Za Murem. Podróż po Chinach - Colin Thubron

Reflow text when sidebars are open.
Po krótkiej nocy wzeszło słońce, oświetlając krainę tak opustoszałą i obcą, że siedząca obok mnie kobieta pochyliła się do przodu, z dłońmi zaciśniętymi na brzuchu, i wydała zduszony okrzyk: "Och!". Przez trzy godziny wyciągaliśmy szyje przy oknie samolotu, tymczasem Karakorum i zachodnie Himalaje połyskiwały i znikały wśród gór o barwie wielbłądziej sierści, góry przechodziły we wzgórza, wzgórza zaś zagrzebywały się w depresję Takla Makan, najgłębszy bezwodny obszar na ziemi. Na północy z poduszek chmur wystrzeliły na moment ostrza Tien-szan, różowe i niegroźne w promieniach wschodzącego słońca. Po chwili one również zniknęły, a my lecieliśmy wzdłuż południowych obrzeży Mongolii i pustyni Gobi. Chociaż w kraju tym mieszkała jedna czwarta ludzkości, nadal nie widzieliśmy żadnego śladu życia.
Bezmiar własnej ojczyzny najwyraźniej nieco przeraził kobietę.
- Czy pan podróżuje sam? - zapytała. Młoda, konwencjonalnie ładna. Tylko przebarwione zęby wskazywały na historię biedniejszą niż jej sukienka. Współpasażerka chciała wiedzieć, dokąd chcę jechać w Chinach; pośrednio pytała też po co.
Ja jednak nie potrafiłem odpowiedzieć. Otwarcie Chin wprawiło mnie w stan nieznośnego podniecenia. Czułem się jak człowiek, który odkrył nowy pokój w domu, gdzie spędził całe życie. Jeszcze pięć lat temu to państwo było prawie nieosiągalne. Dzisiaj samotny podróżnik mógł spenetrować niemal cały obszar Chin. Ponad dwieście pięćdziesiąt rozmaitych regionów stało się nagle dostępnych, a połączenia kolejowe, autobusowe oraz drogą wodną oferowały możliwość zniknięcia w dziczy. Niemal losowo planowałem przemierzać zygzakiem obszar klasycznych Chin (bez Tybetu i Mandżurii). Droga licząca ponad piętnaście tysięcy kilometrów miała mnie zaprowadzić na zamieszkałe przez różne plemiona tereny nad Mekongiem w pobliżu Birmy, do wschodnich Himalajów oraz wzdłuż Wielkiego Muru aż po jego kres na północnym zachodzie.
Kobiecie odpowiedziałem jednak, nieco zawstydzony (ponieważ żadna Chinka nie mogła zobaczyć tak dużej części własnego kraju):
- Pragnę odwiedzić Pekin i Szanghaj, może popłynę w górę Jangcy, potem do Kantonu i...
Współpasażerka posłała mi swój sztywny uśmiech. Pewnie zastanawiała się, czy cudzoziemiec zdoła pojąć jej naród - ten człowiek z Zachodu z niechlujnym plecakiem (złożyłem go u jej stóp), który nie podróżuje w grupie. Czegóż on mógłby się dowiedzieć?
Nawet w dzieciństwie - okresie intensywnych, niezbornych obrazów - moje wyobrażenie Chin było pełne sprzeczności i przekłamań. Nawet wówczas kraj ten jawił mi się w subtelnych barwach, zabalsamowany przez odległość i egzotyczne obyczaje. Podczas wojny koreańskiej rozmawialiśmy w podstawówce o chińskich bestialstwach.
- Słyszałeś o najnowszej chińskiej torturze? - pytali koledzy, wykręcając komuś rękę czy szyję w nowy sposób. Ostatecznie Chińczycy byli niscy, żółci i wszyscy wyglądali jednakowo. Ich liczebność nadawała im anonimowość. Nie byli do końca ludzcy. Dla mnie jednak ich obraz rozpływał się w mgiełce wodospadów i poskręcanych sosen - Szangri-la z malowideł na zwojach - a idea Chińczyka zawierała paradoksalny element komizmu (związany, jak sądzę, z kucykami oraz suitą z Dziadka do orzechów). Tak czy inaczej, Chiny leżały zbyt daleko, by mogły zagrażać. Kraj ten był - i pozostał - świetlistą układanką.
W głębi naszych wyobrażeń o krajach zalega osad, który prześladuje nas jeszcze długo po rozpuszczeniu się w faktycznym doświadczeniu lub zdrowym rozsądku. Teraz - gdy szybowaliśmy nad wyżętymi stepami Gobi - na pierwszej warstwie zaległy kolejne. W anarchicznym okresie rewolucji kulturalnej, w latach 1966-1976, naród chiński nie tylko został sterroryzowany odgórnie, ale sam - dziesiątki milionów ludzi - stał się narzędziem własnych tortur. Kraj pogrążył się w osobliwej grozie. Milion ludzi straciło życie; około trzydziestu milionów padło ofiarą brutalnych prześladowań, nie sposób stwierdzić, ile milionów umarło z głodu. Bardziej niż liczby przerażało jednak wyrafinowanie okrucieństwa - w jednej tylko prowincji stosowano siedemdziesiąt pięć metod tortur - a teraz moim myślom o tym kraju nieodmiennie towarzyszył tragiczny znak zapytania.
Kobieta szperała w torebce. Za nami rozłożyło się konklawe biznesmenów z Pekinu, z rozpiętymi kołnierzykami i zamkniętymi oczami. Po chwili ogarnęło mnie niemądre przekonanie, że każdy z nich ukrywał przede mną tajemnicę - prostą, doskonałą iluminację. Na tym bowiem polega obsesja cudzoziemca w Chinach. W każdej chwili, za każdym rogiem wybucha dręczące pytanie: "Kim oni są?". Jak mogli tak dać się omamić? Jak mogli zrobić to, co robili? Czy kiedykolwiek się zmienili - ci przedstawiciele narodu wybornej poezji, subtelnych pociągnięć pędzla i bezlitosności?
Miliard niepojętych ludzi.
Pod nami, tam gdzie ostatnie wzgórza Mongolii Wewnętrznej chyliły się na południowy wschód ku olbrzymiej niecce aluwialnej Rzeki Żółtej, dostrzegałem dział między płaskowyżem a równiną, między rolniczym mozołem a dostatkiem, przecinający pionowo atlas ziemi, jakby wykreślono go ołówkiem. Na zachodzie brąz, na wschodzie zieleń.
Za pół godziny mieliśmy lądować w Pekinie - w transkrypcji chińskiej wymowy to Beijing - i może ostatnie chwile w powietrzu uwolniły nas od zahamowań, ponieważ zacząłem wypytywać kobietę o rewolucję kulturalną.
- Co wy na Zachodzie myślicie na temat Mao Zedonga? - spytała.
Powiedziałem, że według nas był nadzwyczajnym, ale nieludzkim przywódcą.
- Tak - rzekła chłodno. - Popełnił błędy.
Błędy! Mao spowodował śmierć wielu milionów ludzi. Niekiedy postępował i mówił o ludziach tak, jakby byli tylko wymiennymi pionkami na ideologicznej planszy. A ona nazywała to błędami. W ten sam sposób Rosjanie mówili o Stalinie. Czując, że oto nadarza się ostatnia (a zarazem pierwsza) okazja, by dać w Chinach wyraz swemu rozgniewaniu, powiedziałem sztywno:
- Całe to cierpienie, jakie zadano pani narodowi! Jak może to pani wybaczyć? - Po chwili dodałem. - Myślę, że on stał się potworem.
Kobieta umilkła i zapatrzyła się w dal gdzieś za mną. Najwyraźniej nigdy wcześniej nie przyszło jej to do głowy. W końcu stwierdziła po prostu:
- Tak.
Z jakiegoś powodu ogarnął mnie wstyd. Niezależnie od tego, co miało oznaczać owo "tak", odległy ton głosu kobiety - jakby przyznawała coś mało istotnego - sugerował, że nie zrozumiałem. Moja współpasażerka zapięła pas.
- Oczywiście nam na Zachodzie trudno sobie wyobrazić... - powiedziałem.
Nam na Zachodzie. Przyszło mi na myśl, że z naszym ostentacyjnym egotyzmem, grubiańską zamożnością i sentymentalizmem musimy przypominać istoty z innej planety. Ktoś mi mówił, że nasze duże stopy i nosy wydają się Chińczykom niedorzeczne, a także że śmierdzimy. Skruszony, zwróciłem się do kobiety:
- Czy my śmierdzimy?
- Tak, oczywiście. - Jej kruchą twarz rozjaśnił uśmiech.
- Bardzo? - Zamarłem.
- O, tak. Nieustannie.
Uznałem, że jej zdziwiony uśmiech ma ukryć zażenowanie. Odsunąwszy się nieznacznie, zapytałem:
- Czy ja śmierdzę?
- Tak.
- Czym? - Było już za późno, żeby się wycofać.
- Słucham?
- Czym? Czym śmierdzę?
- Och! - Kobieta wybuchła śmiechem i ukryła twarz w dłoniach. - "Śmierdzę". Myślałam, że mówi pan "śmieję się". - Przez chwilę nie mogła nic powiedzieć z powodu śmiechu i zakłopotania, w końcu jednak rzekła: - Tylko latem. Ludzie z Zachodu pocą się bardziej niż Chińczycy. To wszystko, to wszystko. Nie, nie śmierdzicie. Tak naprawdę to nie...
