Rozdział IBYLE NIE O TYM!
Jest tysiąc wyjątkowo trudnych dla mnie pytań lub może tylko jedno, które przyjmuje aż tysiąc form... Sam nie wiem. Wiem za to, że albo ich wszystkich, albo właśnie tego jednego bardzo, ale to bardzo nie lubię. Nie mam jednak pretensji do pytających o ich ciekawość. Bo czy ktokolwiek, próbą zaspokojenia jej, naprawdę chce mnie zranić? Chyba nie.
- Jesteś tu z tatą?
Chciałbym.
- A twój tata?
Co mój tata?
- Czym zajmuje się twój tata?
Czymś na pewno.
- Ale jak to nie masz taty!?
Tak to! Nie mam! No i!?
Nie użalam się jednak nad sobą, bo nie ja pierwszy i nie ostatni. Mam troskliwą, czułą mamę, zabawnego i naprawdę w porządku dziadka oraz zakręconą ciotkę, która nie jest pozbawiona wad, ale dojrzałem do tego, by je tolerować. W końcu, choć trudno mi to przyznać, i ja nie jestem ideałem. Mam też kilkoro naprawdę fajnych przyjaciół i w sumie to chyba nie powinienem odczuwać pustki czy samotności, ale mimo to brak taty czasem do mnie wraca. Wraca i za każdym razem tak samo zasmuca. Chciałbym potrafić pogadać o tym z moim najlepszym przyjacielem, Staszkiem, ale u niego różnie z tą empatią... Czasem ją ma, a innym razem to jakbym z robotem gadał albo częściej z klaunem.
- Jakbyś chciał, to wiesz... Ja ci mogę potatusiować. Pójdę z tobą od czasu do czasu pograć w piłkę, albo coś! - O, na przykład w taki sposób ostatnio przypajacował. Wracaliśmy wtedy razem ze szkoły, a jego ojciec zadzwonił, żeby Staszek się pospieszył, bo właśnie zaczynał się mecz na osiedlu. Mecz ojców przeciwko synom, coroczne rozgrywki, w których oczywiście nigdy nie brałem udziału.
- Lub powiem mojemu starszemu kuzynowi, temu, co ma prawie osiemnaście lat, żeby pogadał z tobą o pannach, jeśli jakieś poważne pojawią się na twoim horyzoncie. Ja, jako specjalista od spraw damsko-męskich, bo przysięgam, że powinienem w tym temacie szkolić normalnie, też mógłbym ci pomóc w razie co, ale słyszałem, że nie można się przyjaźnić ze swoim tym... No z tym... Yyy? Jak to się nazywa?
- "W razie czego", a nie "w razie co" - pouczyłem go najpierw. - Z coachem. Life coachem - podpowiedziałem pospiesznie, bo chciałem, żeby jak najszybciej skończył ten zdurniały wywód.
- Tak, z life coachem! Z trenerem życia, znaczy! Mógłbym być twoim trenerem życia, ale wtedy nie mógłbym być przyjacielem i co ty byś beze mnie zrobił? Hłe, hłe, hłe.
Hłehłeszkowanie Staszka przeważnie ucinało podobne dyskusje, a ja nie chciałem już potem podejmować tematu. W każdym razie na pewno nie tak. On sobie z tatą kopał piłkę, a ja... A ja i tak nie lubię grać w nogę, więc nie było mi żal. Albo przynajmniej nie bardzo. Skupiałem się na tym, co pozytywne. Na przykład na zdrowiu mojej mamy, które - jak całą rodziną mieliśmy nadzieję - chyba wróciło już na dobre. Nie musiała więcej jeździć do szpitala na żadne kuracje, tylko raz na kilka miesięcy na badania kontrolne. Na każde zabierała ją jej ciocia Mariolka, siostra mojej nieżyjącej babci. Odwiedzała nas wtedy na dłużej, przyjeżdżając z toną warzyw w siatce dźwiganej pod pachą, a raczej pod dwiema pachami, pod nogą, szyją i jeszcze z kontenerem zieleniny na głowie. Przybywała też z szalonymi pomysłami na wyjazdowe weekendy, które sobie wszyscy we troje robiliśmy. No i oczywiście z uwagami dotyczącymi mojej nadwagi! Kto jak kto, ale ona nie mogłaby sobie przecież tego darować... Dyscyplinowała mnie, karcąc wzrokiem, słowem i czynem. Ochrzaniała za papierki po batonach, które znajdowała w kieszeniach moich kurtek, i zachęcała do aktywności fizycznej, którą raz lubiłem, a innym razem niestety trochę mniej. Zdarzało mi się bowiem przez kilka tygodni zwyczajnie się lenić i tak kombinować, że a to rower zepsuty, a to niby kolano skręcone na krzywym chodniku, który tak nam pod blokiem wyremontowali, że tydzień po naprawie znowu wybrzuszyło płyty. Lub że w szkole było niby za dużo materiału do opanowania i milion sprawdzianów robionych przez nieznających umiaru, zaprogramowanych na gnębienie młodzieży, sadystycznych nauczycieli.
- Jak w takich warunkach znaleźć czas na sport, mamo?! Chyba sama rozumiesz, że nie ma na to szans...
Tę szkolną, czasem prawdziwą, ale jednak wymówkę, lubiłem najbardziej. Mama zawsze ją kupowała i to tak bezkrytycznie i po całości, że raz po raz latała do matematyczki z awanturą o nadmiar zadań domowych dla przeciążonych nauką "biednych dzieciaczków". Swoją drogą - pani od majcy naprawdę przeginała. Cyferki i bryły, którymi zajmowałem się często do późnego wieczora, śniły mi się po nocach.
Nie brakowało mi też innych pomysłów na wykręty od sportu... Kto miewa podobne problemy z motywacją do ruszenia czterech liter, pewnie mógłby zrozumieć tę odpalającą mi się radosną ściemotwórczość. Ciotce kitów nie dało się jednak wciskać. Ma wmontowane w głowę, ukryte pod wytapirowaną fryzurą czułki, wyczuwające choćby próbę kłamstwa. Gdy dojeżdżała mnie uwagami o "napompowanych niczym baloniki w odpust polikach" czy "uroczym bębenku, na którego miejscu ludzie dbający o zdrowie mają płaski brzuch", nawet nie podejmowałem prób oszukiwania. Po prostu brałem się za siebie lub raczej ona brała się za mnie. "Rower. Basen. Bieganie. O lodach zapomnij! Rower. Mniej masła! Znowu rower. Sałatka zamiast tego tłustego, przetworzonego nie wiadomo czego! I jeszcze rower, rower, rower, rower, rower..." Dojeżdżała mnie i zajeżdżała, ale podczas każdej wizyty cioci zrzucałem kilka nadprogramowych kilogramów i potem, przez parę następnych tygodni lub nawet miesięcy, sam trzymałem zdrową dietę, a uprawianie sportu stawało się nawykiem. Przynajmniej na jakiś czas. Gdyby tylko nie było tych chwil słabości, za którymi szły kolejne, podobne chwile. Jednak tak miło wsunąć czekoladkę, gdy ogarnia cię smutek... Tak przyjemnie przez moment rozpłynąć się w słodyczy. No nic. Trudno. Problemy z powracającą nadwagą są obecnie częścią mnie, ale jak mówi mój life coach Staszek: "One cię, chłopie, nie defi... defi... definiTYWUJĄ...". Tak, przecież one mnie nie definiują.
Ciotka, kiedy nas odwiedzała, poza wymuszaniem na mnie ruchu i wciskaniem trawiastego jedzenia, wnosiła kolor w nasze życie. Wyrazisty. Wręcz jaskrawy! Mimo jej przywar teraz nie tylko mama, ale i ja naprawdę ją lubiłem. Kolorowa i radosna, prawie zawsze miała dobry humor. Potrafiła śmiać się ze wszystkiego, a najgłośniej z siebie. Jednak - co chyba jeszcze ważniejsze - ciocia trwała przy nas w najtrudniejszym czasie. Była jak skała - nie do ruszenia. Mogliśmy się o nią bezpiecznie oprzeć, wiedząc, że się nie rozkruszy, nie odsunie, nie zniknie. Ostatnią fazę leczenia mama przeszła zmobilizowana do walki i pełna nadziei. To między innymi dzięki cioci, ale - co dodam nieśmiało - może też trochę dzięki mnie, bo i ja ze wszystkich sił starałem się mamę wspierać. Nie było gwarancji sukcesu, bo... No cóż, jestem realistą. Wiara w to, że będzie dobrze, możliwie najlepiej dobrana kuracja oraz wsparcie bliskich są naprawdę ważne, ale i to czasem niestety nie wystarcza. Mojej mamie chyba na szczęście jednak się udało. Odrosły jej włosy, jeszcze bujniejsze niż przed leczeniem. Skóra odzyskała blask, oczy błysk, a całe ciało i głowa energię. Chciała robić wszystko i wszędzie, i każdą rzecz na sto procent. Kiedy przesadzała z tym entuzjazmem i zaangażowaniem, trochę się martwiłem, że może ona chce zrobić, co się da, zanim wróci jej choroba. Nawet ją o to kiedyś spytałem, ale nie potrafiła mi odpowiedzieć. Starała się być ze mną szczera, lecz sama chyba nie bardzo wiedziała, co nią tak naprawdę kieruje i co czuje. To dziwne, że zupełnie dorośli ludzie też tak czasem mają, co nie?
Mama chodziła już codziennie do pracy - pięknie ubrana i umalowana oraz zawsze solidnie przygotowana do każdej konferencji, spotkania czy prezentacji projektu. Kiedy wracała do domu, wciągaliśmy szybko obiad albo szliśmy na miasto coś zjeść. Potem mama się odpalała. Jeździliśmy razem do schroniska wyprowadzać psy na spacery, do kina studyjnego na czarno-białe filmy albo do muzeum sztuki nowoczesnej, które bardzo polubiłem, bo przedziwne eksponaty najlepiej pobudzały moją wyobraźnię. Chodziliśmy też na giełdę staroci, na której mama z upodobaniem oglądała stare srebra, a ja oldskulowe zabawki. Ale nic nie kupowaliśmy. Mamie te wszystkie sreberka, choć je lubiła, nijak nie pasowałyby do nowoczesnego wnętrza naszego mieszkania, a ja czułem się za stary na kolejki, klocki i drewniane kukiełki. Jednak to nie zakupy były naszym celem, a wspólny czas. Lubiłem go prawie tak samo jak ten, który spędzaliśmy osobno! Wiem, że słabo to zabrzmiało, ale nie zamierzam wstydzić się tego, że dorastam i w związku z tym potrzebuję również przestrzeni, w której nie ma rodziny, ale są za to znajomi lub - jak przykołczowałby Staszek - "przyjemny spejsik, w którym jestem tylko ja, me and myself".
Za sprawą cioci, która bez owijania w bawełnę pouczała mamę, jak ma mnie wychowywać, ta wreszcie skumała, że mam już kilkanaście lat i wchodzę w etap: "Mamo, nie teraz", "Mamo, wyjdź", "Mamo, proszszsz cię, daj spokój". Dobrze zrobiła jej też obserwacja znajomych, którzy mają dzieci w moim wieku, ale głównie to, że sam coraz częściej wprost mówiłem jej, czego mi potrzeba. Od skumania do wprowadzenia w życie jest jednak długa droga, którą moja dzielna starsza postanowiła przejść. Zrozumiałem to, gdy znalazłem ukrywany przez nią pod ręcznikami przy wannie poradnik dla nadopiekuńczych rodziców. Poważnie! Kupiła go sobie i studiowała kolejne rozdziały. Nie powiedziałem jej, że odkryłem schowek, a więc tym bardziej nie przyznałem się, że dokładnie przejrzałem tę książkę. Cała była w maminych notatkach, wykrzyknikach, smutnych minkach, znakach zapytania, a wiele fragmentów mama obrysowała długopisem. Część z nich nawet kilka razy. Wzruszało mnie, ale i śmieszyło (i naprawdę nie wiem, co bardziej...), kiedy wcielała w życie kolejne zalecenia. Jedno z nich brzmiało mniej więcej tak: "Znajdź sobie pasję, która zmusi cię do opuszczania domu i która z dużym prawdopodobieństwem nie spodoba się twojemu synowi lub twojej córce, więc nie będziesz miała pokusy zabierania pociechy ze sobą. Będzie to świetna okazja do tego, by poświęcić czas samej sobie i dać spokój swojemu zamęczanemu twoją miłością dziecku". Słowa "zamęczanemu miłością" mama podkreśliła grubą krechą i dodała obok trzy pytajniki oraz wielki wykrzyknik. To musiał być dla niej trudny fragment, ale i tak następnego dnia po przerobieniu rozdziału podjęła próbę wykorzystania w praktyce wykutej na blachę teorii.
- Waldku, ty dalej nie lubisz ani lekcji plastyki, ani techniki, co? - spytała przy śniadaniu.
- Yyy, no nie. To źle?
- Nie, nie! Fantastycznie! Znaczy... Garncarstwo chyba by cię w związku z tym nie zainteresowało, prawda?
Trochę wtedy śmiechłem, chociaż sprytnie udałem, że to tylko kaszelek. Moja mama i lepienie garnków... No błagam, he, he. Ponieważ jednak zależało mi na jej szczęściu oraz na swojej wolności, postanowiłem jej pomóc nie wpakować się w kurs babrania się w glinie, który na pewno nie sprawiłby jej żadnej przyjemności. I tak zaraz by z niego zrezygnowała, znów skupiając całą swoją uwagę na mnie.
- Czemu? Oczywiście, że garncarstwo mogłoby mnie zainteresować! - kłamałem więc jak z nut, żeby zaraz potem sprytnie ją zmanipulować. - Gdybyś chciała spróbować lepienia kubeczków, spodków, dzbanków czy co tam, to chętnie upaprzę sobie paznokcie błotem razem z tobą.
Mama spojrzała na swoje zadbane dłonie i na świeżo zrobione u manikiurzystki liliowe hybrydy na paznokciach. Temat garncarstwa nigdy więcej nie powrócił. Szukała dalej swojej nowej pasji, którą spokojnie mogłaby realizować beze mnie. A ja musiałem się tymczasem zadowolić byciem "niezamęczanym miłością" zaledwie przez kilka godzin tygodniowo, kiedy mama robiła większe zakupy. Zanim jednak zostawiła mnie w domu samego, zawsze przypominała mi numer alarmowy oraz przeprowadzała małe szkolenie BHP.
- Okna mają być zamknięte. Herbatę ci zrobię... yyy... sam sobie zrobisz, ale dopiero, jak wrócę. Teraz możesz sobie pić wodę. Nie właź na fotele czy krzesła. Książki z wysokich półek spokojnie mogą poczekać na mój powrót...
Serio. Tak to wyglądało. Dlatego też, kiedy już po skończonym kazaniu była w drzwiach, a ja wreszcie miałem mieć upragniony święty spokój, wołałem za nią, trochę się wyzłośliwiając:
- Mamo, wracaj! Zapomniałaś oblepić ściany mojego pokoju poduszkami i przywiązać mnie w pampersie do łóżka, żebym się przypadkiem nie zabił, zahaczając paznokciem u nogi o dywan podczas niebezpiecznej podróży do klopa!
Miałem ubaw, ona nie. Wychodziła z domu, a potem co godzinę pytała krótkimi, a więc pisanymi niby od niechcenia SMS-kami, czy aby na pewno żyję i czy mam się dobrze. Miałem się... bo grałem!
