Za skłonem horyzontu - Henryk Konkol

Kup ebooka

14.19 zł
11.78 zł (12,06 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roztocze

Nad Rospudą i Pregołą znowu świeciły łuny. W dzień nad drzewami puszczy, kłębiły się dymy podświetlone czerwienią pożogi. Budziły trwogę i zarazem ostrzegały, o Krzyżackim pochodzie. Pod niebo leciał krzyk wyrzynanej w pień ludności, błagającej litości, której nie znali rycerze w białych płaszczach. Rycerz Konrad von Thierberg, prowadził trzema szlakami trzy zastępy knechtów na ziemię Kymen i gródek w Mieruniszkach. Z trzech stron weszli na ziemię Jaćwieży, zwaną także Sudowią idąc brzegiem, szeroko rozlanej rzeki bez nazwy. O dzień drogi z tyłu, ciągnął główny obóz z wojennym osprzętem. Oddziały knechtów prowadziły dwie dziesiątki zakutych w żelazo rycerzy zakonnych w białych płaszczach z czarnym krzyżem. Na głowach, żelazne garnkowe hełmy z wyciętą szczeliną. Przy pasach, wysoko podciągnięte proste, długie oburęczne miecze na szyi mizerykordie włożone w ogniwo rycerskiego łańcucha. Na lewym ramieniu płaskie prostokątne tarcze.

Przodem, zapadając po kolana w grzęzawisku, setka knechtów ubranych w szare, sięgające kolan suknie. Na sukniach siatkowe kolczugi spięte szerokim pasem przy boku krótki miecz i sakwy z jadłem. W łapach długie włócznie. Kuno z Herzbergu dosiadał wielkiego, ciężkiego, czarnego, jak smoła konia grzęznącego w młace, ponad pęciny. Kuno był wściekły, szarpał uździenicę, przeklinał błoto, drogę, uciekających Żmudzinów i Prusów. Słychać go na wiorsty. Spieszyli na ile pozwalał ledwo widoczny w gęstwinie szlak, aby ubiec gród w Mieruniszkach. Już trzeci dzień gonili za wodzami, Skurdem i Jedutem, którzy po bitwie, gdzie Prusowie położyli kilku knechtów, odskoczyli w puszczę, przepadli w grzęzach pozostawiając za sobą widoczny, podeszły wodą ślad, którym teraz ciągnęli Krzyżacy.

Pod "Szeskim Wzgórzem" przywódcy ludu Krasima, Kirsny i Galindów przegrali kolejną bitwę w której padło wielu dobrych pruskich wojów. Wodzowie wybrali złe miejsce do bitwy, płaskie bezdrzewne wzgórze nie pozwalało podejść Krzyżaków a Prusowie nie posiadali zbyt wiele sił, żeby rozerwać zwarte, najeżone włócznia-mi szyki knechtów. Gdy nie stało przywódcy i wodza, jakim był do niedawna Skumand, który uszedł na Litwę, prowadzili od wielu lat beznadziejną walkę z Krzyżackim naporem. Ubywało wojów. Osady szły z dymem ludność pod miecz, a silni i zdrowi w pęta. Najeźdźca nie obciążał się braniem jeńców. Kraj się wyludniał i pustoszał, w miejscu ludnej krainy powstało wielkie pustkowie, a zgliszcza wypalonych osad pokryła puszcza. Na ogłoszoną przez papieża Klemensa IV, krzyżową wyprawę przeciwko poganom przybyły zastępy z Brandenburgii, Brunszwiku i nawet dalekiej Turyngii z Królewca, Lidzbarku, Bałgi i Elbląga, szły zbrojne zastępy, aby rzucić Prusów na kolana. Chrzcić w imię Boga ogniem i mieczem. Zostali tylko Sudowie i Nadarowie stawiający opór krzyżowym zastępom. Przywódca Bartów, Dziwan zginął od ciosu miecza, a Monte wiodący Natangów wzięty na włócznie oddał życie. Ostatni wódz Pogezanów, Glape stracił życie zdjęty kopią z konia. Wielkie Pruskie powstanie zostało utopione w krwi. Przyszedł czas na Jaćwież, Litwę i Żmudź.

