Przychodzi wezwanie do stawienia się...
W końcu przyszło.
Doskonale wiedziałeś, że tak się stanie, nie wydarzy się żaden cud, a jednak w głębi ducha wierzyłeś, że komuś się coś pomyli, coś się gdzieś zawieruszy, ktoś się za tobą wstawi i uratuje cię przed tym, co nieodwołalne. Przecież nie jesteś żadnym przestępcą - każdy, kto cię zna, zapewni, że porządny z ciebie gość: uczciwy, serdeczny, rodzinny. To, że ta babka wlazła na pasy, a ty jej nie zauważyłeś - przecież było ciemno, lał deszcz jak z cebra - jeszcze nie robi z ciebie jakiegoś zwyrola. Nie chciałeś jej potrącić, robiłeś, co mogłeś, żeby ją wyminąć, ale... nie wyszło. Może dlatego, że była o kulach i nie zrobiła żadnego uniku. A może dlatego, że wypiłeś na imieninach kolegi te nieszczęsne trzy szklaneczki whisky i trochę ci się spowolniły reakcje. Twój prawnik zapewniał, że jakoś się z tego wyślizgasz, bo nigdy nie miałeś jakichkolwiek problemów z prawem, masz doskonałą opinię z miejsca pracy, a kobieta sama była sobie winna. No, może niezupełnie. Ale przestępstwo nieumyślne to nie to samo, co z premedytacją! W każdym razie prawnik coś tam pieprzył o zawiasach, o nadzorze elektronicznym... Takie tam prawnicze gadanie.
Kiedy w południe usłyszałeś dzwonek do drzwi, nie miałeś wątpliwości, że to listonosz - od ogłoszenia wyroku w drugiej instancji minęły trzy tygodnie, a więc to musiało być wezwanie do odbycia kary pozbawienia wolności w zakładzie karnym. Mniej więcej tyle czasu trzeba, aby twoja sprawa pojawiła się w systemie Służby Więziennej.
I rzeczywiście - kwitujesz odbiór przesyłki i czytasz najgorszy komunikat w swoim życiu: "Skazanego na karę pozbawienia wolności sąd wzywa do stawienia się w wyznaczonym terminie w areszcie śledczym, położonym najbliżej miejsca jego stałego pobytu, wraz z dokumentem stwierdzającym tożsamość. Sąd może polecić doprowadzenie skazanego do aresztu śledczego bez wezwania".
Pamiętasz? Brałeś pod uwagę różne scenariusze - że uciekniesz, gdzieś się ukryjesz, zmienisz wygląd. Pojedziesz w Bieszczady i nikt tam nie będzie cię szukał.
Tym, którzy cię żałowali, mówiłeś: nie ma wała, nie dam się zamknąć, to przecież, kurwa, niemożliwe. Ale wciąż też słyszałeś, że kara jest nieunikniona, a robiąc coś głupiego, można tylko pogorszyć sytuację. Bo to życie, a nie powieść Hrabia Monte Christo. Zresztą jej bohater też trafił do puchy i dopiero z niej się ukręcił.
Oczywiście, wiesz, dokąd się udać - kilkakrotnie ci uświadamiano, jaki zakład karny znajduje się najbliżej twojego domu. Jeśli jesteś z dużego miasta, powiedzmy z Warszawy, masz wybór - możesz pojechać na Białołękę, na Kłobucką albo na Chłopickiego. Poza stolicą nie zostaniesz przyjęty.
Jeśli jesteś z mniejszej miejscowości - wybór masz ograniczony. Ale co to za różnica? Więzienia aż tak bardzo się między sobą nie różnią, zresztą nie masz pewności, czy po tak zwanej przejściówce nie zostaniesz wywieziony w jakieś inne miejsce na mapie Polski.
Owszem, zdarzają się przypadki, że skazany chce trafić do określonego ZK, który znajduje się daleko od jego miejsca zamieszkania, i zmienia sobie na tę okoliczność meldunek, ale powiedzmy, że ciebie to nie dotyczy.
Oczywiście, na razie nie myślisz o tym, dokąd ostatecznie trafisz - na razie masz przed oczami bramę, którą przekroczysz już niedługo, i niejasny obraz tego, co czeka cię za murem. Może niepotrzebnie naoglądałeś się tylu filmów, których akcja dzieje się za kratami, bo wiesz z nich jedno: idziesz tam nie po to, aby rozliczyć się ze sprawiedliwością, ale po to, aby przeżyć koszmar upokorzenia. Z drugiej strony, dobrze, że już wiesz, że nie czeka cię pobyt w sanatorium.
Żeby było jasne: nikt ci nie zapewnił biletu na przejazd, nie jedziesz w delegację służbową - to musisz ogarnąć we własnym zakresie. Najważniejsze, żebyś stawił się w zakładzie karnym niezwłocznie; żeby na ciebie nie czekali. Bo tam pracują nerwowi goście - jeśli uznają, że się spóźniasz, wyślą po ciebie policję i zostaniesz doprowadzony siłą. A to będzie bardzo zły początek - osadzony doprowadzony przez policję jest traktowany gorzej niż ten, który pojawił się z własnej woli (choć można dyskutować, czy jest to rzeczywiście własna wola). Na pewno okoliczność ta zostanie uwzględniona przy ocenie okresowej - będzie brana pod uwagę przez sąd penitencjarny (naturalnie, za jakiś czas), od którego zależy, czy wyjdziesz na wolność przedterminowo, czy też nie. A póki co, może mieć znaczenie przy kwalifikacji do podgrupy, o czym za chwilę.
Jest patent na krótkie odwleczenie początku odsiadki - żebyś został przyjęty, musisz się stawić w godzinach pracy administracji zakładu karnego, czyli z reguły do szesnastej. Ktoś przecież musi potwierdzić, że się stawiłeś, zabrać twój dowód osobisty, wypełnić wszystkie niezbędne kwity.
Jeśli zapukasz za pięć szesnasta, usłyszysz, że masz się stawić następnego dnia. Czyli jeszcze jedna noc z żoną/mężem/kochanką/kochankiem/w samotności - przed tobą.
Ale czy warto? Czy nie lepiej zacząć odsiadkę jak najszybciej, żeby jak najszybciej ją skończyć?
Powiedzmy, że nie chcesz, aby rodzina ci towarzyszyła w tej "ostatniej drodze" - nie życzysz sobie rozdzierających scen albo kolejnej porcji zarzutów, że zmarnowałeś czyjeś życie, że naznaczyłeś dzieci piętnem potomków kryminalisty. Zawozi cię kolega, przybija ci piątkę i zapewnia, że będzie cię odwiedzał. Jeszcze nie wiesz, że z tymi odwiedzinami sprawa nie jest taka prosta; że nie będziesz przyjmował gości, jakich chcesz i kiedy chcesz. Rytm odwiedzin określi ci Służba Więzienna, ale o tym dowiesz się już niedługo.
Na razie stawiasz się "na bramie" - tam, gdzie koczują rodziny osadzonych, czekające na widzenie. Widzisz zrobione na bóstwo kobiety o smutnych oczach i małe dzieci, które, nie wiedzieć czemu, zachowują się tak beztrosko, jakby nie zdawały sobie sprawy, gdzie są i co się dzieje z tatą. Przez chwilę zastanawiasz się, czy twoje dziecko też będzie traktowało wizytę w pierdlu jak w jakiejś pieprzonej Hulakuli. Przekonasz się - za miesiąc, dwa. No, może za pół roku, bo żona przez długi czas będzie się kładła Rejtanem, że dziecko nie powinno oglądać więzienia. W końcu ulegnie.
Masz ze sobą bardzo niewiele - tak naprawdę tylko ubranie i jakieś podstawowe rzeczy. Potem, w zależności od tego, do jakiej podgrupy zostaniesz zakwalifikowany, będziesz mógł mieć ich więcej.
Na razie trafiasz na tak zwaną przejściówkę, na której spędzisz mniej więcej dwa tygodnie - to tam zostaniesz zakwalifikowany na oddział docelowy. Dwa tygodnie to wystarczająco dużo czasu, aby sprawdzić, czy jesteś na coś chory, czy nie przywlokłeś za kraty jakiejś zakaźnej francy, czy nie masz problemów z używkami. I generalnie - jaki z ciebie typ: spokojny czy narwany, twardy czy ze skłonnościami do autodestrukcji, chętny do współpracy ze Służbą Więzienną czy krnąbrny i oporny.
Następnie opinie wychowawców, psychologów i lekarza trafiają do komisji penitencjarnej, która "wrzuci cię" do odpowiedniej podgrupy. Są trzy: jedynka, czyli zakład karny zamknięty (zwany zamkiem), dwójka, czyli zakład karny półotwarty (zwany półotworkiem), oraz trójka, czyli zakład karny otwarty (zwany otworkiem). Ty, który trafiasz za kraty po raz pierwszy, jesteś tak zwaną "petką", natomiast ci, którzy wrócili z wolności do "chliwa", są recydywistami, czyli "erkami". Żeby było jasne: "erka" to ten, kto siedział z wyrokiem. Jeśli do więzienia trafia osadzony, który przebywał w areszcie śledczym nawet przez dłuższy czas (do dyspozycji prokuratora), ale jego sprawa nie zakończyła się prawomocnym wyrokiem - także jest "petką". Choć zna on więzienne realia nie gorzej niż stary "recedens". W penitencjarnym alfabecie jest jeszcze "emka", czyli osadzony młodociany - taki, który jeszcze nie przekroczył 21. roku życia. Tak naprawdę to powinien być naznaczony literką "D" - od "dziecko", ale dla wymiaru sprawiedliwości dzieciństwo kończy się bardzo szybko.
Na marginesie - pewien nieżyjący już boss jednej z dużych stołecznych grup przestępczych powiedział mi kiedyś, że wsadzanie młodziaków z wyrokami dłuższymi niż pół roku to nieporozumienie. Przynajmniej takich, którzy wpadli za coś drobnego - za jakiś włam.
Wystarczy kilka miesięcy, żeby młody się przekonał, że pierdel to potworne miejsce, i po wyjściu na wolność zrobi wszystko, aby nigdy więcej do niego nie wrócić. Jeśli posiedzi dłużej, to nasiąknie więzieniem, stanie się prawdziwym kryminalistą i już nigdy nie wróci do normalnego świata.
Ty raczej nie trafisz na zamek - to jest miejsce dla recydywistów czy "pezetów" (członków zorganizowanych grup przestępczych) oraz skazanych za poważniejsze przestępstwa: za "głowę", za handel narkotykami czy za "majty", a więc gwałt i wymuszenie czynności seksualnej (artykuł 197 Kodeksu karnego). Ty stałeś się przestępcą niejako przez przypadek, przez zrządzenie losu, wbrew twojej woli. No, ale jednak!
A gdzie trafisz? O tym za chwilę.