3
Potężny głód pokonał sen niezwykle jak dla mnie wcześnie - koło dziewiątej. Czując się o wiele żwawiej niż wczoraj, postanawiam, że jednak zasługuję na jeszcze jeden dzień wolny. Skądś pojawia się niedorzeczne skojarzenie z dniami urlopu przysługującymi po śmierci bliskiej osoby. W zaistniałym kontekście lepiej chyba być zabobonną niż cyniczną. Czy może cyniczną jednak lepiej? W końcu czarny humor zawsze towarzyszy najstraszniejszym momentom. Teraz jednak, jeśli mam być szczera, nie jest jakoś wyjątkowo przerażająco. Tak działa ludzka psychika: jeśli będziesz jeść befsztyk w drogiej stołecznej restauracji i nagle zobaczysz na ulicy czołgi, spróbujesz go dojeść, zanim uciekniesz. Bo to jest ta modna knajpa - błyszczą wielkie okna i droga zastawa, krzątają się kelnerzy w stylowych strojach, a do mięsa masz wino albo Krwawą Mary. Kładziesz kawałek delikatnej, krwistej cielęciny na język, pachnie i rozpływa się, przyprawiona doskonałymi sosami. Jest rzeczywista. A czołgi to przecież miraż na wyciągnięcie ręki.
Przez te myśli cieknie mi ślina. Wyciągam z lodówki przedwczorajszy makaron z łososiem z przepisu Jamiego Olivera. Nie wszystkie składniki łatwo u nas zdobyć, ale znam miejsca i sklepy internetowe. Wiem nawet, skąd wziąć w grudniu świeżą domową rukolę. Takie jedzenie to oczywiście nie barszcz ani gołąbki, które na drugi dzień stają się jeszcze lepsze. Jednak makaron, chociaż już nie al dente, całkiem mi smakuje. Będę szczera, fakt, że teraz jadasz jakieś prymitywne dania, wątpię, czy pożywne, z rąk "t-przecinek-Katii", autentycznie przynosi mi złośliwą satysfakcję. I pierwszy poryw, żeby skasować po twoim wyjeździe aplikację Jamiego, bo rozrywki i specjały teraz nie na czasie, znika bez śladu. W końcu czym bardziej niepewne są czasy, tym bardziej ludzie pragną kulinarnych i cielesnych uciech, więc nie warto lekceważyć takich stuprocentowych poprawiaczy nastroju, jeśli możesz sobie na nie pozwolić. Od teraz to, że zarabiałeś mniej, nie będzie stawiać mnie w niezręcznej sytuacji, jeśli zachce mi się smakołyku w supermarkecie; nie będę też musiała co jakiś czas dopłacać za ciebie w restauracjach, cierpliwie czekać, aż zaczną się pojawiać dywidendy od inwestycji twoich rodziców w twoją naukę na wydziale prawa i zatrudnienia cię jako pomocnika sędziego (w praktyce jako gońca noszącego podejrzane grube koperty). Pokarm ma magiczne działanie. Na nic się już nie złoszczę. Nawet na to, że z lustra patrzy na mnie zaniedbane czupiradło. Klepię się sama po dupie i brzuchu i myślę, że najwyższy czas wybrać się na fitness. Bo jak zazwyczaj bywa? Kupujesz sobie abonament, ale wieczorem zawsze coś wypada: jak nie drinki, to kino albo chce się spędzić więcej czasu razem (tobie do siłowni albo się nie chce, albo jest za drogo), a rano trudno się zmobilizować - kiedy obok w łóżku ktoś mocno śpi, samej siebie szkoda. Teraz tego, który spał, zmobilizowano i przygotowanie kondycyjne będzie miał przymusowe i darmowe - a właściwie takie, na jakie można sobie pozwolić za pieniądze podatników. Więc warto i dla siebie wprowadzić reżim, po prostu w bardziej komfortowych warunkach niż stare i domowej roboty urządzenia ze zdjęć waszego koszarowego życia. W końcu skręcam tłuste kosmyki w kok, zauważam, że najwyższy czas się pofarbować, tylko dziwnym trafem nie dostrzegałam wcześniej, że moja geometryczna fryzura z wesołym połączeniem koloru ciemnopopielatego i szmaragdowego zmieniła się w ponuro szaroburomalinową. Naciągam na cały ten zamęt głupawą czapkę i biorę z wieszaka torbę z ubraniem sportowym, która wisi tam nierozpakowana od jakichś trzech tygodni. Mam nadzieję, że wysuszyłam kostium kąpielowy, ale sprawdzę to na miejscu. Płochliwie wypełzam na ulicę jak kret z nory i widzę, że dziś jest nawet trochę słonecznie, następnie konstatuję, że w ciągu miesiąca kraj, a przynajmniej jego zachodnia część, wejdzie w czas, kiedy co drugi dzień - chociaż nie jest oficjalnym świętem - stwarza wspaniałą okazję do świętowania. Oczywiście, takie tradycje ludowe zupełnie nie dziwią. Żeby nie powiesić się z zimna i ciemności, które dominują o tej porze roku, ludzie znajdowali powody, by się odwiedzać, jakoś się rozerwać, napić, odprawiać pogańskie rytuały i dawać dzieciom prezenty. Doczekać Mikołaja, przeskoczyć przez najkrótsze dni, a wtedy światła będzie odrobinę więcej.
Fakt, że kraj jest jednak na drodze pozytywnych zmian, demokratyzacji, europeizacji i tolerancji dla różnorodności, dostrzegasz w miejscach, w których na recepcji przewracają do ciebie oczami w obramowaniu sztucznych rzęs dziewoje niezwykłego pokroju. Jeszcze kilka lat temu by cię ignorowały, bo nie wiadomo, kto w ogóle zgodził się opłacić abonament takiemu nieszczęściu jak ty. Inne klientki w pełnym makijażu i króciutkich szorcikach i topach musiały tak się pocić (czyli siedzieć bez ruchu na trenażerze, nie uroniwszy nawet kropli), żeby faceci ze złotymi łańcuchami zwrócili na nie uwagę. To zupełnie jasny i przejrzysty model biznesowy: wszystko, co panienki w szorcikach inwestują w siebie, muszą odzyskać. Jednak teraz ten zamknięty ekosystem uległ zmianie. Pojawili się zagraniczni studenci i pracownicy IT, którzy dbają o swój wygląd zewnętrzny według zupełnie innego paradygmatu, orientując się według niezrozumiałych dla panienek w szorcikach systemu koordynat. Więc administratorka bierze mój abonament w milczeniu, a następnie szczerze się uśmiecha i pyta, czy pójdę dzisiaj do spa. Odpowiadam, że na spa być może właśnie dziś jest najlepszy dzień, i dziękuję jej, że mi przypomniała, bo sama jakoś na to nie wpadłam.
Na drodze do szafki w szatni muszę minąć dwie babki koło sześćdziesiątki. Stoją całkiem nagie, coś wycierają ręcznikami i ględzą o codziennych problemach. Jedna jest tłusta i okrągła, z kilkoma oponkami wokół talii. Jej pośladki przypominają dwa ziarna fasoli, chociaż każdy z nich jest trzykrotnie większy niż mój. Ja też, zauważcie proszę, mam porządny tyłek. Jej piersi są masywne, prawa zwisa troszkę bardziej niż lewa, aureole wokół sutków są gigantyczne i nieregularne, naprężoną i dzięki temu jędrną skórę pokrywają plamki. Jej przyjaciółka jest absolutnym przeciwieństwem - sucha szczapa ze skórą zrytą zmarszczkami. Krótko ostrzyżone włosy, chłopięca figura, od razu widzę najwyższe wyniki w teście na GTO[1]. Teraz zamiast GTO są PIT, zwrot VAT i inne skróty, którymi babki hojnie sypią w przerwach między omawianiem tego, co dziś o szóstej rano ugotowały dla rodziny. Może faktycznie w tym wieku mniej się chce spać? Są tak różne i tak podobne, łączy je obecność włosów łonowych i brak błysku w oku. Obok nich przeskakuje młoda gazela. Z gatunku tych, które chce się uszczypnąć nawet nie w celach erotycznych (przynajmniej nie przede wszystkim), ale po to, żeby uwierzyć, że nie masz przed sobą mirażu i nie jest to zdjęcie z żurnala przekonwertowane przez sprytny management w 3D i wyposażone w funkcję programowania klientek przez podprogowy, ultradźwiękowy przekaz: "Przychodźcie do nas, a takie będziecie!". Jej ciało pokrywa równiutka oliwkowa opalenizna, oczywiście, że z solarium, ale nie obrzydliwa. Gazela jest idealnie wydepilowana, także na rękach. Depilowanie rąk to dla mnie coś tak perfekcjonistycznego, że nawet nie wiem, jak na nie reagować. Cieniutkie, idealne pasemko włosów na wzgórku łonowym - nie zdziwię się, jeśli jest sztuczne i naklejone albo przynajmniej podfarbowane - dopełnia obrazu. Gazela szybko owija się ręcznikiem i idzie suszyć włosy, nie zdążam obejrzeć jej biustu. Łapię się na tym, że tego żałuję. Ale po chwili ona odwraca się i wyciera swoje delikatne piersi ręcznikiem tak, że kołyszą się przez chwilę jak dwie piłki, pełne czegoś sprężystego i ciepłego. Nawet jeśli tylko silikonu - leję na to, bo wyglądają naturalnie i oszałamiająco. Sutki sterczą jak guziki starego dzwonka przy drzwiach. Cała namaszcza się kremami, różnymi do różnych części ciała, starannie nakłada makijaż, wkłada bluzkę i spódnicę czekające na nią na wieszakach - oczywiście rzeczy prasuje codziennie. Nieobecność błota na średnich obcasach zamszowych botków tylko potwierdza teorię o wirtualności tej istoty, a jeśli ona jest jednak prawdziwa, to delikatne futerko z norek otacza ją ciepłem i wyraźnie ułatwia dożycie do wiosny. Zawieszona na obserwowaniu otoczenia nie zaczęłam się nawet przebierać. Siedzę, odpływam i żałuję dwóch rzeczy: nie umiem szkicować ani nie wiem, jak wyglądać seksownie w stroju sportowym. Nie pozwalam jednak beznadziei pokonać entuzjazmu, wkładam rozciągnięte legginsy i twoją starą podkoszulkę - mówi się, że kiedy brakuje człowieka, nosimy jego rzeczy - sznuruję żarówiaste adidasy i truchtem ruszam do siłowni. Mój trener cieszy się, że mnie widzi. Ja też. Towarzystwo dowcipnego mężczyzny z ładnym ciałem zawsze cieszy. Zaczynam zawzięcie szarpać żelazo. Przysiadam. Przy każdym podejściu wypowiadam głośno numery wycięte na metalu trenażera, jak dziecko, które uczy się liczb. I z jakiegoś powodu po rosyjsku. Czuję, że wyparowują ze mnie resztki przedwczorajszego alkoholu. Zaczynam odpływać. Trener sypie mi cukier do ust. Rozglądam się i myślę, że popularność tego miejsca w godzinach pracy nie może nie dziwić. Mam wrażenie, że mało kto w tym mieście pracuje, ale wszyscy skądś mają kasę na całkiem wygodne życie z elementami niespiesznych rozkoszy.
Wiele kobiet wychodzących z przebieralni ma usta pomalowane na czerwono. Robią selfie i malują sobie rzęsy. Rozkładają ręczniki jak dywaniki modlitewne. Zanim pójdą tańczyć rumbę, salsę czy jeszcze coś innego, ważą się i patrzą w lustro. W grupce ze specjalnymi chustami na biodrach, filuternymi koralami na szyjach i kolczykami w uszach jest jedna ciężarna z okrągłym kilkumiesięcznym brzuszyskiem i na obcasach. O dziwo, nie przeszkadza jej to wycinać hołubców. Ona nie boi się upadku. A ja z jakiegoś powodu się boję. Tancerki przyglądają się mężczyznom w siłowni, zaabsorbowanym swoimi chłopięcymi rozgrzewkami: jeden nawala dwoma linami tak, że wyglądają jak węże, inny wskakuje na skrzynię całymi swoimi stu dwudziestoma kilogramami żywej wagi, przeważnie mięśni, trzeci skacze wokół piłeczki tenisowej, jakby jego krzepkie ciało nawiedził foksterier szczeniak, jeszcze ze trzech nawala w worki bokserskie, dwóch skacze na skakance. Ci, dla których nie wystarczyło sprzętu, po prostu biegają w kółko: w podskokach, drobnymi kroczkami, obracając się wokół własnej osi. Motywują się wzajemnie okrzykami: "Dawaj, dawaj, dawaj!", a następnie zamieniają się zadaniami - tak ważnymi, jakby od ich wykonania zależało co najmniej opóźnienie końca świata. Albo zwycięstwo w operacji wyzwalania kraju.
Kładę się na ławeczce i odkładam hantle. Słucham chrzęstu własnych stawów. Tutaj nie ma takiego zwyczaju, takie rozmemłanie w tym środowisku nie uchodzi. Po prostu leżę sobie i nawijam na palce swoje tłuste włosy, masuję czaszkę, zdrapuję strupy, nabierając pod paznokcie zawartość porów i gruczołów. Skóra boli i wydaje mi się, że łysieję z każdym włosem, który zostaje mi w dłoniach. Oglądam niewyretuszowaną bliznę po wycięciu wyrostka na fototapecie przedstawiającej idealne ciało i zajmującej całą ścianę, nieidealnie obcięte paznokcie w zbliżeniu, niemal makrofotografię potu, pryszczy i owłosienia, a potem przełączam się na zmianę to na szorciki młodej nimfetki ćwiczącej crossfit, to na włochatą rękę groźnego faceta, która rytmicznie ciągnie olbrzymią masę do spoconego czoła. Niemal wpadam w trans. Aż zbliża się do mnie dziewczyna w kanarkowych legginsach i obcisłym topie. Jej wygląd sprawia, że zrywam się, jakby dyrektorka szkoły złapała mnie w toalecie z papierosem. Kanarzyca jednak, nie rzuciwszy na mnie nawet jednego pogardliwego spojrzenia, rozciąga się pod drabinką, podszczypując, poprawia swoją drugą skórę i pozuje koleżance, która natychmiast wrzuca fotki na Instagrama. Ona też kładzie się na ławeczce, ale po to, by - w przeciwieństwie do mnie - szesnaście razy podnieść sztangę równo nad piersiami, które zdradliwie zachowują niewzruszenie wypukły kształt. Nad jej głową widnieje napis: "Marzysz, by zostać programistą?". Dziwne pytanie, jeśli ona nie zwraca uwagi na bladych nerdów w okularach, którzy w towarzystwie trenerów snują się od czasu do czasu między przyrządami do ćwiczeń, podobni do katorżników z nadzorcami. Nigdzie czas nie wydaje się tak złudny jak tu. Kiedy zmieniasz prędkość ruchomej bieżni z chodu na bieg, wydaje ci się, że sekundnik także powinien dwukrotnie przyspieszyć, ale minuty ciągną się bezlitośnie długo. Przyspieszam do dziewięciu kilometrów na godzinę. Puls sto siedemdziesiąt dziewięć. Można dwieście dwadzieścia minus wiek. Powinnam jeszcze się rozpędzić, ale schodzę z bieżni, w półprzysiadzie opieram się dłońmi o kolana, ciężko oddycham - w głowie mroczki. Patrzę na swoje nogi, nawet nie oczekując niczego szczególnie pocieszającego, i wtedy zauważam, że włożyłam legginsy na lewą stronę. Chociaż właściwie nie ma to żadnego znaczenia. Nawet gdybym włożyła je, jak należy, to z powodu worków pod kolanami nie przyćmiłyby wszystkich tych kombinezonów z kawałkami komiksów, które wypełniły przestrzeń wokół. Gdzie mi z moimi łachami do tego żarówiastego napisu BOOM na całym naturalnie wspaniałym tyłku?! Oczywiście klienteli dwa "O" nie wystarczają, żeby pośladki wydawały się krąglejsze. Dlatego do zebrania szwu na środku użyto specjalnej technologii. Moje nieszczęsne rozciągnięte i sprane bawełniane legginsy są zupełnie nie w tym stanie, żeby konkurować z elastycznymi kombinezonami w kamuflaż albo z nadrukowanymi kwiatkami czy nawet liśćmi konopi, które w magiczny sposób, być może dzięki jakimś kosmicznym nanowłóknom, nie marszczą się między nogami właścicielek. Czy może to zasługa tej intymnej chirurgii plastycznej, którą tu reklamują po kursie testowania programów komputerowych i przed leczeniem nadmiernej potliwości? Po niej z kolei proponuje się angielski, a dalej w kółko: bieliznę, restaurację z grillem, masaż, gotowe zdrowe obiady w modnych lunchboxach, domy DUPLEX-KHOLODNOVIDKA, w których nie to, że żyć - umrzeć się nie chce. Ale po chirurgii plastycznej warg sromowych możliwe, że na świat patrzysz inaczej. Bardziej optymistycznie czy jak.
Lustra na ścianach dopasowano do każdego gustu i każdej potrzeby: jedno wyszczupla, drugie pogrubia. Dziewczyna przysiada ze sztangą, a chłopiec trzyma ją za talię, zmusza, by mocniej wypięła tyłek. Za każdym razem musi bardziej się starać, żeby unieść ciężar na ramionach, i zamyka oczy, krzywi usta, przygryza wargę, cała pokryta delikatnym połyskiem świeżego potu. Fanatycznie odchudzająca się tłusta baba z bazaru przy każdym powtórzeniu coraz głośniej jęczy, co uruchamia przed moimi oczami migotliwy kalejdoskop brutalnych frykcji. Między setami ćwiczeń rozmawia o tamponach i odżywkach proteinowych. Należy do tych kobiet, których nic nie powstrzyma, nawet to, że przysiadając z ciężarem, prawie puszcza bąka. Dźwięk zawsze można zamaskować krzykiem, a zapachy są tu tak pomieszane, że można z łatwością skinięciem głowy zrzucić winę na kogoś innego, jak na ukochanego pieska, który odpowiada w takich sytuacjach i za dzieci, i za babcie.
Dzwoni telefon pozostawiony na podłodze. Jego właściciel omawia z jakąś Tetianą Iwaniwną dolara po trzydzieści hrywien, rozliczenie w gotówce - facet ubrany jest w podkoszulkę, którą przywiózł z zagranicy jeszcze w czasach żelaznej kurtyny. Dawni spekulanci i aparatczycy odrodzili się tu jako przedsiębiorcy i emerytowani bandyci.
Wracam do przebieralni. Okazuje się, że mój kostium kąpielowy jest mokry i zatęchły, ale z obrzydzeniem naciągam na siebie lepką tkaninę, upycham włosy pod czepkiem, który momentalnie przemienia mnie w humanoida, i przyssywam do oczu okularki. Ostatni raz założyłam je, kiedy mieliśmy razem popływać, ale po drodze olaliśmy pływanie i poszliśmy melanżować z przyjaciółmi. Tak się cieszyłam z naszej lekkomyślności, że założyłam je na ulicy i chichocząc, chłonęłam reakcje przechodniów. Chichot - to coś tak dziwnego, nie wyobrażam sobie nawet, jak moje apatyczne wnętrzności mogły kiedyś tak reagować. Zza drzwi toalety dobiegają szlochy i pojękiwania. Kobieta-której-nic-nie-powstrzyma skomle na ramieniu smukłej atletki. Ta przejęła nad nią kierownictwo w zagmatwanym świecie siłowych i kardio i automatycznie rozszerzyło się ono na sprawy sercowe. "Rozumiem, młoda laska, przyprowadzi, żeby się pierdolić..." Smagła, idealnie wyrzeźbiona antyczna statua tylko podaje chusteczki i głaszcze po głowie - na statuę to i tak wiele. Dopiero co opowiadała, że nie je makaronu, kiedy jeździ z kochankiem do Włoch. Takie kolibry jak ona żywią się chyba tylko nektarem. Zaraz założy samochodowe futerko od niego. I może po raz pierwszy się zastanowi, czy on może jednak ma rodzinę i czy prawdziwe są jego słowa o długotrwałej separacji.
Nastoletnie dziewczęta z najnowszymi iPhone'ami i wyraźnymi brwiami - wszystkie tu mają brwi, a ja ich nigdy nie miałam - omawiają kłótnie z rodzicami, którzy dają na to wszystko kasę pod jednym warunkiem: że one będą regularnie sprzątać w domu. Naszemu pokoleniu słomianych sierot coś takiego się nawet nie śniło. Nasze nastolectwo przypadło na czas braku światła i ciepła - ten chłód wywiewał wszystko. Bardzo bym chciała ówczesne poczucie tragedii porównać do doświadczeń w okopach. Ale teraz na takie porównania jest ostry ban.
Ratowniczka przy stoliku czyta modlitewnik. Nieszczególnie dogląda ludzi w błękitnej, przyjemnie chlorowanej, przejrzystej wodzie basenu, migoczącej w świetle zimnego słońca. Na drugim końcu toru pobłyskują szczecina i mięśnie mężczyzny, który jak wielka ryba łapie ustami powietrze. Dotyka mnie pod wodą swoją delfinią skórą i czuję, że gdzieś głęboko w torebkach stawowych ud cicho wyłania się chęć, by rozłożyć nogi.
Zanurzam się cała i ogarnia mnie dramatyczna wizja: oto w ten elitarny przybytek trafia bomba. Jeden wielki słup wody i wtedy wśród bryzgów widać w stopklatce przelatujące kąpielówki Waterpolo Galicia. Ich właściciel dopiero co starał się przekrzyczeć pogłos głuchego chlupotania i szumu pomp. Z całej jego ekspresyjnej przemowy moje zatkane wodą i czepkiem uszy wychwytywały tylko pojedyncze rosyjskie frazy: "Szkoda, taki kraj rozwalili w dziewięćdziesiątym pierwszym! Ustrój zły, a kraj dobry!". Spuchniętym jak rozmiękłe rodzynki lwowskim babeczkom trudno było z nim dyskutować. Szukały jakichś wątłych argumentów: "Chciałoby się, żeby chociaż dzieci nie żyły na marne, dla nas już za późno", ale częściej też po rosyjsku pytały: "A-co-mam-robić?". Zanurzały się w wodzie po ramiona, jakby chowały się w piasku, mówiły cicho, niepewnie i powoli. Przed chwilą głośno zaprzeczył: "Dla mnie nie jest za późno!", wyskoczył swoim chuderlawym ciałem na krawędź basenu niczym na trybunę, poprawił niebiesko- -żółte kąpielówki - napis Waterpolo Galicia na prawym fasolkowatym pośladku, lew - na lewym. Złoty akrobata wahadłowym ruchem rytmicznie kołysał się na grubym łańcuchu nad jego zapadłą klatką piersiową ze srebrzystym zarostem. Jeszcze minutę temu babeczki pytająco kiwały swoimi wiecznymi kolczykami w rozciągniętych płatkach uszu i najmocniej, jak mogły, trzymały się piankowych makaronów. A tu - bach! - potężny słup wody unosi je wszystkie w zimowe powietrze. Unosi je aż do nieba. I żadne piankowe makarony ich nie uratują.
Wypływam na powierzchnię i ciężko łapię oddech, wylewam wizję razem z wodą z okularków. Całą ścianę zajmuje baner: "CHWAŁA UKRAINIE! - trójząb - CHWAŁA BOHATEROM!". Wszystko wokół jest na miejscu. Także lęk w moich piersiach, że tego wszystkiego może w dowolnej chwili nie być. Odnoszę wrażenie, że każdy ma w środku malutkiego żołnierzyka, który miota się wciąż tam i z powrotem, podskakuje, co chwilę bierze kogoś na celownik i naciska spust. Zaślepia go pragnienie zabijania. Przy czym nie chce, by wrogowie zginęli niczym mityczna rosa na słońcu, jak w hymnie Ukrainy - pragnie przerabiać ludzi na kawałki mięsa z oczami.
Ale wiesz? Postanowiłam sobie, że co tam! Dla mnie po prostu serfujesz na Bali - pojechałeś sobie z chłopakami gdzieś tam, gdzie zarumieniła swoje kości policzkowe przedwczorajsza rozczulona złotozęba sprzedawczyni. I niech tam te dziewczęta wolontariuszki wyciskają wam sok z pomarańczy do plastikowych torebek i siekają maczetami ananasy, przymykam na to oko. Grunt, żeby nie było nieszczęśliwych wypadków. Jak chłopca z sąsiedztwa, tego z uszkodzonymi kończynami, na wózku. Może maczeta po prostu ześlizgnęła się z twardej skórki owocu lub rekin wpłynął tam, gdzie nie powinien? I nie ma wszystkich tych stacji radiowych, gazet, rozmów na ulicy, rozdrażnionych kierowców i wojskowych, którzy nie zdejmują munduru w czasie przepustki. Jest po prostu moda na militaria. Tak jak na damskie koalicyjki i torebki z wytłoczonym kształtem pistoletu.
Taka jest moja legenda. Zgadzasz się?
Zakutawszy się w szlafrok, ledwie wchodzę na schody. Prowadzę z tobą wewnętrzny, nieprzerwany dialog, którego oczywiście nie słyszysz, nerwowo szuram obok ustawionych w rząd ludzi, którym ziemia ucieka spod stóp. Ale nie wyglądają przy tym na zagubionych, jedynie na skupionych, zdystansowanych i nawet jakoś poczerwieniałych i szczęśliwych. Być może dlatego, że samodzielnie regulują szybkość oraz nachylenie bieżni i mają iluzję kontroli nad własną egzekucją, przez którą na ich plecach przez podkoszulki przerastają skrzydła jak u motyli, zawiązują się pączkami i rozkwitają z kryształów soli, wytrącającej się z ich potu.
Taka jest moja legenda! Jasne dla was wszystkich?!
Ale nikt nie zwraca na mnie uwagi. I nie wiem, czy wypowiedzenie mojego pytania na głos zmieniłoby reakcję publiki.
"Będę-będę-będę-najjaśniejszą-gwiazdą" - śpiewa po rosyjsku na całą przebieralnię kobieta z otwarcie pożądliwą twarzą gwiazdy starego porno i gołym torsem, udekorowanym obwisłymi piersiami. Ugina ręce w łokciach jak kulturyści na zawodach. W jej wykonaniu wygląda to jednocześnie groźnie i śmiesznie. Na tyłku ma trójkąt jaśniejszy niż reszta ciała, ślad po kostiumie. Telefon bez przerwy pika - brzęczą Viber i Messenger.
- Boże, jak ty siebie kochasz! - wykrzykuje do przyjaciółki w koronkowej bieliźnie, która niczym adeptka sekty trójwymiarowej symulacji człowieka wciera w każdą część ciała inny krem. Ale do porannego wzorca jej daleko.
Następnie kulturystka odgryza się w odpowiedzi na kolejny sygnał telefonu:
- Dwunasta zero osiem! O dwunastej powinnam być już umyta!
- Należysz do tych, co będą walczyć do ostatniej kropli krwi! - odpowiada jej koronkowa.
- Za prąd dwieście trzydzieści zapłaciłam - zauważa kulturystka. Na tym kończy niezbyt treściwy dialog, Wkłada polarowy kombinezon w plamki dalmatyńczyka z uszatym kapturem, naciąga złote śniegowce i się zmywa. Naprawdę przypomina psa, który radośnie biegnie na spacer.
Napinam przed lustrem pośladki i ze strachem wyglądam zza ramienia na nieorane pole cellulitu.
Kanarkowa omawia ze swoją fotografką odpoczynek w Alpach.
- W ogóle zdaje się, że niektórzy mężczyźni potrzebują wojny, żeby nie dawać brylancików! - Chwytam jej optymistyczną tezę.
"Krwi? Kropla? Ostatnia? Boże, jak znaleźć przy tym wszystkim natchnienie, żeby umyć włosy?" - myślę i naciągnąwszy czapkę, ruszam do wyjścia przez rozżarzone powietrze przy suszarkach, ale uświadamiam sobie, że zapomniałam zabrać kluczyk z drzwi szafki. Wracam, idę i znów wchodzę do siłowni. Wydaje mi się, że jestem gdzieś w piekielnym labiryncie, który za trzecim razem udaje mi się jednak opuścić.
W holu łysy, postawny młodzian uważnie podjada z plastikowego pojemnika ryż z rodzynkami i popija go koktajlem białkowym. Drzwi otwierają się automatycznie. Pojawiają się w nich duchowny z diakonem i zaczynają wszystkich bez wyjątku kropić. Ktoś się żegna, ktoś się wzdryga, aż dziewczyna z recepcji daje im ofiarę, trzepocząc sztucznymi rzęsami - czy to z przestrachem, czy to ze skruchą.
Ulica jest zupełnie zapadana. Mam wrażenie, że ktoś skubie niebiańską kurę. Pracownik kompleksu sportowego w klapkach na gołych stopach zamiata chodnik przy wejściu i posypuje go piaskiem. Mamy pchają przez śnieg wózki i jest zupełnie oczywiste, że w takich warunkach nie potrzebują siłowni. Pijak odkopuje z zaspy samochód tak fioletowy jak jego twarz. Mam nadzieję, że nie usiądzie za kierownicą. Wzdłuż siedziby związku weteranów Afganistanu, obok której równo pod czarno-czerwoną i niebiesko-żółtą flagą stoją pusta butelka po wódce i karton po soku, na cienkich, lamparcich nogach pingwinim krokiem spieszy duchowa siostra kanarkowej z siłowni. Ledwie jej się udaje minąć z szarym mężczyzną, który całkiem zwyczajnie niesie świadectwo zgonu w plastikowej koszulce i wydmuchuje nos na chodnik.
Na przystanku opasła kobieta kuca i zapala cienkiego papierosa. Mam ochotę się przyłączyć, zamknąć się razem z nią w tymczasowym intymnym świecie przerwy na papierosa, ale przymilają się do niej mężczyźni, którzy przy całej mojej drodze kopią rowy przypominające okopy. Ich kaszkiety i watowane kurtki obsypuje śnieg: wymiana sieci elektrycznej to bezlitosna i odpowiedzialna misja godna superbohaterów.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.