Za kurtyną: Perygeum - Laura Savaes

Reflow text when sidebars are open.
Zdezorientowana Lena stała na podjeździe willi DeCrazów pomiędzy trzema mężczyznami - bratem, narzeczonym i pierwszą miłością. Dominik, Cedrik i Eavan wpatrywali się w nią intensywnie, oczekując wyjaśnień czy choćby komentarza na temat tego, co właśnie się wydarzyło. Na domiar złego przed chwilą zaczęła się wojna. W tej chwili omdlenie wydawało się jej najatrakcyjniejszym wyjściem z sytuacji. Ale nie umiała mdleć na zawołanie jak egzaltowane damy w filmach. Bała się też, że gdy się ocknie, okaże się, że Dominik wcale nie pojawił się w Ardiven i że dalej pozostaje w świecie, z którego oboje pochodzą. Że jego obecność tutaj jest tylko wytworem jej nadwyrężonej wyobraźni. Umysłu zbytnio obciążonego faktem, że w wyniku jakiegoś niewyjaśnionego zbiegu okoliczności przeniosła się do innej rzeczywistości. Nie do przeszłości, ale do równolegle istniejącego świata, w którym setki lat temu pewne wydarzenia potoczyły się zupełnie inaczej. Najprawdopodobniej na skutek efektu motyla - losowego impulsu niezgodnego z uniwersalnym kontinuum czasowym. W Ardiven nie ma prądu, ludzie wierzą w troje bogów, a świat, mimo że wygląda prawie jak "jej" własny kilkaset lat temu, posiada zupełnie inne nazwy geograficzne, odmienne prawa, obyczaje i kulturę, a w dodatku panuje tu monarchia absolutna. Ale raczej już niedługo, jako że właśnie ogłoszono obalenie dynastii królewskiej i początek wojny. Wojny nieświadomie zapoczątkowanej przez Lenę.
Wszystko zaczęło się od weekendowej wycieczki wspinaczkowej. Lena wraz ze znajomymi i bratem weszła do znanej turystom jaskini na Szlaku Orlich Gniazd i wyszła już w innym wymiarze czasoprzestrzennym. Zupełnie nie rozumiejąc swojego położenia, tułała się po bezdrożach do późnej nocy i ledwo uszła z życiem po ataku wilka. To właśnie tej pierwszej nocy w Ardiven Val Eavan Vallmore - lokalny lord - znalazł ją przerażoną i ranną na drzewie pośrodku pustkowia. Uratował jej życie, zapewnił opiekę, dach nad głową i z czasem coraz bardziej interesował się rudą dziewczyną, z wzajemnością. Jako jedyny też znał prawdę i wiedział, skąd Lena pochodzi. Ten wspólnie strzeżony sekret sprawił, że więź między Leną a Eavanem się zacieśniła. Jednak kiedy jej uczucia do niego stały się już całkiem jasne, okazało się, że małomówny i zdystansowany Eavan skrywał też własną tajemnicę. Od lat namaszczany był na przyszłego małżonka dla córki zmarłego króla Ardiven. Zataił też to, że jako jedyny z pretendentów do tronu miałby realną szansę na pogodzenie dwóch skrajnie skłóconych partii politycznych w królestwie stojącym u progu wojny. Kiedy prawda wyszła na jaw, zraniona Lena postanowiła jak najszybciej uciec z jego domu w Vallmore.
Los chciał, że na jej drodze stanął Cedrik DeCraz. Znienawidzony kuzyn Eavana zupełnie nieświadomie przekazał Lenie strzępki informacji, które mogłyby pomóc jej wrócić do domu. Ojcowie Cedrika i Eavana byli kiedyś sojusznikami i przyjaciółmi, lecz Volan DeCraz nie dość, że zdradził swoją żonę, siostrę Ravenora Vallmore'a, to zaczął też wyznawać politykę skrajnie odmienną od poglądów swojego przyjaciela. Z wielkich przyjaciół stali się więc nie tylko największymi wrogami, lecz także liderami opozycyjnych partii - figurystów i lojalistów - które skakały sobie do gardeł i tylko czekały, aż tej drugiej powinie się noga, aby móc legalnie wypowiedzieć wojnę i zawalczyć o niepodzielną władzę w państwie. Ślub wysoko postawionego Vala z królewną Nedalią, jedyną żyjącą dziedziczką królewskiego rodu Dromirian, zdaniem lojalistów miał być ostatnią szansą na utrzymanie panującego w królestwie ładu i zachowanie tradycyjnej monarchii. Oraz ostateczną możliwością uniknięcia wojny domowej.
Wszystko wskazywało na to, że tak właśnie się stanie, ponieważ Eavan postanowił wypełnić swój honorowy obowiązek. Po wielu wspólnie spędzonych z Leną dniach oświadczył jej, że ma zamiar spełnić polityczny kontrakt i zostać królem poprzez małżeństwo. Lena ze złamanym sercem postanowiła więc jak najszybciej zejść mu z drogi i przyjąć pomoc Cedrika. Kuzyna, który miał być niebezpiecznym draniem, a okazał się równie niepoprawny i bezczelny, co fascynujący i ciekawy. Z początku ostrożna i nieufna wobec nieznajomego, z czasem zaczęła się do niego zbliżać, zupełnie nie przewidując tego, co ich połączy.
Eavan zaś zaczął kwestionować decyzję, którą podjął. Gdy dowiedział się, gdzie Lena przebywa i - co gorsza - z kim, dwukrotnie próbował odwieść ją od Cedrika, sugerując rezygnację ze swoich zobowiązań. Ale Lena mu nie wierzyła. Szczerze nie sądziła, że przy jego całej praworządności i honorowym poczuciu obowiązku wobec królestwa stać by go było na tak radykalny krok jak odstąpienie od korony. Kiedy więc pogodziła się już z faktem, że droga do jej własnego świata nie istnieje, i z myślą, że zostanie na stałe w Ardiven z Cedrikiem, Eavan wycofał się z zaręczyn. W królestwie ogłoszono stan wojny, a on sam pojawił się nagle przed domem swojego kuzyna.
Panowie wyzywali się, przepychali, wyrzucali z siebie coraz poważniejsze groźby, a pośrodku stała ona. Zdezorientowana, zagubiona, nieumiejąca jakkolwiek zahamować rozwoju wydarzeń. Wtedy nagle wszyscy troje usłyszeli śmiech. Śmiech, który wprawił Lenę w osłupienie. W pierwszej chwili pomyślała, że traci rozum. Przyszło jej na myśl, że przeniesienie się do innego wymiaru nie tylko zawrotnie przyspieszyło możliwości regeneracji jej tkanek, lecz także doprowadziło w końcu do klinicznego obłędu. Ale potem usłyszała jego głos, odwróciła się i zobaczyła go na własne oczy. Nie wydawało jej się. To był on, Dominik. Jej brat z krwi i kości. Nie rozumiała, jakim cudem stoi przed nią tu, w innym wymiarze czasoprzestrzennym, w stolicy Ardiven. Dotknęła go ostrożnie drżącymi dłońmi. Obejrzała dokładnie. Ale dalej nie wierzyła własnym zmysłom.
