Za lepszym życiem - Agnieszka Bednarska

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Ko­biece cza­so­pi­smo ni­gdy nie sta­no­wiło ulu­bio­nej lek­tury Tomka, ale w tej chwili było je­dyną prasą, jaką miał w za­sięgu ręki. Otwo­rzył je na przy­pad­ko­wej stro­nie i za­czął czy­tać od nie­chce­nia: "Ru­tyna za­bija po­woli. Jest jak wy­nisz­cza­jąca cho­roba, która po­cząt­kowo nie daje ob­ja­wów. Pod­stęp­nie za­gnież­dża się w or­ga­ni­zmie ży­wi­ciela i roz­ta­cza swoje macki na co­raz to szer­szy ob­szar. Lu­dzie za­ra­żeni ru­tyną od­da­lają się od sie­bie nie­po­strze­że­nie. Pierw­sze symp­tomy w po­staci braku te­ma­tów do roz­mów czę­sto są igno­ro­wane. Kiedy do­le­gli­wo­ści za­ostrzają się i do­cho­dzi do prze­wle­kłego stanu braku po­żą­da­nia i alie­na­cji du­cho­wej, ro­ko­wa­nia są już bar­dzo złe. Do­raźne środki po­mo­cowe (np. po­rad­nie mał­żeń­skie) przy­no­szą tylko złu­dze­nie po­prawy. Ofia­rami ru­tyny pa­dają związki w każ­dym "wieku". W chwili bo­le­snego uświa­do­mie­nia so­bie, że z drugą osobą łą­czą nas już tylko wspo­mnie­nia i kre­dyty, a cza­sami rów­nież dzieci, wów­czas wia­domo, że zwią­zek jest w sta­nie ago­nii. Inną rów­nie po­wszechną przy­czyną wy­nisz­cza­nia związ­ków są roz­sta­nia. Wielu z nas miało oka­zję prze­ko­nać się, że w owych roz­sta­niach nie ma nic z li­te­rac­kiej ro­man­tycz­no­ści. Więk­szość par, które roz­stają się na­wet na kilka mie­sięcy (nie mó­wiąc już o tych, które roz­stają się na lata), wra­ca­jąc do sie­bie, nie są już ta­kie same - są so­lid­nie po­tur­bo­wane, o ile part­ne­rzy w ogóle po­zo­stają ze sobą. Za­nika mię­dzy nimi więź, bli­skość, umie­jęt­ność roz­ma­wia­nia ze sobą, mniej ich łą­czy, wię­cej dzieli, po­ja­wiają się wza­jemne pre­ten­sje, po­dej­rze­nia, nie­uf­ność, cza­sami zdrady... Pod przy­krywką szczyt­nych ce­lów roz­pa­dają się setki ro­dzin, a szu­ka­nie win­nych, po­dob­nie jak w przy­padku ru­tyny, nie ma naj­mniej­szego sensu".

Ob­ru­szony nie­ży­cio­wo­ścią prze­czy­ta­nego tek­stu, To­mek zgniótł ga­zetę i wrzu­cił ją do wi­kli­no­wego ko­sza sto­ją­cego w rogu po­koju.

- Co za bzdury - burk­nął do sie­bie. - Au­torka to pew­nie ja­kaś sfru­stro­wana stara panna, która nie ma bla­dego po­ję­cia, czym jest praw­dziwe ży­cie!

Sam nie wie­dział dla­czego, ale mi­mo­wol­nie się zde­ner­wo­wał. Może na au­torkę ar­ty­kułu, może na sa­mego sie­bie... Nie miał ochoty do­cie­kać, lecz frag­ment o roz­pa­da­niu się związ­ków w wy­niku roz­sta­nia prze­śla­do­wał go przez więk­szą część dnia. My­ślał o tym mimo woli, cho­ciaż pró­bo­wał prze­stać, ale to na­tręc­two za­cho­wy­wało się jak kleszcz, nie­ła­two było się go po­zbyć.

Do­piero po­wrót Lidki do domu po­zwo­lił mu się uspo­koić. Fi­lo­zo­ficzne, nie­zdrowe roz­wa­ża­nia zo­stały wy­parte przez jej urok oso­bi­sty, po­czu­cie winy chwi­lowo w nim ustą­piło.

Lidka, która była bar­dzo ko­bieca i nie­ziem­sko po­wabna, wnio­sła w ży­cie Tomka po­wiew świe­żo­ści. Wpraw­dzie do­póki był bli­sko żony, nie czuł jego braku, ale gdy wy­je­chał, szybko zro­zu­miał, że nie jest stwo­rzony do sa­mot­nej eg­zy­sten­cji. Zna­jo­mość z Lidką była jak wa­ka­cje - bez­tro­skie i bar­dzo go­rące. I w ten spo­sób o niej my­ślał. "Żona to żona" - tłu­ma­czył so­bie. - "Ma swoje nie­na­ru­szalne prawo pierw­szeń­stwa". Był pe­wien, że tylko ją, Agatę, matkę swo­ich dzieci, ko­cha na­prawdę. Przez wiele lat żyli w sym­bio­zie, byli jak Adam z Ewą, jak gin z to­ni­kiem, jak gro­szek z mar­chewką.

Agata wciąż była piękną ko­bietą, dwie ciąże nie po­zo­sta­wiły na jej ciele naj­mniej­szego śladu - być może dla­tego, że wszel­kie używki trak­to­wała jako źró­dło cho­rób za­kaź­nych, a może dla­tego, że tań­czyła, bie­gała i pod­da­wała swoje ciało wielu in­nym fi­zycz­nym tor­tu­rom. To­mek zda­wał so­bie do­sko­nale sprawę, że Lidka na­wet w cza­sach swej wcze­snej mło­do­ści nie wy­glą­dała tak ide­al­nie jak jego bo­ska żona, któ­rej po­śladki były ni­czym ho­len­der­skie jabłka, zaś te u Lidki przy­po­mi­nały ra­czej do­brze wy­ro­śnięte cia­sto droż­dżowe, ta­kie samo, ja­kie ro­biła jego bab­cia. Po­mimo to przy­no­siły mu one rów­nie dużo słod­kiej roz­ko­szy. Roz­pły­wał się w za­chwy­cie, gdy do­ty­kał ich tak, że palce pra­wie zni­kały, roz­ko­szo­wał się wi­do­kiem jej krą­gło­ści ko­ły­szą­cych się ta­necz­nym plą­sem, kiedy cho­dziła. Za­nim To­mek spo­tkał Lidkę, my­ślał o ta­kich ko­bie­tach: "pu­szy­ste", "klu­seczki" lub "gru­basy" - gdy były za­nie­dbane. Kie­dyś i o niej po­my­ślałby, że piersi ma zbyt cięż­kie, bio­dra za sze­ro­kie, a uda za wiel­kie - dziś wła­śnie tym za­chwy­cał się naj­bar­dziej. Ta zu­peł­nie na­tu­ralna li­nia ciała, swo­bodna w każ­dym ru­chu mięk­kość, ra­miona i za­okrą­glony brzu­szek, tak prze­cież chętne do przy­tu­la­nia, oszo­ło­miły go ni­czym pierw­szy po­ca­łu­nek ze star­szą ko­le­żanką. Za­uro­cze­nie Lidką spa­dło na Tomka tak na­gle, że nie zdą­żył się nad nim za­sta­no­wić. Za­pewne i tak nie zro­zu­miałby, dla­czego piękna żona, którą - był pe­wien - ko­chał, z dnia na dzień prze­sta­wała być obiek­tem jego po­żą­da­nia.

Gdy rok temu że­gnał się z Agatą na lot­ni­sku, oboje byli pełni obaw o wszystko, za wy­jąt­kiem siły swo­ich uczuć. Roz­sta­wali się we łzach, czule za­pew­nia­jąc się o mi­ło­ści i o tym, że ta roz­łąka nic mię­dzy nimi nie zmieni. Ma­rze­nia o kup­nie pierw­szego sa­mo­dziel­nego miesz­ka­nia do­da­wały im sił, mieli już prze­cież do­ra­sta­jące dzieci, chcieli, aby żyły le­piej.

- To­muś, za­dzwoń, jak do­trzesz na miej­sce. I pa­mię­taj, że mo­żesz wró­cić w każ­dej chwili, je­śli bę­dzie ci źle lub tę­sk­nota za nami bę­dzie nie do wy­trzy­ma­nia! - Dłu­gie, chude ręce Agaty czule obej­mo­wały go na krótko przed od­lo­tem.

- Jak ja dziś za­snę bez cie­bie? - py­tał ją, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc się od pła­czu.

Bali się. O wszystko, tylko nie o to, że jako para mogą tego nie prze­trwać. Pierw­sza roz­łąka trwała pół roku - naj­dłuż­sze pół roku w ich wspól­nym ży­ciu. Po­cząt­kowo dzwo­nili do sie­bie co­dzien­nie. Agata opo­wia­dała o tym, co w pracy, co u dzieci i że bez niego jest im ciężko. To­mek mó­wił, jak urzą­dza się w służ­bo­wym miesz­ka­niu, które dzie­lił z ko­legą, że bar­dzo tę­skni za do­mem i ro­dziną oraz że znie­sie to, bo prze­cież dni mi­jają tak szybko. Z cza­sem roz­mowy sta­wały się rzad­sze, ona na­uczyła się ra­dzić so­bie sama, on pra­co­wał długo, bo brał nad­go­dziny, a czas wolny wy­ko­rzy­sty­wał na sen. Tę­sk­nota jakby osła­bła, za­częli się przy­zwy­cza­jać do ży­cia na od­le­głość.

Z Lidką spo­tkał się przy­pad­kiem, zda­rzyło się to po po­wro­cie z urlopu w Pol­sce. Wy­jeż­dża­jąc, czuł się jesz­cze go­rzej niż za pierw­szym ra­zem, był roz­go­ry­czony tym, że po­now­nie zo­sta­wiał wszyst­kich, któ­rych ko­chał, tylko po to, żeby na wła­sne ży­cze­nie wró­cić do mo­no­to­nii co­dzien­nej ha­rówki. Smu­tek długo nie ustę­po­wał, więc może wła­śnie dla­tego, gdy spo­tkał osobę rów­nie za­gu­bioną jak on - która na do­da­tek ob­da­rzyła go za­lot­nym uśmie­chem - za­pra­gnął dzie­lić z nią wła­sną nie­dolę.

Spo­tkali się w banku. Lidka miała pro­blem z wy­ja­śnie­niem ob­słu­dze, czego po­trze­buje, zaś To­mek, ze swoim nie­na­gan­nym an­giel­skim, na­tych­miast jej po­mógł.

- Je­stem ci na­prawdę wdzięczna - po­dzię­ko­wała mu, gdy wy­szli z bu­dynku. - To wstyd, że nie mo­głam się do­ga­dać, mimo tych wszyst­kich lat spę­dzo­nych na kur­sach an­giel­skiego.

- Szło ci cał­kiem do­brze - po­cie­szał ją, bo wi­dział, że na­prawdę wpra­wiło ją to w za­że­no­wa­nie. - Za kilka ty­go­dni nie bę­dziesz miała już żad­nych pro­ble­mów, to kwe­stia, jak to się mówi, "osłu­cha­nia się".

Szli bli­sko sie­bie bar­dzo wą­skim chod­ni­kiem. Gdy ich oczy się spo­ty­kały, za­glą­dał w nie bar­dzo głę­boko, bo czuł, że po­lu­bił tę dziew­czynę. Rów­nie głę­boko za­glą­dał w jej de­kolt i czuł, że z każ­dym kro­kiem lubi ją co­raz bar­dziej. Lidka miała pro­ste brą­zowe włosy, które swo­bod­nie wpa­dały po­mię­dzy ryt­micz­nie fa­lu­jące piersi. Sam pra­wie od­czu­wał to lek­kie ła­sko­ta­nie i miał wielką ochotę od­gar­nąć te włosy, wy­do­stać je z tego cie­płego za­kątka. Nie zda­wał so­bie sprawy, jak oczy­wi­ste było dla niej to, czym wtedy my­ślał.

Wi­dok jej mleczno-cze­ko­la­do­wej skóry, a także uno­szą­cych się przy każ­dym od­de­chu cięż­kich piersi oraz od­sło­nię­tej, opa­lo­nej szyi przy­wo­łał w my­ślach nocą, ona­ni­zu­jąc się pod prysz­ni­cem. Wró­cił do po­koju od­prę­żony, ale jej ob­raz nie chciał znik­nąć, ero­tyczne na­pię­cie szybko po­wró­ciło. Na­brał wiel­kiej ochoty, aby zro­bić to znowu, jego pe­nis na­dal stał sztywny ni­czym drew­niany pal. Nie­pewny swo­ich za­mia­rów spoj­rzał na te­le­fon, wie­dział, że jest w nim jej nu­mer. Wy­mie­nili się nimi "tak na wszelki wy­pa­dek".

- A je­śli nie wy­war­łem na niej do­brego wra­że­nia...? - Wa­hał się jesz­cze przez chwilę. - Może uzna mnie za zwy­rod­nialca? - W tym mo­men­cie jed­nak lo­giczne my­śle­nie przy­sło­nięte zo­stało zwie­rzę­cym in­stynk­tem i ab­so­lut­nie nie miało siły prze­bi­cia.

- Lidka... - szep­nął do słu­chawki, kiedy ode­brała. Miała cie­pły, przy­ja­zny, nieco przy­zwa­la­jący głos. - Mam cho­ler­nie wielką ochotę...

- Ja też... - wtrą­ciła, a on od­niósł wra­że­nie, że cze­kała na ten te­le­fon. - Po­daj mi ad­res, za­raz tam będę - po­pro­siła, zu­peł­nie nie­za­sko­czona.

Roz­dział 2

Kilka mi­nut po dwu­dzie­stej pierw­szej Agata i Mirka za­sia­dły przy ku­chen­nym stole w miesz­ka­niu Ewki. Wszyst­kie cze­kały na przyj­ście swo­jej przy­ja­ciółki Róży i na to, aż świeżo upie­czony ser­nik nieco osty­gnie, aby można go było po­kroić i prze­nieść się wraz z nim na ka­napę w po­koju go­ścin­nym. Piły, jak za­wsze, swoje ulu­bione porto, od któ­rego szybko szu­miało im w gło­wach.

Agata ni­gdy nie wy­pi­jała wię­cej niż dwie lampki, nie ja­dła też wy­pie­ków Ewki, zbyt mocno dbała o to, aby nie stra­cić wcię­cia w ta­lii. Wszystko prze­li­czała na ka­lo­rie, a te z ko­lei na czas, jaki bę­dzie mu­siała spę­dzić na bieżni, aby je spa­lić. Uwa­żała, że krótka chwila przy­jem­no­ści przy stole nie jest warta tylu wy­rze­czeń.

Mirka za to ni­czym nie gar­dziła, dużo ja­dła, jesz­cze wię­cej piła, a i tak fi­gurę miała do­sko­nałą, co do­pro­wa­dzało Agatę nie­malże do łez.

