I
Człowiek ze Scotland Yardu
Bill Rankin siedział nieruchomo przed maszyną, biedząc się nad ułożeniem wstępu do artykułu. Czarny cień przesunął się koło jego łokcia i zmaterjalizował się nagle w głuchym oddźwięku na biurku. Serce Rankina zabiło mocniej, doznał dławiącego uczucia lęku.
Lecz był to tylko kot Egbert, stanowiący własność redakcji. Bill Rankin obrzucił go niechętnem spojrzeniem. To absurd denerwować się bez powodu, lecz gdy przez całą godzinę rozmawiało się z wielkim człowiekiem, a tematem rozmowy były morderstwa, to nic dziwnego, że jest się wytrąconym z równowagi.
Bill wyciągnął rękę i zrzucił kota na podłogę.
- Precz! - będziesz mnie tutaj straszył? Czy nie widzisz, że jestem zajęty?
Egbert, obrażony w swojej godności, oddalił się, przeskakując przez puste stoły i krzesła. Bill Rankin odprowadził go wzrokiem aż do drzwi.
Było wpół do szóstej. Niższe piętra pełne były gwaru ludzi, śpieszących do domu, ale tu na górze, w redakcji "Globu", panowała bezwzględna cisza. Z pomiędzy wielu zielonych lamp paliła się tylko jedna nad maszyną Rankina, rzucając upiorny blask na niezapisany arkusz papieru. Nawet przy stole korektora nikt nie siedział. W głębi, w zacisznym kąciku, spoczywał redaktor "Globu", jedyna ludzka istota w sali prócz Billa, która jednak młodemu reporterowi nie wydawała się tak bardzo ludzką.
Bill Rankin wrócił myślą do wywiadu, który miał napisać. Przez krótką chwilę siedział bez ruchu, poczem długie wprawne palce dotknęły klawiszy.
Pisał:
"Zdobycze naukowe i cuda wiedzy, które w powieściach detektywistycznych są najpoważniejszym atutem przy rozwiązywaniu najtrudniejszych zagadnień w dziedzinie kryminalistyki, nie mają w rzeczywistości nic wspólnego z pracą wywiadowczą - tego zdania jest sir Fryderyk Bruce, były kierownik wydziału śledczego Scotland Yardu.
"Sir Fryderyk Bruce odbywa obecnie podróż naokoło świata, a chwilowo bawi w San Francisco. Przez siedemnaście lat stał na czele najsłynniejszej organizacji wywiadowczej i wszelkie jego poglądy na kryminologję oparte są na głębokiem doświadczeniu. Obecnie porzucił to stanowisko, niemniej jednak interesuje się żywo metodami wywiadowczemi.
"Sir Fryderyk Bruce jest wysokim mężczyzną o pogodnym wyrazie szarych oczu, lecz oczy te posiadają błysk stali, który potrafi wyprowadzić z równowagi... Gdybym popełnił jakieś morderstwo, gdybym był zabił starego hrabiego Featherstonehaugh'a na jego cennym perskim dywanie, to wolałbym doprawdy nie mieć na swoim tropie sir Fryderyka. Wielki detektyw jest prawdziwym Szkotem, któremu obce jest niepowodzenie i który nigdy nie zgubi śladu przestępcy.
- "Czytam mnóstwo powieści detektywistycznych - rzekł sir Fryderyk. - Interesują mnie i bawią, ale nie można się z nich nauczyć niczego. Prócz systemu daktyloskopji i pracy w laboratorjach chemicznych przy rozpoznawaniu planu, badania naukowe nie wpłynęły nigdy na rozwikłanie tajemniczych morderstw i zagadkowych zbrodni. Wszystko to rozwiązujemy dzięki wrodzonej inteligencji, wytrwałej pracy i przy pomocy szczęśliwego trafu. Ale teorje, tak drogie naszym autorom..."
Nagle Bill Rankin przerwał pisanie i wyprostował się na niewygodnem krześle. Słowa, które skreślił przed chwilą, były mu dziwnie znajome i brzmiały jak echo niedawno prowadzonej rozmowy z kimś innym. Ależ tak te same poglądy, tylko nie tak piękna, wygładzoną angielszczyzną wypowiedział Karol Chan. Uśmiechnął się, przypominając sobie małego grubego człowieczka, z którym rozmawiał w przedsionku hotelu Stewarda.
