Za dużo się tłumaczę - Jak przestać pisać trzystronicowe uzasadnienie każdej swojej decyzji - Max Paradox
29.99 zł

29.99 zł

Reflow text when sidebars are open.
Wysyłasz wiadomość: "Dzisiaj jednak nie przyjadę". Proste. Siedem słów, kropka, sprawa załatwiona. Tyle że palec nie chce jeszcze nacisnąć "wyślij", bo przecież ktoś może pomyśleć, że jesteś niemiły, lekceważący, dziwny albo - najgorsze - że po prostu nie masz ochoty przyjechać. Zaczynasz więc dopisywać. "Miałem ciężki tydzień, ostatnio słabo śpię, jutro muszę wcześnie wstać, poza tym jeszcze muszę ogarnąć kilka rzeczy w domu i wiesz, trochę mnie boli głowa, chociaż właściwie nie jakoś bardzo, więc nie chcę, żebyś pomyślał, że jestem chory, po prostu..."
Po czterech minutach twoja odmowa ma przypisy.
Jeszcze chwila i będzie bibliografia.
To właśnie jest nadmierne tłumaczenie się: potrzeba uzasadnienia każdej decyzji tak dokładnie, jakby po drugiej stronie siedziała komisja śledcza, prawnik strony przeciwnej i twoja nauczycielka z podstawówki, która właśnie zapytała, dlaczego nie masz stroju na WF. Nie wystarczy powiedzieć: "Nie mogę". Trzeba jeszcze udowodnić, że naprawdę nie możesz. Przedstawić okoliczności łagodzące. Wskazać świadków. Dołączyć dokumentację fotograficzną. Najlepiej jeszcze przeprosić za to, że świat nie ułożył się zgodnie z oczekiwaniami rozmówcy.
Problem polega na tym, że nadmierne tłumaczenie się często wygląda z zewnątrz jak uprzejmość. Ba, może nawet sprawiać wrażenie dojrzałości. Przecież wyjaśniasz, komunikujesz, dbasz o drugiego człowieka. Wszystko pięknie. Tylko gdzieś pomiędzy "chcę wyjaśnić" a "muszę zdobyć zgodę na własną decyzję" granica robi się cienka jak rachunek sumienia po firmowej imprezie. I nagle nie informujesz już o swojej decyzji. Składasz wniosek o jej zatwierdzenie.
A decyzja może być banalna. Nie chcesz iść na spotkanie. Nie kupujesz tego samochodu. Wolisz inne wakacje. Nie zostajesz po godzinach. Nie masz ochoty pożyczać pieniędzy. Rezygnujesz z projektu. Nie chcesz uczestniczyć w rodzinnej wyprawie do sklepu meblowego, która zaczęła się od "tylko zobaczymy", a prawdopodobnie skończy się sześć godzin później debatą nad kolorem uchwytów do komody.
Masz prawo nie chcieć.
I właśnie z tym zdaniem wiele osób ma zadziwiająco poważny problem.
Łatwiej powiedzieć: "Nie przyjadę, bo mam jutro naprawdę intensywny dzień, a ostatnio jestem trochę przeciążony i właściwie jeszcze obiecałem sobie, że zrobię porządek w dokumentach", niż: "Nie przyjadę, potrzebuję wieczoru dla siebie". Pierwsza wersja brzmi, jakby decyzję wymusiły okoliczności. Druga ujawnia coś znacznie bardziej niebezpiecznego: że sam uznałeś swoje potrzeby za wystarczający powód.
Skandal.
Natychmiast zbiera się wyimaginowana rada nadzorcza.
W nadmiernym tłumaczeniu się często nie chodzi więc o informację. Chodzi o zabezpieczenie się przed cudzą reakcją. Chcesz, żeby druga osoba nie tylko usłyszała twoją decyzję, ale również uznała ją za rozsądną, uczciwą, uzasadnioną i najlepiej jeszcze powiedziała: "Oczywiście, absolutnie cię rozumiem". Dopiero wtedy można odetchnąć.
Gorzej, gdy odpowie tylko: "OK".
"OK" wygląda niewinnie, ale dla człowieka z tendencją do nadmiernego tłumaczenia potrafi być materiałem analitycznym na cały wieczór. Dlaczego tak krótko? Czy jest zły? Czy powinienem coś dopisać? Może wyjaśnić jeszcze jedną rzecz? Może wysłać: "Mam nadzieję, że nie odebrałeś tego źle"? Może zadzwonić? Może przeprowadzić badanie satysfakcji klienta?
Nie.
To było "OK".
Cywilizacja przetrwała.
Nadmierne tłumaczenie ma jeszcze jedną interesującą właściwość: im więcej mówisz, tym częściej zaczynasz brzmieć tak, jakbyś rzeczywiście zrobił coś podejrzanego. Człowiek, który mówi: "Nie wezmę tego projektu, nie mam teraz przestrzeni", brzmi jak ktoś, kto zna swoje możliwości. Człowiek, który przez siedem minut wyjaśnia, dlaczego nie weźmie projektu, wymieniając kalendarz, obowiązki rodzinne, stan gospodarki i retrogradację Merkurego, zaczyna sprawiać wrażenie, jakby odmówił udziału w akcji ratunkowej.
I tu pojawia się absurd. Chcesz tłumaczeniem zmniejszyć napięcie, a często je zwiększasz. Dodajesz kolejne szczegóły, żeby twoja decyzja stała się bardziej akceptowalna. Tymczasem każdy dodatkowy szczegół otwiera nowe drzwi do negocjacji. "Nie mogę w sobotę, bo sprzątam mieszkanie" może usłyszeć odpowiedź: "To posprzątaj w niedzielę". "Jestem zmęczony" - "Przecież tam odpoczniesz". "Muszę rano wstać" - "Wrócimy wcześnie".
I nagle własne uzasadnienie zaczyna działać przeciwko tobie.
Gratulacje. Dostarczyłeś stronie przeciwnej komplet materiałów procesowych.
W tej książce nie będziemy uczyć się bycia opryskliwym, zimnym ani komunikowania wszystkiego słowami "bo tak". Nie chodzi o to, żeby po przeczytaniu kilku rozdziałów wejść do pracy, rzucić wypowiedzenie na biurko i odpowiedzieć szefowi: "Nie muszę ci się tłumaczyć, Krzysiek". Czasami wyjaśnienie jest potrzebne. W relacji, w pracy, w związku, przy wspólnych zobowiązaniach i decyzjach, które realnie wpływają na innych ludzi, sensowny kontekst bywa oznaką szacunku.
Problem zaczyna się wtedy, gdy wyjaśnienie przestaje służyć komunikacji, a zaczyna służyć uzyskaniu pozwolenia.
Będziemy więc odróżniać jedno od drugiego. Zobaczysz, kiedy warto podać powód, a kiedy jedno zdanie naprawdę wystarczy. Nauczysz się skracać odpowiedzi bez poczucia, że właśnie zerwałeś stosunki dyplomatyczne z całym otoczeniem. Przyjrzymy się temu, dlaczego po odmowie czujesz potrzebę dopisania jeszcze trzech wiadomości, jak reagować na ludzi, którzy próbują wyciągnąć z ciebie kolejne wyjaśnienia, i co zrobić, kiedy ktoś rzeczywiście nie jest zadowolony z twojej decyzji.
Bo to też się wydarzy.
Nie każdemu spodoba się twoje "nie". Nie każdy uzna twoje powody za wystarczające. Niektórzy będą dopytywać. Ktoś może się obrazić. Ktoś powie: "Ale dlaczego?". Ktoś inny: "No weź". A ty będziesz mieć ogromną ochotę otworzyć PowerPointa.
Wtedy właśnie zaczyna się prawdziwa robota.
Nie chodzi bowiem o znalezienie tak doskonałego uzasadnienia, żeby nikt nigdy nie miał do ciebie pretensji. Takie uzasadnienie nie istnieje. Gdyby istniało, ludzie sprzedawaliby je w pakietach razem z gotowymi odpowiedziami na rodzinne pytania o ślub, dzieci, pracę i to, dlaczego "tak rzadko wpadasz".
