Wstęp
Była drobna, zawsze wyprostowana, z ufryzowanymi w loki włosami, w sukience lub spódnicy, w mokasynach. Nie pamiętam, by nosiła spodnie. Pachniała mieszanką mentolowych papierosów Zefir, kawy i perfum. W uszach do dziś pozostał mi dźwięk bursztynów - nieprzezroczystych, ciemnoszaro-żółtych, które nosiła na szyi. Lubiła ich dotykać, bawić się nimi. Dźwięczały wtedy, jak obijane o siebie kamyki. Słyszę też jej głos, niski od mnóstwa papierosów, które wypaliła przez całe życie. Widzę, jak wyciąga papierosa z paczki, wkłada do szklanej fifki, zanim go zapali. Robiła to z gracją.
Odkąd przeprowadziliśmy się na Ursynów - pod koniec lat siedemdziesiątych - odwiedzała nas regularnie w każdy weekend. Przyjeżdżała z ulicy Złotej, gdzie mieszkała z córką i jej rodziną. Pomagała zajmować się domem i moimi kuzynkami. Lubiłam te soboty i niedziele. Traktowała mnie poważnie, choć się nie spoufalała, nie przytulała, nie brała na kolana, była powściągliwa.
Miała swoje rytuały. W ciągu dnia czytała kryminały Georges'a Simenona po francusku - które wymieniała z moją mamą - czy "Tygodnik Powszechny". Wieczorami siadałyśmy przy czarnym okrągłym stole. Przyglądałam się, gdy stawiała pasjanse. Karty były mniejsze niż tradycyjne, lakierowane. (Mówiło się wtedy karty Piatnika - teraz wiem, że tak nazywa się producent). Musiały długo służyć, bo były już pożółkłe. W pudełku znajdowały się dwie talie. Jedna z ciemnoróżowym, druga z niebieskim wzorem w róże na rewersie. Pozwalała sobie podpowiadać, choć nie potrzebowała wskazówek. Czasem grała ze mną w wojnę, w kierki czy makao. Nie pamiętam, żeby jakoś specjalnie zajmowała się mną czy moją siostrą, poza tymi weekendami. Ale te wieczory lubiłam. Tata nalewał jej lampkę brandy. Na dobry sen. Też lubię ten smak.
Grażyna w mieszkaniu przy ulicy Złotej, Warszawa, lata 80. XX wieku
Jaka była moja babcia Grażyna? - pytałam ojca i stryja. Kim była ta kobieta - przed wojną "pani dziedziczka" (jak się do niej zwracano), żona i matka mieszkająca w pałacu czy dworze, otoczona służbą, niewchodząca do kuchni, przyjmująca gości, towarzysząca na polowaniach. Co czuła, gdy zabito jej męża, a potem wyrzucono z piątką dzieci z majątku. Jak się zmieniła, gdy z dnia na dzień straciła wszystko i musiała znaleźć pracę.
Tak pisze Marek Bieńczyk w książce Kontener:
Wobec odeszłej matki, syn staje się idealistą; jest niewzruszona istota matki i w jej przedstawieniach tylko ona go interesuje. To ją chce odsłaniać, odnajdować. [...] Istnieje też zmartwienie odmienne, powiedzmy antyplatońskie. Wówczas nie szuka się tak uporczywie istoty - mimo że chwilami się o niej myśli i ją dostrzega. Pociąga możliwość wręcz odwrotna: spotkanie z niematczynymi postaciami matki, z jej figurami, które zaskakują swoim pojawieniem się, jakby tworzyły nowe pośmiertne życie matki, niemające nic wspólnego z życiem przedśmiertnym1.
Tak więc dostawałam różne obrazy Grażyny Fredro-Bonieckiej, zazwyczaj były to wizerunki idealnej, niezłomnej, świętej kobiety. Nie wątpię w szczerość słów jej synów, mojego ojca i stryja. Zależało mi jednak na tym, by zobaczyć w niej kobietę z krwi i kości, która doświadczyła zapewne bardzo trudnego losu.
Podobnie było z przedwojennym życiem we dworze. Chciałam usłyszeć prawdziwą opowieść o tym, jak się ma podwyższanie poziomu życia chłopom do całowania dziedzica w rękę, a nie piękną bajkę o harmonijnym życiu dobrych panów i wdzięcznych wieśniaków, oglądanych przez kryształowe szyby pałacowych okien.
Choćby taką, jaką raczy nas Virgilia Sapieha, Amerykanka, żona księcia Pawła Sapiehy, która spędziła lata międzywojenne w Polsce:
[...] Dwa czterokonne zaprzęgi czekały na wewnętrznym dziedzińcu zamku, by zwieźć nas na polowanie. [...] Dzieci, chłopi i mieszczanie tłoczyli się na uliczkach, żeby na nas popatrzeć. Trąbki zagrały ponownie, aby ludzie usunęli się z drogi. Alfred2 [Potocki - dopiski w nawiasach kwadratowych M.F.-B.] uchylił kapelusza przed obserwatorami.
- Ludzie bardzo lubią nas oglądać - powiadomił mnie, wprawnie powożąc czwórką koni i skręcając przy rogach ulic.
Usadowiona na wysokiej ławeczce, górującej nad całą okolicą, poczułam się ważną osobą. Alfred nachylił się w moją stronę.
- Wie pani - zaczął - w Ameryce najbardziej wstrząsnęła mną rozbieżność między bogatymi i biednymi.
Nie mogłam uwierzyć, że dobrze zrozumiałam.
- Rozbieżność? W Ameryce?
- Tak. Na przykład w Chicago. Pamiętam te przepiękne domy nad jeziorem... a w pobliżu okropne dzielnice nędzy. Nie przypuszczam, żeby gdziekolwiek indziej na świecie istniały takie różnice.
Gdy to mówił, mijaliśmy truchtem kryte strzechą wiejskie chaty, a kiedy ze stukaniem kopyt skręciliśmy ostro w błotnistą polną drogę, wyskoczył skądś nagle bosy staruszek, zdjął czapkę i złożył przed Alfredem głęboki ukłon.
- A to, co dzieje się tutaj? - zapytałam.
- O, to inna sprawa. Ponadto tutejsi mieszkańcy są bardzo dumni z zamku. Podnosimy ich poziom życia, rozumie pani3.
Świdno długo kojarzyło mi się ze Wszystkimi Świętymi. Co roku jeździliśmy do sąsiednich Michałowic. Na tamtejszym cmentarzu znajduje się kamienny grobowiec-kaplica rodziny Fredro-Bonieckich.
Świdno zapamiętałam jako miejsce ponure, bo jak to w listopadzie naszym wyprawom towarzyszyły deszcz i zimno. W kaplicy pachnącej wilgocią miejscowy ksiądz odprawiał mszę. Przynajmniej raz był to mój stryj, ksiądz Adam Boniecki. Marmurowy ołtarz jest tam wmurowany w ścianę tak, że kapłan większą część nabożeństwa stał do nas tyłem - zgodnie z regułami mszy trydenckiej. Nad ołtarzem umieszczono Pietę, kopię rzeźby Michała Anioła. Lubiłam się jej przyglądać. Czytałam też wszystkie pośmiertne tablice - jedna z nich upamiętnia mojego dziadka Michała, męża Grażyny, rozstrzelanego 13 stycznia 1944 roku przez gestapo. Nigdy nie miał pogrzebu, bo nigdy nie odnaleziono jego ciała.
Po mszy usiłowaliśmy dostać się do grobowca. Często mieliśmy problemy z zamkiem, klucz nie chciał się przekręcić, spędzaliśmy sporo czasu, marznąc, zanim udało się sforsować drzwi i zejść po stromych schodkach do krypt.
W drodze powrotnej mijaliśmy pałac otoczony zarośniętym parkiem. "Tam mieszkała moja rodzina", mówił tata. To prawda, choć, jak się później dowiedziałam, Grażyna z Michałem i dziećmi mieszkali tam tylko cztery ostatnie lata wojny. Jednak były to ważne lata, bo krańcowe, zamykające ziemiańską historię Bonieckich i Łosiów.
Za tamtym światem tęskni się jak za dzieciństwem. Adam Boniecki powiedział w "Tygodniku Powszechnym":
Nie bywam na spotkaniach byłych ziemian i nie próbuję wskrzeszać tego, co dawno przepadło, lecz jest mi żal, że cała tamta kultura przepadła bezpowrotnie. W dworach i pałacach - muzealnych zabytkach lub miejscach konferencji - źle się czuję. Bo, cholera, pamiętam ludzi, którzy tam żyli, pamiętam tamten świat. Ziemiaństwo miało swoje wady i popełniało wiele grzechów, ale nagłe zniszczenie tej grupy społecznej było zniszczeniem ważnej części naszej kultury4.
Gdy pytam stryja Adama Bonieckiego, słyszę:
- W moim odczuciu to jest strata. Zniszczenie majątków ziemskich było spektakularnym i propagandowym gestem ze strony PRL, który wpasowywał się w wizję sowieckiego komunizmu. Przejęcie przemysłu nie mogło być tak widowiskowe, bo fabryki zabrali już Niemcy, a władza ludowa tylko położyła na tym łapę.
- Sowiecki komunizm zniszczył życie wojennym i powojennym pokoleniom z różnych klas, nie tylko ziemiańskiej. Co nie zmienia postaci rzeczy, że przedwojenny świat ziemiański był anachroniczny - mówię.
- Nieprawda - protestuje stryj. - Rolnictwo rozwijało się dzięki ziemianom i po wojnie mogłoby się nadal rozwijać, a ziemiaństwo mogłoby ewoluować jak w krajach zachodnich, gdzie nie było eksterminacji tego środowiska. Z pewnością reforma rolna ograniczyłaby własność ziemską, ale pewna tradycja, styl pielęgnowania kultury, obyczaje byłyby kontynuowane.
- Tego nie wiemy.
- Oczywiście, że wśród ziemian nie brakowało utracjuszy, którzy trwonili majątki, przegrywali je w kasynach. Ale przecież cała instytucja mecenatu sztuki wywodzi się ze świata arystokracji i środowisk ziemiańskich. Ci ludzie mieli za sobą ileś pokoleń absolwentów studiów uniwersyteckich, obytych w świecie. Często mieli domy w różnych miejscach w Europie, byli Europejczykami z gustem i z pieniędzmi, więc fundowali kościoły, szkoły, łożyli na artystów, sprowadzali dzieła sztuki. Klasa polityczna w dwudziestoleciu międzywojennym przedstawiała się okropnie, ale niemniej byli tam ludzie, którzy pracowali nie dla diet poselskich - mieli wystarczająco duże majątki, by nie czerpać z tego korzyści materialnych, służyli ojczyźnie. Nie tylko Witos jest pozytywną postacią tamtego czasu. To był świat wielkiej kultury - także z poczuciem własnej wartości, ale nie do końca nieuzasadnionej. Uważam, że to wartość, która przez PRL została zniszczona.
- A kto inny mógł być mecenasem czy sponsorem kultury jak nie ziemianie, arystokracja, właściciele fabryk? W końcu to oni mieli pieniądze, a nie chłopi z czworaków.
- Mówię o moich emocjach, bo rzeczywiście stanowiliśmy osobny świat - odpowiada mój stryj. - Z jednej strony chłopi, Żydzi ze sztetli, wszyscy ci, którzy ciężką pracą zarabiali na chleb, a z drugiej ludzie, których Florian Znaniecki nazwał homo ludens, człowiek zabawy. Jednak nie była to klasa ludzi, którzy tylko urządzali bale, grali w tenisa, jeździli konno na polowania i prowadzili niemoralne życie. Ci ludzie zarządzali dużymi majątkami, dzisiaj za prowadzenie przedsiębiorstwa czy dużego gospodarstwa płaci się niezłe pieniądze, dobrych biznesmenów się szanuje, a nie uważa za darmozjadów i nierobów.
Tamten czas przeminął, a niektórzy czuli, że na zawsze. Mówili o eksterminacji całej klasy społecznej; to była katastrofa, koniec wszystkiego, co znali.
Adam Boniecki tak napisał we wspomnieniu o swojej ciotce Krystynie Konarskiej-Łosiowej:
Ta mądrość naszym matkom, naszym rodzicom towarzyszyła już wtedy. Zostawiali za sobą domy, które co prawda jeszcze stały, ale już "rozsypywały się w gruz", zabierali dzieci (nas) i szli w nowy, okropny świat. A my przy nich nadal czuliśmy się bezpieczni. Część tej drogi - poniewierki wojennej i powojennej - odbywaliśmy przecież razem z Łosiami i pamiętam, że nie było tam nostalgicznego opłakiwania przeszłości, obliczania strat. To nie był klimat lęku. Oni umieli zaczarować ten okropny czas. To, mimo wszystko, był dla nas czas radości...5
W pięknej i żyznej okolicy dawnej ziemi czerskiej w powiecie wareckim, po obu stronach rzeki Pilicy, znajdujemy w końcu XIV stulecia osadę zwaną Bończa, z której rodzina Bonieckich się wywodzi, nazwę swą od dóbr tych biorąc, które też po koniec Rzeczpospolitej zachowała w swoim posiadaniu.
Protoplasta rodziny tej, która herbu Bończa to jest jednorożca w polu błękitnem używa, miał tu z Włoch przybyć, o czem świadczy Długosz w dziele swojem Insignia seu Clenodia Regni Poloniae mówiąc: "Genus ex Italia ortum habens, vafrum et versutum; in polonian veniens Bonacza i. e. bonum tempus se nominaverunt, quod hodie corrupto vocabulo Boncza (Bouncza) dicunt. Cajus pater Myrzs"6.
Heraldycy nasi opowiadają, iż tenże Myrzs, którego oni Mierzbem nazywają, obdarowanym został czyto przez księcia Mieczysława, czyto przez brata swojego biskupa Klemensa, znacznemi majętnościami na Mazowszu, które nazwał Bończą od herbu swojego, jak pisze Paprocki, a na pamiątkę rodzinnego miejsca, skąd do Polski przybył, jak twierdzi Okolski.
Członkowie tej rodziny przenosząc się i osiadając w różnych stronach kraju, od nabywanych majętności przybierali nazwiska i znowu od nich nowe powstałe rody, które na pamiątkę wspólnego pochodzenia, przy pierwotnym swoim pozostały herbie. Z rodzin tych pierwsze miejsce zajmują Fredrowie [...].
Od Bouńczy, Bończy, Boniczy, poszło nazwisko Bonieckich, często w aktach przekręcane, nawet przez same strony mylnie pisane Bunieczkich lub Bonickich, ogólnie dopiero w początkach XVI stulecia używane, chociaż już i w XV-em st. w aktach nazwisko to spotykamy7.
Tak zaczyna się Kronika Rodziny Bonieckich, wydana w 1875 roku, a napisana przez heraldyka Adama Bonieckiego. Protoplastą rodu był Świętosław z Bończy; pierwsza wzmianka o nim pojawia się w aktach ziemskich wareckich w 1408 roku.
Wedle najstarszych dokumentów ród od strony Grażyny Fredro-Bonieckiej z domu Łoś istniał już w 1391 roku - wówczas jako Łoś z Grodkowic herbu Dąbrowa. Tytuł hrabiowski nadali rodzinie zaborcy. Czy za zasługi dla obcych monarchii, czy za pieniądze, tego nie wiem. Z dokumentów zachowały się też Pamiętniki Łosia towarzysza chorągwi pancernej z lat 1646-1667.
Nie sięgnę jednak tak daleko. To będzie opowieść o Grażynie, i wokół, bo nie sposób mówić o niej bez pokazania jej bliskich i świata, w którym przyszło jej żyć.
Opowieść dzielę na trzy części. Slajdy z Potworowa - tam po ślubie zamieszkała Grażyna z mężem Michałem; przywołuję lata ich dzieciństwa, dorastania, młodości. W 1942 roku Niemcy rekwirują majątek w Potworowie, Bonieckim każą się wynieść. I wtedy zaczynają się Slajdy ze Świdna - gdy przenoszą się do rodzinnego majątku w tejże wsi. Z kolei Slajdy powojenne to próba opisania losów Grażyny i jej bliskich w nowej, innej rzeczywistości.
Głównym rozmówcą, dzięki któremu złożyłam tę historię, był mój stryj, ksiądz Adam Boniecki. Swoimi wspomnieniami podzielili się również mój ojciec Tadeusz Fredro-Boniecki, ciocia Enia - Maria Rey, ciocia Anga Szlenkier, wuj Krzysztof Łoś, ciocia Ewa Maria Łoś (kuzyni mojego ojca). Najwięcej dokumentów, zapisków, zdjęć i wspomnień rodzinnych udostępniła mi ciocia Maryla - Maria Dąbrowska (siostra mojego ojca), która przez lata skrupulatnie je gromadziła i porządkowała.
