Recenzja
To książka doprawdy niezwykła! Napisana przez długoletniego praktyka i pasjonata "twórczej resocjalizacji". Z pewnością może być ona inspirującą lekturą dla każdego!
Dzięki szerokiej wiedzy i licznych zainteresowań Autora - wybitnego praktyka (wychowawcy, nauczyciela i dyrektora Zakładu Poprawczego w Laskowcu) - pozycja ta bardzo dobrze się wpisuje w podstawowy kanon literatury resocjalizacyjnej w Polsce. Ciekawie uporządkowana struktura tekstu, przeplatana pasjonującymi opisami własnych zawodowych doświadczeń, stanowi wręcz doskonały materiał dla praktyków, nauczycieli i studentów resocjalizacji. Także ludzie nie związani zawodowo z pedagogiką i resocjalizacją mogą bardzo wiele z niej skorzystać, gdyż jest to rzeczywiście książka wciągająca i uniwersalna - skierowana do każdego człowieka, zainteresowanego aktualnymi problemami naszej młodzieży.
W ramach swojej zawodowej pracy (Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich) miałam okazję wizytować prawie wszystkie placówki resocjalizacyjne w Polsce. Kilkakrotnie byłam też w Laskowcu. Jako pracownik naukowy ( Akademia Pedagogiki Specjalnej w Warszawie) jeździłam tam także ze swoimi studentami. Poznałam więc z autopsji wiele innowacyjnych metod wychowawczych, realizowanych w tym zakładzie z inspiracji i pod kierunkiem ówczesnego jego dyrektora - Ryszarda Makowskiego. Charakterystyczną cechą tegoż zakładu była zawsze znakomita atmosfera wychowawcza panująca w tej placówce, ciekawe pomysły i wysokie zaangażowanie jej pracowników. Omawiana tutaj książka jest także - bardzo pięknym i konkretnym tego przykładem.
Jeśli ktoś szuka w tej książce jakiejś oryginalnej egzotyki i sensacji, to zapewne też ją tam znajdzie, ale nie to - jest w niej najważniejsze. Wielką wartością i zarazem głównym przesłaniem tejże książki jest bowiem niesamowity, pedagogiczny optymizm i głęboka wiara, że w każdym, nawet najgorszym człowieku jest jakaś mała iskierka dobra. Te iskierki, zdaniem autora - można i... trzeba rozdmuchiwać w jak największy płomień, zgodnie z pragnieniem, sugestywnie wyrażonym w pewnej pięknej, oazowej pieśni - "aby świat lepszym był"! Jak to robić? - Poczytajcie!
dr Anna Nowicka-Chachaj
pracownik naukowy
Akademii Pedagogiki Specjalnej
w Warszawie
oraz
Biura Rzecznika Praw Obywatelskich
Wstęp
Tę książkę, przez ponad dwadzieścia lat - pisało mi życie!
Być może lepiej jest pisać książki kompletne, które mają swój wyraźny początek, logiczną strukturę i definitywny koniec. Być może i ta książka powinna być właśnie taka - redakcyjnie przykrojona, skrupulatnie uporządkowana i tematycznie dopięta. Powiem szczerze - mnie chyba na to już albo jeszcze - nie stać. Nie widzę sensu w zmuszaniu się do tej harówy, jaką byłoby dla mnie owo gruntowne analizowanie i porządkowanie tak wielu archiwalnych materiałów, różnych wspomnień i rozbieganych myśli. Może jestem na to jeszcze za młody, a może już za stary. Szkoda zdrowia i czasu. Inni potrafią to robić dużo lepiej. Podziwiam ich za to, ale nie zamierzam naśladować. Nie jest to oczywiście żadne tam lekceważenie potencjalnych czytelników. Przeciwnie - chcę im podarować kawałek swojej duszy, a nie profesjonalną rozprawę, monografię czy typowo naukowy podręcznik.
W życiu i w pracy byłem zawsze zwolennikiem swobodnej lecz dobrze zorganizowanej improwizacji. Tylko pozornie, te dwa ostatnie słowa do siebie jakoś nie pasują i wzajemnie się wykluczają. Postanowiłem i w tym przypadku dać sobie trochę luzu, zaufać spontanicznemu natchnieniu i pisać tak, aby mnie to zbytnio nie męczyło i... nie nudziło, kiedy będę to kiedyś przeglądał lub czytał.
Jeśli ta twórcza swoboda udzieli się także tym, którzy zechcą moją książkę także przejrzeć lub poczytać, będę bardzo zadowolony. Można więc ją czytać od początku, od środka i od końca. Można w dowolnym miejscu to czytanie przerywać i do niego powracać. Niektóre moje myśli, czy sformułowania być może będą się nawet powtarzać, ale jest to przecież naturalna cena, za oferowaną tu możliwość swobodnego wertowania takiej właśnie książki. Mam nadzieję, że w każdym przypadku systematycznego czy wyrywkowego jej czytania, powinien być z tego jakiś konkretny pożytek.
Niektóre, zwłaszcza końcowe rozdziały tejże książki mają wymiar bardzo osobisty lub tylko... lokalny. Jest to bowiem książka z pogranicza autobiografii oraz literatury faktu. Mogą więc one zainteresować pewnie tylko moich przyjaciół i wąskie grono osób bezpośrednio związanych z Zakładem Poprawczym w Laskowcu oraz kolegów z tej samej lub podobnej branży. Są to jednak ludzie, których bardzo szanuję i wiele im zawdzięczam. Nie mogłem więc tu pominąć ani zmarginalizować tak ważnego dla mnie adresata. Nie każdy musi to czytać, choć być może - warto. Zdecydowana większość moich refleksji i wspomnień ma jednak charakter znacznie bardziej uniwersalny i kierowane są one nie tylko do moich kolegów i studentów resocjalizacji, ale także do tzw. "szerokiego ogółu". Nie zaprzeczam, że prezentowane przy tej okazji moje konkretne pomysły, działania, czy poglądy są często bardzo ryzykowne i kontrowersyjne. Nie muszą być one dla nikogo jakimś metodycznym wyznacznikiem czy zniewalającym przykładem, ale może kogoś do czegoś zainspirują lub przynajmniej... zachęcą.
Tak się szczęśliwie złożyło, że do aktywnego "pisania" tej książki mogło się spontanicznie włączyć bardzo wiele osób. Są oni w pewnym sensie jej współautorami. Myślę tu zwłaszcza o licznych Internautach i moich studentach, którzy swoimi komentarzami, e- mailami oraz żywą dyskusją, na bieżącą ją recenzują i wzbogacają. Dzięki im za to!
Życzę więc wszystkim moim Czytelnikom przyjemnej lektury, głębokich refleksji, młodzieńczego optymizmu i pogody ducha, mimo że wiele poruszonych tu problemów - to sprawy bardzo skomplikowane i trudne.
Będą to więc tylko luźne fragmenty wielkiej księgi, którą przez ponad dwadzieścia lat pracy w poprawczaku bardzo intensywnie pisało mi życie. Ale czyż nie z fragmentów właśnie, składają się nasze, choćby nie wiem jak żywe - refleksje i wspomnienia?
2, "Do widzenia dzieciaki" - o sprytnym Mikołaju
Chłopaki z poprawczaka mają często bardzo ciekawe pomysły, mają swój złodziejski honor i maja też - gest.
Było to w pierwszych latach istnienia Zakładu Poprawczego w Laskowcu. Pracowałem wtedy jako młody wychowawca na jednej z grup. Dzięki wspanialej osobowości naszego pierwszego dyrektora Janusza Dziedzica i pełnych zapału ówczesnych pracowników, atmosfera wychowawcza w naszym zakładzie była wręcz znakomita. Sen z powiek spędzały nam jednak ucieczki, które się przecież w tego typu placówkach wszędzie zdarzają i za które, główny ich winowajca, czyli najczęściej - właśnie młody wychowawca - ponosi zwykle surowe konsekwencje. Wychowankowie o tym wiedzieli i mimo swych naturalnych ciągot do tzw. "wolności" (czytaj - swawoli) często się jednak zastanawiali nad tym - czy, jak i komu uciec. Czasem wręcz obiecali, że np. "panu to ja nigdy nie ucieknę" albo:, "jeśli mi pan zaufa i puści mnie teraz do sklepu - to na pewno wrócę, bo nie chcę, aby przeze mnie miał pan wychowawca jakieś przykrości". Był to bardzo cenny przejaw jakiegoś "zakładowego honoru" i wzajemnej życzliwości.
Mimo tak honorowej postawy wielu naszych wychowanków zdarzali się oczywiście i tacy, zwłaszcza "świeżacy" albo tzw. "zakładowe łajzy", którym było wszystko jedno - komu i jak uciekną, byle tylko uciec i nie dać się szybko złapać. Nie byli oni jednak lubiani ani przez pracowników ani przez samych wychowanków, nie mieli więc żadnego istotnego wpływu na ówczesną, znakomitą, jak już zaznaczyłem, atmosferę naszej placówki.
Myślę, że dzięki tej atmosferze właśnie, nasi ówcześni wychowankowie, postanowili z własnej inicjatywy i samodzielnie zorganizować zabawę choinkową dla dzieci pracowników z naszego zakładu. Trzeba przyznać, że zrobili to bardzo pomysłowo i naprawdę dobrze. Najpierw była potańcówka, przeplatana różnymi śmiesznymi konkursami, potem poczęstunek - napoje, ciastka, słodycze. Główną atrakcją tej imprezy był jednak - kulig na saneczkach po pobliskim lesie, zakończony wspaniałym ogniskiem z różnymi niespodziankami.
W pewnym momencie ku zaskoczeniu nas wszystkich z głębi lasu na pięknym (pożyczonym z wioski) koniu wyjechał prawdziwy Mikołaj. Ubrany był on oczywiście w czerwony (też pożyczony) strój biskupa, w jednym ręku trzymał cugle, a w drugim wielki pastorał. Do konia przytroczone były pękate wory, w których oczywiście były - świąteczne prezenty. Dzieciaki i my wszyscy przywitaliśmy Mikołaja gromkimi oklaskami, a on wkrótce zaczął rozdawać dzieciom podarki. Po skończeniu tej zaszczytnej swojej misji - wygłosił uroczystą przemowę, w której mocno podkreślił, że mają się dobrze uczyć, zawsze słuchać rodziców i swoich nauczycieli, a wtedy na pewno nie trafią tu czyli... do poprawczaka. W końcu - powiedział z żalem: "a teraz Mikołaj musi się już z wami pożegnać - czeka go jeszcze długa, długa droga - do widzenia dzieciaki, do widzenia..."
Wszyscy wraz z dyrektorem, pomachaliśmy rękoma sympatycznemu Mikołajowi, a on także nam machając, powoli odjechał na swym gniadym koniu w tzw. siną dal. Koń niebawem wrócił z przytroczonym do grzbietu pastorałem i kompletnym strojem Mikołaja, a Jacka, który tak znakomicie odegrał tą zaszczytną rolę - nie ma do dziś. Podobno ukrywał się gdzieś, początkowo pośród Cyganów (był do nich bardzo podobny), a potem jeździł po Polsce, pracując w różnych tzw. wesołych miasteczkach, co dla mnie nie jest wcale dziwne - gdyż naprawdę bardzo lubił dzieci.
Gdyby go kiedyś złapano i dowieziono do naszego zakładu - ja osobiście wcale bym go za tę ucieczkę nie karał. Przeciwnie- pogratulowałbym mu świetnego pomysłu. A swoją drogą to - konia odesłał, pożyczony od księdza strój - także honorowo zwrócił. Jest tylko pytanie: czy i komu - on naprawdę uciekł? Przecież szczerze zameldował dyrektorowi i swoim przełożonym, że oto udaje się w długą drogę, grzecznie powiedział nam do widzenia, a my wszyscy wraz z dyrektorem, na pożegnanie pomachaliśmy mu nawet ręką.
Nie wiem gdzie teraz jesteś - Jacku. Nie wiem, co się z tobą dzieje, czy masz żonę i ile masz dzieci? Było w tobie zawsze, nie tylko wiele sprytu, ale także i dobra. Sam nie miałeś nigdy prawdziwego dzieciństwa, ale zawsze szczerze lubiłeś dzieci... i one ciebie też. Nawet swoją ucieczkę zorganizowałeś tak, aby dzieciaki miały radochę, pracownicy - wielce zadziwione miny... i aby nikt za to nie musiał ponosić żadnych służbowych sankcji. Był to prawdziwy majstersztyk i sympatyczny kawał poczciwego Mikołaja.
3. "Trochę sobie pokrzyczałem" - ciekawy pokaz kontrowersyjnych metod i wielkiego autorytetu
Miałem to szczęście, że swoją pracę w poprawczaku zaczynałem pod bardzo dobrym dowództwem. Grupę prowadził razem ze mną doświadczony wychowawca z Jerzmanic - kol. Janusz Jezior, który stopniowo i bez zawodowej zawiści wtajemniczał mnie w różne niuanse tej ciekawej pracy. Janusz już niestety nie żyje, ale nadal jestem mu bardzo wdzięczny za to koleżeńskie wprowadzenie do nowej dla mnie rzeczywistości.
Kierownikiem internatu był wówczas - kol. Andrzej Kwiatkowski, specjalista od likwidowania ucieczek i rozwiązywania różnych trudnych problemów, dość wymagający, ale też po ludzku wyrozumiały i bardzo zaangażowany w szybki rozwój naszego, nowego zakładu. Po nim tą trudną funkcję w naszym zakładzie objął przybyły z Nowego n/Wisłą kol. Jerzy Łoziński. Człowiek twardy, ale ze znakomitym poczuciem humoru, bardzo wymagający, ale zawsze służący swoja życzliwą pomocą. Niezwykle solidny i kulturalny - prawdziwy autorytet dla nas i dla naszych chłopaków. Jemu to właśnie z jego otwarciem na nasze zawodowe ryzyko, jako jeden z niepoprawnych ryzykantów - szczególnie dużo zawdzięczam.
Szefem nas wszystkich przez te pierwsze, ciekawe lata funkcjonowania zakładu w Laskowcu był człowiek - legenda - dyr. Janusz Dziedzic.
Przybył on do Ostrołęki ze Świdnicy i to jemu właśnie jako bardzo doświadczonemu i zasłużonemu dyrektorowi, Ministerstwo Sprawiedliwości powierzyło tę niezwykle trudną misję - uruchomienia nowego zakładu poprawczego w Laskowcu. Człowiek z takim autorytetem, doświadczeniem i z tak fascynującą osobowością był i pozostał dla nas wzorem dyrektora. Każdy z nas - starych pracowników, czuje wobec niego jeszcze dziś ogromny respekt i co jeszcze ważniejsze - każdy mu wiele zawdzięcza. Że dyrektor Dziedzic jest zacnym człowiekiem i znakomitym pedagogiem o tym w Laskowcu wie każdy. Niewielu jednak chyba miało okazję poznać go także jako znakomitego aktora. Ja przypadkiem - miałem. A było to tak.
Pewnego wieczoru chłopcy z mojej grupy straszliwie się pobili. Zanim wpadłem do łazienki, poszły w ruch szyby z okna, wiec krew się lala obficie i oczywiście w takiej sytuacji, żadne tam - "chłopcy uspokójcie się", ani nawet mocne -" do jasnej cholery - przestańcie" - nic by tu nie dało. Będąc w wojennym amoku oni po prostu - niewiele wówczas widzą i nikogo nie słyszą. Musiałem wiec rąbnąć w szczękę najsilniejszego chłopaka i to tak, żeby pokazał mi numer swojego buta i aby ani on ani inni nie mieli ochoty na żadną dogrywkę. Można potem dyskutować czy taka dość prymitywna reakcja jest w ogóle dopuszczalna i czy była wówczas naprawdę nieunikniona. Można stawiać różne zarzuty i zadawać rozmaite pytania. Oczywiście - można. Dla mnie i dla moich chłopaków było całkiem jasne, że taka ostra reakcja była wówczas rzeczywiście potrzebna. Była bowiem bardzo szybka i skuteczna. Dzięki temu udało się pewnie uniknąć jakiejś groźnej dla wszystkich tragedii, gdyż jeden z atakowanych wychowanków już wskakiwał na uwolnione z kraty okno z desperackim zamiarem wyskoczenia z drugiego piętra. Sytuacja w grupie uspokoiła się dosyć szybko, ale ja długo jeszcze byłem mocno zdenerwowany. Nie byłem też pewny, co będzie dalej, czy sytuacja się nie powtórzy i czy nie zadziała w kimś jakaś tendencja do odwetu. W końcu postanowiłem pójść po radę do dyrektora, chociaż nie było to w moim stylu. Starałem się bowiem zawsze o to, aby nie angażować swoich zwierzchników do rozwiązywania własnych problemów. Często śmieszyli mnie ci koledzy, którzy z każdym wychowawczym kłopotem lecą natychmiast po pomoc do dyrektora lub kierownika.
Dyrektor Dziedzic przybył na moją grupę niemal natychmiast. Szybko zrobiłem zbiórkę wszystkich swoich wychowanków, oddając głos szefowi. I wtedy się zaczęło!...
Dyrektor nagłym ruchem, zerwał z siebie "marynarę" i z impetem walnął nią o podłogę. Zaczął głośno krzyczeć na osłupiałych ze strachu i zdziwienia moich wychowanków. Klął przy tym siarczyście jak przysłowiowy szewc, chociaż osobiście nie znam żadnego szewca, który miałby aż tak bogaty repertuar. Chłopaki stali niby to w szeregu, ale jakoś karykaturalnie powykrzywiani w kierunku podłogi, z wyraźną tendencją do jak najszybszego schowania się głęboko pod ziemię. Przy każdym szerokim wymachu, potężnych dyrektorskich ramion, widać było ich rozpaczliwe uniki i słychać było jakieś popiskiwania, zapewne bardziej wywołane strachem, niż uciechą z tak oryginalnego przedstawienia. Szczerze mówiąc, mnie także nie było wcale wesoło - przeciwnie, pomyślałem nawet, że to chyba diabeł mnie podkusił, aby tu sprowadzić dyrektora i że chyba tylko diabeł się tu teraz z tego cieszy. Na szczęście, mimo tych zamaszystych i gwałtownych wymachiwań oraz dobrze harmonizujących z nimi słów, żaden z wychowanków nie oberwał, a nasz dyrektor, jak gwałtownie zaczął, tak nagle skończył swoją przemowę - jednym, krótkim zdaniem: "jazda do łóżek!"
Chłopaki wyrwali do sypialń jak rakiety i natychmiast wskoczyli do swych łóżek, bez mycia i chyba nawet w opakowaniu, gdyż żaden nie śmiał w tym dniu wyjść nawet na korytarz, ani do szatni, ani do łazienki. Ja też szybko schowałem się w swoim pokoiku, ze smętnym przekonaniem, że niebawem mnie również czeka jakaś potężna reprymenda.
Jakież więc było moje zdziwienie, gdy po krótkiej chwili wszedł do pokoju ... uśmiechnięty i całkiem już spokojny dyrektor.
- Trochę sobie pokrzyczałem - powiada. Daj papierosa. Ach prawda - ty nie palisz - to zrób nam herbatę...
- To pan dyrektor nie jest już wcale zły? - głupio zapytałem.
- Zły? Zły to ja w ogóle nie byłem. Musiałem trochę na nich pokrzyczeć, aby znowu im coś nie odbiło. No wiesz - czasem się opłaci udać bardziej zdenerwowanego niż się nim jest naprawdę. To robi wrażenie.
- Rzeczywiście - to robi wrażenie... i to jakie! Sam byłem ciężko przestraszony, a co dopiero -chłopaki?
- Pewnie się trochę zdziwiłeś, że tak gęsto rzucałem tu mięsem?
- No cóż - nie powiem, że nie...
- Widzisz Rysiek - w domu to ja w ogóle nie przeklinam. Nie mam ani takiego nawyku, ani takiej potrzeby. Co innego tu w zakładzie. Tu czasami muszę przemówić do chłopaków w ich własnym, naturalnym języku, aby szybko i skutecznie do nich dotrzeć. Nie wolno jednak tego nadużywać. Jeśli ktoś bluzga codziennie, niemal przy każdej okazji, to na pewno nie zaskoczy on już nikogo nową dawką mocnych słów i ostrych przekleństw. Zresztą, ja ci tej metody wcale nie polecam, ale gdy popracujesz tutaj dłużej, to sam się przekonasz, jak bardzo skuteczne mogą być czasem odpowiednio wyreżyserowane i dość rzadko stosowane mocne słowa i mocne gesty. Nie wypada jednak tak się wydzierać przy kobietach więc w ich obecności staram się tego nie robić i ty nie rób tego też.
Myślę, że tak doświadczony i pełen temperamentu pedagog oraz wysoce kulturalny człowiek, jakim był dyrektor Dziedzic, mógł sobie czasem pozwolić na tak kontrowersyjną metodę i na tak oryginalny spektakl - "spektakl jednego aktora". Dobrze bowiem wiedział, co i dlaczego robi. Faktem jest, że dyrektor bardzo lubił swoich wychowanków i oni po swojemu lubili go także. Jeśli ktoś ma tak wysoki autorytet, to może bardzo skutecznie nagradzać i karać nawet samym spojrzeniem, a cóż dopiero jeśli włączy do tego jędrne słowa i obszerne gesty?
Chociaż przekleństwa nigdy nie były moim zakładowym hobby i zawsze z nimi ostro walczyłem, to skłamałbym jednak twierdząc, że w ciągu tych dwudziestu kilku lat pracy w poprawczaku, nigdy nie puściłem żadnej przysłowiowej "wiąchy".
I rzeczywiście robiło to na wychowankach bardzo duże wrażenie, gdyż nie był to przecież mój codzienny język. Dosyć często też udawałem większego choleryka, niż nim jestem naprawdę - bo jestem! Uważam jednak, że w tej pracy trzeba być przede wszystkim sobą. Nawet takie wyreżyserowane spektakle czy popisy muszą jakoś pasować do własnej osobowości. Flegmatyk udający choleryka, wygląda bowiem śmiesznie lub bardzo... żałośnie. Dyrektor Dziedzic z pewnością flegmatykiem nie był, ja także - nie. Dlatego ten dyrektorski występ potraktowałem jako bardzo ciekawą i cenną lekcję.
- Panie dyrektorze - dziękuję Panu, także i za to, choć od tamtej pory, nigdy już więcej nie ośmieliłem się zawracać panu głowy podobnymi problemami. Wolałem je rozwiązywać sam i też się przy tej okazji zdarzały różne, chociaż może nie aż tak aktorskie spektakle. Ważne, że zawsze czułem z Pana strony autentyczną życzliwość, zaufanie i zrozumienie, nawet wówczas, gdy moje pomysły i konkretne działania były zupełnie nietypowe, ostro krytykowane lub wysoce ryzykowne. Zarówno dla Pana jak i dla mnie wychowankowie byli zawsze kimś bardzo ważnym, dla których warto było się poświęcać i warto ryzykować, gdyż w takiej pracy bez wielkiego zaangażowania i bez przemyślanego ryzyka na ogół nie ma też sukcesów. Pan to doskonale rozumiał i zdecydowanie popierał. Dziękuję!
Komentarze z Internetu:
- emeryt z Laskowca:
"Dobrze znam dyrektora Dziedzica i kierownika Łozińskiego. Obaj potrafili świetnie łączyć duży temperament z niezwykle wysokim autorytetem. Wspaniali ludzie i piękne czasy. Laskowiec bardzo wiele im zawdzięcza. Dobrze, że o tym pamiętasz i bardzo mocno to podkreślasz. Dzięki Ci za to i za te wszystkie twoje serdeczne wspomnienia o naszym zakładzie."
- też emeryt:
"W pełni podzielam tę opinię i także serdecznie dziękuję i pozdrawiam."
4. Walczyliśmy o życie - Bieszczady też potrafią być bardzo groźne
Forsowne wędrówki po górach traktowaliśmy zawsze jako znakomitą okazję do szlifowania trudnych charakterów. Dlatego nie przeszkadzała nam żadna pogoda, ani żadna pora roku. Im było trudniej - tym lepiej. Na takie ciężkie i często niebezpieczne eskapady można sobie jednak pozwolić tylko wtedy, kiedy poprzedza je dobre przygotowanie kondycyjne i wychowawcze. Temu celowi służyły właśnie nasze rajdy treningowe, których starałem się organizować jak najwięcej. Nic więc dziwnego, że po serii takich treningów kondycyjnych i sprawnościowych, nasi wychowankowie często imponowali spotykanym w górach turystom swoją werwą, humorem i doświadczeniem. Czasem jednak i oni, "padali na nosy" i zwłaszcza ci z ogona, naszego turystycznego peletonu, przesyłali mi po cichu lub półgłosem - różne "pozdrowienia" i "życzenia", których ewentualne spełnienie nie wróżyłoby mi nic dobrego. W młodych organizmach zmęczenie szybko jednak mija, dobry humor powraca, a wraz z nim, powraca również tęsknota za nową wyprawą lub kolejnym rajdem i to z dużym przekonaniem, że poprzedni wysiłek i zmęczenie wyraźnie zaprocentują. I tak jest rzeczywiście. "Świeżacy" wkrótce stają się turystycznymi weteranami, weterani zaś czasem ..."mądralami", ale to może być nieraz - bardzo niebezpieczne. Przyroda wymaga bowiem od nas nie tylko szacunku, ale także pokory i to na każdym etapie naszego turystycznego doświadczenia.
Pamiętam np. taką wędrówkę po Tatrach podczas halnego wiatru, kiedy to mimo niezadowolenia najbardziej wytrawnych swoich chłopaków i własnych ambicji, zdecydowałem się jednak, znacznie zmodyfikować trasę, nie osiągając celu, na którym nam bardzo zależało. Dwa razy nie udało nam się też wejść na jakże popularną Śnieżkę. Jak to możliwe? Ano raz było tam takie oblodzenie, że Śnieżka jako żywo przypominała legendarną szklaną górę i "wopiści" nikogo tam wówczas nie puszczali, nawet tych z rakami. Drugim razem wiał pod Śnieżką taki wiatr, że kontrolujący nas żołnierz, nie zdołał się utrzymać na nogach. Wicher rąbnął nim o ziemię i poturlał po zboczu tak, że z dużym trudem udało nam się go dogonić i zatrzymać, a potem - razem doczołgać się do schroniska. Bardzo nie lubię rezygnować ze swych turystycznych planów, odczuwam to bowiem jako rodzaj klęski, ale przecież ryzyko musi mieć także jakieś rozsądne granice.