Chodzi o coś znacznie bardziej praktycznego: nauczyć się wytrzymywać fakt, że twoja decyzja może być dobra dla ciebie, nawet jeśli ktoś inny nie urządzi z tej okazji owacji na stojąco.
To ogromna różnica.
Będziemy ćwiczyć krótsze komunikaty, zamknięte odpowiedzi, spokojne odmawianie i reagowanie na dopytywanie bez dokładania kolejnych pięter do konstrukcji, która od początku mogła być parterowa. Pojawią się przykłady z pracy, rodziny, związku, znajomych i tych wszystkich sytuacji, w których człowiek chciał powiedzieć dwa zdania, a skończył na autobiografii.
Nie będziesz musiał nagle stać się osobą, która odpowiada wyłącznie "tak" albo "nie" i patrzy ludziom w oczy jak tajemniczy właściciel kasyna. Celem nie jest minimalizm komunikacyjny za wszelką cenę. Celem jest odzyskanie proporcji.
Wyjaśnić - kiedy warto.
Uzasadnić - kiedy trzeba.
A przestać pisać apelację od własnej decyzji - kiedy nikt cię nawet nie oskarżył.
Bo czasem naprawdę możesz powiedzieć:
"Dzięki, ale tym razem nie."
Kropka.
Bez załączników.
Piszesz: "Nie dam rady dziś przyjechać".
Patrzysz na wiadomość.
Brzmi... podejrzanie.
Za krótko. Za sucho. Jak komunikat od człowieka, który właśnie zerwał wszystkie więzi społeczne i zamierza zamieszkać samotnie w lesie. Dopisujesz więc: "Mam ostatnio sporo rzeczy na głowie". Potem jeszcze: "Właściwie od kilku dni jestem zmęczony". I żeby nie zabrzmiało to jak wymówka: "Nie chodzi o to, że nie chcę się spotkać". Następnie pojawia się obowiązkowe: "Mam nadzieję, że się nie obrazisz".
Po chwili wiadomość zaczyna przypominać zeznanie człowieka, którego nikt o nic nie oskarżył.
To jeden z najważniejszych mechanizmów nadmiernego tłumaczenia: zwykłe zdanie informacyjne wydaje ci się niewystarczające. Masz wrażenie, że sama decyzja nie wystarczy. Potrzebujesz jeszcze powodu, uzasadnienia powodu, usprawiedliwienia uzasadnienia i zapewnienia, że mimo całej tej sytuacji nadal jesteś dobrym człowiekiem.
W środku działa bardzo prosty lęk: "Jeżeli nie wyjaśnię wystarczająco dobrze, ktoś może źle mnie ocenić".
Nie musi nawet powiedzieć tego na głos.
Wystarczy możliwość.
I już piszesz sequel.
Nadmierne wyjaśnianie często jest próbą wykupienia ubezpieczenia od cudzych emocji. Chcesz tak skonstruować komunikat, żeby rozmówca nie mógł się zezłościć, rozczarować, obrazić ani pomyśleć o tobie niczego nieprzyjemnego. Idealna odpowiedź powinna więc jednocześnie przekazać decyzję, udowodnić jej słuszność, uspokoić drugą stronę i wystawić ci certyfikat człowieka rozsądnego.
Niestety takiego pakietu nie ma.
Możesz napisać najbardziej elegancką odmowę świata, a ktoś nadal będzie rozczarowany. Możesz podać trzy sensowne argumenty, a ktoś odpowie: "No ale mimo wszystko liczyłem, że przyjdziesz". Możesz zachować się uczciwie i nadal nie dostać pieczątki "wszyscy zadowoleni".
To dla osoby nadmiernie tłumaczącej się jest bardzo niewygodne odkrycie.
Bo okazuje się, że komunikacja nie daje pełnej kontroli nad odbiorem.
Możesz kontrolować to, czy jesteś jasny, uprzejmy i uczciwy.
Nie możesz kontrolować, czy ktoś będzie zachwycony.
A jednak właśnie to często próbujesz zrobić.
Zwróć uwagę na zdanie: "Nie mam dobrego powodu, żeby odmówić".
Brzmi rozsądnie. Tylko co właściwie oznacza "dobry"?
Dobry dla kogo?
Jeżeli nie chcesz iść na imprezę, bo jesteś zmęczony, dla ciebie może być to bardzo dobry powód. Ktoś inny może uznać, że przesadzasz. Jeżeli nie chcesz zostać dwie godziny dłużej w pracy, bo masz własne plany, szef może uznać, że jego plan jest ważniejszy. Jeżeli nie chcesz pożyczyć komuś samochodu, ktoś może powiedzieć: "Przecież nic się nie stanie".
I wtedy zaczyna się targowanie o twoje powody.
"Ale przecież jutro możesz odpocząć."
"Ale przecież mieszkasz blisko."
"Ale przecież to tylko godzina."
"Ale przecież jesteśmy rodziną."
"Ale przecież ja bym dla ciebie zrobił to samo."
Słowo "przecież" od wieków prowadzi bardzo aktywną działalność przeciwko granicom osobistym.
Jeżeli uważasz, że twoja decyzja musi zostać uznana przez rozmówcę za wystarczająco uzasadnioną, automatycznie oddajesz mu prawo do oceny twojego powodu. A kiedy go odrzuci, zaczynasz szukać kolejnego.
"Nie mogę zostać dłużej, bo mam coś zaplanowane."
"Co?"
I tu wiele osób wpada w pułapkę.
"Muszę zrobić zakupy, potem odebrać paczkę, a jeszcze wieczorem..."
Stop.
To, że ktoś zapytał "co?", nie oznacza, że właśnie uruchomiono obowiązek składania szczegółowego raportu.
Możesz powiedzieć:
"Mam prywatne zobowiązania."
Koniec.
Świat nadal się obraca.
U różnych ludzi przyczyny będą różne. Nie ma jednego uniwersalnego źródła, które można elegancko znaleźć, nazwać i odhaczyć. Często jednak nadmierne tłumaczenie wyrasta z doświadczenia, że sama odpowiedź nie była kiedyś traktowana jako wystarczająca.
Może przyzwyczaiłeś się, że każde "nie" wywoływało pytanie "dlaczego?". Może w domu decyzje trzeba było uzasadniać, bo ktoś natychmiast je podważał. Może nauczyłeś się, że konflikt najlepiej rozbroić, zanim w ogóle się zacznie. Może po prostu bardzo zależy ci na tym, żeby ludzie odbierali cię jako rozsądnego, pomocnego i bezproblemowego.
To zrozumiałe.
Ale strategia, która kiedyś pomagała ograniczać napięcie, może dziś produkować go jeszcze więcej.
Bo przed prostą wiadomością zaczynasz przeprowadzać symulację reakcji siedmiu osób, z których sześć nawet nie bierze udziału w rozmowie.
Mózg otwiera centrum analiz.
"Jeżeli napiszę tylko, że nie przyjdę, może pomyśli, że się obraziłem. Jeżeli dopiszę, że jestem zmęczony, może pomyśli, że przesadzam. Jeżeli napiszę, że miałem trudny tydzień, może zapytać, co się stało. Jeżeli..."
W tym czasie normalna osoba po drugiej stronie prawdopodobnie stoi przy lodówce i zastanawia się, czy mleko jeszcze nadaje się do kawy.
Pierwsza praktyczna umiejętność w tej książce jest banalna, ale bardzo ważna: przed wysłaniem dłuższego wyjaśnienia zapytaj siebie, po co właściwie je dodajesz.
Czy rozmówca potrzebuje tej informacji?
Czy ja próbuję zmniejszyć własny dyskomfort?
To dwie różne rzeczy.
Jeżeli spóźnisz się na ważne spotkanie, warto wyjaśnić dlaczego i podać nowy czas przybycia. Informacja służy drugiej osobie.
Jeżeli odmawiasz przyjęcia zaproszenia i właśnie wpisujesz historię swojego zmęczenia od wtorku, prawdopodobnie informacja służy głównie tobie. Ma sprawić, żeby odmowa wydawała się bardziej legalna.
Przykład:
"Nie dam rady dziś przyjechać. Jestem zmęczony po tygodniu i potrzebuję wieczoru dla siebie. Spotkajmy się innym razem."
To wystarczy.
Nie trzeba dodawać:
"Wiem, że ostatnio też nie byłem, dlatego głupio mi odmawiać, szczególnie że wcześniej mówiłem, że może przyjadę, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak będzie wyglądał tydzień i naprawdę nie chciałbym, żebyś pomyślał..."
W tym momencie nie wyjaśniasz.
Bronisz pracy magisterskiej pod tytułem "Dlaczego mogę zostać dziś w domu".
Przez najbliższe kilka dni zacznij zauważać sytuacje, w których automatycznie dodajesz drugie, trzecie i czwarte uzasadnienie.
Nie musisz od razu komunikować się jak człowiek, który za każde dodatkowe słowo płaci pięć złotych. Na początku po prostu obserwuj.
Kiedy masz coś zakomunikować, spróbuj najpierw stworzyć wersję w jednym zdaniu:
"Dzisiaj nie dam rady się spotkać."
"Nie podejmę się tego projektu."
"Nie chcę tego kupować."
"Nie będę mógł zostać po godzinach."
"Wolę zrobić to inaczej."
Potem sprawdź, czy potrzebny jest jeszcze jeden konkretny element.
Na przykład:
"Nie podejmę się tego projektu, bo w tym miesiącu mam już pełne obłożenie."
Gotowe.
Masz decyzję i istotny kontekst.
Jeśli palce zaczynają właśnie produkować trzeci akapit, zadaj sobie pytanie: "Czy rozmówca naprawdę potrzebuje tej informacji, żeby wiedzieć, co się dzieje?"
Jeżeli nie - usuń.
To może być zaskakująco niekomfortowe.
Wiadomość wyda się naga.
Będzie stała bez płaszcza z wyjaśnień.
Przeżyje.
Jeśli sytuacja rzeczywiście wymaga uzasadnienia, podawaj zazwyczaj jeden główny powód. Nie pięć.
"Nie mogę przyjąć tego terminu, bo mam już inne zobowiązanie."
Nie:
"Nie mogę przyjąć tego terminu, bo mam inne zobowiązanie, a poza tym od kilku tygodni jestem bardzo zajęty, jeszcze mam wizytę, a w ogóle planowałem wtedy załatwić kilka spraw..."
Im więcej argumentów podajesz, tym łatwiej rozmówcy zacząć negocjować każdy osobno.
"Wizytę możesz przełożyć."
"Sprawy załatwisz później."
"Przecież zobowiązanie trwa tylko godzinę."
I nagle bronisz wszystkich elementów swojego kalendarza przed człowiekiem, który pięć minut wcześniej tylko zapytał, czy możesz przyjść.
Jeden powód jest informacją.
Pięć powodów często brzmi jak prośba o zatwierdzenie.
Jeżeli na razie bardzo trudno ci skracać komunikaty, nie próbuj od razu usuwać wszystkich wyjaśnień. Zacznij od prostszej zasady:
usuń ostatnie 30 procent wiadomości.
To właśnie tam często mieszkają rzeczy najmniej potrzebne.
Pierwsza część:
"Dziękuję za propozycję, ale tym razem nie skorzystam. Mam już inne plany."
Bardzo dobrze.
Ostatnie 30 procent:
"Mam nadzieję, że nie odbierzesz tego źle, po prostu ostatnio mam naprawdę dużo na głowie i nie chciałbym, żeby wyszło..."
Kasujemy.
To nie jest brutalne.
To higiena tekstu.
Zacznij dziś od jednej sytuacji. Jednej wiadomości. Jednego momentu, w którym normalnie dopisałbyś pół strony.
Napisz decyzję.
Dodaj tylko niezbędny kontekst.
I zatrzymaj się chwilę wcześniej, niż podpowiada ci lęk.
Nie musisz udowadniać niewinności za każdym razem, gdy wybierasz własny wieczór.
Wyobraź sobie, że ktoś pyta:
"Chcesz jechać z nami w weekend?"
Nie chcesz.
To powinien być koniec procesu decyzyjnego.
Ale wtedy w głowie pojawia się mały prawnik.
"Wysoki Sądzie, mój klient bardzo ceni znajomych i absolutnie nie ma nic przeciwko wspólnym wyjazdom. Pragniemy jednak zwrócić uwagę, że w ostatnich tygodniach..."
I już po tobie.
Zamiast odpowiedzieć "tym razem nie", rozpoczynasz rozprawę, podczas której przedstawiasz pełną dokumentację swojego życia, aby udowodnić, że odmowa nie wynika z bycia okropnym człowiekiem.
To właśnie jeden z głównych problemów nadmiernego tłumaczenia: traktujesz własne decyzje tak, jakby automatycznie wymagały obrony.
Nie wymagają.
Nie każda decyzja jest oskarżeniem wobec innych.
"Nie chcę jechać" nie oznacza "nie lubię was".
"Nie zostanę dłużej" nie oznacza "mam gdzieś firmę".
"Nie pożyczę pieniędzy" nie oznacza "jesteś beznadziejny".
"Nie chcę o tym rozmawiać" nie oznacza "odrzucam cię jako człowieka".
Czasem oznacza dokładnie to, co oznacza.
Nie.
Jeśli bardzo zależy ci na tym, by inni postrzegali cię jako człowieka rozsądnego, pomocnego i życzliwego, możesz mieć tendencję do przedstawiania decyzji w taki sposób, żeby nikt nie mógł ich zakwestionować.
Brzmi dobrze.
Problem w tym, że standard "nikt nie może zakwestionować" jest absurdalnie wysoki.
Ludzie potrafią zakwestionować temperaturę w pomieszczeniu, mimo że termometr wisi na ścianie.
Ty naprawdę nie masz szans.
Możesz podać całkowicie racjonalny powód, a ktoś nadal uzna, że powinieneś zachować się inaczej. To nie oznacza, że twoje wyjaśnienie było słabe. To oznacza, że macie różne priorytety.
Załóżmy, że odmawiasz pracy w sobotę.
"Nie mogę, mam plany rodzinne."
Ktoś mówi:
"Ale to tylko kilka godzin."
To nie jest nowe pytanie o fakty.
To próba zmiany twojej decyzji.
Jeśli zaczynasz wtedy wyjaśniać:
"No tak, ale dawno się nie widzieliśmy, poza tym już obiecałem, a jeszcze..."
wchodzisz w debatę, której wcale nie musisz prowadzić.
Lepsza odpowiedź:
"Rozumiem, ale w sobotę nie będę dostępny."
To zdanie robi dwie piękne rzeczy.
Po pierwsze: uznaje, że usłyszałeś rozmówcę.
Po drugie: nie otwiera kolejnego sezonu serialu.
Wiele osób nieświadomie daje się wciągać w rozmowę dlatego, że traktują każde pytanie jako żądanie dodatkowego uzasadnienia.
"Dlaczego?"
"Ale czemu?"
"Naprawdę nie możesz?"
"A gdybyś...?"
Nie każde takie pytanie wymaga nowej odpowiedzi.
Czasem pytanie służy zrozumieniu.
Czasem negocjacji.
Różnicę poznasz po tym, co dzieje się po pierwszym wyjaśnieniu.
Jeżeli ktoś pyta: "Dlaczego nie możesz przyjść wcześniej?", a ty odpowiadasz: "Mam wtedy wizytę", rozmówca może powiedzieć: "OK, rozumiem". Informacja wystarczyła.
Jeżeli mówi: "A nie możesz przełożyć wizyty?", nie zbiera już danych do raportu.
Próbuje zmienić wynik.
I wtedy nie potrzebujesz mocniejszego argumentu.
Potrzebujesz utrzymać stanowisko.
To ważne, bo osoby nadmiernie tłumaczące się często myślą: "Skoro on nadal naciska, to znaczy, że źle wyjaśniłem".