Reporter wstał i zapalając papierosa, jął przemierzać pokój dużemi krokami, mówiąc głośno do siebie:
- Doprawdy! Że też o tem przedtem nie pomyślałem! Rzecz zadziwiająca, odrazu rzuca się w oczy! A ja byłem ślepy - ślepy. Chyba tracę inteligencję.
Spojrzał z przestrachem na zegarek. Usiadł przy maszynie i, skończywszy zdanie, które urwał w środku, ciągnął:
"Na pytanie, jaką pracę na polu śledczem uważa za najdoskonalszą, sir Fryderyk Bruce odrzekł: - "Jak już powiedziałem, w większości wypadków śledztwo i praca wywiadowcza osiągały pomyślne wyniki bądź dzięki wielkiej pracowitości i inteligencji, bądź też dzięki szczęściu. Z żalem dodaję, że z tych trzech czynników największą rolę odgrywało szczęście. Ciężka metodyczna praca dawała jednak również w wielu wypadkach wyniki pomyślne. Jej to zawdzięczamy rozwiązanie znanej sprawy Crippenów. Pierwsze podejrzenia nasunęły się nam, gdy kasjerka music-hallu..."
Bill Rankin pisał z coraz większą łatwością i coraz pośpieszniej. Pragnął skończyć jak najprędzej. Zresztą wywiad przestał go interesować. Znacznie ciekawsze rzeczy przewijały się mu przez myśli. Palce biegały po klawiszach, a gdy przerywał czasem robotę, to poto tylko, aby spojrzeć na zegarek.
Wyciągnął ostatnią kartkę z maszyny, złożył cały artykuł i pobiegł do redaktora, który nie ruszył się z zacisznego miejsca.
Korektor wrócił właśnie po gwałtownej sprzeczce z metrampażem i obrzuciwszy Billa Rankina kwaśnem spojrzeniem, usiadł przy stole i zaczął ostrzyć granatowy ołówek.
- Co to jest? - zapytał redaktor, wskazując artykuł, który Bill Rankin położył na biurku.
- Wywiad z sir Fryderykiem Brucem - przypomniał Bill.
- A więc trafił pan do niego?
- Wszyscy do niego trafili, pokój był pełen reporterów.
- Gdzie go pan znalazł?
- Mieszka u Barry Kirka w jego domu. Kirk zna jego syna z Londynu. Szukałem sir Fryderyka po wszystkich hotelach; nogi mnie bolą ze zmęczenia.
Redaktor chrząknął:
- Pańska wina. Żaden Anglik nie wprowadzi się do hotelu, jeżeli będzie mógł znaleźć pomieszczenie u kogoś ze znajomych. Chyba dosyć często miewał pan wywiady z brytyjskimi autorami, którzy przyjeżdżają tu z odczytami. Powinien pan już ich poznać.
- Wywiad to głupstwo - rzekł Rankin - każdy dziennik w mieście da wywiad. Lecz podczas pisania przyszedł mi doskonały pomysł do głowy. Jeżeli tylko uda mi się przekonać sir Fryderyka, będzie to coś rewelacyjnego! Najlepiej zrobię, gdy udam się do niego natychmiast i spróbuję szczęścia.
- Coś rewelacyjnego? - powtórzył redaktor, wzruszając ramionami. - Jeżeli uda się panu zdobyć coś ciekawego, to nie mam nic przeciwko temu. Prowadzę poważny dziennik, amoi współpracownicy zasypują mnie literackiemi wypracowaniami. Mam wrażenie, że wszyscy łudzicie się nadzieją, że złapią was do "Atlantyku".
- Ale mój pomysł jest doskonały! - zapewnił Rankin - muszę się śpieszyć.
- Jeszcze chwilkę! Jestem tylko pańskim redaktorem i nie chcę się wtrącać do pańskich planów, ale...
Rankin roześmiał się. Był zdolnym i lubianym dziennikarzem.
- Przykro mi, panie redaktorze, lecz nie mam chwili czasu do stracenia. Mógłby mnie kto uprzedzić. Gleason z "Heralda" był jednocześnie ze mną u sir Fryderyka i niewątpliwie przyjdzie mu ta sama myśl do głowy. Więc jeżeli pan redaktor pozwoli...
Redaktor wzruszył ramionami.
