Na szerokich falach oceanu kołysał się niemiecki statek
Blücher, płynący z Hamburga do New-Yorku.
Od czterech dni był już w drodze, a od dwóch minął zielone brzegi
Irlandyi i wydostał się na pełnię. Z pokładu, jak okiem dojrzeć,
widać było tylko zieloną i szarą równinę, pooraną w bruzdy i
zagony, rozkołysaną ciężko, miejscami zapienioną, w dali coraz
ciemniejszą i zlewającą się z widnokręgiem pokrytym białemi
chmurami. Blask tych chmur padał miejscami i na wodę, a na tem tle perłowem
odrzynał się wyraźnie czarny kadłub statku. Kadłub ten zwrócony
dziobem ku zachodowi, to wspinał się pracowicie na fale, to zapadał
w głąb, jakby tonął; czasem niknął z oczu, czasem wzniesiony na
grzbiecie bałwanu wynurzył się tak, że aż dno było mu widać, a
szedł naprzód. Fala płynęła ku niemu, a on ku fali - i rozcinał ją
piersiami. Za nim, jakby olbrzymi wąż, gonił biały gościniec
spienionej wody; kilka mew leciało za sterem, przewracając kozły w
powietrzu i kwiląc, jakby polskie czajki. Wiatr był dobry; statek szedł połową pary, a natomiast rozpiął
żagle. Pogoda znaczyła się coraz lepsza. Miejscami pomiędzy
poszarpanemi chmurami widać było kawały błękitu nieba, zmieniające
kształt ustawicznie. Od chwili jak Blücher opuścił port hamburski,
czas był wietrzny, ale bez burzy; wiatr dął ku zachodowi, chwilami
jednak ustawał: wówczas żagle opadały z łopotem, aby następnie
znowu wydąć się nakształt piersi łabędziej. Majtkowie, poubierani
we włóczkowe obcisłe kaftany, ciągnęli linę dolnej rei wielkiego
masztu i krzycząc żałośnie: "Ho-ho-o!" pochylali się i prostowali w
takt do śpiewu, a wołania ich mieszały się ze świstem piszczałek
miczmeńskich i z gorączkowym oddechem komina, wyrzucającego
przerywane kłęby lub pierścienie czarnego dymu. Korzystając z pogody, pasażerowie powysypywali się na pokład. Na
tyle okrętu widać było czarne paletoty i kapelusze podróżnych z
pierwszej klasy; na przodzie pstrzyła się różnobarwna gawiedź
emigrantów, jadących pod pokładem. Niektórzy z nich siedzieli na
ławkach, paląc krótkie fajki, inni pokładli się, inni, poopierani o
burty, spoglądali na dół w wodę. Było i kilka kobiet z dziećmi na ręku i blaszanemi naczyniami,
pouwiązywanemi do pasa; kilku młodych ludzi przechadzało się wzdłuż
od dzioba aż do pomostu, chwytając z trudnością równowagę i
zataczając się co chwila; ci śpiewali:
"Was ist das deutsche Vaterland!?" i może myśleli że tego
"
Vaterlandu" nigdy już nie zobaczą, ale mimo to wesołość
nie schodziła im z czoła. Pomiędzy wszystkimi ludźmi dwoje było
najsmutniejszych i jakby od reszty odłączonych: stary mężczyzna i
młoda dziewczyna. Oboje, nie rozumiejąc po niemiecku, byli
prawdziwie samotni i wśród obcych. Kto oni byli - każdy z nas na
pierwszy rzut oka, by to odgadł - chłopi polscy. Chłop nazywał się Wawrzon Toporek, a dziewczyna, Marysia, była
jego córką. Jechali do Ameryki i przed chwilą po raz pierwszy
ośmielili się wejść na pokład. Na zbiedzonych chorobą ich twarzach
malował się przestrach i zdziwienie zarazem. Wylękłemi oczyma
spoglądali na towarzyszów podróży, na majtków, na statek, na komin
oddychający gwałtownie i na groźne wały wodne, ciskające grzywę
piany aż do burt statku. Nie mówili do siebie nic, bo nie śmieli.
Wawrzon trzymał się jedną ręką za poręcz, drugą za czapkę rogatą,
żeby mu jej wiatr nie zerwał, a Marysia trzymała się tatula i ile
razy statek pochylił się mocniej, tyle razy przytulała się do niego
silniej, wykrzykując pocichu ze strachu. Po niejakim czasie stary
przerwał milczenie: - Maryś! - A co? - Widzisz? - Widzę. - A dziwujesz się? - Dziwuję się. Ale więcej się jeszcze bała, niż dziwiła; stary Toporek to samo.
Szczęściem dla nich, fala zmniejszała się, wiatr ustawał, a przez
chmury przedarło się słońce. Gdy ujrzeli "słonko kochane," lżej im
się zrobiło na sercu, bo sobie pomyśleli, że "ono takuteńkie, jak w
Lipińcach." Jakoż wszystko było dla nich nowem i nieznanem, tylko
ten drąg słoneczny, jarzący, a promienny wydał im się jakby dawnym
przyjacielem i opiekunem. Tymczasem morze wygładzało się coraz więcej; po niejakim czasie
żagle opadły, z wysokiego pomostu rozległa się świstawka kapitana i
majtkowie rzucili się je upinać. Widok tych ludzi, zawieszonych
jakby w powietrzu nad otchłanią, przejął znów zdumieniem Toporka i
Marysię. - Nasze chłopaki nie potrafiliby tak - rzekł stary. - Kiej Niemcy wleźli, to Jaśkoby wlazł - odparła Marysia. - Który Jaśko? - Sobków? - Gdzieta Sobków. Powiadam Smolak, koniucha. - On je chwacki, ale ty go sobie z głowy wybij. Ni jemu do ciebie,
ni tobie do niego. Ty jedziesz panią być, a on jak był koniuchą,
tak się i zostanie. - On też kolonię ma... - Ma, to w Lipińcach. Marysia nie odrzekła nic, pomyślała sobie tylko, że co komu
przeznaczone, to go nie minie, i westchnęła tęsknie, a tymczasem
żagle były już upięte, natomiast śruba zaczęła tak silnie burzyć
wodę, że aż cały statek drżał od jej ruchów. Ale kołysanie ustawało
prawie zupełnie. W oddali woda wydawała się już nawet gładką i
błękitną. Coraz nowe postacie wydobywały się z pod pokładu:
robotnicy, chłopi niemieccy, próżniacy uliczni z różnych miast
nadmorskich, którzy jechali do Ameryki szukać szczęścia, nie pracy;
tłok zapanował na pomoście, więc Wawrzon z Marysią, by nie leźć
nikomu w oczy, usiedli na zwoju lin w samym kątku wedle dzioba. - Tatulu, długo jeszcze pojedziewa bez wodę? - pytała Marysia. - Czy ja wiem. Kogo się spytasz, nikt ci nie odpowie po katolicku. - A jakże my będziewa w Ameryce się rozmawiać? - Albo to nie mówili, że tam naszego narodu chmara jest? - Tatulu! - Czego? - Dziwować się, to się i dziwować, ale zawdyk w Lipińcach było
lepiej. - Nie bluźniłabyś po próżnicy. Po chwili jednak Wawrzon dodał, jakby mówiąc sam do siebie: - Wola Boża!... Dziewczynie oczy nabrały łzami, a potem oboje zaczęli rozmyślać o
Lipińcach.
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI