Za jeden wiersz. Cztery lata w chińskim więzieniu - Liao Yiwu

-
Proszę czekać

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl, edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2017

Wydanie I

Z ziemską wściekłością i czułością z zaświatów

HERTA MÜLLER

"Góry są wielką sceną, rzeki Jangcy i Wu Jiang kryją się gdzieś w odległych lożach, gwiazdy migoczą w aplauzie, który dotrze tu dopiero po dziesiątkach tysięcy lat świetlnych - teatr, pisanie i życie są nierozdzielne, ale dlaczego sprawia to taki ból?"[1] - pisze Liao Yiwu w dzienniku więziennym. Pisanie określa w sposób następujący: "Aby dokładnie zrozumieć jakąś rzecz, musisz stać się muchą, wgryźć w temat, brzęczeć uprzykrzenie i ciągle mieć się na baczności przed pacnięciem dłonią".

"Dlaczego sprawia to taki ból" i "mieć się na baczności przed pacnięciem dłonią" - te słowa zwięźle nazywają wszystko: próbę ujarzmienia - w akcie pisania - więzienia, boleśnie panoszącego się w głowie, oraz groźbę ze strony policyjnego państwa, że za pisanie o więziennym czasie można znowu trafić za kratki.

Okoliczności publikacji Za jeden wiersz. Cztery lata w chińskim więzieniu przywodzą na myśl historię Doktora Żywago sprzed pięćdziesięciu lat. Pasternak chciał koniecznie wydać powieść u Giangiacoma Feltrinellego we Włoszech. Akcja rodem z powieści kryminalnej: Feltrinelli w trosce o bezpieczeństwo wprowadza zasadę, że zaufanym posłańcem jest tylko ten, kto pokaże Pasternakowi połowę banknotu, którego druga połowa jest w posiadaniu Feltrinellego. Pasternak wysyła z kolei informację na bibułce do papierosów, że tylko listy pisane po francusku można uznać za pisane przez niego samego. Powód: Komitet Centralny KPZR robił wszystko, aby książka się nie ukazała. Sowieckie delegacje nawoływały nieustannie Włoską Partię Komunistyczną do udzielenia im pomocy. Pasternak został zmuszony do podpisania listów, w których osobiście zabrania druku powieści. A przewodniczący sowieckiego związku pisarzy Aleksiej Surkow osobiście pojawił się w Mediolanie u Feltrinellego i próbował, używając sfałszowanych oświadczeń Pasternaka, zapobiec publikacji. Feltrinelli opisuje go jako "hienę oblaną syropem". Pasternak wytrwał w uporze. Chciał tego, niezależnie od konsekwencji.

Również Komunistyczna Partia Chin chciała za pomocą wszystkich dostępnych środków uniemożliwić zaistnienie książki Liao Yiwu. Autor został poddany potwornej presji. Musiał przyrzec chińskim władzom, że nie będzie dążył do publikacji w Niemczech. Wydawnictwo Fischer wiedziało z kolei, że jest to jego największym marzeniem. Mimo to postanowiło odwlec ukazanie się książki - po części wbrew woli autora - żeby strzec go przed aresztowaniem. Zwlekało nawet wtedy, gdy Liao oznajmił, że nie zamierza zmienić decyzji i jeśli tak być musi, jest gotów iść do więzienia. Na szczęście tak się nie stało.

W przypadku Liao Yiwu ingerencje Chin spełzły na niczym. Ale w innych przypadkach kończą się sukcesem. Na niemiec­ko­-chińskiej grupowej wystawie miała zostać pokazana seria dwunastu zdjęć znanego niemieckiego fotografa. Po ingerencji chińskiej cenzury zostały dwa zdjęcia. Kuratorzy i niemiecki artysta przystali na to.

W czasach Pasternaka, aby uniemożliwić publikację, stosowano intrygi, do akcji wkraczały służby specjalne i delegacje. Dziś załatwiają to byli menedżerowie wielkich niemieckich firm. Burzą się, gdy ktoś przypomina o odmowie wydania wizy dla Tilmana Spenglera, który miał uczestniczyć w otwarciu wystawy "Sztuka oświecenia"[2]. Zaślepiają ich bilanse gospodarcze. Chińskie pochlebstwa zaślepiają również pisarzy. Juli Zeh oświadczyła podczas wizyty w Chinach, że w pełni rozumie, że podejrzanych trzeba brać w obroty, potencjalnych buntowników prześladować i zamykać, prasę cenzurować, komunikację internetową ograniczać, żeby zapobiec wojnie domowej w Chinach. I spytała, kto odważyłby się tak po prostu wstać i zażądać: "Wprowadźcie demokrację, i to natychmiast!"[3].

Podobnie jak Pasternak, tak i Liao Yiwu przeszedł wiele, zanim książka została opublikowana: przeszukania domu z wielokrotną konfiskatą manuskryptu, uparte zaczynanie od nowa pod ciągłym nadzorem. Integralności i moralnej odpowiedzialności Liao Yiwu zawdzięczamy, iż nie ustąpił, dopóki nie ukończył dzieła.

Jednakże Pasternak przychodzi na myśl nie tylko z powodu podobnej rękopisowej odysei, lecz również z powodu treści. Książka Za jeden wiersz. Cztery lata w chińskim więzieniu otwiera nam oczy. Podobnie jak w poprzedniej książce, "Wywiady z ludźmi z dolnych szczebli drabiny społecznej"[4], tu także zaglądamy za fasadę nowobogackiego, głodnego władzy imperium. Państwo zarządzające na wzór Gułagu swoimi więzieniami i obozami nie jest nowoczesnym państwem, lecz maoistycznym reliktem w przebraniu cudu gospodarczego. Ceną jest ubezwłasnowolnienie i represje spotykające Chińczyków.

Fakty to jedno. Jest jednak jeszcze wielka literacka siła tej książki. Moc jej języka sprawia, że ma w sobie chłód wnikliwej obserwacji i ciepło skóry, jest gniewna i charyzmatyczna. Życie w celi upływa w sekundowym takcie. Sadyzm i litość przeplatają się w sposób nieprzewidywalny. Ten sam człowiek jest czasem potworem, czasem kupką nieszczęścia. Każde zachowanie jest wariacko normalne, podobnie jak samo więzienie. "W areszcie śmierć była czymś tak powszednim jak codzienny posiłek" - pisze Liao.

Brutalność złodziei i morderców nie jest bagatelizowana, lecz poprzez szczegółowy opis zostaje oddemonizowana. W takich warunkach staje się nieuchronnie uprawniona. Ponieważ powodem odczłowieczenia więźniów, mówi Liao, jest samo państwo chińskie, jego "prastara tradycja, aby przy pomocy przestępców zarządzać przestępcami". Literacki kunszt Liao Yiwu sprawia, iż sarkazm objawia się w zdaniach zawsze jako druga strona męki. Dokumentalne fragmenty książki przeplatają się z poetyckimi. Ta mieszanka podczas lektury nie tylko wwierca się w głowę, powoduje też ucisk w żołądku. Język Liao Yiwu oddziałuje na ciało, gdyż sam przeszedł cielesne męczarnie. Tak jak on sam musiał przełknąć ubezwłasnowolnienie i tortury, to pomstuje, to szepcze, a w końcu wyzwala się.

Skazani na śmierć współwięźniowie już w celi nazywają się "martwy Chen" lub "mały trup". Ten ostatni ma dopiero dziewiętnaście lat. Matka współżyła z nim seksualnie, a w końcu zdradziła go z innym. Chwycił za nóż i po prostu ją zarżnął. Skazany na śmierć, w celi mówi jednak: "Kiedy dźga się w gniazdo szczura, on coś przy tym czuje, a co dopiero człowiek". Inny kandydat na śmierć mówi: "Mam tylko siebie do przegrania". Egzekucje odbywają się regularnie. Liao w imieniu wielu skazańców pisze prośbę o ułaskawienie, a potem, przed śmiercią, ostatni list do rodziny lub testament. Kiedy kolejną osobę wyprowadzają z celi na egzekucję, czytamy w książce: "Wyruszył w drogę". Brzmi tak dobrotliwie, że przechodzi nas zimny dreszcz. Potem czytamy jeszcze, że w noc przed egzekucją lekarz więzienny w specjalnej celi pobiera skazańcom krew. Państwo bierze sobie również i to.

Liao dostawał w celi papier i ołówek tylko na dwie godziny w miesiącu, w tym czasie musiał napisać nawet do dziesięciu listów. Nie mógł zatem zanotować żadnych rozmów. Dialogi są więc fikcyjne, zrekonstruowane z pamięci. Mimo to potyczki słowne iskrzą, zawierają całą skalę uczuć, gniew, sadyzm, zaangażowanie, przygnębienie, opuszczenie i samotność.

Podobnie poruszające są opisy krajobrazu: "Kieł księżyca poczerwieniał, ułożyłem się w tym ociekającym krwią psim zębie, a gwiazdy, jak zielonogłowe komary, kąsały niekończący się zmierzch". Albo: "Światło latarni za murem i światło księżyca mieszały się, mgliste budynki wtapiały się w niebo, uliczki bez żadnego powodu stawały się przepastnie głębokie, a brudne myśli pojawiały się jak cienie w magicznym lampionie".

O samym sobie Liao pisze: "Słyszałem, jak ucieka moja dusza" albo "Moje serce było martwe jak popiół".

Poemat Masakra, który Liao napisał cztery godziny przed masakrą 4 czerwca, przyczynił się do jego zguby. To lament żałobny, powódź obrazów:

W imieniu matek dusić dzieci!

W imieniu dzieci gwałcić ojców!

W imieniu żon mordować mężów!

W imieniu mieszkańców wysadzać miasta!

Żołnierze natomiast "wycierają wojskowe buty spódnicami martwych dziewcząt". I nieustannie, niczym refren, powraca:

Strzelać! Strzelać! Strzelać! Co za rozkosz, co za rozkosz!

Przebijać czaszki!

Przypiekać skalpy!

Niech tryska posoka.

Tryskają dusze.

Ta elegia jest napisana - powinno się właściwie powiedzieć: wykrzyczana - w panicznym imperatywie, w rozkazującym tonie niemocy. Tryb rozkazujący na wspak ma impet, chce powstrzymać armię przed zabijaniem.

Po krwawej rzezi Liao pisze z rezygnacją:

Masakra dokonuje się w trzech światach.

Dokonuje się w skrzydłach ptaków, brzuchach ryb, drobnym pyle.

Niezliczone fakty o koszmarnym ciężarze uchwycone zostały w tej książce w połyskujący wir słów. Autorowi nic nie umyka. Jest ona ponadto niezwykłym wyczynem pamięci. Fenomenalna pamięć po fakcie jest możliwa jednak jedynie dzięki obserwacjom prowadzonym wtedy, czyli podczas przeżywania. Z opowieści Oskara Pastiora o obozie pracy znam nieświadome, a przez to być może jeszcze dokładniejsze, rejestrowanie wszystkiego w "punkcie zero egzystencji"[5]. W przypadku Liao było zapewne dokładnie tak samo - postrzeganie pracuje nieustannie, czasem w sposób zamierzony, czasem nieświadomie. W "punkcie zero egzystencji" głowa klika i zapamiętuje sekundy. Instynkt migawki, funkcjonujący niezależnie od nas, a nawet wbrew nam. Zszargane nerwy wytwarzają przymus obserwacji. Obrzydliwa bliskość, w jaką wpychani są ludzie w więzieniach i obozach, staje się jeszcze bardziej męcząca poprzez obsesyjne rejestrowanie. Przymus obserwacji wciąga każdy szczegół w sferę prywatną, pożera resztki sił, których pilnie potrzebujemy.

A mimo wszystko przymus obserwacji jest łaską, ponieważ podtrzymuje człowieczeństwo, ponieważ potajemnie nas chroni - prawdopodobnie nawet ratuje. Ponieważ obserwujący jest w połowie na zewnątrz, nawet jeśli jest całkowicie w środku. A tam, gdzie zaniedbanie i wegetacja są nakazanym stanem, obserwacja staje się jedynym możliwym duchowym zajęciem. Postrzeganie jest męką, a męka postrzegania łaską.

Męka i łaska są w tej książce zawsze razem, wiedzą o sobie wszystko, gdyż napędem obu jest samoobserwacja. Więzienna książka Liao jest spektaklem jego wyobraźni, który przywołuje w pamięci to, co przeżyte, jako rozmowę ze wszystkim, co się wydarzyło. To przywołanie zawsze jest też nawrotem, to, co przeżyte, olbrzymieje, ponieważ istnieje już tylko abstrakcyjnie - ale wewnątrz, w głowie, jest jak ból fantomowy i nabrzmiewający strach. To fantazjowanie napędzane strachem nazywa Liao "czułościami z zaświatów". Nie można się ich pozbyć aż do śmierci, ani w domu, ani na obczyźnie. Nigdy nie odchodzą, za to zawsze powracają.

"Starym łysym przyjacielem" nazywa Liao Yiwu, laureat pokojowej Nagrody Nobla, Liu Xiaobo. Ci dwaj uzupełniają się. Każdy z nich na swój sposób otworzył nam oczy na dzisiejsze Chiny. Tyle że Xiaobo siedzi w więzieniu za swoją błyskotliwą Kartę 08, mądry zbiór propozycji reform dla demokratycznych Chin. Na tym polega jego "przestępstwo". Próżność komunistycznej partii i jej strach przed utratą władzy wiecznej są tak bezgraniczne, że nadzieja Liu Xiaobo na zmiany przyniosła mu jedenaście lat więzienia. Żelaznych towarzyszy nie obchodzi, że ten graniczący z obłędem instynkt samozachowawczy reżimu nie tylko oznacza utratę twarzy, lecz także jest zawoalowanym ogłoszeniem bankructwa. Zawzięcie i na oślep bronią swego jedynowładztwa. Również próby zaszczucia Ai Weiwei coraz to nowymi podłościami można tylko tym wyjaśnić. Fałszują, co się da i ile wlezie, żeby wynaleźć niezbędne "przestępstwa". Ale właściwie nie da się wiele - zarzuty wykluczają się nawzajem - i piętrzy się samowola. Wyroku Liu Xiaobo nie uprawomocnia nawet chińskie prawo. Znowu samowola.

Jestem szczęśliwa, że Liao Yiwu trafił do nas, na naszą obczyznę, a nie do więzienia. Jest to jego gorzkie szczęście, o wiele większe, niż jesteśmy w stanie pojąć. Takie gorzkie szczęście jest więcej warte niż gładkie szczęście - zawsze kosztuje za dużo, ale oszczędza nam jeszcze więcej. Gorzkie szczęście nie uskrzydla, trzeba je za sobą wlec. Panuje nad wybrańcem, obsypując go "czułościami z zaświatów".

Ojczyzna to miejsce, gdzie człowiek urodził się i gdzie żyje. Albo urodził się, długo żył, potem odszedł, a potem jeszcze wiele razy wracał i odchodził.

Dla prześladowanych, którzy ocaleli, ojczyzna jest miejscem, gdzie się urodzili, długo żyli, skąd uciekli i dokąd nie mogą powrócić.

Można sobie powiedzieć: do diabła z nią. Ale to nie takie proste. Ojczyzna pozostaje najintymniejszym wrogiem. Zostawia się tam wszystkich, których się kocha. A ci są nadal zdani na łaskę władzy. O ile nie siedzą jeszcze w więzieniu, muszą "mieć się na baczności przed pacnięciem dłonią".

Liao Yiwu nie będzie mógł w najbliższym czasie odwiedzić swojej ojczyzny. Ale gorzkie szczęście jest sprytne - rozmyślnie myli tęsknotę z jej brakiem. I jest wyśmienitym mistrzem trybu przypuszczającego. Mówi ci dosadnie: nie chciałbyś przecież stać się takim, jakim stać byś się musiał, gdybyś mógł zostać w domu. Ten tryb przypuszczający nie jest już życzeniem, lecz wnioskiem. Wypędza wszelką tęsknotę, wiedząc, że ona powróci, nie odchodząc. Ale również mistrz conditionalis powróci.

Mówimy o ojczyźnie - myślę, że gorzkie szczęście jest ojczyzną trybu przypuszczającego. Na emigracji odczuwa się to codziennie z ziemską wściekłością i "czułością z zaświatów".

Drogi Yiwu, do gorzkiego szczęścia dołączy gładkie. Właściwie jest tu już dzisiaj.

Przemówienie z okazji premiery [niemieckiego wydania - przyp. red.] książki Za jeden wiersz. Cztery lata w chińskim więzieniu

Berlin, 17 sierpnia 2011

(tłum. Katarzyna Leszczyńska)

Wstęp

Pisałem tę książkę trzy razy ze względu na przeszkody piętrzone nieustająco przez chińską służbę bezpieczeństwa.

Zacząłem od zapisków na rewersach kopert i skrawkach papieru szmuglowanych przez rodzinę do więzienia, gdzie w latach 1990-1994 odsiadywałem czteroletni wyrok za to, że napisałem i kolportowałem wiersz, w którym potępiłem niesławne krwawe stłumienie przez władze państwowe prodemokratycznego zrywu studentów na placu Tian'anmen w 1989 roku.

Nawet gdy już wyszedłem na wolność, policja kontrolowała mnie i nękała. 10 października 1995 roku urządzono nalot na moje mieszkanie w Chengdu, w prowincji Syczuan, i skonfiskowano rękopis. W ramach kary za to, co określono "szkalowaniem państwowego systemu penitencjarnego" w moich utworach, zarządzono dwadzieścia dni aresztu domowego.

Zacząłem pracować nad książką zupełnie od zera. Trzy lata zajęło mi stworzenie nowej wersji. W 2001 roku ona także została skonfiskowana, wraz z pozostałymi moimi niepublikowanymi utworami. Tym razem policja przejęła również mój komputer.