- Dobrze, niech pan idzie. Niech się pan śpieszy, i niech pana nie opuszcza ten nagły przypływ energji. Niech pan wraca jak najrychlej.
- Dobrze, panie redaktorze - zgodził się dziennikarz - ale muszę wstąpić na obiad.
- Ja nigdy nie jadam obiadu - mruknął czarujący zwierzchnik.
Bill Rankin wychodził pośpiesznie z redakcji, koledzy jego wracali właśnie z popołudniowych zajęć i redakcja nabierała życia.
Czarny jak noc Egbert przeciął drogę Billowi i oddalił się majestatycznie.
Na ulicy dziennikarz zatrzymał się. Był niezdecydowany, czy jechać, czy też iść do Kirka. Nie było daleko, lecz mógł przyjść za późno; przypuśćmy, że powiedzą mu, iż się Fryderyk przebiera się do obiadu, a przecież wytworny Anglik nie przerwie tego poważnego zajęcia, ażeby przyjąć dziennikarza. Nie, musi się z nim widzieć, zanim słynny detektyw zacznie zakładać spinki z czarnych pereł.
Bill zatrzymał przejeżdżającą taksówkę. Gdy samochód zajeżdżał przed redakcję, rumiany chłopaczek, jeden z najmłodszych reporterów "Globu", wysunął się z tłumu i, składając czołobitny ukłon, otworzył drzwi samochodu:
- Do Królewskiej Opery, panie szoferze. Otrzyma pan sowity napiwek, jeżeli pan wyprzedzi samochód księcia.
Rankin odepchnął figlarza i zawołał:
- Nie bądź zbyt domyślny, mój drogi. - Szoferowi zaś rzucił. - Na ulicę Kalifornijską, do domu Kirka.
Taksówka wyjechała na ulicę Rynkową, dążyła przez chwilę za sznurem samochodów, a następnie skręciła w Montgomery.
Po chwili Rankin znajdował się już w dzielnicy handlowej San Francisco, pogrążonej obecnie w wieczornej ciszy. Olbrzymie gmachy syndykatów, towarzystw akcyjnych, banków, górowały uroczyście w zmroku wieczornym, wspaniałe odrzwia z bronzu były przeważnie pozamykane. Przed oczyma Rankina przewijały pozłacane napisy: "Bank Yokohamski" - dalej "Towarzystwo handlowe w Szanghaju" - nie można zapomnieć o wschodzie w tem miejscu. Wreszcie samochód zatrzymał się przed dwudziesto pię trowym domem.
Gmach Kirka był prawdziwem arcydziełem techniki budowlanej a w dodatku odznaczał się wybitnym smakiem, jaki charakteryzował tę rodzinę, od chwili, gdy stary Dawson Kirk zrobił swój pierwszy miljon. Barry Kirk był rozmiłowany w swoim domu, mieszkał we wspaniałym kawalerskim apartamencie na samym szczycie. Wewnątrz gmachu panowała niepokalana czystość; dziewczęta, obsługujące dźwigi, były śliczne w swoich błyszczących mundurkach. Windy wznosiły się dumnie jak admirałowie floty. O tej godzinie gorączkowa praca dnia ustała, i posługaczki kręciły się, myjąc marmurowe posadzki. Jeden dźwig był jeszcze w ruchu; do tego wsiadł Bill Rankin.
- Na samą górę - rzekł do dziewczyny, obsługującej windę.
Zatrzymał się na ostatniem, dwudziestem piętrze. Do mieszkania Kirka prowadziły wąskie schody i reporter przeskakiwał po kilka stopni naraz. Zatrzymał się przed imponującemi drzwiami i zadzwonił.
Otworzyły się drzwi i ukazał się w nich Paradis, dostojny służący Kirka, rodem z Anglji.
- Jestem... zpowrotem - rzekł Rankin.
- Widzę - mruknął Paradis, zagradzając drogę do mieszkania.
Sprawiał wrażenie wysokiego dostojnika, ale zachowanie się jego nie było nazbyt uprzejme. Wprowadził już tego dnia wielu reporterów, a wogóle żywił dla nich pewną pogardę.
- Muszę się widzieć natychmiast z sir Fryderykiem. Czy jest w domu?
- Sir Fryderyk znajduje się w biurze o piętro niżej. Zdaje mi się, że jest zajęty, ale zawiadomię go, że...