Niekoniecznie.
Możliwe, że wyjaśniłeś idealnie.
Po prostu odpowiedź mu się nie podoba.
To nie jest błąd techniczny komunikacji.
Nie naprawisz go aktualizacją oprogramowania.
Jednym z najprostszych sposobów reagowania na dopytywanie jest spokojne powtarzanie sensu własnej decyzji bez produkowania nowych argumentów.
Przykład:
"Nie mogę zostać dziś dłużej."
"Dlaczego?"
"Mam już plany po pracy."
"Ale to naprawdę ważne."
"Rozumiem. Mimo to dziś nie mogę zostać."
"Nawet godzinę?"
"Nie, dziś nie będę dostępny po pracy."
Zwróć uwagę, czego tutaj nie ma.
Nie ma listy powodów.
Nie ma nerwowej obrony.
Nie ma "bo właściwie muszę jeszcze pojechać do sklepu, a potem..."
Jest powtarzalność.
Dla osoby przyzwyczajonej do tłumaczenia się może to brzmieć początkowo jak bycie automatem na infolinii.
Trochę tak.
Ale automaty mają jedną zaletę.
Nie wdają się w dwudziestominutową dyskusję o twoim kalendarzu.
To bardzo częsty mechanizm.
Podajesz prawdziwy powód.
Rozmówca go kwestionuje.
W głowie pojawia się myśl:
"Muszę znaleźć lepszy."
I nagle zaczynasz podkręcać sytuację.
"Jestem zmęczony" zmienia się w "naprawdę źle się czuję".
"Mam plany" w "mam bardzo ważne sprawy rodzinne".
"Nie pasuje mi termin" w "kompletnie nie mam wtedy możliwości".
Dlaczego?
Bo zwykły powód nie został zaakceptowany, więc próbujesz wyprodukować taki, którego nie będzie można podważyć.
To prowadzi w kiepskim kierunku.
Po pierwsze, zaczynasz przesadzać albo kombinować.
Po drugie, uczysz siebie, że prawdziwy powód nie wystarcza.
Po trzecie, następnym razem od początku szukasz wersji dramatyczniejszej.
Zamiast powiedzieć:
"Nie mam ochoty wychodzić dziś wieczorem"
tworzysz system logistyczny obejmujący zmęczenie, pranie, wizytę kuriera i potencjalne zachmurzenie.
Prognoza pogody staje się alibi.
Nie tędy droga.
Żeby uprościć sytuację, możesz myśleć o odpowiedzi w trzech poziomach.
Poziom pierwszy: decyzja.
"Nie przyjdę."
"Nie wezmę tego zadania."
"Nie chcę tego robić."
To wystarczy w wielu sytuacjach.
Poziom drugi: krótki kontekst.
"Nie przyjdę, bo potrzebuję dziś odpocząć."
"Nie wezmę tego zadania, bo mam już pełne obłożenie."
To dobry standard, kiedy chcesz zachować ciepły ton albo sytuacja wymaga trochę więcej informacji.
Poziom trzeci: szczegóły.
Są potrzebne wtedy, kiedy realnie wpływają na wspólne ustalenia.
Na przykład:
"Nie zdążę na spotkanie o 14:00, ponieważ wcześniejsza wizyta może potrwać do 14:30. Mogę być o 15:00 albo przełożyć rozmowę na jutro."
Tu szczegóły są praktyczne.
Pomagają coś ustalić.
Jeżeli szczegół nie pomaga podjąć kolejnego kroku, zastanów się, czy nie pełni wyłącznie funkcji emocjonalnej kamizelki ratunkowej.
Nadmierne tłumaczenie bardzo często podróżuje w pakiecie z nadmiernym przepraszaniem.
"Przepraszam, ale nie dam rady."
"Bardzo przepraszam, ale wolę inaczej."
"Przepraszam, że pytam."
"Przepraszam, że zawracam głowę."
"Przepraszam, że żyję w tej samej strefie czasowej."
Przeprosiny są potrzebne, gdy faktycznie zrobiłeś coś, za co warto przeprosić.
Spóźniłeś się.
Nie dotrzymałeś ustalenia.
Zapomniałeś o czymś ważnym.
Swoim zachowaniem naraziłeś kogoś na problem.
Wtedy: tak.
"Przepraszam, pomyliłem termin. Naprawię to w ten sposób..."
Ale jeżeli po prostu podejmujesz decyzję, która komuś nie odpowiada, przeprosiny nie zawsze są konieczne.
Zamiast:
"Przepraszam, ale nie mogę się spotkać"
możesz powiedzieć:
"Dzięki za zaproszenie, ale tym razem nie dam rady."
Zamiast:
"Przepraszam, że nie mogę zostać dłużej"
powiedz:
"Dziś po 17:00 nie będę dostępny."
Bez aktu skruchy.
Bez dzwonów pokutnych.
Jednym z najbardziej niedocenianych powodów nadmiernego tłumaczenia jest zwykła niezdolność do wytrzymania ciszy.
Mówisz:
"Nie będę mógł tego zrobić."
Rozmówca milczy przez dwie sekundy.
I wtedy zaczynasz:
"Bo wiesz, chodzi o to, że..."
Nie.
Zatrzymaj się.
Cisza nie jest pytaniem.
To jedna z najbardziej praktycznych zasad w całej książce.
Ktoś może myśleć.
Może być zaskoczony.
Może szukać następnego zdania.
Może właśnie przyszło mu powiadomienie z banku.
Nie musisz wypełniać każdej sekundy dodatkowym uzasadnieniem.
Zrób mały eksperyment. Następnym razem, gdy powiesz coś, co zwykle wywołuje u ciebie potrzebę tłumaczenia, policz w głowie do trzech.
Nie dopowiadaj.
Jeden.
Dwa.
Trzy.
To mogą być najdłuższe trzy sekundy w twoim życiu.
Ale miną.
Może.
I to jest część problemu, którą trzeba zaakceptować.
Nie chodzi o to, żeby specjalnie zachowywać się niemiło. Możesz być uprzejmy, ciepły i konkretny.
Ale nie jesteś w stanie zagwarantować, że każdy tak cię odbierze.
Dla osoby przyzwyczajonej do twojego ciągłego ustępowania zwykłe "nie" może początkowo wyglądać na zmianę charakteru.
"Co się z tobą stało?"
Nic.
Zdanie zrobiło się krótsze.
Ludzie przyzwyczajają się do wzorców. Jeśli zawsze odpowiadałeś trzema akapitami, pierwsze krótkie komunikaty mogą być zauważalne. Nie oznacza to, że robisz coś źle. Oznacza tylko, że zmieniłeś sposób komunikowania.
A zmiany bywają widoczne.
Przez kilka dni zwracaj uwagę na moment, w którym po podaniu decyzji zaczynasz ją "bronić".
Zatrzymaj się przy pierwszym kompletnym uzasadnieniu.
Przykład:
"Nie mogę wziąć dodatkowego dyżuru, bo mam już inne zobowiązania."
Koniec.
Jeżeli ktoś naciska:
"Rozumiem, ale nadal nie będę dostępny."
Koniec.
Jeżeli pyta ponownie:
"Niestety moja odpowiedź się nie zmieni."
Koniec.
Nie musisz za każdym razem dodawać nowej warstwy argumentacji.
Twoja decyzja nie staje się bardziej ważna tylko dlatego, że ma siedem przypisów.
Czasem wystarczy ją spokojnie powtórzyć.
To nie jest nieuprzejmość.
To komunikacja bez obrońcy z urzędu.
Mówisz:
"Nie chcę brać tego kredytu."
Zdanie jest jasne. Decyzja istnieje. Temat teoretycznie zamknięty.
Ale ktoś odpowiada:
"Dlaczego?"
I nagle zaczynasz budować prezentację.
"Bo rata byłaby wysoka, teraz nie wiem jeszcze, jak będzie wyglądała sytuacja zawodowa, poza tym chciałbym mieć większą poduszkę finansową, no i właściwie może za rok warunki będą lepsze..."
Rozmówca marszczy brwi.
"Ale przecież spokojnie cię stać."
I wtedy dzieje się rzecz kluczowa.
Zamiast powiedzieć:
"Możliwe. Mimo to nie chcę teraz brać kredytu"
zaczynasz produkować lepsze argumenty.
Czyli przestajesz informować o swojej decyzji, a zaczynasz starać się o jej akceptację.
To moment, który warto nauczyć się rozpoznawać.
Bo nadmierne tłumaczenie bardzo często nie polega na tym, że mówisz za dużo.
Polega na tym, że nieświadomie przesuwasz władzę nad decyzją z siebie na rozmówcę.
Wyobraź sobie prostą sytuację.
Znajomi proponują restaurację.
Ty mówisz:
"Wolałbym coś innego."
Ktoś odpowiada:
"Ale dlaczego? Tam jest świetnie."
Jeżeli automatycznie uruchamiasz uzasadnienie:
"No bo ostatnio jadłem podobną kuchnię, a wcześniej słyszałem, że tam jest głośno, poza tym..."
to zaczynasz zachowywać się tak, jakby preferencja wymagała dowodu.
A przecież preferencja nie jest twierdzeniem naukowym.
Nie trzeba jej recenzować.
Możesz nie lubić sushi.
Nie musisz publikować badań.
Możesz woleć morze od gór, kawę od herbaty, wolny weekend od integracji firmowej, małe wesele od imprezy dla stu pięćdziesięciu osób i spokój od trzygodzinnego "wyskoczymy tylko na chwilę".
Twoja preferencja może być po prostu twoją preferencją.
Dla osoby nadmiernie tłumaczącej się jest to zaskakująco rewolucyjne.
Bo jeżeli całe życie przyzwyczajałeś się do uzasadniania wyborów, samo "wolę inaczej" może brzmieć jak bezczelność.
Nie jest.
To informacja.
Czasami bardzo łatwo poznać, że tak naprawdę nie wyjaśniasz, tylko prosisz o pozwolenie.
Zwróć uwagę, co dzieje się w tobie po reakcji rozmówcy.
Jeśli ktoś mówi:
"Nie rozumiem, po co tak robisz"
i natychmiast czujesz potrzebę ponownego tłumaczenia, być może zależy ci nie tylko na przekazaniu informacji.
Chcesz, żeby powiedział:
"Masz rację."
Dopiero wtedy decyzja wydaje się bezpieczna.
To szczególnie widoczne w sprawach osobistych:
zmieniasz pracę, kończysz relację, nie chcesz mieć dzieci, chcesz mieć dzieci, przeprowadzasz się, rezygnujesz z jakiegoś planu, wydajesz własne pieniądze inaczej, niż ktoś oczekuje, wybierasz odpoczynek zamiast kolejnego obowiązku.
Często wtedy nie mówimy:
"Tak zdecydowałem."
Mówimy:
"Tak zdecydowałem, ponieważ..."
A po "ponieważ" zaczyna się wypracowanie.
Tyle że im bardziej osobista decyzja, tym częściej nie istnieje argument, który zadowoli wszystkich.
"Dlaczego zmieniasz pracę?"
"Bo chcę czegoś innego."
Dla ciebie wystarcza.
Dla wujka Andrzeja może nie.
Wujek Andrzej chciałby tabelę.
Wujek Andrzej nie jest organem zatwierdzającym.
Warto nauczyć się rozróżniać trzy rodzaje "dlaczego?".
Pierwsze jest zwyczajną ciekawością.
"Dlaczego nie lecisz z nami w maju?"
"Bo wtedy mam dużo pracy."
"A, rozumiem."
Koniec.
Drugie jest pytaniem praktycznym.
"Dlaczego nie możemy zrobić spotkania w środę?"
"Bo wtedy połowa zespołu jest poza biurem."
Tu odpowiedź pomaga znaleźć rozwiązanie.
Trzecie "dlaczego?" jest zaproszeniem do negocjacji.
"Nie chcę sprzedawać mieszkania."
"Ale dlaczego?"
"Bo nie jest to dla mnie dobry moment."
"Ale przecież ceny są świetne."
"Wiem."
"No to dlaczego nie sprzedajesz?"
W tym momencie nie masz już obowiązku tworzyć kolejnego uzasadnienia.
Informacja została przekazana.
Rozmówca nie próbuje zrozumieć.
Próbuje cię przekonać.
Możesz odpowiedzieć:
"Po prostu nie chcę teraz podejmować tej decyzji."
Albo:
"Rozumiem twoje argumenty, ale moja decyzja jest inna."
To ważna umiejętność: nie mylić cudzego sprzeciwu z koniecznością stworzenia lepszego wyjaśnienia.
Czasem człowiek rozumie cię doskonale.
Po prostu się z tobą nie zgadza.
I ma do tego prawo.
Tak samo jak ty.
Wspólne decyzje oczywiście wymagają rozmowy.
Jeśli planujesz wydać oszczędności wspólne z partnerem, nie możesz powiedzieć:
"Kupiłem motocykl. Nie muszę się tłumaczyć."
To nie jest granica.
To jest szybka droga do bardzo długiej rozmowy.
Jeśli decyzja wpływa bezpośrednio na innych, wymaga uzgodnienia, odpowiedzialności i często szczegółowego wyjaśnienia.
Ale ogromna część decyzji nie jest wspólna.
Dotyczy twojego czasu.
Twoich pieniędzy.
Twojej kariery.
Twojej energii.
Twojego ciała.
Twoich planów.
I tu nie zawsze potrzebujesz konsensusu.
Możesz wysłuchać opinii.
Możesz ją rozważyć.
Możesz nawet dojść do wniosku, że ktoś ma rację.
Ale nie musisz dostać jednomyślnego poparcia wszystkich zainteresowanych obserwatorów.
Bo inaczej wybór nowej kanapy może wymagać zwołania szczytu G20.
Niektórym wydaje się, że alternatywą dla nadmiernego tłumaczenia jest chłodne:
"Bo tak."
Nie.
Między trzystronicową rozprawą a "bo tak" istnieje całkiem duży obszar normalnej komunikacji.
Możesz powiedzieć:
"Po prostu tak wolę."
"To rozwiązanie bardziej mi odpowiada."
"Nie czuję się z tym dobrze."
"Nie chcę się tego podejmować."
"Nie jest to dla mnie odpowiedni moment."
"Rozumiem, że ty wybrałbyś inaczej."
To są pełne odpowiedzi.
Nie są agresywne.
Nie wymagają też otwierania dokumentu zatytułowanego "Uzasadnienie_final_v7_poprawione_ostateczne".
Jest jeszcze jeden ciekawy objaw.
Czasem tłumaczysz się tak długo, że sam zaczynasz tracić pewność decyzji.
Na początku wiesz:
"Nie chcę jechać."
Potem wyjaśniasz:
"Jestem zmęczony, mam dużo pracy, pogoda ma być słaba, podróż jest długa..."
Ktoś odpowiada:
"Przecież możemy pojechać później, ja poprowadzę, a w poniedziałek masz wolne."
I nagle myślisz:
"No właściwie..."
Nie dlatego, że naprawdę zmieniłeś zdanie.
Tylko dlatego, że pozwoliłeś, żeby każda część twojego uzasadnienia została rozłożona na części i podważona.
Najprostszy sposób obrony przed tym zjawiskiem jest paradoksalnie bardzo krótki:
wróć do decyzji.
"Dzięki, ale nadal nie chcę jechać."
Nie musisz wygrywać debaty nad każdym argumentem.
To nie turniej oksfordzki.
Praktyczne ćwiczenie wygląda tak:
najpierw nazwij decyzję bez powodu.
"Nie chcę brać tego zlecenia."
"Nie pojadę."
"Nie kupuję."
"Nie zgadzam się."
"Nie chcę teraz o tym rozmawiać."
Dopiero potem zadaj sobie pytanie:
"Czy druga osoba potrzebuje kontekstu?"
Jeśli tak, dodaj jeden.
"Nie chcę brać tego zlecenia, bo w tym miesiącu mam pełne obłożenie."
Gotowe.
Jeżeli ktoś odpowiada:
"Ale przecież to tylko kilka godzin"
nie dopisuj drugiego powodu.
Wróć do decyzji.
"Rozumiem. Mimo to go nie wezmę."
To jedno z najważniejszych przesunięć w całym procesie.
Nie bronisz już argumentu.
Podtrzymujesz decyzję.
Czasem tłumaczymy się długo dlatego, że rzeczywiście nie jesteśmy pewni.
To inna sytuacja.
Jeżeli mówisz:
"Chyba nie chcę zmieniać pracy, bo z jednej strony..."
i zaczynasz wymieniać argumenty, być może nie potrzebujesz lepszej komunikacji.
Potrzebujesz podjąć decyzję.
Nie rozwiązuj własnej niepewności w trakcie rozmowy z człowiekiem, który ma w tej sprawie interes.
Najpierw zastanów się sam.
Zapisz argumenty.
Porozmawiaj z kimś neutralnym.
Daj sobie czas.
A potem zakomunikuj wynik.
Bo inaczej komunikujesz proces decyzyjny jak transmisję na żywo.
Widzowie natychmiast zaczynają głosować.
Jeżeli masz tendencję do proszenia o pozwolenie poprzez wyjaśnienia, zastosuj jedną małą zmianę językową.
Zamiast:
"Czy będzie w porządku, jeśli dziś nie przyjdę?"
powiedz:
"Dziś nie przyjdę, ale możemy umówić się na inny termin."
Zamiast:
"Mam nadzieję, że nie będzie problemu, jeśli skończę o 17:00"
powiedz:
"Dziś kończę o 17:00 zgodnie z planem."
Oczywiście kontekst ma znaczenie. W pracy mogą istnieć ustalenia, obowiązki i sytuacje wymagające zgody przełożonego. Chodzi jednak o dostrzeżenie różnicy między realną koniecznością uzgodnienia a nawykowym proszeniem o zgodę na rzeczy, które już należą do twojego zakresu decyzji.
Nie każda twoja decyzja wymaga zatwierdzenia.
Nie każdy rozmówca jest komisją.
I nie każde "dlaczego?" wymaga rozdziału drugiego.
Dostajesz wiadomość:
"Możesz mi jutro pomóc przy przeprowadzce?"
Nie możesz.
A właściwie możesz technicznie.
Masz ręce.
Masz samochód.
Nie jesteś przypięty do kaloryfera.
Po prostu zaplanowałeś dzień dla siebie i nie masz ochoty nosić szafy z czwartego piętra.
I właśnie w tym miejscu twój mózg rozpoczyna negocjacje przeciwko tobie.
"No ale przecież można pomóc."
"To tylko kilka godzin."
"Co pomyśli?"
"Przecież nie wypada odmówić bez powodu."
Po pięciu minutach planujesz własny dzień od nowa, chociaż jeszcze niczego nie odpisałeś.
To niezwykle częsty mechanizm: mylenie uprzejmości z obowiązkiem uzasadniania każdej odmowy.
Bo przecież człowiek miły wyjaśnia.
Człowiek miły przeprasza.
Człowiek miły dba, żeby nikomu nie zrobiło się przykro.
A człowiek naprawdę miły najlepiej jeszcze zrezygnuje z soboty.
Problem rozwiązany.
Dla wszystkich poza nim.
Uprzejmość jest wartościowa.
Naprawdę.
Świat bez niej wyglądałby jak grupa komentarzy pod artykułem politycznym.
Ale uprzejmość nie oznacza, że każda twoja decyzja musi być opakowana w folię bąbelkową, żeby przypadkiem nikogo nie dotknęła.
Można odmówić uprzejmie.
Można nie podać szczegółowego powodu.
Można nie przepraszać za samo posiadanie innych planów.
Przykład:
"Dzięki, że pytasz, ale jutro nie dam rady pomóc."
To jest uprzejme.
Nie:
"Ojej, bardzo mi głupio, naprawdę chciałbym pomóc, ale ostatnio mam taki ciężki okres i jutro właściwie planowałem odpocząć, chociaż wiem, że to nie jest jakiś superważny powód..."
Właśnie sam zakwestionowałeś własny powód, zanim zrobił to rozmówca.
Fantastyczna obsługa klienta.
Zwróć uwagę na charakterystyczne słowa:
"tylko"
"właściwie"
"trochę"
"chyba"
"głupio mi"
"to nic ważnego, ale..."
To małe językowe poduszki, którymi próbujemy amortyzować własne decyzje.
"Chciałem tylko odpocząć."
Dlaczego "tylko"?
"Mam właściwie trochę swoich planów."
Albo masz plany, albo nie.
"To nic ważnego, ale chciałbym zostać w domu."
Skoro sam mówisz, że to nic ważnego, rozmówcy pozostaje tylko zgodzić się z twoją oceną.
"No to chodź."
I właśnie otworzyłeś drzwi.
Jeśli chcesz ograniczyć nadmierne tłumaczenie, zacznij od wyłapywania tych słów.
Nie musisz usuwać ich ze słownika.
Ale sprawdzaj, czy nie służą do pomniejszania twojego stanowiska.
"Potrzebuję odpocząć."
Brzmi zupełnie inaczej niż:
"Chciałem właściwie trochę odpocząć, ale wiem, że..."
Pierwsze zdanie ma kręgosłup.
Drugie już pisze przeprosiny.
Często wydaje nam się, że jesteśmy uprzejmi, podczas gdy w rzeczywistości próbujemy poradzić sobie z poczuciem winy.
To ważne rozróżnienie.
Mówisz pięć zdań nie dlatego, że rozmówca ich potrzebuje.
Mówisz je, bo źle się czujesz z odmową.
Każde kolejne wyjaśnienie ma trochę zmniejszyć to napięcie.
"Nie mogę przyjść, bo..."
"A poza tym..."
"I jeszcze..."
"Naprawdę mi przykro..."
Przez moment rzeczywiście czujesz ulgę.
Wyjaśniłeś wszystko.
Tylko że mózg szybko uczy się prostego schematu:
odmowa = napięcie, długie tłumaczenie = ulga.
Więc następnym razem produkuje jeszcze więcej tłumaczenia.
To działa podobnie jak sprawdzanie, czy na pewno zamknąłeś drzwi. Jedno dodatkowe sprawdzenie daje chwilową ulgę. Jeśli jednak za każdym razem potrzebujesz pięciu, problem nie leży już w zamku.
Leży w tym, że próbujesz za wszelką cenę pozbyć się dyskomfortu.
A czasem trzeba po prostu pozwolić mu przez chwilę istnieć.
To banalne zdanie, ale wiele osób funkcjonuje tak, jakby odmowa automatycznie oznaczała odrzucenie człowieka.
"Nie pójdę z tobą do kina" zmienia się emocjonalnie w:
"Nie chcę spędzać z tobą czasu, nasza relacja chyli się ku upadkowi, a wspomnienia z ostatnich dziewięciu lat właśnie straciły ważność."
Nie.
Po prostu nie idziesz do kina.
W zdrowych relacjach odmowy się zdarzają.
Ludzie mają własne plany.
Są zmęczeni.
Nie mają ochoty.
Mają inne priorytety.
Czasem nie mogą.
Czasem mogą, ale nie chcą.
I to ostatnie bywa najtrudniejsze do zaakceptowania.
Bo "nie mogę" wydaje się bardziej społecznie eleganckie niż "nie chcę".
Dlatego ludzie tak chętnie produkują sztuczne przeszkody.
"Nie mogę, bo..."
Możesz.
Po prostu nie wybierasz tego.
To bardzo duża różnica.
Nie zawsze warto mówić komuś prosto w twarz:
"Nie chcę."
Kontekst, relacja i ton są ważne.
Kiedy ciocia zaprasza cię na obiad, odpowiedź:
"Nie chcę"
może zabrzmieć niepotrzebnie szorstko.
Możesz powiedzieć:
"Dzięki za zaproszenie, ale tym razem odpuszczę."
Albo:
"Nie będę w stanie wpaść, ale dzięki, że o mnie pomyślałaś."
To nadal nie jest trzystronicowe uzasadnienie.
Uprzejmy komunikat może zawierać trzy elementy:
uznanie, decyzję, opcjonalnie alternatywę.
"Dzięki za propozycję, ale w ten weekend nie przyjadę. Chętnie umówię się w przyszłym tygodniu."
Gotowe.
Nie potrzebujemy prequela.
Tacy ludzie istnieją.
Jeżeli przez lata zawsze tłumaczyłeś się dokładnie, ktoś może uznać krótszy styl za chłodny.
Wtedy warto zadbać o ton, ale nie wracać automatycznie do elaboratu.
Zamiast:
"Nie przyjadę."
możesz powiedzieć:
"Dzięki za zaproszenie. Tym razem nie przyjadę, ale mam nadzieję, że dobrze się bawicie."
To nadal jest krótkie.
Ciepło nie wymaga pięciuset słów.
Jeśli ktoś mimo tego mówi:
"Widzę, że nawet nie chce ci się wyjaśnić"
możesz odpowiedzieć:
"Nie ma za tym nic większego. Po prostu tym razem odpuszczam."
I zatrzymać się.
Nie daj się wciągnąć w produkowanie dramatycznej przyczyny tylko dlatego, że zwykła decyzja komuś nie wystarcza.
Jest w tym wszystkim jeszcze jedna rzecz, o której łatwo zapomnieć.
Jeśli każdą odmowę próbujesz maksymalnie ułatwić innym, ktoś płaci rachunek.
Ty.
Spędzasz dodatkowe minuty na pisaniu wiadomości.
Przeżywasz każdą reakcję.
Zmieniasz plany, żeby nie musieć tłumaczyć.
Zgadzasz się na rzeczy, których nie chcesz robić, bo odmowa wydaje się zbyt skomplikowana.
W skrajnej wersji zaczynasz organizować życie nie według tego, czego naprawdę potrzebujesz, ale według tego, co najłatwiej będzie uzasadnić.
To bardzo kosztowny system.
"Mogę odmówić tylko wtedy, gdy mam wystarczająco dobry powód."
Czyli odpoczynek przegrywa z gorączką.
Niechęć przegrywa z nagłym obowiązkiem.
Własny plan przegrywa z czymś, co brzmi bardziej oficjalnie.
Zaczynasz więc marzyć o odwołanym pociągu.
Bo awaria PKP jest społecznie bardziej akceptowalna niż: "Nie mam dziś ochoty wychodzić".
To już naprawdę dużo władzy oddanej rozkładowi jazdy.
Bardzo praktyczny sposób na skrócenie komunikatów to zamiana części przeprosin na podziękowanie.
Zamiast:
"Przepraszam, że tak późno odpisuję"
w wielu sytuacjach możesz powiedzieć:
"Dzięki za cierpliwość."
Zamiast:
"Przepraszam, że nie mogę pomóc"
powiedz:
"Dzięki, że o mnie pomyślałeś, ale tym razem nie dam rady."
Zamiast:
"Przepraszam, że muszę przełożyć"
jeżeli sytuacja tego nie wymaga, możesz użyć:
"Dzięki za elastyczność. Potrzebuję przełożyć spotkanie na czwartek."
Nie chodzi o całkowite wyrzucenie słowa "przepraszam".
Jeśli zawaliłeś - przeproś.
Jeśli ktoś przez ciebie poniósł koszt - przeproś.
Jeśli zmieniasz wcześniej ustalone plany w ostatniej chwili - przeprosiny mogą być bardzo na miejscu.
Ale nie używaj ich automatycznie jak przecinka.
Przed wysłaniem wiadomości zadaj sobie trzy pytania:
Czy mówię jasno?
Czy mówię z szacunkiem?
Czy dodaję coś tylko po to, żeby druga osoba absolutnie nie mogła być rozczarowana?
Jeśli dwa pierwsze są spełnione, a trzecie właśnie produkuje trzy kolejne akapity - zatrzymaj się.
Nie twoim zadaniem jest wyeliminowanie każdej negatywnej emocji po drugiej stronie.
Możesz być uprzejmy.
Nie możesz zarządzać cudzym układem nerwowym.
Na początek zastosuj prosty wzór:
Dziękuję + decyzja + ewentualna alternatywa.
"Dzięki za zaproszenie, ale tym razem nie przyjdę."
"Dzięki za propozycję, ale nie podejmę się tego."
"Dzięki, że pytasz. Jutro nie dam rady, ale mogę pomóc w niedzielę."
Tyle.
Bez katalogu przyczyn.
Bez pomniejszania własnych potrzeb.
Bez automatycznego "przepraszam".
Jeżeli po wysłaniu takiej wiadomości poczujesz lekki dyskomfort, nie poprawiaj jej kolejną wiadomością.
Nie pisz:
"Mam nadzieję, że się nie gniewasz."
Nie pisz:
"Naprawdę mi głupio."
Nie pisz:
"Żebyś tylko źle tego nie odebrał..."
Daj rozmówcy szansę po prostu przyjąć odpowiedź.
A sobie daj szansę odkryć, że uprzejmość nie jest mierzona liczbą znaków.
Czasem najbardziej elegancka odpowiedź mieści się w dwóch zdaniach.
Reszta to już dekoracja.
Mówisz:
"Nie mogę pojechać w sobotę, bo jestem zmęczony, muszę zrobić zakupy, mam kilka rzeczy w domu, a w niedzielę rano wcześnie wstaję."
Brzmi jak solidne uzasadnienie.
Cztery argumenty. Ładnie. Człowiek rozsądny powinien to przecież przyjąć, skinąć głową i powiedzieć: "Oczywiście, odpocznij".
Człowiek po drugiej stronie robi jednak coś zupełnie innego.
"Zakupy możesz zrobić wcześniej."
Pierwszy argument usunięty.
"Przecież wrócimy przed północą."
Drugi ostrzelany.
"W samochodzie odpoczniesz."
Trzeci właśnie umarł śmiercią tragiczną.
Po chwili stoisz na ruinach własnego uzasadnienia i zastanawiasz się, dlaczego w ogóle zaczynałeś tę rozmowę.
Odpowiedź jest prosta: podałeś za dużo powodów.
A każdy z nich potraktowano jak punkt programu do negocjacji.
Nadmiernie tłumacząc się, często zakładamy, że większa liczba argumentów wzmocni decyzję.
Logiczne.
Jeśli jeden powód jest dobry, cztery powinny być cztery razy lepsze.
Niestety w relacjach międzyludzkich matematyka bywa zatrudniona na umowie śmieciowej.
Cztery powody nie zawsze wzmacniają decyzję.
Czasem tworzą cztery osobne miejsca, w które rozmówca może wejść.
"Nie dam rady zostać dziś dłużej, bo muszę zrobić zakupy, odebrać paczkę i przygotować się do jutrzejszego spotkania."
Rozmówca może odpowiedzieć:
"Zakupy zrobisz jutro."
"Paczkę odbierzesz później."
"Spotkanie przecież masz dopiero o dziesiątej."
I nagle wydaje ci się, że skoro każdy element został podważony, to cała decyzja przestała obowiązywać.
Nie przestała.
Twoja decyzja brzmiała:
"Nie zostaję dziś dłużej."
Reszta była tylko uzasadnieniem.
Ale ponieważ podałeś ją w pakiecie z trzema argumentami, rozmowa przeniosła się z decyzji na argumenty.
To kluczowa różnica.
Ludzie z tendencją do nadmiernego tłumaczenia często podają rozmówcy dokładnie więcej informacji, niż ten potrzebuje.
"Nie mogę w czwartek, bo rano mam lekarza, potem jadę do mamy, później muszę odebrać samochód, a wieczorem chcę przygotować się do piątku."
To brzmi niewinnie.
Ale tak naprawdę właśnie przekazałeś pełny plan operacyjny na dobę.
Rozmówca może teraz przeprowadzić audyt.