Pisarze lubią przechwalać się swoimi dziełami, by zapewnić sobie miejsce w historii literatury. Ja niestety utraciłem wiele namacalnych owoców swojej wieloletniej pracy. Stałem się autorem, który pisze dla rozrywki policji. Większość moich wspomnień - teksty o moim życiu i wiersze, w których tworzenie wkładałem tyle wysiłku - leży gdzieś w sejfie Biura Bezpieczeństwa Publicznego. Na czarny humor zakrawa fakt, że policja wczytywała się w moje utwory uważniej niż nawet najdokładniejsi redaktorzy. Chińscy policjanci mają niesłychaną pamięć. Kierownik miejscowej filii Biura Bezpieczeństwa Publicznego nauczył się na pamięć wielu moich wierszy i umiał odkryć w nich myśli bardziej złożone niż te, które towarzyszyły mi podczas pisania. Tak więc w pewnym sensie to, co pisałem, trafiło do serc i umysłów przynajmniej jednej wdzięcznej grupy odbiorców.

Policji właściwie nigdy nie było dość moich nowych utworów. Po każdym nalocie drążyłem więc nowe kryjówki, jak szczur, chowałem rękopisy w całym mieście, w coraz trudniej dostępnych szparach, u rodziny i przyjaciół. Te próby ukrycia własnej twórczości kojarzą mi się z noblistą Aleksandrem Sołżenicynem. Jego rękopis Archipelagu Gułag, jak wiadomo, usiłowało przechwycić KGB. Jedynym pewnym sposobem na to, by utwór nie przepadł, była publikacja.

Na początku 2011 roku, gdy wreszcie udało mi się po kryjomu wywieźć moją książkę z Chin i ustalić daty wydania na Tajwanie i w Niemczech, znów napotkałem opór ze strony chińskich władz. Moi policyjni opiekunowie, w szczytowym okresie Arabskiej Wiosny stacjonujący niekiedy pod moim domem, zaprosili mnie "na herbatę". W pobliskiej herbaciarni podsunęli mi do podpisu umowę, w której wycofuję się z publikacji. "Pańskie wspomnienia kalają reputację naszego kraju i szkodzą naszym interesom narodowym - powiedział policjant, który przeczytał skonfiskowany rękopis. - Dlaczego nie może pan pisać książek o miłości, które nikomu by nie wadziły? Wydalibyśmy je tutaj i byłby pan bogaty" - dodał rzeczowo.

Gdy uprzejmie odmówiłem, policjant mnie ostrzegł: jeżeli nie będę posłuszny, to albo wniosą przeciwko mnie oskarżenie, albo sprawią, że "na pewien czas zniknę", jak zdarzyło się w wypadku innych pisarzy i artystów, Ai Weiweia czy Ran Yunfeia.

Nie podpisałem tej umowy - postanowiłem wyjechać z kraju. Dzięki pomocy odważnych przyjaciół przedostałem się przez granicę do Wietnamu i bezpiecznie dotarłem do Niemiec, zdążając na spotkanie promocyjne z okazji wydania niniejszej kroniki mojego życia, która powstawała aż dwadzieścia lat.

Władze w Chinach nadal usiłują wymazać ze zbiorowej pamięci narodu wspomnienia niewygodnych zdarzeń bądź wypaczyć ich obraz dla własnych celów politycznych, które obejmują całokształt życia w państwie. Lecz z pamięci jednostki, człowieka, w którego psychice głęboko zapisuje się każde przeżycie, a opresja pozostawia trwałe blizny, niczego nie da się wymazać.

Fei Fei

W roku 1988, gdy w Chinach nastała era samochodów, moja starsza siostra Fei Fei zginęła w tragiczno-groteskowym wypadku drogowym. Miała trzydzieści siedem lat.

Pierwszy raz doświadczyłem wtedy śmierci kogoś bliskiego. Kilka miesięcy wcześniej zmarł mój dziadek, ale mieszkał daleko i nigdy nie był częścią mojego życia. Żałoba po nim wydawała się jedynie rodzinnym obowiązkiem. Fei Fei była moją ukochaną siostrą - byliśmy dwoma owocami z tego samego drzewa i jej śmierć mocno przeżywałem.

Napisałem o niej wiele wzruszających utworów prozatorskich i wierszy, umyślnie pomijając krwawe szczegóły ostatnich chwil. Pogrążony w przeraźliwym smutku, opisywanie jej śmierci jako abstrakcji uznałem za bardziej znośne, a może również mniej odpychające dla łagodnego ducha zmarłej. Mając do wyboru prawdę lub zaświaty, postanowiłem się skoncentrować na tym drugim wymiarze. W mistycznym świecie zapełnionym romantycznymi artystami duch Fei Fei łączył się z naturą i przeobrażał; tam mógł się wzbijać w niebo i frunąć jak ptak. Gdyby Fei Fei patrzyła na mnie z góry, górnolotne frazy, jakimi ją określałem, wprawiłyby ją w zażenowanie. Była istotą anielską, jak pisałem, "skąpaną w promieniach nieruchomego światła".

W 1993 roku, kiedy w Zakładzie Karnym nr 3 Prowincji Syczuan zacząłem potajemnie robić notatki do niniejszej autobiografii, natychmiast wróciły do mnie wspomnienia Fei Fei - była moją pierwszą (wyobrażoną) czytelniczką. W kolejnych latach, gdy szanse wydania książki równały się zeru, w pisaniu dla Fei Fei znajdowałem jedyną motywację, by ciągnąć to dalej.

Jako najstarsze dziecko Fei Fei zawsze ciężko pracowała. Już jako mała dziewczynka miała obowiązek prać ubrania całej rodziny, co polegało na ugniataniu ich i pocieraniu o tarę. To nie do wiary, ale harówka wprawiała ją w pyszny humor - Fei Fei śpiewała piosenki ze starych filmów, których słowa utkwiły mi w pamięci na wiele lat. Wieczorami lubiła straszyć mnie i resztę rodzeństwa opowieściami, w których w kostnicy ożywali zmarli, a w starej dzwonnicy dochodziło do makabrycznego morderstwa. Często przez te jej opowiadania chowaliśmy się pod kołdrę, wystawiając tylko uszy, żeby słyszeć, co było dalej.

W 1966 roku, w przededniu rewolucji kulturalnej, Fei Fei wyjechała z domu i podjęła pracę w firmie zajmującej się wyrębem drzewa w odległym powiecie Pingwu na północnym zachodzie prowincji Syczuan. Niebawem kraj pogrążył się w zamęcie. Wskutek ataków Czerwonej Gwardii nasza rodzina się rozpadła. Ojciec, syn byłego właściciela ziemskiego, uczył literatury chińskiej w liceum w Yantingu, małym mieście w północno-wschodniej części Syczuanu. Został za to napiętnowany jako kontrrewolucjonista. Rodzice rozwiedli się, by konsekwencje nie dotknęły nas, dzieci. Zostaliśmy pod opieką matki, która spakowała nasz ubogi dobytek i wyjechała z nami na południe, do stolicy prowincji, Chengdu. Tam schroniliśmy się u ciotki.

Miałem wtedy osiem lat; bez ojca żyło nam się ciężko. Niedługo po tym, jak przyjechaliśmy do Chengdu, sąsiedzi ciotki złożyli donos, że naruszamy prawo. Władze miasta oskarżyły matkę o to, że jest żoną zbiegłego właściciela ziemskiego i mieszka w Chengdu bez zezwolenia, i zostaliśmy wydaleni. Znów musieliśmy się spakować i wyjechać. Tym razem znaleźliśmy dach nad głową na jednym z niedalekich przedmieść. Nie mieliśmy pieniędzy na jedzenie. Pewnego dnia matka dostała od jakiejś krewnej kupon, który można było wymienić na dwa metry materiału. Chciała sprzedać go na czarnym rynku i kupić dla nas jedzenie, ale przyłapały ją służby bezpieczeństwa publicznego. Sprzedaż kuponów wydanych przez rząd była w tamtych czasach poważnym wykroczeniem. Matka została aresztowana, a potem napiętnowana wraz z innymi przestępcami na scenie wystawiającej zwykle operę syczuańską[6], na oczach tysięcy ludzi. W domu nie wyjaśniono mi, co się stało, byłem więc zdruzgotany, kiedy koledzy z klasy mi powiedzieli, że widzieli, jak moja matka była prowadzona po scenie.

Dzięki temu, że Fei Fei mieszkała w Pingwu, oszczędzone jej były rodzinne trudności i problemy polityczne. Później powtarzała wręcz, że lata spędzone w Pingwu były najszczęśliwszym okresem jej życia. Zmyśliwszy bardziej politycznie poprawną historię rodzinną, dołączyła nawet do trupy śpiewaków, którzy szerzyli myśl Przewodniczącego Mao, i zebrała pełne zachwytów recenzje za odegraną w operze pekińskiej Shajiabang rolę członkini Partii Komunistycznej podającej się za właścicielkę herbaciarni. Moja zdolna siostra wkrótce stała się dość sławna. Matka do dziś ma zdjęcie wysokiej, szczupłej Fei Fei w kostiumie właścicielki herbaciarni, pozującej na tle scenografii przedstawiającej ośnieżone górskie szczyty.

Fei Fei miała w Pingwu tylu fanów, że z łatwością wypełniliby widownię teatru. Nic dziwnego więc, że kręciło się koło niej wielu adoratorów. Jednak życie miłosne ułożyło jej się dramatycznie. Pewien przystojny młodzieniec uporczywie zabiegał o jej względy, a gdy odrzuciła jego uczucie, popełnił samobójstwo, połykając kilka pudełek zapałek. Potem po uszy zakochała się w pewnym oficerze, władze wojskowe jednak nie wyraziły zgody na ich związek, dowiedziawszy się, że nasz ojciec był "kontr­rewolucjonistą", więc się rozeszli.

Trzy lata później wyszła za byłego kolegę z pracy, przeprowadziła się i urodziła dwie córki. Mimo że jej rodzina wymagała dużej uwagi, Fei Fei zawsze znajdowała czas, by zatroszczyć się o rodzeństwo i pomóc rodzicom. Mój starszy brat, który po ukończeniu szkoły średniej został wysłany do pracy na wsi, kiedy tylko dostawał wolne, przemierzał setki kilometrów, by odwiedzić Fei Fei. Młodsza siostra i ja też często do niej jeździliśmy. Dzieliła się z nami racjami żywnościowymi i ze swoich oszczędności kupowała nam ubrania.

Podczas obchodów Nowego Roku księżycowego w 1988 roku siedzieliśmy z Fei Fei przy piecu i aż do świtu opowiadaliśmy sobie nawzajem, co u nas słychać. Życie nie było dla niej zbyt łaskawe. Wybierała się właśnie w podróż służbową do Pingwu, żeby zakupić drewno w imieniu pewnej firmy z Chengdu. Za prowizję zarobioną na tej transakcji planowała zabrać rodziców do prowincji Jiangxi, gdzie się poznali.

"Już bardzo dawno nie miałam wakacji" - powiedziała.

Tydzień później odprowadzałem ją na dworzec w Chengdu. Pasażerowie tłoczyli się przy stanowiskach kontroli. Fei Fei odebrała ode mnie torbę, zarzuciła ją sobie na ramię i zanim porwała ją ludzka fala, krzyknęła: "To jadę! Pa!".

Było to nasze ostatnie pożegnanie. Za każdym razem, kiedy o tym myślę, czuję, jakby gardło wypełniały mi kamienie.

Zgodnie z planem ostatni odcinek drogi do Pingwu Fei Fei pokonała z koleżanką. Wcześniej jechała tą krętą górską drogą mnóstwo razy, ale tym razem kierowca, który wiózł siedmioro pasażerów, stracił panowanie nad busem. Zjechał z drogi biegnącej nad krawędzią urwiska i zawisł tak, że jedno z przednich kół znalazło się w powietrzu. Wskutek gwałtownego szarpnięcia Fei Fei wypadła przez okno i wylądowała na drzewie, którego ostra gałąź przebiła ją w pasie. Gdy współpasażerowie do niej dotarli, była cała zakrwawiona. Kierowca, któremu udało się wymanewrować autobus z powrotem na drogę, pędził teraz do szpitala. Koleżanka nie pozwalała mojej siostrze stracić przytomności, powtarzając cicho jej imię, i poganiała kierowcę, żeby jechał szybciej. Fei Fei nie dotarła żywa do szpitala. Tuż przed śmiercią przybliżyła usta do ucha przyjaciółki, najwyraźniej próbując coś powiedzieć. Chwilę potem już nie żyła.

Zawsze się zastanawiam: Czy to możliwe, że dusza Fei Fei pojechała busem do Jiangxi w poszukiwaniu wioski, w której zostało poczęte jej życie?

Nasi rodzice poznali się w Jiangxi w 1948 roku. Nigdy nam nie mówili, jak to dokładnie było, ale z biegiem lat udało nam się z grubsza sklecić z opowieści babci, mamy matki, historię o początkach ich wspólnego życia.

Młodszy brat matki był właścicielem wędrownej trupy opery pekińskiej, która dawała występy w prowincjach leżących wzdłuż rzeki Jangcy. Któregoś razu znaleźli się w małym miasteczku prowincji Jiangxi, w okolicach jeziora Panyang. Wuj, który miał wybuchowy temperament, obraził jednego z miejscowych właścicieli ziemskich, ten zaś, z pomocą najętych zbirów, pobił go na śmierć. Babcia z mamą przyjechały do miasteczka, by pochować zmarłego. Traf chciał, że gdy paliły papierowe pieniądze przy świeżym grobie[7] i żegnały swojego syna i brata, obok przechodził młody nauczyciel. Miał akurat ferie wiosenne i wybrał się na wycieczkę po pięknej okolicy. Nawiązali znajomość dlatego, że mówili tym samym dialektem. Ich spotkanie było zrządzeniem losu.

Babcia przed śmiercią powierzyła matkę opiece tego młodego mężczyzny. Pobrali się i mieli czworo dzieci - Fei Fei była najstarsza, ja trzeci w kolejności. Ich życie małżeńskie nie układało się dobrze. Odkąd pamiętam, było sporo burz i duża część wspólnie przeżytych lat upłynęła rodzicom na sprzeczkach i dogryzaniu sobie. Matka powtarzała: "Nie zastanawialiśmy się, czy się kochamy czy nie. Musieliśmy przeżyć i wychować dzieci".

Nie mamy fotografii z pierwszych lat życia naszej rodziny. Zachowało się tylko jedno grupowe zdjęcie, przedstawiające moją babkę od strony matki, ojca, mojego starszego brata i Fei Fei; traktowaliśmy je jak zabytek archeologiczny. Gdy Fei Fei dorosła, nastał koniec posuchy - w szarych, monotonnych latach rewolucji kulturalnej moja siostra zrobiła wiele ciekawych zdjęć. Stos albumów pełnych czarno-białych fotografii dokumentujących każde ważne zdarzenie rodzinne sięgał jej aż do pasa.

Nasza rodzina, która potem rozpierzchła się po kraju, wzięła początek od przygodnego spotkania mojej matki i ojca nauczyciela przy grobie w prowincji Jiangxi. Czterdzieści lat potem Fei Fei jako pierwsza z nas wróciła na tamten cmentarz na wzgórzu.

Telegram z wiadomością o śmierci Fei Fei dostałem w Fulingu, górskim mieście na wschodzie prowincji Syczuan, gdzie byłem zatrudniony jako poeta na miejscowej uczelni. Włożyłem telegram do kieszeni na piersiach i ruszyłem w drogę, zostawiając w domu zapłakaną A Xię, moją żonę. Następne dwie doby spędziłem w podróży, najpierw statkiem, potem pociągiem, zdążając do oddalonego o blisko tysiąc kilometrów Mianyangu, gdzie mieszkała Fei Fei. Gdy pociąg zbliżał się do stacji, na której miałem wysiąść, uświadomiłem sobie, jak bardzo boję się zobaczyć jej ciało w kostnicy po tym, jak przez ostatnie dni widziałem ją w wyobraźni taką, jaką ją pamiętałem.

Kiedy dotarłem na miejsce, dom był już wysprzątany po pogrzebie. W kącie pokoju leżały sterty czarnych żałobnych płacht. Na zewnątrz, na balkonie, tańczyły na wieczornym wietrze resztki niedopalonych papierowych wieńców. W dużym pokoju krewni stali spokojnie, jak stare meble. Na stole pośrodku pokoju stała urna.

- Co tak długo? - warknęła moja młodsza siostra, Xiao Fei.

- Trzy dni na ciebie czekaliśmy - powiedział szwagier. - A jest ciepło, trzeba było działać szybko.

Sięgnąłem do kieszeni po telegram i sprawdziłem datę. Dotarł do mnie, nie wiadomo dlaczego, dopiero dwa dni po dacie nadania. Łzy popłynęły mi po policzkach. Dzięki temu, że nie zdążyłem na pogrzeb, oszczędzony mi został widok ciała siostry. Jak rażony gromem zrozumiałem nagle: to na pewno interwencja ducha Fei Fei. Założyłem na ramię czarną opaskę i wyszedłem na balkon. Było ciemno, wokoło echo powtarzało uderzenia piorunów. Ziemia drżała jak mająca się zapaść scena. Wyszedłem z domu siostry i włóczyłem się po ulicach, przedzierając się przez grube zasłony deszczu. Latarnie mrugały niczym oczy duchów. Samochody na ulicach pływały jak morskie stworzenia. Prowizoryczne budki ulicznych sprzedawców przechylały się na wietrze. Brodząc w wodzie, nie przystawałem ani na chwilę; bałem się zatrzymać - bałem się, że utonę w smutku.

Odszukałem znajomego, też poetę. Usiedliśmy w restauracji koło jego domu, mokrzy od deszczu i od picia. Próbując odciągnąć moje myśli od rodzinnej tragedii, znajomy poruszył zawsze aktualny temat, kwestie literackie. Wkrótce głośno przerzucaliśmy się opiniami na temat przyszłości poezji awangardowej w Chinach. Dyskusja pobudziła mój apetyt, ale usta, które mówiły i jadły, należały jakby do kogoś innego. Surowy głos wewnętrzny upominał mnie, że to przecież czas na żałobę, ale piękna, spokojna noc, która nadeszła po ulewie, uciszała go. Odsuwałem od siebie smutek, wolałem wyobrażać sobie Fei Fei, jak promiennie się do mnie uśmiecha, przypominać sobie jej idealnie białe zęby i dołeczki w policzkach. Jak to możliwe, że moja siostra, kojąca jak podmuch lekkiego wiatru, zginęła od ran poniesionych w wypadku?

Policzki płonęły mi od spojrzeń, jakie rzucała w moją stronę siedząca nieopodal młoda kobieta. Pragnąłem zdrowego ciała rozpalonego zwierzęcym pożądaniem; żarem pożądania chciałem osuszyć doszczętnie przemoczoną skórę. Musiałem przytulić twarz do jej piersi, szukać ratunku w tym znajomym od dzieciństwa schronieniu, by zapomnieć o iluzjach pogrzebanych przez śmierć Fei Fei.

Pół godziny później poszedłem za nieznajomą aż do drzwi jej domu. Okazała się młodą mężatką, której mąż był w delegacji. Bez słowa zaczęliśmy się po ciemku całować, a potem niezdarnie przeszliśmy do łóżka. Szybko przeistoczyliśmy się w parę głodnych wilków, które jakby chciały sobie nawzajem wyszarpać płuca i wnętrzności. Ona jęczała z rozkoszy, a w gorączce namiętności gryzła mnie jak pęd bambusa, zostawiając ślady na szyi i plecach. Mój strój żałobny leżał na podłodze, rzucony byle jak. Na zewnątrz szumiały drzewa; po szybie przebiegały ich cienie. W moich uszach ten szum był jak westchnienia Fei Fei, rozczarowanej i zagniewanej. Splamiłem pamięć ukochanej zmarłej siostry.

Jeszcze przez długie lata prześladowało mnie poczucie winy z powodu tego seksualnego wyskoku tuż po jej pogrzebie, ale w towarzystwie innych poetów wracałem do swoich zwykłych praktyk.

Był to okres, kiedy stare już nie obowiązywało, a nowe czasy nie zostały jeszcze dookreślone. Za rządów Mao zwykli obywatele podlegali karom aresztu i więzienia za seks przedmałżeński czy cudzołóstwo. Po śmierci Mao dawny kodeks moralny stopniowo uległ erozji, szczególnie w światku literackim. Młodzi poeci rywalizowali nie tylko o uznanie dla swoich łamiących ograniczenia gatunkowe utworów, lecz również o to, który miał w życiu więcej kobiet. Pewne znane stowarzyszenie poetów awangardowych było właściwie siwym od dymu papierosowego klubem dla panów, w którym orgie i swingowanie były na porządku dziennym.

Ja nie wstąpiłem oficjalnie do tego stowarzyszenia, lecz wiodłem podobne życie - dobrze ubranego hipokryty, poety, który kreował się na pozytywny wzorzec, a tymczasem pochłaniał kobiety jak płuca powietrze, w przypadkowym seksie szukając ciepła i poczucia bezpieczeństwa. Przemieniłem się w ducha. A jak wie każdy Chińczyk, duchy nie mają serca, więc nie muszą za nic żałować.

Poeta w wieku młodzieńczym

Pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy osiadłem z A Xią, moją żoną, w Fulingu, trzymałem się z dala od seksualnie wygłodzonych poetów awangardowych i całą uwagę poświęciłem pisaniu. Moje ambicje literackie nie miały granic.

W odróżnieniu od innych poetów mojego pokolenia nie miałem możliwości odebrania porządnej, formalnej edukacji, mimo iż mój ojciec, który dożył osiemdziesiątki, uczył literatury chińskiej i podczas czterdziestoletniej działalności zawodowej wykształcił tysiące uczniów. Przyszedłem na świat podczas klęski głodu, wskutek którego w latach 1959-1962 zmarło w Chinach trzydzieści milionów ludzi. Ojciec opowiadał, że kiedy miałem rok, moje małe ciało rozdęło się od niedożywienia. Nie miałem nawet siły płakać. Zgodnie z zaleceniem pewnego zielarza z Niushikou pod Chengdu rodzice codziennie rano i wieczorem trzymali mnie nad wokiem z wrzącym naparem z ziół. Pod wpływem pary z mojego ciała sączyła się żółta ciecz. Dzięki temu zielarzowi przeżyłem.

Przez całe dzieciństwo nękał mnie głód, opóźniając proces wzrostu i rozwoju umysłowego. Byłem opóźnionym dzieckiem, ale ojciec nie zniechęcił się do mnie, tylko zawsze starał się karmić i moje ciało, i umysł. Jako trzylatka, mającego jeszcze kłopoty z chodzeniem i mówieniem, zaczął mnie uczyć czytania chińskich znaków. Rok później wbijał mi do głowy dawną poezję chińską. Codziennie miałem się uczyć na pamięć prostych wierszy i prozy autorstwa dawnych mistrzów literatury, jak nazywał ich ojciec. Kompletnie tych tekstów nie rozumiałem i po prostu wtórowałem czytającemu ojcu jak młody mnich, który uczy się świętych pism. Często zdarzało się, że zanim ojciec wyszedł z pokoju, już zapominałem, czego mnie nauczył, on jednak był cierpliwy. Nigdy nie uciekał się do bicia, które w tradycji konfucjańskiej było powszechną praktyką. Podnosił mnie tylko i stawiał na ośmiokątnym stole, przy którym jadaliśmy posiłki. Dopóki nie udało mi się zapamiętać wiersza, nie pozwalał mi zejść. Byłem potulnym chłopcem, zbyt wystraszonym, żeby po prostu zeskoczyć na ziemię, prosić o litość czy protestować płaczem.

Moim jedynym wybawieniem było zamknąć oczy i recytować w kółko wiersze czy prozę do skutku, aż w końcu umiałem je na pamięć. Po dwóch latach potrafiłem więc bez zająknięcia recytować wiele wierszy i tekstów prozatorskich, mimo że nie rozumiałem, co znaczą. Nienawidziłem ojca i w wyobraźni niejeden raz go zamordowałem. Później, gdy byłem starszy, moje uczucia wobec niego się zmieniły. Ziarno, które zasiał ojciec, zaczęło wypuszczać pędy i liście. Powoli odsłaniały się przede mną znaczenie i piękno wyuczonych na pamięć utworów.

Podczas rewolucji kulturalnej przestałem chodzić do szkoły i krążyłem między Yantingiem i Chengdu. Jeździłem na gapę, wskakując do ruszających ze stacji pociągów, pracowałem jako robotnik, fałszowałem dokumenty podróżne, całymi dniami pokonywałem kręte górskie drogi i zatrzymywałem się w chatach ubogich krewnych na wsi. Po ukończeniu szkoły średniej nadal jeździłem po kraju - pracowałem najpierw jako kucharz, potem jako kierowca ciężarówki na autostradzie łączącej Syczuan z Tybetem. Wtedy właśnie zainteresowałem się poezją współczesną. W czasie wolnym czytałem zakazanych uprzednio poetów zachodnich, od Keatsa do Baudelaire'a, i zacząłem pisać wiersze z przeznaczeniem do publikacji w pismach literackich. W latach osiemdziesiątych porozsyłałem do chińskich pism i periodyków podziemnych wiele swoich nowoczesnych, "zachodnich" w stylu wierszy, które władze uważały za dowody "duchowego zepsucia". Moja twórczość spotykała się z krytyką, lecz we mnie budziła intensywną euforię.

Lato 1988 roku było nieznośnie upalne. Jeśli rano nie zamknęło się okna, temperatura wewnątrz dochodziła nawet do czterdziestu stopni. W stanie wielkiego napięcia kompulsywnie pisałem wiersze, prawie bez jedzenia i snu. Ale moje ciało było silne, wytrzymałe.

Całymi dniami chodziłem po domu w samych majtkach, a często zupełnie nago. Od czasu do czasu przykucałem jak małpa na drewnianej ławie, okrywszy ramiona mokrym ręcznikiem. Twarz skrywały mi gęste włosy, które dawno nie widziały grzebienia, i nieznające żyletki kępki zarostu. Po czole i policzkach spływał mi pot, pozostawiając brudne ślady, niczym bruzdy na polu. W takim delirium ukończyłem poemat Mistrz rzemiosła - ponad trzy tysiące strof - oraz napisałem Łajdaka i Bożka, po pięćset strof każdy. W międzyczasie spłodziłem jeszcze kilka esejów poetyckich. Słowa wylewały się ze mnie wartkimi strugami. Pisząc, ściśle przestrzegałem zasady wstrzemięźliwości - gdy pióro śmigało po papierze, instrument w majtkach też rwał się do roboty, ale go powstrzymywałem. Poezja wypełniała mi szczelnie każdą chwilę dnia, wskutek czego powstawały stosy prawie nieczytelnych rękopisów i czekały na moją bezgranicznie cierpliwą żonę, która pracowała jako maszynistka w biurze władz miasta. Wieczorami sterczałem nad nią jak brygadzista, pilnując, by odręcznie przepisała wszystko, co do słowa, nie pozwalając jej nawet na krótką przerwę. A Xia bez skargi znosiła pracę od rana do nocy, często we łzach - była samotną wdową, która pięknym charakterem pisma zapełniała pustkę powstałą wskutek mojego zaniedbania.

Gdy poczułem zmęczenie, dni były już chłodniejsze i zacząłem wynajdować preteksty - niektóre zupełnie wymyślone - do "wyjazdów służbowych". Czułem niepowstrzymany zew podróży. Wpłynęli na mnie amerykańscy beatnicy, Jack Kerouac i inni, i fantazjowałem o włóczędze bez celu. Conocne buczenie syren statków na Jangcy przeszywało ciemność niczym donośne muu głodnego byka. Wytrącony z równowagi, stawałem przy oknie i obsesyjnie przyglądałem się płynącym statkom.

Pewnego dnia A Xia potknęła się i złamała nogę. Szybko zawiozłem ją do szpitala i ze strachem czekałem pod salą operacyjną na koniec zabiegu. Nogę unieruchomiono jej w ciężkim opatrunku gipsowym. Zawiozłem żonę z powrotem do domu na bagażniku roweru, posprzątałem, zrobiłem zakupy i ugotowałem posiłek. Gdy ona drzemała, cichcem wymknąłem się z domu, zbiegłem na dół do przystani, kupiłem bilet na statek, po czym pokonałem drogę z powrotem pod górę niczym wyczynowy biegacz.

W porze kolacji powiedziałem, że jeszcze tego samego dnia wyjeżdżam w sprawach zawodowych. Okłamałem A Xię - powiedziałem, że było to ustalone już dawno.

Złapała mnie za rękę i prosiła, żebym został i się nią zaopiekował.

- Spóźnię się - odpowiedziałem tylko. Nie dopuściłem, by serce mi zmiękło, i wyswobodziłem się z jej uścisku. Z oddali dobiegł odgłos syreny na statku. A Xia wybuchła płaczem.

- Błagam, nie rób mi tego.

Ocierając jej oczy chusteczką, patrzyłem na zegarek.

Zamykając za sobą drzwi, czułem na plecach jej bezradny wzrok. Zbiegłem po schodach, nie mając pojęcia, dokąd właściwie chcę uciec. To się okaże, jak już będę w drodze, uspokoiłem sam siebie wyrażeniem, którego często używali moi nawykli do włóczęgi przyjaciele. Często zdarzało nam się wyruszać bez określonego celu, licząc na to, że po drodze napotkamy coś, co pobudzi nas literacko i seksualnie. Pisanie poezji w domu było jakąś tam aktywnością, a gdy umysł się wypalił, włóczęga okazywała się jedynym lekarstwem, które mogło przywrócić psychikę do stanu spokojnej introspekcji.

Samą introspekcją nie umiałem się jednak zadowolić, szybko wróciłem więc do dawnych rozwiązłych nawyków. W marcu 1989 roku, niedługo po tym, jak mojej żonie zrosła się złamana noga, znów ją zostawiłem, bo zapisałem się na kurs pisania na Uniwersytecie Wuhan w sąsiedniej prowincji Hubei. Po miesiącu wdałem się w skandaliczny romans z koleżanką, która była zaręczona. Wylądowałem w szpitalu z poważnymi ranami kłutymi, które zadał mi jej narzeczony. Niedługo potem zostałem wydalony z uczelni.

Ledwie jako tako wróciłem do zdrowia, a znów zaczęło mnie nosić i pojechałem z kolegą do Pekinu na uroczystość wręczenia Pierwszej Nagrody za Współczesną Twórczość Poetycką. Uroczystość prowadził sławny poeta Bei Dao. Miasto huczało po śmierci Hu Yaobanga, sekretarza Komunistycznej Partii Chin, który z powodu swoich liberalnych poglądów stał się ofiarą czystki. Plac Tian'anmen tonął w bukietach kwiatów i wieńcach. Miało się wrażenie, że wszyscy pekińczycy wylegli na ulice, by pożegnać powszechnie lubianego przywódcę. Łaziliśmy z kolegą po mieście, pożerając wzrokiem to, co widzieliśmy. Czuliśmy, że rewolucja jest blisko. Czyż Mao nie powiedział, że "jedna iskra może wywołać pożar prerii"?

Protesty na placu Tian'anmen przybierały na sile, lecz moją uwagę odwróciło od nich to, co stało się na uroczystości wręczenia nagród. Gdy się okazało, że mnie nie przyznano ani jednej, zrobiłem z siebie głupca, oskarżając Bei Dao o zmonopolizowanie nagrody i spychanie innych poetów współczesnych na margines.

Rozczarowany, że moja poezja nie podbiła stolicy, opuściłem centrum politycznej zawieruchy i ruszyłem na południe. Przebyłem odległość równą połowie szerokości kraju. Ominęło mnie przez to najważniejsze wydarzenie polityczne w Chinach ostatniego półwiecza. Tydzień potem wróciłem do Fulingu, przepełniony goryczą i cynizmem.

Miasto nad rzeką

Na początku maja 1989 roku przyjaciele z Chengdu, Pekinu, Kantonu i Wuhanu pisali mi z uniesieniem o protestach, do których dochodziło w ich miastach. Mnie polityczne zawirowania nie obchodziły i wróciłem do rygorystycznego trybu pracy pisarskiej.

16 maja przywódcy ruchu protestacyjnego studentów w Pekinie podjęli strajk głodowy na placu Tian'anmen w ramach działań przeciwko temu, że władze nie uznały patriotycznej natury ruchu. Akcja studentów zelektryzowała cały kraj. Młodzi ludzie w innych miastach również zaczęli urządzać strajki głodowe. W Hongkongu stu śpiewaków zorganizowało maraton muzyczny, by przeprowadzić zbiórkę pieniędzy na rzecz protestujących i zwiększenia świadomości społecznej. Do mojej skrzynki pocztowej trafiały najróżniejsze listy, ulotki i prośby o podpis pod petycjami. Wyrzucałem je z pogardą. Cały kraj ogarniało szaleństwo, ja tymczasem byłem dumny, że zachowuję chłodny dystans.

Moja obojętność nie trwała jednak długo. Któregoś wieczoru usłyszałem wystrzały fajerwerków. Otworzyłem szeroko okno. W powietrzu niosły się dźwięki Międzynarodówki, jak cichy, harmonijny chór dziecięcych głosów. Śpiew dochodził z Akademii Pedagogicznej w Fulingu, mieszczącej się po drugiej stronie rzeki Wu Jiang. Stawał się coraz wyraźniejszy i zupełnie nie przypominał zagrzewającego do walki hymnu partyjnego - powolna melodia brzmiała niczym requiem, któremu towarzyszą modlitwy i łzy. Pamiętam, że pomyślałem wtedy: nie miałem pojęcia, że ten hymn proletariatu może się zmienić w pieśń żałobną.

Poszedłem do Miejskiego Ośrodka Sztuki i wbiegłem po schodach na dach, gdzie dołączyłem do grupki kolegów zwracających wzrok na południe. Teraz wyraźnie słyszeliśmy chińskie słowa pieśni:

Krew w mojej piersi zawrzała,

Musimy walczyć o prawdę!

Nastąpiła kolejna runda fajerwerków. Sznur pochodni sunął przez most na Wu Jiang na naszą stronę miasta.

Niebawem demonstranci wkroczyli do centrum. W budynkach zapalały się światła, ludzie wychodzili przed domy, chcąc zobaczyć, co to za zamieszanie. Z dachu Miejskiego Ośrodka Sztuki widzieliśmy, jak tłum wlewa się w miasto wcinające się w zbocze góry. Parł naprzód jednostajnie, jakby przenoszony pasem transmisyjnym - kłębiąca się w feerii kolorów i melodii mieszanina ludzi wielkości ziaren grochu, pszenicy i kukurydzy. Widoki i dźwięki rewolucji wywabiły mnie z mojej samotni. Też zmieniłem się w ziarnko grochu, w podskokach potoczyłem się schodami w dół, na ulicę. Wkrótce porwał mnie wartki nurt niosący inne ziarna i wyrzucił na główny plac.

Nurt w kilku miejscach utworzył małe wiry. W środku każdego stali przemawiający ludzie, demagodzy, którzy przepychali się, by dojść do głosu. Próbowałem się dostać bliżej środka któregoś z tych wirów, ale tłum za każdym razem mnie wypluwał. W końcu wszedłem na dach Klubu Robotników, skąd miałem widok na cały plac. Ocierając pot z czoła, patrzyłem, co się dzieje. Wreszcie dotarli tam demonstrujący studenci, niosąc wielkie transparenty zrobione z prześcieradeł. Na każdym dużymi znakami wypisane były hasła, takie jak "Precz z korupcją rządu", "Patriotyzm to nie przestępstwo" czy "Wspierajmy studentów w Pekinie". Przywódcy maszerowali na przedzie, w biało-czerwonych opaskach na głowach, takich jak na japońskich filmach noszą rybacy z Hokkaido. Gapie odsunęli się karnie, robiąc protestującym przejście. Wkrótce powstałe na placu wiry złączyły się w jeden gigantyczny, potężny wir.

Studenci i mieszkańcy wymieszali się, teraz byli nie do rozróżnienia. Nie mogłem uwierzyć w to, czego byłem świadkiem - raz po raz unosiły się tysiące pięści. Gromkie skandowanie haseł trwało prawie godzinę. Potem studenci przegrupowali się i wymaszerowali z placu, kierując się na największy w mieście stadion sportowy. W miarę jak dołączali do nich kolejni ludzie, pochód rozrósł się z wąskiej wstążki w ogromnego pytona.

Im pyton stawał się grubszy, tym wolniej się poruszał. Jeden z organizatorów marszu przemówił przez trzymany w ręku megafon, apelując do tych, którzy nie byli studentami, żeby się odłączyli, tak by szeregi rewolucyjne były wolne od nieczystych elementów. Zanim zdążył dokończyć zdanie, gwarny tłum odebrał mu megafon. Ludzie rozmawiali, śmiali się, gwizdali; szli, obejmując się ramionami, i od czasu do czasu tylko unosili pięści, by dobitniej zaakcentować skandowane hasło.

Impreza trwała do świtu. Kiedy ktoś czuł zmęczenie, odchodził po prostu na bok, na chodnik, gdzie ludzie kucali w kręgach. Sąsiedzi, koledzy z pracy, nieznajomi - wszyscy razem. Obcy ludzie częstowali się nawzajem papierosami.

Walczyłem ze snem, ale poległem. Niechętnie wróciłem do domu. Półksiężyc poczerwieniał; gwiazdy niczym roje zielonych much pożerały nocne niebo. Jakiś starszy pan, mijając mnie, zauważył, że to najbardziej pamiętna noc w historii Fulingu.

Kiedy się obudziłem następnego dnia, było już południe. A Xia zrelacjonowała, że studenci zajęli siedzibę władz miejskich.

- Jak myślisz, to zamach? - zapytałem.

Nawet nie umywszy twarzy, wybiegłem w klapkach z mieszkania. Na ulicy nie działo się nic nadzwyczajnego - piesi szli po chodnikach w cieniu markiz sklepów i bloków. Bezpańskie psy z pełnym spokojem truchtem przecinały jezdnię, blokując drogę pędzącym z góry samochodom, które głośno trąbiły. Ale było jeszcze widać ślady zeszłej nocy - ulotki, strzępy papieru i gazet szeleściły, lekko poruszane wiatrem.

Wysoka na pięć metrów brama z kutego żelaza prowadząca do siedziby władz miasta była zamknięta. Usłyszałem, że studenci przygotowują się do demonstracji na jej terenie. Przed furtką obok bramy trzymała straż grupka studentów w opaskach na głowach. Zostawili oni tylko wąskie przejście na wypadek, gdyby trzeba było kogoś przepuścić. Ktoś powiedział, że wpuszczają tylko wtedy, jeśli ma się legitymację studencką. Na targu warzywnym za ogrodzeniem rządowego kompleksu jak zwykle panował duży ruch. Kilku sprzedawców zostawiło swoje pojazdy i torby z towarem i stanęło przy ogrodzeniu, by móc patrzeć, co się wydarzy. Jakiś młody chłopak wskoczył na ramiona obcego mężczyzny jak małpa w cyrku i uchwyciwszy się sztachet, krzyczał i wiwatował. Jeden ze strażników zepchnął go miotłą. Przecisnąłem się bliżej i zwróciłem się do strażnika:

- Przepraszam, muszę się zobaczyć z żoną - skłamałem. - Ona tu pracuje.

Nawet nie podniósł na mnie wzroku.

- Wszyscy skończyli już pracę na dziś.

Włożyłem głowę przez szparę między sztachetami i podjąłem drugą próbę:

- Nie, została tam jeszcze moja kochanka.

Usłyszałem dochodzące z tłumu śmiechy.

- Kolejny spryciarz próbuje się dostać do środka - rzucił ktoś.

- W budynku nikogo nie ma - powiedział ktoś inny. - Wszyscy urzędnicy pouciekali w nocy.

Ta informacja mnie nie zdziwiła. W Pekinie konserwatyści i zwolennicy reform w najwyższym dowództwie Partii spierali się o to, jak położyć kres kryzysowi w stolicy. Ponieważ trudno było wyczuć, który odłam ostatecznie wygra, wiele osób postanowiło przeczekać spokojnie, stojąc z boku, dopóki w sporze wyraźnie nie wyłoni się strona jednoznacznie zwycięska. Sekretarz Partii w prowincji Syczuan w najgorętszym momencie zamieszek studenckich w Chengdu uciekł z miasta wraz ze sporym kontyngentem swoich ludzi. Niedługo potem w gazecie ukazało się jego zdjęcie, gdy rzekomo "przeprowadzał konsultacje społeczne" na pokładzie statku na rzece Jangcy.

Burmistrz liczącego milion mieszkańców Fulingu zniknął, zostawiając na posterunku emerytowanego zastępcę. Byłem przy tym, jak w dzień po przemarszu rozmawiał on ze studentami przed siedzibą władz miasta. Stał przed nami, cwaniak, jak żółw, który wystawił głowę, w każdej chwili gotów znów schować się w skorupie. Z czoła ściekał mu pot. Jakaś dziewczyna dyrygowała grupą studentów, która kilka razy energicznie wykrzyczała "Precz z korupcją rządu!" i "Uczmy się od studentów z Pekinu!". Tłum wyrażał swoją aprobatę ogłuszającym rykiem, wpędzając się w coraz większe szaleństwo. Emerytowany wiceburmistrz miał uśmiech przyklejony do twarzy i między sloganami wykrzykiwał to, co miał do powiedzenia:

- Kochani studenci! Drodzy młodzi patrioci! Wspaniali, dynamiczni, energiczni, ideowi młodzi przyjaciele! Chcę wam powiedzieć, że wasze cele są nam bliskie. Rząd zaprasza was, szanowni studenci, do rozmowy, do szczerej rozmowy. Wiecie przecież, że chiński znak, który oznacza "naród", składa się ze znaków "kraj" i "rodzina". Te dwa pojęcia są ściśle ze sobą powiązane. Stabilna sytuacja kraju przynosi dobrobyt rodzinom. Drodzy studenci, mam wnuczkę w waszym wieku. Patrzę na was jak na własne dzieci. Jeśli macie trudności finansowe czy nie wiedzie wam się w czymś na studiach, postaram się natychmiast zrobić, co w mojej mocy, by temu zaradzić. Problemy, którym nie będę umiał zaradzić od ręki, osobiście przekażę osobom na wyższych szczeblach władzy.

W pewnym momencie urzędnik nawet zapłakał patriotycznymi łzami i objął ramieniem jedną z przywódczyń protestu, studentkę w okularach. Ona wzdrygnęła się i odepchnęła jego rękę.

- Co to ma znaczyć? - zapytała ostrym tonem.

Ledwo dziadyga cofnął rękę i odzyskał kontenans, pozostali studenci zaczęli zasypywać go pytaniami.

STUDENCI: Czy pana zdaniem słusznie walczymy z korupcją? Czy skorumpowani przedstawiciele władzy powinni ponieść karę?

URZĘDNIK: Tak, zdecydowanie.

STUDENCI: Czy powinniśmy obalić premiera Li Penga?

URZĘDNIK: Nie, to znaczy - przekażę wasze postulaty wyższym rangą przedstawicielom władz prowincji.

STUDENCI: Pytamy pana. Czy pańskim zdaniem powinniśmy obalić premiera Li Penga?

URZĘDNIK: Tak, dziesięć tysięcy razy tak.

Emerytowany wiceburmistrz ciągle kiwał głową, jak kogut, który dziobie kupkę ryżu. Jego uniżone odpowiedzi skonfundowały studenckich przywódców, tak że nie wiedzieli, co mają teraz zrobić. Zainicjowali kolejną rundę skandowania rewolucyjnych haseł. Wiceburmistrz z wigorem bił brawo.

- Kochani studenci, moi drodzy młodzi patrioci! Wzrusza mnie wasz entuzjazm. Proszę was, ufajcie Partii, najlepszej partii politycznej na świecie. Partia nie boi się naprawiać własnych błędów. I proszę was, drodzy młodzi przyjaciele, dbajcie o zdrowie, bo Partia was potrzebuje, niedługo bowiem to wy poprowadzicie dalej rewolucję socjalistyczną. Wiem, że wielu z was przez ostatnie dwa dni ani nie spało, ani nie jadło. Cisza, proszę o ciszę! Kucharze przygotowali dla wszystkich was obiad. Po okazaniu legitymacji studenckiej dostaniecie za darmo zupę jarzynową i bułkę. Jak będziecie mieli pełne żołądki, to wrócicie do domów i pomyślicie, czego należy dokonać w następnej fazie naszej rewolucji, zgoda?

Pod koniec tej mowy stary drań instynktownie zaczął oklas­kiwać własną błyskotliwość i wyglądał na zdziwionego, gdy słuchacze do niego nie dołączyli. Niemniej jednak jeszcze raz zbliżył mikrofon do ust, krzyknął dziarsko: "Chodźcie za mną!", i łokciami zaczął torować sobie drogę do stołówki.

Studenci przez kilka sekund stali nieruchomo, po czym ruszyli za nim. Darmowe jedzenie niewątpliwie było kuszące. Przygnębieni przywódcy, widząc, że już nie odwrócą biegu wydarzeń, poszli za kolegami. Tak oto przez darmowe bułki i zupę jarzynową ruch studencki, który wybuchł nagle w górskim mieście Fuling, wytracił pęd. Stary cwaniak tymczasem wpadł do kuchni, capnął bułkę i uciekł, wyśliznąwszy się tylnym wyjściem, jak węgorz.

Pisarka feministyczna Germaine Greer stwierdziła kiedyś, że "rewolucja to święto uciśnionych". Stojący u progu rewolucji Fuling nie był wyjątkiem. Na każdym rogu pojawiły się skarbonki na datki wspierające studentów w Pekinie, którzy podjęli strajk głodowy. Bynajmniej nie brakowało też hojnych darczyńców. Widziałem, jak do jednej ze skarbonek podeszła ukradkiem staruszka, która zarabiała na życie zbieraniem śmieci. Wyjęła z kieszeni zawiniątko w poplamionej chustce, które okazało się zwitkiem wymiętych banknotów o najniższym nominale. Już miała wrzucić pieniądze do skarbonki, ale studentka odmówiła przyjęcia od niej datku. Gdy one dwie się sprzeczały, na miejscu zebrał się tłumek, który się śmiał i gwizdał. Upokorzona staruszka usiadła na ziemi i głośno się rozpłakała. "Czy wy myślicie, że pieniądze od mnie, żebraczki, są gorsze?" Wszystkich obecnych głęboko to poruszyło.

Podczas kolejnych kilku tygodni w naszym sennym mieście coś zaczęło się dziać. Wstąpił w nas duch rewolucji. Lokalne media trzymały rękę na pulsie - miejscowa stacja telewizyjna przeprowadzała wywiady na żywo i wielokrotnie pokazywała potem żarliwe twarze protestujących oraz transmitowała ich improwizowane mowy. Policja później wykorzystała te nagrania jako materiał dowodowy przeciwko tym, których rząd napiętnował jako "wandali i groźnych przestępców".

Mniej więcej przez tydzień aparat partyjny był sparaliżowany, a urzędnicy czasowo nieobecni. Wydawało się, że bez przywództwa Partii obywatele mogą być panami swego kraju, a nie, jak dotychczas, być przezeń rządzeni. Nieznajomi na ulicach pozdrawiali się serdecznie. Pojawili się ochotnicy utrzymujący porządek. Złodzieje i kieszonkowcy, podobnie jak w innych większych miastach, ogłosili moratorium na swoją działalność. Jak na ironię, ich obwieszczenia o moratorium rozlepiono na murach obok plakatów denuncjujących korupcję wysokich urzędników Partii i informujących o tajnych funduszach, jakie zdeponowali oni na prywatnych kontach w zagranicznych bankach.

Wydarzenia w Pekinie zdominowały wszystkie tematy rozmów. Lokatorzy spółdzielni mieszkaniowej Miejskiego Ośrodka Sztuki codziennie odwiedzali się w domach. Moi koledzy z pracy nie oglądali telewizji u siebie, tylko grupowo u któregoś z sąsiadów. Do mnie goście wpadali bez zapowiedzi o każdej porze, niezależnie od tego, czym byliśmy z żoną zajęci ani jaki mieliśmy nastrój. Kiedy ktoś pukał do mnie o północy, czułem, że ugoszczenie go jest moją powinnością, gestem solidarności.

Przez kolejne dwa tygodnie trwał dezorientujący impas. Studenci nadal koczowali na placu Tian'anmen, a ze strony władz nie było żadnej reakcji. Zaczęły się dawać we znaki zmęczenie i nuda. Dałem sobie spokój z czytaniem gazet i wyłączyłem telewizor. Spałem dzień i noc, jak trup. Tylko A Xia krzątała się po tym grobowcu dla żywych. Wieczorami, gdy otwierałem okna, żeby przewietrzyć mieszkanie, wyraźniej niż szum świata słyszałem szepty chmur i górskich szczytów.

Cały świat był jakby jednym ogromnym grobem idei, która urodziła się jako wcześniak i umarła. Godzinami patrzyłem przed siebie pustym wzrokiem, jak katatonik, ogarnięty nieznanym mi dotąd uczuciem pustki. Pod spokojną powierzchnią krył się szalejący w duszy zamęt. Wcześniej zawsze gardziłem ­wszystkim, co wiąże się z polityką - partiami, zjazdami, kampaniami - a zarazem bałem się, że zostanę sam, że się o mnie zapomni.

Mój dom zmienił się w jednoosobowe pole walki. Pewnej nocy w połowie maja A Xia położyła się wcześnie, a ja nie mog­łem zasnąć. Wyszedłem boso z sypialni i krążyłem cicho między gabinetem a dużym pokojem. Włączyłem telewizor i całkiem nagi oglądałem wiadomości. Ogłoszono stan wojenny, wojsko dostało rozkaz wejścia do stolicy i usunięcia studentów z placu Tian'anmen. Reporterzy nakręcili sceny, na których żołnierze spokojnie świętowali z mieszkańcami przedmieść Pekinu. Plac Tian'anmen tonął w śmieciach, gazetach, pustych butelkach i opakowaniach po jedzeniu. Zhao Ziyang, ówczesny sekretarz generalny Partii, zwolennik reform popierający protestujących studentów, mimo deszczu wystąpił na placu Tian'anmen. Głosem zdławionym od emocji mówił do studentów przez megafon: "Jesteście jeszcze młodzi. Macie przed sobą świetlaną przyszłość. My jesteśmy starzy i to, co stanie się z nami, nie jest ważne". W jego słowach brzmiała bezradność.

Nikt nie miał pojęcia, że było to ostatnie wystąpienie publiczne Zhao Ziyanga - wkrótce zwolennicy twardej linii postępowania zarządzili dla niego areszt domowy. Przełączyłem telewizor na inny kanał i zobaczyłem tę samą zasmuconą twarz Zhao Ziyanga. Jeszcze raz nacisnąłem przycisk i w miejsce tej smutnej, bezradnej twarzy pojawiła się wzburzona twarz jednej z przywódczyń ruchu studenckiego. Kobieta uniosła rękę zaciśniętą w pięść i wzywała niewinne jagniątka, by nie poddawały się w walce z szakalami.

Gdyby była premierem Chin, byłaby bardziej bezwzględna od Li Penga, pomyślałem. Co za podła wichrzycielka!

Wyłączyłem telewizor i mruknąłem pod nosem: "Nieważne, czy rewolucja się uda czy nie, mnie to tak czy inaczej nic nie da". Wygrzebałem pewien niedokończony wiersz i zacząłem pisać. Noc była długa. Żądny krwi księżyc miał wilczą brodę. Słyszałem echo wycia niebios.

Przypisy

[1] Zamieszczone w tekście Herty Müller cytaty z dzieł Liao Yiwu przytaczane są w przekładzie z chińskiego dokonanym przez Annę Włodarczyk [przyp. red.].

[2] Tilman Spengler jest znanym niemieckim sinologiem i historykiem, uczestniczył w przygotowaniu wspomnianej wystawy w Muzeum Narodowym w Pekinie. W marcu 2011 roku nie wpuszczono go do Chin na otwarcie wystawy, karząc go w ten sposób za udzielanie poparcia Liu Xiaobo i innym dysydentom [przyp. tłum.].

[3] Cyt. za: "Frankfurter Allgemeine Zeitung", 21.01.2006, s. 48 [przyp. tłum.].

[4] Tytuł roboczy pierwotnej wersji książki, której skrócona wersja ukazała się w Polsce pod tytułem Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych [przyp. red.].

[5] Por. Herta Müller, Huśtawka oddechu, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wołowiec 2010, s. 230 [przyp. tłum.].

[6] Opera syczuańska i opera pekińska to dwie tradycyjne formy teatralne. Określenie "opera" w zachodnim rozumieniu jest jednak dla tej formy sztuki scenicznej zbyt wąskie, bo choć muzyka odgrywa w niej główną rolę, "opera" obejmuje śpiew, recytacje, popisy choreograficzne i pokazy sztuk walki; olśniewa także bogactwem kostiumów. Przedstawienia odtwarzają wydarzenia historyczne, opowiadają o polityce, społeczeństwie i życiu codziennym. Dekoracje i rekwizyty sceniczne są ograniczone do minimum. W obu formach umiejętności aktorskie są bardzo ważne, w operze syczuańskiej jednak śpiew ma mniej wystylizowany charakter [przyp. tłum].

[7] Wierząc w życie pozagrobowe, Chińczycy na grobach swoich bliskich palą tzw. złoty papier jinzhi. Są to symbolizujące prawdziwe pieniądze o dużych nominałach zwitki papieru, najczęściej koloru żółtego [przyp. red.].