- To... naprawdę ja - wyszeptał nierównym głosem.
W tej chwili wszystko zeszło na drugi plan. Cedrik, Eavan i ludzie wrzeszczący o wojnie, którzy biegali w amoku przed bramą wjazdową do willi. Ponownie dotknęła piegowatych policzków Dominika, znowu przyjrzała się jego jasnym, wąskim ustom i rudym, przydługim włosom, by jeszcze raz upewnić się, że jest prawdziwy. Na jej twarzy pojawiło się wzruszenie.
- Ej, siora, nie płacz już. - Przytulił ją kolejny raz. - Przecież cię znalazłem. - Odetchnął tak ciężko, jakby pierwszy raz od bardzo dawna mógł zrzucić ze swoich barków balast.
- Jak?! - krzyknęła. - Dominik, jakim cudem mnie znalazłeś?!
Z jej oczu popłynęły skąpe łzy. Przecież nie może tu być, bo to jest nierealne.
- Wszystko ci opowiem, ale nie denerwuj się już... - Przytulił ją do siebie jeszcze mocniej. - Teraz już wszystko będzie dobrze.
Ani Eavan, ani Cedrik nie przerywali tego momentu. Lena nie miała pewności, czy nie odzywają się dlatego, że sami są w szoku, czy dlatego, że Dominik wciął im się w bardzo napiętą dyskusję, która powoli zamieniała się w bójkę. Chyba nikt z obecnych nie potrafił wybrnąć z tej sytuacji. Lena robiła więc to, co wychodziło jej najlepiej przez całe życie. Szukała oparcia u starszego brata. Stali tak w ciszy kilka długich minut, aż usłyszeli zajadły głos Cedrika.
- Wynoś się z mojego dziedzińca - fuknął do Eavana tak agresywnie, że na czoło opadł mu ciemny kosmyk. Stał z założonymi rękami, wściekle sapał, a w jego źrenicach błysnął ogień.
- Milcz. Ty nawet nie rozumiesz, co tu się dzieje - odpowiedział mu Eavan tak samo wrogo, nie ruszając się z miejsca. Wydawał się spokojniejszy niż jego kuzyn, ale jego błękitne oczy zdradzały wewnętrzny chaos.
W tym samym momencie za plecami Dominika rozbrzmiał stukot kopyt koni wjeżdżających na okrągły żwirowy placyk przed willą. Lena odwróciła się, tym samym wydostając z objęć brata, i zobaczyła grupę żołnierzy w czarnych, zdobionych nitami pancerzach i czerwonych chustach na szyjach. Czarną Eskortę. Elitarną straż królewską. Wjechali galopem i zanim pierwszy koń zdążył się całkowicie zatrzymać, stopy nieoficjalnego dowodzącego już dotykały ziemi. Kazemyr DeCraz z zacięciem ruszył w stronę Cedrika, a jego ciemne włosy spoczywające na ramionach podskakiwały w rytm energicznych kroków. Wyraz jego twarzy był jak zawsze posępny i wrogi.
- Cedrik, wojna... - zaczął zasapany.
- Tak, wiem już - przerwał mu jego brat i machnął ręką, dalej łypiąc na swojego blond kuzyna.
- Co on tu robi?! - syknął wściekle Kaz, zauważając Eavana. Napiął się jak zwierzę szykujące się do skoku na swoją ofiarę.
- Sam chciałbym wiedzieć! - prychnął Cedrik, odgarniając ciemny kosmyk z czoła. - Zabierz go stąd i zamknij. Kilka minut temu oficjalnie stał się wrogiem królestwa - dodał z wyraźnym niesmakiem.
- Nawet jeszcze nie wiesz, kto komu wypowiedział wojnę! - zawył Eavan. - Nie macie prawa mnie dotknąć - zaśmiał się szyderczo.
Tak cyniczne zachowania miał zarezerwowane tylko dla swojego znienawidzonego kuzyna.
- Chcesz się przekonać?! - Cedrik podskoczył do niego i spojrzał mu z wściekłością w twarz. Eavan patrzył na niego takim samym wzrokiem, zaciskając pięści i zęby. Oboje ciężko oddychali, a od ponownego użycia siły dzieliły ich już tylko sekundy.
- Jesteś taki mocny tylko ze swoimi rycerzykami na zawołanie, co? - Eavan splunął pod stopy Cedrika, który w ciągu sekundy przeszedł od złości do histerycznej nienawiści.
- I kto to mówi? Nie ty jeden masz prywatną armię na zawołanie, śmieciu - wycedził Cedrik.
- Dobra, koniec! - krzyknął Kaz. - Vallmore, zabieramy cię. Jesteś aresztowany. Posiedzisz trochę w wieży Sevantery, to może ochłoniesz. - Wepchnął się między nich w ostatniej chwili, a kilku jego ludzi zsiadło z koni i skierowało się w stronę Eavana.
- Popieprzyło cię, młody? Jesteś funkcjonariuszem armii królewskiej, a to prywatna sprawa! W tej chwili nie masz żadnych podstaw, żeby choćby zabrać mnie na przesłuchanie! - oburzył się Eavan.
- Jestem też przybocznym mojego brata, niedoszły królu, a to jest wtargnięcie na strzeżony teren należący do naczelnego dowódcy armii Ardiven. Nie masz prawa tu być - wycedził Kaz.
- Chciałeś chyba powiedzieć: teren należący "do gniazda rewolucjonisty".
- Daruj sobie, Vallmore, jedziesz do Sevantery. - Kaz chwycił Eavana za ramię, ale on natychmiast wyszarpnął się z jego uścisku.
- Zamkniesz lojalistę w Sevanterze? W siedzibie jednostki mającej chronić monarchię, a nie jej zagrażać? Wy, figuryści, już naprawdę postradaliście rozumy! - ryknął na niego Eavan.
Kaz nie odpowiedział, a jedynie machnął do swoich podwładnych. Dominik i Lena stali w bezruchu, obserwując, jak kilku Czarnych rusza w stronę Eavana. Jej brat nic z tego nie rozumiał, ale i dla niej wszystko działo się zbyt szybko. Wiedziała jednak, że musi natychmiast coś zrobić. Wziąć to na swoje barki i zakończyć ten konflikt między kuzynami, którzy zachowywali się jak chłopaczki z podstawówki.