Samolot schodził do lądowania.
? ? ?
Cała pekińska metropolia miała w sobie coś bezosobowego i nieukończonego. Często odnosiłem wrażenie, że jestem nie w mieście, ale na placu budowy, gdzie pewnego dnia być może powstanie miasto. Zdezorientowany włóczyłem się po ulicach w poszukiwaniu nieistniejącego rdzenia. Na asfaltowej pustyni dróg wyrastały bloki mieszkalne i instytucje w stylu radzieckim, pozbawione cech szczególnych niczym tektura, a rzędy platanów i topoli bladły pod zbyt rozległym niebem. Czułem, jakby przeniesiono mnie z innej stolicy, z wyobrażonego miasta - cesarskiego Pekinu, którego mury i świątynie zburzono.
Cichymi ulicami sunęły stada dojeżdżających do pracy, wszyscy tej samej płci, w oliwkowozielonych kurtkach i niebieskich kombinezonach. Chłopięce fryzury i poplamione nikotyną zęby robotników podskakiwały i szczerzyły się z zatłoczonych tramwajów i autobusów, podczas gdy ławice dziewcząt o ziemistej cerze, z warkoczami i kucykami związanymi gumką pedałowały solennie wydzielonymi ścieżkami. Przyglądając się mijającym mnie obliczom, zastanawiałem się, czy kiedykolwiek zdołam je poznać. Te oblicza potwierdzały zachodnie stereotypy: nieprzeniknione i jednakowe. Płócienne buty i pantofle z czarnego materiału bezgłośnie stąpały po chodnikach. Uśmiechałem się do co łagodniejszych twarzy. Zaskoczone, odwzajemniały uśmiech. Nikt do mnie nie podchodził.
Nawet plan miasta emanował nieuchwytną obcością. Średniowieczni Chińczycy, wynalazcy kompasu, zaprojektowali stolicę zgodnie ze skomplikowanymi zasadami geomancji, dzięki czemu proste jak strzała ulice i bramy biegły wzdłuż linii świętego pola siłowego, od wewnętrznych pałaców cesarskich ku najodleglejszym zakątkom imperium. Ulice i bramy były tak szerokie i wysokie, pisał zdumiony Marco Polo, że widać wszystko od jednego końca do drugiego, od bramy do bramy.
Mury i bramy, zburzone w niespokojnych rewolucyjnych czasach, zniknęły prawie bez śladu, ale pozostała mistyczna siatka, poszerzona do sześciu lub ośmiu pasów, na których prawie nie widać pojazdów. Jezdnie przecinały zaułki i podwórza niczym niewzruszone prawo, gigantyczna idea przebijająca pulsującą miękkość prywatnego życia.
Takie drogi stanowią miejskie szlaki komunikacyjne, ale są pozbawione wyrazu. Nic nie jest w stanie wytrącić ich z osamotnionego spokoju, jak gdyby całe miasto było złożone z olbrzymich, lecz niemal bezkrwistych arterii, zasilających niewidzialne serce za horyzontem. Nieopodal przejeżdżają z turkotem tramwaje oraz taksówki w stylu rosyjskim, gdzieniegdzie zdarza się szanghaj chińskiej produkcji lub japoński sedan (choć nigdy nienależący do prywatnego właściciela), a tu i tam czarny mercedes lub bryłowata limuzyna "czerwona flaga" przewożą skrytych za zasłonkami dygnitarzy między rezydencją a ministerstwem. Resztę dróg pozostawiono sunącej rzece pięciu milionów rowerzystów.
W miarę zbliżania się do centrum miasta zacząłem zauważać różnice. Ujawniały się w drobiazgach - dziewczyny nosiły spódnice i ostrożny makijaż, na chodniki wyległy stragany z workami bananów, sklecone naprędce sklepiki oferowały tanią odzież. Raz po raz wybuchały sprzeczki, dochodziła do głosu powściągliwa czułość: kobiety spacerowały pod ramię, mężczyzna dotykał ramienia kolegi z pracy. W porównaniu z Pekinem sprzed dziesięciu lat - miasta wciąż zastygłego w purytanizmie rewolucji Mao - wszystko to nie mieściło się w głowie. Zmiany dostrzegało się wszędzie. Pojawiły się wystawy sklepowe, prezentujące fryzury, modę, reklamy - heroldzi łagodniejszego, bardziej egocentrycznego i po ludzku zróżnicowanego życia. Pomiędzy spiętrzonymi na ulicy towarami hasła modernizacji lub planowania rodziny ("aby ojczyzna rosła w siłę i kwitła") przeplatały się z pochwałami mydła w płynie Pszczoła i Kwiat, Perłowego Kremu Królowej Huang czy ogni sztucznych Latająca Wróżka.
Porzuciwszy aleje, ruszyłem bocznymi uliczkami i zagłębiłem się w labiryncie zaułków i podwórek. Te hutongi nadal stanowią żywą tkankę Pekinu, a gdy znajdziesz się w ich wnętrzu, stolica kurczy się do rozmiarów rozpełzłej wioski. Uliczki są pstrokatą plątaniną murów i drzwi, przetykanych miniaturowymi fabryczkami i knajpkami. Każda kolejna ulica to kulejąca improwizacja na temat poprzedniej. Pod próchniejącymi krokwiami wyginają się dachy kryte dachówką. Stulecia nakładają się na siebie warstwami. Współczesne ceglane mury, już rozsypujące się w proch, okalają starożytne werandy, których drzwi zrobione z blachy lub popękanego drewna sosnowego bujają się we framugach ze żłobionego kamienia. Asfalt pod stopami obłazi z olbrzymich, sfatygowanych kamieni brukowych z innej epoki, a ruch uliczny kurczy się do pobrzękującego strumienia ryksz i rowerów.
Gdy czasami zachodziłem pod jedną z takich werand, zastawałem drzwi szeroko otwarte i zaglądałem na podwórko pełne sakw, krzewów w donicach, rowerów i klatek z ptakami. Na podwórzu mogły mieszkać trzy lub cztery rodziny. Przez brudne okna zaglądałem do nagich salonów i kuchni. Ściany ze szkła i drewnianych kratek były cienkie jak papier. Wyobrażałem sobie, jak podmuch wiatru zmiata całą tę scenografię, ale w sierpniu wiatr prawie tu nie docierał. W skwarnym powietrzu unosiła się woń moczu i gnijących ryb.
Mieszkańcy tych uliczek odpływali w samotność i nabierali cech indywidualnych. Kiedy tak plotkowali lub handlowali na maleńkich prywatnych straganach, o dziwo sprawiali wrażenie czystszych i schludniejszych niż domy, z których przybyli. Przestali wyglądać jednakowo. W myślach odróżniałem już śniadego imigranta z południa od wyższego mieszkańca stolicy; nauczyłem się rozpoznawać ciemnokasztanowe włosy dziewcząt z północy. Ludzka masa rozpadała się na portrety - rumiana chłopczyca skakała na skakance z wystrzępionego sznurka; mężczyzna ciągnął żonę na wózku do pracy; obok mnie staruszka kuśtykała na stopach okaleczonych przez krępowanie - miały najwyżej piętnaście centymetrów, a połamane kości tworzyły przy kostce obolałe zgrubienie. Staruszka uśmiechała się słabo do niczego konkretnego.
Ja również straciłem tu anonimowość. Niekiedy na początku wąskiej uliczki członkowie komitetu ulicznego zerkali na mnie z zaskoczeniem ze swoich budek. Raz spróbowałem porozmawiać z trzema staruszkami, którzy sprzedawali używane książki, ale utkwili we mnie nieme spojrzenia. Kiedy stanąłem w kolejce po mleko, zagadnięte przeze mnie kobiety tylko głupawo się uśmiechnęły i zasłoniły usta małymi, niebieskimi świadectwami zameldowania.
Podejrzenie, że ci ludzie na zawsze pozostaną niedostępni, wzbudzało we mnie niepokój, który starałem się tłumić. Niczym niepewne dziecko, zacząłem tęsknić za jakąkolwiek formą kontaktu, choćby przemocą. Zwyczajni ludzie nazywają siebie laobaixing, "stare sto nazwisk" (aluzja do stu najczęściej spotykanych wśród nich nazwisk, używanych od wieków), a ów poruszający tytuł nabrał dla mnie nagle straszliwej anonimowości. Zatrzymywałem się przy otwartych drzwiach i oknach - każdej perforacji w jelitach tych zaułków. Jednak spotykałem się tylko z milczeniem, pustką i zdumieniem. Ludzie Zachodu, którzy spędzili wiele lat w Azji Południowo-Wschodniej, mówili często, że Chińczyków nie sposób poznać. Dawniej im nie wierzyłem. Niewykluczone jednak, że byłem w błędzie. Chaotyczne lektury w Anglii nie tyle dały mi wiedzę, ile wzmogły ciekawość. W minionym roku przez kilka godzin dziennie uczyłem się mówić (ale nie pisać) po mandaryńsku. Ale teraz często nie rozumiałem ulicznego dialektu. W Rosji, po przebiciu się przez naskórkową posępność, wkraczało się w ludzki żywioł, ale tu, w Chinach, próżno było szukać identycznego świata. Ludzie okazali się bardziej nieprzeniknieni, pełni rezerwy, bardziej zdyscyplinowani, przepełnieni wielowiekową formalną uprzejmością, na tyle uwewnętrznioną, że nie dawało się jej szybko przebić. Ogarnęła mnie panika. Wcześniej sądziłem, że moje fragmentaryczne wyobrażenia o Chinach muszą się złożyć jak poszczególne kawałki drukowanej ilustracji, tworząc spójne linie i autentyczne kolory. Teraz jednak nie miałem już tej pewności.
Zaułki wlewają się na plac Niebiańskiego Spokoju niczym strumienie wpadające do morza. W życiu nie widziałem równie jałowej przestrzeni miejskiej. Nawet grupy Chińczyków stopniały tu do meandrujących stonóg. Na płytach chodnikowych wymalowano numery dla grup podczas oficjalnych demonstracji; w szeregu mieściło się ponad pięćset osób. Plac mógł pomieścić pół miliona ludzi. Właściwie był to nie tyle plac, ile kamienne pole - ponad czterdzieści hektarów pustki, okolonej w oddali budynkami publicznymi. Na wschodzie i zachodzie (mieszkańcy tego miasta wzniesionego wedle zasad geomancji zawsze podają położenie zgodnie z kompasem) rozpościerają się funkcjonalne kolumnady Wielkiej Hali Ludowej oraz Muzeum Historii Chin i Muzeum Chińskiej Rewolucji - pozostałości z czasów sojuszu chińsko-sowieckiego. Na frontonach kładły się rzeźbione czerwone flagi i żółte gwiazdy. Budowle te stały się architektonicznymi dinozaurami, zdrętwiałymi od własnych kolosalnych rozmiarów. Puste prostokąty, podobnie jak otaczające je miasto, zdawały się czekać na tożsamość.
Na północy wznosiła się olbrzymia brama, z której Mao Zedong 1 października 1949 roku obwieścił narodziny nowych Chin. Z tej bramy, wejścia na sekretny teren Zakazanego Miasta, edykty cesarskie spuszczano w dziobie złoconego feniksa, a za bramą kryte żółtą dachówką dachy ponadczasowego sanktuarium nadal lśniły i zwielokrotniały się wśród drzew. Dzisiaj na bramie wisiał portret Mao - ostatniego cesarza - a mury cesarskiego pałacu pokryto egzorcyzmami sloganów komunistycznych.
Właśnie tu milion hunwejbinów oddawało mu cześć w delirycznym oceanie czerwonych flag i książeczek, po czym pędziło, by robić rewolucję. Również tutaj, dziesięć lat później, zbuntowane tłumy - zniechęcone despotyzmem Mao - wlały się na plac i wzniosły górę z wieńców na cześć Zhou Enlaia, a gdy nocą wieńce usunięto, ludzie wzniecili zamieszki, które zostały brutalnie stłumione.
Kiedy zatrzymałem się przy jednym z szerokich wejść na plac, podszedł do mnie smutny człowiek, przyglądając mi się zza okularów tak krótkowidzącym wzrokiem, że sądziłem, iż musiał mnie z kimś pomylić. Jego angielszczyzna była ujmująco niepewna.
- Przepraszam pana. - Sięgnął do kieszeni. - Chce pan kupić? - Nawet stojąc nieruchomo, sprawiał niebezpiecznie niezborne wrażenie, jakby lada chwila miały się pod nim ugiąć nogi. - Chcę studiować w Ameryce. - Wyjął trzy monety z otworami, nanizane na gruby sznurek. - Są z dynastii Tang. Kupuje pan antyki?
- Skąd pan je ma?
- Pochodzą z Luoyang w prowincji Henan. - Śmiertelnie blada twarz mężczyzny przysunęła się do mojej. - Pochodzą ze starych grobów.
Uważniej mu się przyjrzałem. Mężczyzna musiał być nędzarzem. Policzki zapadały się w dwa wygłodniałe półksiężyce. Miał może trzydzieści osiem lat, ale już był stary.
- Nie mogę ich kupić - powiedziałem łagodnie. Nie chciałem tych monet (a wywożenie ich było nielegalne).
Mężczyzna przysunął twarz jeszcze bliżej. Oddech miał astmatyczny.
- Muszę wyjechać do Ameryki. Mają tam specjalny kurs. Potrzebuję dwustu pięćdziesięciu dolarów. Potrzebuję... To są autentyczne monety. - Żałośnie przesypał je w palcach. - Wykopali je wieśniacy. Wieśniacy są moimi przyjaciółmi.
- Ze szkoły?
- Tak. Dawni koledzy.
Teraz zrozumiałem. Przed sobą miałem przedstawiciela straconego pokolenia młodych ludzi, których rewolucja kulturalna wyrwała z liceów i uniwersytetów. Część na zawsze utknęła na wsi; inni wrócili, sprowadzając do miast bezrobocie i drobną przestępczość. Ta milionowa rzesza uosabiała wspomnienie o głębokim, zbiorowym szaleństwie; ów rozziew między pokoleniami będzie się utrzymywać, dopóki ci ludzie nie poumierają.
Temu człowiekowi powiodło się lepiej niż innym. W Luoyang został nauczycielem matematyki w niższych klasach, podczas gdy jego koledzy szkolni dalej orali ziemię pełną grobów. On hołubił marzenie o uniwersytecie.
- Dziesięć dolarów za te trzy monety. Da pan radę tyle zapłacić?
- Nie mam dolarów.
Na jego twarzy pojawił się wyraz pokonanego, przybitego człowieka, przywodzący mi na myśl bezdomnych z Zachodu. Jednak w Chinach nikt nie zostawał bezdomnym dobrowolnie. To system usunął mu się spod nóg. Spojrzałem na workowate spodnie i wystrzępione sandały. Co prawda, miałem przy sobie garść chińskich monet, ale wstydziłem się je zaoferować.
- Może znajdzie pan Amerykanina...
- Nie mogę.
W końcu zszedł do dwóch dolarów, a ja przestałem mu ufać. Kim tak naprawdę był? Może wcale nie nauczycielem, ale po prostu jednym z tysięcy studentów, którzy nielegalnie wrócili, już niemłodzi, z wiejskiego wygnania, nie mogli zdobyć pozwolenia na pracę, handlowali podrobionymi antykami, czymkolwiek. Ten człowiek miał w sobie coś z okaleczonego szlachectwa.
Nieoczekiwanie skłonił się, powiedział: "Przepraszam", i zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, podreptał na chudych nogach i znikł.
Moje schronisko było typowym przykładem taniego lokum, w którym pozwalano zatrzymywać się ludziom z Zachodu. Pekin zalała fala turystów, lepsze hotele były okupowane przez grupy. Nieliczni samotni podróżnicy - objuczeni plecakami studenci z Australii, Skandynawii i Ameryki - zostali upchnięci w lichym schronisku na południowych przedmieściach. Jednak dawny apartheid nadal odgradzał nas od chińskich podróżnych. W schronisku nie było ani jednego. Człowiek mógł przemierzyć cały kraj i nigdy nie usiąść obok Chińczyka. Podział ten funkcjonuje na statkach i w pociągach (gdzie cudzoziemcy zajmują wygodniejsze siedzenia i koje), w restauracjach (gdzie prowadzi się ich do okazalszych, osobnych sal), nawet w niektórych sklepach. Zupełnie tak jakby znienawidzone podziały, wprowadzone przez zachodnich kolonizatorów w minionym stuleciu, zostały narzucone ponownie - na zasadzie masochistycznego odruchu - przez samych Chińczyków.
Bariery te wyrastają w istocie z dawnego kompleksu wyższości połączonego z jego przeciwieństwem, z głęboko zakorzenionego chińskiego instynktu chronienia własnej odrębności kulturowej, zmieszanego z dumą z gościnności oraz ponadczasowym lękiem przed śmiesznością, przekonaniem, że - a nuż - Zachód wyprzedził ich pod względem materialnym. Jednak samotny podróżny, który wędruje po lokalnych restauracjach i herbaciarniach albo wkracza do przedziału kolejowego najniżej klasy, widzi, jak system się rozpada, a w odleglejszych rejonach kraju nie ma po nim ani śladu.
Nawet w moim schronisku systemowi groziło załamanie. Na korytarzach i w holach niosło się echo jak w opuszczonym klasztorze, po ścianach maszerowały mrówki. W pomieszczeniu sąsiadującym z moim pokojem dyszał bojler, którego bełkotanie i ryki dolatywały przez wyłamane drzwi. Wszędzie panował nieuchwytny, ale osobliwie chiński zapach, który miał mi towarzyszyć w całym kraju. Może tak zionął nagromadzony przez lata tłuszcz.
Nic nie łagodziło poczucia wyobcowania. Letargiczny personel - dwie dziewczyny chichoczące za biurkiem na każdym półpiętrze - prowadził bierną wojnę z klientami. Obie strony darzyły się wzajemną wzgardą. Większość turystów z plecakami zachowywała się tak, jakby Pekin był przedmieściem Sydney czy Hamburga; nie okazywali zainteresowania odmiennością, bądź też wzbudzała w nich gniew. Rozmowy w schronisku dotyczyły cen rozmaitych przedmiotów, nie zaś ich dziwności czy oryginalności. Pod względem izolacji dorównywaliśmy w pełni samowystarczalnej, zorganizowanej grupie turystów. Nawet w stołówce zatriumfowało marne, zachodnie jedzenie.
Za oknem metropolia pogrążyła się w wiejskim stuporze. Nie było książek telefonicznych, brakowało planów miasta. Nieliczne taksówki niechętnie się przemieszczały, autobusy pękały w szwach. Kupowanie biletów mogło zająć całe przedpołudnie. Zupełnie jakbyśmy mieli do czynienia ze spiskiem, mającym na celu unieruchomienie całej ludności. Jedynym prostym rozwiązaniem było pozostanie tam, gdzie człowiek już się znajdował.
Na wynajętym rowerze uciekłem na ulicę, którą chybotliwie jechałem obok apatycznych tłumów innych cyklistów. Niektóre rowery wyposażono w boczne przyczepy dla dzieci lub tylne dla starszych pań albo przerobiono na ryksze. Jednak większość rowerów była prawie taka sama. Żadnych lampek, pompek, przerzutek (mój nie miał też hamulców). Senny potok rowerów działał uzależniająco. Wszystko rozgrywało się w zwolnionym tempie. Na skrzyżowaniach zbliżaliśmy się do siebie ze spokojnym rozmysłem ryb albo wylewaliśmy się en masse na rondo i ogłuszaliśmy nieprzepisowych przechodniów ospałymi dzwonkami.
Młodsze kobiety jechały w plamach ostrożnych barw. Pojawiły się dżinsy i zawadiackie słomkowe kapelusze. Rozcięcia spódnic odsłaniały podkolanówki na miarowo pedałujących nogach. Najnowszym krzykiem mody były ozdobione gwiazdkami siateczki na włosy.
Wczesnym rankiem lub o zmierzchu strumień rowerzystów wzbierał i zatykał się, na przystankach autobusowych czekały setki ludzi o znużonych twarzach. Mimo to w pierwszych dniach ulice wydały mi się uderzająco puste. Ludzie zwijali się do snu na każdym skrawku trawy czy cienia albo wyciągali się z tyłu parkujących ciężarówek. W samym sercu tego purytańskiego miasta, pod murem pałacu cesarskiego, kucnęła kobieta, zsunęła koszulę z ramion i przystawiła dziecko najpierw do jednej, potem do drugiej piersi. Tuż obok spał żebrak, z poczerniałą dłonią wciąż wystawioną po jałmużnę; dziesięciolecia żebraniny rozchyliły ten odwrócony szpon. Pobliskie ogłoszenie przestrzegało przed wypadkami drogowymi. Fotografie przedstawiały rząd trupów w kostnicy miejskiej, rzuconych dość niedbale na wózki; rowerzystka leżała w kałuży krwi wśród poskręcanego żelastwa. Na innych zdjęciach widać było w zbliżeniu jej twarz. Wzdragając się, dostrzegłem, że te ostrzeżenia przynależały do obcej nam równowagi rzeczy: służbie jednostki masom, nawet po śmierci.
Chena poznałem na wyciągu krzesełkowym, kursującym na Pachnące Wzgórza na północno-zachodnich obrzeżach miasta. Traf chciał, że usiedliśmy na tym samym podwójnym krzesełku, co niejako narzuciło nam bliskość. W dole zostawały z tyłu cętkowane zbocza, przed nami zaś wznosił się szczyt spowity w mgiełce.
- Co ludzie robią w tym parku? - spytałem (ożywiając swój mandaryński).
- Nic nie robią - odparł, po czym dodał: - Tutaj przychodzi się w niedzielę z dziewczyną. Może ludzie trochę się całują.
Chen zwrócił ku mnie chłopięcą twarz. Mógł mieć od dwudziestu do czterdziestu lat. Jego brwi drgały nerwowo w górę i w dół nad okularami. Wyglądał zaskakująco szelmowsko. Po chwili wyznał, że przed ślubem przychodził tu z dziewczyną.
- Widzisz tamte ptaki w dole? - Wskazał zieloną plamę wśród drzew. - To są ptaki szczęścia. Podobno przynoszą szczęście.
- I przyniosły?
- Jeszcze nie wiem. - Na twarzy Chena zagościł surowy, przelotny uśmiech.
Na krzesełkach zjeżdżających z góry pary siedziały nieruchomo, jak na portretach. Młoda dziewczyna mocno trzymała mężczyznę za ramię, on tymczasem żuł pestki słonecznika i odwracał wzrok, plując łupinami. Potem minęli nas dwaj starsi mężczyźni z innego świata - patrzyli w dół i śmiali się nerwowo. Kolejna para siedziała wyprostowana. On mocno splótł dłonie, ona ściskała torebeczkę i parasolkę, racząc towarzysza uśmiechniętym profilem. Na jej drugim policzku płonęło znamię. Z głośników na górze płynął walc Nad pięknym modrym Dunajem.
Ja tymczasem usiłowałem złożyć życie Chena. W ciszy zdawało się, że nasze słowa nie do końca do nas należą. Chen mówił jakby do wzgórz przed nami i czułem, że zaraz po dotarciu na szczyt odejdzie. Po rewolucji kulturalnej wrócił z wygnania, by objąć posadę w rządzie lokalnym.
- Wielu moich przyjaciół, zdolniejszych ode mnie, nigdy nie doszło do siebie - mówił. - Zostali na wsi nawet siedem lat. Dzisiaj są zwykłymi robotnikami.
Krzesełko sunęło nisko nad ziemią. Tuż pod naszymi stopami przesuwały się niezapominajki i powój. Chen przyciskał palcami rzadkie włosy.
- Te czasy już minęły. Lepiej o nich zapomnieć.
Chłopięcość Chena przykrywała tylko cienką warstwą zmarzlinę emocjonalną. Nawet jego uśmiechy sprawiały wrażenie wypożyczonych. Z żoną i dzieckiem mieszkał w jednym pokoju; kuchnię i umywalkę dzielili z trzema rodzinami, telefon zaś ze stoma. Chen kąpał się w pracy. Jego zwyczaje nie wynikały jednak wyłącznie z konieczności. Potrzeby wygodniejszego życia zostały zduszone w zarodku, jakby rewolucja kulturalna brutalnie narzuciła naturalny ascetyzm, a pragnienie samo w sobie stanowiło zagrożenie. Mimo to przypuszczam, że Chen był ambitny. Stłumione potrzeby wyrażały się w nagłych wybuchach słów. W takich chwilach drganie brwi przestawało być komiczne, wyglądało jak gwałtowny tik samoudręki.
- My, Chińczycy, jesteśmy introwertycznym narodem. Nie okazujemy wiele. - Splótł palce na piersi. - Cudzoziemcy wyrażają znacznie więcej, niż my bylibyśmy w stanie.
- Według ciebie to jest brzydkie?
- Tak, czasami. Chińczycy pracujący z cudzoziemcami mówią o ich, przepraszam, arogancji. Nie chodzi o to, że obcych się tutaj nie lubi, ale gdy ludzie widzą ich specjalne przywileje, myślą sobie: "To jest nasz kraj. Dlaczego inni mają być w nim lepiej traktowani?" - Chen nie cierpiał specjalnych hoteli oraz "sklepów przyjaźni", dostępnych tylko dla turystów i chińskiej elity; podobnie nie cierpiał bonów wymiany obcej waluty[1], za którą można było kupić luksusowe towary. - To nie znaczy, że chcę tych rzeczy dla siebie. Byłem w "sklepach przyjaźni" i nic stamtąd nie chcę. To nie w moim stylu. - Ruchem dłoni odrzucił cały ten przepych. - Wolę rzeczy praktyczne. Po prostu praktyczne. Czy to nie lepsze? - Teraz mówił wysokim, napiętym głosem. - Myślę, że za kilka lat te wszystkie przywileje i różnice zostaną zlikwidowane i skończy się ten... ten... - Obnażył zęby. - System nierówności. - Chen urwał, na skraju czegoś groźnego, a może tylko nieuprzejmego.
- Może kiedy bardziej się do siebie upodobnimy... - zacząłem skrępowany.
- Już jesteśmy do siebie podobni. Nasza młodzież stała się bardziej cyniczna. Chce tylko żyć. Większość sloganów zniknęła z naszych ulic. Partia odwróciła się od polityki do ekonomii.
- Jesteś w partii?
- Tak, i jestem z tego dumny. - Z jakiegoś powodu się zaśmiał. - Istnieje niebezpieczeństwo, że całkowicie zapomni się o ideologii. Dlatego potrzebujemy partii. - Szczyt wzgórza już nie krył się we mgle. Dojeżdżaliśmy. - Powiedziałeś, że jesteś pisarzem, tak? Proszę, napisz więc tak: "Nasz kraj potrzebuje partii". Proszę, nie zapomnij.
? ? ?
Osobliwa nazwa ulicy Wangfujing, Studnia Książęcych Rezydencji, świadczyła o tym, że ta pstrokata mieszanina betonu i cegieł - centrum sklepowe Pekinu - była kiedyś arterią pałaców. Okoliczne zaułki - Świński Targ, Targ Lampionów - przypominały o zawodach, które już dawno zmieniły się albo zniknęły.
Dzisiejsze Wangfujing, ożywione i pozbawione stylu, kipiało supermarketami i zagranicznymi sklepami. Na stoisku z zabawkami w Domu Towarowym Numer Jeden leżały lalki podobne do niemowląt, otulone w różowe lub niebieskie futerka, a także regiment pand bez wyrazu. Jednymi zabawkami wojskowymi były czołgi i blaszane pistoleciki. Wśród autobusów, furgonetek i pociągów nie widziałem samochodów. Grupa chłopców wpatrywała się z bezradną fascynacją w "elektronicznego żuka sterowanego dźwiękiem", który kosztował ponad połowę przeciętnej miesięcznej pensji.
W dziale kosmetycznym na Rynku Wschodniego Wiatru potrójne rzędy kobiet tłoczyły się wokół szminek i tuszu do rzęs. Szminki sprzedawano w dwóch prostych, jaskrawych kolorach. Nikt nie śmiał ich tknąć. Klientki kupowały za to puder i krem do twarzy; jak zaczarowane w milczeniu wbijały wzrok w ekspedientkę demonstrującą użycie tuszu do rzęs.
W dziale elektronicznym mężczyźni wpatrywali się w dwa telewizory, ale te raz po raz się psuły. Półki uginały się pod ciężarem chińskich magnetofonów kasetowych, radioodbiorników tranzystorowych i wież. Wielu klientów było rolnikami ze wsi, którzy kupowali z wielką rozwagą. Pewien starszy pan zapłacił plikiem banknotów o nominale pięćdziesięciu kuai[2] za czarno-biały telewizor, kosztujący więcej niż wynosi półroczna pensja robotnika. Beznamiętna ekspedientka obwiązała telewizor sznurkiem, ale staruszek rozwinął sznur okręcony wokół pasa, oplótł nim telewizor, po czym zataczając się, odmaszerował.
Nieco dalej wszedłem do sieci schronów przeciwatomowych pod Pekinem. Ich budowa, rozpoczęta w 1969 roku, w okresie lęku przed inwazją radziecką, trwała dziesięć lat. Obecnie ziemia pod każdym większym miastem w Chinach przypomina zgniły ser. W jednej chwili stałem w sklepie odzieżowym bez gustu, w następnej - po naciśnięciu guzika - podłoga za ladą się rozsunęła i zstąpiłem po stopniu w labirynt stęchłych korytarzy. Drogę słabo oświetlały neonówki i, co pewien czas, nieziemskie żyrandole. Po pstryknięciu przełącznika żelazne drzwi zasunęły się cicho jak w bajce o Ali Babie. Nieco dalej druga podłoga-atrapa odjechała, tworząc żelazne schody, i zszedłem głębiej w mroczną jamę. Na ścianach połyskiwała wilgoć, korytarzami biegły rury z wodą. Powietrze nagle się ochłodziło.
Po pewnym czasie dotarłem do sali, w której przewodniczka wygłaszała wykład, sporadycznie odwołując się do podświetlonej mapy opartej o ścianę. Przewodniczka powiedziała, że podziemne tunele ciągną się pod całym miastem. W razie ataku atomowego dziewięć milionów mieszkańców może się skryć pod ziemią jak susły i przetrwać tam pięć dni. Ta część obsługiwała wszystkie sklepy na ulicy nad nami, wraz z dwoma tysiącami sprzedawców i mniej więcej dziesięcioma tysiącami klientów. Pracownicy sklepów sami wykopali schrony, bez użycia maszyn. Później zainstalowano klimatyzację, generator prądu, ujęcia wody. Do labiryntu prowadziło dziewięćdziesiąt zamaskowanych wejść, po jednym z każdego sklepu, a zdaniem przewodniczki ulicę można było oczyścić z ludzi w ciągu sześciu minut. Siedem innych przejść prowadziło stąd do większej sieci, dokąd ludzie mogli uciec z centrum miasta tunelami długości szesnastu kilometrów albo dotrzeć do kolejki podziemnej i przejechać nią do Zachodnich Wzgórz, oddalonych o dwadzieścia pięć kilometrów.
Te cudowne twory masowego przymusu lub woli zawsze wywoływały we mnie niemą łatwowierność. Przeszłość wprost się od nich roiła. Olbrzymie jeziora przy Zakazanym Mieście i Pałacu Letnim wykopano wyłącznie siłą ludzkich rąk, a Wzgórze Węglowe - najwyższy punkt Pekinu - usypała armia bezimiennych rekrutów. Liczący blisko tysiąc osiemset kilometrów Wielki Kanał między Pekinem a Hangzhou wykopało w VII wieku pięć i pół miliona ludzi; do budowy grobowca pierwszego cesarza Chin zaangażowano siedemset tysięcy rzemieślników i niewolników, pracujących od początku do końca jego panowania; Wielki Mur...
Mimo to patrzyłem na przewodniczkę z rosnącą niechęcią. Górne korytarze schronu leżały zaledwie osiem metrów pod powierzchnią ziemi. Eksplozja jądrowa zmieniłaby ten labirynt w masowy grób, zbyt upiorny, by można było go sobie wyobrazić.
- Szczelne drzwi zapobiegają przedostawaniu się pyłu radioaktywnego i światła - mówiła przewodniczka. - Ściany są odporne na wstrząsy. - Jej pogodna twarz przybrała wyraz nieco grubiańskiej prostoty. - Nasze hasło brzmi: "Gotowość na katastrofę...".
Sam nie wiem, może miała rację. Z ulgą dowiedziałem się jednak, że po 1979 roku ta kamienna dżungla zmieniła przeznaczenie. Obecnie mieściły się w niej restauracje, szpitale, biblioteki, ponad sto hoteli, tor do jazdy na wrotkach, kina, a położone nad schronami sklepy zajęły tysiące pomieszczeń na magazyny i studia.
- Czy nadal boi się pani ataku nuklearnego? - spytałem.
- Nie - odparła zdecydowanie przewodniczka po chwili namysłu.
Nieustannie czułem, że gdzieś pod powierzchnią tego miasta pulsuje życie, które mi umykało. Wieczorem zauważyłem drzwi, przez które wychodzili ludzie z przylizanymi włosami, niosący plastikowe torby: łaźnia publiczna. Poczucie otaczającego mnie ostracyzmu kazało mi wejść. Chyba liczyłem na to, że wraz z ubraniem znikną bariery mentalne. Nago trudniej będzie zachować formalność.
Wszedłem do sali pełnej drewnianych łóżek. Pomieszczenie było utrzymane w szkolnych kolorach: płowym i jasnozielonym. Także wnęki pachniały szkołą - każda wąska jak deska, w każdej znajdowała się zamykana szafka. Dojmująco czułem, jak z nieprzeliczonych prycz śledzą mnie oczy, senne od pary oczy osłonięte ręcznikami. Ludzie unosili okulary, wycierali i zakładali ponownie, by się przyjrzeć intruzowi; rozległ się zdumiony szmer.
Po znalezieniu wnęki zrzuciłem ubranie. Teraz przyglądała mi się cała sala. Okutane głowy poruszały się i wyzierały znad przegród. Naprzeciw mnie siedział starszy mężczyzna, którego obwisłe piersi i brzuch układały się w trzy oleiście gładkie fałdy. Właśnie wyciągał rękę po kubek z herbatą, ale wtedy mnie dostrzegł i zamarł, z ręką wyciągniętą jak bezsensowny semafor, potem wyprostował się i wbił we mnie wzrok. Czyżby to cudzoziemskie ciało - białe, owłosione (względnie) i pogryzione przez komary - było realne?
Dołączyłem do przesuwającej się kolejki, chwyciłem ręcznik ze sterty, po czym wszedłem do sali kąpielowej wyłożonej białymi kafelkami. Około stu ludzi mydliło się tu pod prysznicami, inni leżeli w parujących sadzawkach niczym narkomani. Nago jeszcze bardziej przypominali naród chłopców. Nie widziało się rozbudowanych mięśni lub otyłości zachodniej, brakowało biernej masywności Rosjan. Skóra tych ludzi była wolna od zmarszczek i skaz. Pozbawione owłosienia klatki piersiowe i wąskie ramiona miały w sobie coś lapidarnego, niemal wytwornego. Kończyny mieli szczupłe, bezkształtne. Wielu sprawiało wrażenie niedożywionych.
Rytuał kąpieli polegał na powolnym gotowaniu się w trzech połączonych zbiornikach, każdy był gorętszy niż poprzedni. Z oporem wślizgnąłem się do najchłodniejszego i z nadzieją na anonimowość zanurzyłem się, wystawiając tylko małą, oszołomioną głowę. Głowy innych mieszkańców sadzawki odwróciły się w moją stronę - bezcielesne twarze o niemal zamkniętych oczach. Niczym krewetki przycupnęliśmy na podwodnym szelfie wokół niecki.
Wkrótce przesycone parą powietrze wywołało rozkoszną indolencję. Odchyliwszy głowę, utkwiłem spojrzenie nieruchomych oczu w przeszklonym suficie. Moje stopy uniosły się jak u sybaryty. Czas stanął w miejscu. Wszystko rozmyło się w zjawy. U innych nawet mruganie powiek zwolniło apatycznie, rozmowy zaczęły przypominać majaczenie przez sen.
Popatrzyłem na ludzi pozostających poza wodą. Mężczyźni kucający na brzegach basenu mydlili się pod pachami lub w kroczu z osobliwą delikatnością, jakby odpędzali wyjątkowo drobne pchły. Inni myli się pod prysznicami, gawędzili w nagłych potokach słów albo szorowali stopy czarnym pumeksem. W grupie tej stało kilku starców chudych jak bociany. Łopatki sterczały im jak na plakatach o głodzie. Po kafelkach poruszali się ze straszliwą, bolesną ostrożnością, a w kąpieli zanurzali się niczym w grobie.
Długo zbierałem się na odwagę, by przepełznąć do sąsiedniej, głębszej sadzawki. Kiedy to uczyniłem, woda wydała mi się rozżarzona. Przez chwilę leżałem na kafelkach, ciężko oddychając. Nade mną unosił się kłąb pary, kolejne głowy zwróciły się w moim kierunku. Ludzie szeptali coś konspiracyjnie, ale rozchylali wargi w anielskich uśmiechach i ekstatycznie odrzucali głowy w tył. Tutaj wszystko - nawet zdumienie - zwolniło do tempa snu.
W końcu otoczył mnie krąg uśmiechniętych twarzy. Jedna z nich nieoczekiwanie przemówiła:
- Witaj. Bardzo się cieszymy, że jesteś w naszej łaźni.
- Ja też się cieszę, że jestem w waszej łaźni.
Usta rozchyliły się, odsłaniając równe, połyskujące zęby. Głowy zafalowały. Ludzie na brzegach sadzawki przyłączali się z pozdrowieniami. Odniosłem wrażenie, że za chwilę zostanie powołany komitet, pojawią się drinki i toasty. Moja nadzieja na nieformalność zamieniała się w groteskę.
Przełożywszy nogę przez krawędź sadzawki, wsunąłem ją do najgorętszego zbiornika, podzielonego na trzy niecki czystej udręki. Już chciałem się cofnąć, ale unoszące się na wodzie głowy obserwowały moje poczynania. Centymetr po centymetrze zanurzyłem się w płynnym piekle i stanąłem, nie śmiejąc drgnąć.
W sąsiedniej sadzawce pływał beztrosko starszy pan. Najpierw na mnie spojrzał, potem z niedowierzaniem zamknął oczy. Zdumieni, przypatrywaliśmy się sobie nawzajem. Oglądany przez parawan pary, przywodził mi na myśl zdjęcie Mao Zedonga przepływającego Jangcy. Może tak naprawdę wcale go tam nie było. Oczy zaszły mi mgłą, pewnie z bólu. Jego głowa znajdowała się nie dalej niż pół metra ode mnie, ale wkrótce staruszek stał się tylko miną w eterze, jak uśmiech Kota z Cheshire. Słychać było tylko chlupot i bulgotanie wody. W dalszej sadzawce inny starzec leżał z rozłożonymi nogami i chwytał brzeg basenu palcami stóp, niczym rodząca kobieta.
Nie wiem, jak długo leżałem w udręce, ale w końcu wygramoliłem się z wody zaniepokojony zawrotami głowy. Od szyi w dół pokrywały mnie malinowe oparzenia. Stąpałem ostrożnie, jak stworzenie, które dopiero co się wykluło. Ciepłe kafelki wydawały się chłodne w zetknięciu z moimi stopami. Przy drzwiach dwaj masażyści w kaloszach szorowali piersi i pachy klientów drewnianymi klockami owiniętymi w ręczniki. Brud schodził z ciał zbitymi czarnymi paskami. Wyminąwszy ich, wyszedłem z łaźni.
Przebieralnia przypominała kostnicę. Wyczerpani klienci leżeli bez ruchu pod prześcieradłami, głowy też mieli zakryte, a nogi wystawały bezwładnie. Jedni spali, inni trwali w odrętwieniu. Od czasu do czasu atak kaszlu lub chrząkanie oznajmiało rychłe zmartwychwstanie. Coraz śmielej rozbrzmiewały pogawędki, pobrzękiwały wesoło filiżanki herbaty. W Chinach, gdzie rozmowy publiczne często brzmią jak deklamacyjne okrzyki, te pokątne pomruki przypominały spisek. Grupki ludzi gromadziły się sennie wokół blaszanych spluwaczek, gdzie popiół i flegma mieszały się w brei o barwie tytoniu. Inni posyłali łaziebnego po metalowe tacki z doczepionymi nożycami, po czym pracowicie odcinali z podeszew stóp skrawki zgrubiałej skóry i rzucali je na podłogę.
Dwa łóżka dalej po mojej lewej stronie spostrzegłem najbardziej solenną z głów, które przywitały mnie w wodzie. Ruszyłem za tym człowiekiem. Z drugich drzwi wyłaniały się grupy kobiet, czeszących długie czarne włosy w lustrze w holu.
- Na Zachodzie prawie w każdym domu jest wanna, prawda? - odezwał się do mnie mężczyzna po angielsku. - Daliście sobie spokój z miejscami takimi jak to.
Dziwne, że o tym wiedział; przecież w Chinach wiedza na temat Zachodu była niezwykle skąpa.
- Spędziłem trzy miesiące w twoim kraju - wyjaśnił.
Poszliśmy do restauracji, gdzie na naszym stole postawiono wkrótce pierożki w kolorze kitu. Zapytany, co robił w Anglii, długo myślał. W Dengmingu wszystko, nawet ułożenie ramion, było boleśnie wystudiowane. Między moimi pytaniami a jego odpowiedziami rozwierały się zdumiewające przerwy.
- Studiowałem informatykę - powiedział wreszcie. - Widzisz, w naszym kraju technologia jest dopiero dzieckiem. - Otoczył pierożek dłońmi. - Bardzo małym dzieckiem.
Nawet jego wyraz twarzy zmieniał się powoli, dopiero usankcjonowany długim procesem myślowym, przez co rozbawienie lub żal pojawiały się na twarzy Dengminga długo po uwadze, która je wywołała.
- Musimy kopiować waszą technologię. Ale w innych dziedzinach, sprawach ludzkich, organizacji, musimy pozostać sobą. Zachodnie systemy nie zawsze tu działają. Nie pasują do naszej umysłowości. - Coś go jakby zdumiało. - Musimy wypracować własną drogę. Oto wielkie pytanie dotyczące całej naszej przyszłości. Nie możemy po prostu pożyczać fragmentów, a potem ich dopasowywać. Nie.
- Próbowałeś to robić?
- Owszem. Na przykład po powrocie z Anglii usiłowałem wdrażać zachodnie koncepcje w zakresie zarządzania. Ale nasi ludzie ich nie chwytali. Próbowałem wielu zmian... ale...
W tym punkcie maszyneria myśli i mowy Dengminga uległa załamaniu. Poirytowany, wziął pierożek.
- Co poszło nie tak? - spytałem.
Po kolejnej niezmierzonej przerwie odparł:
- Tutaj życie jest inne. Wszystko zwalnia.
- Dlaczego?
- Z powodu ludzi.
Oczywiście, biurokracja, przekleństwo gnębiące Chiny od niepamiętnych czasów. Dengming miał zaledwie trzydzieści lat. Z uwagi na jego ogromną ostrożność w wyrażaniu myśli trudno było w nim dostrzegać zapowiedź zmian czy w ogóle czegokolwiek. Przypuszczalnie jednak myliłem powolność z głupotą.
- Czy jest w Anglii coś, za czym tęsknisz?
Tak długo milczał, że zacząłem podejrzewać, iż nie usłyszał. Nagle rozpromienił się na szczęśliwe wspomnienie.
- Tak. Tęsknię za dostawami mleka.
- Za czym?
- Za dostawami mleka. Uważam, że to coś cudownego. Budzisz się rano i na progu znajdujesz mleko! - Głos Dengminga wyraźnie się ożywił. - Wszędzie można dojechać taksówką. Cudowne.
- Coś jeszcze?
- Tak. Uprzejmość. Ład. Wszyscy traktują cię z niezmierną uprzejmością, podczas gdy nasi urzędnicy są grubiańscy. - W jego głosie zabrzmiała gorycz. - Większość ludzi ich nienawidzi. Są aroganccy i leniwi. Kierownicy sklepów, sprzedawcy biletów, przedstawiciele partii w pracy, wszyscy...
- Nie wiem, jak moglibyście to zatrzymać - wyznałem. Wyobrażałem sobie tylko wielopokoleniowe zmiany kulturowe, inną historię.
Jednak Dengming odpowiedział (jak na siebie) denerwująco szybko:
- Zatrzymamy to... jak to nazywacie na Zachodzie?... Motywacją materialną. Otóż to. Jeżeli kierownicy będą ponosić odpowiedzialność za wyniki, to dopilnują, żeby pracownicy zachowywali się uprzejmie. W ten sposób uzdrowimy system. - Z zadowoleniem sięgnął po trzeci pierożek. Przez chwilę przypominał parodię cynicznego Chińczyka, zalecającego manipulowanie ludźmi dla własnych interesów.
Nad stołem patrzyłem na tę twarz pod szopą ciemnych włosów. Może jednak był heroldem nowych Chin - narodu budzącego się z koszmarnego idealizmu Mao w bardziej pragmatycznym, wyzbytym złudzeń świecie. Nawet teraz rząd jego kraju planował rozluźnić kontrolę nad przemysłem i wzmacniać konkurencyjność.
- To nadejdzie - powiedział. - Nadejdzie bardzo niedługo. Znasz termin "żelazna miska ryżu"? Oznacza pewną pensję, jak moja. W podobnym beznadziejnym położeniu znajdują się miliony ludzi. Czasem całymi dniami siedzę za biurkiem i nie mam nic do roboty.
- Wielu ludzi na Zachodzie porównuje Chińczyków do mrówek robotnic - powiedziałem.
- Krówek? Co to takiego?
- Mrówek. No wiesz. Mrówek, które nic, tylko pracują.
Zaskoczony Dengming zaniósł się szaleńczym śmiechem.
- Oho ho! Nie, nie... nie... - Dopiero po minucie przestał się krztusić. - Mrówki robotnice... nie... oho ho... Większość z nas siedzi z założonymi rękami... Ale ta gnuśność już się kończy. Ludzie zaczynają być odpowiedzialni za to, by ich firmy płaciły. Wiele osób się wzbogaci.
- Chiny stają się podobne do Anglii... - stwierdziłem. - Kapitalistyczne.
Między brwiami Dengminga zagościła zmarszczka, która powędrowała do góry.
- Ale wy, w Anglii, popełniliście błędy.
Zastanawiałem się, które miał na myśli, które miałby na myśli marksista. Obojętny rząd? Wyzysk klasy pracującej? Tyranię prywatnej przedsiębiorczości?
- Tak?
- Nacjonalizacja - powiedział ku memu zaskoczeniu Dengming. - Ona się nie sprawdza ani się nie opłaca. Wasze koleje i inne rzeczy. Powinno się je przekazać w ręce prywatne.
Bez słowa wpatrywałem się w Dengminga. Niejasno czułem, że oto słucham bardzo starych Chin, a wobec ich głosu, rozbrzmiewającego od tysiącleci, marksizm był zaledwie westchnieniem. Mój głos zabrzmiał kłótliwie, pruderyjnie:
- Ale twój kraj nie jest przystosowany do nowoczesnej gospodarki. Jeśli się do niej dostosujecie, przejmiecie zachodnią natarczywość... stresy... i całą resztę.
Dengming przyglądał mi się z ledwo zauważalną drwiną. Nagle poczułem, że (chyba dla nas obu) zdaję się młodszy od niego, naiwniejszy i bardziej komunistyczny. Mimo to pospiesznie ciągnąłem:
- Wyzwolicie najróżniejsze siły. Jednostkowe potrzeby i ambicje. Niepokoje społeczne, przestępczość. Pamiętasz Anglię?
- O tak. - Przez twarz Dengminga przemknął uśmiech, rozkoszne wspomnienie o dostawach mleka. - Tutejsza przestępczość nie wynika z indywidualizmu, ale z nudy, jak u was. Wielu młodych ludzi nie ma porządniej pracy. Oni tylko się wałęsają, tysiącami. Znam rodzinę, gdzie jest sześciu młodych ludzi, wszyscy bezrobotni, którzy raz po raz lądowali na policyjnym komisariacie. Nie mieli nic do roboty. Teraz jednak polityka się zmienia, ci ludzie dostali zezwolenie na działalność gospodarczą, zaczęli handlować arbuzami. Nieźle im się wiedzie, bogacą się. Mnóstwo ludzi tak właśnie postępuje. Na hurtowych wyprzedażach kupują rozmaite towary: odzież, żywność, nawet książki, a potem sprzedają z zyskiem. Teraz myślą głównie o zarabianiu pieniędzy. Wszystko się zmienia.
Już wcześniej to wyczułem. W całym mieście dawało się odczuć kwitnący handel. Wiele dzielnic przeobraziło się w jeden wielki wolny rynek; na chodnikach ludzie sprzedawali szczoteczki do zębów, kraby, banany, cokolwiek. Dokąd to wszystko prowadziło?
Dengming się zastanawiał. Ja naciskałem. Czy jego kraj mógł przejąć zachodnie systemy bez towarzyszących im zachodnich różnic, korupcji, wolności?
On jednak, cierpliwie jak ślimak, zakołysał głową na boki i rzekł:
- Musimy znaleźć własną drogę.
Ale historia nie wskazywała na to - drążyłem dalej - że Chiny są uodpornione na zachodnie bolączki. Nikt, kto widział nędzę tego kraju, nie mógł patrzyć z niechęcią na przejmowanie zachodniego stylu życia, choć za ten proces należało zapłacić pewną cenę.
- My, w Chinach, nie mamy tak wielkich oczekiwań jak wy - powiedział Dengming. - Przywykliśmy do ofiar. - Na dłuższą chwilę pogrążył się po posępnych rozmyślaniach. - Twoich rodaków przeraża na przykład to, że nie możemy się swobodnie przemieszczać jak wy, nie możemy mieć tylu dzieci, przeraża was, że z powodu pracy mężowie żyją z dala od żon. Ale to jest los milionów ludzi. - Jeżeli jego twarz zabalsamował jakikolwiek nowy wyraz, była to spokojna wytrwałość.
- Czy taki właśnie jest twój los? - spytałem.
- Moja żona pracuje dla organizacji rządowej pod Szanghajem. Nie widzieliśmy się od pięciu miesięcy.
- Nie możesz zmienić pracy? - zadałem niemądre pytanie, zapominając o okolicznościach.
- W Chinach nie zmienia się pracy. Człowiek podąża wyznaczoną drogą.
- Macie dzieci?
- Jedno. Tyle wolno mieć. Syn mieszka teraz z rodzicami żony, ale niedługo zamieszka w przedszkolu.
- Zamieszka w przedszkolu? - Przypomniała mi się udręka szkoły podstawowej (widok wrzosowisk w Berkshire do dziś przyprawiał mnie o mdłości). - Ile lat skończy twój syn?
- Dwa.
- Dwa?!
- Będzie dość duży - powiedział Dengming.
- A co z jego wakacjami?
- Nie będzie miał wakacji. Czasami będziemy go widywali w wolne dni. Jeżeli zdołamy mu wpoić dobro i zło, to wystarczy.
- Naprawdę?
- Tak. - Dengming zabrał się do kolejnego pierożka. - Takie jest życie.
- Tak. - Mój głos zabrzmiał smutniej niż jego. W Chinach wiele rzeczy to "życie".
Później zobaczyłem jedno z takich przedszkoli z internatem: betonowe sypialnie i klasy wokół asfaltowego placu. Chociaż moja wizyta przypadła na okres wakacyjny, przedszkole roiło się od dzieci. Wszystkie miały na sobie ubranka w jaskrawych kolorach, na spodenkach widniały wesołe łaty z podobizną Myszki Miki, dziewczynki miały we włosach mnóstwo muślinowych wstążek. Dzieci bawiły się na stalowej zjeżdżalni i karuzeli. Kilkoro szamotało się albo przytulało, ale robiły to apatycznie. Podczas obiadu dzieci zasiadły na ławach przy długich czystych stołach, do blaszanych misek nałożono im z wiadra ryż z jagnięciną. Dzieci szeptały między sobą.
Wprowadzono mnie do klasy, gdzie uczniowie siedzieli na małych drewnianych krzesełkach. Pod nogami leżało spieczone klepisko, na ścianach wisiały narysowane przez dzieci pandy i małpy. Przedszkolanka grała melodie na jazgotliwym harmonium, dawała dzieciom znak głową, kiedy miały się włączyć, a wtedy nuciły refren. Śpiewały jak nakręcane ptaki: energicznie i martwo.
Na moment zapadła cisza. Potem wszystkie dzieci odezwały się do mnie chórem:
- Dzień dobry! Witamy! Jak! Się! Pan! Miewa!?
Podziękowałem, na co odpowiedziały chórem:
- To! Naprawdę! Drobiazg!
Ich twarze, może z powodu nieco skośnych oczu, miały niespokojny, melancholijny wyraz. Nauczono je skandować - niemal idealnie unisono - te poruszające hymny powitalne i pożegnalne.
Zapytałem, co porabiały.
Na znak przedszkolanki odrzekły chóralnie:
- Właśnie! Zjedliśmy! Obiad!
- Smakował wam? - spytałem.
- Czy był dobry? - zawołała przedszkolanka, na co dzieci ryknęły:
- Obiad! Był! Dobry! - Wszystkie były co do tego zgodne, z wyjątkiem dziewczynki, która wpatrywała się z oszołomieniem w moje zbyt duże stopy.
Niewykluczone, że moje przygnębienie na widok tych dzieci było nie na miejscu. Przecież nie miałem pojęcia, co czuły. Ich rozluźnione twarze przypominały kruche, niekiedy piękne maski. Czarne brwi wyginały się łukowato na czołach, delikatnie niczym skrzydła. Przedszkolaki zdążyły już nasiąknąć manierycznością, jaka u chińskich dzieci uchodzi za słodką. Na boisku podskakiwały ze złączonymi nogami, wstydliwie klaskały w dłonie lub zerkały przez rozstawione palce, udając nieśmiałość. Tymczasem przedszkolanki w okularach stały nieopodal i obserwowały podopiecznych z macierzyńską uwagą: to one dawały wszelką miłość bądź jej odmawiały.
Pół godziny później dzieci udały się do sypialni na popołudniowe leżakowanie. W każdym pomieszczeniu stało trzydzieści niebieskich prycz. Na każdej leżały kołdra, ręcznik oraz poduszka z łuską gryczaną, mająca zapobiec (jak wyjaśniła przedszkolanka) spaniu w niewłaściwej pozycji. Dzieci otworzyły małe drzwiczki umieszczone po bokach prycz i niepewnie się ułożyły. Przedszkolanki zaczęły bacznie lustrować sale, najdrobniejsze uchybienie wywoływało strumień poleceń i wytykanie palcami. Jedna z dziewczynek niedokładnie rozłożyła ręcznik na poduszce. Pięciolatek koślawo złożył kurtkę. Po paru minutach komendy ucichły. Przedszkolanki opuściły salę.
Chwilę odczekałem, chcąc sprawdzić, co się wydarzy. Z prycz wyjrzało kilka twarzyczek, na których dogorywało pragnienie, żeby coś spsocić. Ktoś zachichotał. Potem dzieci położyły się w całkowitej ciszy, podwijając nóżki na materacach. Przez kilka minut z głowami na poduszkach z łuską gryczaną patrzyły w górę, wreszcie zamknęły oczy.
Przed moim odejściem dzieci z innej grupy - siedmio- lub ośmiolatki - ustawiono na boisku, gdzie miały mnie zabawiać. Obficie umalowane, w tradycyjnych strojach, czekały nieśmiało w szeregu, mnie zaś posadzono przed nimi na stołku i poczęstowano zieloną herbatą. Z głośnika nad naszymi głowami popłynęła z trzaskiem muzyka, na co dzieci, niczym figurynki tańczące walca w takt melodii starych pozytywek przytłumionych przez kurz, zaczęły tańczyć. Rytmicznie sunęły po asfalcie w półkolu, wdzięcznie przekręcały głowy i ręce, zamiatając rękawami z pozłotką. Dzieci nieskazitelne jak porcelana. W okrągłych czapeczkach albo w burzy wstążek, ubarwione różem policzki układały się w sztuczne uśmiechy. Mali tancerze wykonywali dziwaczne, wymyślne pawany. Naśladowali zbieranie kwiatów i konną jazdę. Buty gromko tupały o asfalt. Nawet gdy udawali walkę, uciesznie wykrzywiali twarze w obowiązkowych uśmiechach. Tylko raz chłopczyk w niebieskim mongolskim kaftanie, zafascynowany moją obecnością, całkiem zapomniał kroków. Na moment zamarł i wlepił we mnie wzrok - odstające uszy potęgowały wyraz zamroczenia - po czym wykonał własną murzyńską paradę, wprawiając wszystkich w osłupienie.
Kiedy wyszedłem, mali tancerze, machając, wylegli za mną przed bramę. Nawet wtedy trudno było ocenić spontaniczność ich pożegnania (stojące za dziećmi przedszkolanki ponaglały je), ale w końcu cała grupa, nie przestając machać, wyszła na ulicę - zdyscyplinowana barwna plama na tle szarego budynku. Widok ten robił spore wrażenie, wbijał się w pamięć i był w pewnym stopniu upiorny.
W ogrodzie zoologicznym wszystkie niezwykłe stworzenia najwyraźniej spały. Nosorożce o kanciastych wargach osunęły się w kurz jak okręty wojenne, trzy pandy o wyblakłym futrze polegiwały w słońcu na żelaznych ławach, zasłaniając pyszczki łapami. Goście usiłowali pobudzić zwierzęta do działania, ale goryle ze skwaszonymi minami tylko żuły trawę; duże koty ziewały, jakby rzeczywistość zatrzymała się przy prętach klatek; aligatory z Jangcy wpatrywały się w pustkę wypalonymi oczami.
Jednak największą fascynację zwiedzających budziło akwarium. W ciemnych korytarzach podświetlanych panelami ludzie tłoczyli się po sześć osób w szeregu, żeby przyjrzeć się wielkopłetwom wspaniałym o głupkowatym wyglądzie albo obserwować, jak Santamariae śmigają w akwarium niczym srebrzyste iskry.
Szukałem zwierząt charakterystycznych dla Chin: jelenia białowargiego, dzikiego osła tybetańskiego kiang, małpy rokselany. Jelenie odpędzały owady od oczu niedbałymi obrotami uszu. Białe wargi nadawały im wyraz zbolałego spokoju; jelenie jakby leciutko się uśmiechały. Rokselana okazała się jednak odludkiem. Przy jej klatce stał mężczyzna z córeczką i wołał małpę, by wyszła z chatki. Nic się jednak nie działo. Po chwili dołączyłem do komicznych próśb - początkowo uprzejmych, potem wabiących, na koniec grubiańskich. Rokselana wkuliła się jednak w kąt i widzieliśmy tylko naburmuszony grzbiet z czarnymi pręgami oraz niepocieszone uszy.
Mężczyzna był rozczarowany, ale podchodził do tego z humorem. Powiedział, że wiele lat spędził w północnych prowincjach i nigdy nie widział takiej małpy, a teraz znalazł się przy jednej na odległość krzyku, a zwierzę nawet nie chciało się odwrócić.
Tego człowieka wyróżniała pewna powściągliwość w ubiorze czy zachowaniu (nie zdołałem jej określić) i jak na Chińczyka był wysoki, wręcz patykowaty.
Podobno na północy żyły małpy o zielonkawym futrze, jakby pokryte porostami. Zapytałem go, czy kiedyś je widział.
- Nie pamiętam żadnych dzikich zwierząt. - Wyciągnął rękę ku córce, jakby zbierali się do odejścia, ale zamiast tego oparł się o klatkę. Byliśmy sami. - Na północy, w prowincji Shanxi, wieśniacy są tak biedni, że ścięli wszystkie drzewa. Zabijają i zjadają wszystko, co się rusza. Brakuje drewna do budowy. - Poruszył ustami, jakby smakował coś gorzkiego, i przez chwilę wyglądał naturalnie, jakby uprzejmość stanowiła tylko tymczasowe ustępstwo. Nieoczekiwanie zapytał:
- Dlaczego mówisz po mandaryńsku? Jesteś nauczycielem?
- Nie. Ja po prostu... się interesuję. - Małpa poruszająca się w chatce sprawiała, że czułem się nieswojo. Wysoki mężczyzna się uśmiechnął.
- Na północnym zachodzie żyje się znacznie ciężej - ciągnął. - Nawet nie masz pojęcia. Brakuje jedzenia, opału. Pamiętam, jak tabliczki przodków wykorzystywano do budowy ścian. W tym czasie kult przodków został już zakazany, więc po prostu wpychano tabliczki w ściany jak cegły.
- Zapomniano o nich?
- Niezupełnie. Tabliczki przodków pozostały w pamięci wieśniaków, nawet jeśli nie stały na ołtarzach. - Palcami wskazującymi postukał się w czoło. - Kiedy tylko przyszła nowa polityka, zaczęły powracać. To znaczy nie stare tabliczki, bo te spalono lub zaginęły. Ale wieśniacy zrobili nowe. Widzisz, to było w ich umysłach. Nigdy stamtąd nie znikło.
- Pochodzisz z północnego zachodu? - zapytałem, choć wiedziałem już, że tak nie było i dlaczego tam się znalazł. Ten trzydziestokilkulatek należał do chińskiego straconego pokolenia: siedemnastu milionów młodych ludzi zesłanych na wieś.
- Nie.
- Czy na długo wyjechałeś? - brnąłem dalej. - To znaczy podczas... - ostrożnie wypowiedziałem nazwę - rewolucji kulturalnej.
- Zesłano mnie na wieś na siedem lat. Byłem młody. Powinienem był to znieść. - W przerwie między jednym zdaniem a drugim politura ogłady opadła z jego twarzy. Po chwili stwierdził mgliście: - Widzę, że interesujesz się naszą historią. - Tym sposobem moje pytania oraz jego doświadczenia stały się bezosobowe. - Kiedy zostałem wygnany, miałem szesnaście lat. W dwuizbowej wiejskiej chacie mieszkałem z drugim młodym człowiekiem, byłym hunwejbinem, jak ja. Zajęliśmy jedną izbę, a wieśniak z czwórką dzieci przenieśli się do drugiej. Połowę ich izby zajmowało ceglane łóżko ogrzewane od dołu, na którym wszyscy spali. To wszystko. I jeszcze chlew oraz skrzynia na odchody na podwórzu. Tak się żyło. - Teraz mówił z pewną teatralnością. - Wieśniacy oczywiście nie ucieszyli się na nasz widok. Byliśmy tylko dodatkowymi gębami do wykarmienia. Zupełnie nie znaliśmy się na uprawie ziemi. W niektóre lata rodzinie groził głód, a wieśniak zastanawiał się, czy nie sprzedać jednej z córek, tej chorowitej. Z naszej wioski sporo dziewczyn sprzedano tak jako tanie przyszłe narzeczone. W ten sposób wieśniak mógł dostać narzeczoną powiedzmy za tysiąc juanów, zamiast płacić dwa tysiące. Wszystkie sprzedawano, kiedy były młode.
Wtedy zerknąłem na jego córkę o pustej, przejrzystej twarzy. Właśnie zawiązywała wstążkę we włosach.
- Jak młode?
- Nie pamiętam. Jedna miała chyba osiem lat, inna tylko pięć. - Dalej opowiadał, że te narzeczone wysyłano do odległych wiosek za dwieście funtów. To lepsze, niż gdyby mieli je zabić w okresie niemowlęcym. - Słyszałem, że w innych wioskach je zabijano. To było na porządku dziennym. Wieśniacy po prostu wrzucali dziewczynki do wody i topili. - Jego smukłe dłonie cisnęły wyobrażone dziecko do stawu; sztywne gesty mego rozmówcy wyrażały teraz teatralną odrazę. - Widzisz, ci ludzie nie myślą. Po prostu wrzucają do wody. Mówią: "To dziewczynka! Jest bezwartościowa!". Dziewczynki nie dziedziczą, sam rozumiesz. Tak na to patrzą. To chłopcy są przedłużeniem rodu.
Zamilkł, jakby tknięty upiorną logiką całej sprawy. Córka trzymała go za rękę, ale oglądała się za siebie, czekając, aż małpa się wyłoni.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.