Gródek w Mieruniszkach[1] leżał pomiędzy dwoma jeziorami nad rzeką, której nazwy, najeźdźcy nie potrafili wymówić. Gródek był drewniany, broniony ziemnym wałem z podwójnym ostrokołem. Sosnowe bale pachniały jeszcze żywicą. Mocną bramę spinała przysadzista baszta. Wąski most przez bagnistą rzekę został rozebrany. Skurdo był pewien, że napastnicy nie przejdą przez leżące wokoło gródka topieliska. Nad palisadą głowy załogi, ostrza włóczni i osęków. Czekali. Kobiety i dzieci dawno poszły w puszczę, pozostali tylko woje, podrostki i gromada starców. Jedut i Skurdo, ostatni wodzowie Jaćwieży wiedzieli, że wcześniej, czy później trzeba będzie położyć głowy. Walki znaczone samymi klęskami trwały bez mała rok, a nadziei i pomocy znikąd.

Słońce skryło się za puszczę i zapadła noc wypełniona nadchodzącymi zza rzeki szmerami z gródka widać światła pochodni kładących na wodzie chybotliwe czerwone poblaski. Wzdłuż rzeki, przez którą pod osłoną nocy, budowano pływający most, słychać stukot toporów. Poranne mgły zasnuły rzekę szarością, zakryły most i podeszły pod czuwający gródek, tłumiąc kroki podchodzących pod palisadę knechtów. Niebo na wschodzie zaczęło różowieć od łąk niosło zapachem warzonej w krzyżackim obozie strawy i nagle panującą ciszę zbudził krzyk. W stronę gródka biegną trzy dziesiątki knechtów poprzedzanych tłumem niewolnych Prusów niosących osęki, oszczepy i drabiny. Wzdłuż palisady poleciał krzyk. Gródek padł po krótkim rozpaczliwym oporze. Nikt z obrońców nie prosił o litość. Pokonana Jaćwież leżała u stóp zakonnych rycerzy. zakończyła się chrystianizacja pogańskiego plemienia Prusów, przeprowadzona ogniem i mieczem. Z wygnania powrócił Skumand i w Prusach zapanował spokój. Krzyżacy, butni i niezwyciężeni rośli w siłę. Żelazne zastępy wyruszyły przeciwko Litwie. Na Inflanty.

Wzdłuż wijącej się przez puszczę rzeki bez brzegów i nazwy, gdzieniegdzie stały opuszczone rybackie checze z których już dawno wywietrzał zapach palonego jałowca. Niewielki oddział dobrze zbrojnych knechtów w szarych płaszczach i siatkowych kolczugach, przechodziło obojętnie obok pustych szałasów i kleci. Nie były zamieszkałe, więc nie były warte spalenia. Co krok zapadali w podmokłym poszyciu mchów i porostów, przedzierali przez kolczaste płoty krzewów tarniny, miejscami imali się mieczy i toporów, żeby wyrąbać przejście dla jadących z tyłu trzech zakonnych rycerzy w białych płaszczach, oraz dwóch koni objuczonych workami ze spyżą i wodą. Kuno z Herzbergu, wpatrzony czujnie w otaczający ich gąszcz puszczy za każdym drzewem spodziewał się zasadzki i czekiwał wrzasku wybiegających z gąszczy uzbrojonych Prusów.