Mój team, TWO KINGS AND QUEEN, wymiatał na wszystkich turniejach. Do tego stopnia, że aż staliśmy się rozpoznawalni w środowisku graczy, a czasem nawet i poza nim. Popularność nie była mi akurat potrzebna do szczęścia. Delfinie chyba też nie, ale za to Staszkowi... Mój przyjaciel pławił się w sławie, ogrzewał w blasku fleszy, brylował na salonach i podrywał dziewczyny na karierę e-sportowca, a przynajmniej... jak zwykle bardzo się starał. Nawet mi to jego parcie na szkło pasowało, bo odwalał za nasz team cały PR. Chętnie udzielał wywiadów, komentował wygrane na YouTubie, zapraszał do śledzenia naszych kolejnych rozgrywek i takie tam. Dzięki temu znajdował nawet sponsorów, którzy opłacali nam podróże i pobyt na turniejach odbywających się w różnych miastach różnych państw Europy. Nieźle, hę?
Mama pokryłaby koszt każdego mojego wyjazdu, bo miała z czego i bardzo wspierała mój rozwój. Ale rodzice Staszka, choć oboje też bardzo mu kibicowali, nie mogliby sobie pozwolić na opłacanie jego wycieczek. Załatwiane przez mojego przyjaciela finansowanie dawało mu więc szansę na to, by w ogóle mógł z nami startować. Nie mówiłem mu tego, żeby całkiem nie obrósł w piórka, ale podziwiałem go za determinację. On na swój sukces musiał zapracować dużo bardziej niż ja. Za to Delfina nieustannie imponowała mi niepoddawaniem się głupim stereotypom. Każdym występem na turnieju udowadniała, że dziewczyny w niczym nie ustępują chłopakom. Że grają tak dobrze jak oni, a często o wiele lepiej! Delfina, w świecie gamingu zwana Mrówą, to kobieta torpeda! Poukładałem się już z tym, że nie chciała ze mną chodzić. I z tym, że kolejna dziewczyna, w której się zakochałem, dała mi kosza po trzech dniach randkowania. Nie wiem, co robiłem nie tak. Może nic? Może po prostu uznała, że jednak nie pasujemy do siebie? Staszek, jak tylko moja nowa miłość ze mną zerwała, pospieszył z radami, o które nikt go nie prosił.
- Pokaż jej, że ci na niej nie zależy, to na pewno sama znowu za tobą poleci. Poderwij jej koleżankę, to zrozumie, co straciła... - O, takie mi podsuwał pomysły trener życia od siedmiu boleści, który nigdy nie był na randce. Wybrałem więc swój zwykły sposób radzenia sobie z odrzuceniem, czyli najpierw przyjąłem kosza na klatę. Dałem sobie zgodę na smutek oraz czas na to, by moje uczucie wygasło. Strasznie się mordowałem. Przepotwornie! Ale po koszmarnie trudnych trzech dniach łez i braku apetytu było już po płaczu.
- Kochasz jak wariat, ale szybko ci przechodzi. Znaczy... sprawnie działają twoje mechanizmy obronne - mądrzył się Staszek, kiedy czwartego dnia zjadłem na naszym e-sportowym obozie wielkiego kotleta, by chwilę potem... stracić głowę dla pewnej zabawnej Niemki. Ta dziewczyna z konkurującego z nami teamu siedziała przy sąsiednim stoliku i robiła sobie ze splecionych nitek makaronu zwisającego z nosa gluta, rozśmieszając tym cały obóz. Z nią też niestety mi nie wyszło, bo nie umiałem romantycznie zagadać. W tym przypadku byłem jednak dla siebie wyrozumiały, bo weź poderwij dziewczynę po niemiecku, pff... Ta słodka melodia ich pełnego czułości języka...
- Was fyRRR ain wundeRRRszuneRRR szmeteRRRling, main szaTZ, niśt wahRRR?![1] - W wolnym tłumaczeniu na normalnie brzmiący polski to coś w stylu: "Cóż za piękny motyl, ukochana, nieprawdaż?". No. Po niemiecku to nie miało szans powodzenia, co nie?
Dobra... Zaraz. Bo co to ja miałem? A, miałem o tacie. Uciekanie od tego tematu w paplanie o czymkolwiek to chyba też jakiś mój mechanizm obronny. Niby chciałbym o tym pogadać, ale nie mam z kim, nie wiem jak i chyba... trochę się boję?
[...]