- Nie, proszę się nie trudzić - rzekł szybko Rankin, zbiegając na niższe piętro.
Odnalazł drzwi, na których była przybita tabliczka z napisem "Barry Kirk". Gdy podchodził, drzwi otworzyły się nagle i wyszła z nich młoda kobieta.
Rankin zatrzymał się. Co za uroda. Było to widoczne nawet w zmroku. Jedna z tych najpiękniejszych blondynek, typu uwielbianego przez mężczyzn. Miała drobną twarzyczkę. Ubrana była w zieloną suknię z trykotu. Niezbyt wysoka, ale...
Cóż to miało znaczyć? Młoda kobieta płakała. Cicho, spokojnie spływały łzy. I - o ile Rankin mógł to osądzić - nie były to łzy rozpaczy jedynie, ale również gniewu i rozdrażnienia. Obrzuciwszy reportera zdumionem spojrzeniem, przebiegła szybko przez korytarz i zniknęła w drzwiach, na których widniała tabliczka z napisem: "Towarzystwo Importu z Kalkuty".
Bill Rankin pchnął drzwi, prowadzące do biura Kirka. Wszedł do poczekalni, która okazała się pustą. W głębi znajdowały się drugie otwarte drzwi. Tam udał się młody dziennikarz spokojnym i równym krokiem.
W drugim pokoju siedział przy wielkiem biurku sir Fryderyk Bruce, były naczelnik departamentu śledczego Scotland Yardu. Odwrócił się; przeszywające spojrzenie szarych oczu było niebezpieczne.
- Ach - rzekł - to pan.
- Muszę pana przeprosić, sir Fryderyku, że narzucam się mu po raz drugi - zaczął Bill Rankin - ale - ale - czy mógłbym usiąść?
- Owszem, bardzo proszę.
Znany detektyw rzucił wzrokiem na papiery, leżące na biurku.
- Rzecz się ma... - Rankin stracił pewność siebie. Miał wrażenie, że miły czarujący swą uprzejmością człowiek, który udzielił mu wywiadu tego samego popołudnia, zniknął nagle, a zamiast niego zjawił się zimny, niebezpieczny i wzbudzający lęk sir Fryderyk Bruce z policji śledczej. - Rzecz się ma - ciągnął niepewnie - otóż uderzyło mnie coś...
- Doprawdy? (Ach te oczy! Przenikały nawylot!)
- To co pan mówił po południu, pańskie poglądy na znaczenie wiedzy przy rozpoznawaniu zbrodni oraz na pracę i szczęście... - Rankin urwał. Zdawało się, że nie jest w stanie skończyć zdania. - Pisząc artykuł, przypomniałem sobie nagle, że słyszałem już te same zapatrywania przed kilku dniami.
- Rzeczywiście? Nikomu nie starałem się mówić, że to są wyłącznie moje i oryginalne zapatrywania.
Sir Fryderyk wrzucił papierosy do szuflady.
- Ależ nie przyszedłem tutaj, aby stawiać panu tego rodzaju zarzuty - uśmiechnął się Rankin, odzyskując nieco swobodę i humor. - W innych warunkach byłoby to najzupełniej bez znaczenia, ale zdanie pańskie, sir Fryderyku, słyszałem z ust nader oryginalnego człowieka. Jest to skromny pracownik - wywiadowca, ale teorje jego wyrosły zdala od Scotland Yardu. Jest to sierżant Karol Chan z policji wywiadowczej w Honolulu.
Gęste brwi sir Fryderyka uniosły się wgórę.
- Doprawdy? A więc bez względu na to, kim jest ów Chan, muszę przyklasnąć jego zapatrywaniom.
- Chan jest wywiadowcą, cenią go na wyspach za jego dzielność. Obecnie jest w San Francisco, a w tych dniach wraca do domu. Dano mu kiedyś drobne zlecenie, ale wywiązał się z niego tak znakomicie, iż sprawa stała się głośną i żyskał sobie ogólne zaufanie. Nie sprawia zbyt korzystnego wrażenia, ale...
Sir Fryderyk przerwał.
- Chińczyk?
- Tak jest.
Wielki człowiek pochylił się.
- Czemużby nie? Chińczyk powinien być doskonałym wywiadowcą. Cierpliwość ludzi wschodu jest zdumiewająca.