- Piękne ma­cie to miesz­ka­nie, u ni­kogo jesz­cze nie wi­dzia­łam ta­kiej prze­stron­nej kuchni! - Mirka za­chwa­lała miesz­ka­nie Ewki i za­wsze ro­biła to szcze­rze. Rze­czy­wi­ście było nie­stan­dar­dowe, ja­sne i roz­le­głe, wszyst­kie przej­ścia zo­stały w nim po­sze­rzone, a ściany prze­bu­do­wane. Oso­bliwy kli­mat nada­wały mu czar­no­białe fo­to­gra­fie przy­rody, mocno po­więk­szone i pod­świe­tlone w ja­kiś ma­giczny spo­sób. Zdję­cia te zro­biła nie­gdyś Ewka, fo­to­gra­fo­wa­nie było jej praw­dziwą pa­sją, którą nie­stety po­rzu­ciła po wy­padku córki.

Gdy pięć lat temu jej có­reczka Anetka je­chała ro­we­rem z dziad­kiem, który wiózł ją w fo­te­liku za sobą, ude­rzył w nich sa­mo­chód pro­wa­dzony przez mło­dego kie­rowcę. Oj­ciec Ewki zmarł w szpi­talu. Dziew­czynka długo wal­czyła o ży­cie, oca­liło ją je­dy­nie to, że pod­czas wy­padku miała na gło­wie kask. Miała wów­czas trzy latka. Nie­stety, od tam­tej pory nie od­zy­skała spraw­no­ści fi­zycz­nej i jak mó­wili le­ka­rze, nie miała na to szans rów­nież w przy­szło­ści, czego jej ro­dzice ni­gdy nie przy­jęli do wia­do­mo­ści. To wła­śnie dla­tego wszystko w ich miesz­ka­niu zo­stało urzą­dzone tak, aby po­ru­sza­nie się na wózku było dla niej jak naj­mniej uciąż­liwe.

Gdy Ewka i jej mąż Se­ba­stian zro­zu­mieli, że ich dziecko musi jeź­dzić na wózku, ku­pili to miesz­ka­nie, cho­ciaż wcale nie było ich na nie stać. Wzięli ogromny kre­dyt, któ­rego spłata z mie­siąca na mie­siąc była co­raz trud­niej­sza. Ani na chwilę nie prze­sta­wali wal­czyć o zdro­wie có­reczki. Nie­stety, re­ha­bi­li­ta­cje, sa­na­to­ria, sprzęty do ćwi­czeń były nie­mi­ło­sier­nie dro­gie. Ewka sprze­dała wtedy swój sprzęt fo­to­gra­ficzny, który ko­lek­cjo­no­wała la­tami. Po­trzeby wła­sne i swo­jej dru­giej córki zre­du­ko­wali wraz z mę­żem do mi­ni­mum, ale i tak z tru­dem wią­zali ko­niec z koń­cem.

Z cza­sem za­bra­kło rze­czy, któ­rych mo­gliby się jesz­cze po­zbyć, a li­sta nie­zbęd­nych wy­dat­ków zwią­za­nych z Anetką cią­gle się wy­dłu­żała. To wła­śnie wtedy pod­jęli trudną de­cy­zję o wy­jeź­dzie męża Ewki za gra­nicę.

Se­ba­stian po­rzu­cił pracę na dwa etaty w szkole mu­zycz­nej i wy­emi­gro­wał do Nor­we­gii, gdzie je­den z jego by­łych uczniów za­ła­twił mu pracę w pacz­ko­walni. W domu nie by­wał pra­wie wcale, dzięki czemu w ciągu trzech lat udało mu się spła­cić znaczną część kre­dytu i wy­na­jąć pry­watną re­ha­bi­li­tantkę. To spra­wiło, że Anetka po­czy­niła znaczne po­stępy.

Ser­nik Ewki roz­ta­czał swoją słodką woń w ca­łym miesz­ka­niu. Sma­ko­wał rów­nie do­brze, jak wy­glą­dał, więc Mirka, zu­peł­nie igno­ru­jąc zdrowy roz­są­dek, po­chło­nęła ko­lejny jego ka­wa­łek, po­pi­ja­jąc wi­nem.

- Tak się cza­sami nad wami za­sta­na­wiam... - za­gad­nęła, ob­li­zu­jąc palce. Ewka i Agata spoj­rzały na nią py­ta­jąco, al­ko­hol bo­wiem zdą­żył już wy­ma­lo­wać na ich twa­rzach ru­mieńce ni­czym u ro­syj­skich księż­ni­czek. - No, nad tym, jak to jest z wami i wa­szymi po­trze­bami? Dla­czego ta­kie fajne babki jak wy, bądź co bądź sa­motne, nie znajdą so­bie mi­łych chłop­ców, aby się tro­chę ro­ze­rwać, od­prę­żyć? Prze­cież moż­li­wo­ści ma­cie nie­ogra­ni­czone! Na­prawdę nie bra­kuje wam sta­rego, do­brego seksu? - Od za­wsze było wia­domo, że Mirka miała dość no­wa­tor­skie po­dej­ście do kwe­stii wier­no­ści mał­żeń­skiej i spraw dam­sko-mę­skich w ogóle. Róż­nice po­glą­dów do­ty­czące tych za­gad­nień czę­sto by­wały te­ma­tem za­cię­tych dys­ku­sji po­mię­dzy przy­ja­ciół­kami.

- Nie wiem jak ty... - głos za­brała Ewka - ale ja nie mam na­wet czasu za­sta­na­wiać się nad tym, czy nie bra­kuje mi pie­prze­nia. Całą ener­gię zu­ży­wam na dzieci i dom. Resztki sił, ja­kie mi po­zo­stają, zu­ży­wam na was, moje ko­chane... - W ge­ście to­tal­nej bez­rad­no­ści roz­rzu­ciła ręce na boki.

- A ja... - Agata za­częła się za­sta­na­wiać. - To trudne... Tomka nie ma od roku...

- No wła­śnie! - Mirka wy­raź­nie za­chę­cała ją do zwie­rzeń. - Ka­wał czasu, a ty cią­gle młoda!

- Po­cząt­kowo bar­dzo cier­pia­łam, i to nie z po­wodu braku seksu, ale braku jego co­dzien­nej obec­no­ści przy mnie. Same wie­cie, co się ze mną wtedy działo, by­łam jak cień. Po kilku mie­sią­cach przy­wy­kłam, że sy­piam sama, sku­pi­łam się na dzie­ciach, tak jak Ewa, no i oczy­wi­ście na pracy, cho­ciaż jej nie cier­pię.

- Ściem­niasz. Nie wie­rzę, że prze­sta­łaś od­czu­wać pod­sta­wowe ludz­kie po­trzeby! - Mirka do­ma­gała się szcze­gó­łów.

- Oczy­wi­ście, że nie - za­śmiała się Agata. - Po­trzebę snu, je­dze­nia i cie­pła od­czu­wam nie­prze­rwa­nie.

- Coś krę­cisz... - Ewka rów­nież to wy­czuła. - Mów szcze­rze, nam prze­cież mo­żesz.

- Cho­dzi o to... Chcia­ła­bym to do­brze ująć, ale nie wiem jak. Być może im dłu­żej trwa moja sa­mot­ność, tym bar­dziej mam ochotę...

- Wie­dzia­łam, jed­nak je­steś nor­malna! - Mirka po­czuła sa­tys­fak­cję.

- Cze­kaj, nie skoń­czy­łam. Pro­blem jest w tym, że nie tyle mam ochotę na seks z mę­żem, co na wy­ko­rzy­sta­nie jego nie­obec­no­ści i spró­bo­wa­nie tego, czego nie skosz­to­wa­łam przed ślu­bem...

Za­sko­cze­nie za­mknęło przy­ja­ciół­kom usta. Cze­goś ta­kiego w ży­ciu by się po niej nie spo­dzie­wały. Na­wet sama Agata była zdu­miona tym, że w końcu jed­no­znacz­nie na­zwała to, co ko­ła­tało jej w gło­wie od pew­nego czasu.

- Mu­szę przy­znać, że mnie za­tkało. - Twarz Ewki wy­ra­żała dez­apro­batę. - Do głowy by mi nie przy­szło, że ku­szą cię ja­kieś po­boczne przy­gody. Ty i To­mek je­ste­ście naj­bar­dziej zgraną parą, jaką znam. Za­nim co­kol­wiek zro­bisz, do­brze się za­sta­nów.

- I nie zro­zu­mia­ły­ście. To nie jest tak, że ja szu­kam cze­goś na boku, bo nie szu­kam. Chyba nie je­stem z tych, co po­tra­fią łą­czyć ro­mans z ży­ciem ro­dzin­nym. Tak się tylko ostat­nio za­sta­na­wia­łam nad tym, czy bę­dąc od za­wsze z jed­nym fa­ce­tem, cze­goś przy­pad­kiem nie stra­ci­łam.

- Je­stem pewna, że stra­ci­łaś! - Mirka nie miała co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści. - Uwa­żam, że czło­wiek, nie­za­leż­nie od płci, nie jest stwo­rzony do mo­no­ga­mii. To wbrew na­tu­rze.

- Czy to, co mó­wisz, jest po­twier­dzone na­ukowo, czy to twoja oso­bi­sta teo­ria? - Drwina w gło­sie Ewki była oczy­wi­sta. Mirka już dawno się do tego przy­zwy­cza­iła, praw­do­po­dob­nie dla­tego tym ra­zem nie zwró­ciła na nią uwagi.

- Czy w zgo­dzie z na­turą nie jest dą­że­nie do szczę­ścia, do za­do­wo­le­nia? Prze­cież wła­śnie o to nam wszyst­kim cho­dzi, no same po­wiedz­cie.

Agata ski­nęła głową na znak zgody, Ewka zaś tylko obo­jęt­nie wzru­szyła ra­mio­nami.

- Wła­śnie! - Mirka po­sta­no­wiła kon­ty­nu­ować myśl. - A więc i w sek­sie po­winno się do tego dą­żyć, w końcu to część na­szego ży­cia. Ale żeby po­czuć za­do­wo­le­nie w tej dzie­dzi­nie, po­trzebna jest ad­re­na­lina, nowe bodźce, świeże do­zna­nia. A o ja­kiej ad­re­na­li­nie mo­żemy mó­wić, gdy przez lata sy­pia się z tą samą osobą?

- Jak zwy­kle wszystko uprasz­czasz. - Ewka zmie­niła po­zy­cję, wy­pro­sto­wała się i była go­towa do obrony swo­ich ra­cji. - W wie­lo­let­nim związku może nie ma wiele ad­re­na­liny, ale jest coś waż­niej­szego, mi­łość i sza­cu­nek.

- Ja­sne - Mirka zgo­dziła się z nią, od­sta­wia­jąc pu­sty kie­li­szek. - Tylko czy sza­cu­nek może pod­nie­cać? Czy to, że ko­goś ko­chasz, jest rów­no­znaczne z tym, że bę­dziesz miała or­gazm?

- Prze­cież nie można spro­wa­dzać ży­cia do seksu! - Ewka wal­czyła co­raz bar­dziej za­cie­kle, Agata przy­glą­dała się temu spek­ta­klowi cie­kawa jego za­koń­cze­nia. - Ja na­prawdę nie od­czu­wam jego braku. Zu­peł­nie nie po­tra­fię zro­zu­mieć, dla­czego ty tak za nim sza­le­jesz, mi zwy­czaj­nie się nie chce, po­dob­nie jak nie chce mi się ćwi­czyć co rano.

Pyszne, małe ka­na­peczki zni­kały z ta­le­rza jedna po dru­giej, wina uby­wało, a po­ro­zu­mie­nia na próżno by upa­try­wać.

- Może jesz­cze tego nie wie­cie, ale mam wła­sną teo­rię na te­mat tego, dla­czego nie­któ­rzy lu­dzie nie po­trze­bują seksu - rze­kła Mirka.

- Dla­czego mnie to nie dziwi? - Ro­ze­śmiała się Agata.

- My­ślę, że je­żeli ko­bieta albo fa­cet mó­wią, że seksu nie po­trze­bują, nie lu­bią lub mogą się bez niego obejść, zna­czy to tylko tyle, że ni­gdy w ży­ciu nie za­znali praw­dzi­wej eks­tazy, nie­ziem­skiego or­ga­zmu. Każdy, kto cho­ciaż raz w ży­ciu uniósł się po­nad zie­mię z praw­dzi­wej roz­ko­szy, za­wsze bę­dzie dą­żył do za­zna­nia tego po­now­nie. To in­stynkt!

- Ale my je­ste­śmy ludźmi, nie kie­ru­jemy się in­stynk­tami, mamy uczu­cia i ro­zum. To od­róż­nia nas od pry­mi­tyw­nych zwie­rząt - upie­rała się Ewka.

- Ależ oczy­wi­ście, że kie­ru­jemy się in­stynk­tami, cho­ciaż przy­znaję, że nie tylko nimi. - At­mos­fera sta­wała się co­raz bar­dziej na­pięta.

"Do­brze, że na stole nie ma noży" - po­my­ślała Agata, czu­jąc pod­skór­nie, że bar­dziej zga­dza się ze sta­no­wi­skiem Mirki niż Ewki. To było dla niej za­ska­ku­jące, bo­wiem ni­gdy wcze­śniej nie po­dzie­lała ta­kiego po­dej­ścia do ży­cia, ja­kie miała Mirka.

- Mira, a nie mar­twi cię to, że dla tych cie­le­snych przy­jem­no­ści, które tak tobą za­wład­nęły, ry­zy­ku­jesz lo­sem wła­snej ro­dziny? Czy na­prawdę fi­zyczne do­zna­nia są dla cie­bie naj­waż­niej­sze? Wy­daje mi się to nie­zbyt nor­malne. - Świa­tło pły­nące ze ścian lekko roz­ja­śniało co­raz bar­dziej na­piętą twarz Ewki. Ileż to już razy sta­rała się wy­tłu­ma­czyć Mirce, że za­cho­wuje się po pro­stu głu­pio, jed­nak do tej pory efek­tów tych roz­mów nie było wi­dać. Do­brze wie­działa, że i tym ra­zem ni­czego nie wskóra, nie by­łaby jed­nak sobą, gdyby jej od­pu­ściła.

- Seks, moja ko­chana, jest ważny dla każ­dego, kto wie, czym on jest. On jest jak czwarte koło w sa­mo­cho­dzie, nie­zbędny, aby je­chać. Je­śli go za­brak­nie, to oczy­wi­ście siłą roz­pędu można uje­chać na­wet spory ka­wa­łek, ale kom­fort jazdy jest słaby, nie­stety.

- Chcesz po­wie­dzieć, że ja i Agata cią­gniemy na­sze mał­żeń­stwa siłą roz­pędu, bo nie mamy tego two­jego czwar­tego koła, czyli bzy­kanka? - Ewka po­czuła się ura­żona. Agata na­to­miast po­my­ślała, że może w tym, co mówi Mirka, jest ja­kaś ra­cja, bo prze­cież kom­fort jazdy" mał­żeń­skiej znacz­nie się im obu po­gor­szył, od­kąd zo­stały same. Za­cho­wała jed­nak te prze­my­śle­nia dla sie­bie, zda­jąc so­bie sprawę, że rano wraz z utratą pro­mili może po­rzu­cić rów­nież tę myśl.

- Tylko się nie ob­ra­żaj... - W tej chwili Mirka zdała so­bie sprawę, że praw­do­po­dob­nie za­ga­lo­po­wała się w swoim wy­wo­dzie. Co in­nego roz­wa­ża­nia teo­re­tyczne, a co in­nego przy­pi­sy­wa­nie nie­mi­łych ko­men­ta­rzy swoim przy­ja­ciół­kom. Nie miała prze­cież za­miaru kry­ty­ko­wać spo­sobu ich ży­cia, tak jak one ni­gdy nie kry­ty­ko­wały j ej.

- Nie ob­ra­żam, ale mu­szę się na­pić. - Ewka do­lała so­bie wina i upiła so­lidny łyk. - Jak to moż­liwe, że wciąż cię ko­cham, skoro cza­sami mam ochotę zwy­czaj­nie sko­pać ci ty­łek?!

- Mnie naj­wy­raź­niej nie da się nie ko­chać! - Mirka rów­nież ob­ni­żyła ton. Przez te wszyst­kie lata, które spę­dziły ze sobą, po­znały się już tak do­brze, że żadne róż­nice po­glą­dów nie mo­gły ich ze sobą skłó­cić. A przy­naj­mniej nie na długo. Po­stawa Mirki kształ­to­wała się la­tami, a one były tego świad­kami. Od naj­młod­szych lat Mirka po­wta­rzała, że męż­czyźni są źli i nie można im ufać, że ni­gdy nie wyj­dzie za mąż i nie bę­dzie miała dzieci. Nie wy­ro­sła z tych po­glą­dów. Miała wielu ad­o­ra­to­rów, nie­je­den stra­cił dla niej głowę, ale ona z ni­kim nie po­tra­fiła zwią­zać się na dłu­żej niż pół roku. Gdy jej związki za­czy­nały ro­bić się po­ważne, ucie­kała. Nie wzru­szały jej zła­mane serca, które po­rzu­cała bez mru­gnię­cia okiem. Z dnia na dzień z czu­łej i - wy­da­wa­łoby się - za­ko­cha­nej ko­biety sta­wała się so­plem lodu.

Jako dziecko Mirka ni­gdy nie za­znała mi­ło­ści, jak sama mó­wiła, z winy ojca. Jej matka, cho­ro­bli­wie w nim za­ko­chana, po­pa­dała w obłęd, gdy co kilka mie­sięcy wy­pro­wa­dzał się do in­nej ko­chanki. Gdy zni­kał, matka Mirki po­grą­żała się w głę­bo­kiej de­pre­sji, a kiedy wra­cał, ogar­niała ją taka eu­fo­ria, że za­po­mi­nała o swo­ich dzie­ciach.

Praw­do­po­dob­nie Mirka wy­trwa­łaby w swoim prze­ko­na­niu i do dziś po­zo­stała sin­gielką, gdyby nie spo­tkała na swej dro­dze Ma­cieja. Sche­mat się po­wtó­rzył, bo kiedy już za­mie­rzała go rzu­cić, oka­zało się, że jest w ciąży. Była zdru­zgo­tana. Ni­gdy nie za­po­mi­nała o po­łknię­ciu pi­gułki, ni­gdy poza tym jed­nym ra­zem. Bez skru­pu­łów zde­cy­do­wała się na abor­cję, po­wstrzy­mał ją jed­nak brak pie­nię­dzy. To, że dała się Ma­cie­jowi na­mó­wić na ślub i uro­dze­nie dziecka, to - jak stwier­dziła póź­niej - wina hor­mo­nów. Ra­fa­łek przy­szedł na świat słaby i mały, Mirka kar­ciła za to sie­bie. Uwa­żała, że dziecko czuło się od po­czątku nie­chciane, nie miało więc mo­ty­wa­cji, by żyć. Wtedy do­piero obu­dził się w niej in­stynkt ma­cie­rzyń­ski i za­pa­łała do syna mi­ło­ścią taką, o któ­rej ist­nie­niu nie miała do­tąd po­ję­cia. Ma­cieja także po­ko­chała na swój spo­sób, głów­nie za to, że to dzięki niemu ich szkrab w ogóle się uro­dził. Lecz była to bar­dzo dziwna mi­łość, nie­ła­twa ani dla niej, ani dla niego. Może cho­dziło tu bar­dziej o wdzięcz­ność, przy­wią­za­nie, sza­cu­nek?

Wie­czór nie­po­strze­że­nie się sta­rzał. W miarę, jak uby­wało wina, te­maty roz­mów sta­wały się co­raz lżej­sze, a przy­ja­ciółki re­cho­tały co­raz czę­ściej z co­raz bar­dziej ba­nal­nych po­wo­dów. Wszyst­kie lu­biły ten stan głup­ko­wa­tego od­prę­że­nia, który przy­no­sił ulgę sko­ła­ta­nym ner­wom i zmę­czo­nym cia­łom.

Agata, do­pusz­czona na­resz­cie do głosu, nie­śmiało wspo­mniała o ko­le­dze z biura, nie­ja­kim Janku. Męż­czy­zna od pew­nego czasu wy­raź­nie się nią za­in­te­re­so­wał, cho­ciaż nie zro­bił ni­czego wprost. Nie­ustan­nie jed­nak krą­żył, klu­czył, kom­bi­no­wał.

- Cią­gle się pyta, czy cze­goś nie po­trze­buję, przy­nosi mi kawę z bu­fetu, prawi nie­winne kom­ple­menty - opo­wia­dała, bo przy­ja­ciółki pod­chwy­ciły nowy wą­tek i cią­gnęły ją za ję­zyk.

- A ja­kie to są "nie­winne kom­ple­menty"? - Ewka miała szel­mow­ski uśmiech.

- Mówi na przy­kład: "Masz śliczny ko­lor tej blu­ze­czki".

- I to ma być kom­ple­ment? Chyba dla pro­du­centa farb do tka­nin! - Ewka par­sk­nęła. - Po­wi­nien był ra­czej po­wie­dzieć, że to­bie pięk­nie w tym ko­lo­rze!

- No wła­śnie - Agata przy­znała jej ra­cję. - Dla­tego mó­wię, że te kom­ple­menty są ja­kieś ta­kie... okrężne. Niby wiem, co chce po­wie­dzieć, ale on tego nie mówi, więc nie mogę za­re­ago­wać.

Ci­che pu­ka­nie do drzwi spra­wiło, że za­mil­kły, na­słu­chu­jąc, co na­stąpi da­lej. Wszyst­kie trzy sie­działy wy­god­nie wśród po­du­szek, z no­gami na ni­skim sto­liku, i żadna nie miała ochoty pod­nieść się stam­tąd bez po­wodu, więc kilka razy upew­niały się, czy pu­ka­nie nie jest je­dy­nie wy­two­rem ich nie­trzeź­wych umy­słów.

- Jed­nak ktoś puka - uznała Ewka. - I chyba na­wet wiem kto! - Wy­grze­bała się ze swo­jego le­go­wi­ska i boso po­bie­gła w stronę drzwi. Wró­ciła po mi­nu­cie, a wraz z nią do po­koju we­szła Róża.

- Sorry, że do­piero te­raz. Mia­łam po­ważną roz­mowę z mę­żem i nie mo­głam prze­rwać. Ale mam za to wia­do­mość, któ­rej się nie spo­dzie­wa­cie. - Zdjęła z sie­bie mały swe­te­rek i za­ma­szy­stym ru­chem po­słała go w od­le­gły kąt po­koju. Zwin­nie prze­sko­czyła przez opar­cie ka­napy i wci­snęła się po­mię­dzy Agatę i Mirkę. Była tak drobna, że żadna z nich nie od­czuła na­wet, że zro­biło się cia­śniej. - Chcemy mieć dziecko! - oświad­czyła dum­nie, a ton jej głosu da­wał do zro­zu­mie­nia, że jest na to ab­so­lut­nie zde­cy­do­wana.

- No nie, zwa­rio­wa­łaś? - Re­ak­cja Mirki była na­tych­mia­stowa i oczy­wi­sta. - Nie bra­łaś dziś pro­chów albo wzię­łaś ich za dużo!

Róża chwi­lowo sku­piła się na ser­niku, który po­dała jej Ewka, zo­sta­wia­jąc przy­ja­ciół­kom czas na przy­swo­je­nie in­for­ma­cji, którą wła­śnie od niej otrzy­mały.

- Mó­wi­łaś prze­cież, że ostat­nio to­bie i Lesz­kowi nie bar­dzo się układa, może to nie jest od­po­wied­nia chwila na taką de­cy­zję... - Ewka swoje wąt­pli­wo­ści po­tra­fiła wy­ra­żać dużo bar­dziej dy­plo­ma­tycz­nie niż jej po­przed­niczka.

- Ewka ma ra­cję, je­śli ma­cie pro­blemy, dziecko ich nie na­prawi. Le­piej się wstrzy­maj, aż mię­dzy wami się ocie­pli. - Agata rów­nież nie była za­chwy­cona tym, co usły­szała.

- Ja­kie tam pro­blemy, po­na­rze­ka­łam tro­chę, bo mie­li­śmy słab­szy okres, to wszystko. Le­siu to Le­siu, ni­kogo in­nego nie mam i mieć nie chcę. - Róża wi­dząc, że nie ma co li­czyć na to, że ktoś w tym po­koju ją ob­służy, sama wstała i po­de­szła do oszklo­nej ko­módki, skąd wy­jęła dla sie­bie kie­li­szek. Na­lała do niego resztkę wina i wy­piła je, czu­jąc jego roz­grze­wa­jącą moc. Prze­łknęła gło­śno i do­koń­czyła wcze­śniej­sze roz­wa­ża­nia. - Prze­my­śla­łam to do­kład­nie ra­zem z Le­siem... Nic wam wcze­śniej nie mó­wi­łam, bo my­śla­łam, że to pra­gnie­nie mi­nie mi po okre­sie, po por­cji sło­dy­czy lub po sza­leń­czych za­ku­pach. Nie mi­nęło. My na­prawdę tego chcemy. Nie po­tra­fię się już od tej my­śli uwol­nić.

- A co, je­śli wa­sze pro­blemy są po­waż­niej­sze, niż ci się zdaje? Nie po­dej­muj ta­kiej de­cy­zji po­chop­nie! - Przez Ewkę jak za­wsze prze­ma­wiała tro­ska.

- Na­sze pro­blemy, jak oboje wy­wnio­sko­wa­li­śmy, wy­ni­kają wła­śnie z tego, że nie mamy jesz­cze dzieci. Mię­dzy nami po­wstała ja­kaś pustka, nie­ob­sa­dzone miej­sce, które pod­świa­do­mie drażni nas oboje. Poza tym mam trzy­dzie­ści dwa lata, ze­gar bio­lo­giczny bije nie­ubła­ga­nie. Nie mam czasu na gry­masy, a na Leszku mogę po­le­gać, jest od­po­wie­dzialny, tro­skliwy i mą­dry. Ma na­prawdę do­bre geny, w jego ro­dzi­nie są sami wy­soko wy­kształ­ceni, a brat jego matki zna sześć ję­zy­ków. - Ko­biety po­pa­trzyły po so­bie, nie kry­jąc zdzi­wie­nia.

- Wy­bie­rasz ojca dla swo­jego dziecka, bio­rąc pod uwagę by­strość jego plem­ni­ków? - Agata nie wie­rzyła wła­snym uszom.

- Toż to szczyt wy­ra­cho­wa­nia. - Ewka tylko uda­wała obu­rze­nie.

- Co złego jest w tym, że już dziś dbam o to, aby za kilka lat nie wsty­dzić się na wy­wia­dów­kach?

- A co zro­bisz, je­śli uro­dzisz, a mię­dzy wami nic się nie po­prawi? - Mirka nie po­zwa­lała zbić się z tropu.

- Nie po­prawi się, gdy nie uro­dzę, to pewne. Ale gdy już zo­sta­niemy ro­dzi­cami, bę­dziemy mieli wię­cej po­wo­dów, aby sta­rać się bar­dziej. Je­śli bę­dzie trzeba, za­fun­du­jemy so­bie te­ra­pię.

- Te­ra­pię, moja ko­chana, to ja za­le­ca­ła­bym te­raz. - Mirka pa­trzyła na Różę kar­cą­cym wzro­kiem i krę­ciła głową z dez­apro­batą. - To, co mó­wisz, nie jest nor­malne.

- Do­ga­dał ko­cioł garn­kowi, czy jak to tam szło... Czy twoje po­dwójne ży­cie jest nor­malne? Albo ży­cie Agaty czy Ewki, które pro­wa­dzą je wła­ści­wie sa­mot­nie, mimo że na pal­cach wciąż mają ob­rączki? Se­ba­stian pra­wie nie zna wła­snych dzieci, czy to jest nor­malne?

- Nie de­ner­wuj się już, jako przy­szła mama mu­sisz o sie­bie dbać. - Agata uśmiech­nęła się. - Prze­cież wiesz, że my za­wsze bę­dziemy po two­jej stro­nie i ki­bi­cu­jemy ci we wszyst­kim, co ro­bisz. Za­sko­czy­łaś nas, ale oso­bi­ście przy­znaję ci ra­cję, już czas, abyś sama się prze­ko­nała, czym jest ży­cie matki.

- No wła­śnie! Już dawno po­win­nam się była zde­cy­do­wać. Wy ma­cie od­cho­wane dzieci, a ja... może je­stem bez­płodna?

- Ja­sne, to po co ły­kasz pa­stylki? - par­sk­nęła Mirka.

- No, może je­stem, a nie wiem?

- Pa­mię­tam, jak by­łam w li­ceum i też tak o so­bie my­śla­łam... - Agata uśmiech­nęła się do tych od­le­głych wspo­mnień. - Od lat współ­ży­łam z Tom­kiem i nic się nie działo, mimo że się nie za­bez­pie­cza­li­śmy. Ko­lejne ko­le­żanki za­li­czały wpadki, a my cią­gle nic. By­łam pewna, że je­stem bez­płodna... ależ czło­wiek był głupi.

- Te­raz już chyba nie wie­rzysz w ślepy los i za­bez­pie­czasz się? - upew­niała się Mirka.

- Te­raz to To­mu­sia nie­stety nie ma i ciąża mi nie za­graża, ale jak przy­jeż­dża taki wy­posz­czony, to na wszelki wy­pa­dek za­ło­ży­łam so­bie spi­ralkę. Lek­ko­du­chem już nie je­stem.

- Wi­dzisz, kwia­tuszku... - Ewka prze­szła z dru­giego końca na­roż­nej ka­napy tylko po to, by ob­jąć przy­ja­ciółkę. - Twoja bez­płod­ność jest pew­nie taka sama jak Agaty, więc nie dra­ma­ty­zuj, tylko dzia­łaj, je­śli na­prawdę tego chcesz. - Uści­snęły się mocno i Ewka chwiej­nym kro­kiem wró­ciła na swoje miej­sce.

- Strasz­nie tego chcę, aż trudno mi zro­zu­mieć, skąd wzięła się we mnie ta po­trzeba, i to od razu taka silna. Ma­rzę, by wziąć w ra­miona ta­kie moje ma­leń­kie, ró­żowe bobo, tu­lić je, ca­ło­wać je, chro­nić...

