- Jakaś czwórka wali - zauważył Franek Kulesza, obcierając kosę.
- Kobierzycki dziedzic skręca do Charlupi - dorzuciła
kobieta i, odłożywszy sierp, poszła, rozpinając stanik, do dziecka
kwilącego pod krzakiem.
Franek zaostrzył kosę i, powlókłszy oczyma za powozem,
ledwie widnym z kurzawy, zawołał niecierpliwie:
- Maryś, do wieczora niedaleko, a tyla jeszcze roboty! - I
splunąwszy w garść, wparł się mocno w ziemię, przygiął i puścił
kosę w zwartą, wyrośniętą ścianę pszenicy. Ciął zamaszyście,
półkolistym, rozkolebanym ruchem, że zboże padało mu do nóg z
sypkim chrzęstem złota. Kobieta szła w jego tropy i, podbierając
sierpem nacięte garście, kładła je grubą warstwą wpoprzek zagonu.
Pracowali pośpiesznie, ze wszystkich sił i w nabożnem prawie
skupieniu. Słońce doskwierało niemiłosiernie. zasię od zbóż i ziemi
buchało jakoby z rozpalonego pieca. Najmniejszy powiew nie
chłodził, pola lały w żarze ognistym, spiekota zapierała dech.
Odpoczywali jednak z rzadka, tyle jeno, by grzbiet sprostować, kosę
naostrzyć i jakieś słowo przemówić. W którejś chwili Franek,
wykruszywszy kłos, odezwał się radośnie:
- Pszenica będzie sypała.
- Żydy się już o nią przewiadują. Judka powiedał, jako
płaci po siedem.
- Oszukaniec, nie powącha mojego ziarna. Antoni daje po
pół ósma.
- Da i po ośm za korzec, czysta kiej złoto, lepsza od
dworskiej. Ale, wiesz to, że Stacho molestował dziedzica o te morgi
na ogrodach?
- Nadarmo, boć mnie przedać obiecał. Jużem się ugodził.
Właśnie za pszenicę pieniądze pójdą na zadatek.
- I po całe trzysta rubli - westchnęła. - Laboga, czy aby
poredzim! Już na nas wisi Józkowe tysiąc rubli, i Magdzina spłata,
i w kasie dług...
- Da Pan Jezus zdrowie, uredzim wszystkiemu. Na dziesięciu
morgach łacniej się wyrobić. Te dziedzicowe morgi wziąłbym pod
buraki, sam mnie do tego namawia. Fabryka daje pożyczki na spłatę
burakami.
- Wydolim to sami robocie?
- Dziewkę ci przynajmę - ozwał się łaskawie.
- Co lepsze, poleciało na Saksy. Ani chcą słuchać o
służbie.
- Juści. każden szuka większego profitu. Ale może się jaka
znajdzie.
- Wiem nawet o jednej w Rakowicach - podjęła żywo.
Nie słuchał. Żelazo świstało monotonnie i ciężko padały
podcięte kłosy.
- Wybrany czas na żniwa - szepnęła znowu po krótkiej
przerwie.
Franek przykładał się do roboty coraz zapalczywiej, kosa
zjadliwą błyskawicą migotała nad ziemią, pokładając równe, jakby
mierzone garście.
- Na Kłockiem już prawie same ścierniska - zaczęła. -
Nawiezą latoś do stodół, nawiezą. Od lat nie było takich
urodzajów...
Nie odrzekł, ogarnąwszy jeno oczyma świat pełen zbóż,
ludzi, stad, wozów, ciągnących z pól i kop, poustawianych na
zagonach - kosił niestrudzenie. Mokra koszula przywierała mu do
pleców, pot ściekał z pod słomianego kapelusza i grzbiet dziwnie
pękł z wysiłku, lecz ramiona, niby żelazne wahadła, nie folgowały w
pracy ani na chwilę. Pola wznosiły się na wzgórze, do miedzy
szerokiej, nasadzonej kopcami, obrośniętymi tarniną; wyboista
dróżka wiła się tam podwójną nicią kolein. Więc ile razy jej
sięgał; prostował gnaty, ostrzył kosę, nabierał tchu i,
zawróciwszy, nowy zagon zaczynał.
- Jęczmionom też pora, miejscami już się na pniu sypią.
- A nasz gąski niezgorzej przemłóciły - mruknął z
przekąsem.
- Ino kawalątko za stodołą - tłómaczyła wystrachana. -
Znarowiły się, że nie sposób upilnować. Wypierzą się, to sprzedam,
spory grosz kapnie.
Wzruszył pogardliwie ramionami, a i nie czas było na
swary, gdyż słońce kłoniło się coraz niżej. Dzień się już miał ku
zachodowi, ziemie głośniały, jak zwyczajnie na żniwnem odwieczerzu.
