Jacoby
Wcześniej
W gabinecie szkolnej psycholog pachniało zwietrzałymi konwaliami. Ktoś próbował je spryskać świeżą leśną bryzą, ale zafundował mi tym migrenę.
- A czy ja wyglądam jak nasz stary? - warknąłem bez sił. Okej, trochę wyglądałem, ale to nie znaczyło, że miałem być na miejscu. - Albo matka?
Pedagożka pokręciła się niezadowolona na krześle.
- Jacoby, jesteś najlepszym...
- Każda mi powtarza, że jestem najlepszym, co ją w życiu spotkało - sarknąłem, żeby tylko rozdrażnić panią Burgs.
Chryste, tej kobiecie brakowało piątej klepki, jeśli myślała, że miałem jakikolwiek wpływ na Chloe. Tylko ta dziewczyna miała wpływ na to, co robiła, a był to jebany chaos.
- Pogadam z gówniarą, ale proszę nie liczyć na cuda - odezwałem się, nim purpurowa na twarzy nauczycielka zdołałaby mnie uziemić.
Zmrużyła swoje paciorkowate oczy. Może i nie miała ślepi żmii, ale w tym momencie zachowywała się gorzej niż gad.
- Jesteś kilka miesięcy starszy.
- To czemu ja tu siedzę, a nie rodzice? - wytknąłem.
Kobieta z westchnieniem odłożyła pióro na papiery. Krzesła zaskrzypiały pod nami obojgiem. Ja szykowałem się do ucieczki, a ona pochyliła się poufale do przodu. Burgs nie była zła, tylko trochę zakurzona w swoim systemowym myśleniu, które nie umiało z powodzeniem odnaleźć gówna w dupie.
- Dobrze, twoja siostra była małym impulsem do ściągnięcia cię tutaj - wyznała z lekkim wstydem. Strzeliła zmęczonymi oczami w stronę drzwi, jakbym miał zaraz przez nie wypaść. Kusiło. - Prośby o indywidualne spotkanie, które dotyczyłoby ciebie, raczej... olewasz.
Usta mi drgnęły.
- Wow, kobieto, nie szarżuj z tym slangiem, bo drzwi z zawiasów wyrwiesz ty, nie ja.
Posłała mi karcące spojrzenie, ale szybko zmiękło. No i zaczynało się. Słyszałem to co roku, co semestr i pewnie słyszałbym co tydzień, gdybym jej faktycznie nie zlewał.
- Jacoby, tkwi w tobie taki...
Machnąłem ręką zniechęcony. Ludzie się uwzięli. Zobaczyli parę kolczyków oraz tatuaży i już sobie wyobrażali, że mam w dupie przyszłość, bo liczy się tylko ta chwila. W takich momentach czułem się starszy niż emerytka, która aktualnie smażyła sobie trwałą gdzieś na Tajwanie. Miałem marzenia. Miałem plany. Dlaczego wszystkim się wydawało, że tkwią we mnie tylko gorzała i niewylana sperma?
Ach tak, pozory.
- Czy Chloe naprawdę upchała skórki od bananów w szafkach nauczycieli i odkryliście to dopiero teraz? - wtrąciłem, opierając dłonie na podłokietnikach.
Burgs przytaknęła skinieniem głowy.
Zajebiście. Nawet kumple Chloe ją sprzedali, bo mają dość jej głupawych pomysłów.
- Dostała kozę? Świetnie, pokażę jej, gdzie stoją kosze na śmieci z odpadami bio. Może sama się tam umieści.
Kobieta prychnęła śmiechem, po czym prędko zasłoniła usta dłonią.
- Jacoby...
- To była bardzo owocna, rozumie pani, rozmowa. Do niezbyt rychłego zobaczenia!