- Nie! - Wyrwało się jej.
Stanęła ludziom Kaza na drodze, a oni zatrzymali się, nie wiedząc, czy mają posłuchać drobnej, rudowłosej dziewczyny, czy powinni ją zignorować i wykonywać rozkazy dowódcy.
- Dosyć tego! - krzyknęła, odwracając się w stronę Eavana, Cedrika i Kaza. - Zaczęła się wojna! Tym powinniście się zająć!
Na jej twarzy pojawił się cień rozpaczy. To Lena do tego doprowadziła. To były skutki jej działań, jej zagubienia i braku stanowczości. Wzięła głęboki wdech i podeszła bliżej do Eavana i Cedrika.
- Nie zniosę dłużej waszego skakania sobie do gardeł. Jeśli któryś z was jeszcze raz kiedykolwiek zrobi coś drugiemu, nigdy więcej mnie nie zobaczycie - syczała do nich drżącym szeptem, lustrując naprzemiennie obie twarze. Dobrze wiedzieli, że mówi o ich krwawej bójce, do której żaden nie chciał się wcześniej przyznać. - Nieważne, który z was będzie winny. Po prostu zniknę, obiecuję wam to. - Zacisnęła pełne usta do bólu. - Wiem, że macie za sobą lata nieporozumień i niezgody, których skali pewnie nigdy nie pojmę, ale błagam... Dziś, tu i teraz, dajcie sobie wzajemnie spokój. To jedyne, o co was, do cholery, proszę.
Cedrik głośno wypuścił powietrze nosem i odwrócił się, krzyżując ręce na piersi. Nie zaprotestował, mimo że z napięcia ledwo stał. Lena wiedziała, że nie rzucił się na Eavana tylko dlatego, że nie chciał robić tego przy niej. Eavan za to wpatrywał się jej głęboko w oczy, jakby niemo pytał ją, co właściwie wyprawia i dlaczego właśnie nie chwyta go za rękę, aby wyjść z nim z posiadłości jego kuzyna. W jego spojrzeniu były ból, pretensje i niezrozumienie.
- A teraz rozejdźmy się dla dobra nas wszystkich - dokończyła półszeptem Lena.
Dla każdego z nich ten wieczór okazał się koszmarnie trudny, ale ona dodatkowo miała za plecami swojego brata. W tej chwili to Dominik był najważniejszy. To, co przeszedł, i jak się tu dostał. Odwróciła się, łapiąc go szybko za rękę i pociągnęła bez słowa w stronę domu, zostawiając za sobą chaos na podjeździe.
- O w mordę... - Dominik rozdziawił usta, wchodząc do holu willi DeCrazów. - Co to w ogóle było, Lena? - Zatrzymał się zaraz za drzwiami i wskazał ręką na podjazd, oniemiały. - Możesz mi wytłumaczyć, co ja właśnie widziałem? Kim są ci ludzie? O co chodzi z wojną?
- Dominik, błagam, powoli... - Przetarła twarz dłońmi, jakby starała się obudzić z najgorszego koszmaru. - Jakim cudem się tu znalazłeś?
- To może poczekać! Chcę wiedzieć, o co tu chodzi. W co ty się wpakowałaś? - Zmarszczył piegowate czoło i ostrożnie położył spory skórzany plecak na czarno-białej posadzce.
- Dominik, to bardzo długa historia.
- Spodziewam się! Trochę cię nie widziałem! - prychnął. - Czego oni od ciebie chcą?
- Oni są niegroźni. - Machnęła dłonią, nieudolnie kłamiąc, że nic wielkiego się nie stało. - Tylko w swoim towarzystwie stają się nagle dzieciakami bez hamulców i skaczą sobie do gardeł...
- O ciebie - stwierdził Dominik.
- O wszystko... - mruknęła.
- Nie no, nie mam pytań. - Rozłożył ręce w geście dezaprobaty.
- Dominik, jak się tu znalazłeś? - Lena wypaliła niecierpliwie, nie mogąc już dłużej powstrzymywać emocji.
- Uch... - westchnął jękliwie. - Najpierw daj mi coś do jedzenia, bo nie miałem nic w ustach od wczoraj. Wyobraź sobie, że nie honorują tu kart kredytowych... - odpowiedział markotnie.
Mimowolnie się uśmiechnęła. Dopiero teraz zauważyła, że brat ma mocno podkrążone oczy i jest zmęczony. Nie zmienił się. Nie schudł ani nie przytył, był dalej cały w piegach, tylko jego zmierzwione włosy były dłuższe niż zwykle. Jego ubranie w wojskowych kolorach było zakurzone, brudne i niezmieniane od wielu dni. Pocieszało ją to, że nie założył koszulki z napisem "AC/DC" na wyprawę do innego wymiaru, bo za wydrukowany wizerunek zespołu na materiale zapewne chcieliby go powiesić, jak za czary.
Nastała chwilowa cisza, której Lena nie chciała przerywać. Patrzyła w milczeniu na starszego brata, który chyba dopiero teraz dostrzegł, gdzie się znalazł, i zdumiony rozglądał się badawczo po przestronnym, luksusowym holu willi Cedrika. Wysoka, dwukondygnacyjna przestrzeń wejściowa rezydencji, ze swoimi ozdobnymi sztukateriami, obrazami w złotych ramach i idealnie gładkim, białym marmurem na schodach, na Lenie zrobiła tak samo piorunujące wrażenie, kiedy zobaczyła ją po raz pierwszy po przybyciu do stolicy.
Milczenie rodzeństwa przerwał głos Elii, która bezszelestnie pojawiła się za nimi.
- Lena, co się tam dzieje, na zewnątrz? Mogę jakoś pomóc? - zapytała cienkim głosem drobna blondynka, podchodząc bliżej.
- Elia, chyba zaczęła się wojna - odparła gorzko Lena, spoglądając na nią z poczuciem winy wypisanym na twarzy, choć pokojówka przecież nie mogła wiedzieć, że Lena ma w tym obrocie spraw swój udział.
- Cześć! Jestem Dominik! - Jej brat wyszczerzył się do kobiety i ruszył w jej stronę, aby podać jej rękę. Elia zmarszczyła brwi, zdziwiona tym niecodziennym zachowaniem, i podała mu niepewnie drobną dłoń.
- Potrzebuje pan świeżych ubrań - powiedziała cicho, dalej podejrzliwie mu się przyglądając.
- Elia, to nie żaden pan, tylko mój brat. - Lena uśmiechnęła się do niej ledwie dostrzegalnie. - Potrzebuje też kąpieli, czegoś do jedzenia i...
Nie dokończyła, bo do holu jak burza wparował wściekły Cedrik. Zatrzymał się gwałtownie na środku, z zaciętą miną łypiąc na Lenę, a czarne, dwuskrzydłowe drzwi za jego plecami trzasnęły głośno. Zaciskał mocno usta, jakby ledwo powstrzymywał się przed wyrzuceniem z siebie setki słów naraz. Ale nie wiedział nawet, od czego miałby zacząć. Złość z niego wręcz parowała. Po dłuższej chwili wewnętrznej walki oparł ręce na biodrach i przeniósł wzrok na Dominika, który z rozbrajającą szczerością uśmiechnął się do niego.
- Siema! - Pomachał mu, a oczy Elii stojącej obok zrobiły się wielkie jak spodki.
Zaczęła nerwowo przygładzać plisy swojej ciemnej spódnicy. Wyglądała, jakby marzyła o tym, żeby zniknąć. Cedrik rzucił Lenie ostrzegawcze spojrzenie, po czym szybkim krokiem podszedł do jej brata.
- Dominik Rajski. - Jako pierwszy przedstawił się Dominik. - Ale wolę Domin.
- Witamy w Ardiven... Domin. Jestem Cedrik, narzeczony twojej siostry. - Uścisnął dłoń Dominika, którego mina natychmiast zrzedła.
- S... słucham?! Narzeczony!? - odpowiedział, jakby zakrztusił się tym słowem.
- Tak, narzeczony - odparł pewnie Cedrik, zachowując kamienną twarz.
Wpatrywali się w siebie i po krótkiej chwili ciszy Dominik zaśmiał się cicho.
- A ten drugi to kto? - Dalej drwił.
- Tamten najwyraźniej też chciałby nim być - odparł gorzko Cedrik, ponownie rzucając Lenie ostre spojrzenie. Ona jednak odwróciła twarz. Nie miała siły na kolejną konfrontację tego wieczora. - Muszę iść. Zająć się tym syfem na zewnątrz. Poradzicie sobie sami? - spytał chłodno.
Nie czekając na ich odpowiedź, ruszył na piętro. Lena odprowadziła go wzrokiem do skraju korytarza, ale nie potrafiła ukryć grymasu bólu. Wiedziała, że on zaraz pojedzie gdzieś z Kazem, a kiedy wróci, czeka ją piekiełko, które sama sobie zgotowała.
Elia zaprowadziła Dominika do sypialni, gdzie się wykąpał i doprowadził do porządku. W tym czasie Lena zdążyła wyswobodzić się z sukni, gorsetu i pantofli, zamieniając je na swój ulubiony strój w tym świecie, czyli jedwabną koszulę nocną i wyszywane kimono. Zeszła do salonu, w którym świeży i zadowolony Dominik właśnie pochłaniał drugą porcję przyniesionej przez Elię kaczki z jabłkami. W pokoju panował półmrok, a jedyne źródło światła zapewniał wielki trzaskający kominek.
- Lena, ten dom to totalny wypas. Nawet mama nie serwowała mi obiadu w środku nocy. Daję pięć gwiazdek. - Uniósł brwi w uznaniu, lekko kiwając głową. - Martwiłem się, że ledwo tu dychasz i że tułasz się nie wiadomo gdzie. A ty tak zgrabnie sobie poradziłaś.
- To nie było takie proste - westchnęła. - Dominik, powiedz mi w końcu, jak się tu znalazłeś. Chodziłeś po jaskini w tę i we w tę? - zmieniła natychmiast temat.
- Na początku, przez kilka dni. - Odstawił talerz na stolik i odrobinę spoważniał. - Policja nie była w stanie nic ustalić. Przyjechał nawet nasz wujaszek Majkel. Była też dochodzeniówka z psami tropiącymi, ale one też nic nie czuły. Przeszukały całą okolicę, a potem wchodziły do połowy tunelu i zaczynały głupieć. Przed wyjściem nie było żadnych śladów. Majkel stwierdził, że choć to niemożliwe, to wygląda tak, jakbyś nigdy nie wyszła z jaskini. - Rozłożył się na oparciu pikowanej, kremowej kanapy i przeciągnął.
Wujek Majkel, nazywany czasem Prorokiem ze względu na swoje stanowisko prokuratora, był bardzo szanowaną postacią, ale jego zawód go wykańczał. Choć chciał, to nigdy nie założył własnej rodziny i nie miał dzieci. Z każdą partnerką rozstawał się po najdalej dwóch latach, bo nie wytrzymywała presji jego pracy i demonów, które przynosił ze sobą do domu. Pragnął pomagać społeczeństwu, ale konsekwencje tej pomocy przerastały nawet jego. Był umęczony, miewał częste stany depresyjne i więcej milczał, niż mówił. Kiedy Lena i Dominik byli mali i nie rozumieli jeszcze jego pracy, panicznie się go bali. Im byli starsi, tym mniej czasu z nim spędzali, jednak w dalszym ciągu był obecny na obrzeżach ich życia.
- Bo to przecież... jest niemożliwe - rzuciła gorzko Lena, siadając obok niego.
- Niemożliwe nie istnieje - uśmiechnął się pewnie. - Więc kiedy wszyscy powtarzali mi, że nie wyszłaś z tej jaskini, postanowiłem to zaakceptować i zacząłem szukać innego rozwiązania.
- I powiesz mi, że... wpadłeś na to, że przeniosłam się do innego wymiaru? Serio, Domin? - Lena prychnęła ironicznie.
- Nie. Nie miałem pojęcia, czego szukam - odparł poważnie Dominik. - Wiedziałem, że cokolwiek się z tobą stało, wykracza to poza standardowe myślenie policji i możliwości psów tropiących. Majkel dotarł do ściany, ale zupełnie omyłkowo wskazał mi inną drogę. - Spojrzał Lenie głęboko w oczy. - Wykopał raporty o innych zaginięciach w okolicy. Pamiętasz, jak przewodnik w jaskini o tym mówił? Że zniknęło tam dziewiętnaście osób?
- Tak, pamiętam. I wiem, że przynajmniej część z nich trafiła tutaj. Kiedy już do mnie dotarło, gdzie jestem i co się stało, starałam się znaleźć jakieś informacje o mojej sytuacji. Ten... blondyn, którego widziałeś na podjeździe, Eavan, zaprowadził mnie do mędrca. Starszego pana, który dużo wie i chyba... ma jakieś magiczne zdolności. Potwierdził, że byli u niego wcześniej ludzie tacy jak ja. "Zza Kurtyny". Tak nazwał tę jaskinię.
- A ja z pomocą Majkela znalazłem jednego z nich. - Dominik zacisnął mocno usta. - Tego, który wrócił.
- Ktoś... wrócił? - wyszeptała, nie dowierzając.