Pola, pokryte ludzkiem mrowiem, zaczynały wrzeć przeróżnymi
głosami. Żary biły jeszcze od spieczonej ziemi, od zbóż źrałych i
ciężarnych pełnymi kłosami, ale już wesołe śpiewki podnosiły się
rozgłośniej nad zagonami, wybuchały jazgotliwe pokrzyki dzieci. W
ścierniskach zagrały brzękliwe kapele koników polnych; suche
dźwięki nakowywanych kos przeszywały jakby nożami, turkotały wozy,
toczące się ciężko do stodół, a nizko, nad ziemią rozgłaszał się
warkot żniwiarek dworskich, których ramiona wybłyskiwały raz po raz
zębatemi śmigami. Nad omdlałemi w upale drogami snuły się kłęby
złotawej kurzawy. Tu i owdzie wzorzyste, przyodziewy kobiet
wykwitały ze złotych łanów pszenicy. Stada wróblej hołoty nosiły
się z wrzaskiem po ściętych garściach. Gdzie wystraszony zając rwał
z pod nóg żniwiarzy, wśród krzyków i naszczekiwania psów. Gęsi
odzywały się z nad strumieni, co srebrzystemi nićmi wlokły się
wskroś zielonych łąk i pastwisk zrudziałych. Niebo wisiało bez
chmur. błękitne, czyste i wysokie: świegotały szalejące jaskółki, a
od przywiędłego zapachu zbóż i traw aż dech zapierało z lubości.
Oczy niosły się daleko, po ziemiach wzgórzystych i rodnych, po
wsiach prawie niewidnych w zielonych groblach sadów, z których jeno
gdzieniegdzie wyrywały się czerwone dachy, bielały ściany, a złote
krzyże kościołów polśniewały żywymi płomieniami. Jakiś dwór, pański
na wzgórzu, pod strażą drzew niebotycznych, grał w słońcu oknami.
Niekiedy głucho dudniała ziemia, leciał przeszywający świst i
pociąg długi, niby wąż, prześlizgiwał się między wzgórzami,
pozostawiając za sobą warkocz białawych dymów.
Kraj był cudny, rozległy, owiany tchnieniem głębokiego
spokoju i uroczystej pracy żniw oddany. Jakoby bowiem msza
odprawowała się na tych nieobjętych polach od rana do wieczora,
przydzwaniały jej kosy, celebrowało słońce, a służył wszystek naród
w znojnym, radosnym trudzie. Rok był wyjątkowo urodzajny i pogody
sprzyjały żniwom. Przednówek się skończył, troski odeszły na bory i
lasy, naród radośnie podnosił uciemiężone głowy, radość promieniała
w oczach i serca rozpierało poczucie dosytu i szczęsnego spokoju.
Więc nadchodzący wieczór po ciężkiej pracy witano dziękczynieniem.
Juz przygasało słońce, blade mgiełki jęły zaciągać się nad polami,
docinano ostatnich pokosów, ostatnie snopy ustawiano na zagonach i
ostatnie wozy ładowano, gdy na dróżce, biegnącej miedzą po wzgórzu,
zaturkotała jakaś bryka.
- Wójt jedzie - szepnęła Frankowa, prostując utrudzony
grzbiet.
- A niechta jedzie - odparł, nie podnosząc oczu od kosy.
Przycichnął naraz turkot i wójt zawołał:
- Kulesza, chodźcie-no, pilna sprawa.
Wziął kosę na ramię i podszedł nieco zaniepokojony.
- Ino świt, musicie stawić się do powiatu. Sołtys wa
.powiezie.
- Na manewra wołają, czy co?
- Wojna! Zapasowych z czterech lat biorą. Co tylko papier
dostałem.
- Jezus, Marya, Józefie święty! - jęknęła kobieta,
chwytając się za głowę.
- Wojna - powtórzył głucho - wojna! - Serce mu znagła
przestało bić.
- Z Niemcem. A nie spóźnij się, bo sztraf - upominał,
podcinając konie. Pojechał dalej, przystając co kilkanaście
zagonów, i nadbiegającym ludziom rzucał tę wieść straszliwą. Jakoby
gromem roznosiła się po polach. Ludzie kamienieli w zgrozie,
stawali bezradni, niemi, bez tchu. Musiał powtarzać, nim zrozumieli
nowinę. Płacze wybuchały. Omroczyły się nagle serca i trwoga
chwyciła za gardła. Zgniłe tchnienie nieszczęścia zwarzyło bujne,
radosne przed chwilą życie. Przed wylękłemi oczami rozwarły się
naraz przepaście i groby. Śmierć szla ku nim twardym, nieubłaganym
krokiem. Słońce już zachodziło, pół nieba stanęło w łunach i
zrumieniło świat, wszystkie wody zdały się płonąć żywą krwią
człowieczą.
Wracali do wsi podobni zmartwiałym bryłom, ciężko i
powolnie.
Ucichły gwary, pogasły śpiewki, w bolesną zadumę spowiły
się dusze, lęk wyzierał z oczów i w sercach rosła niewypowiedziana
straszność.
- Wojna! - szeptały pobladłe wargi. - Wojna! - powtórzyły
trwożne echa - wojna!
Franek powracał z drugimi. Kobieta, przytulając dziecko,
zanosiła się coraz boleśniejszym płaczem. Męża jej brali! Ojca
dzieci, gospodarza!
- O Jezu miłosierny! O Jezu litościwy! - lamentowała
żałośliwie.
- Cicho! płakaniem nie poradzi! - rzucał gniewnie i choć
głowę podnosił hardo, dygotał w sobie, zmagały go troski żrące i
złe przeczucia.
Wieś przepełniła się po wręby. Krwawe zorze zachodu
dogasały; nadchodziła krótka lipcowa noc, upalna i przejęta
zapachami pożętych zbóż. Ziemie oblekły się mrokiem i cichością
odpoczywania. Po jasnem, wysokiem niebie przelatywały spadające
gwiazdy, niby głuche pioruny. Wieś zapadała w ciemnych chmurach
sadów i niepokojącem milczeniu, że ptak nie zaćwierkał, nawet psy
nie naszczekiwały a ludzie w posępnem oniemieniu snuli się po
drodze, podobni znikomym, szarym cieniom. Z domów poukrywanych w
gąszczach sączyły się światełka, jak zgorączkowane spojrzenia,
niekiedy wydzierały się krótkie lamenty lub żałosne płacze. Wszyscy
bowiem czuli się jak struci, ani komu smakowało jadło, ni szła
robota, zasię udręka coraz srożej trapiła. Rzucali więc wszystko i
szli do sołtysa, gdzie na ganku, przy widnej lampie ktoś głośno
odczytywał mobilizacyjne wezwanie. Wzdychali ciężko, przestępując z
nogi na nogę, aż Franek Kulesza pierwszy rzekł:
- Niema co, zwołują. nas na wojnę! - Powiódł oczyma po
towarzyszach. Stali pobok w kupie, siedmiu ich było: chłopy młode,
dorodne, o żołnierskich postawach, jasnych oczach i suchych
twarzach. Wszystko już na swojem, na dorobku, żeniate i ojce
dzieciom. Trzymali się hardo, nie dając poznać, co się tam w nich
wyrabia. Cała wieś patrzyła na nich. Jakieś kobiety, zanosiły się
cięiżkim szlochem. Grobowe milczenie przerwał Józek Bednarek:
- Potrzeba iść, to pójdziemy. Przysięgalim! - Rozlożył
ręce.
- Raz kozie śmierć! - wyrwał się drugi. - Każą bić, to
będziemy prali.
- Nim go dosięgniesz, to ci pierw flaki wypruje - szepnął
ktoś złowróżbnie.
- A ze wsi kamienia na kamieniu nie zostawi.
- Na polski naród zawzięty, jak nikt drugi na świecie.
- Cóżby ta szczególniejszego upatrzył sobie do nas? -
wątpił któryś ze starszych.
- Nie wiecie, co wyrabiają z naszemi w Prusach? -
zawarczał groźnie Kulesza. - Chałupy ci nie dadzą postawić na swoim
własnym gruncie, pacierza nie, pozwolą po polsku i, jak się im
spodoba, z ostatniego zagona cię wywłaszczą. A chcesz w sądach
dochodzić sprawiedliwości, kryminał wygrasz co najwyżej. Wojnę
teraz robią z naszym, bo na ziemię łakomi, ciasno im u siebie i nie
ma kto na nich robić. Radziby darmo żywić się naszą krwawicą. Niech
jeno przyjdą, zobaczycie, co tu będą wyrabiali. Dziedzic, ksiądz
czy chłop zarówno im jeden, bo jeśli tylko Polak i katolik, za psa
go nie uważają. Tyle lat chodziłem na Saksy, to ich spenetrowałem.
- Naszą krzywdą stoją, ostatnie siły z narodu wyciągają.
- Żeby nie nasza robota, żrećby nie mieli co.
- I spanoszyli się na naszej pracy. A jak to nas uważają!
Co słowo, to cię taki od polskich świń przezywa: upomnisz się o
swoje, ziandarma woła do kozy wsadza i ciężko zarobionego grosza
nie odda! Wilki zapowietrzone, wilki!
- Ludzie, pora spać - zabrał głos sołtys. - O świcie
musimy ruszyć do Sieradza.
Rozeszli się do domów. jeno poborowi radzili czas jakiś pod
chałupą Kuleszy, wspominając krzywdy wycierpiane i upokorzenia, że
w sercach rosła zawziętość i głuche pragnienie pomsty. Rozdrażniali
się aż do dygotliwego wrzenia i wściekłości. A teraz spada znowu na
nich ta wojna. Żniwa w pełni, tyle roboty i trzeba rzucać wszystko
i iść! Dlaczego? Że tym zbójom chce się cudzego! Niedoczekanie
wasze! Zaciskały się pięście, płonęły groźnie oczy i serca
rozpierało pragnienie walki.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.