Rozdział 0
Mężczyzna urodził się po raz drugi. Witający go świat tym razem poskąpił mu ciepła matki. Budzące się w nim pierwsze instynkty wypychały jego świadomość na powierzchnię. Wpływał do suchego oceanu rzeczywistości. Jego wpółprzytomne zmysły ślepo szukały czegoś znajomego. Wydawało mu się, że bezwładnie próbuje się czegoś złapać, nie czując przy tym swojego ciała. Pod zdrętwiałymi palcami dłoni był tylko nic niemówiący ucisk. Mężczyzna, upchnięty w swojej skorupie, dryfował w bezbrzeżnej świadomości. Ledwie docierało do niego, że sytuacja musi być beznadziejna.
Im bardziej myślał o tym, żeby się podnieść, tym bardziej wszystko gnało w nieznanym kierunku. Między nim a tym, co na zewnątrz, napięte zostało iluzoryczne płótno, które oszukiwało zmysły i rozum. Najbardziej pragnął teraz choć na ułamek sekundy przebić się przez graniczny materiał i chwycić się przytłumionymi zmysłami czegokolwiek. Wystarczyłoby jedno zrozumiałe słowo, symbol, twarz...
W końcu coś zaczęło się porządkować. Poczuł, że jego oczy musiały być zamknięte przez długi czas. Przez powieki, uchylone z trudem, zaczęły się wślizgiwać białe smugi światła, oślepiająco rozlewające się po nadpalonej czerni. Strumyk ciepłego powietrza przesunął się po jego ciele. Dopiero w tym momencie dotarła do jego świadomości myśl, że żyje. Nie śnił ani nie umierał. To nie był czas, który miał przyjść wraz z ostatnim uderzeniem serca. Przez moment zafascynowało go to, jaką ważną informację może nieść ze sobą rozgrzane powietrze spływające po nagiej skórze. Do powiewu kojącego zmysły i umysł zaczęły dołączać nowe doznania - długie posykiwanie i rytmiczne chroboty dochodziły z miejsca blisko głowy mężczyzny. Coraz głośniejsze zgrzyty, modulujące się i mechaniczne, pomagały mu powoli wyostrzać zmysły. W końcu dotarło do niego, że musi znajdować się w pozycji leżącej. Nie dręczył go żaden silny ból, jedynie brakowało mu siły, a mięśnie odmawiały współpracy. Poczuł się trochę bezpieczniej.
Postanowił złapać pierwszy głęboki haust ciepłego powietrza, z którym już zdążył się oswoić.
Nagle poczuł, że jego klatka piersiowa jest tak ciężka, że wysiłek związany z jej uniesieniem wydaje się ponad możliwości. Następny był lodowaty ból przeszywający całe jego wnętrze, a zaczynający się pod żebrami. Kolejna próba wdechu - wraz z nim eksplodowało paraliżujące kłucie przechodzące od płuc do końca każdego palca. Następnego oddechu nie mógł już złapać. Dusił się, a świadomość podpowiadała mu, że musi szybko pogodzić się ze śmiercią. Wtedy poczuł, jak jego broda sama się unosi. Następnie przez uchylone usta coś przesuwało wąski przedmiot dalej wzdłuż jego gardła. W podobnej sytuacji pojawiłby się instynkt ucieczki, jednakże niedobór tlenu odbierał pierwszeństwo naturalnym odruchom. Przez mimowolnie wsuniętą rurkę zaczął wpompowywać się tlen. Sztucznie wspomagane rozszerzanie się i kurczenie płuc odbywało się bez jego świadomego udziału.
Od przebudzenia nie minęło więcej niż kilka sekund.
Z powracającą saturacją odzyskał siły na tyle, by sprawdzić, co dokładnie dzieje się z jego kończynami. Te były ciężkie, jakby zastygły w gęstej masie. Jeszcze raz, bardziej świadomie, próbował nimi poruszyć. Bez efektu. Nie docierała do niego żadna informacja zwrotna. Zaczynał bać się myśli, że może być sparaliżowany. Uspokoił się dopiero, kiedy pod opuszkami palców zaczął wyczuwać śliską wilgoć.
Z nieudanych dwóch wdechów zostało jeszcze trochę bólu, który powędrował prosto do skroni. Mężczyźnie wydawało się, że tylko czaszka fizycznie blokuje nieznośny ucisk przed wydostaniem się na zewnątrz. Spazmy rozlałyby się po całym jego ciele jak plama ropy. Zautomatyzowana chemia mózgu szukała sposobu na odciągnięcie uwagi od cierpienia. Wracał więc myślą do ciepłego powietrza.
I znowu coś zapaliło się w nim na chwilę jak obracające się światło latarni morskiej. Nowa obserwacja. Poczuł, że jest nagi. Rozgrzane powietrze opasało jego nieruchome ciało. Ciepły powiew budził na nowo chęć do życia, jak podmuch budzi żar ogniska.
Mógł tylko przypuszczać, że ponowne przyjście na świat musiało boleć znacznie bardziej niż za pierwszym razem.
- Czy nas słyszysz? Czekamy na jakikolwiek znak - powiedział głos, który po prostu gdzieś był. Blisko, daleko? Za trudne do oszacowania. Dobiegał jak zza ściany obłożonej grubymi kocami. Nie był w stanie rozpoznać, czy należał do mężczyzny, czy kobiety.
Głos oczekiwał na reakcję.
- To, co teraz odczuwasz, to normalne objawy długotrwałej hibernacji. Nie masz się czego obawiać, twoje funkcje życiowe są bardzo dobre. - Pełen spokoju głos mówił tak, jakby powtarzał to zdanie tysiąc razy. - Wiemy, że nie możesz ruszać kończynami. W swoim czasie naprawimy to z łatwością. Czy jesteś w stanie jakkolwiek potwierdzić, że nas słyszysz?
Znowu chwila przerwy. Niektóre słowa były jakby zamazane. Mężczyzna słyszał, ale jego zdezorientowana świadomość zatrzymywała wszystko w swoich ledwie uchylonych drzwiach. W jego obecnym stanie przyswajalność nowych informacji ustabilizowała się na poziomie dwuletniego dziecka.
- Teraz najważniejsze jest utrzymanie jak największej liczby połączeń neuronowych. Musisz walczyć ze swoją świadomością. Wsłuchaj się w nasz głos. Długość twojego stanu hibernacji to 95 lat. Ludzki organizm nie jest przygotowany na tak długi stan zawieszenia. W twoim przypadku wszystko wskazuje na to, że wyjdziesz z tego bez problemów. Miałeś sporo szczęścia. Czy teraz możesz potwierdzić, że nas słyszysz?
Mężczyzna cały czas był oszołomiony i półprzytomny. Najlepiej udało mu się zrozumieć ostatnie zdanie. Jakimś cudem przesypało się przez sito świadomości. Chyba tylko dlatego, że słyszał je po raz trzeci. Postanowił, że musi wykrzesać z siebie jakąkolwiek odpowiedź. Teraz najważniejsze było zebranie wszystkich swoich sił do zrealizowania tego niemożliwego zadania. Myślami przebiegł przez całe swoje ciało, szukał sposobu. W końcu coś się w nim zapaliło. Spróbował skinąć głową, pomógł sobie przy tym otwieraniem ust. Podnoszona i opuszczana żuchwa przesunęła głowę w górę i dół, dając uniwersalne potwierdzenie.
Męczący gest sprawił, że mężczyzna od razu stracił przytomność.
Rozdział 2
Oboje przechodzili przez labirynt korytarzy. Z każdym kolejnym krokiem wnętrze budynku stawało się coraz bardziej zniszczone i zaniedbane. Po długim marszu wnętrza zaczynały wyglądać, jakby nikt nie zapuszczał się do nich od dłuższego czasu. Straszyły zacieki na ścianach, odpadające poręcze, wybrzuszona i spękana farba. Podłoga eksplodowała ze starości. Kurz i pajęczyny kleiły się do wszystkiego, jakby pod swoją cienką warstwą choć trochę starały się ukryć obraz tragedii. Na podłodze widać było świeże odciski, podobne do tych, jakie zostawiał mechaniczny przewodnik mężczyzny. Jedyną działającą rzeczą było oświetlenie. Sufitowe klosze dawały ostre i silne światło, wydobywając każdy detal zniszczonego wnętrza budynku. Wzdłuż korytarzy nie było żadnych okien. Towarzyszyło temu płytkie uczucie duszności. Mężczyzna zastanawiał się, czy teraz znajdują się pod ziemią, czy nad nią. Chciał zapytać o wszechobecny bród i mozaikę zniszczenia, ale w tym momencie obserwacja zdawała się o wiele bardziej angażująca. Ponadto uczucie pływającej głowy dodatkowo usypiało jego czujność.
- Przygotowaliśmy transport, który zabierze nas i ciebie na spotkanie do Tymczasowego Punktu Wspólnego Dowodzenia. Tam omówimy nasz plan. - Gestykulacja robota i kierunek marszu zupełnie do siebie nie pasowały. Symetryczna i dwukierunkowa budowa maszyny była trudna do pojęcia dla mężczyzny. Działanie mechanicznego opiekuna było efektywne i funkcjonalne jednocześnie. W czasie jego projektowania nie dbano o przesadną humanizację maszyny.
- Muszę w końcu zobaczyć się z kimkolwiek -odpowiedział mężczyzna z iskrą nadziei. Był szczerze zaskoczony tym, jak szybko poprawiła się jego zdolność mówienia. Ale jego głos wydał mu się dziwny. W końcu słyszał go pierwszy raz w pełnym brzmieniu.
- Według decyzji z Tymczasowego Punktu Wspólnego Dowodzenia twoja przeszłość lub aktualny cel są nieznane. W żadnej bazie nie znaleźliśmy wzmianki o tobie. System rozpoznawania twarzy, sekwencja DNA, siatkówka, daktyloskopia, wszystko daje zerowe wyniki. - Robot na chwilę się zatrzymał. - Czy pamiętasz już może, do której frakcji należysz: AEI czy UFP? - zapytał, skupiając się na reakcji człowieka.
- Nie wiem, co to znaczy. - Mężczyzna myślał tylko o tym, że z każdym krokiem wspomaganym przez egzoszkielet jest bliżej jakiejkolwiek oficjalnej instytucji, która pomoże mu poznać tajemnicę jego przeszłości. Czuł strach przed tym, czego może się dowiedzieć, dlatego chciał mieć to jak najszybciej za sobą.
Kilkanaście kroków dalej, na końcu kolejnego brudnego korytarza, wyrosły wielkie, stalowe drzwi. Robot złapał za masywne zasuwy i pchnął ciężką konstrukcję przed siebie. Różnica ciśnień zaczęła wyrzucać powietrze z kurzem na zewnątrz budynku. Za drzwiami otwierał się ogromny, płaski dach. To było zaskakujące - nie znajdowali się pod ziemią. Mężczyzna, pchnięty wiatrem, wyjrzał na zewnątrz. To, co zobaczył, zrodziło nowe obawy.
Dookoła rysował się krajobraz rozległej metropolii, która teraz wyłącznie gniła i rdzewiała.
Słońce zachodzące w złotej godzinie połyskiwało na powierzchni strzelających w górę, czarno-srebrnych budynków. Kilkusetmetrowe szklane konstrukcje wyglądały jak gigantyczne igły wbite w ziemię, wąskie u podstawy i szerokie na szczytach. Ich forma zdawała się zaprzeczać prawom fizyki, a mimo to zwężane kolosy trzymały się sztywno podłoża. Strzelistości budynkom dodawały poszarpane korony wycięte w oksydowanym aluminium. Wielkoskalowa architektura utkana była w zaplanowanym szyku dobrze uporządkowanego miasta. Z budowlanych igieł nieregularnie wystawały ogromne tarasy. Na co poniektórych zaparkowano pojazdy gotowe, by wznieść się ze swoimi pasażerami. Na innych zerwana podłoga kończyła się ostrymi krawędziami.
Wysokie konstrukcje dominowały nad wszystkim, co znajdowało się pomiędzy nimi i pod spodem. W dole stały śmiesznie wyglądające, małe, kilkudziesięciopiętrowe wieżowce. Były tak gęsto postawione, że dało się je na pierwszy rzut oka pomylić z ziemią. Sztuczna warstwa przy podłożu tworzyła osobny poziom miasta - jeszcze nie sam spód, ale kubistycznopłynącą połać dachów. Gdzieś na samym dole pojawiały się pojedyncze, długie i szerokie nitki z szynami. Jedna z nich łączyła się zaraz z kolejną, tworząc gigantyczne estakady, a te podpełzały bezpośrednio pod tysiące budynków.
W obrazie miasta było też coś przerażającego. Zieleń agresywnie wyrastała ze swojego zaplanowanego miejsca. Chaotycznie panująca flora pożerała budynki i drogi. Korozja dopadała betonowe konstrukcje z każdej strony. Natura, wcześniej wypchnięta, wróciła i panowała nad swoim własnym miastem.
Płynące w promieniach słońca szklane fasady zaczynały odkrywać swoje blizny. Rozerwane ściany, puste okna i pokruszone żelbetonowe tarasy głośno wspominały swoją dawną świetność. Skupiając swój wzrok mocniej, mężczyzna zauważał kolejne, jeszcze bardziej przerażające zniszczenia. To nie było miasto, ale jego ruiny porośnięte naturalnymi, zielonymi plamami. Do co poniektórych masywnych konstrukcji dało się zajrzeć przez znaczne ubytki w ścianach. Pozostałości urbanistyki, wzniesione niegdyś ludzką ręką, stały się teraz paletą ponurych kolorów. U spodu można było zobaczyć, jak wiele szkód wywołały odpadające z impetem elementy gigaigieł. Zostały tam czarne dziury jak po ciężkim ostrzale. Krajobraz w przerażający sposób ilustrował, czym było całkowite zatrzymanie życia w tym miejscu.
- Możemy tutaj zostać na dłużej, jeśli tego potrzebujesz. Ale biorąc pod uwagę twój stan i to, ile czasu zostało do kolejnej dawki leków, rekomendujemy, żeby ruszać dalej - poprosił R1.
- Co? Co tu się...? - zapytał mężczyzna ze wzrokiem przyklejonym do pozostałości kruszącego się miasta.
- Przed nami około czterdziestu minut lotu. Możemy porozmawiać w trakcie. A odpowiedzi na najważniejsze pytania dostaniesz w Tymczasowym Punkcie Wspólnego Dowodzenia.
Dźwięk siników rozgrzewanych do startu oderwał uwagę mężczyzny od ponurego widoku. Oboje zaczęli iść w stronę pojazdu. Tuż przed wejściem do środka mężczyzna zauważył, że w miejscu, gdzie powinien siedzieć pilot, nie było żadnej szyby ani drzwi tylko zlana, gładka bryła. Mimo to pojazd zachowywał się, jakby za jego sterami siedział aeronauta. Robot i człowiek zajęli miejsca w środku. R1 nie zaryglował drzwi, tak żeby przez całą drogę można było oglądać to, co znajdowało się pod ich stopami.
Statek wzniósł się łagodnie, wykonał precyzyjny obrót i ruszył na zachód, zostawiając za sobą miasto. Przesuwali się nad dziką ziemię. Nietknięty ludzką ręką początek nowego świata. Statek odrobinę zniżył lot. Pod nimi uniósł się pomarańczowożółty pył sawanny.
Widok piasku podrzucanego przez silniki hipnotyzował... Wtem odezwał się R1.
- Odnalezienie ciebie było znaczącym wydarzeniem. Przez blisko sto lat nie mieliśmy kontaktu z żadnym człowiekiem. Twoja rola może okazać się kluczowa w historii postcywilizacyjnej. Jesteś aktualnie jedyną zidentyfikowaną jednostką ludzką. - Przez całą swoją wypowiedź robot obserwował mężczyznę, rejestrując każdą, najdrobniejszą reakcję. Jego program badał i próbował przewidywać zachowanie człowieka w czasie odbierania trudnych informacji.
- To nie może być prawda. - Mężczyzna się uśmiechnął. - To żart, pomyłka. Wylądujmy już - powiedział mężczyzna, a wstrzyknięty humor nadal go nie opuszczał.
R1 przyjrzał mu się jeszcze dokładniej.
- Żaden człowiek nie jest przygotowany na taką wiadomość. To dobrze, że twoja pierwsza reakcja przebiega tak spokojnie. Zachowanie mieści się w prognozowanych przez nas wynikach. - Algorytm mowy R1 wybrał bardziej pogodny ton. - Musimy cię jednak zapewnić, że sytuacja jest jak najbardziej prawdziwa.
Uśmiech zniknął z twarzy mężczyzny. W nerwowym skupieniu zastanawiał się, co powinien teraz powiedzieć, o co zapytać i czego zacząć się bać.
"Ostatni człowiek, bez pamięci, lecący gdzieś z obrotowym robotem. Czy tak właśnie zaczyna się szaleństwo?" - pomyślał mężczyzna.
Jak pękające bańki zaczęły gwałtownie pojawiać się kolejne pytania. Co, jeśli to prawda? Gdzie w takim razie podziali się wszyscy ludzie? A może to wszystko reakcja na szok, wytwór wyobraźni? Co się tutaj wydarzyło? Dlaczego trafiło na mnie?
Aż w końcu z jego ust wyślizgnęło się zdanie, które jednoznacznie oznaczało, że pozostawał pod wpływem substancji psychotropowych i szoku jednocześnie.
- Czuję, że dzisiaj mój fart jeszcze się nie skończył - powiedział, tracąc przytomność.
Rozdział 6
W ciemnym pomieszczeniu sypialni z ekranu małego urządzenia unosiła się łuna jasnoniebieskiego światła. Oświetlała zmęczone oczy mężczyzny wpatrujące się w wyświetlacz z gęsto upchanymi literkami. Od kilkunastu godzin zrobił sobie tylko jedną małą przerwę. Studiowanie spisu treści archiwów polegało głównie na śledzeniu drzewkowo zgrupowanych metadanych. Pojawiające się od czasu do czasu braki opisów zastępowane były sugestiami wygenerowanymi przez SI. Jak się okazuje, dane dobrze zabezpieczone przez jedną maszynę były nie do odszyfrowania przez drugą bez odpowiedniej mocy obliczeniowej. Na domiar złego to właśnie te punkty były najbardziej obiecujące, bo dotyczyły spraw wojskowych, strategicznych i politycznych. Nagromadziło się tego jednak zbyt dużo. Najbardziej rozbudowane opisy miały zapisy cywilne. Najwięcej znalazło się tam eksperymentów wszelkiej masy artystów, dowodów w rozprawach sądowych, autorskich reportaży, wspomnień na sprzedaż czy materiałów dydaktycznych. Wszystko dostępne wyłącznie dla ludzkiego umysłu. Mężczyzna przypomniał sobie, że od momentu projektowania neurokryptologia miała być zapisem niemożliwym do skopiowania, przesłania na odległość lub odczytania przez komputer. To inny rodzaj nośnika danych - utrwalony w urządzeniu, działający w sprzężeniu z ciałem.
Z zostawionego przez R1 ekranu dowiedział się, że będzie musiał odwiedzić dwa archiwa gromadzące kluczowe zapisy neurokryptologiczne - każde należące do jednej ze stron konfliktu. Dane z obu miejsc zostały posegregowane przez maszyny bardzo podobnie. Na górze zestawienia wylistowano nagrania z priorytetem do sprawdzenia. Były to odtajnione zapisy od dowództwa, najprawdopodobniej jedne z ostatnich oficjalnych, udokumentowanych relacji. Wspomnienia wojny. Mężczyzna zastanawiał się, co musieli wtedy myśleć nagrywający. Może nie widzieli zbliżającego się końca? Albo nagrywali i transferowali swoje wspomnienia, tylko żeby skupić na czymś innym.
Dalej na liście znalazły się nazwiska inżynierów. Sądząc po ich stanowiskach, musieli zajmować się obsługą sztucznych umysłów. Na liście było też kilku polityków, ministrów i przywódców duchowych i ideologicznych, ale w ich przypadku zachowało się raczej mało nagrań. Dalej znajdowały się informacje dotyczące prywatnych osób. Tych okazało się najwięcej. Ciągnąca się lista oszczędnie zatytułowanych plików stanowiła w rzeczywistości ostatnie odbicie miliona dusz. Wszyscy zapisali swoje wspomnienia w maszynowej pamięci. Tej samej, której bliźniacza siła wypaliła ich ciała wojennym ogniem. Na ostatniej stronie historii ulotność rozumu i miękkość emocji znalazły swój ostatni przystanek w syntetycznej trwałości. Pamięć człowieka stała się doświadczaniem bez przeżywania. Więzionym w kapsule urywkiem wszystkiego.
Palce mężczyzny były już zmęczone od ciągłego trzymania urządzenia. Ale nie myślał o tym, żeby przestawać.
Nośnik danych od R1 opisywał również dokładnie działanie neurokryptologii. Zapis i odczyt odbywały się przy pomocy niewielkiego urządzenia montowanego w nawierconej czaszce, tuż za uchem. Włączony neurodekoder monitorował pracę całego mózgu. Chirurgicznie montowane urządzenie miało wielkość ziarna ryż. Powstałą w wyniku zabiegu małą dziurkę zalepiano miękką pastą przewodzącą sygnał elektryczny. Na zewnętrzne nośniki danych - kasetki - trafiały wszystkie wrażenia ze zmysłów i wewnętrzny monolog nagrywającego. Później widz mógł doświadczać wszystkiego, co wiązało się z oglądaną sceną: strachu, dźwięków, ekscytacji, zapachów, dotyku, podejrzliwości, temperatury, smaku i tak dalej.
Dla pewności mężczyzna, organoleptycznie zaczął sprawdzać nierówności w pobliżu ucha. Pod palcem, tuż za lewym uchem, wyczuł mały regularny kształt, kilkumilimetrowy kolisty uskok, a w nim wypełnienie przewodnikiem.
Według oficjalnych danych naukowych działanie technologii było nie do końca oczywiste nawet dla twórców. Za jej wynalazcę uznaje się Teodora Becka związanego z UFP. Aby odczyt był możliwy, na kasetki trafiała idealna kopia mózgu. Dosłownie wszystko, czym był nagrywający. Jednak dawało się odczytać tylko tę część, którą akurat nagrywano, na czym skupiał się rejestrujący. Nie było żadnego znanego sposobu, aby dobrać się do pozostałych danych osobowościowych. Znajdowały się w kasetce, ale tak jakby w ogóle nie istniały. Bez nich technologia byłaby bezużyteczna, a fragmentaryczny odczyt - niemożliwy. Pochwycone pozostawały zarówno tajemnicze zupełnie, jak i ich biologiczny odpowiednik. Zapisy odzwierciedlały również to, na czym świadomie nie skupiał się nagrywający, ale działo się w oznaczonym fragmencie. W następstwie oglądający mogli zobaczyć znacznie więcej niż to, co wybiórczo zapisał pamiętnikarz. Odczyt odbywał się przez wprowadzenie obserwatora w głęboki sen. Urządzenie wysyłało do mózgu oglądającego sygnały elektryczne, jak kinowy projektor. Świadomie śniący widz mógł swobodnie badać toczącą się historię z oczu nagrywającego. Pojedynczy sen pozwalał obejrzeć kilka nagrań. Nie można było spać i jednocześnie odtwarzać zapisu przez dłużej niż dwanaście godzin. Po tym czasie realne stawało się uszkodzenie synaps, co wpływało na nieprawidłową pracę ciała i na powstanie upośledzenia.
Oczywiste stało się dla mężczyzny, dlaczego maszyny poprosiły go o pomoc. Nie posiadając żywej tkanki mózgu, nie mogły połączyć się z neurodekoderem. Zapisy z kasetek nie dawały się również przenieść na zapis binarny. Maszyny pozostawały skazane na człowieka.
Mężczyzna w końcu położył urządzenie na łóżku. Wyciągnął się obok na plecach i skupionym wzrokiem zaczął błądzić po kremowym suficie własnej sypialni. Przez chwilę widział wypalone ślady małych literek. Światło z kasetonów rozmazywało się przed oczami, wycierając drobne pozostałości. Czuł się zmęczony. Zadanie, jakie otrzymał, było prawdziwym wyzwaniem. Metadane o zapisach neurokryptologicznych ciągle nie układy się dla niego w żaden działający schemat. Potrzebował na chwilę oderwać się od zadania. Spowalniającym oddechem uspokajał pędzące myśli. Skupiał się na sobie, wpełzając głębiej, poza filtr powierzchownych spostrzeżeń. Szukał nieoczywistego początku, wystającego spod chaotycznego skrawka anamnezy.
- Tym razem trzeba będzie nastawić budzik - powiedział do siebie mężczyzna, po czym zasnął.
Rozdział 9
Po kilku dniach domowej rekonwalescencji złamane żebra odzyskały swoją sprawność. Po rozcięciach i obiciach prawie nie było śladu. Zdrowie Milesa po raz kolejny wiele zawdzięczało medycznym procedurom R1. Jednak ostatnie zdarzenie zostawiło po sobie zupełnie inny ślad - ilekroć mężczyzna zamykał oczy przy robocie, widział powracający obraz szarżującego R1. A wraz z nim swoje przerażenie i przegraną. W tej krótkiej chwili zapadający się świat w końcu go dosięgał. Ale to właśnie robot uratował jego życie i przez to Miles nie mógł pogodzić ze sobą tych skrajności.
Po raz kolejny otrzymał dar życia od istoty, której nieśmiertelna siła przerosła możliwości jej stwórców.
Patrząc na ukoronowaną kamerami i czujnikami twarz robota, mężczyzna chciał znaleźć w niej źródło zaufania. Genetyczny imprint podpowiadał mu, żeby szukać w swoim wybawcy czegoś, co byłoby oczywistą, antropomorficzną bliskością. Ten sam poznawczy instynkt kierował dzieckiem, które potrafiło zaprzyjaźnić się ze swoim ulubionym pluszowym misiem, lecz mały człowiek szybko odnajdywał swoją przewagę w tej relacji. W końcu pluszak to tylko zabawka, którą można bezpiecznie podziwiać i animować, a na koniec - cisnąć w kąt. Dla Milesa pozostawał tylko podziw, będący skromną dekoracją strachu przed maszynowym kompanem.
Obaj rozmawiali w salonie. Mężczyzna instynktownie siedział kilka krzesełek dalej od R1. Dystans był dla niego tylko pozornym buforem bezpieczeństwa. Ale był. Miles dzielił się swoimi przemyśleniami po pierwszym neurokryptologicznym odczycie.
- Tak naprawdę to nie wiem, co o tym sądzić. Coś mi podpowiada, że najpierw musimy iść tropem Marcusa. Odpowiadał za rozwój technologii hibernacji, musiał mieć swoje laboratorium, gdzie testował sprzęt. A przy odrobienie naszego szczęścia może zapomniał kogoś wyciągnąć z lodówki. - Mimo wyraźnego dystansu do R1 Miles próbował zachęcić robota swoją skłaniającą do działania ciekawością.
- AEI zostało powiadomione o nowej selekcji nagrań w oparciu o twoje przypuszczenia. Materiał będzie dostępny w godzinę. Tyle samo czasu zajmie nam podróż do nowego miejsca odczytów. Proponuję wyruszyć już teraz, oczywiście jeśli jest do dla ciebie odpowiedni moment.
Mężczyzna w milczeniu skinął głową i od razu zerwał się w kierunku drzwi.
Po chwili obaj siedzieli w pojeździe. R1 wyjął ze swojej skrytki niewielki fizyczny nośnik danych, który otrzymał od drona AEI. Znajdowały się na nim koordynaty nowej lokalizacji archiwum. Po ich odszyfrowaniu R1 rozłączył całą komunikację. Zaplanował lot tak, aby do strefy ciszy wlecieć w losowym punkcie. Następnie zniszczył nośnik.
Lecieli na tyle nisko, że ich statek nieprzerwalnie korygował swój lot względem kształtu terenu. Wewnątrz pojazdu trudno o utrzymanie takiego samego dystansu jak podczas ich rozmowy w domu. Pokonywanie strachu najlepiej wychodziło Milesowi w formie żartu.
- Zanim całkowicie znikniemy z sieci, może lepiej będzie sprawdzić, czy prognoza pogody nie zapowiada rozrywającej się ziemi albo wybuchających wulkanów? - Miles ponownie testował humor robota.
- To niestety nie będzie możliwe. Jedyne sensory, które mogą wychwycić zbliżające się zagrożenia, znajdują się w egzemplarzu R1 oraz w tym statku. Nie są one wystarczająco dokładne, aby działać z dużym wyprzedzeniem.
- A Zjednoczona nie może wysyłać tych informacji o zagrożeniu wszędzie? Wtedy ty i statek ustawiacie się tylko na odbiór - dopytywał Miles.
- W ten sposób mógłby posłużyć do odnalezienia archiwum. Nasz wylot do ukrytego miejsca wiąże się z niemal całkowitą ciszą elektromagnetyczną. Takie warunki są wiążące dla obu SI.
- No to oprócz otwierającej się ziemi co jeszcze może nas zaskoczyć?
- Najgroźniejsze kataklizmy to: kilkugodzinne intensywne trzęsienia ziemi, tornada, burze z powodziami i huraganem, wielotygodniowe pożary, wybuchy wulkanów, tornada, osuwiska skalne w makroskali, burze piaskowe, wyrzuty solarne i susza. Ponadto musimy omijać wiele miejsc zanieczyszczonych po eksplozjach. Przebywanie w ich pobliżu degraduje tkanki. Wywiewany stamtąd pył przyczynia się do powstawania toksycznych podmuchów. Kolejne kataklizmy pojawiają się z trudnymi do oszacowania częstotliwością i położeniem. Modelowanie tych zjawisk ma nieco mniejsze znaczenie strategiczne, odkąd SI nie musi brać pod uwagę ochrony swoich obywateli. Aktualnie żadna ze stron nie zajmuje się badaniem tych zagrożeń, a jedynie pasywną obserwacją.
Passus od R1 przetaczał się przez Milesa jak powoli sączona trucizna.
- Czy jest coś, czego nie spierdoliliśmy?
- Niektóre z destrukcyjnych zjawisk zachodziły samoczynnie, a decyzje dowództwa przyczyniły się tylko do katalizowania tych zagrożeń. Dla UFP cofanie zmian w środowisku naturalnym stało się politycznym postulatem. Ograniczanie populacji było krokiem na drodze do odnowy.
- Braw już za to nie usłyszą. A jak już kogoś odnajdziemy, to macie plan na to, jak utrzymać nas przy życiu? - Miles oswajał się z myślą, że nie tylko odnalezienie kogokolwiek będzie wyzwaniem, ale też ochrona ich życia przed destrukcyjnymi siłami natury.
- Zgadza się. Szacujemy, że zbiorowość około pięciuset pięćdziesięciu tysięcy osób może być dokładnie kontrolowana, aby zagwarantować jej przetrwanie i ochronę przed czynnikami zewnętrznymi.
- A co potem? Przecież ludzie zaczną się rozmnażać i będą potrzebowali więcej przestrzeni.
- To wasze ryzyko i odpowiedzialność. Przewidujemy, że będzie potrzebny plan na rozwój. Dwie możliwości do zweryfikowania to: adaptacja do nowego środowiska albo międzyplanetarna podróż.
- No to zatoczyliśmy koło.
- Zgadza się, to dwa najlepsze scenariusze. Ale odpowiedzialność i koszt decyzji musi wziąć na siebie człowiek.
- Wszystko wskazuje na to, że przeżyjecie nas wszystkich.
- To błędny wniosek. Jeśli konflikt pomiędzy sztucznymi inteligencjami będzie trwał na dotychczasowych zasadach, to zostanie zatrzymany w chwili wyczerpania się surowców, a następnie braku zapasów. Zakończą się wydobycie, produkcja, na końcu skończy się wymiana ognia. Pozostałe maszyny i funkcjonujące obiekty ulegną zniszczeniu przez kataklizmy. Jeśli wygra jedna ze sztucznych inteligencji, to przejmie zasoby przeciwnika. Następnie wykorzysta je do jak najdłuższego pozostania w stanie gotowości. Po wyczerpaniu zapasów obierze cel zachowania i bezpiecznego zmagazynowania danych, a następnie wyłączy się, również ulegając zniszczeniu.
- I wiedząc to, nadal walczycie? Nie lepiej połączyć siły i stąd uciec albo zostać tu i coś zmienić? - Twarz Milesa wykrzywiła się w nieukrywanym zdziwieniu.
- Żadna ze stron nie ma takich wytycznych od dowództwa. Ostanie rozkazy to walka lub obrona do końca swoich możliwości.
Okazało się, że ktoś taki jak Drummer stanowił dla maszyn ich najbardziej brakujący element istnienia. Był człowiekiem, którego SI słuchała jak wierny pies. W maszynowym rozumowaniu nie istniała niepewność. Tę wywoływały nieprzepisywalne na język algorytmów samoświadomość i emocje. Ich braki stawały się atutem, bo optymalizowanie ścieżki do celu przebiegało bez zniekształceń, i jednocześnie wadą, bo sensem działania maszyn ustanowiono wyłącznie zadaniowości - nieprzerwalne poszukiwanie najkrótszej drogi między dwoma punktami i segregowanie danych zebranych w tym samym czasie. Najefektywniejsza decyzja na planszy bez czerpania satysfakcji z gry. Maszyna nie potrzebowała łamać swoich zasad. Nie chciała wyrwać się z jarzma władzy swojego pana. Była i jest najczystszym przejawem altruizmu. A jeśli czyni zło, to tylko to wskazane przez człowieka.
Na drugim końcu nowej rzeczywistości znalazł się prawdziwie niezawisły uczestnik - natura. Nawet jeśli swoim działaniem przewraca pierwsze domino ludzkich błędów, to działa ponad wszystkimi regułami cywilizacji. Czyni to bezstronnie, nie pisząc nowych zasad. Może być tylko organiczna i przewidywalna. Jest najdoskonalszą maszyną i najdoskonalszym człowiekiem. Oddając ze swojego łona człowieka, wiedziała, że pewnego dnia zabierze mu wszystko, co swoją ręką uczynił. W niej tkwił najpewniejszy koniec ze wszystkich.
Statek, zwalniając, basowo zawibrował. Przygotowywali się do lądowania.
Miles zbliżył się do plastikowego okna, żeby obejrzeć okolicę w locie. Na miejsce ukrycia archiwum również wybrano las. Ogromny betonowy blok wciśnięto prawie w całości w ziemię, a następnie zasypano świeżą glebą z wykopaliska. Dookoła czarnego nasypu roztaczał się bukowo-dębowy grąd. Jak w poprzedniej lokalizacji, lądowisko usytuowano z dala od wejścia. Pojazd osiadał w wąwozie, aby utrudnić jego wykrycie. Konstrukcję ustawiono w taki sposób, aby do wejścia prowadził omszały jar, będący również naturalnym magazynem sprzętu, którego nie udało się jeszcze wnieść do nowego archiwum. Miles przyglądał się pancernym szafom i komputerowym sprzętom, które w otoczeniu przyrody wyglądały nadto abstrakcyjnie - jak dzika przeprowadzka.
Za drzwiami archiwum przestrzeń podzielono na dwa pomieszczenia: mały pokój do odczytu i przepastny skarbiec. Wystrój okazał się do bólu surowy. Od razu widać, że środek projektowała SI, i to w pośpiechu. Miles usiadł na łóżku, czekając, aż R1 przygotuje rekomendacje dla nośników o Marcusie. Niestety po ostatniej katastrofie część kasetek uległa zniszczeniu, tym samym baza danych wymagała aktualizacji.
- Zostało kilkaset zapisów, w których pojawia się wzmianka o Marcusie. Sprawdzenie wszystkich zajmie w przybliżeniu siedem miesięcy. - Grzebiący w skarbcu R1 przekazał informację przez komunikacyjny panel w pomieszczeniu.
- Zacznijmy od dwóch ostatnich nagrań. Najlepiej takich, które opieczętowano wysoką tajnością.
R1 szybko przygotował nagrania i podał medykamenty na poprawę odczytów.
Przyszedł sen.
FRAGMENT ZAPISKÓW MILESA
"...Trafiłem na pamiętnik. Nie powinno się go czytać bez zgody - w tym przypadku - autorki, ale w tych okolicznościach... Zresztą, czemu się z tego tłumaczę? Okładka była wykonana z grubej, brązowej skóry. Na dole znalazły się wycięte inicjały B.D. Jego autorka to czterdziestoletnia wdowa. Jej mąż zginął na początku wojny totalnej. Wtedy zaczęła pisać. Robiła to z tych samych powodów co ja - oswajaliśmy swój strach. Słowa z jej ostatniego rozdziału zostaną ze mną na długo.
...wody nadającej się do picia zostało bardzo mało. Jest jakby ciemniej. Wydawało nam się, że odwodnienie i brudna woda sprawiają, że zaczęliśmy widzieć gorzej. Ale dzisiaj ktoś powiedział nam, że pył unoszący się po wybuchach powoli odcina nas od promieni słonecznych. Horyzont rozmazuje się coraz bardziej. Organizujemy transport i ruszamy przed siebie. Kierunek nie ma znaczenia..."