Spieprzałem z tej nieszczęsnej klitki tak szybko, jak mogłem, uważając przy tym, żeby nie wzbudzić podejrzeń nauczycieli kręcących się wokół. Tempo kroków mi się zmieniło, gdy poczułem zapach gumy balonowej. Rozejrzałem się czujnie w poszukiwaniu Thei. Przekląłem pod nosem, bo to tylko jakiś dzieciak z pierwszej klasy żuł ich z piętnaście i bezmyślnie wpatrywał się w plakat zeszłotygodniowego meczu zamykającego rok szkolny.
Moja niespełna rozumu oraz instynktu samozachowawczego siostra posłała mi SMS-a z informacją, że dotarła sama do domu. Wspaniale, gówniaro, udław się obiadem.
To nie pierwszy raz, kiedy musiałem świecić oczami za Chloe, ale byłem tym już zmęczony. Z jakiegoś powodu przez jej odpały to mnie ciągnięto na rozmowy, bo sądzili, że jeśli ja się "poprawię", Chloe straci zły wzorzec. Ale zły wzorzec został odciśnięty w jej pustej głowie przy porodzie. Tego nawet nasz ojciec nie dałby rady nadpisać, niezależnie od tego, jaki program by dla niego stworzył Fox.
W takich chwilach nie chciało mi się myśleć o więzach krwi. Miałem chęć po prostu spieprzać od Torsth i LA tak daleko, jak się dało. Durne uprzedzenia i zapyziałe, szablonowe myślenie. Chloe się wydawało, że liceum musi być takie, jakie widywała w sieci. A może nic jej się nie wydawało, tylko żyła tak, jak jej podpowiadały kaprysy? Nie miałem już ochoty rozpracowywać tej dziewuchy. Kiedyś jeszcze starałem się łagodzić rozróby, które próbowała wywoływać z różnych powodów. Ale byłem jeden, a nasza szkoła to ogromny pierdolnik i nie mogłem uchronić wszystkich.
Brzydziłem się dręczeniem. Nie wiedziałem, dlaczego Chloe nigdy się nie nauczyła pieprzonej uprzejmości. Stawała się za to coraz sprytniejsza, zwłaszcza gdy czepiała się Thei.
Słodka Thea przemykała po korytarzach jak myszka. Uciekała mi sprzed oczu tak prędko, że nie zawsze byłem w stanie ją ochronić. Szlag. Sama myśl o tej dziewczynie podnosiła mi ciśnienie...
Po powrocie do domu zaparkowałem koło nieznanej audicy. Samochód musiał należeć do któregoś z kontrahentów mamy, bo faceci z drużyny ojca nie skusiliby się na tak lśniące cacko. Nie byli dzikusami, ale ich fury z reguły pokrywała metrowa warstwa błocka.
Wyłączyłem silnik i oparłem potylicę o zagłówek. Zostawiłem włączone radio. The Hunted Saint Asonii szydziło ze mnie z głośników.
Thea Zarie lata temu wlazła mi pod skórę i jeszcze nie znalazłem sposobu, by ją stamtąd wyciągnąć. Nie była zainteresowana długimi rozmowami, na randkę pewnie by nie poszła przez głupie pozory oraz plotki w szkole. Gdybym jeszcze wypieprzył połowę plotkar, mógłbym się zgodzić z jej niechęcią. Święty nie byłem, ale bez przesady. Nie znałem Thei za dobrze, ale wystarczyło mi obserwowanie. Mowa jej ciała, rezerwa i opanowanie. Kilka słodkich słów, nikły uśmiech...
Byłem frajerem, bo przepadłem dla niej z powodu małych gestów.
Dziś widziałem ją tylko na trzech wspólnych lekcjach. Nie wiedziałem nawet, dokąd uciekała na przerwach.
Brzmiałem jak przegrany stalker. Aż jęknąłem w reakcji na te smętne myśli.
Wygramoliłem się z samochodu, mając ochotę na połowę zawartości lodówki i cztery pizze. Wciskanie kitu dorosłym, że dam sobie radę z zachowaniem Chloe, było cholernie wyczerpujące.
- Jestem już! - zawołałem, trzaskając drzwiami. Zawiesiłem plecak na haku przy wejściu i zrzuciłem ze stóp nowe buty.
Matka ostatnio miała obsesję na punkcie najświeższych projektów swojej awangardowej konkurencji. Jako dobry syn zgodziłem się na jedną akceptowalną, czarną parę. Niewygodną jak niebo bez pikantnych skrzydełek.
Wszedłem do kuchni, ale zatrzymałem się w progu. Ojciec, Chloe, matka i jakiś obcy typ siedzieli przy obiedzie i najwyraźniej na mnie czekali.
- Co znowu odwaliłaś? - warknąłem w kierunku siostry.
Garniaki tak po prostu nie wpadały do naszego domu.
Siostra zmarszczyła nos wyraźnie poirytowana, że szukam w niej winy. Popatrzyłem na mamę bawiącą się wisiorkiem i tatę, który z nonszalancko skrzyżowanymi na piersi ramionami przeszywał mnie wzrokiem.
- Usiądź. - Wskazał wyspę. - Nie będę cię zeskrobywał z podłogi.
Mógł nie informować przez telefon, że chcieli brać udział w jakimś niedorzecznym reality show. Sposób, w jaki opisywali Prawdziwe życie, przyprawiał mnie nie o radość, lecz o cholerne ciarki.
Przyjrzałem się zadowolonemu Willowi Tollowi. Facet najwyraźniej cieszył się z doboru rodziny.
Będzie miał niezły pokaz. Tyle że beze mnie.
- Nie będę brał w tym udziału - oświadczyłem. Moja odmowa spotkała się ze zdziwieniem wszystkich oprócz taty. Mógłbym przysiąc, że jego usta drgnęły w uśmiechu, ale gdy przyjrzałem mu się lepiej, stwierdziłem, że ma równie stoicką minę co wcześniej. - Nie interesują mnie: rozgłos, sława ani proponowane wynagrodzenie.
- Synu, mógłbyś chociaż się zastanowić - rzekł Toll i od razu został skarcony spojrzeniem przez tatę za to synowanie. - Rodzice bardzo was chwalą i twoja siostra już ma kilka świetnych pomysłów. Mógłbyś...
- Wyjść w tej chwili z kuchni - sarknąłem. - Zanim będziesz miał prawdziwy show.
- Jacoby! - upomniała mnie mama ostro. Kręciła głową, jakby chciała, żebym się zamknął, ale jednocześnie chyba liczyła, że się zgodzę. - Will ma rację. Damy ci czas do jutra.
- Nie, mamo, serio. Nikt mi nie będzie pakował kamery w nos, żeby sp... - Zerknąłem pospiesznie na ojca. - Spełnić swoje marzenia podglądacza. W ogóle jak wy sobie to wyobrażacie? To się nie uda!
- Z takim nastawieniem niczego byśmy nie osiągnęli. - Mama przeciągle westchnęła, masując punkt nad brwiami. Najwidoczniej mój opór był świetnym środkiem migrenogennym.
Chloe wcześniej to zerkała w telefon, to przyglądała się mnie. W końcu zablokowała ekran i wydęła wargi, jakby nie wiedziała, że na mnie to wcale nie działało.
- Braciszku, możesz chociaż raz nie sprzeciwiać się naszym pomysłom?
Przewróciłem oczami, bo bywałem przeciwny głównie jej wymysłom. Mama i tata czasem dawali sobie radę z czymś normalnym. Ale to? Kompletne wariactwo.
- Taki ze mnie mały buntownik - zadrwiłem.
- Nie mogę być tam jedyną nastolatką, proszę! - Siostra zatrzepotała rzęsami, jeszcze bardziej zmniejszając swoje szanse na uzyskanie mojej przychylności. Miała pełno koleżanek, które chętnie będą się z nią taplać w basenie na pokaz. Starałem się nie uśmiechać na jej jęczący ton. - Bliźniaczki Zarie'ów to jakieś gówniary, a Thea pewnie...
- Zarie'owie?! - Praktycznie wystrzeliłem z krzesła. Tata lekko opuścił głowę, żeby ukryć rozbawienie.
- Tak, skarbie - podłapała mama, jakby to miała być jej karta przetargowa. - Prawdopodobnie przeniesiemy się do domu Zarie'ów. Właśnie na tym będzie to polegało: na prawdziwym życiu dwóch rodzin.
Jakby było w nas cokolwiek prawdziwego...
Udało mi się jednak zatrzymać ten komentarz dla siebie. Miałem w głowie ogromny mętlik. Zarie'owie i my? Cholera, to faktycznie będzie... wybuchowe i nierealne. Oblizałem wargi, intensywnie myśląc. Okej, reality show z Theą nie brzmiał aż tak źle, ale po prostu odrzucała mnie wizja pokazywania się światu w tak dosadny sposób. Na samo wyobrażenie o tym poczułem się obnażony do samej duszy.
Pragnąłem znaleźć wyjście z tej sytuacji, zaprzeczyłem więc po raz kolejny. Wolałem zostać w domu i kibicować im z kanapy. To była decyzja, której nie mogli zmienić. Tata jedynie przytaknął, chociaż mama i Chloe wciąż się upierały, że wpłyną na moje zdanie.
Problem zaczął się w momencie, w którym powiedzieli, że nie mogę zostać w domu, bo jeszcze nie jestem pełnoletni. Ten cały Will pieprzył coś o tym, że to będzie dopiero połowa sezonu nagrywki i jeśli nie uzyska zgody od rodziców...
Spojrzałem na tatę z rozgoryczeniem.
O czym on, do cholery, myślał? Co ich w ogóle napadło, żeby się zgadzać na reality show? Nasze życie było dla nich na tyle nudne, że musieli ściągać sobie na głowy kolejną burzę?
Przesunąłem językiem po zębach, trącając koniuszkiem kolczyk.
Nie będę ich cyrkową małpką.
- Skarbie - zaszczebiotała mama, niemal ryjąc w moim umyśle szczelinę swoim ostrym "r". Zrobiło mi się żal, że aż tak się tym ekscytowała. - To doskonała okazja, nie uważasz? Mógłbyś pracować z Lyle'em Zariem w studiu. Wiem, że chciałbyś pójść w tym kierunku...
Odgarnąłem dłońmi z twarzy włosy. Śmierdziałem potem i frustracją, do tego Chloe patrzyła na mnie z kpiącym uśmieszkiem. Jasne, że zamierzała się pławić w blasku sztucznego światła, które by jej przystawili.
- Wolę zapracować na to własnymi rękami niż tymi kierowanymi przez scenariusz - prychnąłem, wstając.
Ojciec posłał mi jedno z tych swoich twardych spojrzeń, więc niechętnie zostałem w kuchni. Ucieczka kusiła, ale chyba lepiej będzie zamknąć ten temat.
- To może polecisz do ciotki Maddie? Dawno się nie widziałeś z kuzynami - zaproponowała mama. Szkoda, że te chłopaczki to kutasy pierwszej wody. Wolałbym zjeść dziesięć pająków, zamiast bujać się w ich towarzystwie dłużej niż dwanaście sekund. - Skończysz szkołę wcześniej i polecisz.
Zawahałem się. Mimo durnego kuzynostwa i niechęci do Melbourne miałbym znacznie większą swobodę. Maddie ledwo pilnowała swoich dzieciaków. Totalnie nie miałaby głowy do myślenia o mnie. Pewnie pokazałaby mi pokój, lodówkę i pozwoliła wyfrunąć z gniazda.
Will Toll poruszył się na krześle, a ja wykrzywiłem twarz z odrazą. Nie wiem, co takiego było w tym facecie. Wyglądał jak przeciętny pięćdziesięcioletni Amerykanin, a jednocześnie miał w sobie coś tak oślizłego, że mu nie ufałem. Może był dobrym współproducentem czy tam dyrektorem wykonawczym, nieważne.
- Jeśli nie wyrażasz zgody na wzięcie udziału w reality show i nie chcesz wyjeżdżać, przewidujemy także opcję pozostania w Torsth, ale w innym wymiarze - rzekł. - Zakładamy, że Thea Zarie również odmówi udziału, a jej urodziny wypadają... - Zaczął grzebać w papierach. Musiałem przygryźć język, żeby nie podać daty. - Ach tak, zimą. Więc dziewczyna tym bardziej nie może wyjechać. Lyle Zarie odmówił przenoszenia jej gdziekolwiek, zatem moglibyście wspólnie spać na poddaszu. Kamery nie zostaną umieszczone na tym piętrze, będziecie mieć co najmniej jedną drogę wyjścia.
Przełknąłem ślinę tak ciężko, że niemal się zakrztusiłem. Kurwa. Na poddaszu z Theą? Zignorowałem spojrzenie ojca i skoncentrowałem się na Willu. Wyglądał, jakby się zasadzał na tłuściutkiego kanarka.
Kutas.
- Na poddaszu jest tylko pokój Thei - zauważyłem spięty do granic możliwości.
Wyobrażenie sobie jej tak blisko musiało poczekać. Gdybym poszedł teraz w tym kierunku, stałbym się nieprzydatnym gamoniem, któremu wyszły oczy z orbit. Moje dłonie drżały na samą myśl, że w końcu...
Zaschło mi w gardle z nerwów. Fantazja podsunęła rzeczy, które wcześniej widywałem jedynie w niezbyt przyzwoitych snach.
- Oddzielimy was parawanem. - Usta ojca rozciągnęły się w uśmieszku.
Posłałem mu mordercze spojrzenie, ale tylko się roześmiał.
- A chłopaki?
Coś przemknęło przez jego twarz, nie umiałem jednak rozgryźć co. Wujkowie by mnie przechowali, ale chyba działo się coś więcej, skoro tata nie wspomniał, że mogę zamieszkać u któregoś z nich.
- W tym przypadku nie - zaprotestował. - Twój wybór, Jac. Parawan albo Melbourne. Po trzydziestym lipca będziesz mógł wrócić do domu. Wierzę, że wraz z osiągnięciem pełnoletności nie ulotni się z ciebie mózg.
Prychnąłem z irytacją. Szlag by to. Ojciec wiedział o mojej niechęci do Australii i wyczuwał we mnie za dużo słabości do Thei.
Trzy tygodnie w jednym pokoju z Theą... Musiałem odpuścić te myśli. Wystarczyła mi mina Chloe - chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, że skrzywiła się jak po powąchaniu gówna.
- Niech będzie parawan. - Starałem się brzmieć na bardzo, bardzo zrezygnowanego.
Po części byłem zrezygnowany. Sama perspektywa takiej głupoty jak reality show i mojej siostry jako czynnej uczestniczki mnie brzydziła. Ale zamieszkanie z Theą i poznanie jej trochę bliżej, zanim w końcu przestanę, do cholery, o niej myśleć? To było pociągające.
Will mówił coś jeszcze zadowolony z tego, że wreszcie poczynili najważniejsze ustalenia. Ojciec słuchał w skupieniu, ale matka nie była w stanie usiedzieć spokojnie. Wciąż przerywała podenerwowanemu już Willowi, a on w kółko jej powtarzał, że na pozostałe pomysły przyjdzie czas tuż przed nagrywaniem. Nudna papierologia nigdy nie interesowała matki - do tego zatrudniała szereg księgowych i prawników.
Toll został jeszcze przez pół godziny, nieustannie dzieląc uwagę między rodziców a telefon. Przekazał kontakt do swojej sekretarki zajmującej się udzielaniem podstawowych informacji i priorytetyzowaniem zadań.
Kiedy wyszli, nie oddychało mi się wcale łatwiej. Nie pojmowałem, po co Prawdziwe życie miało zacząć rujnować nasze. Chociaż zamieszkanie z Theą nęciło niczym syreni śpiew, nie mogłem się pozbyć przeświadczenia, że przecież nie byliśmy typem celebrytów. Okej, może matka miała takie aspiracje, a Chloe śniła o tym po nocach, mimo to tworzyliśmy zwykłą rodzinę.
Cholera, po co to zmieniać?
Złapałem ojca w drodze do jego gabinetu. Usłyszał moje kroki, ale nie zwolnił tempa, jakby chciał się oddalić od dziewczyn. Zacisnąłem palce na jego bicepsie, żeby się zatrzymał. Chryste, chyba przesadzał z ćwiczeniami z Cole'em.
- Ty się na to zgadzasz? - rzuciłem bez tchu.
- Synku... - Mars na jego ostro ciosanej twarzy przeszedł w zmartwienie. Czarne oczy, które po nim odziedziczyłem, nie wyrażały niczego. Próbował patrzeć na mnie bez emocji. Nienawidziłem tych momentów, gdy się ukrywał, jakbym był jego kolejnym klientem.
- Nie synkuj mi tu, bo przysięgam... - warknąłem, ale przerwało mi parsknięcie ponurego śmiechu ojca.
Złapał mnie za kark niczym szczeniaka i poprowadził do gabinetu.
Tak, zdecydowanie trzeba mu ukrócić spotkania z Cole'em.
Gabinet był dość ciemny. Granatowe zasłony zaciągnięto tylko w połowie, a część monitorów pozostawała wygaszona. Tata skierował się do minibarku. Wyjął dla siebie piwo, a mnie przyniósł colę. W jego oczach nareszcie zabłysły ciepło i jakieś uczucia.
- Jesteś zbyt rozsądny i roztropny, żeby zachlać mordę, wciągając koks z brzucha pracownic seksualnych, więc wsadź sobie do nosa puste groźby. - Roześmiał się na widok mojej miny.
Dzięki, staruszku, za ten kredyt zaufania...
Upił solidny łyk, w zadumie zerkając na jeden z monitorów. Chyba czytał wiadomości od swojej ekipy.
- Pomyśl o tym wszystkim jak o szansie. Podpisałem z Willem umowę. Sam nie będę się pojawiał często, ale wzmianek o samej firmie będzie sporo.
Skrzywiłem się na ten argument.
- Nie potrzebujecie reklamy.
- Potrzebujemy. Niezależnie od tego, jak dobry byś był, jak stawałbyś na rękach, musisz starać się dotrzeć do nowych klientów.
- Kupiłbyś baner na billboard i wyszedłbyś na tym lepiej - stwierdziłem wściekły. Nie chciałem patrzeć na niego z taką złością, bo przecież był najrozsądniejszym gościem, jakiego znałem, ale jego postawa przekraczała wszelkie granice rozsądku. Zacisnąłem dłonie w pięści, nie mogąc się opanować.
- Są rzeczy, które trzeba robić w bezczelnie głośny sposób. - Ojciec potrząsnął głową i zmierzył mnie pełnym namysłu spojrzeniem.
Odwzajemniłem się oceniającym zerknięciem spod zmarszczonych brwi.
- Czyli zgłosiliście się do tego? Sami?
Coś przemknęło przez twarz taty, ale oczywiście przykrył to maską obojętności.
- Wieści o planach na ten reality show dotarły do Lyle'a Zariego - wyjaśnił. - Bett mówiła, że zachęciła go możliwość współpracy z Jessamine Heyes.
- Czy ona przypadkiem nie produkuje seriali?
Tata wzruszył ramionami.