Kuno prowadził oddział, oraz kilkudziesięciu powiązanych w łyka niewolnych Prusów tak bardzo potrzebnych przy budowie kamiennego Burgu[2] nad rzeką Lavą[3]. W puszczy panowała cisza zakłócana skrzekiem srok, strażniczek lasu i postukiwaniem pracowitych dzięciołów. Pruski przewodnik prowadzący Krzyżaków natrafił na wyrąbaną w krzewach, wąską przecinkę porośniętą samosiejkami brzozy. Ścieżka pięła się łagodnym zboczem stoku na obłe wzgórze. Knechci poszli szybciej. Z tyłu, płazowani mieczami i poganiani krzykiem, nadążali biegnąc truchtem, powiązani parami, niewolni Prusowie. Około południa wyszli na piaszczysty ducht z odciśniętymi i zatartymi śladami podkutych koni. Poszli po śladzie. W puszczy zaczęło się przejaśniać i po chwili wyszli na wielkie płaskowzgórze, skąd jak okiem sięgnąć leżąca poniżej, zbita zieleń puszczy, łachy piachów pokrytych dywanem fioletowych wrzosów i ciągnący się po daleki horyzont błękit jeziora z widoczną odnogą rzeki zarośniętej sitowiem i szuwarami.

- O! Mein Gott! - odezwał się Kuno zauroczony leżącym w dole pięknem krainy.

- So, eine riesige Wiese!? - dodał rycerz Uwe.

- Raczej pastwisko - wtrącił Lothar.

- Zatrzymujemy się na nocleg - rozkazał Kuno - Trzeba popasać. Konie zmęczone. Rankiem w drogę. Musimy śpieszyć, aby nam jeńcy nie padli. Ha, ha, ha!

Knechci w kilka chwil uwinęli się z rozbiciem obozu, rozkulbaczyli zmęczone konie rozpalając wielkie ognisko. Rankiem ruszyli w dalszą drogę. W nocy uciekło dwoje niewolnych Prusów.

Mijały lata przeplatane krótkimi okresami wojny i pokoju, zaludniały spalone osady, stawiano nowe checze, chałupy, grody, zaczęto uprawiać, leżącą odłogiem ziemię dającą ludziom plony i życie. Prusowie, którzy nigdy nie padli przed zaborcą na kolana, znowu rośli w siłę czekając swego czasu. Na płaskim wzniesieniu, skąd widać dalekie jezioro, Żywan[4] wódz licznego plemienia Galindów, kazał zbudować mały, drewniany gródek dający schronienie i obronę okolicznej ludności. Grodek nazwano Angenete.

Kolejne powstanie Prusów wspomagane przez gdańskiego księcia Mściwoja, zakończyło się przegra-nymi bitwami, lecz nie klęską. Niebo znowu pokryły łuny pożarów, padały kolejne, stawiające opór plemienne gródki, po kilkudniowym oblężeniu padł gródek Angenete. Żywan z kilkoma wojami przerąbał się przez szeregi knechtów zapadając w puszczę. Rankiem poszli na zachód w stronę Zantyru leżącego nad Wisłą na ziemie Pomorzan. Wszyscy przeszli na służbę gdańskiego księcia.

Krzyżacy zrównali gródek z ziemią, ludność poszła pod miecz. Nieliczni w pęta.

Po latach, wody wielkich jezior zalały część płaskiego wzgórza, drewniany zamek krzyżaków i leżące pod nim podgrodzie. Kolejne stulecie znaczące się wielkim zmianami na ziemiach Żmudzi, Litwy, Rusi i Prus zatoczyło koło powracając na ziemie plemienia Galindów, gdzie zakuci w żelazo teutońscy rycerze, postawili na niewielkiej wyspie leżącej w widłach rzeki, murowany zamek nazwany, Angerburg[5].

[1] Stolin (kasz.) - olbrzym

[2] maszoperia - wspólnota rybacka

[3] ceza - długa denna sieć do połowu fląder

[4] bańtki - flądry

[5] karkulica - drewniana pałka do ogłuszania ryb i fok

[6] bot - łódź

[7] jegle - rodzaj drewnianej igły do naprawy sieci

[8] cierpiszcze - kasz. cmentarz

[9] merki - wycinane w drzewie znaki własności

[10] purtki - unoszone podmuchem gorącego wiatru, zawirowania piasku

[11] zelint - foka

[12] morka - wiatr od morza.

[13] wielkie morze - tut.: Bałtyk

[14] stornia - flądra