Moi bohaterowi bliżsi i dalsi:
Grażyna Fredro-Boniecka z hrabiów Łosiów (1908-1989), moja babunia. Poznała mojego dziadka w Zakopanem na nartach. Gdy zimą 1945 roku czerwonoarmiści wprowadzili się do pałacu w Świdnie, powiedzieli Grażynie, że może wybrać sobie dziesięciu niemieckich jeńców, a oni ich rozstrzelają. Nie skorzystała z propozycji.
Michał Fredro-Boniecki (1896-1944), mój dziadek, którego nie zdążył poznać mój ojciec Tadeusz. Zanim dziadka rozstrzelano, dwa razy uniknął śmierci. Za każdym razem uratował go ordynans.
Maria hrabina Łosiowa z Wielowieyskich (1871-1955), matka Grażyny. Na zdjęciach, czy to w ogrodzie, czy przy fortepianie, zawsze wyprostowana jak struna. Pisała: "W rodzinie Wielowieyskich jest stary zegar, na którym jeden z Dziadów naszych kazał wyryć (w Genewie) sentencję: Il est toujours l'heure de faire des heureux (Zawsze jest czas na uszczęśliwianie ludzi). Niech i to będzie tradycją naszego domu". Po wojnie robiła z ptasich piórek spławiki do wędek.
Stanisław hrabia Łoś (1865-1939), ojciec Grażyny. Gdzie się nie pojawiał, tam zakładał orkiestrę włościańską. Podobno, gdy studiował na Akademii Rolniczej w Monachium, chodząc na zajęcia przez las, nauczył kosy wygwizdywać melodię krakowiaka. Stanisława seniora nie należy mylić ze Stanisławem juniorem, bratem Grażyny.
Maria Boniecka z hrabiów Tyszkiewiczów (1871-1923), matka Michała. Przyjęła oświadczyny od Edwarda na balu karnawałowym w Krakowie w pałacu Pod Baranami. Ślub odbył się z wielką pompą w miasteczku Waka na Litwie w czerwcu 1895 roku. Matka Marii była przerażona temperamentem gości przybyłych z Podola.
Edward Fredro-Boniecki (1868-1924), ojciec Michała. Zastał na Podolu dom słomą kryty, a postawił murowany pałac z kanalizacją, wodociągami, elektrycznością, centralnym ogrzewaniem i telefonem. W latach dwudziestych XX wieku bolszewicy zrównali budynek z ziemią. Siostra Edwarda, Joanna po mężu Jaroszyńska, zamieszkała przy Nowym Świecie w Warszawie, a brat Stanisław - w Tomczycach.
Ida hrabianka Łoś (1897-1966), siostra Grażyny. Przed wojną na korytarzach radia, gdzie pracowała, wołali do niej: "O, idzie piła!". Bo grała na pile. Złościło ją to, więc ogłosiła wśród słuchaczy konkurs na zmianę nazwy instrumentu. Wygrało słowo klinga, niestety nazwa nigdy się nie przyjęła.
Maria Immakulata hrabianka Łoś (1895-1985), siostra Grażyny. Bliscy mówili do niej Imola. Ostatnia siostra kanoniczka w Warszawie. Ale za to pierwsza i jedyna kobieta, która dostała zlecenie od klubu dżokejów w S?o Paolo na namalowanie koni na ścianie stajni.
Andrzej hrabia Łoś (1899-1962), brat Grażyny. Po kapitulacji Helu w 1939 roku trafił do oflagu w Königstein. Gdy dowiedziała się o tym jego żona Magdalena - zwana Bobą - wsiadła w auto i ruszyła przez ogarniętą wojną Europę do Rzymu, by starać się o uwolnienie męża. W tej ratunkowej misji za jedyną towarzyszkę miała ulubioną spanielkę Mott. Jesienią 1940 roku Boba i Jędrek byli już w Brazylii. Czy z pieskiem? Nie wiadomo.
