*
Następnego dnia czekałem na Małego do popołudnia, lecz się nie pojawił, więc machnąłem na niego ręką. Nie było mi go specjalnie żal, ale coś doskwierało mi w środku i nie potrafiłem o nim zapomnieć. Czułem, że powiedziałem mu o jedno słowo za dużo. Słowo, którego nie dało się już cofnąć, więc dla spokoju sumienia wyszedłem ze swojej przyczepy, by go poszukać.
Pytałem napotkanych ludzi, czy nie widzieli gdzieś małego chłopca w szarej kurtce i czerwonej czapce, z suczką, która nazywa się Żaba, ale nikt nie umiał mi pomóc. Po powrocie do mojej życiowej przystani pomyślałem, że chyba to i dobrze, że odczepił się ode mnie i zaszył się w jakiejś dziurze. Dywagowałem nawet, że może wcale go nie było i wszystko mi się tylko przywidziało. W przeszłości zdarzały mi się już takie dziwne przypadki. Wydawało mi się, że ktoś do mnie przychodził, z kimś rozmawiałem, a potem znikał nagle, szczególnie wtedy, kiedy sobie nieźle wypiłem, no ale teraz zachowuję w tych sprawach zdecydowany umiar i nie mam chorych przywidzeń.
Ledwie to pomyślałem, gdy dobiegło do moich uszu ciche pukanie do okna. To był on, bez wątpienia. Otworzyłem szeroko drzwi. Mały nie wszedł jednak do środka, tylko przystanął na schodkach, jakby sprawdzał teren. Był dzisiaj bardziej zaniedbany. Rzucały się w oczy nieuczesane kędzierzawe włosy, brudne paznokcie oraz poplamiona czymś kurtka. Chyba wstydził się swego wyglądu, bo widząc, że mu się przyglądam, spuścił wzrok. Gdyby ktoś na mnie spojrzał, mógłby mi też zarzucić degrengoladę. Ale ja to co innego. Jestem przecież dorosły. Nie ścinam włosów, tylko zawiązuję je gumką, a nie golę się, bo oszczędzam piankę i wodę, więc może i wyglądam na lumpa, ale to moja świadoma decyzja, a nie ewidentne zaniedbanie jak u niego.
- Pożyczy mi pan dwie dychy? - zapytał, przerywając moje rozmyślania nad higieną osobistą. Zastanowiło mnie, po co mu te pieniądze, ale zaraz pomyślałem, że dwadzieścia złotych to przecież nie majątek, więc sięgnąłem do portmonetki i wręczyłem mu banknot z Bolesławem Chrobrym, wiedząc, że będę musiał odmówić sobie kilku browarów.
- Trzymaj.
- Dzięki, oddam, jak zarobię - odpowiedział jakoś dojrzale, po czym szybko się odwrócił i odszedł.
Obserwowałem go przez okno. Ciągnął Żabę, kierując się w stronę nieczynnej o tej porze roku wypożyczalni nart wodnych o pretensjonalnej nazwie Dream Bay*. Coś było w jego zachowaniu nie tak. Pomyślałem, że dzieciak sam tej pożyczki nie wymyślił i że zrobił to pewnie dla jakiegoś cwaniaczka, który będzie się niedługo bawił moim kosztem. Postanowiłem to wyjaśnić. Złapałem kurtkę, włożyłem buty i zamknąwszy przyczepę na klucz, poszedłem za nim.
W odległości około stu pięćdziesięciu metrów przede mną przesuwała się mała sylwetka w szarej kurtce i czerwonej czapce na głowie, prowadząca psa na smyczy.