- O ile można to tak określić... - westchnął głęboko. - Zaginął podczas wycieczki i odnalazł się po kilku miesiącach. W aktach, które wykopał Majkel, napisano, że kiedy go znaleźli, nie był w stanie racjonalnie wyjaśnić, gdzie był i co mu się stało. Podobno gadał od rzeczy i ciągle powtarzał to samo. Dochodzenie zamknięto, bo stwierdzono u niego poważne problemy psychiczne. - Dominik wzruszył ramionami. - Ale to był mój jedyny trop, więc zacząłem wydzwaniać do jego siostry.
- I co ci powiedziała? - Lena słuchała opowieści brata jak dobrego suspensu.
- Że nic, co wie, raczej mi nie pomoże, bo jej brat już wcześniej był bardzo wrażliwym człowiekiem o wątłej psychice, a od czasu zaginięcia dwukrotnie siedział w zakładzie zamkniętym. Ponoć powtarza w kółko, że "był tam, gdzie czas jest inny". Że "musiał poczekać, żeby wrócić". Lekarze uznali to za silne urojenia, no więc i policjanci też stwierdzili, że wszystko, co im mówił, to konfabulacje. Że przez cały tamten czas musiał po prostu tułać się po lesie, i że to doświadczenie go... przerosło. Ale te jego słowa, które ona zacytowała... o byciu tam, gdzie czas jest inny, dały mi jakiegoś dziwnego kopa do szukania dalej... - Dominik zamilkł na chwilę, jakby starał się znaleźć najlepszą formę wytłumaczenia Lenie swoich następnych kroków. Zmarszczył czoło i nachylił się ku niej. - On zaginął osiemnastego maja, a znaleźli go dwudziestego drugiego sierpnia. Faceta nie było przez trzy miesiące i nagle pojawił się przed jaskinią, bredząc o tym, że właśnie wrócił z "innego czasu".
Nie bredził. On naprawdę trafił do innego czasu. I przestrzeni.
- Daty mają coś wspólnego z przejściem międzywymiarowym, prawda? - Lena zapytała ostrożnie, przypominając sobie, jak rozmyślała nad potencjalnym wpływem ułożenia planet czy faz księżyca na Kurtynę.
- Dobrze kombinujesz, ale nie chodzi o same daty. - Spojrzał na nią z zacięciem i pomachał palcem wskazującym. - Zacząłem wyszukiwać artykuły o innych zaginionych z tego miejsca. Skonsultowałem to z Majkelem, ale jego zespół nie widział w ofiarach ani datach żadnego wzorca działań, na przykład... seryjnego mordercy. To było pocieszające.
- No więc jak wpadłeś na rozwiązanie? I jakie ono w ogóle jest? Domin, nie trzymaj mnie w niepewności. Ja o niczym innym nie myślę, odkąd się tu znalazłam! - Lena zapiszczała, łapiąc go za dłoń.
Ten mały gest przyniósł Lenie jakieś nagłe przekonanie, że wszystko będzie dobrze. Dominik chyba też to poczuł. Uśmiechnął się do niej rozczulająco, zaciskając palce na jej dłoni.
- Wpisałem wszystkie daty w Google. Razem - rzucił z szerokim uśmiechem.
- I co? Wyskoczyły ci jakieś pełnie albo... koniunkcje planet? - Lena wytrzeszczyła oczy.
- Nooo ładnie, widzę, że próbowałaś to rozkminić - zaśmiał się. - Blisko, ale nie do końca. Wiesz, co to są perygea i apogea? - zapytał.
- Nie. Zupełnie. - Pokręciła głową.
- Apogeum to stan położenia Księżyca w cyklu, kiedy znajduje się on najdalej od jądra Ziemi. A perygeum, gdy znajduje się najbliżej. - Zamilkł na chwilę, czekając, aż siostra przeprocesuje to, co jej powiedział. - Od dawna wiadomo, że podczas perygeów mają miejsce gwałtowne zmiany atmosferyczne, rośliny trochę szybciej rosną, a czasem zdarzają się nawet nieprzewidziane trzęsienia ziemi czy tsunami. Sporadycznie, kiedy na perygeum nałoży się pełnia, piszą o tym nawet w babskich magazynach, i w całych internetach. Nazywają to chwytliwie Superpełnią lub Różowym Księżycem i dorabiają do tego astrologiczne teorie. - Wbijał w nią wzrok, jakby liczył, że w jej głowie elementy te same zaczną układać się w całość. - Okazało się, że do wszystkich zaginięć kojarzonych z jaskinią doszło w dni apogeów i perygeów. Kiedy to odkryłem, już wiedziałem, że to nie może być przypadek. Że w te dni, w tej jaskini dzieje się coś... popieprzonego.
Czyli Kurtyną jednak kieruje Księżyc. Lena nie wiedziała, co powiedzieć. Ze wszystkich ludzi, którzy szukali jakiegokolwiek tropu osób znikających w jaskini, tylko jej brat wpadł na coś takiego. Tylko on był na tyle zdeterminowany, oderwany od rzeczywistości i piekielnie inteligentny, żeby szukać powodu zaginięcia siostry w położeniu Księżyca względem jądra Ziemi.
- Ale... dlaczego ta jaskinia tak działa? Dlaczego nigdzie indziej się tak nie dzieje, tylko akurat tam? - zapytała cicho Lena, jakby mówiła do samej siebie. Cała ta teoria jeszcze jej się w pełni nie kleiła.
- Musiałem polegać na czystej fizyce i założyć, że w jaskini dochodzi do jakiejś anomalii magnetycznej, co nie byłoby niezwykłe, bo na planecie znajdują się setki punktów, w których grawitacja i magnetyka są lekko zaburzone. W samej Polsce zidentyfikowano i opisano takich miejsc co najmniej dziewięć. Czarodziejska Górka koło Wałcza, Izerski punkt antygrawitacyjny... A apogea i perygea księżycowe wywołują dodatkowe wahania w polu magnetycznym Ziemi. Od jednego do nawet pięciu procent. To bardzo dużo, Lena - zaśmiał się. - Jeśli jakieś miejsce ma nadzwyczajnie zaburzoną własną magnetykę i dodamy do tego wahanie wywołane przez Księżyc, może się wydarzyć coś popapranego.
- Czyli co dokładnie? Co konkretnie?! - Lena ponaglała go.
- Według kilku teorii zmiana wywołująca nagłą, radykalną niestabilność w magnetyce jakiegoś obszaru może doprowadzić do ingerencji w spójność kwantową - westchnął głęboko. - Innymi słowy, zbyt gwałtownie zaburzone pole grawitacyjne zakrzywia czasoprzestrzeń. Naciąga na siebie dwa równoległe wymiary. - Wciągnął powietrze, jakby bał się, że Lenie zaraz wyparuje mózg. - To czysta fizyka, Lena. Wielu naukowców twierdzi, że takie fenomeny są możliwe, wzory to potwierdzają, ale nikt nigdy nie był w stanie tego celowo wywołać i udowodnić. Do teraz. - Wpatrywał się w nią z głębokim przejęciem, a po jej ciele przeszły ciarki.
