Za blisko - Anna Kulawik

Kup ebooka

39.99 zł
27.79 zł (26,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Le­ża­łam w ciem­nym po­koju na nie­wy­god­nym łóżku. Nie mo­głam się ru­szyć. Ktoś przy­trzy­my­wał moje nogi i ręce. W po­miesz­cze­niu uno­sił się za­pach stę­chli­zny po­mie­sza­nej z ty­to­niem i odo­rem stra­wio­nego al­ko­holu. Czu­łam na so­bie mę­ski od­dech. Ktoś sa­pał pro­sto do mo­jego ucha. W pew­nym mo­men­cie jego ję­zyk za­czął wę­dro­wać po mo­jej szyi i twa­rzy. Prze­ra­że­nie ogar­nęło i spa­ra­li­żo­wało całe moje ciało. Nie po­tra­fi­łam ani się ru­szyć, ani wy­do­być z sie­bie słowa. Po pro­stu le­ża­łam i po­zwa­la­łam temu ko­muś ro­bić ze mną, co chciał. Obca, szorstka ręka su­nęła po mo­jej no­dze, bio­drze, brzu­chu. Czy­jaś ob­le­śna dłoń za­częła ba­wić się moją pier­sią, czy­jeś usta ssały i gry­zły mój su­tek.

- Lu­bisz to, ma­leńka? - usły­sza­łam za­chryp­nięty mę­ski głos. - Po­każę ci, co po­trafi praw­dziwy fa­cet.

Męż­czy­zna zdarł ze mnie majtki i za­czął szar­pać się z roz­por­kiem swo­ich spodni. Za każ­dym ra­zem, kiedy chcia­łam się po­ru­szyć, coś mnie blo­ko­wało. Jak­bym zu­peł­nie stra­ciła kon­trolę nad swoim cia­łem.

- Nie wy­ry­waj się - usły­sza­łam inny mę­ski głos.

Było ich dwóch. Je­den trzy­mał mnie za ręce, a drugi sie­dział na mnie okra­kiem. W od­dali, mimo ciem­no­ści, do­strze­głam blade świa­tło wpa­da­jące przez wą­ską szparę w drzwiach. Gdzie ja je­stem? Jak się tu zna­la­złam? Która go­dzina?

Na­gle ogromny pe­nis na­parł na moje kro­cze. Au­to­ma­tycz­nie za­ci­snę­łam nogi. Siła, z jaką męż­czy­zna pró­bo­wał we mnie wejść, była jed­nak znacz­nie więk­sza niż sta­wiany przeze mnie opór. Jego obrzy­dliwy fiut wy­peł­nił mnie po same trze­wia. Fa­cet jęk­nął.

- Do­brze ci, ma­leńka? - za­py­tał.

Mil­cza­łam. Le­ża­łam na skrzy­pią­cym po­sła­niu wy­zuta z emo­cji i od­czuć. Męż­czy­zna za­czął mnie po­su­wać. Moje ciało po­ru­szało się ryt­micz­nie w górę i dół łóżka, a on dy­sząc, rżnął mnie co­raz szyb­ciej. Drugi męż­czy­zna pu­ścił moje nad­garstki i są­dząc po od­gło­sach, za­czął roz­pi­nać spodnie. Zro­biło mi się nie­do­brze. Wie­dzia­łam, co za­raz na­stąpi. Po kilku chwi­lach typ uklęk­nął tuż przy mo­jej twa­rzy, pró­bu­jąc we­pchnąć mi swo­jego ku­tasa do gar­dła. Pod­da­łam się. Nie chcia­łam wal­czyć. Wie­dzia­łam, że to po­trwa tylko chwilę. Że za­raz się skoń­czy. Le­ża­łam obez­wład­niona przez dwóch męż­czyzn i czu­łam, jak cała moja ko­bie­cość jest miaż­dżona z każ­dym pchnię­ciem, z każ­dym ru­chem w głąb mo­jego gar­dła.