- Tak. Lyle się na to złapał, a Sus zapaliła się do pomysłu, podzieliła się tym z twoją matką... Wiesz, jak działa kula śnieżna.
Miałem wrażenie, że powinien brzmieć na bardziej znużonego tą sprawą, ale skupił się na rzeczowym referowaniu, jakby to była odprawa przed misją.
- Lyle obejdzie się smakiem, nie zyska nowych koneksji, ale my to co innego.
- Więc małpka cyrkowa za rozgłos? - zapytałem zrezygnowany.
Kącik ust ojca drgnął.
- To zostawiam waszej matce.
Ledwo powstrzymałem prychnięcie. Kolejne pozory w tym beznadziejnym życiu. Chciałem, żeby oboje byli szczęśliwi, ale matka doświadczała ekstazy jedynie dzięki sukcesom Chloe i swoim nowym projektom. Ojciec zaś wtedy, gdy on i jego zespół zapewniali ludziom bezpieczeństwo. W żadnej sytuacji nie osiągali spełnienia razem.
W dwie sekundy na moment zapomniałem o całym reality gównie i o tym, że spędzę czas z Theą - a wszystko przez rodziców.
Nienawidziłem tego zdystansowania w stosunkach rodzinnych. Chciałem, żeby było między nami dobrze, ale nie potrafiłem sobie wyobrazić dnia, w którym tak się stanie.
- Po co ty to ciągniesz? Wasze małżeństwo z dnia na dzień przypomina coraz większą farsę. - Uniosłem ręce w geście bezradności. - Po co się męczysz?
Nie mogłem rozszyfrować jego miny. Wyrażała zbyt wiele emocji. Chmurne spojrzenie powiedziało mi jedno: przesadziłem, uderzyłem w czułą strunę. Nozdrza rozdęły mu się od głębokiego, uspokajającego oddechu. Nawet przez szerokość biurka widziałem na garbie orlego nosa bliznę po złamaniu.
Szczerze mówiąc, nie mogłem tego znieść. Tata bawił się lepiej ze swoją ekipą niż z własną żoną od... Szlag, nawet nie pamiętałem, kiedy się do siebie ostatnio uśmiechnęli. Mieli gorsze relacje niż współlokatorzy, którzy muszą ze sobą jeszcze trochę pożyć, bo sytuacja ekonomiczna każdego z nich leży i kwiczy.
Spojrzałem na ojca wyzywająco. Nie zamierzałem mu odpuścić. Dawno nie rozmawialiśmy w cztery oczy.
Przesunął dłonią po twarzy. Nagle wydał mi się stary i zmęczony.
- Co mam ci powiedzieć, Jacoby? Co byś chciał usłyszeć?
- Prawdę.
Kąciki ust ojca znów się poruszyły, tym razem w gorzkim uśmiechu.
- Żaden z nas nie jest na nią gotowy, dzieciaku. - Wzruszył ramionami i nagle, jakby pstryknął włącznikiem, zmienił w miarę pogodny nastrój na niemal śmiertelną powagę. - Poza tym spójrz na to pozytywnie. Ty, Thea...
Jęknąłem. Cholerny śmieszek.
- Odwracasz kota ogonem, rozumiem. - Dokończyłem colę i cisnąłem zgniecioną puszkę do kosza. Trafiłem bezbłędnie. - Co na ten pomysł chłopaki?
Tata wyzerował piwo.
- Fox pyta, kiedy będzie mógł wystąpić. - Roześmiał się.
Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, pokazując kolczyk, który zafundował mi Foxie. Facet może był sprytny, ale puszył się niczym paw.
Pozwoliłem ojcu mówić. Obserwowałem jego podekscytowanie ostatnią akcją, w której chłopcy złapali włamywacza z Malama Street. Robiłem wszystko, byleby na chwilę zapomnieć o tym, że w sobotę przeprowadzę się do Thei.
Cholera, byłem żałosnym kutasem. Bałem się myśleć, co ona o tym wszystkim sądzi.