Zachowując bezpieczną odległość, doszedłem do sklepiku osiedlowego, w którym chłopak na chwilę zniknął. Czekałem za wiatą na śmieci. Widziałem, jak wyszedł z reklamówką, odwiązał sukę od stojaka na rowery i ruszył w stronę stacji benzynowej, niedaleko torów kolejowych. Oglądał się za siebie, jakby się bał, że ktoś go śledzi, ale na szczęście nie zauważył mnie, gdyż w porę chowałem się za grube drzewa rosnące na poboczu starej drogi prowadzącej do zamkniętego przejazdu kolejowego. Kiedyś, rankiem, właśnie na nim autobus pełen ludzi uderzył w pociąg towarowy. Było wielu zabitych i rannych, no ale to się zdarzyło, gdy byłem w wieku Małego.
Kiedy rozmyślałem o tym wypadku, chłopak jakby zapadł się pod ziemię. Rozejrzałem się uważnie po okolicy i doszedłem do wniosku, że zszedł kamiennymi schodkami w stronę domku nastawniczego.
Zatrzymałem się, niezdecydowany. Wahałem się, czy warto za nim iść. Obawiałem się, że jeśli mnie zobaczy i da znać swojemu starszemu koledze, co było prawdopodobne, może to się dla mnie kiepsko skończyć. Jednak ciekawość zwyciężyła. W razie czego postanowiłem udawać, że szukam taniego lokum, które było moim niespełnionym marzeniem.
Zszedłem po kamiennych schodkach, ostrożnie stawiając nogi, by nie poślizgnąć się na krzywych stopniach porośniętych mchem. Stary kolejarski budynek nastawniczego ledwo było widać z drogi. Krył się za zaniedbanym sadem oraz za gęstymi krzewami porzeczek i czarnego bzu. Doszedłem do zmurszałego drewnianego ogrodzenia i otworzyłem furtkę zamykaną na zardzewiałą sprężynę. Wtedy omal nie wpadłem, gdy zza walącej się szopy wyskoczyła na mnie Żaba. Na szczęście nie szczekała, a ja przykucnąłem i wyciągnąłem do niej rękę, by ją pogłaskać.
- Dobry piesek, pamiętasz mnie? - szepnąłem, a suka polizała mnie i zamerdała ogonem. Wiedziałem już, że chłopak jest w pobliżu. - Żaba, prowadź do pana. Gdzie twój pan? - rzuciłem, a ona jakby mnie zrozumiała, bo odwróciła się i ruszyła przodem, wskazując drogę.
Drzwi na ganku były lekko uchylone. Otworzyłem je szerzej i wślizgnąłem się do sieni za czteronożną przewodniczką. Skradałem się, ale w półmroku potknąłem się o jakieś niewidoczne buty, i wtedy wszystko się wydało. Na ten niespodziewany hałas chłopak wybiegł na korytarz.
- Kto to, do jasnej cholery?
- To tylko ja! - odpowiedziałem zawstydzony.
- To pan? - Patrzył z niedowierzaniem. - Jak pan się tu dostał?
- Przepraszam, nie musisz się mnie bać.
- Wcale się pana nie boję. Szpieguje mnie pan, co? - nie dał mi dokończyć.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, gdyż prawdę mówiąc, nie przychodziło mi do głowy żadne sensowne wytłumaczenie mojego zachowania. Rozglądałem się z obawą za jego starszym kolegą, lecz nigdzie nie było go widać.
- Dobrze, niech pan już wejdzie do pokoju - powiedział jakimś dorosłym tonem. - Teraz jestem zajęty, za chwilę sobie pogadamy.
Kiwnąłem głową i wszedłem do ponurego, ciemnego pomieszczenia, przy którym moja przyczepa na parkingu wydawać się mogła luksusem. Poczułem zaduch i charakterystyczną woń starego ciała. W półmroku dostrzegłem stół zastawiony naczyniami, dwa krzesła, deskę do prasowania ze stojącym na niej żelazkiem, a dalej pod oknem metalowe łóżko i leżącego na nim mężczyznę. Powiedziałem "dzień dobry", ale człowiek w pościeli nie zareagował. Leżał z odchyloną głową i niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w sufit. Może odpoczywał? Był stary i przeraźliwie chudy. Jego blada skóra zdawała się naciągnięta na czaszkę, a rzadkie siwe włosy spadały na poduszkę. Odnosiłem wrażenie, że mnie słyszy i że jest nie mniej jak ja zaskoczony tym spotkaniem i szuka tylko właściwych słów, by coś powiedzieć. Jego kościste dłonie pokryte brązowymi plamami spoczywały na kołdrze.