"A samochodu nie możesz odebrać w środę?"
"Do mamy jedziesz na długo?"
"A o której masz lekarza?"
"Przecież przygotować możesz się później."
Wspaniale.
Twoje życie zostało otwarte w trybie edycji.
W wielu sytuacjach znacznie lepiej działa:
"W czwartek mam już inne zobowiązania, więc nie dam rady."
To nie jest tajemniczość.
To proporcja.
Rozmówca potrzebuje wiedzieć, czy jesteś dostępny.
Nie potrzebuje dostępu administratora do kalendarza.
Im bardziej szczegółowy powód, tym częściej rozmówca może spróbować go "naprawić".
"Nie mogę, bo nie mam samochodu."
"Podjadę po ciebie."
"Nie mogę, bo jestem zmęczony."
"Napijesz się kawy."
"Nie mogę, bo rano wcześnie wstaję."
"To wrócisz wcześniej."
"Nie mogę, bo muszę posprzątać."
"Posprzątasz jutro."
Wszystkie odpowiedzi są logiczne.
I całkowicie mijają się z sednem.
Bo sednem nie musi być to, że istnieje obiektywna przeszkoda niemożliwa do usunięcia.
Sednem może być zwyczajnie to, że nie chcesz.
A jeśli nie chcesz mówić wprost "nie chcę", możesz użyć neutralnej wersji:
"Nie pasuje mi ten termin."
Albo:
"Tym razem odpuszczę."
Nie dajesz wtedy zadania do rozwiązania.
Dajesz informację.
To bardzo częsty błąd.
Chcesz odmówić, ale zamiast komunikować decyzję, przedstawiasz przeszkodę.
"Nie mam jak dojechać."
"Nie mam czasu."
"Nie mam z kim zostawić psa."
"Nie mam odpowiedniego ubrania."
"Nie wiem, czy zdążę."
Rozmówca słyszy:
"Pomóż mi usunąć przeszkodę."
I bardzo chętnie pomaga.
"Zawiozę cię."
"Przesuń tamto."
"Pies może być u mnie."
"Pożyczę ci marynarkę."
"Poczekamy."
Problem rozwiązany.
Tylko że ty nie chciałeś rozwiązania.
Chciałeś odmówić.
Zamiast więc mówić:
"Nie mogę, bo nie mam transportu"
powiedz:
"Nie przyjadę tym razem."
Jeśli chcesz dodać kontekst:
"Nie pasuje mi to logistycznie, więc odpuszczę."
To zamyka sprawę znacznie lepiej.
Nie tworzysz zgłoszenia do działu wsparcia.
Jeśli uzasadnienie rzeczywiście jest potrzebne, stosuj zasadę jednej głównej przyczyny.
Nie wszystkich.
Jednej.
"Nie wezmę teraz dodatkowego projektu, bo mam pełne obłożenie."
Wystarczy.
Nie dodawaj:
"Poza tym zespół jest przeciążony, w przyszłym tygodniu mam dwa spotkania, a jeszcze urlop..."
Bo wtedy każdy element zaczyna żyć własnym życiem.
"Spotkania można przełożyć."
"Urlop jest dopiero za dwa tygodnie."
"Może zespół jednak da radę."
Twoje pierwotne "nie" zostało właśnie zmienione w ćwiczenie z optymalizacji zasobów.
Jedna przyczyna jest czytelna.
Kilka powodów często wygląda jak desperacka próba znalezienia czegokolwiek, co przekona rozmówcę.
A im bardziej próbujesz przekonać, tym mocniej sygnalizujesz, że decyzja podlega negocjacji.
Oczywiście są sytuacje, w których szczegóły są niezbędne.
Jeśli opóźniasz projekt, zespół potrzebuje wiedzieć dlaczego.
Jeśli odwołujesz umówioną wizytę w ostatniej chwili, krótki kontekst jest uczciwy.
Jeśli twoja decyzja przerzuca pracę na innych, warto powiedzieć więcej.
Ale nawet wtedy szczegóły powinny służyć rozwiązaniu problemu, a nie usprawiedliwieniu twojego istnienia.
Dobra wersja:
"Nie zdążę zamknąć raportu dzisiaj, ponieważ dane od działu finansowego dotarły dopiero po południu. Prześlę kompletną wersję jutro do 11:00."
Jasne.
Powód.
Konsekwencja.
Rozwiązanie.
Zła wersja:
"Bardzo przepraszam, wiem, że to powinno być gotowe, ale rano miałem jeszcze kilka innych tematów, potem dostałem wiadomość od..."
Nie.
To zaczyna brzmieć jak opowieść człowieka zatrzymanego bez pracy domowej.
Informacja ma pomóc.
Nie odkupić winy.
To jedna z najskuteczniejszych zmian.
Jeśli ktoś podważa twój powód, nie musisz produkować kolejnego.
Przykład:
"Nie dam rady dziś zostać po godzinach."
"Ale przecież jutro mamy prezentację."
"Wiem. Dziś jednak nie będę dostępny po 17:00."
"Ale zostało sporo do zrobienia."
"Rozumiem. Ustalmy, co jest najważniejsze do zrobienia przed 17:00."
Zauważ, co się wydarzyło.
Nie uciekasz.
Nie stajesz się opryskliwy.
Nie rozwijasz też uzasadnienia.
Wracasz do granicy i przenosisz rozmowę na rozwiązanie.
To znacznie skuteczniejsze niż:
"No tak, ale ja naprawdę mam dziś..."
Nie potrzebujesz wygrać konkursu na najbardziej przekonującą wymówkę.
Potrzebujesz jasno zakomunikować dostępność.
Wyobraź sobie, że twoja decyzja jest drzwiami.
Nie muszą być trzaskane.
Nie muszą mieć zasieków.
Ale powinny być zamknięte.
Komunikaty otwarte:
"Raczej nie dam rady."
"Chyba nie."
"Zobaczę."
"Może być ciężko."
"Nie wiem, czy się uda."
Jeśli już wiesz, że nie chcesz lub nie możesz, takie zwroty zostawiają klamkę po stronie rozmówcy.
"To może jednak?"
"Spróbuj."
"Daj znać później."
I rozmowa trwa.
Komunikaty zamknięte:
"Nie dam rady."
"Nie będę dostępny."
"Nie podejmę się tego."
"Tym razem odpuszczę."
"Ten termin mi nie odpowiada."
Nie ma agresji.
Jest jasność.
Drzwi zamknięte.
Bez trzaskania.
Czasem ktoś mówi:
"Ale dlaczego nie chcesz przyjść?"
A prawdziwa odpowiedź brzmi:
"Bo po dwóch godzinach z tobą jestem zmęczony jak po szkoleniu BHP prowadzonym przez człowieka czytającego regulamin gaśnicy."
Nie każdą prawdę trzeba mówić w pełnej wersji.
Granice nie wymagają brutalnej szczerości.
Możesz powiedzieć:
"Potrzebuję spokojnego wieczoru dla siebie."
To prawda.
Wystarczająca.
Nie musisz dokładać wersji reżyserskiej.
Nadmierne tłumaczenie bywa czasem mylone ze szczerością, ale szczerość nie oznacza obowiązku ujawniania każdej myśli.
Dojrzała komunikacja selekcjonuje informacje.
Mówi to, co istotne.
Nie transmituje całego wnętrza czaszki.
Jeżeli masz skłonność do podawania pięciu argumentów, zastosuj prostą regułę:
decyzja + maksymalnie jeden powód.
"Nie mogę w piątek, mam już inne zobowiązania."
"Nie podejmę się tego, bo nie mam teraz przestrzeni."
"Nie przyjadę, potrzebuję odpocząć."
Jeżeli ktoś podważa powód, nie dodawaj drugiego.
Powtórz decyzję.
"Rozumiem, ale nadal nie dam rady."
I tyle.
Nie przekonuj.
Nie rozbudowuj.
Nie dostarczaj nowych materiałów dowodowych.
Bo czasem największym błędem nie jest to, że masz za słaby argument.
Tylko że podałeś ich siedem.