Elżbieta Podhorska z hrabiów Łosiów (1902-1986), siostra Grażyny. Znana jako Litka. Wyszła za Bolesława księcia Podhorskiego, z którym budowała Osadę Krechowiecką na Wołyniu. Stworzyli od zera miasteczko, po którym dziś nie ma ani śladu.
Adam hrabia Łoś (1904-1962), brat Grażyny. Jedyny z rodzeństwa, który nie miał za grosz słuchu muzycznego i nie grał na żadnym instrumencie. Za to miał bardzo zdolną żonę poetkę Krystynę Konarską-Łosiową (1910-2002).
Edward Fredro-Boniecki (1897-1970), brat Michała. Uważany za najprzystojniejszego wśród rodzeństwa. Całą II wojnę światową spędził w oflagu w Murnau. Jego żona Zofia z hr. Korwin-Kossakowskich i dzieci zostały wywiezione w głąb Rosji, a potem z armią Andersa trafiły do Iranu. Po wojnie małżonkowie odnaleźli się we Włoszech, skąd wyemigrowali do Londynu. Dzięki wspomnieniom Edwarda zachował się opis dworu w Kuźmińcach.
Stanisław hrabia Łoś (1906-1980), brat Grażyny. Z przyszłą żoną Ireną Płoską spotkali się dopiero pod koniec wojny we Włoszech, choć ich drogi skrzyżowały się po raz pierwszy we wrześniu 1939. Pobrali się w Londynie, a w 1948 roku dołączyli do Andrzeja i Magdaleny w Brazylii.
Izabella Fredro-Boniecka (1906-1942), siostra Michała. Wymarzyła sobie, że zeswata przyjaciółkę Grażynę z bratem i dopięła swego. Intryga była o tyle prostsza, że oboje lubili jeździć na nartach.
Andrzej Fredro-Boniecki (1907-1978), brat Michała. Też uwielbiał narty i pozostaje zagadką, jak udało mu się wjechać do Zakopanego podczas niemieckiej okupacji, gdy kurort był zamknięty dla Polaków. Chyba umiał nieźle zakombinować.
Ksiądz Adam Boniecki (ur. 1934), syn Grażyny i Michała. Chciał wstąpić do KOR-u i dostał nawet zgodę od swojego prowincjała, ale nie udzielił jej naczelny "Tygodnika Powszechnego" Jerzy Turowicz. Adam usłyszał: "Nie każdy może robić wszystko".
Stanisław Fredro-Boniecki (ur. 1936), syn Grażyny i Michała. Młodszy od Adama, ale odważniejszy. Gdy w drodze do szkoły Adama zaczepili chuligani, Stanisław bez wahania stanął w obronie brata i sprał wyrostków. Lata później rzucił studia i zaciągnął się na kuter rybacki.
Krystyna Fredro-Boniecka (ur. 1937), córka Grażyny i Michała. Nazywano ją Tina. Pozowała rzeźbiarce Zofii Trzcińskiej-Kamińskiej. W licznych kościołach i w kaplicach można spotkać Matkę Boską z twarzą młodej Krystyny.
Maria Dąbrowska z domu Boniecka (ur. 1940), córka Grażyny i Michała. W dzieciństwie Maryla, bo tak na nią mówiono, dostała od chrzestnej rower marki Diamant. Nie protestowała, kiedy przejął go starszy brat Adam. Widocznie już wtedy wiedziała, że woli motocykle. Do dziś, gdy odwiedza w Rzymie córkę Ewę, jeździ po mieście na skuterze.
Tadeusz Fredro-Boniecki (ur. 1943), syn Grażyny i Michała, mój tata. Najbardziej znany głos radiowy w latach siedemdziesiątych. Gdyby Bonieckim nie odebrano majątku i nie nastała władza ludowa, Tadeusz nigdy nie zostałby barmanem w warszawskim SPATiFie i nie poznał Ewy, która pracowała tam jako kelnerka. Nie byłoby mnie ani mojej siostry Doroty. Jedna z ciotek miała nadzieję na arystokratyczne pochodzenie mojej mamy. Spoglądając na nią przez monokl, zapytała: "A z których to Śliwińskich jesteś, moje dziecko?". Mama odparła: "Z tych z Warszawy".