ROZDZIAŁ 2
Ekielski dotknął przycisku dzwoniącego budzika i przekręcił się na drugi bok. Wiktoria miała zarumienione policzki, włosy w nieładzie i zamknięte oczy. Paweł wyciągnął rękę i musnął rozgrzaną snem żonę. Przesunął palcami po odsłoniętym fragmencie jej skóry między koszulką a spodniami od piżamy, powędrował wyżej, ku wypukłościom piersi. Całując i pieszcząc Wikę, poczuł, jak ona otwiera się przed nim, obejmuje go i przyciąga do siebie. Pomyślał, że jeszcze nie tak dawno ich małżeństwo zmierzało ku katastrofie i nic nie wskazywało, że zaczną odbudowywać chwiejący się w posadach związek, dadzą sobie drugą szansę. To on zainicjował rozmowę, która była początkiem zmian. Na szczęście wciąż się kochali, pamiętali szczęśliwe dni, byli gotowi na wysłuchanie drugiej strony. Dzięki niewygasłemu uczuciu i żywym wspomnieniom zdołali wyjaśnić nieporozumienia, wybaczyć sobie, zapomnieć o urazach.
- Spóźnisz się do pracy - wyszeptała Wiktoria tuż przy jego ustach, gdy leżeli spleceni w uścisku, odpoczywając po miłosnym poranku.
Patrząc w zasnute mgłą oczy żony, Ekielski poczuł wzbierającą w nim czułość.
- Jestem szefem - odparł.
- Nawet szef musi kiedyś zwlec tyłek z łóżka. - Wika ze śmiechem odrzuciła kołdrę i owinęła się satynową podomką.
Wzięła prysznic, potem zeszła na parter i gdy Paweł dwadzieścia minut później stanął w progu kuchni, na domowników już czekał posiłek. Niebawem do rodziców dołączyli synowie. Jedząc razem, przekomarzali się, wymieniali plotki zasłyszane w miasteczku, planowali dzień. Wiktoria opowiadała o nowych zamówieniach, które realizowała wraz z Igorem, Paweł zaś chwalił młodszego syna. Kacper, wzorem Kornelii, postanowił pracować tego lata. Wybrał praktyki w firmie ojca. W sezonie letnim przedsiębiorstwo remontowo-budowlane Ekielskiego ledwo nadążało z realizacją zleceń. Pracownicy chodzili na urlopy, więc każda para rąk była mile widziana. Osiemnastolatek odbierał telefony, roznosił dokumenty, układał segregatory na półkach, a jak było trzeba, parzył kawę. I uczył się, że pieniądze nie spadają z nieba. Paweł kolejny raz pomyślał, że w chwili, gdy on i Wiktoria zaczęli ratować swoje małżeństwo, stopniowo zniknęły też problemy wychowawcze z młodszym synem. Wika twierdziła, że to także zasługa Neli Gniewosz, w której chłopak zakochał się po uszy.
- Ja przygotowałam śniadanie, więc panowie sprzątają. - Ekielska pierwsza wstała od stołu. - Idę już do pracowni. - Jej oczy spoczęły na Igorze.
Dwudziestojednolatek skinął głową.
- Wypiję jeszcze jedną kawę i też będę się zbierać. - Paweł podstawił filiżankę pod dysze ekspresu. - Kacper? Kwadrans ci wystarczy?
- Spoko, tato. - Syn sięgnął do tylnej kieszeni po telefon i przebiegł palcami po wyświetlaczu.
- W takim razie widzimy się przy samochodzie. - Ojciec uruchomił laptop, żeby pobieżnie sprawdzić służbową pocztę.
- No to pa, chłopaki. - Wika musnęła wargami usta męża i potarmosiła czuprynę Kacpra. On jak zwykle zrobił unik i przypomniał:
- Mamo, nie jestem dzieckiem.
Ona, jak zwykle, odpowiedziała:
- Dla mnie zawsze będziesz moim synkiem.