- Hola, hola, za­po­mnia­łaś jesz­cze o kilku szcze­gó­łach! - za­wo­łała Mirka. - Za­nim do tego doj­dzie, naj­pierw bę­dziesz tyła jak wie­lo­ryb, pu­chła jak ba­lon, miała ży­laki, he­mo­ro­idy i roz­stępy jak Wielki Ka­nion, a na końcu tej nie­sa­mo­wi­tej me­ta­mor­fozy bę­dziesz wyła z bólu na po­ro­dówce, bła­ga­jąc le­ka­rzy, aby cię do­bili. I bądź pewna... - spoj­rzała przy­ja­ciółce pro­sto w oczy ze sto­ic­kim spo­ko­jem - ża­den z tych drani w far­tu­chach tego nie zrobi.

- Kie­dyś ba­łam się tych two­ich opo­wie­ści, ale te­raz nie czuję żad­nego stra­chu, wiem, czego chcę i zro­bię to. Chcę mieć dziecko, ro­zu­mie­cie?

Zro­zu­miały. Róża doj­rzała. Póź­niej niż więk­szość ko­biet, ale do­pa­dła ją ta nie­prze­parta po­trzeba by­cia mamą. Od tej chwili stało się ja­sne, że nie za­zna spo­koju, póki tej po­trzeby nie za­spo­koi.

- Zwa­rio­wała, słowo daję, zwa­rio­wała! - Oczy Mirki wy­wró­ciły się biał­kami ku gó­rze w te­atral­nym ge­ście obu­rze­nia.

- Dzieci są sen­sem mo­jego ży­cia, wa­szego zresztą też - Ewka zwró­ciła się do Agaty i Mirki. - Więc bar­dzo się cie­szę, że na­resz­cie się zde­cy­do­wa­łaś - pu­ściła "po­wietrz­nego" bu­ziaka do Róży.

- Bę­dziesz miała ślicz­nego, pie­go­wa­tego bo­basa - Agata prze­szła w stan eu­fo­rii. Te­raz ona otu­liła przy­ja­ciółkę ra­mie­niem i pi­skli­wym gło­si­kiem do­dała:

- Ta­kiego, który z gru­bymi udami i ku­per­kiem w pie­luszce bę­dzie ła­ził na czwo­raka po­mię­dzy na­szymi no­gami. Już się nie mogę do­cze­kać!

- Daj­cie mi jesz­cze wina, bo nie zniosę tej pa­pla­niny! - Mirka po­de­rwała się na­gle i prze­szła przez po­kój. Uśmie­cha­jąc się, po­de­szła do bo­ha­terki wie­czoru, ujęła jej głowę w dło­nie, spoj­rzała w oczy i cmok­nęła w czoło. - No do­bra, moje bło­go­sła­wień­stwo też masz, ale nie mów, że cię nie ostrze­ga­łam.

Roz­dział 3

Agata, sto­jąc nago przed lu­strem w ła­zience, wy­pro­sto­wała się, oglą­da­jąc naj­pierw je­den pro­fil, póź­niej drugi. Spoj­rzała na po­śladki, brzuch i biust. Piersi nie były duże, ta­kie prze­ciętne "b", miały kształt pi­łe­czek, ale ra­czej do rugby niż tych okrą­głych. To kar­mie­nie dzieci po­zba­wiło je na­tu­ral­nych krą­gło­ści i ode­brało sprę­ży­stość. Jed­nak go­dziny ćwi­czeń z han­tlami ro­biły swoje, utrzy­my­wały je w cał­kiem nie­na­gan­nej for­mie. Naj­więk­sza dumą Agaty był jed­nak brzuch, pła­ski i twardy, z za­ry­sem mię­śni pod cienką war­stwą skóry.

W pępku lśnił kol­czyk, pa­miątka po pew­nym sza­lo­nym week­en­dzie sprzed dwóch lat. Róża ob­cho­dziła swoje trzy­dzie­ste uro­dziny, które po­sta­no­wiły uczcić w ośrodku SPA. Ro­biły wszystko, co ko­biety lu­bią ro­bić naj­bar­dziej, a więc piły szam­pana w ja­cuzzi, pod­da­wały swoje ciała roz­kosz­nym ma­sa­żom, od­wie­dziły fry­zjerkę i ma­ni­kiu­rzystkę. U ko­sme­tyczki, kiedy ich skóra wchła­niała algi mor­skie, po­czuły, że do pełni sa­tys­fak­cji jesz­cze im cze­goś bra­kuje. Chciały zro­bić coś, co uwieczni ten wy­jazd w ich pa­mięci i po­łą­czy je ja­kimś sym­bo­lem. Po­mysł Mirki o wy­ta­tu­owa­niu się zo­stał jed­no­gło­śnie od­rzu­cony. Po­mysł Agaty o za­ob­rącz­ko­wa­niu uznały za zbyt po­spo­lity. Ewka zaś, nie­źle już wsta­wiona szam­pa­nem, za­pro­po­no­wała, że może na­le­ża­łoby w końcu skon­su­mo­wać ten ich wie­lo­letni zwią­zek w sy­pialni. To z pew­no­ścią po­zo­sta­wi­łoby im nie­za­tarte wspo­mnie­nia. Przy­stały jed­nak na po­mysł Róży i zgod­nie z nim prze­biły so­bie pępki na znak so­li­dar­no­ści, przy­jaźni i rów­nież po to, aby pa­mię­tać o dniu, w któ­rym szcze­gól­nie do­brze się ba­wiły.

Agata roz­sma­ro­wała w dło­niach pach­nący bal­sam, po czym, za­czy­na­jąc od stóp, roz­pro­wa­dziła go po ca­łym ciele. Roz­grzana pod prysz­ni­cem skóra łap­czy­wie chło­nęła białą maź. Pro­ces był długi i sta­ranny, a gdy do­biegł końca, Agata po­now­nie, prę­żąc ciało, obej­rzała swoje od­bi­cie.

- Jest nie­źle - mruk­nęła do sie­bie. - Szczę­ściarz z cie­bie, To­meczku. - Mimo za­do­wo­le­nia z wła­snego wy­glądu, na twa­rzy miała smu­tek, tę­sk­niła. Męża bra­ko­wało jej raz moc­niej, in­nym ra­zem sła­biej, ale dziś wy­pa­dało na "bar­dziej". Czu­jąc, że je­dyne, czego pra­gnie w tej chwili, to usły­szeć jego głos, się­gnęła po te­le­fon. - Kotku, od­bierz, chcę ci po­wie­dzieć, jak bar­dzo je­stem sa­motna w tej ła­zience!

Ale długi, prze­ry­wany sy­gnał po­in­for­mo­wał ją, że li­nia jest za­jęta.

Miesz­ka­jąc z ro­dzi­cami i do­ra­sta­ją­cymi dziećmi, rzadko by­wali sami. Czę­sto wła­śnie tu, w ła­zience, ukry­wali się przed wszyst­kimi i ko­chali, gdy na­szła ich na­gła ochota. Te­raz była tu tylko ona i jej wielka po­trzeba by­cia z męż­czy­zną. Nie­stety, nie miała go przy so­bie...

Agata zwin­nie wy­do­była krem ze sło­iczka i lekko wkle­pała w twarz. Na­ło­żyła pod­kład, cie­nie i czarny, prze­dłu­ża­jący rzęsy tusz. Po­ma­lo­wała usta. "Je­stem go­towa" - po­my­ślała. - "To zna­czy będę, gdy się ubiorę".

Ko­lejna próba po­łą­cze­nia się z Tom­kiem skoń­czyła się tak samo jak pierw­sza, te­le­fon był za­jęty.

- Cho­lera, z kim ty tak ga­dasz? Je­stem tu sama i spra­gniona, a ty masz to gdzieś! - za­grzmiała do słu­chawki, wie­dząc, że i tak jej nie usły­szy.

Ale te­le­fon od­po­wie­dział jej wi­bra­cją. Ode­brała na­tych­miast.

- Cześć skar­bie - usły­szała. - Coś się stało, że dzwo­nisz tak rano?

- Halo, kotku... - Ucie­szyła się, a cała złość, jaką przed chwilą do niego czuła, na­gle ode­szła. - Oj, stało się, stało... - mó­wiła, prze­cią­ga­jąc sy­laby w do­brze mu znany spo­sób. - Bar­dzo za tobą tę­sk­nię... Je­stem w na­szej ła­zience, naga, chętna...

- Ko­cha­nie... - Pra­wie po­czuła jego go­rący od­dech. - Naga, go­towa, mó­wisz...

- Pięk­nie pachnę ró­ża­nym bal­sa­mem, pa­mię­tasz, jak gładka staje się od niego moja skóra?

- Agatko, chcesz mnie za­drę­czyć, je­stem w pracy... - szep­nął, ale ona wie­działa, że na­dal chce jej słu­chać.

- Idź gdzieś, gdzie bę­dziesz sam... - Od­głos kro­ków świad­czył o tym, że po­słu­chał jej na­tych­miast.

- Je­stem...

- Ze mną je­steś tu, w na­szej ła­zience. Wła­śnie wy­szli­śmy spod prysz­nica i te­raz sma­ru­jesz mi plecy bal­sa­mem. - Serce Agaty przy­śpie­szyło.

- Mów, mów do mnie... - Bła­galny głos Tomka był le­d­wie zro­zu­miały.

- Ro­bisz to okręż­nymi ru­chami, sil­nie uci­ska­jąc w oko­licy karku tak, jak lu­bię. Ob­ser­wu­jesz, jak moje bio­dra krążą mia­rowo, czu­jesz, że cię pra­gnę, że je­stem go­towa... Pa­trzysz na mój wy­pięty ty­łek, ocie­rasz się o niego... Je­steś sztywny i nie mo­żesz po­wstrzy­my­wać się dłu­żej, mu­sisz wejść we mnie na­tych­miast... - Jej szept był na­miętny, od­dech roz­pa­lał głodną wy­ob­raź­nię.

- Je­steś cu­do­wna, ko­cha­aam cię­ęęę mo­ja­aaa su-cz-ko­ooo... - sy­la­bi­zo­wał z tru­dem. Krew w nim wrzała, cia­łem wstrzą­sał dreszcz pod­nie­ce­nia.

Agata usia­dła na chłod­nej pod­ło­dze, w jed­nej ręce trzy­mała te­le­fon, drugą swo­bod­nie prze­su­wała po roz­pa­lo­nej, spra­gnio­nej do­tyku skó­rze. Fala prze­szy­wa­ją­cej na wskroś roz­ko­szy na­de­szła nie­malże na­tych­miast. Chłodne palce wsu­nęła po­mię­dzy uda, mu­snęła nimi naj­czul­sze z miejsc. Za­mknęła oczy. W ciem­no­ściach zo­ba­czyła ty­siące świe­tli­ków, które swym sza­lo­nym tań­cem przy­pra­wiły ją o za­wrót głowy. Całą sobą chło­nęła piesz­czotę, któ­rej dawno nie czuła, szybko zbli­żała się do speł­nie­nia, które było tuż przed nią...

- Agata, ja­sna cho­lera! - Głos Tomka za­dzia­łał jak ku­beł zim­nej wody. - Zro­bi­łem to, je­steś nie­sa­mo­wita!

- Ale... - Chciała go za­trzy­mać, po­wie­dzieć, że ona też pró­bo­wała, że była tuż-tuż, że po­trze­buje jesz­cze odro­biny jego szeptu.

- Tak, ki­ciu? - za­py­tał, jak gdyby nic szcze­gól­nego się nie wy­da­rzyło. Brzmiał tak po­spo­li­cie, zwy­czaj­nie, że ręka Agaty ma­chi­nal­nie od­sko­czyła od miej­sca, które przed chwilą przy­jem­nie draż­niła. Pierw­szy raz w ży­ciu mąż wy­dał jej się obcy, a jego głos zimny, wręcz draż­niący. Po­czuła się za­wsty­dzona i ża­ło­wała, że dała po­nieść się chwili.

- Cie­szę się, że było ci do­brze - po­wie­działa rów­nie oschle, ma­rząc, aby już skoń­czyć to nie­udane przed­sta­wie­nie.

- Mu­szę wra­cać do pracy. - On chyba też nie miał ochoty tego prze­dłu­żać. - Chło­paki będą się na­bi­jać, że mam pro­blemy z je­li­tami.

- Ja­sne, idź, mi­łego dnia.

- Ko­cham cię, Agatko.

- Ja cie­bie też - od­po­wie­działa, mimo że czuła tylko tyle, że zro­biła z sie­bie głupka.

Złość mi­nęła jej do­piero wtedy, gdy ja­dąc do pracy swoim ma­łym au­tkiem, za­głu­szyła my­śli bar­dzo gło­śną mu­zyką. Sku­bi­kow­ski śpie­wał z taką pa­sją, że przy re­fre­nie mo­głaby już na­wet za­tań­czyć. Wy­sia­da­jąc na ban­ko­wym par­kingu, czuła roz­pie­ra­jącą ją ener­gię, była we­soła i od­prę­żona. Nie­stety, wi­dok biurka i stosu pa­pie­rów przy­go­to­wa­nych do ana­lizy, po­now­nie ją przy­gnę­bił.

- Szlag ja­sny! - prze­klęła po ci­chu. - Znowu flaki z ole­jem. Czy tak bę­dzie wy­glą­dała cała reszta mo­jego ży­cia? Pa­piery, dom i za­kupy w su­per­mar­ke­cie, sza­leń­stwo jak cho­lera!

- Dzień do­bry! - Uprzejmy głos Janka, który od nie­dawna pra­co­wał z nią i pa­nią Ja­dzią w tym sa­mym po­koju, prze­pę­dził czarne chmury znad jej głowy.

- Wi­taj, prze­pra­szam, nie za­uwa­ży­łam cię.

- My­ślę, że za coś ta­kiego po­wi­nie­nem do­ma­gać się prze­pro­sin, ale wi­dzę, że nie naj­lep­szy masz dziś hu­mor, więc za­milknę. Le­piej zro­bię, je­śli nie będę po­grą­żał się w twej nie­ła­sce.

- Hu­mor mia­łam do­sko­nały, do­póki nie usia­dłam w tym fo­telu - wy­znała Agata.

- Co, nie­wy­godny? Je­śli chcesz, mo­żesz wziąć mój.

- Cho­dzi o to, że każ­dego ranka, co­dzien­nie od nowa do­ciera do mnie, że moje ży­cie to jedna wielka nuda.

- Ten fo­tel ci to mówi? - za­żar­to­wał Ja­nek, pró­bu­jąc wy­ko­rzy­stać chwilę roz­mowy na te­mat inny niż służ­bowy.

Pra­co­wał z nią w tym biu­rze od sze­ściu mie­sięcy, cho­ciaż ona za­uwa­żyła go do­piero kilka ty­go­dni temu. Rzadko by­wali sami, więc więk­szość roz­mów była zdaw­kowa i do­ty­czyła pracy. Agata, mimo że Ja­nek sta­rał się, jak mógł, za­skar­bić so­bie jej życz­li­wość, trak­to­wała go ra­czej jako "ele­ment wy­po­sa­że­nia po­koju". Te­raz za wszelką cenę chciał za­trzy­mać na so­bie jej uwagę, sta­rał się oka­zać zro­zu­mie­nie, za­nim znowu go spławi.

- Każ­dego cza­sami na­cho­dzą ta­kie prze­my­śle­nia i wtedy po­trzebna jest roz­mowa z kimś, kto po­trafi uświa­do­mić, że wcale nie jest tak źle.

- Ja­sne, szkoda tylko, że aku­rat ni­kogo ta­kiego nie mam pod ręką.

- Oczy­wi­ście, że masz, wy­star­czy się ro­zej­rzeć. - Mó­wiąc to, Ja­nek za­baw­nie uniósł brwi i sze­roko roz­ło­żył ra­miona. Agata par­sk­nęła pu­stym śmie­chem. - Tuż obok sie­bie masz sym­pa­tycz­nego ko­legę, który za­wsze chęt­nie cię wy­słu­cha, po­cie­szy, a na­wet przy­tuli, je­śli zaj­dzie taka po­trzeba.

- Wy­bacz... - Jego poza, wska­zu­jąca na to, że jest go­tów do przy­tu­le­nia choćby "za­raz", ba­wiła ją, ale sta­rała się być po­wścią­gliwa. - Chyba jed­nak wo­la­ła­bym za­dzwo­nić do przy­ja­ciółki.

- Ro­zu­miem, w de­li­katny spo­sób mó­wisz mi: "Spa­daj!".

- Wcale nie - za­prze­czyła na­tych­miast zbyt en­tu­zja­stycz­nie, jak są­dziła. Ale na­prawdę nie chciała, aby tak po­my­ślał. Dziś po raz pierw­szy Ja­nek wy­dał się jej na­prawdę sym­pa­tycz­nym go­ściem. - Nie wi­dzę prze­szkód, aby cza­sami po­roz­ma­wiać. Skoro pra­cu­jemy w jed­nym biu­rze, do­brze by­łoby wie­dzieć o so­bie co nieco.

- Więc może wy­sko­czymy po po­łu­dniu na kawę i pączki? - Tym ra­zem nie tra­cił czasu i po raz pierw­szy prze­ła­mał przy niej nie­na­tu­ralną dla sie­bie nie­śmia­łość.

- Mowy nie ma, żad­nych pącz­ków, ale kawa i po­ga­du­chy mogą być - zgo­dziła się.

Si­ląc się na obo­jętny wy­raz twa­rzy, włą­czyła kom­pu­ter. Miała na­dzieję, że wy­gląda na taką, dla któ­rej uma­wia­nie się z ob­cym fa­ce­tem na kawę nie sta­nowi żad­nego pro­blemu. Na­chy­liła się nad stertą pa­pie­rów, które do­ty­czyły nie wia­domo czego, a mimo to prze­stały ją już tak prze­ra­żać jak jesz­cze przed chwilą. W mo­ni­tor pa­trzyła tępo, tłu­ma­cząc so­bie: "To zwy­kła kawa, nie­zo­bo­wią­zu­jąca roz­mowa jak z ko­le­żanką, nic w tym szcze­gól­nego. Tylko czy do­brze zro­bi­łam, zmie­nia­jąc aku­rat dziś ko­lor szminki, może w po­przed­niej było mi le­piej?".

Ja­nek rów­nież sy­mu­lo­wał od­da­nie się pracy, prze­kła­da­jąc kartki z kupki na kupkę i bez­myśl­nie na­ci­ska­jąc kla­wi­sze. Miał na­dzieję za­głu­szyć tym dziki ło­mot swo­jego serca, ura­do­wa­nego daną mu szansą. Bo miał na­dzieję, że to szansa.

W sto­sunku do Agaty od po­czątku czuł chło­pięcy lęk, coś ta­kiego ostatni raz przy­da­rzyło mu się, gdy się jesz­cze nie go­lił. Ja­nek lu­bił ko­biety i one lu­biły jego, dzięki swo­jemu uro­kowi i nie­wy­mu­szo­nej uprzej­mo­ści po­tra­fił za­ła­twić każdą sprawę, o ile roz­ma­wiał o niej z przed­sta­wi­cielką płci pięk­nej. Na­wet jego żona wie­działa, że je­śli trzeba prze­drzeć się przez ma­chinę urzę­do­wej biu­ro­kra­cji, jest to ide­alne za­da­nie dla Janka.

Z Agatą wszystko wy­glą­dało ina­czej. Od mie­sięcy pró­bo­wał na­wią­zać z nią bar­dziej przy­ja­ciel­ską roz­mowę. Czę­sto­wał ją owo­cami z ogrodu ro­dzi­ców, spe­cjal­nie dla niej wy­bie­rał naj­do­rod­niej­sze okazy ja­błek i pach­ną­cych gru­szek. Gdy szedł do bu­fetu, za­wsze py­tał, czy ona cze­goś nie po­trze­buje, mo­dląc się w du­chu, aby za­żą­dała cze­goś nie­zwy­kłego. Mógłby wtedy wy­ka­zać się in­wen­cją i zdo­być dla niej wszystko, o co by po­pro­siła. Ona jed­nak ani razu nie po­su­nęła się o krok w oka­zy­wa­niu mu sym­pa­tii. Ow­szem, uśmie­chała się miło, grzecz­nie py­tała o sa­mo­po­czu­cie, ale ni­gdy nie uczy­niła nic, co po­zwo­li­łoby mu mieć na­dzieję, że go lubi. In­ten­syw­nie po­szu­ki­wał spo­sobu zwró­ce­nia na sie­bie jej uwagi i dziś jego cier­pli­wość zo­stała na­gro­dzona. Na­resz­cie byli umó­wieni.

Sen Janka stał się jawą, w samo po­łu­dnie sie­dzieli przy nie­wiel­kim sto­liku, po­pi­ja­jąc kawę, pre­tekst mi­lio­nów ludz­kich spo­tkań. On, jak za­wsze, za­do­wa­lał się mocną czarną, ona nie­zmien­nie pół na pół z mle­kiem, ale bez cu­kru.

- Nie dasz się sku­sić na pączka, je­steś pewna?

- Nie mogę, je­śli zjem jed­nego, będę miała ochotę na wię­cej. Wolę nie za­czy­nać.

- A co w tym złego, je­śli się­gniesz po wię­cej. Ta­kiej ko­bie­cie jak ty na­leży się... - Nie do­koń­czył, czu­jąc, że zro­bił zbyt duże kroki. Agata od­nio­sła wra­że­nie, że nie­ko­niecz­nie miał na my­śli pączki. Pa­trzył na nią ina­czej niż w biu­rze, od­waż­niej. Nie ucie­kał wzro­kiem, gdy ich oczy się spo­ty­kały, na­bie­rał pew­no­ści sie­bie.

- Mam swoje prio­ry­tety. Je­stem na tyle duża i wiem, że miło jest, do­póki czuje się ten sma­czek. Sło­dycz nie­stety mija szybko, zo­stają na­to­miast wy­rzuty su­mie­nia.

- Z po­wodu pączka? - Uda­wał, że nie ro­zu­mie.

- Z po­wodu pączka też. - Te­raz ona przy­trzy­mała go wzro­kiem o kilka chwil za długo.

Pod­nie­śli do ust fi­li­żanki, wy­trzy­mu­jąc wza­jemne spoj­rze­nia, które aż iskrzyły. Agatę za­sko­czyła dziel­ność, jaką wy­ka­zała w tym po­je­dynku spoj­rzeń. Ja­nek w pierw­szej chwili po­czuł lekką pa­nikę, bo­jąc się, że może ob­lać się ru­mień­cem jak prysz­czaty szcze­niak. Szybko jed­nak za­pa­no­wał nad sobą, gdyż po­czuł, jak bar­dzo jest mu przy­jem­nie, gdy pa­trzy na nią z bli­ska w tak od­ważny spo­sób. Miałby te­raz ochotę wy­cią­gnąć rękę i po­gła­dzić jej twarz, do­tknąć ust, ale je­dyne, co mógł zro­bić, to pić cho­lerną kawę i ga­pić się na nią jak osioł.

Na­stęp­nego dnia, w po­rze obiadu, Ja­nek po­now­nie zdo­był się na od­wagę i za­pro­po­no­wał Aga­cie wyj­ście do baru, do któ­rego - jak wie­dział - ona cza­sami cho­dzi. Nie miał pew­no­ści, czy się zgo­dzi, wciąż nie wie­dział, czy da­rzy go sym­pa­tią, czy tylko służ­bową grzecz­no­ścią.

- To do­bry po­mysł - po­parła, nie­świa­do­mie spra­wia­jąc mu ulgę. - Do­brze tam kar­mią, a ja je­stem strasz­nie głodna - skła­mała, sama nie wie­dząc dla­czego. Nie tylko nie była głodna, ale obiad o tej go­dzi­nie ab­so­lut­nie nie był w jej stylu. - Już drugi raz wy­cho­dzimy ra­zem, jesz­cze chwila i za­czną o nas plot­ko­wać.

- Mar­twi cię to? - za­py­tał kpiąco.

- Wła­ści­wie nie. Przy­naj­mniej wpro­wa­dzimy do tej ska­mie­liny tro­chę praw­dzi­wego ży­cia.

- Oj, tak, to by się przy­dało. Cza­sami od­no­szę wra­że­nie, że za tymi biur­kami to nie lu­dzie sie­dzą, a fi­gury wo­skowe.

- Te fi­gury wo­skowe wszystko wi­dzą i sły­szą, więc uwa­żaj - ro­ze­śmiała się, za­chwy­ca­jąc Janka drob­niut­kimi zmarszcz­kami w ką­ci­kach ust. Dziś wy­glą­dała jesz­cze pięk­niej niż wczo­raj, ja­sne włosy spięte na karku lśniły w pro­mie­niach ma­jo­wego słońca. Oczy błysz­czały jej z za­do­wo­le­nia.

- Pięk­nie dziś wy­glą­dasz. - Ten kom­ple­ment nie za­brzmiał jak fra­zes. Ja­nek po­wie­dział go z ta­kim prze­ko­na­niem i uwiel­bie­niem w gło­sie, że nie można było nie uwie­rzyć w jego szcze­rość. Ta ko­bieta miała w so­bie coś, co spra­wiało, że uwiel­biał na nią pa­trzeć. Nie cho­dziło o urodę, o rysy twa­rzy czy fi­gurę. Ona, świa­do­mie bądź nie, uwo­dziła go spo­so­bem, w jaki od­gar­niała włosy, pa­trzyła, sia­dała, pod­no­siła do ust ku­bek kawy. Ko­chał pod­glą­dać, jak po kilku go­dzi­nach pracy przy biurku dys­kret­nie zdej­mo­wała swoje szpilki i my­śląc, że nikt tego nie wi­dzi, roz­cią­gała się w fo­telu. Ro­biła wtedy sto­pami ta­kie małe kręgi tuż nad zie­mią. Ni­gdy nie po­my­śla­łaby, że każdy jej ruch jest bacz­nie ob­ser­wo­wany przez męż­czy­znę za­to­pio­nego w pracy, a sie­dzą­cego przy biurku za jej ple­cami. On tym­cza­sem de­lek­to­wał się tym wi­do­kiem, ma­rząc, by móc po­ma­so­wać te jej stopy, do­tknąć ich ustami, pie­ścić.

- Szcze­rze mó­wiąc - za­gad­nęła, mru­żąc oczy od słońca - stra­ci­łam ochotę na zupę. Nie mam ochoty w taką piękną po­godę ci­snąć się w za­tło­czo­nym ba­rze. Może znaj­dziemy so­bie ja­kiś skwe­rek i zjemy coś na tra­wie? - Na­chy­liła się nad swoją torbą, roz­pacz­li­wie szu­ka­jąc w niej oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych. Kilka blond ko­smy­ków zsu­nęło się na jej czoło, dmuch­nęła w nie, chcąc, aby wró­ciły na swoje miej­sce, ale one nie­sfor­nie ła­sko­tały ją w nos. Za­nim zo­ba­czyła, naj­pierw po­czuła, że czy­jaś dłoń ostroż­nie, z nad­mierną wręcz tro­skli­wo­ścią od­gar­nia jej te włosy i za­kłada za ucho. Ich spoj­rze­nia spo­tkały się, po­zo­sta­jąc ze sobą na długo. Nie­spo­dzie­wa­nie po­czuli się tak, jakby zo­stali w mie­ście sami. Świat roz­pły­nął się jak ob­raz od­bity w ta­fli wody, którą zmą­cono.

- Mam je - po­wie­działa ci­chutko, ma­cha­jąc przed no­sem Janka ciem­nymi oku­la­rami.

Uśmiech­nął się i chwy­ta­jąc ją za nad­gar­stek ni­czym nie­sforne dziecko, po­pro­wa­dził za sobą. Szła po­słusz­nie, za­sta­na­wia­jąc się, dla­czego nie trzyma jej za dłoń, by­łoby to dużo mil­sze. Ale szybko skar­ciła się za roz­wią­złość swo­jej wy­ob­raźni. Usie­dli na roz­le­głym traw­niku ukry­tym za mu­rami sta­rego ko­ścioła. Świeżo sko­szona trawa pach­niała so­czy­ście, Agata opie­ra­jąc się o nią rę­koma, mocno na­pięła mię­śnie ca­łego ciała i roz­cią­gnęła je w ten sam spo­sób, w jaki skry­cie ro­biła to w biu­rze. Zwin­nym ru­chem zsu­nęła ze stóp czarne szpilki, które upa­dły bez­sze­lest­nie, każda w in­nym kie­runku.

- Boże, jak cu­dow­nie! - za­chwy­ciła się. - Te­raz to wo­la­ła­bym pra­co­wać przy ko­sze­niu traw­ni­ków niż w na­szym biu­rze, przy­naj­mniej mo­gła­bym na­cie­szyć się słoń­cem.

Ja­nek od­wi­nął ka­na­pki, które ku­pili po dro­dze, i miał wła­śnie wbić zęby w jedną z nich, gdy Agata unio­sła stopy lekko nad zie­mią i za­ry­so­wała nimi kółka w po­wie­trzu. Dreszcz na­stro­szył mu wło­ski na karku. Nie było już mowy o tym, aby mógł prze­gryźć co­kol­wiek, z tru­dem prze­ły­kał ślinę. Odło­żył je­dze­nie i przy­su­nął się nieco bli­żej.

- Cho­dze­nie w ta­kich bu­tach musi być bar­dzo mę­czące. - Rzu­cił okiem na prze­wró­cone szpilki.

- Nie jest tak źle, lata wprawy, ale cza­sami miło jest je zdjąć.

- Moim zda­niem pro­du­cenci cze­goś ta­kiego po­winni do­łą­czać do każ­dej pary kar­net na ma­saż stóp.

- To by­łoby niebo. Ma­saż stóp to jedna z tych rze­czy, któ­rych ni­gdy nie mam do­syć. - Le­dwo skoń­czyła mó­wić, za­raz się zo­rien­to­wała, że on wła­śnie na to cze­kał.

- Mogę? - za­py­tał nie­pew­nie, zer­ka­jąc to na nią, to na jej stopy.

Agata za­sty­gła w bez­ru­chu z ustami wy­pcha­nymi czar­nym chle­bem. Po­czuła się za­kło­po­tana, ale sama po­sta­wiła się pod tym mu­rem. "Wła­ści­wie, dla­czego nie?" - w my­ślach do­da­wała so­bie od­wagi. Nie wie­dząc, co po­wie­dzieć, przy­zwa­la­jąco ski­nęła głową.

Ja­nek ujął stopę Agaty w obie dło­nie i oparł na swoim ko­la­nie. Mu­zyka grała w jego sercu. Czu­jąc pod pal­cami ak­sa­mitną de­li­kat­ność cie­niut­kich poń­czoch, cie­szył się jak dziecko, które zna­la­zło pod cho­inką wy­ma­rzony pre­zent. Kciuki Janka umie­jęt­nie uci­skały stopę w spo­sób przy­no­szący przy­jem­ność i ulgę. Był de­li­katny, a jed­no­cze­śnie sta­now­czy w tym, co ro­bił. Miał cu­dow­nie zwinne dło­nie, które krą­żyły po jej pal­cach i pię­cie, spra­wia­jąc, że za­że­no­wa­nie ją opu­ściło, a na twa­rzy po­now­nie po­ja­wił się uśmiech za­do­wo­le­nia. Okrę­ca­jąc się lekko, zwró­ciła twarz w kie­runku słońca, chcąc uchwy­cić na po­liczki jego pro­mie­nie.

"Wła­ści­wie dla­czego nie?" - po­my­ślała po­now­nie, za­do­wo­lona z sie­bie. A on po raz drugi tego sa­mego dnia po­wtó­rzył kom­ple­ment:

- Na­prawdę pięk­nie dziś wy­glą­dasz. - Na­chy­lił się i po­ca­ło­wał ją w kostkę. Nie za­re­ago­wała, udała, że nic nie po­czuła.

Roz­dział 4

Było po dwu­dzie­stej dru­giej, a Ewka na­dal tkwiła przy de­sce do pra­so­wa­nia, jakby od tego za­le­żeć miały losy świata. Sterta dziew­czę­cych su­kie­nek, ko­szu­lek i in­nych świeżo upra­nych rze­czy kur­czyła się, ale bar­dzo po­woli. Mimo że Ewka miała za sobą wy­jąt­kowo mę­czący dzień, nie od­pusz­czała so­bie. Rano jej sa­mo­chód nie od­pa­lił. Zmu­szona była go zo­sta­wić i gnać przez mia­sto, pcha­jąc wó­zek in­wa­lidzki swo­jej córki. Anetka miała se­sję na­świe­tlań, na które nie mo­gły się spóź­nić. Dziew­czynka, jak mó­wiła jej mama, miała mu­chy w no­sie, po­nie­waż zbli­żał się wy­jazd na tur­nus re­ha­bi­li­ta­cyjny, a ona zno­siła je co­raz go­rzej.

- Chyba nic by się nie stało, je­śli raz po­zwo­li­ła­byś mi nie je­chać - ma­ru­dziła.

Ale Ewka, je­żeli cho­dziło o re­ha­bi­li­ta­cję, była nie­ustę­pliwa, ten te­mat ni­gdy nie pod­le­gał dys­ku­sji. Mimo to Aneta pró­bo­wała ne­go­cjo­wać:

- Mamo, ja nie chcę je­chać, nie lu­bię tego, nie po­jadę!

- Prze­stań mnie już mę­czyć, ko­cha­nie - krzyk­nęła za­sa­pana Ewa. - Wi­dzisz chyba, że le­dwo cię pcham, nie mam te­raz siły po raz ko­lejny tłu­ma­czyć ci, dla­czego nie wolno opusz­czać tur­nu­sów.

- Za­dzwo­nię do taty, on się zgo­dzi, że­bym zo­stała w domu!

- Z pew­no­ścią się zgo­dzi, zwłasz­cza, że trudno było cię tam wci­snąć i że wszystko jest już za­pła­cone. - Go­dzina była bar­dzo wcze­sna, ale mia­sto tęt­niło ży­ciem, jakby ni­gdy nie zwal­niało. Wszy­scy gdzieś się śpie­szyli i mało kto się uśmie­chał. Na­gle Aneta za­częła wrzesz­czeć na całe gar­dło, mio­tać rę­koma na wszyst­kie strony i z fu­rią trząść głową. Oczy prze­chod­niów zwró­ciły się na nią, więk­szość z nich miała znie­sma­czone miny, za­sta­na­wia­jąc się, co też ta okropna matka zro­biła swemu cho­remu dziecku.

- Aneta, uspo­kój się, prze­stań! - Ewka pró­bo­wała przy­trzy­mać córkę za ręce, ale to jesz­cze bar­dziej ją roz­zło­ściło. - Wszy­scy na nas pa­trzą, pro­szę cię! - Czuła, że jej twarz pło­nie ze zło­ści. Miała ochotę zła­pać małą za ra­miona i zdrowo po­trzą­snąć, ale za­ci­ska­jąc zęby, jesz­cze pa­no­wała nad sobą.

Za­trzy­mała wó­zek, uklę­kła przed nim i mó­wiąc naj­ła­god­niej, jak w tej chwili mo­gła, po­pro­siła raz jesz­cze:

- Prze­stań krzy­czeć, dla­czego mi to ro­bisz? Po­roz­ma­wiamy o tym w domu, tylko się uspo­kój, pro­szę. - Dziew­czynka nie re­ago­wała, krzy­czała wnie­bo­głosy i rzu­cała się z za­cię­ciem fu­riata.

Ewka chwy­ciła jej twarz w dło­nie i skie­ro­wała wzrok córki na sie­bie. Anetka nie­spo­dzie­wa­nie za­mil­kła, ręce opa­dły jej na ko­lana. Nie­ru­cho­mym wzro­kiem po­pa­trzyła na matkę i zbla­dła jak kreda. Za­nim Ewka zdą­żyła za­re­ago­wać, gwał­towne tor­sje wy­rzu­ciły całą za­war­tość żo­łądka Anety pro­sto w de­kolt Ewki.

- Je­zu­sie święty. - Tyle zdo­łała z sie­bie wy­do­być. Wstała ostroż­nie, czu­jąc, jak pod su­kienką ko­la­cja, śnia­da­nie i Bóg wie co jesz­cze spływa jej grubą, cie­płą strugą aż do pępka. Oczy na­peł­niły jej się łzami, ze zło­ści, z bez­sil­no­ści, ze zmę­cze­nia. Aneta wle­piła w matkę prze­ra­żone śle­pia.

- Mamo, prze­pra­szam, nie chcia­łam... - Sku­liła się za­wsty­dzona.

- Ci­cho! - Ostre spoj­rze­nie matki było bar­dziej kar­cące niż po­tok słów. Ewka, ki­piąc gnie­wem, chwy­ciła wó­zek i po­gnała w stronę domu, gu­biąc po dro­dze resztki po­karmu od­kle­ja­jące się od jej ciała i ubra­nia.

Wie­czo­rem za­dzwo­niła do męża.

- Se­ba­stian, ja już nie daję rady. - Roz­pła­kała się do słu­chawki.

- Ale ko­cha­nie, spo­koj­nie, po­wiedz, co się stało. - Usły­szała jego cie­pły, opie­kuń­czy głos.

- Chcę, że­byś był tu ze mną, że­byś mi po­mógł.

- Wiem, że je­steś prze­mę­czona, ale to już długo nie po­trwa.

- Prze­stań kła­mać! - wrza­snęła mu do ucha. - Ile razy to już mó­wi­łeś? Od trzech lat pra­wie się nie wi­du­jemy, nie wiesz, co tu się dzieje, ile pracy mu­szę wkła­dać w to wszystko!

- Do­sko­nale wiem, ko­cha­nie - mó­wił spo­koj­nie. - Ale prze­cież oboje tak usta­li­li­śmy, prawda? Po­trze­bo­wa­li­śmy tych pie­nię­dzy, sama wiesz.

Ewka wy­dmu­chała nos w chu­s­teczkę, a oczy otarła rę­ka­wem swe­tra.

- Cho­lera ja­sna! - Po chwili miała już zu­peł­nie nor­malny, opa­no­wany ton. - Wy­bacz, że tak się roz­kle­iłam. Wiem, że ro­bisz to wszystko dla nas i że to­bie też nie jest ła­two.

- Po­wiedz mi te­raz spo­koj­nie, co się stało?

"Mó­wić, nie mó­wić?" - wa­hała się. - "Ale to prze­cież jego dzieci, je­śli nie będę mu o nich opo­wia­dała, wcale ich nie bę­dzie znał".

- No, Ewa... - po­na­glał.

- Anetka nie chce je­chać na tur­nus - za­częła nie­pew­nie. - Nie pierw­szy raz robi mi z tego po­wodu awan­turę. Ostat­nio oświad­czyła, że ko­cha tylko cie­bie, bo ja je­stem ję­dzą i mę­czę ją. A dzi­siaj w środku mia­sta do­stała ataku szału i zwy­mio­to­wała mi pro­sto mię­dzy cycki.

- Nie de­ner­wuj się już, po­roz­ma­wiam z nią.

- To jesz­cze nie wszystko! - Uznała, że nad­szedł czas po­roz­ma­wiać z mę­żem szcze­rze. - Syl­wia jest co­raz bar­dziej smutna. Nie ma ojca i nie ma matki, bo ja ni­gdy nie mam dla niej czasu. Moje przy­ja­ciółki stroją się i mają ja­kieś roz­rywki, od­wie­dzają zna­jo­mych, pra­cują, a ja? Ja mam tylko re­ha­bi­li­ta­cje, sprzą­ta­nie i od­ra­bia­nie za­dań do­mo­wych. Ty na­wet nie wiesz, jaką mam fry­zurę, wła­ści­wie włosy wcale nie są mi po­trzebne, bo tylko ster­czą i stra­szą! - Znowu się roz­pła­kała. Szlo­chała przez kilka mi­nut, a Se­ba­stian w mil­cze­niu cze­kał, aż skoń­czy.

- Ki­ciu, obie­cuję wszystko prze­my­śleć - za­pew­nił ją, gdy znowu słu­chała. - Za­dzwo­nię za kilka dni i ra­zem usta­limy osta­teczny ter­min mo­jego po­wrotu, do­brze?

- Do­brze - po­czuła po­wrót na­dziei.

- Mu­szę wró­cić, bo prze­cież nie może tak być, aby moja ki­cia cho­dziła nie­ucze­sana, prawda? - Ro­ze­śmiał się, a Ewkę ogar­nął spo­kój. Wie­działa, że z Se­ba­stia­nem wszystko bę­dzie wy­glą­dało ina­czej, le­piej. On był taki mą­dry, opa­no­wany i do­bry, wpro­wa­dzał do domu spo­kój i da­wał wszyst­kim swoim dziew­czyn­kom po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Od lat ko­chała go tą samą, silną i praw­dziwą mi­ło­ścią.

- Po roz­mo­wie z mę­żem od­zy­skała siły do dal­szej walki o wszystko. Wy­jęła de­skę do pra­so­wa­nia i przy­nio­sła stertę wy­pra­nych ubrań.

- Wy­jazd już za dwa dni, có­reńko - mru­czała do sie­bie. - I nic mnie przed nim nie po­wstrzyma.

Roz­dział 5

Maj tego roku był wy­jąt­kowo cie­pły i sło­neczny, wio­sna le­ża­ko­wała na skwe­rach i traw­ni­kach. Lu­dzie, ja­cyś pięk­niejsi niż zwy­kle, wy­da­wali się szczę­śliwsi i milsi dla sie­bie. So­czy­sta zie­leń mło­dych li­ści wszyst­kich na­stra­jała opty­mi­stycz­nie. Wśród tych, któ­rzy do­strze­gali naj­drob­niej­sze szcze­góły ma­jo­wego piękna, na­pa­wali się nimi i in­ten­syw­nie cie­szyli ży­ciem, była Mirka, która prze­ży­wała wła­śnie naj­dłuż­szy ro­mans swo­jego ży­cia.

Szef ochrony miej­skiego mu­zeum był krzep­kim, przy­stoj­nym fa­ce­tem, cho­ciaż sporo od niej star­szym. Od kilku lat po­zo­sta­wał w sta­nie wol­nym, twier­dząc, że skoro przez dwa­dzie­ścia lat był do­brym mę­żem, to po śmierci żony ma prawo po­sza­leć. W spo­so­bie my­śle­nia byli z Mirką po­do­bni, może dla­tego ich zwią­zek utrzy­my­wał się dłu­żej niż inne. Sta­szek ni­czego od niej nie wy­ma­gał, nie wy­py­ty­wał o ży­cie ro­dzinne i nie prze­ja­wiał naj­mniej­szych oznak za­zdro­ści. Spo­ty­kali się tylko wtedy, gdy oboje mieli na to ochotę, a od­mowa randki, na­wet w ostat­niej chwili, ni­gdy nie była pro­ble­mem. Przy nim Mirka ni­czego nie mu­siała uda­wać, była sobą, jak przy żad­nym in­nym męż­czyź­nie. Nie­za­leż­nie od tego, co ro­biła i jak wy­glą­dała, Sta­szek za­wsze oka­zy­wał jej sza­cu­nek i cie­płe, nie­malże oj­cow­skie uczu­cia. Seks w tym związku nie był na pierw­szym pla­nie, co ona sama uwa­żała za nie­zgodne ze swoją na­turą.

Agata nie po­su­nęła się do ro­mansu, cho­ciaż bez wąt­pie­nia rów­nież od­czu­wała skutki ocie­ple­nia kli­matu. Nie na­rze­kała już na nudę w pracy, wręcz prze­ciw­nie, szła do banku uśmiech­nięta i w do­brym na­stroju. Pro­mie­niała nie mniej niż ma­jowe słońce. Wie­działa, że w ma­łym biu­ro­wym po­koju spo­tka ko­goś, kto ucie­szy się na jej wi­dok, kto za­pyta, jak się czuje i czy ma ochotę na kawę, ko­goś, kto po­wie jej, jak pięk­nie wy­gląda i pach­nie. Dzięki temu po­czuje się młoda i bę­dzie mo­gła flir­to­wać, oczy­wi­ście w gra­ni­cach okre­ślo­nej przez sie­bie przy­zwo­ito­ści.

Byli też tacy, na któ­rych uroki wio­sny nie dzia­łały wcale. Ewka, wy­raź­nie zmę­czona, my­ślała tylko o tym, że rano ma po­ciąg do Ku­dowy, do któ­rego musi za­pa­ko­wać swoją zbun­to­waną córkę. Młod­szą córkę po raz ko­lejny musi po­zo­sta­wić pod opieką babci, co po­wo­do­wało ko­lejną walkę z wy­rzu­tami su­mie­nia, że nie ra­dzi so­bie ze wszyst­kim tak, jak po­winna, i że nie jest do­brą matką dla Syl­wii.

Róża, mimo że żadna z przy­ja­ció­łek jesz­cze tego nie za­uwa­żyła, rów­nież była obo­jętna na ota­cza­jące ją piękno ma­jo­wego parku. Nie­wiele mó­wiła, oczy miała smutne, a my­śli od­le­głe. Do­bry na­strój, jaki pa­no­wał na ich pik­niku, nie uła­twiał jej zwie­rzeń, na które dziś li­czyła.

Wszyst­kie cztery le­żały na czer­wo­nym kocu ni­czym kieł­ba­ski na pół­mi­sku i ga­piły się w ob­łoki uno­szące się nad ich gło­wami. Ten koc był nie byle jaki - był kul­towy, pa­mię­tał ma­jówki sprzed wielu lat, które urzą­dzały so­bie jako pa­nienki, a póź­niej jako młode mamy. Te­raz, po zje­dze­niu obiadu "na wy­nos", czuły się pełne i za­to­pione w le­ni­stwie, cie­szyły się tym nic­nie­ro­bie­niem.

- Nie wy­daje wam się... - Mirka krę­ciła się po­mię­dzy Ewką a Różą - że ten koc z każ­dym ro­kiem robi się co­raz węż­szy?

- Do­brze wiesz, że to nie koc się kur­czy! - ro­ze­śmiała się Agata. - To my je­ste­śmy co­raz więk­sze.

- Ty aku­rat nic się nie zmie­niasz. - Ewka ob­ró­ciła się na bok, aby móc pa­trzyć na przy­ja­ciółki. - Jak cię dziś zo­ba­czy­łam, na­tych­miast rzu­ciło mi się w oczy, że wy­glą­dasz kwit­nąco.

- Ja też to za­uwa­ży­łam - do­dała Mirka. - Ja­kaś taka pro­mienna je­steś, niby ta sama, a jed­nak nie do końca. Coś się w to­bie zmie­niło, tylko nie wiem co. Przy­znaj się! - za­wo­łała, do­zna­jąc na­głego olśnie­nia. - Zro­bi­łaś li­fting?

- Ni­gdy w ży­ciu! - Agata obu­rzyła się. - Ni­gdy w ży­ciu, do czter­dziestki! - spro­sto­wała.

- A może To­mek wró­cił i tak ci hu­mor po­pra­wił, że aż wy­pięk­nia­łaś? - Mirka na­dal do­cie­kała.

- To­mek ciężko pra­cuje na cho­lerne miesz­ka­nie - głos Agaty nieco się zła­mał. - Tylko oba­wiam się, że jak tak da­lej pój­dzie, to nie bę­dzie miał z kim w nim za­miesz­kać.

- Po­kłó­ci­li­ście się, o co? - Mirka spo­waż­niała.

- Nie, nie było żad­nej kłótni, tylko mam ja­kieś dziwne prze­czu­cie. Nie, że­bym coś kon­kret­nego wie­działa, ale... - urwała, nie wie­dząc, jak na­zwać nie­uza­sad­nioną po­dejrz­li­wość do­ty­czącą męża, która to­wa­rzy­szyła jej od ja­kie­goś czasu.

- Brzmi nie­cie­ka­wie. - Ewka, jak za­wsze wy­czu­lona na wszyst­kie pro­blemy, była cie­kawa szcze­gó­łów. - Opo­wia­daj, co się dzieje.

- To chyba ja­kiś mały kry­zys. Pew­nie wkrótce mi­nie, więc nie­po­trzeb­nie o tym my­ślę, ale trudno mi prze­stać. Bo kiedy do niego dzwo­nię pod­czas jego prze­rwy, wiecz­nie ma za­jęty te­le­fon. Kie­dyś dzwo­nił do mnie nocą, szep­ta­li­śmy so­bie czułe słówka, było miło, te­raz już tego nie robi, rze­komo szybko za­sy­pia. Nie pyta, jaką mam na so­bie bie­li­znę, nie mówi, że tę­skni, ja­koś tak chłodno się mię­dzy nami zro­biło.

- To wszystko to tylko po­szlaki albo jesz­cze mniej, Agatko. - Ewce naj­wy­raź­niej ulżyło. - My, żony emi­gran­tów, mu­simy na­uczyć się żyć z na­szymi po­dej­rze­niami. W in­nym przy­padku mo­gły­by­śmy się tak na­krę­cić, że ni­komu by to na do­bre nie wy­szło.

- A ja my­ślę, że na­sza ko­bieca in­tu­icja jest nie­zwy­kle czu­łym in­stru­men­tem i nie na­leży jej lek­ce­wa­żyć. - Mirka uwa­żała wy­ro­zu­mia­łość Ewki za nie­uza­sad­nioną.

- My z Se­ba­stia­nem prze­ży­wa­li­śmy wiele słab­szych chwil, za­nim przy­zwy­cza­ili­śmy się do ży­cia na od­le­głość. Je­dyne roz­wią­za­nie, to wza­jem­nie so­bie za­ufać. Nie­do­brze jest wie­rzyć we wszystko, co pod­suwa nam wy­ob­raź­nia.

- Więc po­win­nam się mar­twić czy nie?

- Mar­twie­nie się może tylko za­szko­dzić two­jej uro­dzie, więc le­piej tego nie rób - ra­dziła Mirka. - Ale bądź czujna. Za­skocz go, za­dzwoń w nocy, wy­czuj, czy nie bę­dzie uni­kał na­mięt­nej roz­mowy. Do­ma­gaj się czu­łych słów. Ale na­wet, je­żeli ko­goś ma, co w jego przy­padku jest mało praw­do­po­do­bne, to ra­czej ni­gdy się o tym nie do­wiesz.

- Mi też się wy­daje, że on nie byłby do tego zdolny. Same wie­cie, jaki jest i że było nam ze sobą do­brze... - Agata usi­ło­wała prze­ko­nać nie tylko przy­ja­ciółki, ale rów­nież sie­bie. Do nie­dawna da­łaby so­bie rękę ob­ciąć, że To­mek jest i po­zo­sta­nie jej wierny. Ale od­kąd sama tak chęt­nie wdała się w biu­rowy flirt, stra­ciła tę pew­ność.

- Nie na­krę­caj­cie się, dziew­czyny. Tro­chę wię­cej wiary w lu­dzi. Ja wie­rzę w Tomka tak samo mocno jak w mo­jego Se­ba­stiana.

- A ja... - Mirka mó­wiła, prze­gry­za­jąc ko­lej­nego her­bat­nika. - Nie wie­rzę ani im, ani żad­nemu in­nemu. Mó­wiąc krótko: nie wie­rzę w wier­ność po grób.

- Swo­jemu Ma­ciu­siowi też nie wie­rzysz? - ką­śli­wie za­py­tała Ewka.

- Prze­cież mó­wię, że żad­nemu. Dla­tego nie spraw­dzam go, nie kon­tro­luję, bo biorę pod uwagę, że mo­gła­bym coś zna­leźć. A po co nam to, do­brze jest, jak jest, mamy cu­do­wne dziecko i cie­szymy się ży­ciem. Je­śli Ma­ciej mnie zdra­dza, nie chcę o tym wie­dzieć, bo nie chcę żad­nych zmian w swoim ży­ciu.

- Nie wiem, jak mo­żesz funk­cjo­no­wać w ten spo­sób. - Ewka po­krę­ciła głową ze zdzi­wie­niem. - Do­brze, że znamy się od dziecka, bo gdy­bym po­znała cię dziś, ra­czej nie zo­sta­ły­by­śmy przy­ja­ciół­kami.

- A ty, Ró­życzko, co taka mil­cząca je­steś, za­snę­łaś? - za­in­te­re­so­wała się Mirka. Wszyst­kie spoj­rzały na nią - le­żała z rę­koma za­wi­nię­tymi wo­kół brzu­cha i wy­glą­dała, jakby na­prawdę spała. Ale nie spała, za­to­piła się we wła­snych my­ślach, cze­ka­jąc cier­pli­wie, aż zo­sta­nie do­pusz­czona do głosu.

- Słu­cham tego wa­szego pa­pla­nia i nie mogę się do­cze­kać, kiedy skoń­czy­cie - po­wie­działa szorstko, sia­da­jąc. - Dziś chcia­łam po­dzie­lić się z wami czymś szcze­gól­nie dla mnie waż­nym, ale nie mogę do­pchać się do mów­nicy. - Dziew­czyny po­ro­biły zdzi­wione miny, ale szybko, jedna po dru­giej, do­my­śliły się, jaką no­winę usły­szą w tej chwili. Ta wia­do­mość, szcze­gól­nie ważna dla Róży, jak sama po­wie­działa, wy­ja­śni jej nie naj­lep­szy wy­gląd, pod­krą­żone oczy i przy­bity na­strój - wia­domo było, że to wina hor­mo­nów.

- Ja już wiem - po­chwa­liła się Agata. - Je­steś w ciąży! - Jako pierw­sza za­rzu­ciła Róży ręce na szyję i wy­ca­ło­wała jej po­liczki.

- Wspa­niale, po­dej­rze­wa­łam to od kilku dni! - Ewka na­tych­miast do­łą­czyła do uści­sków.

- Ale masz tempo, dziew­czyno. Cóż mogę po­wie­dzieć w tej sy­tu­acji, gra­tu­luję! - po­wie­działa Mirka nieco mniej en­tu­zja­stycz­nie, ale z głębi serca. Już miała za­miar, w ślad za po­przed­nicz­kami, przy­tu­lić przy­szłą mamę, ale pa­trząc na nią, za­uwa­żyła, że coś zbyt mało ma w so­bie ra­do­ści.

- Prze­stań­cie... - Głos Róży ła­mał się. Lekko, ni­czym do­kucz­liwe mu­chy, ode­pchnęła od sie­bie ręce, które ją ob­wie­siły.

- Jak to, nie je­steś w ciąży? - Zdzi­wie­nie Agaty wy­pi­sane było w jej roz­sze­rzo­nych źre­ni­cach.

- No to że­śmy się wy­głu­piły! - Mirka sta­rała się uśmie­chać. - Ale skoro gra­tu­la­cje już ze­bra­łaś, to te­raz nie masz wyj­ścia, mu­sisz za­sko­czyć.

Ewka w mil­cze­niu ob­ser­wo­wała, jak Róża stara się za­pa­no­wać nad łzami pcha­ją­cymi się jej do oczu. Miała nie­do­bre prze­czu­cia. Dały przy­ja­ciółce chwilę, aby mo­gła ze­brać się i po­wie­dzieć to, co za­mie­rzała.

- Nic z tego nie bę­dzie - prze­mó­wiła po chwili za­pa­trze­nia się w dal. - Nie bę­dzie żad­nej ciąży. Ni­gdy nie zo­stanę matką. Nie przy­tulę do piersi ró­żo­wego bo­basa, nie będę zmie­niała pie­lu­szek i ni­gdy nie będę ca­ło­wała ma­leń­kich sto­pek - po­wie­dziaw­szy to wszystko jed­nym tchem, sku­liła się i zwi­nęła jak kwiat o zmierz­chu.

- Ko­cha­nie, co się stało? Z pew­no­ścią nie jest aż tak źle, tylko jesz­cze o tym nie wiesz. - Ewka sta­rała się ostroż­nie do­bie­rać słowa, czu­jąc, że je­śli do­tknie naj­czul­szego punktu, Róża się roz­klei.

Ko­biety za­cie­śniły swój krąg, przy­su­wa­jąc się bli­żej sie­bie. Na­gle ich czer­wony koc zro­bił się dużo więk­szy, niż to się wy­da­wało przed chwilą. Agata wzięła Różę za jej ma­leńką, chudą rękę, Mirka tro­skli­wie otu­liła ją ra­mie­niem.

- Ko­cha­nie, po­wiedz nam, co się stało? - po­pro­siła szep­tem.

- Mam en­do­me­triozę. Szanse na zaj­ście w ciążę - zero, szanse na wy­le­cze­nie - rów­nież zero.

- Endo... co? W ży­ciu o czymś ta­kim nie sły­sza­łam. Czy to coś groź­nego, trzeba cię ope­ro­wać? - Mirka jako pierw­sza za­rzu­ciła Różę py­ta­niami.

- Mogę z tym żyć tak jak ty­siące in­nych ko­biet, które na­wet nie wie­dzą, że cho­rują. Praw­do­po­dob­nie mam to od lat, to scho­rze­nie jest trudne do zdia­gno­zo­wa­nia. Moje sta­dium jest bar­dzo za­awan­so­wane, brak szans na za­płod­nie­nie. Nie trzeba mi było zwle­kać tak długo - ża­ło­śnie po­cią­gnęła no­sem.

- Je­steś pewna, że nic nie można zro­bić? - Agata czule gła­dziła jej dłoń. - Może po­win­naś zmie­nić le­ka­rza?

- Już zmie­ni­łam, po­wie­dział to samo. Od kilku dni nic in­nego z Le­siem nie ro­bimy, tylko szu­kamy roz­wią­za­nia. On się kom­plet­nie za­ła­mał. Na pewno wkrótce mnie zo­stawi. - Tym ra­zem roz­pła­kała się na do­bre. Kilka mi­nut trwało, za­nim na­gro­ma­dzone łzy wy­pły­nęły, a ona nieco się uspo­ko­iła. - Je­dyne, co może nam po­móc, to in vi­tro - do­dała z bez­na­dzieją w gło­sie.

- A wi­dzisz, czyli to ża­den wy­rok! - Mirka roz­pro­mie­niła się. - Jest szansa, więc bę­dziesz miała tego swo­jego bo­basa. Te­raz in vi­tro to pro­sty za­bieg, raz-dwa i masz brzu­szek.

- Ja na­wet znam ro­dzinę, która ma dwoje dzieci dzięki tej me­to­dzie. - Ewka rów­nież pod­chwy­ciła nutkę na­dziei. - Mają dwóch chłop­ców, prze­ślicz­nych, zdro­wych.

- Tak... - W gło­sie Róży nie było nic z ra­do­ści, jaka ogar­nęła jej przy­ja­ciółki. - Ale czy wy wie­cie, ile taki za­bieg kosz­tuje? Naj­mniej pięt­na­ście ty­sięcy, a to przy du­żym szczę­ściu. Czę­ściej jed­nak trzeba wy­ło­żyć czter­dzie­ści ka­wał­ków lub wię­cej. Nie stać nas na to. Nie mamy żad­nych oszczęd­no­ści. Kre­dytu nam nie da­dzą, bo go już wzię­li­śmy na ka­wa­lerkę i sa­mo­chód. Ma­cie nie­po­trzebne cztery dy­chy? Ma­cie? - po­wtó­rzyła py­ta­nie z wy­rzu­tem.

- Ej, ko­bieto! - za­grzmiała Ewka i po­pa­trzyła Róży pro­sto w twarz. - Pie­nią­dze mogą być pro­ble­mem, ale do­póki jest szansa, trzeba kom­bi­no­wać, nie wolno wam się za­ła­my­wać. Wciąż masz jaj­niki i ma­cicę, nie ode­brano ci wszyst­kiego, ciesz się tym.

Może dla­tego, że była naj­star­sza, a może dla­tego, że taka była jej na­tura, Ewka od za­wsze miała zwy­czaj mat­ko­wa­nia swoim przy­ja­ciół­kom. Naj­czę­ściej to wła­śnie ona mie­wała do­bre po­my­sły, była naj­bar­dziej roz­sądna i po­ka­zy­wała im, jak zdy­stan­so­wać się wo­bec pro­ble­mów. W każ­dej sy­tu­acji po­tra­fiła do­ko­pać się do na­dziei, na­wet tej ukry­tej bar­dzo głę­boko.

Te­raz za­czer­wie­nione oczy jej przy­ja­ciółki pa­trzyły na nią w ocze­ki­wa­niu i py­tały: "Co mam ro­bić?".

- Kiedy Bóg za­myka drzwi, otwiera okno... - Ewka ła­god­nym ru­chem po­gła­dziła drobną twarz Róży. - Nie wiem, kto tak po­wie­dział, ale wie­rzę w to - wy­znała. - Coś wy­my­ślimy, obie­cuję, tylko się nie za­mar­twiaj. Wró­cimy do sprawy za dwa ty­go­dnie, jak przy­jadę z tur­nusu. Do tego czasu ochłoń i uspo­kój Leszka. Coś wy­my­ślimy - po­wtó­rzyła obiet­nicę.