- Właśnie - zgodził się Bill Rankin - jest cierpliwy i skromny.
Sir Fryderyk uczynił gest przeczący.
- Skromność nie jest rzeczą cenną dla wywiadowcy. Pewność siebie, głęboka wiara w siebie samego - to pomaga. Ale czy sierżant jest istotnie skromny?
- Czy istotnie? Nie wiem. Ten, który lata nisko, najmniej cierpi przy upadku... tak mi tłumaczył. A sierżant Chan lata tak nisko, iż skrzydłami dotyka niezapominajek.
Sir Fryderyk wstał i zatrzymał się przy oknie. Spojrzał wdół na błyszczące światła, które jak gwiazdy, rozsiane po niebie, połyskiwały nad miastem, otulonem w mrok. Milczał chwilę, następnie zwrócił się do reportera.
- Skromny wywiadowca - rzekł, uśmiechając się ironicznie - jest w każdym razie nowością dla mnie. Radbym poznać tego Chana.
Bill Rankin odetchnął z ulgą. Zadanie okazało się niezbyt trudnem.
- Właśnie w tym celu pozwoliłem sobie przyjść do pana - rzekł wesoło. - Pragnąłbym zaznajomić pana z Karolem Chanem i być świadkiem pańskiej z nim rozmowy na temat metod i doświadczeń z dziedziny kryminalistyki. Być świadkiem fachowej dyskusji. Czy uczyni mi pan, sir Fryderyku, ten wielki zaszczyt i pozwoli się zaprosić na jutro na śniadanie razem z Karolem Chanem?
Były kierownik wydziału śledczego zawahał się.
- Dziękuję serdecznie, lecz jestem zależny od mojego gospodarza, pana Kirka. Wydaje jutro wieczorem obiad na moją cześć i zdaje mi się, że wspominał też o śniadaniu. Ale mam wielką ochotę przyjąć pańskie zaproszenie natychmiast i najlepiej będzie, gdy porozumiemy się zaraz z panem Kirkiem.
- Chodźmy do niego. Gdzie jest obecnie? - Bill Rankin był szczerze przejęty.
- Zdaje mi się, że u siebie na górze.
Sir Fryderyk odwrócił się, mocno zatrzasnął drzwi wielkiej wmurowanej kasy i przekręcił zamek.
- Uczynił to pan jak typowo amerykański przemysłowiec - uśmiechnął się Bill Rankin.
Sir Fryderyk pochylił się:
- Pan Kirk był tak uprzejmy, iż pozwolił mi korzystać ze swojego biura, dopóki będę jego gościem.
- Więc podróżuje pan nietylko dla przyjemności? - zawołał szybko Bill Rankin.
Szare oczy spochmurniały.
- Tylko dla przyjemności - ale są rzeczy - natury osobistej - piszę "Pamiętniki".
- Rozumiem, rozumiem - przepraszał Bill.
Do pokoju weszła posługaczka. Sir Fryderyk zwrócił się do niej:
- Dobry wieczór. Proszę pamiętać, że podczas sprzątania nie wolno ruszać papierów z biurka ani szuflad.
- Wiem, proszę pana.
- Doskonale; a teraz panie, panie?...
- Rankin.
- Przepraszam, ale pańskie nazwisko wypadło mi z pamięci. Za tym pokojem znajdują się wewnętrzne schody, prowadzące do prywatnego mieszkania. Niech pan pozwoli za mną.
Weszli do trzeciego, ostatniego pokoju. Bill Rankin biegł szybko za smukłą postacią Anglika. Schody kończyły się ciemnym korytarzem, który sir Fryderyk oświetlił, poczem otwierając najbliższe drzwi, wprowadził reportera do wielkiego gabinetu. W pokoju znajdował się tylko Paradis. Przyjął Billa Rankina chłodno i lekceważąco. Widocznie Barry Kirk przebierał się do obiadu i lokaj udał się niechętnie do swojego pana, ażeby go zawiadomić o niepożądanych odwiedzinach dziennikarza.
Kirk zjawił się natychmiast w kamizelce i z niezawiązanym krawatem. Barry Kirk był przystojnym młodym mężczyzną pod trzydziestkę, i jego zachowanie się świadczyło o wielkiej znajomości życia i ludzi. Objechał on cały świat, zajrzał do najdalej położonych zakątków, starając się odkryć, co może tam jeszcze zdobyć majątek Kirków. Był doświadczony, i życie nie miało już dla niego żadnych niespodzianek.