Rozległ się dźwięk otwieranych drzwi. Wiktoria zbiegła po schodach werandy i skierowała kroki do pracowni. Paweł wziął napełnioną filiżankę i zerknął przez okno. Żona szła lekkim krokiem w stronę drugiego budynku na posesji, gdzie mieściła się jej pracownia. Przydomową manufakturę porcelany założył w Pełni pradziadek Wiktorii. Po nim warsztat przejął jego syn, potem wnuk, następnie zrobiła to ona. Pracowała już z ojcem, gdy Ekielski ją poznał, pokochał i zapragnął się z nią ożenić. Ich starszy syn, Igor, odziedziczył talent po przodkach i poszedł w ślady matki. Patrząc przez szybę i odprowadzając wzrokiem żonę, Paweł utwierdził się w przekonaniu, że warto było nie odpuszczać i zawalczyć o rodzinę, małżeństwo oraz takie poranki jak ten.
* * *
Wiktoria z uśmiechem na ustach pokonała krótki dystans dzielący ją od manufaktury. Tam, pracując niegdyś u boku taty, już jako nastolatka zgłębiała tajniki tworzenia porcelanowych przedmiotów: przygotowywania masy, formowania kształtów, wypalania wyrobów, szkliwienia ich i ozdabiania. Pracownia była dla Ekielskiej nie tylko miejscem, gdzie spełniała się zawodowo, stanowiła także przystań, gdy kobieta potrzebowała odosobnienia. Artystka kochała tę szczególną woń unoszącą się w pomieszczeniu, mieszankę zapachów sproszkowanych minerałów, farb i rozpuszczalników, w zimowe wieczory lubiła siedzieć w cieple pieca, za każdym razem czuła przyjemny dreszcz, gdy oglądała gotowe rzeczy i sprawdzała, czy ich jakość jest zgodna z jej oczekiwaniem.
Czekając na Igora, Ekielska wzięła pojemnik i odmierzyła składniki. Masą lejną napełniła dużą formę oraz sześć małych. Po kilkunastu minutach usunęła jej nadmiar, zostawiając warstwę osadzoną na ścianach i kształtującą wygląd imbryka oraz filiżanek. Czyściła je pędzlem, by zostawić do wysuszenia, kiedy drzwi się otworzyły i wraz ze starszym synem do pracowni weszli klienci. Igor przejął czynności matki, żeby ona mogła zapanować nad pierwszą falą kupujących, i zanim ostatni turysta opuścił pracownię, serwis do herbaty trafił do nagrzanego pieca.
- Przerwa na jedzenie? - zaproponowała Wiktoria. - Pójdę zrobić kilka kanapek i coś do picia.
- Ja zrobię. - Igor, stanąwszy w otwartych drzwiach, dał znak matce.
- Co? - Podążyła za jego wzrokiem. W kierunku manufaktury zmierzała para w sportowych strojach, a za nią sunęły trzy następne osoby. - Okej, zostanę. Dla mnie kawa i dwie kajzerki. Dziękuję! - Przeniosła spojrzenie na gości, którzy weszli do środka.
- Dzień dobry - powiedział mężczyzna, a kobieta skinęła głową i wzorem innych przybyłych powiodła oczami po półkach regału, gdzie Ekielska ustawiła wyroby na sprzedaż.
- Dzień dobry. - Wika zlustrowała ich i poczuła, że celem wizyty klientów nie jest złożenie zamówienia ani zakup czegoś ze stałej oferty. Co prawda turystka oglądała naczynia i figurki ze szczerym zainteresowaniem, ale jej towarzysz przestępował z nogi na nogę, a na jego twarzy widniało napięcie. Zerkając na mężczyznę, Ekielska próbowała przypomnieć sobie przepowiednię wróżki Józefiny, która w sylwestrową noc dla chętnych układała z kart cygańskich Koło Roku. Brzozowska wspominała coś o przeszłości oraz stukała palcem w niektóre obrazki, ale Wika nie za bardzo rozumiała, o co chodzi zielarce.
- Chciałbym z panią porozmawiać - zagaił wreszcie gość, gdy dwie z trzech osób wyszły. - Nazywam się Grzegorz Jankowski, to moja żona Halina. Prowadzę antykwariat w Zielonej Górze, jestem również kolekcjonerem porcelany i poszukiwaczem skarbów.