Przecież wiedziała, co ją spotkało, od dawna miała tego pełną świadomość. Ale dopiero teraz on to nazwał, opisał i nadał temu wszystkiemu szerszy kontekst. Wagę i sens. Sprawił, że przestała czuć się jak wariatka, która snuje magiczne teorie, byleby jakkolwiek pojąć to, co jej się przytrafiło.
- Nie... nie wiem, czy dobrze to rozumiem...
- Kiedy położenie Księżyca wpłynie zbyt mocno na grawitację Ziemi, to miejsca, które są już lekko zaburzone same w sobie, zaczynają mieć takie jakby... "zwarcie". Powstają w nich luki. I na kilkadziesiąt sekund dwa wymiary nakładają się tam na siebie, jakby się zlewały. - Ścisnął ponownie jej dłoń. - Weszłaś do jaskiniowego korytarza w Polsce, konkretnego dnia cyklu: dwudziestego kwietnia, o bardzo dokładnej godzinie, minucie i sekundzie, trafiając idealnie na szczyt apogeum. Na kulminację anomalii magnetycznej, podczas której warstwy kwantowe dwóch różnych wymiarów się na siebie nałożyły. I wyszłaś już w innym świecie - dokończył, wzruszając ramionami, jakby mówił o zwykłej podróży samolotem. Jakby dla niego cały ten proces nie miał już w sobie żadnych tajemnic i stał się neutralnym faktem.
- A jak... ty się tu dostałeś? - Lena wydukała otępiała, wbijając w niego przejęty wzrok.
- Tak samo. Poczekałem na perygeum - odparł spokojnie. - Musiałem zaryzykować. Wiedziałem, że istnieje alternatywne wyjaśnienie wszystkich tych zaginięć. I cały czas czułem, że żyjesz. Byłem tego pewien, więc wierzyłem też w to, że uda mi się cię odnaleźć. Mimo że po jakimś czasie policja zaczęła gadać, że... że nie - dodał, uciekając wzrokiem w bok.
Lena wyczytała z jego twarzy, jak ciężkie chwile ma za sobą. Nie tylko on, lecz także cała jej rodzina, z mamą na czele. Zdawała sobie z tego sprawę już wcześniej. Cierpiała i tęskniła, biczowała się w myślach za to, że nie ma jak poinformować ich, że jest bezpieczna. Jednak zobaczyć to wszystko w oczach Dominika było czymś zupełnie innym. Rozdzierającym i bolesnym.
- A... mama? Ona... wie? - Lena zapytała niepewnie. Przecież nie mogła liczyć na to, że brat wytłumaczył rodzicom, że ich córka przeniosła się do innej czasoprzestrzeni.
- Powiedziałem jej, co odkryłem. Majkelowi też, ale on mi nie wierzy. - Wzruszył ramionami, a Lena wytrzeszczyła oczy. - Ale mama.... Mama była już w takim stanie, że gdybym powiedział jej, że poleciałaś w kosmos niesiona przez skrzydlate małpy, złapałaby się nawet tego. Nie wiem, do jakiego stopnia rzeczywiście wierzy, że to, co jej powiedziałem jest możliwe, ale na pewno chce, żeby to była prawda. Bo to jej daje jakąkolwiek nadzieję na to, że żyjesz. To ją chroni przed ostatecznym załamaniem.
Spojrzał na nią z tak przejmującym bólem w oczach, że zakłuło ją w brzuchu. W tej chwili poczuła się winna. Winna tego, że nieświadomie przysporzyła im wszystkim takiego cierpienia. To było irracjonalne, bo przecież nie miała żadnej możliwości choćby skontaktowania się ze swoim światem.
- Ona wie, gdzie teraz jesteś? - zapytała.
- Wie. Powiedziałem jej, co zamierzam zrobić i że jeśli nie odezwę się następnego dnia, to znaczy, że... że jestem tam, gdzie ty. Że gdziekolwiek cię poniosło, znajdę cię - powiedział jeszcze ciszej, spuszczając wzrok na swoje kolana. Oboje zdawali sobie sprawę z tego, że Julia Rajska straciła tymczasowo już nie jedno, a dwoje dzieci.
Dolna warga Leny zaczęła niekontrolowanie drżeć. Przez głowę przeleciały jej wszystkie wspomnienia ostatnich tygodni i to, co sobie wyobrażała, że przechodzi jej rodzina. Dalej nie wierzyła, że Dominik rozgryzł coś, czego nikt przed nim nie zdołał rozwiązać. Jej brat nie uwierzył w to, że jego siostra nie żyje, wymyślił niewiarygodną teorię i postanowił przetestować ją na sobie, wybierając się w odmęty innego wymiaru kwantowego. Tym samym najprawdopodobniej stał się pierwszą osobą na świecie, która potrafi zdefiniować, obliczyć i udowodnić fenomen podróży między wymiarami. Nic nie mówiąc, przytuliła go mocno. W ciszy chłonęła jego bezpieczną energię i spokój, który przyniósł jej po wielu tygodniach poczucia wyobcowania w Ardiven. Kiedy był obok, czuła, że jest w domu.
- A... jak znalazłeś mnie potem? Przecież Ardiven jest gigantyczne.
- To już było banalnie proste. Na kamieniu przed wyjściem z jaskini zobaczyłem leżący kombinezon, który dał ci przewodnik. Chyba dopiero wtedy naprawdę dotarło do mnie, co zrobiłem, że... nie zwariowałem - zaśmiał się cicho. - Zszedłem ścieżką w dół wzgórza i dotarłem do drogi, gdzie rano wpadłem na chłopa, który wiózł zboże. Powiedział mi, że najbliższe miasteczko to Vallmore, i podrzucił mnie tam. Na miejscu zacząłem wypytywać o rudą dziewczynę i mogę ci tylko powiedzieć, że na tajną agentkę się nie nadajesz - zarechotał. - Cała ta mieścina huczała na twój temat. Wszyscy wiedzieli, kim jesteś i o kogo pytam. Od razu wskazali mi dwór na wzgórzu. Poszedłem tam i przyprowadzono mi jakąś Peri? Chyba tak się nazywa. Nie musiałem jej nawet prosić, żeby zaczęła gadać. Szybko powiedziała mi, że spędziłaś u nich jakiś czas, a potem podobno uciekłaś w środku nocy i zamieszkałaś u jakiegoś DeCraza w Edenroc. Gościa, który jest kimś megaważnym.