Dobrze pamiętam nauczkę, jaką dały nam kiedyś nasze kochane Bieszczady i to na dosyć łatwej, klasycznej trasie. Z naszego schroniska w Wetlinie planowałem wraz z wszystkimi chłopakami, opiekunami i naszymi gośćmi - Bożenką i Jurkiem Jurgą pójść najpierw na Smerek, a z niego już na nartach, udać się do "Chatki Puchatka" na Połoninie Wetlińskiej i następnie zjechać do Wetliny. Zapowiadała się więc dość łatwa, niedługa wycieczka i świetna, narciarska zabawa, o której marzyli nasi goście i nasi chłopcy. Rano - spoglądając przez okno z "Pietrkowego schroniska" w Wetlinie, zauważyłem nad Smerkiem żywo tańczące pióropusze śniegu mimo pozornie bezwietrznej pogody. Pomyślałem, że tam wysoko w górach, hula jednak silny, mroźny wiatr, więc nie powinniśmy się dać nabrać, na tą "dolinową, przyjemną ciszę". Powiedziałem więc wszystkim, że mimo tego "wetlińskiego ciepełka", mają ze sobą obowiązkowo zabrać kurtki i kangurki, szaliki na szyje i szaliki "na zęby", podwójne rękawice, kalesony, dwie pary skarpet, warsztatowe buty, kijki, narty, latarki, sporo jedzenia i dobre samopoczucie.
Niebawem w szybkim tempie wyruszyliśmy na szlak i nawet nie przyszło mi do głowy, aby dokładnie sprawdzić, jak chłopaki są ubrani i co faktycznie zabrali ze sobą na drogę. Idąc dosyć szybko, po głębokim śniegu, pot obficie spływał nam po plecach, ale w miarę nabierania wysokości drzewa szumiały coraz głośniej, wiatr stawał się coraz silniejszy, a pot na naszych grzbietach zaczął szybko zamarzać. Z każdą minutą robiło się coraz zimniej i coraz mniej wesoło. Wśród chłopaków, a jeszcze bardziej wśród opiekunów dało się wyczuć coraz większą ochotę do "turystycznej dezercji". Od ochoty do realizacji takich pomysłów bywa czasem bardzo blisko. Tak było i tym razem. Jeden z opiekunów, i to ten, który na Połoninie miał przeprowadzić nasze szkolenie narciarskie, po prostu już tu na zboczach Smerka, założył narty na nogi, pomachał nam ręką i ku memu zdziwieniu szybko zniknął nam z oczu. Taka turystyczna dezercja jest bardzo zaraźliwa. Z niepokojem zauważyłem, że nasz dyrektor, też coraz częściej się zatrzymuje i jakoś dziwnie przygląda swoim nartom. Dyskretnie więc poleciłem dwóm wychowankom, aby go pilnowali, bo chyba też zamierza uciec. Mimo że chłopcy ci starali się jak mogli, dyrektorowi udało się jakoś uśpić ich czujność, bo wkrótce zaszeleściło coś w krzakach i mignął mi w oczach następny "jeździec apokalipsy". Prawdziwa "turystyczna apokalipsa" miała się jednak dopiero zacząć.
Zrobiłem zbiórkę i zdrowo opierniczyłem chłopaków za to, że mimo mojego cynku, nie upilnowali ani wychowawcy Janusza ani dyrektora. Byłem bardzo wkurzony, bo do dyskretnego pilnowania dyrektora wyznaczyłem dwóch "wybitnych" specjalistów od ucieczek, gdyż oni sami byli też wielokrotnymi uciekinierami, a mimo to naszemu dyrektorowi udało się bardzo sprytnie ich wymanewrować. Zapowiedziałem kategorycznie, nie bawiąc się w dyplomację, że jeśli teraz ktokolwiek założy narty "na dziko" i będzie próbował uciec, to go dogonię i dołożę mu w zęby, nie patrząc czy jest to wychowawca, czy chłopak. Moja krótka i ostra przemowa wyraźnie podziałała. Znikły widoczne chęci do kolejnych dezercji i znowu żwawo ruszyliśmy w górę.
Pod szczytem Smereka, zrobiliśmy jak zwykle krótki postój, aby się "przemundurować" i wtedy dopiero okazało się, jak "kiepsko" chłopaki są ubrani i jak niewiele rzeczy mają w zapasie. Ci, którzy mieli kurtki, nie mieli kangurek ("bo i po co"), ci zaś w kangurkach, nie zabrali ze sobą ani swetrów, ani ciepłych kurtek. Nie mieli też chłopaki ze sobą ani dodatkowych szalików ani zapasowych rękawic. Ja natomiast nie miałem liny, co było także dużym błędem. Chyba wszyscy, trochę z lenistwa i psychicznego oporu do dźwigania dodatkowego bagażu, a trochę z braku wyobraźni nie zabraliśmy ze sobą tego, co trzeba. W tej sytuacji jedyną rozsądną decyzją powinien być nasz szybki odwrót, ale przy mojej i nie tylko mojej zachłanności na góry, na to się jednak nie zdecydowałem. Byłem prawie pewny, że do Lutka (kierownika schroniska na Wetlińskiej") jakoś się dowleczemy. Tam zamierzałem zafundować wszystkim, wspaniałą "bieszczadzką herbatę", która nas solidnie rozgrzeje, postawi na nogi, a raczej "na narty" i dosyć przyjemnie sprowadzi na dół. Ten właśnie plan zacząłem konsekwentnie realizować, przynaglając wszystkich do dziarskiego marszu w coraz trudniejszych warunkach po coraz bardziej odkrytym terenie. Na grzbiecie kilku kilometrowej Połoniny Wetlińskiej wiało już niemiłosiernie. Nasze twarze były silnie chłostane nie tylko przenikliwym wiatrem, ale także tumanami ostro siekącego śniegu tak, że policzki szybko pokrywały się lodowatą skorupą, która przy każdym puknięciu dzwoniła jak szklanka. Bardzo trudno było też utrzymać pionową pozycję oraz normalny oddech. Przy wychylaniu się w kierunku wiatru, bez pardonu "prał" on nas po oczach i "zmarzniętych gębach", tak że nasze twarze, włosy i kaptury wibrowały jak u kosmonautów na starcie, a przy wychylaniu się w stronę przeciwną, natychmiast wytwarzała się powietrzna próżnia, skutecznie dławiąca nam oddech.
W takich warunkach, po grzbiecie nie udawało się iść zbyt długo, mimo że śnieg był tu już nieźle przewiany, a więc nie powodował wyczerpującego zapadania się naszych nóg. Co chwilę trzeba było jednak schodzić niżej, gdzie wiatr był nieco bardziej łaskawy, ale za to głęboki śnieg ostro dawał się we znaki i znacznie spowalniał nasze tempo. Katorżnicza wędrówka w głębokim śniegu szybko nas wyczerpywała i zmuszała do cyklicznych powrotów na grzbiet. Takim to upiornym i wymuszonym wężykiem, powoli, ale skutecznie posuwaliśmy się do przodu, chociaż wielu chłopaków było przekonanych, że meandruję celowo, aby jak to mówią, jeszcze bardziej "ich ugotować". Był to jednak w tych warunkach, najbardziej ekonomiczny sposób "łykania" przestrzeni i mimo podejrzeń i narzekań, twardo go kontynuowałem. Narzekania, przekleństwa i ciche zło-życzenia, wkrótce się jednak skończyły, ale wcale mnie to nie ucieszyło. Z doświadczenia wiedziałem, że nie jest to objaw jakiegoś nagłego wzrostu kultury wśród moich chłopaków, ale niestety - jest to ewidentna oznaka ich skrajnego wyczerpania. Jeśli brakuje im siły już nawet na to, aby spontanicznie przeklinać lub narzekać, to jest już bardzo źle.
Chłopcy szli teraz jak manekiny, albo raczej roboty - bez słów, bez ożywionej gestykulacji, z tępym wzrokiem i rezygnacją na twarzy. Zresztą słowo "szli", nie jest tu wcale właściwe. Oni raczej - brnęli z wielkim trudem w białym puchu sięgającym im do pasa i co chwila padali nosem w śnieg. Wówczas razem ze Staszkiem Majewskim i Jurkiem Jurgą, stawialiśmy ich z powrotem na nogi, otrzepywaliśmy ze śniegu i silnym pchnięciem lub kopniakiem posyłaliśmy ich po kilka metrów do przodu. Tempo dramatycznie spadło. O jakimś dłuższym odpoczynku mogliśmy sobie tylko pomarzyć, choć i na ten psychiczny komfort warunków także nie było. Radykalnie bowiem zaczęła spadać widoczność. Nawet wyciągnięty w ręku kijek do nart był już prawie niewidoczny. Oglądając się za siebie, mogłem jako tako widzieć jednego lub co najwyżej dwóch wychowanków. A cała reszta? Czy wszyscy się jeszcze wloką, czy może ktoś już leży kompletnie wyczerpany, w tym kopnym śniegu? Bez przerwy dręczyło mnie to pytanie. Wiedziałem, że naszą kolumnę zamyka Staszek Majewski bardzo doświadczony i odpowiedzialny turysta, ale go przecież też nie widziałem i nie słyszałem, gdyż "zadyma" skutecznie to uniemożliwiała. Trzeba było bez przerwy się zatrzymywać i dokładnie wszystkich liczyć, aby przypadkiem kogoś nie zgubić. Jakże wtedy żałowałem, że nie mam liny. Brak zapasowych szalików powodował przykre zamarzanie nosa, warg, oddechu i twarzy, brak kurtek lub kangurek, wystawiał nas na przenikliwe zimno, brak kaleson powodował przymarzanie owłosionych nóg do oblodzonych spodni, a brak liny mógł łatwo spowodować zagubienie któregoś z nas. Wszystkie te błędy mściły się teraz na chłopakach i na mnie bezlitośnie, ucząc nas pokory i rozumu na długie lata, pod warunkiem, że przeżyjemy i takie turystyczne wyprawy jeszcze kiedyś będziemy znowu organizować. Na szczęście miałem ze sobą busolę i przezornie już wcześniej wyznaczyłem odpowiednie azymuty, co teraz dawało mi wysoką pewność, że przynajmniej nie błądzimy. Bez kompasu zabłądzenie na tej rozległej, wielogrzbietowej Połoninie, w takich warunkach byłoby przecież niemal pewne, a to byłoby dla nas niesłychanie groźne. Ileż to bowiem ludzi zginęło w górach, w tym także w Bieszczadach na skutek pobłądzenia, wychłodzenia i wyczerpania!
W tej koszmarnej, choć nie pozbawionej romantyzmu wędrówce, zbliżaliśmy się jednak powoli do naszego schroniska na Wetlińskiej. Do tego wymarzonego schroniska jednak... nie doszliśmy! Z ogromnym żalem, w odległości ok. 200 m. od tego obiektu, musiałem po prostu radykalnie zmienić swoje pierwotne plany. Dla nas było to wtedy "aż" a nie "tylko" - 200 metrów, a to jest zasadnicza różnica. Chłopcy byli już tak wyczerpani i to nawet ci najsilniejsi, że przy słabnącej naszej czujności łatwo mogło dojść do tragedii. Mogliśmy kogoś nieopatrznie zgubić lub nie zauważyć jak zamarza lub słabnie. Wiedziałem też, że pokonanie tych 200 metrów pod górkę potrwa bardzo długo i wcale też niełatwo będzie wejść do schroniska. Drzwi będą przecież mocno zawiane i trzeba będzie je mozolnie odgrzebywać, narażając ręce na dodatkowe odmrożenia.
Stali mieszkańcy tego schroniska i dyżurujący tam goprowcy przy takiej "zadymie", nie wychodzą wcale na zewnątrz, nawet przez kilka dni, a jeśli już wyjść muszą, to korzystają wtedy raczej z okna niż z tych zawalonych śniegiem drzwi. Trudno było przypuszczać, że przy tej pogodzie nawet Lutek, który dobrze nas znał i wiedział, że żadna pogoda nie jest dla nas przeszkodą, akurat wtedy nas oczekuje i może nawet odśnieżył nam już wrota. Byłoby to równie piękne, co nierealne. Dobrze pamiętam zdumienie jednego z dyżurujących tam goprowców, gdy kiedyś w podobnych warunkach zobaczył mnie z chłopakami na progu tego właśnie schroniska. Zadał on nam wówczas tylko jedno, szczere pytanie - Co za diabeł was tu przygnał - dziś nawet wyszczać się nie można, bo zaraz w gębę nawieje, więc jak żeście tu doleźli? - Potem była oczywiście pyszna, bieszczadzka herbata i życzliwa, wesoła rozmowa przy kominku. Tym razem były podobne realia, ale znacznie mniejsze szanse na taką herbatkę i na to, że do tego kominka w ogóle dojdziemy.
W tej sytuacji podjąłem bardzo rzadką jak dla mnie decyzję o rezygnacji z dalszej wędrówki do tak bliskiego już celu. Nikt nawet nie protestował. Chłopaki na takie protesty nie mieli już siły, a Staszek, Jurek i Bożenka, przyjęli tą moją decyzję z życzliwym zrozumieniem i ulgą. Dosyć sprawnie sturlaliśmy więc chłopaków po zboczu do bliskiego tu już lasu, gdzie mniej wiało i było dużo cieplej. Tam każdemu z nich wcisnęliśmy do ręki kawał zmarzniętej kiełbasy i kawał chleba, aby dostarczyć im trochę kalorii na dalszy wysiłek. Czekolady, niestety nie mieliśmy, bo w tych czasach była ona dla nas za droga i trudno dostępna, a szkoda, bo nic tak jak ona nie stawia tak szybko na nogi. Mieliśmy jednak jeszcze trochę cukru w kostkach, na tzw. "czarną godzinę", co nas znacznie pokrzepiło. Chleb był tak zmarznięty, że się prawie nie nadawał do bezpiecznego spożycia, bo któż chciałby tam jeszcze przy okazji tych przygód połamać sobie zęby?! O wiele lepsze byłyby suchary, ale ich także nie mieliśmy. Kiełbasa też mocno zgrzytała nam w ustach, ale jakoś dawała się gryźć i smakowała znakomicie, tym bardziej, że mogliśmy ją wszyscy popić odrobiną ciepłej herbaty, którą Jurek i Bożenka, aż do tej pory zachowali w swoich termosach. Dzięki im za to - było to wtedy dla nas prawdziwe "niebo w gębie".
Z każdym kęsem tej zgrzytającej w zębach kiełbasy, wracał nam humor, siła oraz czucie w rękach i w nogach. Wkrótce więc pomagając sobie nawzajem, założyliśmy narty i początkowo dość ostrożnie pomiędzy buczkami, a później już całkiem ostro, tzw. "Końską drogą" i serpentynami, zjechaliśmy bezpiecznie do naszej kochanej Wetliny. Patrząc jak zawzięcie wszyscy szusują, wywracają się, podnoszą i znów szusują, miałem wrażenie, że wszyscy po prostu uciekamy z tych gór, które tak bezlitośnie nas wtedy sponiewierały.
Tego dnia miałem zamiar odstąpić od naszej stałej tradycji, tj. nie organizować wieczornego spotkania z tzw. godziną szczerości i "śpiewankami". Byłem przekonany, że wszyscy są zbyt zmęczeni na taki luźny i rozśpiewany wieczór. Tu się jednak bardzo myliłem. Po spożyciu obfitej, cywilizowanej kolacji, przyrządzonej w ramach rehabilitacji przez naszych sympatycznych uciekinierów - Janusza i dyrektora, wszyscy jak zawsze spontanicznie zgromadzili się w świetlicy i "ryknęli" tak gromkim i wesołym śpiewem, że byłem tym wprost oszołomiony. Cóż to znaczy jednak młodość! Jeszcze nie tak dawno chłopaki wyglądali jak wraki lub Francuzi pod Moskwą, a tak szybko się zregenerowali. Spytałem ich nawet dlaczego się tak cieszą i tak wyjątkowo głośno śpiewają. Odpowiedź mnie zdumiała i głęboko zastanowiła:
- Panie wychowawco, nie oszukujmy się - przecież dzisiaj naprawdę walczyliśmy o życie i tę walkę razem jakoś ...wygraliśmy, więc jak tu się nie cieszyć?!".
- A jutro - pójdziecie ze mną znowu w góry?
- Pewnie, że tak!
I jak zwykle... poszli!
5. "A ja mam niedosyt" - nasze bieszczadzkie "pupozjazdy"
W ciągu ponad dwudziestu lat pracy w poprawczaku zorganizowałem kilkaset imprez turystycznych, z których bardzo wiele miało niewątpliwie dość wysoki stopień ryzyka. Starałem się jednak, aby to ryzyko mieściło się zawsze w granicach zdrowego rozsądku oraz granicach mojej wiedzy i wciąż poszerzanego doświadczenia. W tak intensywnie uprawianej turystyce pewnego ryzyka do końca wykluczyć po prostu się nie da, a bez ryzyka na ogół nie ma też znaczących osiągnięć - to fakt. Można jednak i trzeba to ryzyko minimalizować i choć nie wszyscy w to wierzą - ja to także robiłem. Za brak groźnych wypadków jestem jednak wdzięczny przede wszystkim Bogu, ale także i tym koleżankom i kolegom, którzy w trudnych i niebezpiecznych sytuacjach nie wpadali w panikę, nie rezygnowali z aktywnej współpracy i darzyli mnie wówczas autentycznym zaufaniem. Dzięki temu w ciągu tych wszystkich lat intensywnej turystyki, tylko raz doszło do poważniejszego wypadku, któremu uległ jeden z opiekunów naszego bieszczadzkiego zimowiska - kolega Janek Kempisty. Jeszcze dziś, po tak wielu latach, to konkretne zdarzenie i cały ten pechowy dzień tzw. "bieszczadzkich pupozjazdów" widzę w swej pamięci dosyć dokładnie i jeszcze dziś mam do siebie pewne pretensje za popełnione wówczas błędy.
Zimowa podróż z Laskowca w Bieszczady była w tamtych latach zawsze bardzo męcząca i długa. Moją niezawodną receptą na szybki relaks, turystyczny wigor i znaczną poprawę nastroju dla stłamszonych podróżą osób, był zwykle jak najszybszy wymarsz w góry na tzw. rekonesans. Tak było i wtedy. Po szybkim posiłku i krótkiej zbiórce organizacyjnej wyruszyliśmy całą watahą na Smerek - tj. na dość efektowną i najbliższą połoninę w okolicach naszego schroniska w Wetlinie. Było nas wówczas wyjątkowo dużo - bo ponad 60 osób. Oprócz wychowanków i opiekunów z Laskowca do udziału w tym zimowisku zaprosiłem wtedy także trochę gości oraz dziewczyny z dwu poprawczaków - tj. z Mrozów i z Cerkwicy.
W dość szybkim tempie i w coraz lepszych nastrojach zbliżaliśmy się do szczytu z nadzieją na świetną zabawę w postaci tzw. "pupozjazdów". Zabawa ta polega na tym, że siada się na grubym, foliowym worku, albo po prostu na pupie i z okrzykiem "smerfuj się kto może " - mknie się po zboczu połoniny aż do pierwszych, karłowatych buczków. Szczególnej uciechy dostarczają wtedy tzw. tramwaje, spontanicznie tworzone z kilku rozochoconych i dość głośno wrzeszczących osób (zwłaszcza dziewczyn). To taka trochę infantylna, lecz niegroźna dziecinada, dość ważna dla tej wyrośniętej już młodzieży, która prawdziwego dzieciństwa najczęściej w ogóle nie miała. Na ogół chętnie więc pozwalałem na taką zabawę i zwykle sam także w niej uczestniczyłem. Tym razem jednak pojawiła się we mnie jakaś dziwna obawa. Śnieg na północnym stoku Smerka był co prawda bardzo obfity i puszysty, przyjemny do zjeżdżania, tylko na moje oko był on zbyt luźno związany z podłożem, które być może było także niebezpiecznie oblodzone. W tej sytuacji zatrzymałem całą grupę na szczytowym grzbiecie połoniny i postanowiłem zjechać na tyłku najpierw sam, aby się przekonać, na ile taki zjazd jest bezpieczny i czy w ogóle jest możliwy. Zdążyłem ujechać zaledwie kilka metrów, gdy pod tyłkiem poczułem rzeczywiście goły lód. Ku mojemu przerażeniu zacząłem nabierać niebezpiecznej szybkości i odwracać się głową w dół, co jest w takiej sytuacji regułą, gdyż górna połowa ciała jest zwykle cięższa i powoduje trudną do opanowania rotację. Miałem ze sobą na szczęście kijek narciarski, który szybko włożyłem pod pachę i dzięki niemu z niemałym trudem udało mi się w końcu wyhamować i stanąć na własnych, ale mocno drżących nogach.
Osłonięty skalnym, mocno zaśnieżonym garbem, wcale nie widziałem stojących na grzbiecie uczestników tej wyprawy i oni nie widzieli mnie także. Wobec tego zwinąłem rękę w przysłowiową trąbkę i głośno krzyknąłem: "nie jedźcie!" Skutek tego niefortunnego, krótkiego okrzyku był dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Niemal natychmiast rozległy się bowiem beztroskie śmiechy i wrzaski -najpierw bardzo wesołe, a wkrótce potem pełne zgrozy i paniki. Prawie cała ta wataha moich turystów zaczęła bowiem szybko zjeżdżać w dół, nie zdając sobie sprawy z tego, co ich tam naprawdę czeka. Zamiast okrzyku "nie zjeżdżaaajcie!", ktoś usłyszał - "zjeżdżaaajcie", ktoś to powtórzył, reszta chętnie w to uwierzyła, więc niecierpliwe i trochę już zmarznięte tramwaje od razu ruszyły. Dziś wiem, że zamiast krzyczeć spoza zasłaniającego mnie garbu, powinienem szybko wdrapać się wyżej i kategorycznie zakazać tych szalonych zjazdów. Wtedy jednak, sam nieco zszokowany po prostu sądziłem, że mój krótki rozkaz będzie dobrze słyszalny i zapewne to wystarczy. Kiedy z przerażeniem zauważyłem co się dzieje na jakiekolwiek dodatkowe wyjaśnienia i rozkazy było już za późno. Kątem oka zauważyłem nieco niżej od mojego miejsca lądowania, dość gruby buczek i skóra mi ścierpła. Rósł on bowiem niemal dokładnie na trasie przejazdu pędzących już osób i zderzenie z nim dla wielu "pupozjazdowców" było wręcz nieuchronne.
W tej sytuacji mogłem jedynie rozpaczliwym potrącaniem, odpychaniem i dość mocnymi kopniakami nieco korygować linię ich lotów tak, aby tworząca się szybko głęboka, śnieżna rynna omijała drzewo. Nie było to wcale proste, gdyż te wymuszone zderzenia z pędzącymi ciurkiem "pupozjazdowcami" mnie również gwałtownie wybijały z szybko zajmowanych pozycji, a czasu na korekty było przecież przeraźliwie mało. Na szczęście peleton pędzących "pupozjazdowców" był trochę szerszy niż myślałem i coraz bardziej się rozciągał w przestrzeni i w czasie, co pozwoliło mi nieco zebrać myśli i... posiłki. Do akcji osłaniania felernego buczka a także wyłapywania zjeżdżających "pupozjazdowców" lub korygowania ich dalszych lotów, udało się dość szybko włączyć jeszcze kilka, z trudem wyhamowanych osób i teraz cała akcja przebiegała już sprawniej.
Oczywiście, nie wszyscy ci, którzy "spadali nam z nieba", do tej pomocy się nadawali. Niektórzy byli w wyraźnym szoku, inni z kolei tak sturlani śniegiem, że niejeden z nich swym wyglądem i osłupiałym wzrokiem bardziej przypominał bezmyślnego bałwana niż w pełni świadomego człowieka. Niektórzy przemknęli obok nas daleko w dół i w ogóle nas nie zauważyli, a tuż za nimi mknęły ich pourywane plecaki, czapki, gumo-filce itp. Jedna z wychowawczyń, leżąc już bezpiecznie w miękkim śniegu, ciągle jeszcze wołała -"maaamo, maamo raaatuj!". Nasz sympatyczny strażnik, jak zacięta płyta powtarzał w kółko: ra, ra, ra. Jak się potem wyjaśniło - w ten oto sposób, dość bezwiednie próbował on tu na dole dokończyć słowo - chole..ra, które mu się spontanicznie wyrwało gdzieś znacznie wyżej, przy pierwszym obrocie nogami do góry. Jednemu z naszych wychowawców podczas tego lotu cały życiorys, jak to powiedział - "od kolebki" -przypomniał się w najdrobniejszych szczegółach, inny z kolei zapomniał jak się nazywa i na swoje imię reagował dość długo z pewnym niedowierzaniem i dość dziwnym uśmiechem. Jeden z wychowanków dostał takiego szoku, że na zmianę to tarzał się w śniegu, to się z niego zrywał i panicznie gdzieś uciekał. Dopiero późniejsze zawiązanie mu oczu szalikiem okazało się jako tako skuteczne. Byli jednak i tacy, którzy po tym szaleńczym locie dość szybko przyszli do siebie i jak to już powiedziałem, skutecznie włączyli się do akcji.
Cały ten potężny, grupowy "pupozjazd", nie licząc osobliwych wrażeń i drobnych urazów, skończyłby się może dość szczęśliwie, gdyby udało się w porę dobiec i zatrzymać bądź skorygować bardzo szybki lot pewnej dziewczyny - wychowanki z Mrozów. Niestety zabrakło te kilkadziesiąt centymetrów i dziewczyna przemknęła koło nas jak strzała, wykonała kolejny obrót i niebawem owinęła się brzuchem wokół felernego buczka. Zrobiła się cisza, a ja dosłownie struchlałem. Po chwili usłyszałem stłumiony jęk dziewczyny i niemal wszyscy rzuciliśmy się do niej na pomoc. Wkrótce okazało się, że nie ma ona żadnego złamania, ani widocznych zewnętrznych obrażeń, ale na brzuchu ma bardzo potężnego krwiaka. Dziewczyna zachowywała się nadzwyczaj spokojnie i bardzo dzielnie, chociaż widać było, że z trudem walczy z dużym bólem. Po udzieleniu jej doraźnej pomocy, postanowiłem przerwać dalszą wycieczkę i jak najszybciej wrócić z całą grupą do schroniska, a następnie zawieść tę dziewczynę do lekarza. Na zmianę niosąc ją na rękach, posuwaliśmy się powoli w kierunku Wetliny. Z każdą minutą było coraz łatwiej. Śnieg w miarę tracenia wysokości był coraz płytszy, zapadanie się w niego coraz mniej uciążliwe. Dziewczyna niebawem zaczęła iść o własnych siłach. Bardzo poprawiło to nam nastrój, a wychodząc na ostatnią polanę, z której było już wyraźnie widać nasze schronisko odetchnąłem z ulgą i powiedziałem:
- No to jesteśmy już prawie w domu. Na dzisiaj wystarczy!
Podszedł wtedy do mnie jeden z naszych wychowawców - kolega Janek Kempisty i skwitował to krótko:
- A ja mam niedosyt!".
Trochę zdziwiły i zaskoczyły mnie te jego słowa, więc powiedziałem mu zgodnie z prawdą:
- A ja mam dziś przesyt i wrażeń, i wydarzeń, więc, o co ci do diabła chodzi!?
Janek na to:
- Mam propozycję, aby kaleczniaków odesłać do schroniska, dojdą tam przecież bez problemu - a z chętnymi prosto stąd polecieć jeszcze na Hnatowe Berdo.
Po krótkiej i konstruktywnej wymianie zdań doszedłem do wniosku, że ma to sens. Wycieczka, choć pełna wrażeń, dla naszych chłopaków była rzeczywiście zbyt krótka, aby liczyć na ich spokojny, grzeczny sen. Dziewczyna jeszcze raz zapewniła mnie, że czuje się już dużo lepiej oraz że ma ona przecież swoją wychowawczynię, która w razie potrzeby się nią zajmie. Do wieczora było jeszcze sporo czasu, a mieliśmy przecież ze sobą i jedzenia i latarek tyle, ile trzeba, a wyrobiona na treningach kondycja po prostu nas rozpierała.
Nie dałem się więc prosić zbyt długo. Zaważyła tu jednak niestety moja wrodzona zachłanność na góry. Szybko zrobiłem zbiórkę. Oddzieliłem naszych chłopaków od reszty i powiedziałem, że zaraz pomkniemy przełajem na "świętą górę Wetliny", a cała reszta pod dowództwem wyznaczonych opiekunów - ma spokojnie wracać do schroniska i przygotować dla wszystkich porządną kolację. Dziś wiem, że w tych specyficznych warunkach, o tej porze dnia i roku, tuż na starcie naszego zimowiska i po tej naszej "pupolotnej przygodzie" ta pochopna decyzja była moim poważnym błędem. Co innego bowiem jest proponować, a co innego - decydować. Wtedy jednak chyba nie zdawałem sobie z tego sprawy i z niekłamaną radością wraz z chłopakami i kilkoma pracownikami z Laskowca ruszyłem znowu w górę. W bardzo szybkim tempie dotarliśmy na skalisty szczyt Hnatowego Berda, ale równie szybko zaczął tam docierać także zmierzch oraz siarczysty mróz. Nie było ani warunków ani czasu na jakiś dłuższy odpoczynek i na kontemplację pięknych widoków. Czułem też wewnętrzny niepokój o faktyczne zdrowie owej dziewczyny, którą jak mi się wydawało zbyt pochopnie przekazałem pod opiekę jej wychowawczyni. Starałem się więc coraz bardziej podkręcać tempo, aby jak najszybciej dotrzeć do schroniska.
Z Hnatowego Berda po asekuracyjnym i dość ostrożnym przejściu najbardziej stromych i oblodzonych jego szczytowych fragmentów, ruszyłem w dół dosłownie biegiem, a wraz ze mną ochoczo pobiegło też kilku wychowanków. Pozostali chłopcy szli znacznie wolniej pod opieką dwóch wychowawców - Staszka Majewskiego i Janka Kempistego. Obaj byli doświadczonymi turystami i Bieszczady znali bardzo dobrze, więc byłem o nich spokojny.
Po przebiegnięciu kilkuset metrów dość stromego zbocza zatrzymaliśmy się w zacisznym miejscu, aby tu spokojnie poczekać na całą naszą grupę. Po chwili zobaczyłem szybko biegnącego do nas wychowanka i usłyszałem głośne wołanie:
- Wraacaajcie - pan Kempisty złamał noogę!"
W pierwszej chwili pomyślałem, że to żart, więc mu powiedziałem:
- Przestań wrzeszczeć - nie lubię takich głupich żartów!".
On tymczasem już do nas doleciał i mocno zasapany nie mógł wydusić z siebie żadnego sensownego zdania, ale wystarczyło popatrzeć na jego minę, aby uwierzyć, że tam w górze wydarzyło się rzeczywiście coś bardzo niedobrego. Bez słowa ruszyłem natychmiast z powrotem w górę, a za mną pospieszyli też moi wychowankowie. Biegłem po głębokim śniegu bardzo szybko, i wkrótce zobaczyłem, że Janek z wykrzywioną bólem twarzą leży na śniegu, a nad nim klęczy Staszek Majewski, próbujący udzielić mu pierwszej pomocy. Po dobiegnięciu do Janka byłem tak zmęczony, że też dosłownie padłem na śnieg, ale już po chwili krótkotrwałej odsapki mogłem włączyć się do konkretnego działania. Sytuacja wyglądała bardzo źle. Janek miał rzeczywiście złamaną nogę i wymagał rozważnego transportu, aby tego groźnego urazu jeszcze bardziej nie pogorszyć. Nogę trzeba było bardzo ostrożnie i skutecznie usztywnić, wykorzystując do tego narciarskie kijki i linkę, którą na naszych wycieczkach prawie zawsze noszę ze sobą. Cała ta operacja mimo że wykonaliśmy ją dość szybko i sprawnie, była dla poszkodowanego bardzo bolesna. Szczerze więc podziwiałem Janka za to, że znosił to tak spokojnie i że w ogóle w całej tej tragicznej sytuacji był bardzo opanowany i dzielny. Jego wypadek był dla nas wszystkich dużym zaskoczeniem, gdyż był to bardzo doświadczony turysta, a przy tym rozsądnie ostrożny i świetnie sobie radzący w sytuacjach trudnych i ryzykownych. Jak to się więc stało, że to on właśnie tak fatalnie złamał sobie nogę? Po prostu pośliznął się na stromym zboczu. Szedł w gumo-filcach, które zimą w Bieszczadach na ogół sprawdzają się znakomicie, ale na oblodzonych zboczach są dosyć niebezpieczne. Dlatego zalecałem nosić w plecakach jeszcze dodatkowo wimbrowane buty (np. warsztatowe) i kijki narciarskie do tzw. samo-asekuracji, ale to zalecenie nie zawsze było respektowane. Często też w sytuacjach szczególnie niebezpiecznych posługiwaliśmy się liną. Czegoś więc tu zabrakło. Może po prostu wyobraźni, a może większej samodyscypliny, która by nas zmusiła do dalszej, ostrożnej wędrówki, całą zwartą grupą, tak jak to było na szczytowych partiach Hnatowego Berda. Przy takim przypadkowym "pupozjeździe" Janek momentalnie nabrał szybkości, przeleciał zaledwie kilka metrów i silnie uderzył nogą w jednego z rosnących tam buków, no i kości tego nie wytrzymały.
Trzeba było teraz podjąć szybką i rozsądną decyzję, co robić dalej. Wzywać GOPR, czy też transportować Janka do cywilizacji własnymi siłami? To był dla mnie bardzo trudny dylemat. Było już dosyć późno, szybko zapadał gęsty zmrok, mróz z każdą chwilą był coraz większy, a Jankiem wstrząsały coraz silniejsze dreszcze, co było widocznym objawem nie tylko urazowego szoku, ale także - wysokiej gorączki. W tej sytuacji, nawet najszybszy mój bieg po głębokich zaspach do schroniska na Połoninie Wetlińskiej, gdzie zwykle dyżurują goprowcy, wydał mi się dość kiepskim i niebezpiecznym rozwiązaniem. Przy tak "paskudnym" złamaniu i trapiącej go gorączce, potrzebna była przecież fachowa pomoc lekarska i jak najszybszy transport do szpitala, który był kilkadziesiąt kilometrów stąd. W tamtych czasach nie było przecież komórek, więc sama akcja zawiadomienia i sprowadzenia do Janka, nawet najszybszego ratownika GOPRU i następnie za jego pośrednictwem, sprowadzenia karetki pogotowia (helikopterem też wówczas bieszczadzcy goprowcy nie dysponowali), trwałoby więc niebezpiecznie długo i nie wiem, jak Janek w tych bardzo trudnych warunkach by to zniósł. Postanowiłem więc całą tą akcję znacznie przyspieszyć, tj. wykorzystać nasze własne siły i własne turystyczne doświadczenie.
Wybrałem czterech sprawnych i turystycznie doświadczonych chłopaków i dałem im dodatkową latarkę, mapę i busole. Poleciłem, aby jak najszybciej dotarli do naszego schroniska w Wetlinie, wezwali pogotowie, wzięli od Pietrka (kierownika schroniska) sanki i wyszli nam naprzeciw. Głęboko wierzyłem, że sobie poradzą z tym specjalnym zadaniem i mimo nocy, znajdą nas na pewno, bo my wraz z poszkodowanym wychowawcą będziemy starali się iść zamarzniętym strumieniem, który wypływa w pobliżu Wetliny, o czym także wszystkich poinformowałem. Chłopcy ci mieli za sobą liczne treningi, a więc na ich znakomitą kondycję oraz orientację w terenie mogłem tu naprawdę liczyć. Zawsze przywiązywałem bowiem dużą wagę do takich intensywnych treningów, przed każdą wyprawą w góry i teraz głęboko wierzyłem, że to zaprocentuje. Chłopcy ci bez wahania ruszyli w drogę i szybko znikli nam z oczu. My zaś ostrożnie zaczęliśmy Janka znosić w dół w kierunku najbliższej odnogi wspomnianego strumienia. Dwóch wychowanków podczas tego wyczerpującego transportu miało się zajmować jedynie tą złamaną nogą swego wychowawcy. Trzeba było ją tak utrzymywać podczas marszu, aby jej jeszcze bardziej nie uszkodzić i maksymalnie chronić poszkodowanego od dodatkowego bólu. Cztery osoby na zmianę niosły Janka na zaimprowizowanych noszach. Nie było to wcale łatwe, gdyż głęboko zapadaliśmy się w śniegu, po drodze były liczne terenowe przeszkody - zwalone drzewa, konary, kamienie - a Janek do "mikrusów" nie należy i w całym swym opakowaniu ważył na pewno ponad sto kilo.
Po dotarciu do strumienia, wyciągnąłem z plecaka gruby foliowy worek, posadziliśmy na nim Janka i posługując się liną zaczęliśmy go ciągnąć po śniegu i lodzie, pokonując przy tym różne naturalne przeszkody. Janek jednak zaczął trochę narzekać, że mu zimno na tym worku i dobrze by było go czymś wypełnić. Chłopaki szybko podbiegli do małej polanki i zaczęli rękoma intensywnie grzebać w dwumetrowej warstwie śniegu, aż się dokopali do zmarzniętej suchej trawy. Nazrywali jej tyle ile trzeba i tym "niby sianem" wypełnili worek, tworząc z niego prowizoryczne sanki. Od tej pory nasz marsz i transport poszkodowanego przebiegał już znacznie sprawniej. Poprawił się też nasz ogólny nastrój, co w takich sytuacjach jest sprawą bardzo ważną. Proponowaliśmy nawet Jankowi, aby o nic się nie martwił i jako najbardziej z nas wypoczęty i najmniej zajęty - opowiadał nam tylko kawały - a my go na pewno szybko doniesiemy do cywilizacji i to w komplecie, czyli razem z jego nieco oddzielnie niesioną nogą. Janek też trochę żartował, ale kawałami z rękawa nie sypał, co zresztą przyjęliśmy z życzliwą wyrozumiałością.
Poważny problem transportu Janka pojawił się jednak na ostatnim odcinku naszego strumienia. Okazało się bowiem, że dalej nie jest on już zamarznięty i płynie w tak głębokim jarze, że wygramolenie się z poszkodowanym na brzeg będzie nie lada sztuką. I znów pomogła nam niezawodna lina. Podciągnęliśmy Janka pod pionową skałę i obwiązaliśmy go liną bardzo solidnie. Następnie przewieszając linę przez pochyłe drzewo, wyciągnęliśmy Janka na skraj wąwozu niczym wielkie wiadro wody i odetchnęliśmy z ulgą. Do szosy stąd było już niedaleko, a na drodze czekali już nasi chłopcy z saniami a trochę dalej, także nasz zakładowy samochód. W międzyczasie Grażka (żona Pietrka - kierownika schroniska w Wetlinie) usilnie kręciła korbką schroniskowego telefonu, aby wezwać karetkę z Leska. Taka była bowiem ówczesna łączność.
Po dotarciu do schroniska, zebrałem wszystkich tzw. "kaleczniaków", aby ich duchowo przygotować do wizyty lekarskiej. Poza Jankiem i poszkodowaną dziewczyną z Mrozów byli też tacy, którzy mieli zwichnięcia, otarcia i różne inne drobne urazy po naszych "pupozjazdach", więc i oni postanowili czekać w kolejce do lekarza. Niektórzy po prostu liczyli na oficjalne zwolnienie przynajmniej z niektórych forsownych wędrówek, co by przecież dla nich było jakąś ciekawą okazją na większą swobodę, której jak wiadomo nigdy nie byłem zbyt gorliwym zwolennikiem. Lekarz rzeczywiście wkrótce przyjechał i to w bardzo wesołym nastroju.. Pewnie ze względu na siarczysty mróz, wysokie zaspy i niemałą odległość, regenerował się po drodze dość często, nie tylko herbatą z cytryną. Czekała na niego dość długa kolejka "kaleczniaków". Najpierw zajął się więc wytrąconym palcem - naszej sympatycznej koleżanki - wychowawczyni z Cerkwicy. Lekarz próbował go jej nastawić, ale narobiła ona takiego wrzasku, że lekarz odruchowo chwycił się za uszy, a Beata po prostu uciekła. Momentalnie też zaczęła topnieć kolejka naszych "kaleczniaków". Została tylko owa wychowanka z Mrozów i Janek, który może też by uciekł, ale z tą swoją połamaną nogą był jednak bez szans. Lekarz szybko się nimi zajął i wkrótce oboje pojechali karetką do szpitala. Po kilku dniach wrócili z powrotem na nasze zimowisko: dziewczyna z szerokim bandażem na brzuchu a Janek z grubym gipsem na nodze.
Dziewczyna w tym wspaniałym górskim klimacie szybko wydobrzała, ale z Jankiem, na finiszu zimowiska pojawił się nowy problem - pod tytułem "jak go zawieść do domu?". Wszyscy bowiem przyjechaliśmy w Bieszczady pociągiem, z kilkoma przesiadkami po drodze, korzystając przy tym także z autobusów. Całe nasze tzw. grube wyposażenie przyjechało zaś - naszym zakładowym żukiem. Wydawało mi się, że teraz na tego żuka, oprócz wyposażenia, uda się nam jeszcze zapakować Janka i jego świeżo posklejaną nogę. Tylko jak on wytrzyma te kilkaset kilometrów na tzw. pace, pod zwykłą plandeką przy tak dużym mrozie. Zapewne się przeziębi i znowu trafi do szpitala - a takiej recydywy nie chciełem przecież brać na swoje sumienia. Zdecydowaliśmy więc, że pojedzie on w tzw. szoferce - tylko jak go tam zmieścić? Nasz kolego Janek jest słusznego wzrostu i nogi ma także wyjątkowo długie, a ta złamana wydawała się być jeszcze dłuższą. Ze względu na gruby gips w ogóle się przecież nie zginała, a przez to i nie mieściła się w kabinie. Rozważaliśmy nawet i taki wariant, czy w tej sytuacji nie wyciąć w szoferce jakiejś sporej dziury, aby mogła przez nią podczas podróży wystawać Janka noga. Obawialiśmy się jednak, że tak dziwnego pojazdu, z dziurą w szoferce i wystającą z niej białą nogą, żaden policyjny patrol nie przepuści i będą tylko dodatkowe kłopoty. Ostatecznie więc - wybraliśmy rozwiązanie pośrednie. Janka, mocno skurczonego, upchnęliśmy w szoferce, podkładając mu pod tyłek tyle podgłówków i poduszek, że plecami i karkiem sięgał on podsufitki, co pozwoliło mu jednak zabrać do szoferki także obie nogi. W takiej to iście akrobatycznej pozycji Janek cierpliwie i szczęśliwie dojechał do Laskowca, a na drugi rok zgodnie z wcześniejszą obietnicą, znów wracając w Bieszczady, oprócz plecaka zabrał ze sobą także swój gips z wszystkimi, naszymi podpisami. Gips ten wiele lat wisiał potem w wetlińskim schronisku, obok połamanych nart i kijków, jako szczególna pamiątka i... przestroga dla zbyt swawolnych i mimowolnych "bieszczadzkich pupozjazdowców".
6. "Uratowaliście nam życie!" - "Nie przesadzajmy, myśmy was tylko... uprowadzili"
W ciągu wielu lat intensywnych wędrówek po górach, w różnych porach roku i przy różnej pogodzie, mieliśmy bardzo dużo niebanalnych okazji do ostrego szlifowania swych charakterów, w tym także do nauki szacunku i pokory wobec naszej pięknej i groźnej przyrody. Tej niezbędnej pokory góry uczyły nie tylko nas. Myślę, że warto tu przytoczyć chociażby taką oto "górską lekcję" dla innych, w której my także mamy swój aktywny udział, gdyż nie byliśmy tam tylko - biernymi świadkami.
To było w Tatrach!
Kilka razy późną jesienią, poza sezonem turystycznym, wyjeżdżaliśmy w Tatry, jak to się mówiło - do roboty. Wobec ówczesnych kłopotów finansowych, było to rozwiązanie znakomite. Za nieodpłatnie świadczone przez nas prace remontowe i porządkowe w schronisku "Szarotka", mieliśmy bowiem darmowe noclegi i dofinansowanie podróży, a schronisko miało tanią i solidną siłę roboczą przez kilkanaście dni. Dzieliłem wówczas całą naszą ekipę na dwie połowy, z których na zmianę, jedna pozostawała w schronisku - do roboty, a druga szła na cały dzień w góry. Opiekunów też dzieliłem według tej samej zasady, aby wszyscy mogli zarówno solidnie popracować jak i dość forsownie powędrować. Nasi chłopcy do takich jesiennych wyjazdów byli zawsze bardzo dobrze przygotowani, toteż biegali po Tatrach jak kozice, a wieczorami, po obfitej kolacji i tzw. śpiewankach, wdrapywali się na swoje prycze i zasypiali twardo jak świstaki.
Podczas jednej z takich forsownych wędrówek, mimo świeżego śniegu i oblodzenia szło nam się wyjątkowo dobrze, więc postanowiliśmy podwoić zaplanowaną trasę, z pełną świadomością, że do schroniska wrócimy dopiero późnym wieczorem. Radośnie korzystając ze słońca, liny i kondycji, szybko pokonaliśmy Granaty, Czarne Ściany i Kozi Wierch. Upojeni rozległą, ośnieżoną panoramą, "sfrunęliśmy jak na skrzydłach" do Doliny Pięciu Stawów i dalej do wodospadu Siklawa w Dolinie Roztoki. Mając ciągły niedosyt, podjęliśmy decyzję o powrocie do Zakopanego, nie wariantem tradycyjnym, przez Łysą Polanę i autobusem, tylko - pieszo, górami przez Zawrat. Śnieg, chociaż stwarzał na skałach pewne techniczne problemy, maskował jednak kamienie i przez to na dużych odcinkach ułatwiał nam wędrówkę, stąd tempo było nadal znakomite, mimo wyraźnych już oznak zmęczenia.
Zbliżając się do podejścia na Zawrat, przypadkiem spotkaliśmy dwie młode dziewczyny z ogromnymi plecakami. Jak się okazało były to studentki, spędzające weekend w górach. Szły one bardzo wolno, ale w tym samym kierunku, co my. Po krótkiej kurtuazyjnej rozmowie zaproponowałem im, aby szły razem z nami, bo tak będzie przyjemniej i bezpieczniej. One jednak stwierdziły, że nasze tempo im nie odpowiada. Obiecałem więc, że zwolnimy i pomożemy im nieść te gigantyczne plecaki. Dziewczyny nadal się upierały, że wolą iść same. Trochę tym zasmucony, ale i zaniepokojony, zacząłem ich z lekka przepytywać ze znajomości tych gór o tak nietypowej porze.
- Czy wiecie jak wygląda teraz Zawrat po tej drugiej, północnej stronie?
- Jak to jak? Chyba tak samo jak po tej?.
Pomyślałem, że albo żartują albo rzeczywiście zupełnie nie zdają sobie sprawy z występującego tam oblodzenia i konieczności mozolnego odkuwania mocno przymarzniętych łańcuchów. Spytałem ich jeszcze:
- Czy macie latarki?
- Nie, bo i po co? Przecież słońce jeszcze dobrze świeci, więc latarki nie będą nam potrzebne.
Tu się zdumiałem po raz drugi. To piękne słońce - powiadam - zaraz się schowa za tamtą górę, czyli za Świnicę i dzisiaj już go nie zobaczycie. Dziewczyny jeszcze raz stwierdziły, że na pewno sobie poradzą, i zdecydowanie wolą iść same. Wyczułem, że dziewczyny po prostu nie mają do nas zaufania, gdyż z pewnym niepokojem przyglądały się naszym chłopakom i te ich sznyty i tatuaże nie były na pewno tu żadnym atutem. Cóż było robić wobec takiego uporu? Powiedziałem im tylko:
- No to cześć, powodzenia! Bądźcie ostrożne - zwłaszcza przy schodzeniu. - Po chwili znowu z chłopakami ostro ruszyliśmy do przodu.
Na Zawracie zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek, aby trochę się posilić, przemundurować i przygotować do ostrożnego schodzenia po mocno oblodzonych skałach. Wyraźnie już widząc, co nas dalej czeka - ponownie odezwało się we mnie sumienie. Przecież nie możemy w takich warunkach i o tak późnej porze, zostawić tych dziewcząt sam na sam z tą piękną, lecz groźną przyrodą. Przy wyraźnym braku doświadczenia i mocno ograniczonej ich wyobraźni, były przecież nikłe szanse na to, że sobie faktycznie poradzą. Przeciwnie, groziło im naprawdę bardzo poważne niebezpieczeństwo, któremu powinniśmy jakoś zaradzić.
Szybko wybrałem więc czterech, najmniej "obdzierganych" chłopaków i poleciłem im pobiec po te uparte dziewczyny. Mają z nimi w ogóle nie dyskutować, ale uprzejmie, lecz stanowczo zabrać im plecaki, wziąć je za ręce i doprowadzić tu na Zawrat do całej naszej grupy. Chłopakom nie musiałem tego dwa razy powtarzać. Szybko pomknęli na dół i wkrótce przyholowali do nas te wyraźnie spanikowane, rozzłoszczone i trochę już popłakujące dziewczyny. Przeprosiłem ich za to bezceremonialne uprowadzenie. Wyjaśniłem, że są to chłopcy z poprawczaka i chociaż na dżentelmenów nie wyglądają, to na pewno im żadnej krzywdy nie zrobią i do celu bezpiecznie je doprowadzą. Powiedziałem też, że jako wychowawca swoim honorem im to gwarantuję, a jako turystyczny przodownik, nie mogłem ich przecież zostawić ani postąpić inaczej. Chłopcy również zaczęli ich uspokajać, pocieszać i częstować czekoladą, także w końcu dziewczęta zaczęły się do nas nawet uśmiechać i bez oporu wyruszyły wraz z nami w dalszą drogę.
Wkrótce jednak znowu usłyszałem jakieś pochlipywania i tłumione okrzyki. Pytam się więc, czemu znowu płaczą? A one na to:
- Płaczemy ze strachu.
- Co, znowu się nas boicie?
- Nie was, ale tych strasznych gór - powiadają.
Rzeczywiście - łatwo nie było! Musieliśmy mozolnie odkuwać oblodzone łańcuchy, wydziobywać stopnie w śniegu i lodzie, podtrzymywać dziewczyny za ręce i nogi i takim to sposobem, wzajemnie się asekurując, powoli schodzić w dół. Z ogromnym zaangażowaniem zwłaszcza w najtrudniejszych momentach, holował te dziewczyny Kazik Górski, którego wyjątkowa kondycja, uczynność i siła, były tu szczególnie cennym atutem. Trochę żartując, powiedziałem im wtedy, że mam nadzieję, iż w tak doborowym gronie, średni ubytek turystów na kilometr szlaku nie będzie zbyt wielki i przynajmniej one do Murowańca dotrą na pewno w komplecie.
- A chłopaki, także tam dojdą w komplecie? - Spytały.
- Tego to ja już nie wiem, przecież zawsze drzemie w nich jakaś chęć do ucieczki i ochota na "wyskoki gdzieś na boki".
- Ale przecież to byłoby bardzo głupie i niebezpieczne - szczerze zaniepokoiły się dziewczęta.
- A jaka to strata dla Ojczyzny? - Pytam.
Popatrzyły na mnie dziwnym i wyraźnie zgorszonym wzrokiem - i wtedy zarówno chłopcy jak i ja parsknęliśmy spontanicznym śmiechem. Ta ich spontaniczna troska o chłopaków, których niedawno tak się bały i naiwna łatwowierność szczerze nas ubawiły. Dziewczęta także zaczęły się uśmiechać i już nieco bardziej rozluźnione, z coraz większą gracją, pokonywały kolejne przeszkody. Wkrótce zrobiło się całkiem ciemno i z pokorą przyznały, że bez latarek w takim terenie, wędrować się jednak nie da.
Po minięciu Zmarzłego Stawu zauważyłem, że na zboczu Granatów, mniej więcej w połowie niezwykle groźnego żlebu Draża, błyska jakieś nikłe światełko i to sześć razy na minutę. Nie miałem wątpliwości:
- Tam ktoś walczy o życie! Wypadek! - Powiedziałem.
- Co robimy? - Spytali chłopaki.
- To co trzeba... i to co możemy...
Słynna pułapka Granatów znów tam kogoś uwięziła na granicy życia i śmierci, więc musieliśmy działać szybko i rozważnie. Głupotą by było w tych warunkach bez specjalistycznego wyposażenia, pędzić na Granaty z osobistą pomocą dla poszkodowanego. Jedyną rozsądną decyzją było jak najszybsze powiadomienie Goprowców, dyżurujących w pobliskim Murowańcu. Nadałem więc obowiązujące w takich przypadkach świetlne sygnały (trzy razy na minutę) do poszkodowanego, aby wiedział, że jego wołanie o pomoc zostało zauważone i ktoś na pewno mu tej pomocy wkrótce udzieli. Nasz szlak na tym odcinku był już dosyć bezpieczny, więc zostawiłem grupę pod opieką wyznaczonego wychowawcy, a sam wraz z dwoma chłopakami szybko pobiegłem w kierunku Murowańca. Okazało się jednak, że goprowcy, o tym wypadku byli już powiadomieni, gdyż niebawem zobaczyliśmy, jak kilkuosobowa grupa ratowników z całym, niezbędnym ekwipunkiem spieszy do poszkodowanego z konkretną pomocą.
W tej sytuacji po krótkiej rozmowie z goprowcami zawróciliśmy do naszej grupy i ze zdziwieniem zobaczyłem, że nasze sympatyczne dziewczyny znowu płaczą.
- A tym razem, o co wam chodzi - zadaję kolejne pytanie?
- Płaczemy, bo gdyby nie wy, to pewnie i po nas musieliby teraz biegnąć goprowcy?
Optymistki - pomyślałem. Kto i kiedy by je tam zauważył, skoro nie miały nawet latarek, a o tej porze dnia i roku - tłoku w górach przecież nie było..
Do Murowańca dotarliśmy tak jak im obiecałem - cało i zdrowo. My musieliśmy biec jeszcze dalej - do Zakopanego, ale dziewczyny były już tak zmęczone, że postanowiły zostać i przenocować w tym właśnie schronisku. Stwierdziły, że była to dla nich bardzo cenna lekcja, której nigdy nie zapomną. Przy pożegnaniu dziewczyny szczerze nam dziękowały i każdego z nas obdarzyły przyjacielskim buziakiem. Nawet te tatuaże już im teraz nie przeszkadzały. Na koniec z widocznym wzruszeniem i błyszczącą łezką w oku, jedna z nich powiedziała tak:
- Jesteście wspaniali! Jeszcze raz wam serdecznie dziękujemy. Uratowaliście nam życie"!
- Nie przesadzajmy - myśmy was tylko ...uprowadzili. Teraz jesteście znowu wolne. - Odpowiedziałem im z przyjacielskim uśmiechem i pomachałem ręką.
8. "Te drzewa nam dziękują" - piękna lekcja, jakiej udzielił nam nasz wychowanek
Od początku istnienia naszego zakładu, staraliśmy się utrzymywać ścisłe kontakty z tzw. środowiskiem otwartym. Zakład poprawczy nie może być przecież samotną wyspą, na oceanie powszechnej niechęci lub obojętności. On musi być otoczony archipelagiem życzliwych mu instytucji i osób, chętnych do pomocy i współpracy. Nie da się dobrze wychować młodego człowieka dla społeczeństwa, bez kontaktu z tym społeczeństwem. W przeciwnym razie, zakład będzie produkował tylko niebezpiecznych dzikusów, którzy po jego opuszczeniu, będą jeszcze bardziej niebezpieczni i groźni. Świadomi ciążącej na nas moralnej i społecznej odpowiedzialności, zabiegaliśmy ciągle o różne kontakty licząc także na stałą współpracę z niektórymi instytucjami. Jedną z pierwszych organizacji, która podała nam życzliwą dłoń było harcerstwo. W pobliskiej Ostrołęce w owych latach ZHP działało bardzo prężnie. W tej rozległej działalności wkrótce znaleźliśmy swoje trwałe miejsce. Poza innymi formami działania na szczególną uwagę zasługuje na pewno nasz bardzo aktywny, wieloletni udział w organizowaniu dużych, środowiskowych rajdów. Historia tych wielkich, międzyszkolnych rajdów mogłaby być niewątpliwie wdzięcznym i pożytecznym tematem do napisania odrębnej książki i być może ktoś kiedyś ją napisze. Ja chciałbym tu tylko od czasu do czasu poruszyć tę tematykę w kontekście turystycznej działalności naszego zakładu.
Przypomina mi się właśnie jeden z takich dużych rajdów - "Dwa Wrześnie Różana", w którym jak co roku o tej wczesnojesiennej porze po polach, łąkach i lasach, wędrowało równocześnie ponad dwa tysiące dzieci i młodzieży, niemal ze wszystkich szkół naszego ówczesnego województwa. Mnie jak zwykle powierzono prowadzenie trasy dla zaawansowanych, a więc - była to wędrówka przełajowa, z kompasem w ręku, z licznymi przeszkodami, długim dystansem i bogatym zestawem licznych konkursów i zadań. Przy opracowywaniu takiej trasy, a zwłaszcza przy jej bezpośrednim prowadzeniu, oprócz kolegów z pracy, moją niezawodną ekipą pomocniczą byli najczęściej chłopcy z "poprawczaka". Znudziło nam się już bowiem wygrywanie kolejnych nagród i zdobywanie wciąż nowych dyplomów, wolałem swoich chłopaków widzieć raczej w roli odpowiedzialnych i sympatycznych współorganizatorów rajdu, niż w roli bardzo trudnych do pokonania, a więc, niezbyt lubianych zawodników. Tak było i tym razem. Chłopaki zachowywali się jak należy, chętnie służyli swoją radą i pomocą, zdobywając sobie nowych kolegów, przyjaciół i oczywiście imponując dziewczynom, co dla nich było przecież szczególnie ważne. Mimo trudów forsownej wędrówki i licznych terenowych przeszkód, atmosfera na trasie była znakomita i nastrój dosyć wesoły.
Wtem wśród tej ogólnej wesołości, słyszę jakiś zdziwiony, poważny głos:
- "Druhu - las się chyba pali?!"
- Gdzie?
- Tam...
Robi się cisza. Wszyscy odwracamy głowy... i rzeczywiście, coraz wyraźniej widzimy gęste tumany dymu a po chwili błyskające wśród drzew, czerwone jęzory ognia. W odległości kilkuset metrów od nas zaczął się intensywnie palić bardzo duży i piękny las. Sytuacja z każdą chwilą wyglądała coraz groźniej. Szybko zrobiłem zbiórkę wszystkich drużyn. Dziewczyny oraz wszystkich młodszych harcerzy pod nadzorem wyznaczonych opiekunów odesłałem do pobliskiej szkoły w Przystani. Wysłałem też gońca, aby jak najszybciej powiadomił straż. Zostali tylko nasi wychowankowie z kol. Staszkiem Majewskim oraz kilku instruktorów ZHP i trochę starszych chłopców z różnych szkół. Po udzieleniu niezbędnych wskazówek pomknęliśmy w stronę palącego się lasu. Pracując gorliwie, ale gołymi rękoma, bez sprzętu i wody, nie byliśmy dla tego ognia wystarczającą zaporą. Duszący dym zmuszał nas ciągle do czołgania się po ziemi. Co i rusz trzeba było gasić także własne buty i ubrania, a piekielny upał i bardzo kiepska widoczność zmuszała nas ciągle do powolnego, ale koniecznego odwrotu. Cały czas musieliśmy się też dokładnie liczyć, kontrolować i wspierać nawzajem, aby ktoś nie zasłabł i nie został w ogniu. Prawie wszyscy ochotnicy szybko się zniechęcili i musiałem ich definitywnie wycofać. Zostali tylko nasi chłopcy z kol. Majewskim i kilku instruktorów. Mimo tak okrojonego składu udało nam się jednak ogień zatrzymać. Wyrwano bowiem gołymi rękoma tyle krzaków, drzewek i suchej darni, że granica i dla nas i dla ognia stała się bardzo wyraźna. Obawialiśmy się jednak każdego podmuchu wiatru i każdego przerzutu płomienia, gdyż nasze siły były już na wyczerpaniu, a ogień wciąż szalał.
Na szczęście zjawił się leśniczy z kilkoma ludźmi i co ważniejsze przynieśli oni jakieś szpadle i siekiery. W chłopaków wstąpił nowy duch, tym bardziej, że ani leśniczy, ani przybyli ludzie nie szczędzili im pochwał i szczerego podziwu. To jakoś tych chłopców uskrzydlało i skutecznie regenerowało ich siły. Niebawem przyjechała też straż, ale niestety wody w pobliżu nie było, a ta z beczki szybko się wyczerpała i znów trzeba było z ogniem walczyć wręcz. Chodziło głównie o to, aby uratować piękny starodrzew i na tym teraz skupił się cały nasz wysiłek. Po kilku godzinach ogień opanowano, ale przez całą noc nasi chłopcy musieli jeszcze pełnić swoistą wartę, podczas której wielokrotnie gasili oni wciąż odżywające tu i tam - groźne płomienie. Musiałem wrócić do szkoły i zająć się tam zadaniami typowo rajdowymi. Z chłopcami w lesie został tylko Staszek Majewski, który w znakomity sposób zorganizował tam prowizoryczny biwak oraz tą trudną i niebezpieczną wartę. Do kontroli i ciągłego obchodu był przecież dosyć duży obszar dymiącego i ciągle żarzącego się jeszcze pogorzeliska.
Rano do lasu przyjechał wojewoda, policja i wiele innych osób. Wszyscy szczerze dziękowali naszym chłopcom za ich wyjątkową odwagę i poświęcenie. Przywieziono im jedzenie i picie, było to bardzo miłe, chociaż najbardziej były im potrzebne jakieś buty i ubrania, bo ich własne wyglądały przecież upiornie. Goście wkrótce odjechali, na skraju pogorzeliska zostali tylko nasi chłopcy i... leśniczy. Ten jednak, zdążył się już nieźle upić, być może nawet z żalu za tą wypaloną połacią jego lasu, chociaż główny starodrzew udało się jednak uratować. Po chwili wolnym, chwiejącym się krokiem, podszedł on do moich chłopców i ze smętnym wyrazem twarzy w niecenzuralnych słowach stwierdził z wyrzutem, że nie kto inny, ale właśnie oni ten las podpalili.
- Jak to my? - zdziwili się chłopcy.
- Bo wy jesteście z "poprawczaka"! Palicie papierochy i to podpalenie - to k... wa - wasza robota!
Chłopaki zdziwili się jeszcze bardziej.
- Papierosy, to faktycznie oni palą - powiedziałem - mają na to zgodę ministra, ale nie robią tego w lesie, ani podczas marszu na harcerskich rajdach.
- G...no prawda! Czy pan nie widzi, że całe kieszenie mają oni wypchane papierochami?...A pan ich jeszcze broni?!
- Te papierosy - to dał im sam wojewoda, za to że z takim poświęceniem bronili tego lasu - a pan ich tu przeklina i wyzywa od "podpalaczy"?
- Bronili, bronili... ale cho... ra - najpierw to go podpalili i odpowiedzą mi za to!
- Las ten wcale nie leżał na trasie naszej wędrówki i zaczął się palić, zanim do niego dobiegliśmy, więc jakim cudem mogli go podpalić?! Czy pan zdurniał, czy się tylko upił? Wykrzyknąłem już mocno zdenerwowany.
Leśniczy zaczął jeszcze głośniej przeklinać i wymachiwać rękoma. Natychmiast podbiegł do niego jeden z naszych chłopców i grożąc mu pięścią wycedził przez zaciśnięte zęby:
- Niedawno Pan nas błagał o to, aby ratować te stare drzewa, a teraz robi z nas pan podpalaczy?!
Zdziwienie naszych chłopców szybko zamieniło się w rozżalenie, a to z kolei w oburzenie i sytuacja stawała się nie tylko nieprzyjemna, ale i bardzo groźna. Muszę tu przyznać otwarcie, że i mnie jako typowego choleryka to ostre stwierdzenie pijanego leśnika zeźliło okrutnie i znów chciałem mu coś twardego powiedzieć, gdy nagle stało się coś absolutnie niespodziewanego. Oto jeden z tych umorusanych, niewyspanych i mocno wytatuowanych chłopaków, jednym susem doskoczył do pijanego leśnika, odwrócił się do nas twarzą i spokojnym głosem zadał nam wszystkim proste pytanie:
- Czy mamy się przejmować głupią gadką tego pijanego leśnika? Spójrzcie na ten uratowany las - te drzewa nam dziękują. Czy to nie wystarczy?...
Zrobiła się cisza... Na taką reakcję i takie słowa w tym momencie mnie by było chyba nie stać.
- Masz rację... masz rację - powiedziałem spoglądając w kierunku szumiącego lasu.
Chłopcy też pokiwali głowami, spojrzeli na te piękne, ocalone drzewa i powoli odeszli na bok, zostawiając w spokoju wielce zdumionego leśnika.
Spośród zorganizowanych przeze mnie wielu setek turystycznych imprez, większość z nich zatarła się już w mojej pamięci, niektóre pamiętam tylko bardzo mgliście lub wyrywkowo, ale są i takie, które przetrwały nie tylko w mojej pamięci, ale także w sercu. To był właśnie taki rajd. Te proste i mądre słowa naszego wychowanka, podziałały na mnie tak, że ten uratowany las, zaszumiał wtedy nie tylko w moich uszach, ale zaszumiał także w moim sercu.
Zdziwienie ... i wzruszenie ścisnęło mi gardło i ściska jeszcze dziś, kiedy o tym piszę lub mówię.
9. Na tym samym rajdzie - jak "językiem zawadziłem o kolczaste druty"
Na tym samym rajdzie były też inne ciekawe wydarzenia, które bardzo żywo przetrwały w mojej pamięci. Dotyczą one pewnej konspiracyjnej mszy świętej, która miała być odprawiona dla uczestników tegoż rajdu.
Nasze harcerskie rajdy kończyły się zwykle w niedzielę stwarzało to często duży problem dla młodzieży katolickiej oraz jej opiekunów. Wielogodzinna wędrówka, dość rozbudowana ceremonia zakończenia imprezy oraz uciążliwy i dosyć długi powrót do domu, uniemożliwiał im często udział w niedzielnym nabożeństwie. Ludziom leniwym, prymitywnym, a zwłaszcza wrogo nastawionym do religii, to oczywiście nie przeszkadzało, ale w rajdach brała też udział liczna grupa nauczycieli i młodzieży inteligentnej, głęboko wierzącej lub po prostu uczciwej i dla nich taki stan rzeczy był po prostu kolejnym przejawem komunistycznej propagandy, która w dużym stopniu profanowała pierwotną ideę tej pięknej organizacji. Wśród bezpośrednich organizatorów rajdu byli ludzie o różnych poglądach, których łączyła jednak ta sama turystyczna pasja, więc mimo tych ideowych różnic i często ostrych dyskusji, potrafili oni jednak ze sobą dobrze współpracować i z powodzeniem realizować rajdowe zadania. Ci najbardziej ideowi, starali się oczywiście ostentacyjnie narzucać swoje poglądy, ale tych na szczęście było niewielu. Inni woleli po prostu unikać drażliwych tematów i przymykać oko na różne harcerskie inicjatywy i działania niezbyt pasujące do szczegółowych wytycznych ich przewodniej partii, bardzo zachłannej na pozyskiwanie kolejnych roczników naszej młodzieży.
W tej sytuacji jako zdecydowany zwolennik wolności wyznania, uważałem za swą moralną powinność odwiedzanie wraz z młodzieżą spotykanych podczas rajdów różnych kościołów, dających szczególną okazję do okolicznościowej modlitwy, refleksji i zadumy dla wszystkich chętnych uczestników rajdu. Zdecydowana większość młodzieży oraz jej opiekunów korzystała z tych okazji i bardzo to sobie ceniła. Tylko nieliczni zamiast modlitwy i twardej posadzki kościoła, wybierali po prostu miękką trawę i bierny, dodatkowy odpoczynek. Oczywiście informacje na ten temat docierały do Komendy Chorągwi ZHP w Ostrołęce, tym bardziej, że nie starałem się tego robić w konspiracji. Przeciwnie - zawsze głośno i wyraźnie zachęcałem młodzież do aktywnego udziału we mszy czy modlitwie, zamiast biernego korzystania z dodatkowego odpoczynku. Mimo tak nietypowego "prowadzenia rajdu" i przepływu konkretnych informacji, że uczestnicy moich tras bardzo często odwiedzają kościoły i to w harcerskich mundurach, ku mojemu zdziwieniu, wciąż nie rezygnowano z moich usług i co roku angażowano mnie do współorganizowania nowych rajdów. Powiem nieskromnie, że działała tu być może, moja turystyczna renoma, ale przypuszczam, że także zwyczajne, koleżeńskie więzi. Rozsądniej więc było dla ówczesnych pracowników Chorągwi, czegoś nie widzieć, o czymś nie słyszeć, niż czepiać się człowieka, który zawsze chętnie służył swoją radą i konkretną pomocą, który na pewno kochał młodzież oraz kochał twardą, ambitną turystykę.
W końcu się jednak miarka przebrała albo raczej - niebezpiecznie dopełniła aż po same krawędzie. I tu reakcja ówczesnej Ostrołęckiej Chorągwi ZHP była dla mnie - "rajdowego weterana" - wprost zaskakująca!
Już w trakcie przygotowań do opisywanego rajdu, trochę zgrzytnęło. Wiele okoliczności przemawiało za tym, że będzie to kolejny bardzo duży rajd z cyklu - "Dwa Wrześnie Różana". Cała więc Ostrołęcka Chorągiew i Hufiec ZHP oraz liczni instruktorzy z naszego miasta i ówczesnego ostrołęckiego województwa, aktywnie włączyli się w różne prace przygotowawcze, związane z tymże rajdem. Zgodnie z wieloletnią już tradycją miałem wraz ze swoimi chłopakami z poprawczaka poprowadzić "Trasę dla zaawansowanych" - z Ostrołęki do Różana, z dwoma noclegami po drodze. Wyciągnąłem więc z szuflady busolę i swoje sztabowe (poufne - jak to wówczas pisano) mapy, i po dokładnym rozważeniu wielu wariantów zrobiłem wstępną "rozpiskę" naszej marszruty z noclegami w szkołach podstawowych w Przystani i w Młynarzach, starając się o to, aby trasa nie była ani łatwa ani krótka.
Wkrótce udałem się też w teren, aby z dyrektorami tychże szkół omówić wiele szczegółów związanych z noclegami oraz obrzędowym ogniskiem. Musiałem ich oczywiście nie tylko poprosić o bezpłatne udostępnienie nam kilku klas na prowizoryczny nocleg dla około 200 osób, wraz z zapleczem kuchennym, sekretariatem i telefonem (komórek wtedy nie było), ale też przekonać, że zapanuję nad sytuacją, zadbam o należyty porządek, bezpieczeństwo i dyscyplinę. W tych negocjacjach (obarczonych często złymi doświadczeniami takich szkół z poprzednich rajdów) dużym i przekonywującym atutem okazywały się zwykle pisemne opinie innych dyrektorów szkół, w których wcześniej nocowaliśmy oraz fakt, że byłem po prostu - wychowawcą z poprawczaka. Wielu instruktorów prowadzących trasy na naszych rajdach, wolało osobiście nie prowadzić takich trudnych negocjacji z dyrektorami, zdając się na formalne uzgodnienia Chorągwi z Kuratorium. Jednak nie jestem i nigdy nie byłem zwolennikiem łatwizny ani tzw. "gościnności wymuszonej". Nie oczekiwałem więc od Chorągwi ZHP, żadnych gotowców typu: załatwiony nocleg, zapewniony transport oraz standardowy opis trasy. Oprócz negocjacji z dyrektorami wspomnianych tu szkół, będąc w terenie, nie oparłem się też pokusie, aby nie przypatrzeć się przynajmniej niektórym tzw. punktom kontrolnym w celu późniejszego ich wykorzystania do przeprowadzenia różnych rajdowych zabaw i konkurencji. Istnieją przecież często dość duże różnice pomiędzy różnymi szczegółami terenu na mapie a tymi w rzeczywistości. Bardzo lubię improwizację i podczas naszych rajdowych wędrówek nigdy jej nie brakowało, ale nawet improwizacja powinna być jednak dobrze przygotowana.
Podczas tego rekonesansu w terenie trafiłem także w pewne bardzo urokliwe i zaciszne miejsce nad Narwią, z dość wyraźnymi fragmentami okopów z czasów ostatniej wojny. Pomyślałem wówczas, że byłoby to idealne miejsce na odprawienie tam mszy polowej dla uczestników naszego rajdu, tym bardziej, że jego nazwa i tematyka nawiązują przecież do tych walk, które się tam kiedyś toczyły. Uczestnicy rajdu mieliby wówczas szczególną okazję do wspólnej modlitwy za poległych za naszą Ojczyznę i za swoją piękną, ale niełatwą przecież młodość. Tym pomysłem byłem tak zafascynowany, że postanowiłem jak najszybciej poruszyć ten temat w Komendzie Chorągwi ZHP, która była głównym organizatorem owego rajdu. Udałem się więc do głównego komendanta rajdu z nadzieją poparcia mojego pomysłu i koleżeńskiego zrozumienia. Prosto i szczerze powiedziałem, na czym tym razem bardzo mi zależy, jak to sobie wyobrażam i o co tu naprawdę chodzi. Komendant też mi odpowiedział szczerze, że pomysł to może i dobry, że on sam nie ma nic przeciwko temu, ale jeśli dowiedzą się o tym jego zwierzchnicy, to powieszą go za... (tu nawiązał do typowo męskiej anatomii). Widziałem, że mimo całej życzliwości dla mnie i aprobaty moich, wciąż nowych pomysłów, tym razem był on naprawdę ciężko przestraszony i dał mi wyraźnie do zrozumienia, że oficjalnej zgody na tę mszę świętą na pewno nie dostanę. Kończąc trudną, lecz szczerą rozmowę powiedział dyplomatycznie, że od tej chwili o żadnej mszy polowej on po prostu nic nie wie i wiedzieć nie chce. Kropka! Trochę mnie to "wkurzyło", ale też nie byłem na tyle naiwny, aby nie rozumieć jego obaw w tej konkretnej sytuacji. Pomyślałem więc, że rzeczywiście lepiej będzie tę mszę świętą przygotować bez oficjalnych uzgodnień i dodatkowej wzmianki w regulaminie, a raczej po cichu i w pewnej konspiracji.
Powiedziałem więc o tym tylko dwóm pracownikom z naszego zakładu jako że mieli oni brać czynny udział w rajdzie. W koleżeńskiej rozmowie obaj mi gorąco odradzali organizowania mszy polowej w terenie, ale nie zmieniło to mojego postanowienia. Szczegóły planowanej mszy świętej omówiłem z naszym zakładowym duszpasterzem - księdzem proboszczem Antonim Pęksą. Ten wspaniały ksiądz, wierny przyjaciel naszego zakładu i szkolnej młodzieży, bardzo się ucieszył z takiej propozycji. Na naszych zakładowych wycieczkach i rajdach z mszy świętych oraz różnych innych nabożeństw, zarówno my jak i nasi liczni goście korzystali dosyć często, ale tu chodziło o coś więcej. Chcieliśmy przecież bardzo dużej grupie szkolnej i harcerskiej młodzieży dać szansę przeżycia autentycznej wspólnoty w miłości do Boga i Ojczyzny.
Cóż się jednak okazało. Z bardzo wąskiej grupy osób, znających moje zamierzenia, ktoś jednak zdecydował się własnymi kanałami powiadomić o nich Komitet Partyjny w Ostrołęce. Być może zrobił to za pośrednictwem S.B. która swoich tajnych informatorów miała także w naszym zakładzie, o czym mogłem się później osobiście przekonać w pewnych smętnych okolicznościach. Co ciekawe, informacja ta została przekazana władzom partii dopiero w trakcie trwania rajdu. Nie można więc wykluczyć, choć to mało prawdopodobne, że zrobił to ktoś z instruktorów lub opiekunów drużyn, dowiadując się o planowanej mszy np. od moich chłopaków, których przecież nie zobowiązywałem do tego typu tajemnicy. Kto, kiedy i jak to zrobił - nie wiem. Czy się domyślam? ... To już inne pytanie...
Kablowanie w trakcie trwania rajdu nie było jednak takie proste (komórek wówczas nie było, a czas i kontakty z "cywilizacją" były przecież na tym rajdzie mocno ograniczone). Faktem jest, że zostały ujawnione i takie szczegóły, jak godzina i miejsce planowanej mszy, a tego nie znali chyba nawet moi chłopcy. Później dawano mi wielokrotnie do zrozumienia, że informacja wyszła jednak z naszego zakładu, ale nie można też wykluczyć, że u księdza był po prostu założony podsłuch i niektóre z naszych rozmów przed rajdem mogły być też podsłuchane.
Z późniejszych relacji wiem, że po otrzymaniu tych informacji w Komitecie Partyjnym w Ostrołęce dosłownie zawrzało. W trybie pilnym i to nawet w nocy zaczęto wzywać do Komitetu różnych związanych z rajdem lub ze mną ludzi, w tym oczywiście także dyrektora naszego zakładu oraz komendanta Chorągwi ZHP w Ostrołęce. Szczegółów tych rozmów dokładnie nie znam, ale wiem, że przyjemne nie były, a polecenia partii były dość radykalne - żadnej mszy ma nie być, nawet za cenę natychmiastowego przerwania rajdu (np. pod pozorem nagłego zagrożenia nowym pożarem lub epidemią). W tej sytuacji w Komendzie Chorągwi ZHP, a może i w samym Komitecie Partii, wymyślono rzecz karkołomną. Rajd będzie kontynuowany pod tym samym kierownictwem, ale w oparciu o nowe, ściśle tajne rozkazy.
Z samego rana, po uciążliwej rajdowej nocy, związanej przede wszystkim z czuwaniem przy wspomnianym wcześniej pogorzelisku, przyjechał do szkoły w Przystani sam naczelny komendant Chorągwi ZHP w Ostrołęce. Po krótkiej kurtuazyjnej rozmowie podziękował mi za nasz czynny udział w gaszeniu tego groźnego pożaru i zapowiedział, że w tej konkretnej sytuacji, ze względów bezpieczeństwa, zdecydowano się zmienić naszą pierwotną trasę oraz cały program i styl prowadzenia rajdu. Wręczył mi opieczętowane koperty z rozkazami do bezwzględnego ich wykonania, nawet gdyby budziły one moje wątpliwości. Spytałem wówczas czy nadal jestem jeszcze komendantem tej trasy. Stwierdził, że tak, ale wraz ze swoimi chłopakami na trasę rajdu mam wyruszyć jako ostatni, bo przecież na pewno wszystkich dogonimy, a być może będą dla nas jeszcze jakieś inne specjalne zadania. Wypuszczaniem drużyn na trasę zajmie się jeden z wyznaczonych przez komendanta instruktorów, a ja i moi chłopcy na razie mamy tylko spokojnie czekać. Muszę przyznać, że dałem się wówczas nabrać na ten numer, gdyż rzeczywiście, jakieś tam zagrożenie pożarowe jeszcze istniało. Sam też zamierzałem nieco skorygować trasę (ale nie styl jej prowadzenia), więc taka decyzja komendanta nie wzbudziła moich podejrzeń.
Postanowiłem więc skorzystać z wolnego czasu i jak najszybciej skontaktować się z księdzem, aby przesunąć mszę na późniejszą godzinę. Okazało się jednak, że w szkole wszystkie telefony nagle przestały działać. Z pobliskiej gminy również nie mogłem się do księdza dodzwonić. Wyglądało na to, że jego telefon jest także zepsuty. Wbrew poleceniom komendanta, postanowiłem dłużej już nie czekać i otworzyć kopertę z rozkazami przed wyznaczonym mi czasem, gdyż sytuacja zaczęła się radykalnie komplikować, a wciąż nie wiedziałem, jakie rajdowe polecenia (a zwłaszcza - jaką nową marszrutę ) otrzymały (też w kopertach) poszczególne drużyny i gdzie ich będę musiał szukać. Przeczytałem rozkazy i włos zjeżył mi się na głowie. Z tak totalną ignorancją i turystyczną głupotą dawno się już nie spotkałem.