Męż­czyźni nie zwra­cali na mnie uwagi. Mimo krztu­sze­nia się i za­ci­ska­nia nóg ro­bili swoje. Po chwili od­pu­ści­łam. Ból mi­nął, a moje ciało się roz­luź­niło. Wbrew ja­kiej­kol­wiek lo­gice za­czę­łam od­czu­wać przy­jem­ność. Unio­słam bio­dra, aby je­den z męż­czyzn mógł wejść we mnie jesz­cze głę­biej, ssąc jed­no­cze­śnie dru­giego ku­tasa. Ciało prze­pro­gra­mo­wało się na roz­kosz. Za­czę­łam ję­czeć co­raz gło­śniej, po­zwa­la­jąc męż­czy­znom na zin­ten­sy­fi­ko­wa­nie do­znań.

Wstrzą­snęła mną fala or­ga­zmu. Krzyk­nę­łam, sia­da­jąc na łóżku. Otwo­rzy­łam oczy i ro­zej­rza­łam się do­okoła. Spo­strze­głam zna­jome ściany i me­ble, roz­po­zna­łam okno i kwiaty. By­łam w swo­jej sy­pialni. W swoim domu. Sama i bez­pieczna. Mi­mo­wol­nie do­tknę­łam skóry - była zlana po­tem. Serce wa­liło mi jak po prze­bie­gnię­ciu pół­ma­ra­tonu. Cipka pul­so­wała nie­re­gu­lar­nie po prze­by­tym wła­śnie sen­nym or­ga­zmie. To był tylko sen. Ten sam po­wra­ca­jący sen.

Opa­dłam na po­duszkę i prze­cze­sa­łam ręką włosy. Wzię­łam głę­boki od­dech, po czym po­now­nie za­mknę­łam oczy.

1

Sie­dzia­łam w sa­mo­cho­dzie na par­kingu, bez­na­mięt­nie prze­glą­da­jąc te­le­fon. Cze­ka­łam, aż dzieci skoń­czą za­ję­cia na ba­se­nie. Uber-mama. Tak wła­śnie wy­glą­dało moje ży­cie. Od kiedy uro­dzi­łam Antka, a po nim Zośkę, spon­ta­nicz­ność i nie­prze­wi­dy­wal­ność ustą­piły miej­sca har­mo­no­gra­mom, ry­tu­ałom i nie­zno­śnej po­wta­rzal­no­ści. Każdy nasz dzień wy­glą­dał po­dob­nie, zmie­niały się tylko po­wody pła­czu i hi­ste­rii. Po­budka, śnia­da­nie, kilka dra­ma­tów w wy­ko­na­niu pię­cio­latki i sze­ścio­latka, póź­niej przed­szkole. Praca, za­kupy, obiad, po­wrót z przed­szkola. Za­ję­cia do­dat­kowe, po­wrót do domu, bajka, ko­la­cja, ką­piel, czy­ta­nie, usy­pia­nie. I tak w kółko. Z ca­łej tej li­sty za­dań to wła­śnie praca ra­to­wała moje zdro­wie psy­chiczne i da­wała prze­strzeń na coś wię­cej niż dzieci, wo­kół któ­rych krę­cił się mój świat.

Gdyby nie praca, zwa­rio­wa­ła­bym. Dzięki tym kilku go­dzi­nom mo­głam póź­niej być z dziećmi, a nie obok nich.

Wy­pra­co­wa­nie tego za­jęło mi cztery lata, nie zli­czę jed­nak, ile razy te my­śli wy­wo­ły­wały u mnie kosz­marne wy­rzuty su­mie­nia. Zła matka. Pa­mię­tam, że gdy dzieci były małe, od­li­cza­łam mi­nuty do wyj­ścia choćby do sklepu spo­żyw­czego czy do le­ka­rza, a po­tem bi­czo­wa­łam się za to, że nie po­tra­fię do­ce­nić tego, co mam. Za­miast ce­le­bro­wać wspólny czas, ma­rzy­łam, żeby po­być sama. Pa­mię­tam roz­mowę z Anką. Znamy się z cza­sów stu­denc­kich i łą­czy nas ab­so­lut­nie bez­wa­run­kowa przy­jaźń.

- Mam na­prawdę dość, już mnie nie ma w tym ży­ciu. Nie ma, kurwa, Anity, która ma pa­sje, flir­tuje z męż­czy­znami, biega dla przy­jem­no­ści, mam, kurwa, wra­że­nie, że ta część mnie umarła wraz z ostat­nim "przyj!", ja­kie usły­sza­łam na po­ro­dówce - zwie­rzy­łam się pew­nego dnia mo­jej przy­ja­ciółce.

- Okej, po­cze­kaj, wy­łą­czę tylko kom­pu­ter i już je­stem dla cie­bie.

Anka była psy­cho­lożką, sek­su­olożką i psy­cho­te­ra­peutką. Każde moje dzi­wac­two, każdą fan­ta­zję roz­kła­dała na czyn­niki pierw­sze.

- Już je­stem. Po­wiedz, co się dzieje?

- Mam dość, ro­zu­miesz?! - wy­krzy­cza­łam jej do te­le­fonu. - Mam dość sie­dze­nia w domu, prze­cie­ra­nia zup, cho­dze­nia z wiecz­nie wy­wa­lo­nym cy­cem. Mam dość za­rzy­ga­nych ko­szu­lek, pra­nia bo­dzia­ków po­pla­mio­nych cho­lerną mar­chewką - wy­re­cy­to­wa­łam na jed­nym od­de­chu i się roz­pła­ka­łam.

- Do­brze, płacz, je­śli po­trze­bu­jesz, po­bądź z tymi emo­cjami, po­zwól im pły­nąć. Nie duś tego w so­bie - za­częła wy­wód.

- Kurwa, nie te­ra­peu­ty­zuj mnie, tylko po­ciesz - prze­rwa­łam jej.

Anka od­chrząk­nęła.

- Ja pier­dolę, Anita, je­śli chcesz, żeby ktoś cię po­gła­skał, to po­my­li­łaś nu­mer. Roz­ma­wia­ły­śmy o tym wiele razy. Za­cznij dzia­łać, zrób z tym coś. Masz dość, to daj dzieci do żłobka. Dzieci w żłob­kach nie umie­rają, przy­naj­mniej nie ja­koś dra­ma­tycz­nie czę­sto. Niech Mar­cin przej­mie usy­pia­nie, znajdź pa­nią do po­mocy w domu i wróć do tłu­ma­czeń. Na co cze­kasz? Na nowy rzut de­pre­sji i leki? - za­py­tała re­to­rycz­nie.

Anka wie­działa, co mówi. Pły­wa­łam w so­sie pre­ten­sji do świata i wy­rzu­tów do sa­mej sie­bie, jakby cier­pie­nie spra­wiało mi chorą przy­jem­ność. Tkwi­łam w tym i nie ro­bi­łam nic, żeby so­bie po­móc.

- Masz ra­cję - po­wie­dzia­łam. - Dzięki.

- Do usług. Jak­byś po­trze­bo­wała do­dat­ko­wego bodźca, to dzwoń, za­wsze chęt­nie po­sta­wię cię do pionu. Ciao! - rzu­ciła za­wa­diacko i się roz­łą­czyła.

To był mo­ment, kiedy do­tknę­łam swo­jego oso­bi­stego dna i po­sta­no­wi­łam, że mu­szę coś zmie­nić. W ciągu dwóch ty­go­dni za­pi­sa­łam Antka i Zośkę do żłobka, zna­la­złam pa­nią Ba­się, która wpa­dała dwa razy w ty­go­dniu po­móc w sprzą­ta­niu, pra­niu, pra­so­wa­niu i go­to­wa­niu, a sama ode­zwa­łam się do kilku osób z in­for­ma­cją o go­to­wo­ści do pracy.