Róża wy­po­sa­żona zo­stała w nową na­dzieję. Ewka ni­gdy nie rzu­cała słów na wiatr, więc za­ufała jej i trzy­mała się tego przez cały okres po­bytu przy­ja­ciółki w sa­na­to­rium.

Ewka na­to­miast pod­czas po­dróży i dwu­ty­go­dnio­wego po­bytu na tur­nu­sie re­ha­bi­li­ta­cyj­nym swo­jej córki za­cho­dziła w głowę, skąd wziąć pie­nią­dze na in vi­tro Róży. Ża­den mą­dry po­mysł nie przy­cho­dził jej do głowy, co fru­stro­wało ją każ­dego dnia co­raz bar­dziej. Za­mie­rzała wró­cić z go­tową re­ceptą na suk­ces, ale za­czy­nała wąt­pić, czy nie obie­cała swo­jej przy­ja­ciółce zbyt wiele.

Roz­dział 6

W piąt­kowe wie­czory Mirka rzadko by­wała w domu, ale tym ra­zem zo­stała z sy­nem, po­nie­waż Ma­ciej za­po­wie­dział, że z po­wodu kwar­tal­nej na­rady za­rządu wróci późno. Ma­ciej zaj­mo­wał sta­no­wi­sko za­stępcy kie­row­nika mar­ke­tingu w du­żej fir­mie pro­du­ku­ją­cej wy­roby cze­ko­la­dowe. Od kil­ku­na­stu mie­sięcy li­czył na awans. Jego szef miał wkrótce przejść na eme­ry­turę, a on jako za­stępca w na­tu­ralny spo­sób spo­dzie­wał się za­jąć jego miej­sce. Wy­cho­dząc rano do pracy, był prze­ko­nany, że to dziś wła­śnie jest ten wielki dzień.

- Ko­cha­nie... - szep­nął do żony przed wyj­ściem. - My­ślę, że nie za­pe­szymy, wsta­wia­jąc szam­pana do lo­dówki.

- Zro­bię to z roz­ko­szą. - Mirka z kub­kiem kawy w ręku i w szla­froku w ró­żowe mo­tylki wy­glą­dała tego ranka bar­dzo słodko. Bez ma­ki­jażu miała dzie­cięcą urodę, mały no­sek, małe usta, małą brodę. Po­de­szła do Maćka i wspi­na­jąc się na palce, po­ca­ło­wała go, że aż na ustach po­czuł smak kawy.

- Szkoda, że mu­szę iść, chęt­nie bym zo­stał i od­wi­nął cię z tego szla­froczka... - Jego dłoń zsu­nęła się po ciele żony i za­trzy­mała na po­śladku. Uszczyp­nął ją lekko.

- Ktoś musi na nas pra­co­wać, więc idź już. Ale jak wró­cisz, to po­zwolę ci upić mnie szam­pa­nem, wiesz, co się wtedy ze mną dzieje w sy­pialni...

Obiet­nica za­warta w jej gło­sie przy­pra­wiła go o dreszcz. Uwiel­biał ją w sta­nie lek­kiego al­ko­ho­lo­wego za­mro­cze­nia, miała wtedy nie­spo­żyty tem­pe­ra­ment, przej­mo­wała ini­cja­tywę i po­zwa­lała mu w łóżku na wszystko. Go­dziła się na­wet na to, czego za­zwy­czaj od­ma­wiała, a więc na wy­ko­rzy­sta­nie za­ba­wek z sex-shopu. Była dzika, gło­śna i nie­okieł­znana. Dla niego al­ko­hol był afro­dy­zja­kiem, po­lep­sza­czem ich in­tym­nego ży­cia, dla niej był ele­men­tem nie­zbęd­nym. Bez kilku kie­lisz­ków wina nie umiała cie­szyć się z jego piesz­czot, każde zbli­że­nie skra­cała do mi­ni­mum. Gdyby nie pro­mile we krwi, jego do­tyk mógłby oka­zać się trudny do znie­sie­nia, dawno już prze­stała od­czu­wać pod­nie­ce­nie w sy­pialni. Od lat uda­wała or­gazm, my­śląc pod­czas gry wstęp­nej: "Do brzegu, Ma­ciuś, do brzegu".

Tego ranka Ma­ciej wy­szedł do pracy po­dwój­nie szczę­śliwy - raz, że pe­wien był awansu, a po dru­gie - miał obie­caną upojną noc ze swoją uro­czą żo­neczką.

Po osiem­na­stej, gdy na­dal nie było go w domu, Mirka i Ra­fa­łek roz­sie­dli się na ka­na­pie przed te­le­wi­zo­rem.

- Co bę­dziemy oglą­dać, mamo?

- Włącz, co chcesz, naj­le­piej coś we­so­łego.

- Za­raz będą Przy­ja­ciele, lu­bisz ich, prawda?

- Bar­dzo ich lu­bię, ko­cha­nie. Weź pi­lota i chodź do mnie! - Roz­ło­żyła ręce na boki, przyj­mu­jąc kształt la­tawca, a chło­piec zwin­nym ru­chem wsko­czył na ka­napę, wtu­la­jąc się w matkę. Ob­jęła go cia­snym uści­skiem i po­ca­ło­wała w czu­bek głowy.

- Bar­dzo cię ko­cham, wiesz o tym?

- Wiem, ma­muś, ja cie­bie też ko­cham.

- A jak mocno?

- Jak stąd do czar­nej dziury i z po­wro­tem. - To było jego ulu­bione po­wie­dzonko, któ­rego uży­wał od lat, ale nikt nie wie­dział, skąd je zna. Mirka uwiel­biała, gdy tak do niej mó­wił.

Mimo że chło­piec miał już sześć lat, dla niej wciąż był ma­łym syn­kiem. Cza­sami, gdy już spał, sia­dała na brzegu jego łóżka i przy­glą­dała mu się z uczu­ciem nie­wy­sło­wio­nego szczę­ścia w sercu. Wtedy naj­in­ten­syw­niej czuła coś do­cie­ra­ją­cego do rdze­nia jej mat­czy­nej mi­ło­ści.

- Ma­muś, dla­czego taty nie ma jesz­cze w domu? - W prze­rwie na re­klamę po­bie­gli do kuchni przy­go­to­wać so­bie prze­ką­ski.

- Bo ta­tuś ma dziś w pracy bar­dzo ważny dzień i to wła­śnie tak długo trwa.

- Wiesz, ma­muś, ja się cie­szę, że ty nie pra­cu­jesz, ale ja nie wiem, dla­czego? - Mirka po­kro­iła ogó­rek, a chło­piec ukła­dał go na ka­nap­kach, skru­pu­lat­nie li­cząc pla­sterki, aby na każ­dej była równa ilość.

- Nie pra­cuję, bo chcia­łam spę­dzać czas z tobą w domu. Boję się, że do­ro­śniesz zbyt szybko i nie zdążę się tobą na­cie­szyć - uśmiech­nęła się. - Ale ty i tak do­ro­słeś zbyt szybko. Już je­steś w ze­rówce, a jak pój­dziesz do pierw­szej klasy, być może znajdę so­bie ja­kąś pracę.

- I bę­dziesz bar­dzo zmę­czona, tak jak tata?

- Nie, kotku. Ma­mu­sia znaj­dzie so­bie taką pracę, żeby się za bar­dzo nie mę­czyć.

- Co mam zro­bić z pla­ster­kiem ogórka, który nie pa­suje do żad­nej ka­na­pki? - Chło­piec nie­spo­dzie­wa­nie zmie­nił te­mat. Mirka, ro­biąc bar­dzo po­ważną minę, spoj­rzała naj­pierw na ka­na­pki, po­tem na pla­ste­rek, który Ra­fał trzy­mał w pal­cach. Rap­tow­nym ru­chem rzu­ciła się ku niemu, chwy­ciła ogórka zę­bami, po­gry­zła i po­łknęła.

- Z ja­kim pla­ster­kiem? - za­py­tała, wra­ca­jąc do swo­jej za­baw­nej miny. Ra­fał ro­ze­śmiał się cie­niut­kim gło­si­kiem i w pod­sko­kach wró­cił z mamą na ka­napę, gdzie spę­dzili resztę wie­czoru.

O dwu­dzie­stej trze­ciej Ma­cieja na­dal nie było w domu. Mirka za­czy­nała się mar­twić, zwłasz­cza, że nie dzwo­nił i nie od­bie­rał po­łą­czeń. Ni­gdy wcze­śniej nic po­dob­nego mu się nie przy­da­rzyło. Ubrana w swoją naj­bar­dziej sek­sowną, czer­woną ha­leczkę i ko­ron­kowe poń­czo­chy cze­kała w łóżku, aby wspól­nie uczcić jego awans. Znu­dzona, przy­snęła. Za oknem za­czy­nało świ­tać, gdy prze­bu­dziła się z wy­zię­bie­nia. Miej­sce obok niej wciąż było pu­ste. Prze­stra­szona, po­now­nie wy­brała nu­mer Ma­cieja, ale sły­sząc dźwięk jego te­le­fonu do­cho­dzący z dru­giego po­koju, uspo­ko­iła się. To ozna­czało, że był już w domu. Drżąc z zimna, cia­sno owi­nęła się szla­fro­kiem i go­towa zro­bić mę­żowi kar­ko­łomną awan­turę, dziar­sko we­szła do sa­lonu. Ma­ciek sie­dział na so­fie w sła­bym świe­tle ma­łej lampki, któ­rej ni­gdy nie ga­sili.

- Gdzieś ty był, cze­ka­łam na cie­bie?! - za­py­tała ostrym szep­tem, ale nie do­cze­kała się od­po­wie­dzi. Wie­działa, że nie śpi, jego otwarte oczy lśniły w pół­mroku jak dwa księ­życe. Pod­cho­dząc bli­żej, wy­czuła silną woń al­ko­holu. - Pi­łeś. Miło z two­jej strony - za­drwiła. - My­śla­łam, że umó­wi­li­śmy się na wspólne świę­to­wa­nie two­jego suk­cesu. Wy­stro­iłam się dla cie­bie. - Sta­nęła tuż przed nim i za­ma­szy­stym ge­stem roz­ło­żyła na boki poły szla­froka. Z sa­tys­fak­cją za­de­mon­stro­wała mę­żowi, co tego wie­czora prze­szło mu koło nosa. - W kom­ple­cie były jesz­cze szpilki, wy­bacz, że zdję­łam - do­dała.

Ma­ciej mil­czał. Mu­siał wy­pić na­prawdę sporo, bo po­wie­trze w ca­łym sa­lo­nie prze­siąk­nięte było smro­dem wódki.

- Ma­ciek, do cho­lery, po­wiedz coś, może ja­kieś okle­pane: "Prze­pra­szam ko­cha­nie, wszystko ci wy­na­gro­dzę na za­ku­pach"? - Jego spo­kój draż­nił ją, na­to­miast jej zde­ner­wo­wa­nie wcale Maćka nie ob­cho­dziło. Sie­dział i śmier­dział, nic wię­cej. Roz­złosz­czona bra­kiem jego re­ak­cji na czer­woną halkę bar­dziej niż jego nie­obec­no­ścią w nocy, chwy­ciła go za ra­miona i lekko nim po­trzą­snęła. Do­piero wtedy prze­niósł wzrok na żonę i jakby wy­rwany z le­targu, za­py­tał:

- Mamy ja­kieś oszczęd­no­ści?

- A cie­bie, co na­szło, te­raz chcesz o tym roz­ma­wiać? Te­raz to wo­la­ła­bym, abyś się wy­tłu­ma­czył. - Usia­dła na­prze­ciwko niego i cze­kała na re­la­cję z prze­biegu nocy.

- Chyba jed­nak nie mamy - Ma­ciek upar­cie kon­ty­nu­ował wą­tek oszczęd­no­ści, zu­peł­nie igno­ru­jąc żonę. - Oj, to źle, to bar­dzo źle - mar­twił się gło­śno.

Wtedy Mirkę ogar­nęła na­gła pa­nika. "Może on stra­cił wzrok albo słuch, albo ro­zum?" - za­sta­na­wiała się.

- Ja­sne, że nie mamy. To, co było na kon­cie, wło­ży­li­śmy w re­mont kuchni. - Spraw­dzała, czy ją usły­szy.

- Kuch­nia... - Usły­szał, więc Mirka ode­tchnęła z ulgą. Słuch miał w po­rządku. - Tak, mamy piękną kuch­nię, bar­dzo drogą... Chyba jed­nak za drogą jak dla ro­dziny, w któ­rej nikt nie pra­cuje.

"Więc jed­nak cho­dzi o ro­zum"- wy­de­du­ko­wała, ale dla pew­no­ści do­dała:

- Jak to nikt, ty pra­cu­jesz, już za­po­mnia­łeś? Dziś do­sta­łeś awans... To zna­czy chyba... ale to nie­ważne... - Ję­zyk za­czął się jej plą­tać, gdyż ja­kiś nie­okre­ślony lęk prze­ni­kał przez jej skórę. Wstała i wol­niutko po­de­szła do Ma­cieja. Opie­ra­jąc się na jego ra­mie­niu, usia­dła przy nim. - Mam na­dzieję, że tylko się na­ćpa­łeś i coś bre­dzisz...

- Zro­bili fu­zję. W mo­jej fir­mie, bez po­ro­zu­mie­nia, bez zgody...

- Co ci zro­bili? Mówże po ludzku, do cho­lery.

- Fu­zję, po­łą­czyli na­szą firmę z inną. Zwol­nili wszyst­kich za­stęp­ców, wy­mie­nia­jąc ich na lu­dzi z tam­tej spółki.

- Nie wie­rzę... - Serce Mirki przy­śpie­szało swój bieg po każ­dym ko­lej­nym sło­wie męża. - To nie mo­gło nas spo­tkać...

- To jesz­cze nie wszystko... - Wra­żeń przy­by­wało, a ton głosu Ma­cieja wcale się nie zmie­niał. - Tyle to może mógł­bym znieść. Ale jak mi po­wie­dzieli, że mój szef jed­nak od­cho­dzi na eme­ry­turę, lecz sta­no­wi­sko po nim zaj­mie jego wnuk, gów­niarz le­dwo po szkole, nie wy­trzy­ma­łem...

- Nie wy­trzy­ma­łeś... - Mirka wie­działa, że nic do­brego już nie usły­szy. - Co to zna­czy?

- Da­łem sta­remu w pysk. Strasz­nie by­łem zły. Ty też bę­dziesz zła, bo za­chla­pał mi krwią mój naj­lep­szy gar­ni­tur.

- Krwią? Chyba za­raz się roz­pła­czę.

- No krwią, przez te głu­pie szklane drzwi, przez które prze­le­ciał - wy­ja­śnił z dzie­cięcą pro­stotą. Emo­cje żony wcale mu się nie udzie­lały, jej pod­nie­siony ton prze­szka­dzał mu je­dy­nie w za­śnię­ciu.

- Boże, chyba go nie za­bi­łeś?

- Chyba nie - Ma­ciej beł­ko­tał co­raz moc­niej. - Wtedy ra­czej nie wy­krzy­ki­wałby za mną, że spo­tkamy się w są­dzie.

- Kurwa, kurwa! - Mirka rzadko uży­wała prze­kleństw, trzy­mała je na spe­cjalne oka­zje. W tam­tej chwili jed­nak bar­dzo ża­ło­wała, że znała ich tak mało.