Słysząc ostatnie słowa, Wika parsknęła nerwowym śmiechem, po czym przygryzła wargi.
- Przepraszam.
- Wiem, że to zabrzmiało zabawnie, wiele osób tak reaguje. Jestem kimś, kto w wolnym czasie szuka zaginionych dóbr kultury, wytworów rzemiosła artystycznego, słowem rzeczy, które przepadły w dziejowej zawierusze.
- Rozumiem. To interesujące, ale co ja mam z tym wspólnego? - Ekielska zerknęła w stronę osoby w czapce z daszkiem, która stała odwrócona do nich tyłem i oglądała ustawione na półce kubki. Następnie posłała spojrzenie w kierunku podwórza z nadzieją, że zaraz pojawią się nowi klienci i przerwą tę dziwaczną rozmowę.
- Jest pani potomkinią człowieka, który pracował w wytwórni porcelany w Korcu, prawda?
- Tak, to żadna tajemnica. Moja rodzina wywodzi się od niego.
- Pani pradziadek założył tutaj manufakturę, a Zygmunt Kamiński, jego syn, a pani dziadek, był również jednym ze znanych przedwojennych kolekcjonerów.
- Wszystko się zgadza, ale dalej nie pojmuję, w jakim celu pan o tym mówi. Jeśli jest pan także dziennikarzem, sugeruję wizytę w naszej miejskiej bibliotece, znajdzie pan tam trochę materiałów źródłowych, dość, by zaspokoić swoją ciekawość.
- Pani dziadkowi i jego zbiorom jest poświęcony rozdział monografii, która ukazała się w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, prawda? - upewnił się Jankowski, niezrażony.
- Aaa, chodzi o książkę. - Wiktoria poczuła ulgę. Skoro mężczyzna jest antykwariuszem i wspomina o publikacji, której od dawna nigdzie nie można dostać, pewnie chce ją namówić, żeby mu sprzedała swój egzemplarz. Ludzie prowadzący sklepy ze starociami mają różne bziki i potrafią pokonać wiele przeszkód, żeby zdobyć coś dla siebie lub na zamówienie klienta. I ten tutaj pewnie należy do takich zapaleńców. - To było specjalistyczne, niskonakładowe wydanie, o ile dobrze kojarzę - podjęła wątek. - Autor dzieła rozmawiał z moim ojcem na temat porcelany i później dostaliśmy od niego egzemplarz książki. - Ekielska skrzyżowała ramiona na piersi. - Niestety, nie jest na sprzedaż. To pamiątka.
- Nie, nie. - Jankowski się uśmiechnął i podniósł dłoń w geście uspokojenia. - Nie w tym rzecz. Interesują mnie zbiory.
- Zbiory?
- Zaginiona podczas wojny kolekcja opisana w monografii.
Na progu stanął Igor. Trzymał talerz z kanapkami oraz termos z kawą. Rzucił matce pytające spojrzenie, a ona zrobiła zachęcający gest. Syn postawił wszystko na stole i po chwili w pracowni rozprzestrzenił się zapach świeżego pieczywa. Artystka poczuła napływającą do ust ślinę i jeszcze większy głód. Zwilżyła językiem wargi.
- Nie rozumiem, o co panu chodzi - powiedziała.
- Jestem w posiadaniu odręcznie narysowanej mapy, którą sporządził pani dziadek. Zaznaczył na niej miejsce ukrycia skrzyni z porcelaną. Chciałbym poprosić panią o pomoc w jej rozszyfrowaniu.
- Słucham? - Wiktoria otworzyła szeroko oczy.
- Prędzej czy później zdołam to zrobić sam, ale działając razem, moglibyśmy osiągnąć cel znacznie szybciej. Pani zna miasteczko i na pewno wie, jak zmieniła się jego zabudowa od czasu wojny.
- A co pan będzie z tego miał?
- Dziesięć procent zbiorów.
- Ach tak...? - Ekielska otrząsnęła się ze zdumienia. - Nie mam pojęcia, co znajduje się w pana posiadaniu, ale prawdopodobnie ktoś pana wprowadził w błąd. Mój dziadek rzeczywiście był kolekcjonerem. Zginął w czasie wojny, zostawiając żonę i rocznego syna. Nikt nie wie, co dokładnie wtedy się wydarzyło i w jaki sposób kolekcja zniknęła. Żadna osoba z rodziny nigdy nie trafiła na wskazówkę. Możliwe, że część została zagrabiona, część zniszczona, a jakieś egzemplarze zalegają na strychach chłopskich domów albo są sprzedawane za bezcen na pchlich targach. Taki los spotkał wiele kolekcji porcelany, na czele ze słynnym serwisem łabędzim z Miśni.
- Gdyby było tak, jak pani mówi, pojedyncze sztuki ze zbiorów pani dziadka pojawiałyby się chociaż raz na kilka lat na aukcjach, jak to ma miejsce ze wspominanym przez panią zestawem. Tymczasem, jeśli chodzi o produkty z wytwórni w Korcu, na rynku są przeważnie fałszywki, co do oryginałów, nic z kolekcji pani dziadka, która jest szczegółowo opisana w monografii.
Jankowski mówił prawdę. Wiktoria od dawna interesowała się rynkiem porcelany i wiedziała, że naczynia z Korca fałszowano już w dziewiętnastym wieku. W tamtych czasach wyroby z rodzimej wytwórni były symbolami polskości i tak wiele osób chciało je mieć i kupować następne, że manufaktura nie nadążała z podażą. W odpowiedzi na niesłabnący popyt, za granicą zaczęto masowo produkować falsyfikaty. Obecnie obiekty wytwarzane niegdyś w Korcu były w rękach prywatnych kolekcjonerów, a te, które czasem trafiały do sprzedaży, zwykle okazywały się podróbkami.
- Nie mogę się z panem zgodzić - powiedziała Ekielska po długiej chwili milczenia. - Serwis łabędzi miał ponad dwa tysiące dwieście elementów, a zbiory mojego dziadka nie przekraczały stu pięćdziesięciu sztuk. Nic dziwnego, że ten pierwszy czasem pojawia się na rynku.
- Podobno pani dziadek dokumentował swoje zbiory w albumie. Mógłbym go obejrzeć?
- Nie. - Wika odruchowo spojrzała na szafkę, gdzie przechowywała pamiątki po przodkach, i znów ogarnął ją niepokój. Rozmowa z nieznajomym zmierzała w zaskakującym kierunku. - Przepraszam, mam dużo pracy, więc jeśli państwo niczego nie kupują...
- W porządku, rozumiem. Zechciałaby pani jeszcze tylko spojrzeć na mapę? - Mężczyzna sięgnął do kieszeni. - Proszę.
Wiktoria wzięła od niego kawałek pożółkłego papieru, na którym nakreślono kilka kresek i figur geometrycznych. Całość przywodziła na myśl rysunek dziecka.
- Nie jestem w stanie panu pomóc i nie widzę sensu w tych poszukiwaniach. - Oddała mężczyźnie kartkę. - Gdyby cokolwiek przetrwało... Mieszkamy tu od lat, z pokolenia na pokolenie, i nikt z rodziny nie wpadł na żaden ślad, niczego nie odkrył. - Mimo głodu, artystka z ulgą powitała nadejście klientów. - Przepraszam pana, jeśli to już wszystko... - Zawiesiła głos. - Muszę wydać zamówienie.
- Dobrze, jak pani chce. - Jankowski wzruszył ramionami. - Ja nie zamierzam odpuścić. - Spojrzał na żonę. Wiktoria podążyła za jego wzrokiem i nie znalazła na jej twarzy entuzjazmu. Ogarnęło ją współczucie dla kobiety, która zamiast odpoczywać na urlopie, towarzyszy ogarniętemu przez obsesję mężowi.
- Niepotrzebnie traci pan czas. - Ekielska pożegnała ich i uśmiechnęła się do przybyłych.
Po ich wyjściu ona oraz Igor wreszcie zjedli, a później zajęli się kompletem do herbaty. Po biskwitowym wypale naczynia uzyskały już znaczną trwałość i były gotowe do dalszej obróbki. Artystka z uwagą obejrzała gotowe półprodukty, szukając na ich powierzchni skaz. Były idealne. Na jej twarz wypłynął uśmiech zadowolenia.
* * *
Zjadła śniadanie i pod pretekstem kupienia kilku rzeczy, których zapomniała włożyć do walizki, pakując się jak zawsze w pośpiechu, pojechała samochodem do miasteczka. Pospacerowała na rynku, zajrzała do apteki po ibuprofen i tampony, następnie do piekarni, żeby kupić jagodzianki, i do spożywczego, sprawdzić, jakie mają wina. Spojrzała na zegarek i ruszyła wolnym krokiem w stronę bocznej uliczki, gdzie znajdowała się posesja Ekielskich. Brama już była otwarta, podobnie jak drzwi pracowni, skąd dochodziły dźwięki rozmów, znak, że wewnątrz są ludzie. Mogła dołączyć do nich, nie rzucając się w oczy i licząc, że nie zostanie zapamiętana. Omiotła wzrokiem parterowy, pozbawiony strychu budynek, zastanawiając się przez moment, czy mieści się w nim piwnica. Idąc przez podwórze, zerknęła na dom mieszkalny. Miał parter, piętro i poddasze, a nad głównym wejściem widniała tabliczka z datą wskazującą, że wzniesiono go ponad sto lat temu. Czy jest możliwe, żeby to, czego szukała, wciąż tam leżało?
Lata podróżowania po Polsce pokazały, że na strychach wiejskich i małomiasteczkowych chat czekały na odkrycie prawdziwe skarby, co więcej, ich właściciele nie mieli pojęcia o ich wartości. Zapytani, prowadzili ją po wąskich schodach lub drabinach i udostępniali zakurzone, oblepione pajęczyną "skorupy", które kupowała od nich za grosze. Na początku nie potrafiła ukrywać ekscytacji, na przykład wtedy, gdy rozpoznała ażurowy talerz z wytwórni w Miśni albo filiżankę z S?vres, i kilka razy właściciele, zobaczywszy jej błyszczące oczy na widok otwartego kufra, wyciągnęli od niej więcej pieniędzy, niż zamierzała zapłacić. Ale i tak zawsze było warto. Z biegiem lat nauczyła się kontrolować emocje, przybierać obojętny wyraz twarzy, blefować, a jak trzeba, pokonywać przeszkody w postaci zamków i kłódek. Nie wiedziała, kiedy kolekcjonowanie stało się jej głównym obszarem życia, któremu podporządkowała wszystkie inne. I była gotowa wiele zrobić, żeby osiągnąć swój cel, zdobyć upragniony obiekt, zaspokoić palącą trzewia tęsknotę za pięknem.
Otrząsnęła się z chwilowego zamyślenia i wraz z dwiema innymi osobami przestąpiła próg pracowni. Na szczęście właścicielka była zajęta rozmową z parą turystów, więc ona mogła bez przeszkód dyskretnie rzucić okiem na wnętrze manufaktury. Przysłuchując się wywodowi mężczyzny, lustrowała roboczy stół, piec, regał z akcesoriami i drugi, z gotowymi wyrobami. Dostrzegła pojemnik na odpady biskwitowe. Uważnym wzrokiem omiotła ściany i podłogę w poszukiwaniu dodatkowego pomieszczenia lub piwnicy, po czym uznała, że to na nic. Chciała już wyjść, gdy usłyszała zdanie, które ją zelektryzowało. Udając skupienie na porcelanowych kubkach, chłonęła każde słowo wypowiadane przez mężczyznę, a później, upewniwszy się, że nikt na nią nie patrzy, zerknęła na jego twarz. I natychmiast odwróciła głowę. Postała jeszcze trochę, wpatrzona w półki z naczyniami, następnie, unikając gwałtownych ruchów, naciągnęła na czoło czapkę z daszkiem, przesunęła wyżej tkwiące na czubku nosa okulary przeciwsłoneczne i wyszła.