*

Je­stem tłu­maczką ję­zyka an­giel­skiego i ko­re­pe­ty­torką. Pra­cuję w domu, w ma­łym biu­rze, które kie­dyś miało być po­ko­jem dziecka nu­mer trzy. Jed­nak ży­cie z dwójką ma­lu­chów uro­dzo­nych rok po roku szybko wy­le­czyło mnie z mło­dzień­czych ma­rzeń o wiel­kiej ro­dzi­nie. O wy­cho­wa­niu dzieci wie­dzia­łam wszystko, za­nim zo­sta­łam mamą, ale kiedy przy­szło mi skon­fron­to­wać teo­rię z prak­tyką, oka­zało się, że wiem, że nic nie wiem. Na co dzień zaj­muję się tłu­ma­cze­niem opra­co­wań na­uko­wych i ba­dań z dzie­dziny - o iro­nio! - roz­woju dzieci. Współ­pra­cuję z kil­koma in­sty­tu­tami ba­daw­czymi i uczel­niami w Pol­sce i za gra­nicą. Wiele lat pracy z te­ma­tyką dzie­cięcą spra­wiło, że zro­bi­łam nie­malże dok­to­rat z ma­cie­rzyń­stwa. Skut­kiem tego oba po­łogi za­koń­czy­łam wcze­snym sta­dium de­pre­sji po­po­ro­do­wej.

Nie­wy­star­cza­jąca.

Cały czas czu­łam się bez­na­dziejna. Mia­łam wra­że­nie, że moje dzieci krzy­czą przeze mnie, ro­bią mi na złość, że nie po­tra­fię się nimi za­jąć, nie umiem ma­gicz­nie od­róż­nić ro­dza­jów ich pła­czu. Wszystko ro­bi­łam nie tak, jak su­ge­ro­wała li­te­ra­tura.

Nie umia­łam so­bie od­pu­ścić, czego efek­tem było to, że kiedy wy­biła sie­dem­na­sta, sta­łam w oknie i cze­ka­łam, aż Mar­cin wróci z pracy. Moja złość na niego ro­sła wprost pro­por­cjo­nal­nie do upły­wa­ją­cych mi­nut, od­mie­rza­nych przez wska­zówki ze­garka. Uwa­ża­łam, że do­sta­łam karę od losu. A po­tem, wie­czo­rem, pła­ka­łam w po­duszkę, oglą­da­jąc zdję­cia z mi­ja­ją­cego dnia, czu­jąc się ab­so­lut­nie naj­bar­dziej chu­jową matką na świe­cie.

Moje mał­żeń­stwo było cmen­ta­rzem uczuć. Na­sze ży­cie ero­tyczne nie ist­niało. Wzdry­ga­łam się na samą myśl o do­tyku. By­łam tak prze­bodź­co­wana, że je­dyne, o czym ma­rzy­łam, to za­mknąć się w pu­dełku ni­co­ści.

Nie po­ma­gało też kar­mie­nie pier­sią i nie­ustanna huś­tawka hor­mo­nów. Czas, który miał bu­do­wać ma­giczną więź mię­dzy matką a dziec­kiem, był dla mnie obo­wiąz­kiem, z krótką ad­no­ta­cją o ko­rzy­ściach zdro­wot­nych dla dziecka - oczy­wi­ście prze­czy­ta­łam o tym w jed­nym z opra­co­wań na­uko­wych. Kiedy po ostat­nim za­ła­ma­niu od­da­łam dzieci do żłobka i zde­cy­do­wa­łam się wziąć sprawy w swoje ręce, po­czu­łam ulgę.

Ma­cie­rzyń­stwo za­fun­do­wało mi cały mi­raż emo­cji i uczuć. Mu­sia­łam na nowo po­znać sie­bie. Od­na­leźć ra­dość w co­dzien­nych obo­wiąz­kach, na­uczyć się mak­sy­mal­nie wy­ko­rzy­sty­wać nie­obec­ność dzieci, by póź­nej, po ich po­wro­cie, móc cie­szyć się wspól­nymi chwi­lami. Wła­śnie to za­jęło mi pra­wie cztery lata.

Spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Była szes­na­sta pięć­dzie­siąt. Scho­wa­łam te­le­fon do to­rebki i po­wol­nym kro­kiem ru­szy­łam w stronę ba­senu. Dzieci po­ja­wiły się w holu lo­kal­nego aqu­aparku wy­mę­czone, ale szczę­śliwe.

- Je­dziemy na pizzę? - za­py­ta­łam za­raz po tym, jak wy­ści­ska­łam ich małe ciałka.

- T a k! - wy­krzyk­nęły jed­no­cze­śnie.

Za­dzwo­ni­łam do Mar­cina i za­pro­po­no­wa­łam, by pro­sto z pracy przy­je­chał do na­szej ulu­bio­nej wło­skiej knajpy. Im dzieci były star­sze, tym wię­cej ra­do­ści da­wały mi pro­ste, wspólne czyn­no­ści: spa­cer, obiad w re­stau­ra­cji, wy­cieczka do zoo. Kie­dyś umę­czona, spo­cona, ob­ło­żona wkład­kami lak­ta­cyj­nymi, dziś prze­my­ca­łam do na­szej co­dzien­nej ru­tyny spon­ta­niczne wyj­ścia.

- Pa­mię­ta­cie, że rano wy­jeż­dża­cie z tatą i dziad­kami? - za­py­ta­łam z uśmie­chem, spo­glą­da­jąc na dzie­ciaki we wstecz­nym lu­sterku.

Była środa, a ju­tro wy­pa­dało święto. Te­ścio­wie za­pro­po­no­wali, że za­biorą dzieci na kilka dni do swo­jego domku nad je­zio­rem, kil­ka­dzie­siąt ki­lo­me­trów stąd. Mar­cin stwier­dził, że nie ma nic pil­nego do zro­bie­nia, więc chęt­nie do nich do­łą­czy, za­bie­rze psa i ra­zem po­pły­wają na su­pie, a ja zo­stanę sama, abym w spo­koju mo­gła skoń­czyć duże tłu­ma­cze­nie, któ­rego de­adline zbli­żał się nie­ubła­ga­nie.

- Czy mogę za­brać moje karty do gry? - za­py­tał An­tek.

- A ja moje lalki i do­mek, i ubranka? - wtó­ro­wała mu Zo­sia.

- Oczy­wi­ście, że mo­że­cie. Po­je­dziemy coś zjeść, bo pew­nie po ba­se­nie umie­ra­cie z głodu, a póź­niej po­mogę wam się spa­ko­wać i za­brać, co tylko chce­cie, okej? - za­pro­po­no­wa­łam z uśmie­chem.

Dzieci wy­glą­dały na usa­tys­fak­cjo­no­wane moją od­po­wie­dzią. Po­je­cha­li­śmy na pizzę i spę­dzi­li­śmy na­prawdę fajny czas we czwórkę. Ża­łuję, że pod­czas epi­zo­dów de­pre­sji nikt mi nie po­wie­dział, że kie­dyś bę­dzie le­piej.

Kiedy wró­ci­li­śmy do domu, do­cho­dziła dwu­dzie­sta. Mar­cin prze­jął ką­piel i usy­pia­nie, a ja za­bra­łam Bono, na­szego psa, na krótką prze­bieżkę.

Spa­cery z psem i bie­ga­nie były ko­lej­nymi czyn­no­ściami na li­ście, tuż za pracą, które po­ma­gały mi za­cho­wać ba­lans i spo­kojną głowę. Cho­ciaż kiedy Mar­cin przy­niósł do domu brą­zową kulkę - An­tek miał wów­czas pięć mie­sięcy, a ja wła­śnie się do­wie­dzia­łam, że je­stem w ciąży z Zośką - chcia­łam go wy­rzu­cić za próg ra­zem z psem.

- Chyba cię p o j e b a ł o! - skwi­to­wa­łam. - Za­po­mnij, że cho­ciaż raz wyjdę z nim na spa­cer. To jest twój pies, za­pa­mię­taj to so­bie.

Z cza­sem jed­nak to wła­śnie spa­cery z Bono i wspólne bie­ga­nie stały się mo­imi je­dy­nymi mo­men­tami szczę­ścia w ciągu dnia. I tak już zo­stało.

Ja i Bono także mie­li­śmy swoje ry­tu­ały. Naj­pierw krótka roz­grzewka w po­staci spa­ceru i ob­wą­chi­wa­nia lo­kal­nych za­pa­chów, szyb­kie siku, cza­sem dwójka i do­cho­dzi­li­śmy do lasu.

Nasz dom był po­ło­żony na du­żym po­nie­miec­kim osie­dlu. Cu­dem udało nam się zna­leźć działkę i wy­bu­do­wać sto pięć­dzie­siąt me­trów kwa­dra­to­wych szczę­ścia. Od lasu dzie­lił nas dzie­się­cio­mi­nu­towy spa­cer. Kiedy z Bono do­cie­ra­li­śmy do gra­nicy wiel­kich drzew, przy­pi­na­łam smycz do pa­ska i za­czy­na­li­śmy biec. To był je­den z nie­wielu mo­men­tów, kiedy nie my­śla­łam o ni­czym. Da­wa­łam się swo­bod­nie po­nieść no­gom, po­ko­nu­jąc węż­sze i szer­sze le­śne ścieżki. Pod­czas na­szych przed­wie­czor­nych prze­bie­żek czę­sto spo­ty­ka­li­śmy wie­wiórki, sarny, a cza­sem na­wet dziki. Nie mó­wiąc już o in­nych bie­ga­czach. To był mój czas. Ni­gdy nie za­kła­da­łam słu­cha­wek, lu­bi­łam od­głosy lasu. No i wo­la­łam po­zo­sta­wać czujna, na wszelki wy­pa­dek. Cho­ciaż od­kąd do­łą­czył do mnie Bono, po­stawny po­to­mek kilku du­żych psich ras, czu­łam się na­prawdę bez­piecz­nie.

Po go­dzi­nie wró­ci­łam do domu. Wzię­łam prysz­nic i za­ło­ży­łam ulu­biony, wy­cią­gnięty, stary T-shirt z na­pi­sem BAR­BIE. Dzieci wła­śnie za­snęły, a Mar­cin scho­dził po scho­dach. Wy­glą­dał, jakby też uciął so­bie krótką drzemkę.

- Na­pi­jesz się wina? - za­py­ta­łam, pod­cho­dząc do półki w ku­chen­nej wy­spie. Wy­bra­łam moje ulu­bione, czer­wone, wy­trawne.

Mar­cin się za­wa­hał.

- Nie, chyba jed­nak nie. Ju­tro będę kie­rowcą, czeka nas po­dróż, nie chcę czuć się wczo­raj­szy.

- To tylko lampka wina, nie pla­nuję cię prze­cież upić i wy­ko­rzy­stać - po­wie­dzia­łam nieco za­czep­nym to­nem.

- Oczy­wi­ście, że pró­bu­jesz, na­wet na trzeźwo. - Mar­cin chciał za­żar­to­wać, ale mnie to śred­nio ba­wiło.