Suka, widząc moje zainteresowanie chorym, polizała jego rękę, a potem położyła się pod stołem w kłębek. Przysiadłem na krześle. Milczałem. Denerwującą ciszę przerwał nagle wiszący na ścianie zegar, który wybił pełną godzinę z przeraźliwym dudnieniem mechanizmu sprężynowego. Spojrzałem na komórkę i stwierdziłem, że zegar spóźnia się prawie dwie godziny. Po dłuższej chwili pojawił się chłopak z kubkiem i łyżeczką w ręku. Przysiadł na brzegu łóżka, nie zwracając na mnie uwagi, i odchylił głowę starcowi.
- Dziadku, zrobiłem ci owsiankę na mleku. Musisz jeść, żeby wyzdrowieć - powiedział, akcentując każde słowo, i powoli, wprawnymi ruchami, dawkował mężczyźnie pożywienie łyżeczką. Unosił przy tym głowę dziadka, by ten nie zadławił się, i spoglądał na ruchy grdyki.
Milczeliśmy. Różne myśli przebiegały mi przez głowę. Chłopak nie wytrzymał ciszy i odezwał się pierwszy.
- Dziadek powiedział, że jeśli umrze, to zabiorą mnie do domu dziecka. Ja nie chcę tam iść, rozumie pan? Jestem przy nim i się nim opiekuję. Wie pan, on myśli, że jest małym chłopczykiem, i boi się zostać sam - objaśnił z dziecięcą szczerością. - Dlatego wychodzę z Żabą na dłuższy spacer tylko wtedy, kiedy on zasypia.
- A twoi rodzice?
- Rodziców nie pamiętam. Zawsze byłem z dziadkiem. On mówił mi, że nie ma co ich żałować i że jestem adoptowany, ale nie powiedział, co to znaczy.
Nie chciałem mu tego teraz wyjaśniać.
- Od dawna tak leży? - zapytałem, zmieniając temat.
- Dość długo. W lutym jeszcze wstawał sam do ubikacji przy balkoniku, a teraz muszę wszystko przy nim robić. Wie pan, o co mi chodzi?
- Wiem.
- Miałem iść do szkoły, ale wtedy dziadek zachorował. Przysyłali jakieś pisma urzędowe i przychodzili z komisją, lecz on za każdym razem im mówił, że mnie tu już nie ma.
Zrobiło mi się głupio, że dałem mu tylko dwadzieścia złotych i nie zapytałem, po co mu są potrzebne. Nie umiał czytać, to fakt, ale mimo swoich ośmiu, a może nawet dziewięciu lat, zachowywał się jak dorosły. Pomyślałem, że jego życie trzeba zmienić, że właśnie ja powinienem to zrobić i przekazać mu tę informację tak, by nie urazić jego chłopięcej dumy. Nie chciałem, by jego życie było tak samo popieprzone jak moje.
- Mógłbym wam pomóc - powiedziałem i zaraz się poprawiłem: - Pomogę wam, jeśli mi na to pozwolisz. Zgadzasz się, Mały?
Milczał. Chyba mi nie dowierzał, a może sądził, że mam do niego pretensję o to, że gdy pierwszy raz do mnie przyszedł, nie powiedział prawdy. Pomyślałem wtedy, że w tym czasie, kiedy dorośli toczą swoje wielkie wojny, on toczy tu samotnie swoją walkę, nieustępliwą walkę o życie chorego dziadka, łudząc się, że doprowadzi ona do zwycięstwa.
- Pozwolisz mi pomóc, Mały? - powtórzyłem głośniej, a on wytarł ukradkiem łzę spływającą po policzku i lekko kiwnął głową.