Wywiad 1
- Jest drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Znajdujemy się w rezydencji słynnej pisarki...
- Och, nie przesadzajmy...
- ... słynnej pisarki Matyldy Delmonte w Lisicach pod Łodzią. Wywiad przeprowadza Jan Maron.
- Ja pana chyba skądś znam?...
- Pani Matylda Delmonte jest autorką poczytnych romansów: "Fałszywe pocałunki", "Przekleństwo matki", "Z ust do ust", "Tajemnice serca" i wielu, wielu innych. Zgodziła się na nagranie wywiadu-rzeki opisującego jej karierę. Z wywiadu powstanie książka...
- Już wiem. Prowadził pan na żywo w telewizji program "Słowa, słowa, słowa".
- Krótko. Wygryźli mnie, bo przyłożyłem młodemu geniuszowi lansowanemu przez "Gazetę Codzienną". Co pół roku wynajdują nowego grafomana i ogłaszają go zjawiskiem literackim. Wściekłem się, gdy podesłali mi kolejnego pisarzynę.
- Tak, to przykre... W obecnych czasach obserwujemy zastraszający zanik prawdziwych wartości. Musiało to pana zaboleć...
- Ach, dajmy spokój. Porozmawiajmy o pani, pani Matyldo. Mogę tak się do pani zwracać?
- Oczywiście, panie Janku, bardzo proszę.
- Kiedy umawialiśmy się na spotkanie, nikt nie podejrzewał, że spadnie na panią taki cios.
- Właśnie. Trudno było przewidzieć... Szymcia!
- Bardzo pani współczuję.
- Dziękuję, panie Janku. Szymcia!!
- Lecę już, lecę!
- Dlaczego Szymcia nie podaje kawy?
- Zaraz. Przecież nie mam jedenastu rąk.
- Przepraszam pana, mam kłopoty z... moją gosposią. Świetnie gotuje, lecz poza tym... Sam pan widział.
- Nic nie szkodzi. Wróćmy do wywiadu. To będzie wstępna rozmowa, coś w rodzaju rozpoznania terenu. Spróbujemy naszkicować warunki domowe, opisać otoczenie... Zrobię z tego prolog do książki, żeby czytelnicy mieli pełny obraz pani aktualnej sytuacji życiowej. Myślę, że w kolejnych wywiadach wrócimy do... źródeł pani twórczości.
- Jak pan sobie życzy, ale ja proponowałabym raczej zająć się książkami. W ich kontekście moje życie może się wydać nieciekawe. Natomiast fikcja literacka ma to do siebie...
- Ależ pani Matyldo, pani oszałamiająca kariera fascynuje rzesze czytelniczek, spragnionych wszelkich informacji o pani życiu.
- Ach, panie Janku, tyle już było tych wywiadów. Prasa, radio, telewizja... Czuję się zmęczona tym nieustannym przepytywaniem mnie przy byle jakiej okazji. Przecież nie jestem wyrocznią, tylko zwyczajną pisarką.
- Pani Matyldo, jest pani osobą publiczną.
- Nawet nie zdaje pan sobie sprawy, jakie to męczące. Słowa, słowa, słowa... Wie pan, czasami sama się w tym plączę. Raz powiem to, raz owo. Potem mnie nagabują, dopytują się, wiercą dziurę w brzuchu... Tu powiedziała pani tak, a tam znowu inaczej.
- Wyobrażam sobie...
- A najgorsze, że ci wszyscy dziennikarze przypisują mi słowa, których nigdy nie wypowiedziałam. Pokręcą coś, przeinaczą i wychodzą z tego jakieś idiotyzmy. Nie mam siły ani czasu, żeby się temu przeciwstawiać ani z tym walczyć. Musiałabym dawać sprostowania, które wywołałyby kolejny zamęt.
- Dlatego właśnie postanowiłem napisać o pani książkę, która zawierałaby wyłącznie prawdę. Tak jak wcześniej uzgodniliśmy.
- To miło z pana strony. Cóż, postaram się pana nie zawieść, ale po tych wszystkich bzdurach, które napisano na mój temat, sama nie wiem, czy jakakolwiek prawda jest jeszcze możliwa do przekazania.
- Oczywiście wszystkie pani wypowiedzi będą autoryzowane.
- Dziękuję, ale mówiąc szczerze, czuję się kompletnie wyczerpana. A może byśmy odłożyli na kilka dni te rozmowy?
- Ostatnie wydarzenia musiały sprawić pani szczególną przykrość.
- Ma pan na myśli to, co wypisywały o mnie te szmatławce? Szymcia!
- O pani i o mężu. Każdy z tabloidów przedstawiał sprawę inaczej.
- Czego?
- Dlaczego Szymcia jeszcze nie podaje?
- Mielę kawę. Ręcznie. Jak pani kazała.
- Dopiero teraz?!
- Chciała pani, żeby była świeża.
- Dobrze, niech się Szymcia pospieszy, zaczekamy. Może pan tymczasem napije się wina?
- Nie za wcześnie? Dopiero południe.
- Mój mąż, jeżeli był w domu, miał zwyczaj pić w południe lekki aperitif. Przyzwyczaił mnie...
- Czy moglibyśmy chwilę o nim porozmawiać?
- Proszę, przygotuję drinki.
- Informacja dla przyszłych czytelników: Ewaryst Lutomierski, mąż znanej pisarki Matyldy Delmonte zaginął dwa tygodnie temu. Dziesiątego grudnia wyszedł z domu... Zauważyłem na podjeździe czarne bmw z tablicą rejestracyjną "EWARYST".
- Były straszne śniegi. Mąż postanowił pojechać do Łodzi koleją. Wie pan, za lasem jest mała stacja Skamielin-Lisice. Tam zatrzymują się pociągi jadące z Kutna do Łodzi Kaliskiej. Ewaryst obawiał się, że utknie gdzieś w korku na szosie.
- Mąż nie dotarł do firmy?
- Niestety... Proszę, campari.
- Dziękuję pani. Policja ustaliła...
- Ach, ta policja. Maglowała mnie w tę i we w tę. Zresztą nas wszystkich. Nawet Szymcię i Franciszka.
- Szymcię już poznałem. A kto to jest Franciszek?
- Nasz dozorca. Złota rączka. Trochę kuleje, ale jest bardzo przydatny. Narąbie drewna do kominka, załata dziurę w płocie... Szymcia!!
- Rozumiem. Taki człowiek jest nieoceniony w tak dużej rezydencji.
- Rzeczywiście, dom jest obszerny.
- Jestem, już jestem... Po co ten gwałt.
- Niech Szymcia postawi tacę na okrągłym stoliku. Sama naleję.
- Się robi.
- Może już Szymcia iść.
- A pan młody zanocuje u nas, czy nie?
- Przecież mówiłam, że będziemy mieli gościa.
- No to muszę przewlec pościel. W którym pokoju?
- W niebieskim. Niech nam Szymcia nie przeszkadza.
- Idę, idę... Zapytać się nie można, czy co?
- Przepraszam pana... Te kłopoty domowe wytrącają mnie z równowagi.
- Kto ich nie ma. Wróćmy do pani męża.
- Wołałabym, żebyśmy porozmawiali o mojej twórczości. Chyba po to pan tu przyjechał?
- Oczywiście. Jednak pani liczni czytelnicy...
- Liczni czytelnicy wiedzą, że mój mąż wyszedł dziesiątego grudnia z dómu i dotychczas nie wrócił. I to im powinno wystarczyć. Policja prowadzi poszukiwania.
- Pan Ewaryst Lutomierski jest człowiekiem bardzo majętnym, właścicielem znanej firmy komputerowej "Limbo".
- Zgadza się. To on zbudował ten dom dla swojej rodziny.
- Zdaje się, że ma córkę z pierwszego małżeństwa? Przepraszam, że tak wypytuję, ale krążą różne plotki. Sama pani rozumie...
- Liliana mieszka ze swoim mężem na pierwszym piętrze. Ja i Ewaryst zajmujemy parter. Na drugim piętrze są pokoje gościnne. Niebieski z widokiem na las i osobną łazienką przeznaczyłam dla pana. Zostanie pan u nas kilka dni, jak się umawialiśmy telefonicznie, prawda?
- Bardzo dziękuję. Jasne, jeżeli ta książka ma dojść do skutku...
- Musi dojść do skutku, panie Janku. Tak mówiąc między nami, jestem przemęczona, nieco rozkojarzona i wołałabym nie udzielać tego wywiadu, ale teraz, po sukcesie powieści "Serce nie sługa" jest najlepszy czas na książkę biograficzną.
- Dlatego do pani zadzwoniłem.
- Dziękuję, pan był pierwszy w tej sprawie. Kolejne propozycje odrzuciłam. Cóż, nie ukrywam, że zainteresowanie prasy sprawami mojego męża pokrzyżowało mi mnóstwo planów. Chociaż z drugiej strony, cały ten medialny zgiełk, jaki przyniosło zniknięcie Ewarysta, działa na moją korzyść. Wie pan jak to jest: trzeba iść za ciosem.
- Jak najbardziej. Pozwoli mi pani porozmawiać z domownikami? Chciałbym mieć pełny obraz pani otoczenia. Pani czytelniczki na pewno są spragnione takich... domowych klimatów.
- Nie wiem, czy to aż takie konieczne. Ci ludzie są przeważnie bardzo zajęci swoimi sprawami. Zresztą co oni mogą o mnie wiedzieć?...
- Pani Matyldo, kto z państwem mieszka w tym domu? Już wiem, że Szymcia i Franciszek. Oprócz tego córka pana Ewarysta, Liliana.
- Jej mąż Arnold Lutomierski. Przybrał nazwisko żony. Napije się pan jeszcze jednego?
- Z chęcią. Pani nie zmieniła nazwiska po ślubie, prawda?
- Nie było takiej potrzeby. Zmiana wprowadziłaby niepotrzebne zamieszanie.
- Delmonte, jak się wszyscy domyślają, to, oczywiście, pseudonim artystyczny?
- Pod takim nazwiskiem wyszedł mój debiut "Fałszywe pocałunki". I tak już pozostało.
- Nigdy nie używała pani swego panieńskiego nazwiska?
- Nie, bo jest brzydkie i wolałam o nim nie pamiętać.
- Nie powie mi pani?
- Nie ma sensu. O, przyszedł Orson. Przestawiam panu mego osobistego sekretarza. Pan Jan Maron dziennikarz z gazety... jakiej? Przepraszam, zapomniałam nazwy.
- Z żadnej. Wolny strzelec. Pisuję dorywczo do różnych dzienników.
- Miło mi pana poznać. Orson Fiedler. Matyldo, chciałem cię zapytać, czy...
- Później, mój drogi, później. Na razie zabaw pana Janka, a ja pójdę sprawdzić, czy Szymcia czegoś nie przypala. Zostanie pan na obiedzie. Będą zrazy po polsku.
- Jeśli nie sprawię kłopotu...
- Ależ skąd. Orsonie, nikt do mnie nie dzwonił?
- Jeden facet z "Życia na gorąco", ale go odprawiłem.
- W porządku. Ktoś jeszcze?
- Ta ruda z telewizji. Spławiłem ją.
- Jesteś kochany.
- Znowu dzwonili z policji.
- Żyć człowiekowi nie dają.
- Nadal szukają twego męża. I tej skradzionej forsy...