2 CZERWCA 2013
Od kilku dni padało, więc wszyscy zgromadzeni przed cmentarzem na Grabiszyńskiej trzymali w rękach parasole. W tej chwili niepotrzebne, bo przez czerwcowe chmury przebijało słońce.
Mieliśmy już za sobą poranną mszę żałobną w intencji zmarłego Stanisława, a teraz czekaliśmy na ciąg dalszy. Wujek, który zażyczył sobie kremacji, miał być pochowany we wspólnym grobie z ciocią Anielą, ukochaną, zmarłą trzy lata wcześniej żoną. Wejście do kaplicy okupowała niewielka garstka żałobników, złożona głównie z pracowników firmy zmarłego i jego najbliższych sąsiadów. Bo wujostwo nie mieli dzieci. Jedyną rodzinę stanowiliśmy my - dziadek Bronek, ojciec mojego taty, i wuj Staś byli braćmi. Wprawdzie dziadka nigdy nie poznałam (zmarł na zawał przed moim urodzeniem), ale jego miejsce z powodzeniem zajął właśnie wujek Staszek. Stałam przed kaplicą, mając przed oczami jego oddalony o jakieś dwadzieścia kilometrów od Wrocławia, trwający niezmiennie od ponad stu lat stary dworek otulony sosnowym zagajnikiem, który z czasem przeistoczył się w całkiem potężny las. Uśmiechnęłam się na wspomnienie Zastawna i pobliskiego bajorka, zwanego dumnie jeziorem, miejsca moich dziecięcych letnich zabaw. Rodzice wysyłali mnie tam najpierw z siostrą, a potem samą, kiedy Aldona kategorycznie sprzeciwiła się wyjazdom "na wiochę". Mnie, dziesięciolatce, wciąż wypadało okupować domek na drzewie i staczać się z piaszczystej skarpy wprost do wody, jej, czternastoletniej pannicy, już nie uchodziło. Wiejscy koledzy, towarzysze moich plebejskich zabaw, najwyraźniej nie odpowiadali żądnej innych wrażeń "księżniczce". Aldona częściej niż na podwórku przebywała przed toaletką cioci Anieli, próbując jej szminek, cieni i pudrów. Ostentacyjnie czyściła buty i strzepywała każdy pyłek ze spódnicy, o jaki na wsi nietrudno. Stale narzekała na zapachy dochodzące z pól i oddalenie od cywilizacji, choć prawdę mówiąc, warunki u wujostwa były nad wyraz komfortowe. Wujek Staszek prowadził drukarnię, znajdującą się na sąsiedniej posesji, ciocia zajmowała się domem. Przyjeżdżające codziennie ciężarówki zabierały do klientów tony papieru.
- Wujku, pokażesz mi, jak się drukuje książki? - zagadnęłam kiedyś, zdradzając zainteresowanie ruchem na placu.
- Naprawdę chcesz odwiedzić moją firmę?
- Aha.
- Ale ja nie drukuję książek, Aliś. Chodź, pokażę ci, co robię.
Najpierw poszliśmy do biura, gdzie wuj całkiem poważnie przedstawił mnie pracownikom. Potem odwiedziliśmy wielkie magazyny. Na ogromnych, sięgających sufitu regałach piętrzyły się różne dziwne rzeczy. Zamiast papieru i książek dostrzegłam potężne role przezroczystych taśm, beczki z farbami, paczki kartonów. Zakryłam uszy, gdy znaleźliśmy się w hali produkcyjnej.
- Głośno tu, prawda? - Wujek podał mi słuchawki, które nieco tłumiły ryk pracujących maszyn. - Teraz popatrz. - Wskazał na hałasującego kolosa. - Tu się drukuje nazwę firmy. Na takiej taśmie samoprzylepnej. I ta firma zakleja tą taśmą kartony ze swoimi wyrobami. Żeby wszyscy wiedzieli, że to ich produkt. Rozumiesz?
Dziesięciolatce trudno było pojąć. Po co to komu?
- Popatrz tutaj - tłumaczył dalej wujek. Staliśmy przy kolejnej maszynie. - Mama kupuje w sklepie na przykład zapakowane parówki, tak?
- Najbardziej smakują nam lubisie na wagę, z naszego sklepu na rogu - pochwaliłam się wiedzą na temat maminych zakupów.
- Dobrze, to inaczej... - Nie poddawał się. - Lubisz keczup?
- Tak. Ale tylko łagodny.
- Niech będzie łagodny. Na butelce ma etykietę, tak? Są tam wszystkie informacje o tym keczupie, prawda?
Musiałam się zgodzić.
- A my właśnie drukujemy takie etykiety.
- Wy? Wszystkie? Dla całej Polski?
Nie miałam pojęcia, że wujek robi takie ważne rzeczy!
- No, może niezupełnie wszystkie - roześmiał się. - Ale dużo.
Od tej chwili szanowałam wujka Staszka jeszcze bardziej. Już nie tylko za bardzo wygodne kolana, zawsze chętne, żeby zrobić "tak pan jedzie po obiedzie", i za wielką siwą brodę, jakże przypominającą mi zarost starych wilków morskich, których zdjęcia oglądaliśmy razem w żeglarskich czasopismach.
- Zobaczysz, mała, jeszcze gdzieś razem wypłyniemy - obiecywał w takich chwilach wujek, zapatrzony w kolejny jacht.
Był wtedy daleko od Zastawna...
- Już dobrze, Stasieńku - wtrącała się wtedy ciocia Anielcia. W myślach nazywałam ją "anielicą", bo podobnie jak mąż miała bujną siwą czuprynę, przez co wydawała się dużo starsza. Dopiero później dowiedziałam się, że osiwiała po śmierci kilkunastoletniego syna, który zachorował podczas rejsu z wujkiem. Nie zdążyli dobić do lądu, gdzie czekał ratunek.
A teraz nie ma już ani Poldka, ani cioci Anieli, ani wujka Staszka...
- Wchodzimy! - Zdecydowanie w głosie mamy przywróciło mnie do rzeczywistości.
Poczułam w dłoni miękką łapkę Tosi.
- Ciociu, ja chcę z tobą.
Mała patrzyła mi w oczy w ten swój charakterystyczny sposób, który obracał wniwecz wszystkie mury, tak skrzętnie budowane przeze mnie od chwili jej urodzenia. Miała oczy Miłosza i ten jego filuterny, lekko skrzywiony uśmiech małego urwisa, który próbuje uniknąć kary. Poruszała się jak ojciec, tak samo wycierała usta grzbietem dłoni. Że jest jego córką, można było poznać nawet po podobnie nastroszonym na czubku głowy kosmyku włosów.
Córka mojego Miłosza. I mojej siostry.
- Dobrze, kochanie.
Nachyliłam się, aby zapiąć guzik przy jej płaszczyku.
Nie spojrzałam w stronę Aldony, która wyjątkowo nie rzuciła się, żeby wyrwać małą z moich rąk, zajęta okazywaniem głębokiego poruszenia i żalu po śmierci wuja Stasia. Przygotowała się zresztą znakomicie. Elegancka wąska spódniczka, dopasowany płaszcz tej samej długości, pod nimi długie, z pewnością wczoraj wydepilowane nogi w znakomitej jakości pończochach. Całości dopełniał tiulowy szal, dodatek do gustownego toczka z woalką. Ja również nie przyszłam na pogrzeb w zgrzebnym worku, jednak z pewnością dzień wcześniej nie buszowałam po sklepach z odzieżą...
Nie patrzyłam również na Miłosza. Mimo że minęło pięć lat od naszego pamiętnego niedoszłego ślubu, mimo że Tosia była naprawdę fantastyczną, kochaną dziewczynką, lgnącą do mnie z niewiadomych powodów, w głębi duszy, a nawet na jej powierzchni, nie umiałam mu wybaczyć. Jego obecność na rodzinnych imprezach stale przypominała mi traumę i wszystko, co było potem. Był jak pochodnia, która nieustannie przypieka żywą ranę. Czy to się nigdy nie skończy? Czy ja, pani psycholog, udzielająca porad innym potrzebującym, nie uporam się z własnymi demonami? Wujku Stasieńku, pomóż!
Nie mógł. Właśnie wchodziłam, żeby w kaplicy pożegnać urnę z jego prochami. Obok stało zdjęcie, na którym był razem z ukochaną Anielą.
- Nazywam się Tomasz Krukowski - dobiegły mnie słowa rozpoczynające pożegnalną mowę. - Byłem związany z, hm, wujostwem, można powiedzieć, bardzo blisko. Jeżeli państwo pozwolicie, pożegnam zmarłego od nas wszystkich...
- Muszę wyjść, mamo.
Przekazałam jej rękę Tosi i resztką sił dotarłam do wyjścia. Powietrze pomogło.
Przysiadłam na kamiennej ławce, oparłam dłoń o mur. Nie próbowałam nawet powstrzymywać łez, lecz na cmentarzu nie powinny chyba nikogo dziwić? Żebym chociaż, jak Aldona, kupiła sobie toczek z woalką... Może nie byłoby widać?
Ktoś uchylił drzwi od kaplicy. Tato.
- Będzie mi go bardzo brakowało - usłyszałam kolejny fragment pożegnania. - Mogę być dumny, że traktował mnie jak syna...
A mnie jak córkę!, miałam ochotę wykrzyczeć.
Dlaczego wyszłam, dlaczego mnie nie ma w środku? Co ten facet sobie wyobraża? Jestem babą, która potrafi tylko beczeć!
- Dobrze się czujesz, córeczko? - Tato przysiadł przy mnie na ławce. - Wrócisz?
Czy wrócę? Do kogo? Gdzie? Do kaplicy? Chyba o to pyta? Do domu? Przecież od chwili, kiedy własna siostra zabrała mi narzeczonego, nasze spotkania w rodzinnym gnieździe stały się nie do zniesienia. Do równowagi? Od pięciu lat nie jestem sobą. Do taty, który tęskni i cierpi, że jego młodsza córka znienacka odsunęła się, a on nie wie dlaczego? Nie rozumie biedak, że życie jest sztuką wyborów i nie można mieć wszystkiego naraz. Ani żony, która któregoś dnia po niedoszłym ślubie powiedziała do mnie: "Córciu, bardzo mi przykro, ale stało się i się nie odstanie. Jesteśmy rodziną, musisz zaakceptować, że Aldona będzie z Miłoszem. Zrozum, to dla dobra wszystkich", ani rozżalonej na cały świat córki. Gdy chciałam się wypłakać na jego ramieniu, usłyszałam tylko: "Matka ma rację".
- Tak. Wrócę do kaplicy. - Podjęłam decyzję. - Nic mi nie jest.
W tej samej chwili drzwi się otworzyły i na zewnątrz wylała się grupa żałobników. Ustawili się w procesji za księżowską limuzyną.
- Dzień dobry, Alinko. - Przy moim boku jak spod ziemi wyrósł Tomek Krukowski. - Widziałem, że wyszłaś. Coś nie tak?
Znaliśmy się jeszcze z Zastawna. Chociaż był ode mnie starszy o osiem lat, od zawsze zwracałam się do niego po imieniu. Ale dziś nie miałam ochoty z nim rozmawiać, a już tym bardziej opowiadać mu o swoich nastrojach. Na szczęście zajęty dalszym ciągiem pogrzebu Tomek uznał za stosowne pozostawić mnie na łonie rodziny. Na pożegnanie uścisnął po przyjacielsku moje ramię.
Potem była już tylko długa droga do grobu, Ave Maria na trąbce, kondolencje, stypa. Mama wystąpiła z propozycją.
- Może zostaniesz u nas na noc?
Od chwili kiedy zabrałam swój dwuosobowy materac, trzy regały na książki, dwa taborety i kilka innych drobiazgów, by wstawić je na wynajmowany strych w starej kamienicy, nie mogłam (nie chciałam, nie byłam w stanie) traktować rodzinnego domu jak bezpiecznej przystani. Tam pojawiła się Aldona, tam był Miłosz. Tam przymierzałam suknię ślubną... Wyprowadziłam się stamtąd definitywnie.
- Wrócę do siebie.
- Mogłabyś już przestać... - Mama okazała zniecierpliwienie. - A zresztą rób, jak chcesz.
- A może przyda ci się porada psychologa? - Monika musiała usłyszeć naszą rozmowę. - U mnie czy u ciebie?
Dobra, niezawodna kumpela. Zawsze w odpowiednim miejscu i czasie. Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Krzywo, przez łzy, ale jednak.
- Przyjdź do mnie, Moniczynko. Coś tam się w barku znajdzie...