Rozdział 4
Budynek, w którym pracował Teodor, był oddalony od szpitala, gdzie leżała Lana, niecałą godzinę jazdy naziemną taksówką. Ta sama droga, tyle że napowietrzna, trwała dziesięć minut. Casen nie chciał czekać. Korzystał z tego, że modyfikator ciągle działał. Wezwał przez neurowear aeroauto. Kilkadziesiąt sekund później lądował przed nim wynajęty pojazd.
Droga do Lany prowadziła na południe. Taksówka wzniosła się na wysokości najwyższych pięter. Ruch w środku miasta odbywał się na kilkunastu powietrznych warstwach. Coraz większa liczba aeroaut wymagała dodawania kolejnych pnących się w górę poziomów. Wraz z oddalaniem się taksówki od centrum niższe warstwy były stopniowo zamykane. Ruch powietrzny rzedniał i nie było sensu utrzymywać lotów między budynkami albo bezpośrednio nad dachami.
Taksówka Casena przelatywała wzdłuż aorty miasta, w którą gęsto nawtykano półprzezroczyste budynki. Tak powstał surrealistyczny, miejski pejzaż pełen geometrycznych luster. Przyciskając głowę do okna pojazdu, można było zobaczyć w dole, jak długie sylwetki kolosów ginęły w głębokich studniach. Ich rozświetlone krawędzie przypominały chaotyczny plaster miodu. Dzięki temu miasto nigdy nie musiało zasypiać. Deszcz sztucznych świateł spadał aż do najniższego poziomu.
Webster spojrzał przed siebie. W oddali za miastem rozciągało się ogromne pole paneli słonecznych, niczym oślepiająca skorupa. Nieco bliżej, w jednej z dzielnic, dachy budynków były porośnięte gęstą florą. Wyglądały jak nabite na pale zielone wyspy. Dopiero ponowne zmniejszenie wysokości lotu przybliżało błękitny kolor wieżowców i latające wokół nich pojazdy, które przypominały owady pilnujące swojego gniazda. Takie widoki uwielbiał każdy mieszkaniec. Casen podziwiał je po dłuższej przerwie. Ostatnio nie było okazji, aby pozwolić sobie na lot aerotaksówką, która wznosiła się aż tak wysoko. Taka przyjemność niestety kosztuje.
Przez krótki moment mógł odpocząć i przyjrzeć się własnym myślom. Dość wyraźnie poczuł całą obecną gorycz swojego życia. Rozpychała się w jego głowie jak sprężone powietrze. Widział Lanę. Chciał się nią zaopiekować. Próbował skupić się tylko na jej problemach i przytulić ją najmocniej. Wierzył, że wszystko mogło się jeszcze ułożyć.
W oknie aerotaksówki zobaczył swoje odbicie. Przyłożył do niego czoło, jakby oparł się o cały świat. Obok twarzy jaśniała pomarańczowa plama odznaczenia z jego lewego ramienia. I napis: "Niezbędność Człowieczeństwa". Miał dość tego przedmiotu. Niewiele myśląc, odpiął go i schował do bocznej kieszeni w kurtce.
***
Taksówka zeszła pionowym lotem na parking przed szpitalem.
Casen przeszedł korytarzami na poziom, gdzie przebywała jego żona. Za drzwiami oddziału skręcił w prawo, najpierw zaglądając do gabinetu Caleba.
- Wiedziałem, że przyjedziesz. Usiądź, proszę. - Doktor przywitał przyjaciela z dystansem.
- Co z nią, jak się czuje? - Casen odniósł wrażenie, że coś jest nie tak.
Doktor uważnie przyglądał się Websterowi.
- Najpierw powiedz, czy ja mam się czymś martwić? - Wyciągniętą szczęką wskazał na paznokcie Casena. Skóra pod nimi była biała jak papier i zdradzała zażycie konkretnego modyfikatora.
- Nie, to kwestia dwóch ostatnich dni. Pierwszy raz dostałem tak duże i trudne zamówienie. To tylko praca, nie ma się o co martwić - odpowiedział zbywająco. - Kiedy mogę zabrać Lanę?
- Nie zabierzesz Lany. Opuściła szpital na własne życzenie. - Wzrok Caleba powędrował w podłogę.
- Jak to opuściła!?
- Jej stan nie tylko szybko się poprawił, ale też zmienił. Poprosiła o wypis. Chciałem ją zatrzymać. Zleciłem w tym celu dodatkowe badania neurokryptologiczne. Wyniki wyszły, jak na jej przypadek, całkiem dobrze. Nie było podstaw, aby ją trzymać. Lana jest poczytalna. Byłem w trakcie załatwiania dodatkowych testów, kiedy personel przekazał mi informację o jej nagłym zniknięciu. Po prostu wyszła.
- Przecież próbowała odebrać sobie życie. Jak mogła tak po prostu stąd wyjść? - Każdy mięsień na ciele Casena krzyczał z napięcia. Szeroko otwartymi oczami obserwował przyjaciela. Oczekiwał odpowiedzi na pytanie, ale i wskazówek, co zrobić w takiej sytuacji.
- Dlaczego się tutaj znalazła, wiesz tylko ty i ja. To nie jest coś, co mogę wpisać w jej kartę. Skończyłoby się to dla was czymś znacznie gorszym. Robiłem, co mogłem, żeby ją tutaj zostawić.
- Kiedy się wypisała?
- Dwie godziny temu. Casen, ona nie będzie próbowała tego drugi raz. Jestem pewien. Neuroprześwietlenie to potwierdza. Obudził się w niej inny plan. Będzie uciekać. Przed tobą i przed dotychczasowym życiem. - Caleb przetarł dłonią lekko spocone czoło. - Jeśli się uprzesz, to pewnie ją znajdziesz, ale musisz jej szukać po cichu. Jeśli twoi oskarżyciele zauważą, że coś między wami jest nie tak, to nie przepuszczą takiej okazji. Ona może być dla nich asem w rękawie.
- Wyciągnę ją z jej bagna. Znajdę na to sposób. - Webster zaparł się o całą swoją determinację.
- Musisz wiedzieć, że nie rozwiążesz tego żadną pigułką. Leki pomogą jedynie uwięzić jej problem na chwilę. W końcu wszystko się wydostanie. Sam widziałem, jak zaczęła się od ciebie oddalać po stracie, której doświadczyliście. Znajdź ją, ale przede wszystkim daj jej więcej czasu. Lana nigdy nie pogodziła się z tym, co się wydarzyło. Nie wiem, czy będzie to dobry krok, ale może po jakimś czasie okaże się, że adopcja będzie dla was czymś najlepszym. Albo koniecznym. - Caleb starał się, jak mógł, żeby jego słowa nie wybrzmiały jak narzucanie swoich przemyśleń.
Dobre rady czyniły życie lżejszym, lecz nie pozwalały lżej żyć. Mimo to Caleb czasem potrafił prześwietlić sytuację swoich przyjaciół lepiej niż Webster. Rozmowa uświadamiała Casenowi, jak daleko odsunął się od własnych sterów. Do tej pory łatwiej było mu zaufać regułom i tradycjonalizmowi. Ale one również nie były idealne. Na końcu zostawiały taki sam osad. W świetle ostatnich wydarzeń widział to znacznie lepiej.
- Powiedz, jak chciałbyś, żebym pomógł ci dzisiaj? - dopytywał Caleb.
Casen tylko podziękował. Zupełnie jak Lana postanowił dłużej tutaj nie zostawać.
***
Ze szpitala udał się prosto do domu. Nie liczył, że zastanie tam Lanę, ale mimo to męczyła go niepewność. Za drzwiami znalazł ten sam niewielki bałagan, który zostawił kilka dni temu. Zajrzał do każdego pokoju, żeby się przekonać, że nikt tam na niego nie czeka. Był sam, ale nie czuł się opuszczony. W dziwny sposób osamotnienie przypisywał wyłącznie domowym przedmiotom. Od tego momentu jakby straciły swoją przydatność i sprawdzały się jedynie jako ozdoby.
W garderobie były wszystkie jej rzeczy. Na mapie swojej ucieczki ominęła własne mieszkanie. Zniknęła natychmiast, jakby wskakiwała bez biletu do pędzącego pociągu. Jedynym śladem, jaki po sobie zostawiła, było pobranie pieniędzy ze wspólnego konta. Trzy godziny temu zabrała dokładnie połowę oszczędności. Jakby starała się powiedzieć, że każda jej decyzja od teraz będzie ostateczna. To, co ich łączyło, właśnie wypalało się bez ognia. Nie szukaj mnie, nie wrócę - dopowiadał sobie Casen.
Była też cisza, która to wszystko uporczywie przypominała.
Żeby zagłuszyć wszystkie wątpliwości, Webster włączył telewizor. Przeciągnął pasek głośności, tak aby nie słyszeć nic więcej. Ekran wypełniały kolejne reklamy promujące urządzenia i usługi związane z bezpieczeństwem. Okazyjnie przerywane były przez błyszczące i funkcjonalne modele aeroaut. Starał się nie odrywać wzroku od hipnotycznych i wymuskanych ujęć przepuszczanych przez marketingowe oko korporacyjnego konsumpcjonizmu. Strach i luksus sprzedawały się najlepiej. Ilekroć zmęczony wzrok Casena uciekał za ramkę telewizora, trudne myśli wracały. Tego nie chciał.
W końcu na ekranie pojawiły się jakieś twarze prezenterów. Podsumowanie dnia zaczynało się od wiadomości z frontu. We wstępie omówiono gorące punkty podczas wymiany ognia. Potem każdą militarną decyzję odmieniano przez wszystkie przypadki antropocentryzmu. W co drugim zdaniu podkreślano, że tylko UFP stoi na straży człowieczeństwa i roli człowieka w centrum wszechświata. Wszystko od zawsze łączyła i łączyć będzie nieskończona ludzka istota. Po godzinnym ideologicznym maratonie przyszedł czas na omówienie pogarszających się warunków klimatycznych. Tutaj nie było mowy o żadnej poprawie. Tornada, rekordowe temperatury, zagęszczenie dwutlenku węgla i podtopienia nieprzerwalnie niszczyły każdy ślad obecności człowieka. Planeta działała w trybie usuwania wszystkich przyczyn jej niestabilności. Czas, jaki pozostał cywilizacji, zanim skończą się zasoby i miejsca do uprawy, z każdym dniem kurczył się z przyspieszeniem paraboli. Wojna i wyścig zbrojeń rozpędzały to jeszcze bardziej.
Casen był wykończony. Każda zła wiadomość w skali mikro i makro całkowicie go wyczerpywała. Resztki modyfikatora znikały wypłukiwane przez naturalną biochemię organizmu. Zwycięzcą wkrótce zostanie sen. Przed wejściem do sypialni Webster zajrzał do łazienki. Otworzył szafkę z lustrem, szukając pigułek, które pozwolą mu przespać całą noc bez wybudzania się. Wtedy na półeczce z lekami zauważył kopertę. W środku był list. Pożegnalne słowa Lany spisane przed jej próbą samobójczą:
Żegnam się z bólem i strachem. Nasze życie nie pozwala mi zapomnieć. Boję się tego, jak łatwo się zmieniasz. Nie umiem zapominać siebie, tak jak ty. Nie chcę ciebie ani siebie. Tak będzie lepiej.
Nie rozumiał słów Lany. Nie czuł w sobie zmiany. Może chodzi o niezakończony proces? Czy tego się bała? Pytania wracały i odbijały się w nim głucho. Casen przeciągnął dłonią po twarzy i głowie. Myślał o drobiazgach, które mógł pominąć. W końcu się poddał. Lana po prostu karmiła swoje demony. To nieuchronna przestroga dla każdej przetrąconej świadomości. Utajony krzyk zranionej duszy, która widziała już tylko bezkształtne szczegóły codziennego życia.
Webster nie miał ochoty dłużej dryfować na powierzchni własnej zmęczonej świadomości. Sięgnął po fiolkę z pigułkami, wziął do ust kilka i popił wodą nabraną w dłoń. Odłożył list na jego miejsce, po czym udał się do sypialni.
Początkowo szum wszystkiego, co dzisiaj się wydarzyło, nie pozwalał mu zasnąć. Dopiero kiedy pozwolił swobodnie płynąć myślom, zerwał nić z uświadomioną rzeczywistością.
Rozdział 7
Tym razem Casen trafił do klubu Rexa przytomny i o własnych siłach. Towarzyszyli mu Triss i małomówny. Po przejściu przez skromną i przesadnie fioletowo-welurową recepcję weszli do głównej sali. Tutaj zmysły zaczynały tonąć. Każda z bocznych ścian wyświetlała abstrakcyjne animacje. Rozświetlona od spodu podłoga rytmicznie pulsowała bladymi kolorami w takt muzyki. Wszystko przypominało estetyczną kakofonię. Muzyka, meble, dym i świecące bajery przekrzykiwały się nawzajem. Ustawione w rogach vipowskie loże przytłaczały kiczowatym przepychem. Uważne oko Casena wyłapało, że dekorację klubu przygotowano tak, aby nic się tutaj nie powtarzało. Każda noga stołowa była inna. Nie było dwóch identycznych krzeseł. Patrzenie na całość przypominało czytanie długiego, pozbawionego sensu zdania.
Casen zmrużył oczy, żeby uspokoić sensoryczny chaos. Jego wyostrzone zmysły przyzwyczajone były do obserwacji sennych krajobrazów i zniszczonych miast. Tutaj czuł się przytłoczony. Stawiając powolne kroki, patrzył na swoje buty. Każdy ze schodków, którymi wchodzili do gabinetu Rexa, różnił się czymś od poprzedniego. Jedynymi osobami, na których nie robiło to już wrażenia, byli jego przyszywani partnerzy. Pomyślał, że dla nich musiało to być miejsce urządzone ze smakiem.
Za drzwiami, na końcu korytarza, czekał niecierpliwiący się gospodarz.
- Żyjecie, to połowa sukcesu - przywitał ich Rex, który obserwował ich ze swojej długiej białej kanapy. - A teraz powiedzcie, co z tą, jak to mówią, większą połową. - Uśmiechnął się, oczekując reakcji na jego dowcip sytuacyjny.
- Mamy produkt. - Triss się wyszczerzył, po czym położył pięć pudełek na stole.
Casen i cichy stali kilka kroków dalej, uważnie obserwując reakcję Rexa. Właściciel klubu brał do ręki po jednym pudełku, oglądał je dokładnie, jakby sprawdzał, czy nie ma na nich najmniejszej skazy, po czym odkładał do skrytki pod stołem.
- A ostatnia puszka? - dopytał grzecznie.
- Jedną zniszczył wybuch rakiety, która prawie nas trafiła - usprawiedliwiająco zamruczał Triss.
- Umawialiśmy się na sześć pudełek. Mam pięć. Ktoś za to musi zapłacić. - Obrót spraw zdawał się cieszyć Rexa.
Triss spojrzał na swojego partnera i Casena. Liczył na ich wsparcie, ale milczeli. Woleli się nie mieszać.
- Wiem, co wydarzyło się na miejscu. Laboratorium było przygotowane na waszą wizytę. Ledwie uszliście z życiem z pościgu. Potem pan Casen uratował wam tyłki, stosując pomysłowe triki. Prawda? - Pojednawczo spojrzał w stronę Webstera, a później dodał: - Wydaje mi się, że pan Casen umie się wami dwoma zaopiekować. Jednakże nie wywiązaliście się z zadania. Cała wasza trójka. Brakuje jednej puszki. A umowa to umowa. Na szczęście możecie to odrobić w następnym zleceniu. A pan Casen na pewno was przypilnuje.
- Nie tak się umawialiśmy. Miałem ich przewieźć. Wykonałem swoje zadanie. Nie wiem, ile paczek miało być dostarczonych. To nie moja sprawa - zaprotestował Casen, wskazując palcem na Rexa, jak gdyby mierzył do niego z pistoletu.
- Umowa jest na wykonanie zlecenia, a ono jest niezakończone. Zanim zacznie się pan unosić, proszę wysłuchać. Myślę, że będzie pan bardzo zadowolony. Może to będzie dla pana przyjemność? Chodzi o przerzut. To, w czym jest pan najlepszy. Konkretnie chodzi o przerzut rodziny. Z UFP do AEI. Wojna rozdzieliła ich geograficznie, podobnie jak ich serca. To smutne. Nie odmówi pan chyba takiej okazji? Można pomóc i dodatkowo wrócić do dawnych przyzwyczajeń. To jak będzie?
To było bardzo dziwne uczucie, ale słowa Rexa trafiły tam, gdzie powinny. Tęsknił za Próżnią. Tak osoby zajmujące się przerzutami nazywały szeroką granicę pomiędzy UFP i AEI. To tam ścierały się dwie ideologie pod postacią żołnierzy i pocisków. To tam zaczynały się i kończyły wszystkie przerzuty. Webster przywołał ostatnie obrazy Próżni, jakie zapamiętał. Chciał tam być. Ale wiedział też, kiedy się nim manipuluje. Rex koniecznie potrzebował go do tego zadania, a brak szóstego pudełka był wygodnym argumentem, aby go zmusić. Protest i wyjście mogły się skończyć dla niego tylko w jeden sposób. Skoro Rex tak jawnie chce wmanipulować go w kolejne zlecenie, to postanowił zagrać w tę grę jeszcze lepiej niż jego przeciwnik.
- Pod jednym warunkiem - rzekł z naciskiem Casen.
- Najpierw posłucham, a potem zdecyduję.
- Tym razem potrzebuję czasu, budżetu i normalnego sprzętu.
- Niech pan pamięta, to pan spłaca swój dług. - Z podniesionym palcem i brodą Rex starał się karcić Casena w dość teatralny sposób. Chociaż w głowie już snuł plany następnych przerzutów. A to wymagało inwestycji.
- Więc i ty pamiętaj, jeśli mam robić od teraz dla ciebie, to nie haruję w swoim warsztacie. Albo cię na to stać, albo zostajesz w niższej lidze.
Rexowi bardzo spodobała się ta odpowiedź.
- Ma pan rację. A przy okazji wyczuwam, że jest pan chętny na więcej. Dobrze. Pieniądze i sprzęt będą - zapewnił Rex, który wyraźnie złapał haczyk.
- Pieniądze z góry - negocjował dalej Casen.
- Jest pan moją inwestycją, a więc też inwestycją Klanu. Oby dobrą. Formalności załatwimy potem, teraz pora przypieczętować współpracę.
Webster nie wiedział, czym jest Klan, a wypytywanie o to nie było teraz ważne.
- Raczej nazwałbym to umową przedwstępną. - Ciągle trzymał się na dystans.
- Co do jednego możemy się zgodzić, płynie w nas stuprocentowa krew obywateli UFP. Potrafimy działać spontanicznie, improwizować i doskonale się samoorganizujemy. Takie więzy bardzo trudno zerwać. - Rex wypatrzył w oczach Webstera niemą aprobatę.
- Kilka dni temu myślałem o tym inaczej - odpowiedział.
- A może wcześniej nie wykorzystywał pan wszystkich okazji? Mnie moja pułapka nauczyła wszystkiego, co dzisiaj wiem.
- Twoja pułapka? Masz na myśli to, jak wygląda twój klub?
Rex zbył uwagę machnięciem ręki.
- Jeszcze tego pan nie widzi. Pułapka więzi tylko tych, którzy są leniwi. Jej znaczenie rośnie, kiedy czegoś uczy, potem jej kraty miękną albo jeszcze lepiej, czasem zamieniają się w złoto. Moja przestała nią być lata temu. Mentalnie więziło mnie AEI. Tego pan nie wie, ale Klan ściągnął mnie tutaj wraz z ostatnim rzutem przed zamknięciem granic. Wcześniej, przez trzydzieści trzy lata, mieszkałem po drugiej stronie. To, co widział pan jak przez peryskop podczas swoich przerzutów, wrastało we mnie niczym bolesny odcisk.
Wszyscy nachylili się z ciekawości. Rex kontynuował:
- Tutaj żyje się w szczerej jedności. Wszystko, co się wokół nas dzieje, jest dla nas i tylko dzięki nam. Człowiek jest światem, świat jest człowiekiem. Poświęcenie nigdy nie jest stratą, a konieczną zmianą kolejności rzeczy zaplanowanych. Jesteśmy zbiorem najwyższych organizmów i zawsze da się to wyczuć. Ja widzę to codziennie w naszej samoorganizacji. W tym, jak piękne są nasze miasta, jak jednomyślnie działamy na najwyższych szczeblach, jak bardzo szanujemy siebie i ziemię, którą inni kaleczyli. I co z tego, że trudno zmienić nasze zdanie? Co z tego, że nasze cele nie spłacają wszystkich naszych win? Ale to jest nasze. Moje i twoje, jednocześnie i nieprzerwalnie. Czekałem na to ponad trzydzieści lat. AEI dawało jedynie "połączenie". Wątłą linię. Wiecznie korygowaną masę jedności. Codzienne decyzje sugerowały algorytmy prawdopodobieństwa. Ciągle coś siedziało ci w głowie i mówiło: "Poczekaj, potrzeba więcej informacji. Poczekaj na lepszą decyzję". Na nikim nie można było polegać. Ile masz, tyle możesz. Każdy dla siebie. Taka była moja pułapka. AEI to nie jest miejsce dla takich ludzi jak ja. W nas jest prawdziwy humanizm, a nie porządkowanie. Chcę robić coś dla innych.
Słowa Rexa brzmiały dla Casena naiwnie. Pozostała dwójka słyszała w tych zdaniach coś podniosłego.
Rex oparł się wygodnie na sofie. Był zadowolony z wykładu.
- Ja zapomniałem o swojej pułapce, a ona o mnie - podsumował małomówny mężczyzna.
- Za to mogę się napić - zgodził się Rex.
- Też miałem to zaproponować - niezręcznie o swojej obecności przypominał Triss.
- U mnie będzie panu dobrze. Nie jestem korporacją. A w ogóle zna pan tajemnicę wszystkich korporacji?
- Nie - odpowiedział Casen.
- Tam ludzie wydajni nigdy nie awansują. Trzyma się ich na samym dole, aż do wypalenia. Do góry idą chciwi i włażący w dupę na tyle głęboko, że wystają same stopy. Naciskają na ambitnych, którzy odwalają za nich robotę. Gdyby było odwrotnie, cały system by się rozpadł.
- Tutaj jest inaczej?
- Nie musi mi pan wierzyć. Sam pan się przekona. Ja zadaję tylko trzy pytania. Co można za to mieć? Czy mam to wyłącznie ja? Jak dużo tego da się przemycić? - Entuzjazm Rexa podszyty rubasznym śmiechem był na tyle silny, że udzielił się innym.
- Kryzys wyniesie nas wysoko - zgodził się Triss.
- Brzmi dobrze - skwitował małomówny.
- Niech pan zapyta Trissa. On już nie obchodzi urodzin, ale świętuje dzień, kiedy zaczął pracować dla mnie. Słyszał pan kiedyś o czymś takim? To jego dzień wyrealnienia. Wtedy właśnie to, co miał w duszy, w końcu się ziściło.
Zadowolony Triss pokiwał głową z uznaniem dla Rexa. Webster słuchał dalej.
- Zdradzę mój mały sekret. Będzie pan robił różne rzeczy. Mam na myśli zadania ode mnie, ale i pana wybory. Nieważne, jak wysoko pan się przy tym wzniesie albo jak nisko zejdzie. W pewnym momencie okazuje się, że największą zaletą jest to, że było się wszędzie. Nisko i wysoko. Ale nigdy nie dało się wpędzić w jeden kąt - dodał Rex, wyciągając ze skrytki pod stołem butelkę alkoholu, na pierwszy rzut oka prawdziwego i drogiego, a następnie rozlał go na cztery szklanki. Zaprosił trójkę gości do stołu, a neurowearem zamówił personel do pomocy.
Reszta dnia minęła im na wymianie osobistych historii. Casen trzymał język na wodzy. Jeśli zdradzał jakieś epizody ze swojego życia, to zmieniał istotne szczegóły. Im więcej mówili, tym więcej pili, a co za tym idzie - tym więcej dowiadywał się o swoich mocodawcach. Wszyscy słuchali go uważnie, kiedy opowiadał o najbardziej spektakularnych przerzutach, a Rex odwdzięczał się, odsłaniając niektóre mechanizmy ze swojego ciemnego zaplecza. Właściciel klubu był szczerze zadowolony z takiego obrotu spraw.
- Świętujmy dzień pana wyrealnienia, panie Webster!
To był ich brylantowy wieczór.
Rozdział 8
Paląca zorza świtu wschodziła nad usługową częścią miasta. Casen zajadał syntetyczny makaron w dusznej od zapachów ulicznej budce z jedzeniem. W całym UFP niemal całkowicie ograniczono uprawy rolne i hodowle. To był mały krok w stronę powolnego odratowania umierającej planety. Nieautentyczny smak syntżarcia nie przeszkadzał Casenowi. Wprost przeciwnie, on je nawet lubił. Pasowało mu to, że zawsze wiedział, czego mają się spodziewać jego język i żołądek. Mógłby przysiąc, że w każdej misce splątane nitki makaronu wyglądały identycznie. O tym, jak smakowały, decydował dopiero widelec, który dostosowywał się do tego, co lubi trzymająca go osoba. W ten sposób każdy mógł liczyć na to, że zaspokoi swój kaprys i apetyt. Webster, jeśli chodzi o jedzenie, nie zmieniał przyzwyczajeń od lat. Zapomniał, z czego się składał jego ulubiony smak, ale neurowear to wiedział i przekazywał tę informację do elektronicznych sztućców. To było to, do czego lubił wracać codziennie.
Obrócił się na wysokim krześle. Przyglądał się rozpędzonej codzienności, która długimi falami przepływała przez każdy zaułek miasta. Po drugiej stronie ulicy otwierał się bazar, a dokładniej kilka bud, które konkurowały ze sobą za pomocą wrzeszczących sprzedawców. Targowiska były stałym elementem każdego miasta UFP. Handlarze wykładali towary na przenośnych, lekkich stołach.
Część placu zajmowały ustawione szeregowo spore namioty przypominające małe niebieskie kontenery. To do nich przerzucano ludność UFP z utraconych terenów. Tak działo się w tej chwili. Przed targowiskiem zatrzymał się autobus, z którego wysiadali przesiedleńcy z niedawno podbitego miasta. W bazarowym obozowisku spędzali przeważnie kilka tygodni. Potem trafiali do świeżo wybudowanych osiedli albo przypadkowi obywatele UFP zabierali ich do siebie. Patrzenie na niedolę rodzin wyrzuconych z własnych domów było niełatwym doświadczeniem. To w chwilach takich jak te samoorganizacja UFP pokazywała ogromną moc. Nikt z przesiedlonych nie lamentował. Największym wyrazem rozpaczy był opuszczony wzrok i rodziny mocno ściskające się za ręce. Dla obywateli UFP było to poświęcenie, na które się zgadzali. Tak byli wychowani. Tak okazywali swoją wiarę w siłę, jaką dysponuje człowiek. Jakby na jej skinienie świat mógł podzielić się na części i złożyć na nowo. Nawet tortura losu była dla nich ludzką koniecznością.
Kilka bloków dalej zaczynał się inny świat, niepasujący do poprzednich obrazków. W linii symetrycznie dopasowanych budynków wystawał ten jeden, jak krzywy złoty ząb. Lśnił zdobieniami i żywymi kolorami świateł. Był to najbardziej prestiżowy ze wszystkich sennych klubów w całym UFP. Dziesiątki kabin do odczytów wypełnionych po sufit neurokasetkami, które mogły spełnić oczekiwania najbardziej wymagających klientów. Do tego sala do tańczenia i kilka barów. To tylko oficjalna strona tego przybytku. Każdy wiedział, że można tam było nagrać i obejrzeć najbardziej perwersyjne, intymne i tajne neurokasetki. To miejsce przyciągało wszystkich tych, którzy chcieli doświadczyć nieobliczalności przerobionych neurodekoderów. Liczyło się jedynie tak silne doświadczenie, że ciężkie przypadki obcoafektywności pojawiały się już po pierwszym odczycie. "Na początku uciekasz przed światem, a następnie przed sobą" - taki napis widniał nad wejściem do sennego klubu.
Wszelkie modyfikacje neurowearu, które oferował ten przybytek, były nielegalne. Prawodawstwo UFP upatrywało w tym niebezpieczeństwa głębokiej zmiany w wewnętrznym porządku człowieka, co było ingerencją nie do zaakceptowania. Nie przeszkadzało to w tym, aby przed klubem ciągnął się sznur najdroższych aeroaut. Potwierdzało jedynie, jak dochodowe były rzeczy niedostępne.
Niespodziewanie spomiędzy tłumu przesiedleńców wyłoniły się trzy znajome sylwetki. Rex, Triss i małomówny szli w kierunku Casena. Webster zdążył jeszcze dopić syntetyczny napój witaminowy.
- Tylko nie za dużo, bo nie będziemy się zatrzymywać na szczanie. - Triss ze swoim humorem jak zwykle bezbłędnie trafiał w cierpkie zażenowanie.