- Pan Rankin z "Globu"? Czem mogę panu służyć? - rzekł uprzejmym tonem.
Paradis wiązał krawat swojego chlebodawcy, więc poprzez ramię służącego Bill Rankin wyjaśniał mu swoją misję. Kirk pochylił głowę.
- Pyszna myśl - zauważył. - Mam mnóstwo przyjaciół w Honolulu i słyszalem już o Karolu Chanie. Chętniebym go poznał.
- Będę niezmiernie szczęśliwy, jeżeli pan zechce przylączyć się do nas - rzekł reporter.
- Nie, to się nie da zrobić. Panowie przyjmą moje zaproszenie.
- Lecz to był mój pomysł, więc ja proszę na śniadanie - upierał się Rankin.
- Wykluczone - Kirk uczynił gest przerywający dyskusję - ale zaprosiłem już gościa na jutro. Jakiś jegomość z sądu okręgowego napisał do mnie, że interesuje się kryminologją i praznie poznać sir Bruce'a. Wytłumaczyłem sir Fryderykowi, że musi uczynić to dla mnie i zawrzeć znajomość z tym panem. Nigdy niewiadomo, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, czy nie przyda się nam przyjaciel z sądu.
- Czy to prawnik? - zapytał Rankin.
- Tak. Jego nazwisko Morrow - J. V. Morrow. Zna go pan?
- Owszem, znam go - odparł Rankin.
- A więc pysznie się składa. Mamy spotkać się z nim jutro o pierwszej w St. Francis. Tematem rozmowy będą morderstwa i jestem przekonany, że pański przyjaciel z Honolulu będzie miłym towarzyszem. Musi pan wstąpić po Chana i spotkać się z nami w restauracji.
- Dziękuję serdecznie - rzekł Rankin - jest pan doprawdy niezwykle uprzejmym. Nie omieszkamy stawić się. Nie będę pana zatrzymywał dłużej.
Paradis otworzył pośpiesznie drzwi i wyprowadził dziennikarza. Na progu dwudziestego piętra spotkał Rankin swojego rywala, Gleasona z "Heralda".
Bill uśmiechnął się triumfalnie.
- Wracaj, mój drogi - rzekł - spóźniłeś się, ja pierwszy wpadłem na tę szczęśliwą myśl.
- Na jaką myśl wpadłeś, mój kochany? - zapytał Gleason z udaną naiwnością.
- Sir Fryderyk i Karol Chan spotkają się; prawo przedruku zastrzeżone. Daj więc temu pokój i wracaj do domu.
Pan Gleason z ponurym wyrazem twarzy wszedł do dźwigu. Prawie jednocześnie wyszła z biura Towarzystwa Importu z Kalkuty młoda dziewczyna w zielonej sukni i wsiadła do windy. Zjachali razem. Łzy dziewczęcia zniknęły i na szczęście nie pozostawiły żadnych śladów. Niebieskie promienne oczy uzupełniały obraz - uroczy obraz. Pan Gleason był również pod jej czarem i dopiero na ulicy zwrócił się do swego kolegi.
- Przyszło mi to na myśl dopiero podczas obiadu - rzekł kwaśno.
- Ja myślę o swojej karjerze przed obiadem - uśmiechnął się Rankin - jesteś już po obiedzie?
- Owszem; niestety nie miałem szczęścia, i nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć ci powodzenia. Udało ci się, masz niebywały temat, prawdziwą bombę! Sensacja!
- Dziękuję ci za życzenia.
- I nie tracę nadziei, że nie będziesz mógł wydrukować ani jednego słowa na ten temat...
Rankin nie zdążył odpowiedzieć, gdyż kolega jego znikł w mroku ulicy. Odprowadził wzrokiem dziewczynę w zielonej sukni, która skręciła w ulicę Kalifornijską. Interesowała go. Dlaczego płakała po wyjściu z biura sir Bruce'a? O czem z nim rozmawiała? Czy będzie mógł jutro zapytać o nią sir Fryderyka? Uśmiechnął się z politowaniem na myśl, że on lub ktokolwiek bądź inny - mógłby wtrącić się do prywatnych spraw słynnego detektywa.