zasłony.
- Zrób tak, a wtedy ta stara wiedźma na pewno nabierze podejrzeń i zacznie węszyć. Posłuchaj, kupimy jakieś tanie.
- I wazon na kwiaty. Potrzebuję świeżych kwiatów.
- Wielmożna pani... to znaczy Rose... musisz się przyzwyczaić do nowego
życia.
- Tani wazon i tanie kwiaty - upierała się Rose.
- W zimie nie ma tanich kwiatów.
- I tak kupimy wazon i przygotujemy się na wiosnę. Jednak zasłony w tej
chwili. Biegnij na dół i sprowadź dla nas dorożkę.
- Takie jak my nie jeżdżą teraz powozami - powiedziała cierpliwie Daisy.
- Pójdziemy pieszo na Lower Oxford Street, a potem, jeśli będziesz
zmęczona, pojedziemy omnibusem, i to też nie pierwszą klasą.
Rose usiadła na łóżku.
- Może nie powinnyśmy nazbyt się ze wszystkim spieszyć. Rozpal ogień,
Daisy. Ten pokój jest odrażająco zimny.
- Potrzebne mi są dwa pensy do gazomierza.
Rose otworzyła torebkę i wyjęła z niej portmonetkę.
- Masz tu dwa pensy. Przypuszczam, że będziemy musiały zostawić sobie
zapas pensówek na ogień i kąpiel. Ach, nie możemy nawet wypić filiżanki
herbaty.
- A właśnie, że możemy! - powiedziała triumfalnie Daisy. - Ty spakowałaś
książki, a ja niezbędne rzeczy.
Wrzuciła pensy do gazomierza i zapaliła gaz. Otworzyła kufer i wyciągnęła z niego mały czajnik, imbryk, paczkę herbaty i głowę cukru.
- Nie mamy mleka, ale możemy wypić herbatę bez niego. Wzięłam też garnek
i patelnię.
Rose zaczęła się śmiać.
- Coś jeszcze?
- Sześć kiełbasek i dwa plastry bekonu oraz bochenek chleba.
- Ale jak ty, u licha, to ugotujesz?
- Zobacz! - Daisy wyciągnęła palnik z boku piecyka gazowego. - Nastawię
czajnik.
Rose poczuła się niemal radośnie. Daisy zrobiła cały imbryk herbaty.
Zastanawiała się, czy Rose zdaje sobie sprawę, że schronisko, w którym
są zarówno gaz, jak i łazienka, znacznie odbiega standardem od normy.
- Głuptas ze mnie - powiedziała Rose. - Kiedy zobaczyłam ten obskurny
pokój, miałam ochotę wrócić na Eaton Square, zacząć dobijać się do drzwi
i oświadczyć, że popełniłam straszny błąd. Wyjdziemy i znajdziemy
miejsce, gdzie można coś zjeść, a potem spędzimy wieczór na ćwiczeniu
stenografii Pitmana. Chcę zaskoczyć tatę - uczynię się niezastąpioną w banku. Ciekawe, jakie będą inne kobiety w naszej pracy.
Rozdział drugi
ROZDZIAŁ DRUGI
O, jak ciernisty świat ten dnia powszedniego!2
William Shakespeare
Budzik zadzwonił przeraźliwie o szóstej rano w poniedziałek. Rose miała
wrażenie, że w ogóle nie spała. Daisy chrapała i przytulała się do niej
w nocy, przez co czuła się osaczona i podduszona.
- Obudź się - powiedziała Rose. - Czas się przygotować.
Dygocząc z zimna, zapaliła piecyk gazowy. Podobnie uczyniła z lampą
gazową w uchwycie przy drzwiach.
- Najpierw skorzystam z łazienki ja.
Obie wzięły kąpiel poprzedniego wieczoru, w obawie, że rano nie będą
miały takiej możliwości, ale Rose chciała umyć twarz w gorącej wodzie.
Nastawiła piec kąpielowy nad wanną, który obudził się do życia z rykiem.
Pomyślała przy tym, że wydanie dwóch pensów tylko po to, by umyć twarz,
już teraz wydawało się bezmyślną ekstrawagancją. Łazienka jawiła się
jej, zresztą ze wszech miar słusznie, jako niezwykle ponure miejsce.
Sama wanna była niczym głęboka trumna, ale na szczęście czysta, bo Rose
i Daisy wyszorowały ją dokładnie poprzedniego wieczoru. Rose umyła
twarz, po czym napełniła gorącą wodą zabrany z pokoju dzbanek i wspięła
się po schodach na górę.
- Przyniosłam ci trochę gorącej wody - powiedziała Rose.
- Po co? - zapytała Daisy. - Przecież myłyśmy się wczoraj wieczorem.
- Pomóż mi ze wstążkami.
Rose zawiązała Daisy wstążki, po czym pospiesznie zaczęła się ubierać.
- Daisy, bank jest na Lombard Street. Jak się tam dostaniemy?
- Pójdziemy pieszo.
- Ale to tak daleko! - odparła jękliwie Rose.
- Sprawdzę omnibusy. A może uda nam się wsiąść do kolei podziemnej.
- Wiem - powiedziała Rose. - Pojedziemy dorożką i każemy jej się
zatrzymać niedaleko banku, a nie pod samym wejściem. Tylko ten jeden
raz.
- Och, no dobrze. Niech tak będzie - powiedziała Daisy. - Ale musimy
starać się żyć wedle naszych nowych możliwości.
W City istniały dwa rodzaje maszynistek - dziewczęta, które poprzez
pracę walczyły o poprawę swojego bytu, oraz panie z klasy średniej,
które zarabiały w ten sposób na drobne wydatki.
Pani Danby była starszym "dziewczęciem" - szczupłą, skwaszoną kobietą po
czterdziestce. Należała do klasy średniej i żelazną ręką rządziła małym
zespołem czterech maszynistek. Nie cieszyła się na przybycie dwóch
nowych osób, mimo że oznaczało to powiększenie jej imperium.
Pan Drevey powiedział jej, że nowe maszynistki zostaną umieszczone w osobnym pomieszczeniu i będą przepisywać wpisy ze starych ksiąg. Pani
Danby zwróciła mu uwagę, że księgi były wypełnione starannym
miedziorytniczym pismem odręcznym i w z związku z tym nie wymagały
przepisywania na maszynie. Wtedy zwykle uprzejmy pan Drevey warknął na
nią, by robiła, co jej się każe.
Portier poinformował ją o przybyciu nowych pracownic, a ona wyszła im
naprzeciw. Jedyną rzeczą, która poprawiała nieco nastrój pani Danby, był
szelest jej nowej drogiej spódnicy z tafty. Dwie nowo przybyłe stały
przed nią nienagannie ubrane.
- Będę pań przełożoną - powiedziała zaskakująco donośnym głosem, jeśli
wziąć pod uwagę jej szczupłą sylwetkę i wąskie usta.
- Bardzo mi miło - powiedziała Daisy, wyciągając do niej rękę w rękawiczce. - Jestem panna Daisy Levine.
Pani Danby zignorowała dłoń. Prostacka uprzejmość, pomyślała. Jej oczy
zwróciły się ku Rose, która stała cierpliwie.
- Panna Summer?
- Tak - odpowiedziała Rose spokojnie, wpatrując się w panią Danby
zrezygnowanym wzrokiem.
- Zapraszam za mną - pani Danby ruszyła do przodu, szeleszcząc.
Otworzyła mahoniowe drzwi, za którymi mieścił się mały pokój. Znajdowały
się w nim stół, dwa krzesła, biurko, dwie maszyny do pisania oraz stos
ksiąg i teczek. Był wyposażony również w mały kominek gazowy - z odłamanym kawałkiem azbestu - który mruczał i syczał jak jakiś
rozwścieczony domowy kot. Na kominku stał zegar z czarnego marmuru z żółtą tarczą, przy długim oknie zaś stojak na kapelusze.
- Macie panie za zadanie przepisać wpisy z tych ksiąg - poinstruowała je
pani Danby. - Po skończeniu każdej ze stron proszę włożyć ją do jednego
z tych segregatorów. Pannę Summer proszę o rozpoczęcie pracy od księgi
za rok 1901, a pannę Levine o przepisanie tej za rok 1900. Zacznijcie
panie od razu po zdjęciu płaszczy i kapeluszy.
Rose i Daisy zdjęły płaszcze, kapelusze i rękawiczki, po czym usiadły
naprzeciw siebie przy maszynach do pisania.
- Potrzebujemy papieru maszynowego, jeśli byłaby pani tak łaskawa -
powiedziała Rose. Zamierzała odpowiednio zmodyfikować swój akcent, ale
nie polubiła pani Danby. Dlatego jej ton był lodowaty - staccato
charakterystyczne dla jej klasy.
Pani Danby otworzyła drzwi.
- Panno Judd! - krzyknęła.
Pojawiło się niskie dziewczę z czarnymi lokami.
- Papier maszynowy dla tych dwóch nowych pracownic - rozkazała pani
Danby.
Odwróciła się. Panna Judd mrugnęła do Rose i Daisy, a następnie odeszła,
by po kilku minutach wrócić z dużą paczką papieru.
- Chwilę poobserwuję, aby ocenić pań umiejętności - powiedziała pani
Danby.
Rose i Daisy, jakby same były dwiema maszynami, włożyły we właściwe
miejsce po kartce papieru, znalazły odpowiednie księgi i zaczęły pisać z niesłychaną łatwością oraz szybkością.
- Teraz zostawię panie same - powiedziała majestatycznie pani Danby.
- Chwileczkę, pani Danby - powiedziała Rose. - O której godzinie możemy
udać się na lunch?
Pani Danby niesłychanie pragnęła powiedzieć im, że mają pracować przez
cały dzień, ale obawiała się, że wyniosła panna Summer może donieść na
nią panu Dreveyowi.
- Od godziny pierwszej do drugiej trzydzieści - powiedziała.
- A niech mnie - powiedziała Daisy, gdy pani Danby wyszła. - Jest
lepiej, niż myślałam. Dogadzają tu sobie. Całe półtorej godziny na
lunch!
- To zbyteczna praca - powiedziała Rose. - Nie ma potrzeby przepisywać
tych ksiąg na maszynie.
- Równie dobrze możemy się za to zabrać - westchnęła Daisy. - Jeśli
znakomicie sobie poradzimy, może dadzą nam jakieś poważne zadanie.
Pracowały ciężko. Gdy przyszła pora lunchu, miały już obolałe ramiona.
- Muszę skorzystać z... no... sama wiesz - powiedziała Daisy.
- Jest jedna na stacji kolei podziemnej King William Street. Czytałam o tym w gazecie - powiedziała Rose. Nie chcę oglądać pani Danby, chyba że
będzie to naprawdę konieczne.
Ponieważ obie nadal miały na sobie bieliznę odpowiednią dla dam z wyższych sfer, spędziły sporo czasu w toalecie.
Bielizna ówczesnej modnej damy składała się bowiem z niewiarygodnie
dużej liczby elementów. Na początek część zwana kombinezonem - coś w rodzaju koszuli i pantalonów w jednym - wykonana z cienkiej wełny lub
mieszanki wełny z jedwabiem, sięgająca do kolan. Z tyłu miała wstawkę,
która rozpinała się poniżej talii. Na to nakładano gorset, zwykle z różowego drelichu, usztywniony i uformowany tak, by zapewnić pożądaną
figurę klepsydry. Następnie zakładano camisole, rodzaj krótkiej
haleczki z małymi bufkami zapinanej z przodu na guziki, zebranej w talii
i obszytej koronką wokół szyi.
Część pantalonowa kombinezonu miała przy kolanach koronkowe falbanki,
które były wykonane z bardzo delikatnego materiału, takiego jak batyst,
nansuk lub leciutka, gładka tkanina wełniana, z której szyto również
welony. Jedwabne pończochy były mocowane do gorsetu. Następnie dużą,
okrągłą halkę układano w kształt koła na podłodze, wchodzono w otwór
pośrodku i podciągano do góry.
Jedyną zaletą tych wszystkich warstw ubrań jest to, że potrafią
człowieka ogrzać, pomyślała Daisy, gdy wyszły ponownie na mróz. Rose
miło zaskoczyła pierwsza wizyta w publicznej toalecie. Uznała, że warto
było zapłacić za nią jednego pensa. Wrażenie zrobiły na niej
nieskazitelna czystość, lśniące białe kafelki i polerowany mosiądz.
Ponadto obsługująca ją kobieta była uprzejma.
Daisy zatrzymała się przy kiosku z tytoniem i poprosiła dziewczę o paczkę papierosów oraz podpowiedź, gdzie można tanio zjeść. Otrzymała
odpowiedź, że w Lyons niedaleko Cheapside.
- Ani mi się waż palić! - krzyknęła Rose.
- Mam na to ochotę - odparła Daisy z uporem.
W herbaciarni Lyons Rose zachwycała się taniością dań z menu.
- Spójrz, Daisy, są dania za trzy lub cztery pensy. Jeśli zechcemy,
możemy jeść na mieście codziennie! Co zamówisz? Jest makaron z jajkiem
poszetowym i tost z serem lub sardynkami.
- Wezmę makaron z jajkiem poszetowym - powiedziała Daisy.
Rose zamówiła tost z serem.
- Od razu lepiej - westchnęła Daisy, gdy skończyły. - Nie miałyśmy czasu
na śniadanie.
- Ten posiłek nie był zbyt obfity - Rose rozejrzała się po lokalu i pomyślała, że w domu miałaby do wyboru co najmniej osiem dań. - Jednak
nie jest to wcale takie drogie. Nigdy nie widziałam takiego dania:
duszony schab z baraniny z marchewką. I to tylko za sześć pensów. Zjadły
więc baraninę z chlebem i masłem - pens za dwie kromki. A na zakończenie
wypiły kawę po dwa pensy za filiżankę i uraczyły się jabłkiem w cieście
- cztery pensy za sztukę.
Po tym wszystkim Daisy narzekała, że będzie musiała poluzować gorset,
gdy wrócą do banku. Z uczuciem senności po tak obfitym posiłku opuściły
przytulny lokal o biało-złotej fasadzie.
Gdy wracały do banku, było już tak ciemno, że zapalano oświetlenie
uliczne. Mężczyzna z długim mosiężnym kijem chodził od latarni do
latarni, zostawiając za sobą łańcuch świateł.
Powietrze było nie tylko zimne. Pachniało zewsząd palonym węglem.
Pani Danby zjawiła się punktualnie o drugiej trzydzieści, by sprawdzić,
czy nowe maszynistki siedzą przy biurku, po czym wyszła.
Po godzinie drzwi się otworzyły i wszedł przez nie młody mężczyzna. Miał
gęstą czuprynę obficie wysmarowaną niedźwiedzim sadłem, długi nos i bardzo duże usta. Nosił typowe dla City zestawienie: czarny żakiet i spodnie w paski.
Kiedy zobaczył Rose i Daisy, udał zdziwienie.
- Pomyliłem pokój, może w takim razie lepiej się przedstawię. Jestem
Gerald King - powiedział.
- Daisy Levine, a moja przyjaciółka to panna Rose Summer.
Gerald przysiadł na brzegu biurka, a jego wzrok padł na Rose.
- Są tu panie nowe, prawda?
- Bardzo nowe - odpowiedziała Daisy. - Pierwszy dzień.
- I jak się paniom tu podoba?
- Niespecjalnie.
- A czy pani przyjaciółka nie ma głosu, panno Levine?
- Mam - odpowiedziała Rose - gdy nie odrywa się mnie od pracy.
Gerald wycofał się i wyszedł, jednak w ciągu popołudnia kilku innych
urzędników bankowych znalazło pretekst, żeby wpaść na chwilkę.
- Nie powinnaś ich wszystkich odstraszać - skarżyła się Daisy. - Może
któryś z nich postawi nam obiad.
- To nie wodewil, nie występujesz już na scenie - powiedziała Rose
surowo.
- To prawda, nie występuję - odpowiedziała ponuro Daisy.
W czwartek pan Drevey wyjechał na wieś "w interesach", co oznaczało, że
czmychnął, aby wziąć udział w przyjęciu domowym.
W ten sam czwartek jeden z dyrektorów, pan Beveridge, posłał po panią
Danby i poinformował ją, że jego sekretarka jest chora i potrzebuje
kogoś, komu mógłby podyktować tekst.
- Zaraz kogoś panu przyprowadzę - odpowiedziała pani Danby.
Postanowiła, że wyśle Rose, ponieważ zbytnio zadzierała nosa. Będzie
musiała się przyznać, że nie potrafi notować ze słuchu. Wreszcie ktoś
jej tego nosa utrze.
Jednak Rose poprosiła jedynie o notatnik, a gdy go otrzymała, poszła za
panią Danby po szerokich schodach do gabinetu pana Beveridge'a na drugim
piętrze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki