Za Sasów - część druga - Józef Ignacy Kraszewski

Kup ebooka

18.49 zł
15.16 zł (14,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tom I

Rok 1763 rozpoczął się straszliwym dział na zamku Nieświeżskim hukiem i grzmotem. Jedne po drugich dawały ognia, nabijane co się zmieściło, zażegnane wpośród okrzyków, oblewane kielichami wina, które przy nich spełniano tak nieoględnie, że kilku śmiałków armaty potrąciły i poobalały.

Nie mniejszą wrzawą witała rok Nowy Warszawa, w której Król August III rezydował jeszcze, ale mu się już uśmiechał powrót do ukochanego Drezna, o którym śnił i marzył. Mało to zaprawdę obchodziło J. K. Mość, że wycieńczona siedmioletnią wojną Saksonja, litości i miłosierdzia woła, że w Polsce rwały się Sejmy, ładu nie było, samowola panowała i anarchja, że Brühl wszystko sprzedawał, co kto u niego chciał kupić, a stronnictwa w Koronie i na Litwie wojnę domową zapowiadać się zdały. Brühl z jednej strony, Czartoryscy z drugiej, - Fleming i Radziwiłłowie - zajeżdżali się, palili, sądzili po trybunałach na infamję, godzili i waśnili, a król tymczasem jak się wyśmienicie bawił, wszystkim wiadomo. Po niezliczonych miłośnicach, które starannie do kronik za Augusta II wciągano - również jak liczne potomstwo; syn, który wszystkie jego odziedziczył gusta i nawyknienia - wyrzekł się metress zupełnie. Napróżno go usiłowano nakłonić, aby jako Ludwik XV po Ludwiku XIV, on też w poprzednika swego wstępując ślady, wybrał sobie jaką Cosel lub Lubomirską. Nadto był pobożnym, aby jawnogrzesznictwem się miał zwalać, potem zbyt miał zazdrosną żonę i rozumnego kierownika sumienia, który potrafił zapobiedz, aby namiętności za brzegi się nie wylewały. Mówiono coś po cichu, nic nie stało się głośnem. Rozpływał się król nad cudnym głosem Faustyny, słuchał jej rozkazów, lecz... królowała tylko w teatrze... Zresztą miał August III czem zastąpić rozkosze zmysłowe, - niepotrzebując się ani kryć, ani wstydzić namiętności do łowów, upodobania w muzyce, nawyknienie do słuchania grubych i tłustych żartów nadwornych swych błaznów, trefnisiów i ulubieńców; miłośnictwa obrazów, czci dla Rafaela, miłości dla pokutującej Magdaleny, naostatek i rozkochania w tej fajce, z którą już August II, jeździł po lipskim jarmarku... Wszystko złe, okropne, smutne, rozpaczliwe... spadało na ramiona ulubieńca Brühla; on dźwigał wszelkie ciężary, on połykał wszystkie gorycze, on miał odpowiadać przed potomnością. U drzwi J. K. M. stała straż, która gdy raz włożył szlafrok, nie puszczała nikogo, oprócz O. Guariniego, ministra Brühla, królowej i powołanej służby... Nie przechodziły tego progu ani pisma, ani ludzie, ani jęki, westchnienia i pochlebstwa, ani śmiechy i paszkwile. Przed oknami król miał plac tak strzeżony, jak drzwi - pokazywano mu na nim tylko to co chciał widzieć, zakrywano coby go zafrasować mogło. Przed oknem tem wieczorami, gdy król polowania nie miał, albo powrócił niem nie syty, rzucano konie zdechłe, do których się przywlekały psy zgłodniałe... a król mógł do nich strzelać wygodnie. Bawił się też oswojonym, ulubionym krukiem, a czasem i psami, ale od czasu jak się dowiedział, że Fryderyk pruski hodował charty... odpadła go ochota zajmowania się niemi. Czas upływał tak wyśmienicie podzielony na nabożeństwo, odżywianie i napijanie, łowy, śmiechy, słuchanie Faustyny i przyjmowanie gości z Saksonii i Polski napływających, gdy Brühl im wnijść z sobą dozwalał, że król August nudzić się nie miał czasu. A mimo to tęsknił!! Wprawdzie lasy polskie i litewskie mogły mu zastąpić te, które rosły pod Hubertzburgiem, Moritzburgiem i w oddalonych Saksonii zakątach, żubry warte były jeleni, ale galerja obrazów, którą tak kochał, którą zebrał takim kosztem, stała zamknięta w Königsteinie i jedna z niej Magdalena towarzyszyła królowi na polskiem wygnaniu, ale nie miał tu takiego teatru jak w Dreźnie, na którym by tryumfy Aleksandra Wielkiego rozwijać się mogły, ani pysznej bażantarni z teatrem letnim w zieleni, ani swych śpiewaków, ani swego kościoła... ani swego Drezna. Wielkie maskarady, karuzele, jarmarki, które tak swobodnie się obracały w saskiej stolicy, na Warszawskim gruncie obracać się nie umiały. I ci kontuszowi poddani J. K. Mości, tak śmieli i krzykliwi nie byli mu tak ulubieni, jak jego spokojna szlachta Saska, która słuchała, nie rezonowała, nie upominała się o nic i dawała zastępować na najwyższych dostojeństwach przez włochów, francuzów, przybłędów ze świata całego. Pomimo pilnej straży, którą Brühl sprawiał u królewskich podwoi - wciskały się zuchwałe memorjały hetmana Branickiego przeciwko ministrowi Brühlowi, skargi na jego chciwość, przekupstwa, zaskarżenia i potwarze. Odrzucał je - wierny swojemu ministrowi król - z oburzeniem, darł je i deptał, ale psuły mu one humor, stanowiły choć krótko trwającą, lecz dysharmonijną nutę. Nadzieja więc powrotu do Drezna po kilkoletniem z niego wygnaniu, uśmiechała się mu bardzo... ale Brühl, wielce rozumnie nie chciał go tam puścić, dopókiby okrutne ślady zniszczenia, jakie mściwa ręka Fryderyka zostawiła po sobie, wymiecione nie zostały. A nie było to łatwem. Saksonja wychodziła z pod jarzma obcego jak męczennica, którą puszczono po torturach okrwawioną, wynędzniałą, bezsilną. Ślady pruskich rąk niezgluzowane wypiętnowały się na zamku, w mieście, a najstraszliwiej wypiekły na Brühlowskim pałacu i ogrodach. Tu stało wszystko w ruinach. Królewski przepych pierwszego ministra, leżał w gruzach, zasypany śmieciem. Ledwie się z niego to dało ocalić, co się trwałością swą plądrującym oparło żołdakom. Drezno miało czas zapomnieć, że niegdyś było najrozkoszniejszem, najweselszem, najożywieńszem miastem w Europie, że miało karnawały podobne do Weneckich, dwór przypominający Wersalski, króla, który chadzał cały w brylantach... August III powracając nie powinien był zastać tego, co przed nim tajono. Przez cały ciąg wojny, król wiedział tylko o powodzeniach, nie słyszał o klęskach, nie wierzył w nie. Gdy niespokojny czasem zapytał Brühla znienacka. - Mamyż pieniądze. Minister z oburzeniem odpychał posądzenie samo, iżby ich mogło zabraknąć. I mógł na to zapytanie "mamy" nie kłamiąc zaręczyć, że je mieli, bo jego skarbca nawet wojna siedmioletnia wyczerpnąć nie mogła. Brühl miał pieniądze. Opłacano mu, każdy urząd koronny i litewski, każdy przywilej, który król podpisał, każdą łaskę, każde żądanie spełnione. Brał pieniądze od przyjaciół i od swych wrogów, którzy równie jak pierwsi opłacać mu się byli zmuszeni. Niekiedy tylko kamerdyner królewski naśladując Brühla, rano nim nadszedł minister podsunął coś N. Panu do podpisu - i August III, paląc fajkę, z uśmiechem dziecka, które figiel płata, zamaszysto kładł na nim swe imię - grożąc na nosie... Składano na faworyta kruka, że on te arkusze przekradał. Brühl tak jak się osiedlił w Saksonii, umiał zakorzenić się w Polsce, wywieść od Brühlów z Ocieszyna, i syna uczynić polakiem, starostą i generałem wojsk Rzeczypospolitej. Nigdy cynizm nie rozpościerał się zuchwalej na wysokiem i na widok całego świata wystawionem stanowisku. W przededniu gdy się wygnanie polskie skończyć miało, gdy się król i minister powinni byli cieszyć z tego co uratowali, gdy bić potrzeba było we dzwony i Te Deum śpiewać - niestety! - jakieś przeczucia czarne opanowały wszystkich. Brühl chodził zżółkły, posępny i struty. Dławili go Czartoryscy... August III, dusiło wspomnienie Pruskiego bohatera Fryderyka - w Polsce, gdy się pozbyciem Sasów radować chciano - jakieś przewidywania klęsk i zawikłań chmurzyły najpogodniejsze umysły. August myślał czasami o swej rodzinie, chcąc ją na tronie elekcyjnym ubezpieczyć, a od północy, która mu się z przyjaźnią oświadczała, nie wiele jej dowodząc grzmiało i błyskało jakąś grozą... Zapowiedano ztamtąd jakiegoś tajemniczego następcę, którego obawiali się wszyscy. Atmosfera była duszna i ciężka. W Rzeczypospolitej naprawdę nie rządził już król, nie władał nią zręczny Brühl, rządzili się Czartoryscy, familija, zamącali nią Radziwiłłowie... Po pałacach i dworach popijano i popuszczano pasów od rana do wieczora, ucztowano po refektarzach klasztornych, często na wązkiej grobli u młyna, w lesie na polance spotykać było można rozstawione stoły i improwizowaną biesiadę dwu nie marnujących czasu senatorów, których potem dla kontynuacyi podróży niesiono uśpionych do karet, aby wczas stanęli na ufundowanie Trybunału. Czasu Trybunałów, sądzono na gardło - ale obok po szopach wyprawiano Lukullowe gody, na których beczka wina starego pięćset czerwonych złotych wartująca nie była rzadkością. Cóż za dziw, że podchmieliwszy sobie panowie o północy dzwonili do furt panien zakonnic?.. Było wogóle tu wesoło, że czasem wesela od pogrzebu rozeznać nie było podobna. Z równym przepychem odbywały się jedne i drugie, ale ślubów nie brano na serjo... Rozwody tak były łatwe, jak małżeństwa kruche. Po Auguście II zostały galanteryi tradycye i spadki. Tylko w głębokich zaciszach oddalonych prowincyj po staremu świętym był związek małżeński - w stolicy i miastach - służył on za narzędzie spekulacyi i rozpuście. Nigdy się może w przededniu bankructwa nie sypały, nie płynęły takim strumieniem wezbranym pieniądze jak w owych czasach; nigdy nie kochano tak w przepychu jaskrawym i świecącym. Panów dwory wyglądały na monarchiczne, a wojska ich liczyły na tysiące, szlachta kusiła się na pańską postawę. Tylko niekuśliwy kmieć pozostał jak był, ze swą rzepą na zagonie wyjałowiałym w wytartym kożuchu, w podartej siermiędze, - z chatą na pół w ziemię, zapadłą. Duchowieństwo co z łona szlachty i panów rosło, nie było od niej różne. Na jednego Konarskiego, iluż było Massalskich, co chodzili już we frakach, przy szpadach i grywali po całych nocach w Faraona. Język Kochanowskich zduszony łaciną, konał w jej objęciach. Drukowano na bibule obrzydłe panegiryki pojąc się niemi jak gorzałką. Po miastach, po pałacach, po dworach językiem modnym był francuzki, w handlu szwargotano po niemiecku w klasztorach i po trybunałach posługiwano się łaciną, polski język zszedł na folwark i do przedpokoju. Książka też walała się zapomniana, i była obumarłą, bez życia. Co najwięcej czytano kalendarz Duńczewskiego, edukowano się na ziemianinie Haura. Stare piosnki latały z obłamanemi skrzydłami w powietrzu. Niepokój jakiś panował w umysłach... Co to będzie?? Z cicha pytali się jedni drugich, a nikt odpowiedzieć nie umiał, wiedzieli tylko wszyscy, że tak jak było, pozostać nie mogło. Anarchja doszła do tego stopnia, że tak jak było pozostać nie mogło. Ci co ją mnożyli wiedzieli, że jutro jej coś kres położyć musi. Król i Brühl patrzyli tęskniąc w stronę Drezna, inni na północ się oglądali - inni gotowali z nieładu dla siebie korzyści. Magnatom śniła się korona. Tak panować jak August III, potrafił by z nich prawie każdy. Zmiany, którą czuli wszyscy nadchodzącą, nikt przyśpieszyć nie miał odwagi, - nie pragnął. Gmach porysowany, strzaskany, mógł się im obalić na głowy. W Saskim pałacu jakby nie pakowano do podróży, w Brühlowskim stało jeszcze wszystko tak jakby się ruszyć nie miało. Powódź nieładu i burzliwe fale anarchij, do spokojnego pałacu Saskiego nie dochodziły. Oblegano Brühla, do Króla nikt się nie dobijał, saska gwardja broniła przystępu. W stolicy cień jeszcze jakiś władcy czasem czuć się dawał, dalej za rogatkami tylu było panów ilu magnatów nimi być chciało. I były państwa Czartoryskich, Flemingów, Brühla, Potockich, Radziwiłłów, Ogińskich, Lubomirskich, lub skojarzonych małżeństwy i pokrewieństwy. Na każdy sejmik ciągnęły obozy, na każdym się rozpoczynała wojna, często przelewała krew, i zwyciężeni uchodzili do domów, wpisując do akt stosy manifestów. Nigdy tyle papieru nie zapisano napróżno. Siła rządziła i robiła co chciała, ale w papierów ważność i znaczenie wierzono święcie. Pisano jak mówiono i pito bez miary. Każdy sejmik kończył się manifestem, każdy Sejm nim zrywał. Każda czynność nim groziła, - a kto umiał wykrętnie piórem władać jak szablą, ten torował sobie drogę łatwo na świecie. Stylu nie wymagano, ale zwinności myśli i giętkości sofizmatów. Kto umiał władać konstytucjami, korrektorami, studentami ten stał górą. W ostatnim razie dopiero gdy nie stało argumentów, szabla je zastępowała. Był wieczór, król w swoim gabinecie czekając na światło, odpoczywał w szlafroku jedwabnym, tureckim, lekkiem futerkiem podbitym, z fajką dopalającą się w ustach. Naprzeciw niego na ścianie, nie wysoko wisiała ukochana Magdalena pokutująca, otoczona ramką, srebrną pozłacaną i wysadzaną kamieniami drogiemi. Magdalenie zbyt do twarzy nie było w tej oprawie, ale ona dotykalnie świadczyła o czci jaką J. K. Mość miał dla arcydzieła. Wystawiało ono cudnie piękną grzesznicę jeszcze świeżuchną i pulchną, więc chyba dopiero od godzin kilku zamieszkującą chłodną pieczarę, u której wnijścia spoczywała zaczytana w ogromnej księdze. Byłaż to pokutująca Magdalena, ta która godną się stała aby jej powiedział Chrystus iż wiele przebaczonem jej będzie, bo wiele kochała?? Malarz nie myślał podobno o tem, aby ją uczynić świętą, ale chciał i zrobił ją piękną. Król się kochał w tej piękności. Magdalena mu towarzyszyła wszędzie i teraz na wygnaniu. Powracać z nim miała do Drezna. Król patrzył na to arcydzieło, jak gdyby z niem rozmawiał - i zadumany milczał. Był to ten sam August, którego postawa, twarz wdzięczne ruchy młodzieńcze powszechną budziły dla niego sympatję na dworze Ludwika XIV, ten sam, którym zachwycały się arcyksiężniczki austryjackie, - który gdy chciał pozyskiwał sobie serca męzkie i niewieście, ale ostatnich nie dopuszczał do siebie, by mu spokoju drogiego nie zamąciły. Przestrzegała go ojcowska przeszłość i skarb wycieńczony na Cosel, na X. Cieszyńską, Denhoffową, Königsmark i tyle innych - przestrzegał ojciec Guarini, pilnował zazdrosny Brühl - zasłaniała pobożna Królowa Józefa. I August III nie chciał znać płochych kobiet. A pomimo to piękny ów Król, dziś bardzo się zmienił, nie podobnym był do siebie. Siedmioletniej wojny nie brał zbytnio do serca. Klęski nie dochodziły do niego. Siedział spokojnie w Warszawie, gdy drudzy bili się za niego, polował, napawał muzyką - i - zestarzał od tej bawełny, w którą go Brühl obwijał tak starannie. Oczy jego zgasłe nic nie miały blasku, usta blade uśmiechać się oduczyły prawie, policzki były nabrzękłe i obwisłe, powieki jakby napuchłe, całe ciało ociężałe zdawało się obsuwać i opadać ku ziemi. Często usypiał siedząc, a ziewał, nawet gdy Faustyna śpiewała - i czoło dawniej wygładzone marszczyło się i fałdowało jak u prostego biedaka. Z po za uśmiechu, który nałogowo się zjawiał na jego twarzy i ustach, wyglądał strach jakiś i okrutna tęsknica, której nic nakarmić nie mogło. Spoglądał z obawą nawet na Brühla, którego kochał i bez którego żyć by nie mógł. Wyjazd był postanowiony, w Dreznie oczekiwano, ale jak tu było tę Polską Rzeczpospolitę rozkołysaną, swawolną, porzucić na łaskę i niełaskę Czartoryskich i Radziwiłłów. Nie można było zaręczyć wszakże, czy Król myślał o przyszłym Trybunale, który się tak burzliwym obiecywał jak był Wileński, czy o chybionym strzale do sarny, czy o operze, którą dla niego w Dreźnie, na nowym teatrze, obiecywano.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.