Na­sze ży­cie ero­tyczne po­zo­sta­wiało wiele do ży­cze­nia. Ni­gdy nie upra­wia­li­śmy dzi­kiego seksu, ale kie­dyś do zbli­żeń do­cho­dziło zde­cy­do­wa­nie czę­ściej i było w nich wiele pa­sji i na­mięt­no­ści. Póź­niej, gdy po­ja­wiły się dzieci, seks dla mnie prze­stał ist­nieć. Huś­tawka hor­mo­nów i lak­ta­cja za­blo­ko­wały mnie na pra­wie trzy lata. Prawdę mó­wiąc, Mar­cin wy­ka­zał się wtedy ogrom­nym wspar­ciem i zro­zu­mie­niem. Na­sze ży­cie ero­tyczne w tam­tym cza­sie ogra­ni­czało się do pię­cio­mi­nu­to­wych epi­zo­dów raz na mie­siąc na ły­żeczkę, kiedy po­ranny wzwód Mar­cina ata­ko­wał mnie tuż po prze­bu­dze­niu. Nie mia­łam ochoty na to, ale czu­łam, że po­win­nam. No i zmu­sza­łam się, uda­jąc przy­jem­ność. Od­li­cza­łam ilość pchnięć i czu­łam do­słow­nie ulgę, kiedy koń­czył.

Nie roz­ma­wia­li­śmy o tym. Oboje przy­ję­li­śmy to za nową rze­czy­wi­stość.

- Tak już jest, kiedy uro­dzą się dzieci - mó­wi­łam moim przy­ja­ciół­kom, Ance i Ka­mili.

Anka pa­trzyła na mnie z tro­ską i pró­bo­wała tłu­ma­czyć, dla­czego tak jest, ale im bar­dziej chciała mi po­móc, tym bar­dziej ja się za­cie­trze­wia­łam.

Z cza­sem, kiedy od­sta­wi­łam już dzieci od piersi, moje li­bido po­woli za­częło wra­cać na do­bre tory. Nie­stety wów­czas li­bido Mar­cina pra­wie ode­szło w za­po­mnie­nie. Ini­cju­jąc zbli­że­nie, czę­sto na­po­ty­ka­łam nie­zro­zu­miały dla mnie opór. A to był zmę­czony, a to miał dużo pracy, a to nie miał ochoty i bo­lała go głowa. Sta­ra­łam się ro­zu­mieć i wspie­rać. Zresztą on ni­gdy nie dał mi od­czuć, że mu­szę się z nim pie­przyć, bo to mój obo­wią­zek. Szybko jed­nak wspar­cie i zro­zu­mie­nie za­mie­niło się we fru­stra­cję. Cza­sem mia­łam wra­że­nie, że robi mi na złość, że chce mnie uka­rać za okres, kiedy to ja nie do­pusz­cza­łam go do sie­bie. Póź­niej od­mowy za­częły do­pro­wa­dzać mnie do pła­czu. Czu­łam się nie­ko­chana, nie­atrak­cyjna, nie­sek­sowna. To były je­dyne sy­tu­acje, kiedy Mar­cin ko­chał się ze mną, ale tylko dla­tego, że nie mógł po­ra­dzić so­bie z moim smut­kiem. Nie było w tej sfe­rze mię­dzy nami po­ro­zu­mie­nia. Czu­łam, że zde­cy­do­wa­nie się na dzieci pa­ra­dok­sal­nie nas od sie­bie od­da­liło, i na­pa­wało mnie to smut­kiem, bo po­trze­bo­wa­łam tej bli­sko­ści. Po­trze­bo­wa­łam czu­ło­ści, przy­tu­le­nia, na­mięt­no­ści. A cza­sem po pro­stu mia­łam ochotę na szybki nu­me­rek. Nie­stety na męża li­czyć nie mo­głam, więc ra­to­wały mnie za­bawki ero­tyczne, re­gu­lar­nie pod­sy­łane przez Ankę.

- Nie chcę cię wy­ko­rzy­stać - po­wie­dzia­łam obu­rzo­nym to­nem do Mar­cina i upi­łam łyk wina. - Ko­cham cię i cza­sem mam zwy­czaj­nie na cie­bie ochotę.

Twarz Mar­cina wy­krzy­wił nie­szczery uśmiech. Oho, bę­dzie się tłu­ma­czył.

- Anita, prze­cież wiesz, że ko­cham cię nad ży­cie.

Wzru­szy­łam ra­mio­nami.

- Ko­cham cię i uwa­żam za piękną i sek­sowną ma­muśkę - za­żar­to­wał, pod­cho­dząc do mnie i ca­łu­jąc mnie w szyję.