Lena poczuła ulgę, że Eavan dowiedział się o miejscu jej pobytu w odpowiednim czasie i zdążył o tym napisać swoim ludziom w Vallmore. Gdyby Dominik dotarł tam dzień wcześniej, nikt nie powiedziałby mu, gdzie znajduje się jego siostra, bo Peri po prostu by o tym nie wiedziała.
- Powiesz mi, co nawywijałaś? - Przechylił głowę na bok i zamrugał do niej ostentacyjnie. - Dlaczego uciekłaś od tych ludzi, którzy z tego, co słyszałem, znaleźli cię na jakimś pustkowiu i zaopiekowali się tobą?
Lena odwróciła wzrok, nie mając pojęcia, jak wytłumaczyć mu wszystko, co zdarzyło się w ostatnim czasie. Na samą myśl o opowiadaniu własnej historii robiła się piekielnie zmęczona.
- Eh... Eavan... - Skinęła głową w stronę drzwi wejściowych. - To w jego domu byłeś w Vallmore.
- No proszę... - wymamrotał, podnosząc jedną brew. - Mów dalej.
- On mnie znalazł, mojej pierwszej nocy tutaj. Wracał wtedy z Edenroc i... zabrał mnie do swojego domu. - Starała się opowiadać jak najbardziej oględnie.
- To chyba nie wszystko. - Cmoknął do niej z lekką irytacją. Nie był naiwny, a na podjeździe widział wystarczająco dużo.
- Kiedy domyśliłam się, gdzie jestem i co mnie spotkało, powiedziałam mu prawdę o sobie. Na początku nie wierzył, ale udało mi się odpalić telefon i udowodnić mu, że pochodzę z innego świata.
- Hah! - Dominik parsknął śmiechem. - To musiało być dobre! Nie bał się ciebie? Nie wziął cię za dziecko szatana?
- Było trudno, ale jakoś to przełknął. Uprzedzałam go, że u nas wszystko wygląda zupełnie inaczej, więc chyba zdążył się przygotować. - Lena zaśmiała się cicho na wspomnienie Eavana, który ledwo dyszał, patrząc w telefon.
- Nooo i co było potem? - Brat dźgnął ją palcem w bok.
- No i... spędzaliśmy razem sporo czasu. On starał się mi pomóc i dowiedzieć się czegoś, co mogłoby umożliwić mi powrót. - Lena zawiesiła się, zerkając na Dominika, który nikczemnie się uśmiechał, nie dając za wygraną. - I zaiskrzyło. Poważnie.
Z jakiegoś powodu było jej strasznie głupio opowiadać bratu o swoich miłosnych perypetiach. Może dlatego, że pierwszy raz rozmowa dotyczyła jej, nie Dominika. Do tej pory zwykle gadali o jego dziewczynach, rozstaniach i powrotach.
- Wszystko fajnie, ale czemu w takim razie od niego uciekłaś? I jakim cudem zamieszkałaś u innego typa? - zaśmiał się Dominik.
- Bo zawadzałam tam. Okazało się, że Eavan nie powiedział mi o tym... że ma się zaręczyć z królewną i zostać kolejnym królem Ardiven. - Skrzywiła się, ponownie odwracając wzrok.
Usłyszała, jak Dominik prychnął, próbując stłumić śmiech. Najwidoczniej nie dowierzał temu, co słyszy.
- W tym królestwie od lat narasta konflikt między figurystami i lojalistami. Eavan jest lojalistą i chce zapewnić kontynuację monarchii i dynastii królewskiej. Figuryści, czyli na przykład Cedrik, chcą zakończenia monarchii - wyrzuciła z siebie Lena na jednym tchu. - Cedrik pojawił się w Vallmore, akurat kiedy cała ta sprawa z zaręczynami Eavana wyszła na jaw. W sumie to... dowiedziałam się właśnie od niego. Nigdzie bym z nim nie pojechała, gdyby nie to, że grałam na gitarze Nothing Else Matters, a on rozpoznał melodię i powiedział, że słyszał ją w Edenroc. Wiedziałam już od jakiegoś czasu, że jest tu też ktoś inny z naszego świata, i chciałam go znaleźć. Liczyłam na to, że wzajemnie sobie jakoś pomożemy i może wspólnie uda nam się znaleźć drogę do domu. - Lena westchnęła z irytacją. Miała wrażenie, że opowiada bratu fabułę Mody na sukces albo jakiegoś innego tasiemca. Ponownie uderzyło ją to, jak wiele tu przeżyła w stosunkowo niedługim czasie. - Na domiar złego Cedrik i Eavan są kuzynami i się nienawidzą. Jak pewnie zdążyłeś już zauważyć... - Niepewnie podniosła wzrok, czekając na reakcję brata, który siedział z wyszczerzonymi zębami, niepokojąco zachwycony jej opowieścią. Nagle roześmiał się tak mocno, że aż złapał się za brzuch.
- To nie jest śmieszne Domin - skarciła go posępnie Lena.
- To są jakieś jaja! - skwitował dosadnie. - Chcesz mi powiedzieć, że typ, który cię uratował, ma zostać królem tego tutaj... świata? I zwiałaś od niego, do jego kuzyna, który też jest jakąś megaszychą? - Dominik wytrzeszczył oczy.
- Jest dowódcą armii - wtrąciła cicho Lena, na co Dominik prychnął jeszcze głośniej.
- Ta, no, słyszałem przed domem. O Chryste... Znam cię dziewiętnaście lat, siora, zawsze byłaś delikatna i trochę nieporadna, i szczerze... martwiłem się, że zupełnie nie poradzisz sobie w życiu. Ale muszę przyznać, że... wow. Przeszłaś tu samą siebie. - Dominik dalej się śmiał, a twarz Leny wykrzywiała się w coraz mocniejszym grymasie. Zdawała sobie sprawę z tego, że komuś z zewnątrz jej historia może wydawać się absurdalna, ale dla niej jest dramatyczna. - Wychodzi na to, że w ogóle mnie tu nie potrzebowałaś. - Dominik przyglądał się Lenie badawczo. Jakby była kimś, kogo do końca nie zna.
- To naprawdę nie jest zabawne. I nie było takie śmieszne, kiedy się działo - fuknęła na niego Lena.
- Dla mnie najważniejsze jest to, że miałaś co jeść, gdzie spać i że nikt nie zrobił ci krzywdy. - Dominik odrobinę spoważniał i ponownie złapał ją za rękę. - To, że przy okazji prób przetrwania tutaj rzuciłaś na kolana dwóch megaważnych typów, jest po prostu... odrobinę abstrakcyjne. - Uśmiechnął się do niej rozczulająco. - Nie znałem cię z tej strony, ale cieszę się, że tu nie zginęłaś. Nieważne, jak musiałaś o siebie zadbać. - Wzruszył ramionami.
- Dominik, to zupełnie nie tak! - Dotarło do niej, że on zakłada, że tylko wykorzystywała pomoc Eavana, a potem Cedrika, bezlitośnie wodząc ich za nosy dla własnej korzyści. - Eavan... Ja mu ufałam. Wyjawiłam mu całą prawdę o sobie i naprawdę się w nim... można powiedzieć... zakochałam. - Dominik wytrzeszczył oczy, a ona skrzywiła się, odwracając wzrok. - Kiedy dowiedziałam się, że był ze mną totalnie nieszczery, przerosło mnie to. Chciałam uciec z Vallmore w jakimkolwiek kierunku, nie mając żadnego planu. I wtedy pojawił się Cedrik i...
- I skorzystałaś z okazji? - Dominik przechylił głowę na bok.
- To był przypadek. Nie lubiłam go, przerażał mnie, był bezczelny i... totalnie mi nie pasował. Dopiero z czasem zaczęłam się do niego przekonywać. Okazał się... inny, niż mi się wydawało. - Lena była już czerwona ze wstydu. Dominik milczał przez dłuższą chwilę, przyglądając się jej. - Wiem, jak chaotycznie to wszystko brzmi, ale...
- Ty... tak na serio? - w końcu wypalił.
- Tak.
- I jeden, i drugi? - dopytywał z niedowierzaniem.
- To nie takie proste, Domin.
- Wiem! Widziałem przed domem, że to wcale nie jest proste - prychnął, przeszywając ją zdumionym wzrokiem.
- Jestem z Cedrikiem i...
- No właśnie, koleś nazywa siebie twoim narzeczonym!? O co tu chodzi, do kija wafla? - Dominik dopiero przypomniał sobie swoje poznanie z Cedrikiem. - To żart? Jakiś teatr?
- Nie. To prawda. - Lena poczuła, że pocą jej się dłonie. - Tak... wyszło.
- "Tak wyszło"? Jaja sobie robisz...
Lena zamknęła oczy i milczała, zdając sobie sprawę z tego, że właśnie zrzuciła na brata bombę.
- Nie wierzę. Trafiłaś do alternatywnej rzeczywistości i wpakowałaś się w głębokie, emocjonalne relacje z dwoma facetami naraz. Którzy są rodziną i się nienawidzą. Jeden ma być królem, a drugi jest dowódcą armii i przed chwilą mało się nie pozabijali z twojego powodu. Myślałaś w ogóle o tym, co robisz? O tym, że igranie z poważnymi, wpływowymi typami może się dla ciebie źle skończyć? Co by było, jeślibym się dziś nie pojawił, a im znudziłaby się ta popaprana sytuacja? Z tego, co już zdążyłem zauważyć, w tym świecie kobieta nie ma zbyt wielu praw, Lena. - Był dla niej bezlitosny.
Dominik naprawdę uważał, że prowadziła jakąś bezmyślną grę, nie zważając na uczucia Cedrika i Eavana. A to przecież ona przez większość czasu czuła się jak piłka odbijana pomiędzy nimi dwoma, nie znając ich prawdziwych intencji i mając przeczucie, że jeden zataja więcej od drugiego. Nastała chwilowa cisza, kiedy jej brat lustrował ją wzrokiem, jakby próbował doszukać się w jej twarzy kolejnych tajemnic.
- Dobra, wiesz co? Mózg mi przepaliło. Dopóki myślałem, że to wszystko nie jest na poważnie, było to śmieszne. Właśnie przestało być. Mam dość na dzisiaj - fuknął, wyraźnie zmęczony tym, co usłyszał. - Nie wiem, co mam o tym myśleć, i muszę się przespać. Jestem nieprzytomny, bo nie kimałem od dwóch dni. Ale jutro dokończysz mi tę historię. Ze wszystkimi szczegółami. - Jego ton brzmiał jak groźba.
Dominik łypał na nią jeszcze chwilę podejrzliwie, po czym mruknął coś pod nosem, pocałował ją w czoło i poszedł do swojego pokoju. Lena odetchnęła z ulgą. Większość spowiedzi miała już za sobą. Smętnie wlokła się do sypialni Cedrika, bo wiedziała, że kiedy wróci do domu, nie przyjdzie do niej. Mimo że było już po północy, nie mogła zasnąć. Przerabiała w głowie wszystko, co się stało, i to, co powiedział jej brat.
Jednak Dominik nie znał całej historii. Nie widział o tym, że Eavan i Cedrik zdążyli się już pobić, raniąc jeden drugiego, do czego żaden z nich nie chciał się przyznać aż do dziś. Nie wiedział też o tym, że to przez nią Eavan wycofał się ze starań o koronę. Ani o tym, że pośrednio z jej i jego winy wojna w królestwie wybuchła akurat teraz.
Ta świadomość uderzyła Lenę. Dziewczyna nie miała pojęcia, jakie konsekwencje dla całego królestwa niosą za sobą czyny Eavana. Jeszcze wczoraj myślała, że nawet gdyby szczerze pragnął uniknąć planowanego ślubu, to Ravenor i jego ważni, wysoko postawieni sojusznicy nie pozwoliliby mu na to. Dla dobra Ardiven i dla utrzymania pokoju, który zapewniłby jako nowy król. A teraz przed oczami miała jego wzrok, który wbijał w jej twarz zaledwie kilka godzin temu. Zdezorientowany, zszokowany, pełen zawodu. Na samo jego wspomnienie poczuła dziwne ukłucie bólu. Zdała sobie sprawę, że Eavan kompletnie nie przewidział tego, co zrodziło się między nią i jego kuzynem. Zakładał, że związała się z Cedrikiem jedynie dla świętego spokoju i bezpieczeństwa. Boże, gdyby to faktycznie było tak proste...
Eavan dokonał czegoś, o co chyba nikt go nie podejrzewał, jednocześnie powodując lawinę konsekwencji, a także dając Lenie wybór, który wcześniej nawet nie miał prawa bytu. A ona nie chciała stawać przed tym wyborem. Jednak jej pragnienia niczego nie zmieniały, bo dobrze wiedziała, że od tej chwili wszystko się nieodwracalnie zmieniło. I to ona była powodem tego bałaganu, to ona musiała go teraz posprzątać. Tego chaosu nawet jej błyskotliwy brat nie jest w stanie za nią ogarnąć. Była przerażona. Jej serce zaczęło bić szybciej, jakby przebiegła właśnie maraton. Co ja mam teraz zrobić? Nagle relacja między nią, Cedrikiem i Eavanem stała się dużo poważniejsza i bardziej skomplikowana niż kiedykolwiek wcześniej. Teraz reperkusje dotyczyły już nie tylko ich trójki, lecz także całego kraju.
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji