Rok 1763 rozpoczął się
straszliwym dział na zamku Nieświeżskim hukiem i grzmotem. Jedne po
drugich dawały ognia, nabijane co się zmieściło, zażegnane wpośród
okrzyków, oblewane kielichami wina, które przy nich spełniano tak
nieoględnie, że kilku śmiałków armaty potrąciły i poobalały.
Nie mniejszą wrzawą witała rok Nowy Warszawa, w której Król
August III rezydował jeszcze, ale mu się już uśmiechał powrót do
ukochanego Drezna, o którym śnił i marzył.
Mało to zaprawdę obchodziło J. K. Mość, że wycieńczona
siedmioletnią wojną Saksonja, litości i miłosierdzia woła, że w
Polsce rwały się Sejmy, ładu nie było, samowola panowała i
anarchja, że Brühl wszystko sprzedawał, co kto u niego chciał
kupić, a stronnictwa w Koronie i na Litwie wojnę domową zapowiadać
się zdały. Brühl z jednej strony, Czartoryscy z drugiej, - Fleming
i Radziwiłłowie - zajeżdżali się, palili, sądzili po trybunałach na
infamję, godzili i waśnili, a król tymczasem jak się wyśmienicie
bawił, wszystkim wiadomo. Po niezliczonych miłośnicach, które
starannie do kronik za Augusta II wciągano - również jak liczne
potomstwo; syn, który wszystkie jego odziedziczył gusta i
nawyknienia - wyrzekł się metress zupełnie.
Napróżno go usiłowano nakłonić, aby jako Ludwik XV po
Ludwiku XIV, on też w poprzednika swego wstępując ślady, wybrał
sobie jaką Cosel lub Lubomirską. Nadto był pobożnym, aby
jawnogrzesznictwem się miał zwalać, potem zbyt miał zazdrosną żonę
i rozumnego kierownika sumienia, który potrafił zapobiedz, aby
namiętności za brzegi się nie wylewały. Mówiono coś po cichu, nic
nie stało się głośnem.
Rozpływał się król nad cudnym głosem Faustyny, słuchał jej
rozkazów, lecz... królowała tylko w teatrze... Zresztą miał August
III czem zastąpić rozkosze zmysłowe, - niepotrzebując się ani kryć,
ani wstydzić namiętności do łowów, upodobania w muzyce, nawyknienie
do słuchania grubych i tłustych żartów nadwornych swych błaznów,
trefnisiów i ulubieńców; miłośnictwa obrazów, czci dla Rafaela,
miłości dla pokutującej Magdaleny, naostatek i rozkochania w tej
fajce, z którą już August II, jeździł po lipskim jarmarku...
Wszystko złe, okropne, smutne, rozpaczliwe... spadało na
ramiona ulubieńca Brühla; on dźwigał wszelkie ciężary, on połykał
wszystkie gorycze, on miał odpowiadać przed potomnością. U drzwi J.
K. M. stała straż, która gdy raz włożył szlafrok, nie puszczała
nikogo, oprócz O. Guariniego, ministra Brühla, królowej i powołanej
służby...
Nie przechodziły tego progu ani pisma, ani ludzie, ani jęki,
westchnienia i pochlebstwa, ani śmiechy i paszkwile.
Przed oknami król miał plac tak strzeżony, jak drzwi -
pokazywano mu na nim tylko to co chciał widzieć, zakrywano coby go
zafrasować mogło.
Przed oknem tem wieczorami, gdy król polowania nie miał,
albo powrócił niem nie syty, rzucano konie zdechłe, do których się
przywlekały psy zgłodniałe... a król mógł do nich strzelać
wygodnie.
Bawił się też oswojonym, ulubionym krukiem, a czasem i
psami, ale od czasu jak się dowiedział, że Fryderyk pruski hodował
charty... odpadła go ochota zajmowania się niemi.
Czas upływał tak wyśmienicie podzielony na nabożeństwo,
odżywianie i napijanie, łowy, śmiechy, słuchanie Faustyny i
przyjmowanie gości z Saksonii i Polski napływających, gdy Brühl im
wnijść z sobą dozwalał, że król August nudzić się nie miał czasu.
A mimo to tęsknił!!
Wprawdzie lasy polskie i litewskie mogły mu zastąpić te,
które rosły pod Hubertzburgiem, Moritzburgiem i w oddalonych
Saksonii zakątach, żubry warte były jeleni, ale galerja obrazów,
którą tak kochał, którą zebrał takim kosztem, stała zamknięta w
Königsteinie i jedna z niej Magdalena towarzyszyła królowi na
polskiem wygnaniu, ale nie miał tu takiego teatru jak w Dreźnie, na
którym by tryumfy Aleksandra Wielkiego rozwijać się mogły, ani
pysznej bażantarni z teatrem letnim w zieleni, ani swych śpiewaków,
ani swego kościoła... ani swego Drezna.
Wielkie maskarady, karuzele, jarmarki, które tak swobodnie
się obracały w saskiej stolicy, na Warszawskim gruncie obracać się
nie umiały.
I ci kontuszowi poddani J. K. Mości, tak śmieli i krzykliwi
nie byli mu tak ulubieni, jak jego spokojna szlachta Saska, która
słuchała, nie rezonowała, nie upominała się o nic i dawała
zastępować na najwyższych dostojeństwach przez włochów, francuzów,
przybłędów ze świata całego.
Pomimo pilnej straży, którą Brühl sprawiał u królewskich
podwoi - wciskały się zuchwałe memorjały hetmana Branickiego
przeciwko ministrowi Brühlowi, skargi na jego chciwość,
przekupstwa, zaskarżenia i potwarze.
Odrzucał je - wierny swojemu ministrowi król - z oburzeniem,
darł je i deptał, ale psuły mu one humor, stanowiły choć krótko
trwającą, lecz dysharmonijną nutę.
Nadzieja więc powrotu do Drezna po kilkoletniem z niego
wygnaniu, uśmiechała się mu bardzo... ale Brühl, wielce rozumnie
nie chciał go tam puścić, dopókiby okrutne ślady zniszczenia, jakie
mściwa ręka Fryderyka zostawiła po sobie, wymiecione nie zostały.
A nie było to łatwem. Saksonja wychodziła z pod jarzma
obcego jak męczennica, którą puszczono po torturach okrwawioną,
wynędzniałą, bezsilną. Ślady pruskich rąk niezgluzowane
wypiętnowały się na zamku, w mieście, a najstraszliwiej wypiekły na
Brühlowskim pałacu i ogrodach. Tu stało wszystko w ruinach.
Królewski przepych pierwszego ministra, leżał w gruzach, zasypany
śmieciem.
Ledwie się z niego to dało ocalić, co się trwałością swą
plądrującym oparło żołdakom.
Drezno miało czas zapomnieć, że niegdyś było
najrozkoszniejszem, najweselszem, najożywieńszem miastem w Europie,
że miało karnawały podobne do Weneckich, dwór przypominający
Wersalski, króla, który chadzał cały w brylantach...
August III powracając nie powinien był zastać tego, co przed
nim tajono. Przez cały ciąg wojny, król wiedział tylko o
powodzeniach, nie słyszał o klęskach, nie wierzył w nie. Gdy
niespokojny czasem zapytał Brühla znienacka.
- Mamyż pieniądze.
Minister z oburzeniem odpychał posądzenie samo, iżby ich
mogło zabraknąć. I mógł na to zapytanie "mamy" nie kłamiąc
zaręczyć, że je mieli, bo jego skarbca nawet wojna siedmioletnia
wyczerpnąć nie mogła. Brühl miał pieniądze. Opłacano mu, każdy
urząd koronny i litewski, każdy przywilej, który król podpisał,
każdą łaskę, każde żądanie spełnione. Brał pieniądze od przyjaciół
i od swych wrogów, którzy równie jak pierwsi opłacać mu się byli
zmuszeni.
Niekiedy tylko kamerdyner królewski naśladując Brühla, rano
nim nadszedł minister podsunął coś N. Panu do podpisu - i August
III, paląc fajkę, z uśmiechem dziecka, które figiel płata,
zamaszysto kładł na nim swe imię - grożąc na nosie...
Składano na faworyta kruka, że on te arkusze przekradał.
Brühl tak jak się osiedlił w Saksonii, umiał zakorzenić się
w Polsce, wywieść od Brühlów z Ocieszyna, i syna uczynić polakiem,
starostą i generałem wojsk Rzeczypospolitej.
Nigdy cynizm nie rozpościerał się zuchwalej na wysokiem i na
widok całego świata wystawionem stanowisku.
W przededniu gdy się wygnanie polskie skończyć miało, gdy
się król i minister powinni byli cieszyć z tego co uratowali, gdy
bić potrzeba było we dzwony i Te Deum śpiewać - niestety! - jakieś
przeczucia czarne opanowały wszystkich.
Brühl chodził zżółkły, posępny i struty. Dławili go
Czartoryscy... August III, dusiło wspomnienie Pruskiego bohatera
Fryderyka - w Polsce, gdy się pozbyciem Sasów radować chciano -
jakieś przewidywania klęsk i zawikłań chmurzyły najpogodniejsze
umysły.
August myślał czasami o swej rodzinie, chcąc ją na tronie
elekcyjnym ubezpieczyć, a od północy, która mu się z przyjaźnią
oświadczała, nie wiele jej dowodząc grzmiało i błyskało jakąś
grozą... Zapowiedano ztamtąd jakiegoś tajemniczego następcę,
którego obawiali się wszyscy.
Atmosfera była duszna i ciężka.
W Rzeczypospolitej naprawdę nie rządził już król, nie władał
nią zręczny Brühl, rządzili się Czartoryscy, familija, zamącali nią
Radziwiłłowie...
Po pałacach i dworach popijano i popuszczano pasów od rana
do wieczora, ucztowano po refektarzach klasztornych, często na
wązkiej grobli u młyna, w lesie na polance spotykać było można
rozstawione stoły i improwizowaną biesiadę dwu nie marnujących
czasu senatorów, których potem dla kontynuacyi podróży niesiono
uśpionych do karet, aby wczas stanęli na ufundowanie Trybunału.
Czasu Trybunałów, sądzono na gardło - ale obok po szopach
wyprawiano Lukullowe gody, na których beczka wina starego pięćset
czerwonych złotych wartująca nie była rzadkością.
Cóż za dziw, że podchmieliwszy sobie panowie o północy
dzwonili do furt panien zakonnic?..
Było wogóle tu wesoło, że czasem wesela od pogrzebu rozeznać
nie było podobna. Z równym przepychem odbywały się jedne i drugie,
ale ślubów nie brano na serjo... Rozwody tak były łatwe, jak
małżeństwa kruche. Po Auguście II zostały galanteryi tradycye i
spadki.
Tylko w głębokich zaciszach oddalonych prowincyj po staremu
świętym był związek małżeński - w stolicy i miastach - służył on za
narzędzie spekulacyi i rozpuście.
Nigdy się może w przededniu bankructwa nie sypały, nie
płynęły takim strumieniem wezbranym pieniądze jak w owych czasach;
nigdy nie kochano tak w przepychu jaskrawym i świecącym.
Panów dwory wyglądały na monarchiczne, a wojska ich liczyły
na tysiące, szlachta kusiła się na pańską postawę. Tylko niekuśliwy
kmieć pozostał jak był, ze swą rzepą na zagonie wyjałowiałym w
wytartym kożuchu, w podartej siermiędze, - z chatą na pół w ziemię,
zapadłą.
Duchowieństwo co z łona szlachty i panów rosło, nie było od
niej różne. Na jednego Konarskiego, iluż było Massalskich, co
chodzili już we frakach, przy szpadach i grywali po całych nocach w
Faraona.
Język Kochanowskich zduszony łaciną, konał w jej objęciach.
Drukowano na bibule obrzydłe panegiryki pojąc się niemi jak
gorzałką. Po miastach, po pałacach, po dworach językiem modnym był
francuzki, w handlu szwargotano po niemiecku w klasztorach i po
trybunałach posługiwano się łaciną, polski język zszedł na folwark
i do przedpokoju.
Książka też walała się zapomniana, i była obumarłą, bez
życia. Co najwięcej czytano kalendarz Duńczewskiego, edukowano się
na ziemianinie Haura. Stare piosnki latały z obłamanemi skrzydłami
w powietrzu.
Niepokój jakiś panował w umysłach...
Co to będzie??
Z cicha pytali się jedni drugich, a nikt odpowiedzieć nie
umiał, wiedzieli tylko wszyscy, że tak jak było, pozostać nie
mogło. Anarchja doszła do tego stopnia, że tak jak było pozostać
nie mogło. Ci co ją mnożyli wiedzieli, że jutro jej coś kres
położyć musi.
Król i Brühl patrzyli tęskniąc w stronę Drezna, inni na
północ się oglądali - inni gotowali z nieładu dla siebie korzyści.
Magnatom śniła się korona.
Tak panować jak August III, potrafił by z nich prawie każdy.
Zmiany, którą czuli wszyscy nadchodzącą, nikt przyśpieszyć
nie miał odwagi, - nie pragnął.
Gmach porysowany, strzaskany, mógł się im obalić na głowy.
W Saskim pałacu jakby nie pakowano do podróży, w Brühlowskim
stało jeszcze wszystko tak jakby się ruszyć nie miało.
Powódź nieładu i burzliwe fale anarchij, do spokojnego
pałacu Saskiego nie dochodziły. Oblegano Brühla, do Króla nikt się
nie dobijał, saska gwardja broniła przystępu.
W stolicy cień jeszcze jakiś władcy czasem czuć się dawał,
dalej za rogatkami tylu było panów ilu magnatów nimi być chciało. I
były państwa Czartoryskich, Flemingów, Brühla, Potockich,
Radziwiłłów, Ogińskich, Lubomirskich, lub skojarzonych małżeństwy i
pokrewieństwy.
Na każdy sejmik ciągnęły obozy, na każdym się rozpoczynała
wojna, często przelewała krew, i zwyciężeni uchodzili do domów,
wpisując do akt stosy manifestów.
Nigdy tyle papieru nie zapisano napróżno. Siła rządziła i
robiła co chciała, ale w papierów ważność i znaczenie wierzono
święcie.
Pisano jak mówiono i pito bez miary. Każdy sejmik kończył
się manifestem, każdy Sejm nim zrywał. Każda czynność nim groziła,
- a kto umiał wykrętnie piórem władać jak szablą, ten torował sobie
drogę łatwo na świecie.
Stylu nie wymagano, ale zwinności myśli i giętkości
sofizmatów. Kto umiał władać konstytucjami, korrektorami,
studentami ten stał górą.
W ostatnim razie dopiero gdy nie stało argumentów, szabla je
zastępowała.
Był wieczór, król w swoim gabinecie czekając na światło,
odpoczywał w szlafroku jedwabnym, tureckim, lekkiem futerkiem
podbitym, z fajką dopalającą się w ustach. Naprzeciw niego na
ścianie, nie wysoko wisiała ukochana Magdalena pokutująca, otoczona
ramką, srebrną pozłacaną i wysadzaną kamieniami drogiemi.
Magdalenie zbyt do twarzy nie było w tej oprawie, ale ona
dotykalnie świadczyła o czci jaką J. K. Mość miał dla arcydzieła.
Wystawiało ono cudnie piękną grzesznicę jeszcze świeżuchną i
pulchną, więc chyba dopiero od godzin kilku zamieszkującą chłodną
pieczarę, u której wnijścia spoczywała zaczytana w ogromnej
księdze.
Byłaż to pokutująca Magdalena, ta która godną się stała aby
jej powiedział Chrystus iż wiele przebaczonem jej będzie, bo wiele
kochała??
Malarz nie myślał podobno o tem, aby ją uczynić świętą, ale
chciał i zrobił ją piękną. Król się kochał w tej piękności.
Magdalena mu towarzyszyła wszędzie i teraz na wygnaniu. Powracać z
nim miała do Drezna. Król patrzył na to arcydzieło, jak gdyby z
niem rozmawiał - i zadumany milczał.
Był to ten sam August, którego postawa, twarz wdzięczne
ruchy młodzieńcze powszechną budziły dla niego sympatję na dworze
Ludwika XIV, ten sam, którym zachwycały się arcyksiężniczki
austryjackie, - który gdy chciał pozyskiwał sobie serca męzkie i
niewieście, ale ostatnich nie dopuszczał do siebie, by mu spokoju
drogiego nie zamąciły.
Przestrzegała go ojcowska przeszłość i skarb wycieńczony na
Cosel, na X. Cieszyńską, Denhoffową, Königsmark i tyle innych -
przestrzegał ojciec Guarini, pilnował zazdrosny Brühl - zasłaniała
pobożna Królowa Józefa. I August III nie chciał znać płochych
kobiet.
A pomimo to piękny ów Król, dziś bardzo się zmienił, nie
podobnym był do siebie. Siedmioletniej wojny nie brał zbytnio do
serca. Klęski nie dochodziły do niego.
Siedział spokojnie w Warszawie, gdy drudzy bili się za
niego, polował, napawał muzyką - i - zestarzał od tej bawełny, w
którą go Brühl obwijał tak starannie.
Oczy jego zgasłe nic nie miały blasku, usta blade uśmiechać
się oduczyły prawie, policzki były nabrzękłe i obwisłe, powieki
jakby napuchłe, całe ciało ociężałe zdawało się obsuwać i opadać ku
ziemi.
Często usypiał siedząc, a ziewał, nawet gdy Faustyna
śpiewała - i czoło dawniej wygładzone marszczyło się i fałdowało
jak u prostego biedaka.
Z po za uśmiechu, który nałogowo się zjawiał na jego twarzy
i ustach, wyglądał strach jakiś i okrutna tęsknica, której nic
nakarmić nie mogło.
Spoglądał z obawą nawet na Brühla, którego kochał i bez
którego żyć by nie mógł.
Wyjazd był postanowiony, w Dreznie oczekiwano, ale jak tu
było tę Polską Rzeczpospolitę rozkołysaną, swawolną, porzucić na
łaskę i niełaskę Czartoryskich i Radziwiłłów.
Nie można było zaręczyć wszakże, czy Król myślał o przyszłym
Trybunale, który się tak burzliwym obiecywał jak był Wileński, czy
o chybionym strzale do sarny, czy o operze, którą dla niego w
Dreźnie, na nowym teatrze, obiecywano.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.