Za­mru­cza­łam mi­mo­wol­nie.

- To ko­chaj się ze mną te­raz. - Mó­wiąc to, za­rzu­ci­łam mu ręce na szyję i wło­ży­łam ję­zyk do ust.

Lu­bi­łam go pro­wo­ko­wać. Mar­cin rzadko był ini­cja­to­rem zbli­żeń. Na­le­żał ra­czej do tych, któ­rzy po­trze­bo­wali bodźca.

Za­czę­li­śmy się ca­ło­wać, co­raz in­ten­syw­niej. Ścią­gnę­łam ko­szulkę i przy­war­łam do niego na­gim cia­łem. Kiedy się­ga­łam rę­kami do jego roz­porka, na­gle za­dzwo­nił te­le­fon.

- Zo­staw! - po­wie­dzia­łam sta­now­czo, ale już czu­łam, że nasz mo­ment wła­śnie skoń­czył się bez­pow­rot­nie.

- Cześć, bab­cia. - Mar­cin ode­brał te­le­fon od swo­jej mamy.

Od kiedy uro­dziły nam się dzieci, zwykł zwra­cać się do swo­ich ro­dzi­ców per "dziadki", czym do­pro­wa­dzał swoją matkę do szału.

- Tak, je­ste­śmy spa­ko­wani i za­raz idę się po­ło­żyć. Bę­dziemy po was o ósmej. Tak, za­biorę. Śpij­cie do­brze, do­bra­noc.

Po­de­szłam do niego i zła­pa­łam go w pa­sie od tyłu, gry­ząc de­li­kat­nie w od­sło­nięte ra­mię. Mar­cin od­wró­cił się i czule po­ca­ło­wał mnie w nos.

- Idę spać, Anitka, wy­bacz mi, pa­dam na twarz - oznaj­mił jak gdyby ni­gdy nic.

Mia­łam wra­że­nie, że po­czuł ulgę, kiedy za­dzwo­niła matka, bo zy­skał pre­tekst, by nie upra­wiać ze mną seksu.

Po­de­szłam do le­żą­cej ko­szulki i spraw­nym ru­chem za­ło­ży­łam ją z po­wro­tem na na­gie ciało. Na­la­łam so­bie ko­lejny kie­li­szek wina.

- Idź - po­wie­dzia­łam. - Ja jesz­cze coś obej­rzę. Tylko obudź mnie rano, zro­bię wam na­le­śniki. - Wy­si­li­łam się na uśmiech.

- Do­bra­noc, ko­cha­nie - rzu­cił i znik­nął na scho­dach.

Jesz­cze chwilę wsłu­chi­wa­łam się w od­głosy krzą­ta­niny na pię­trze, a kiedy za­pa­dła ci­sza, po­de­szłam do szafki w ła­zience. W du­żej fio­le­to­wej ko­sme­tyczce znaj­do­wał się cały ar­se­nał za­ba­wek ero­tycz­nych, które mnie ra­to­wały, gdy Mar­cin za­wo­dził. Po­pa­trzy­łam na fi­ku­śne wi­bra­tory i dilda róż­nej wiel­ko­ści i gru­bo­ści, ale mój wy­bór padł dziś na nie­za­wodny sty­mu­la­tor łech­taczki. Po­ło­ży­łam się na ka­na­pie, za­mknę­łam oczy i za­czę­łam po­woli, choć sta­now­czo do­ty­kać swo­ich piersi. Bro­dawki szybko stward­niały, a ja po­czu­łam przy­jemne na­pię­cie mię­dzy no­gami. Włą­czy­łam pin­gwinka. Po kilku, do­słow­nie kilku mi­nu­tach za­bawy ogar­nęła mnie fala go­rąca. Całe moje ciało pul­so­wało z pod­nie­ce­nia. Opa­dłam bio­drami na ka­napę i wy­łą­czy­łam sprzęt.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki