Z zimnym sercem - Caz Frear

Reflow text when sidebars are open.
Sierpień 2017
- Cat, zaczekaj...
Zna moje imię. Skąd on zna moje imię? Idę dalej, udając, że go nie słyszę przez nieustający odgłos bulgotania ekspresu do kawy i pozbawionej wyrazu muzyki jazzowej w tle. Jestem już prawie przy drzwiach. Jeszcze kilka kroków i zaraz znajdę się na zewnątrz, poza zasięgiem wzroku casanovy, z radością będę wdychać zapach brudnego londyńskiego lata. Ciepłego piwa. Spalin autobusów z silnikiem Diesla. Kropli deszczu spadających na chodniki.
Rozkosz.
- Hej, Cat, poczekaj... - Ta chwila musiała w końcu nadejść i mogę pluć sobie w brodę, że nie zaufałam swojej intuicji i nie zaczęłam chodzić po kawę gdzie indziej. Tak właściwie to wina posterunkowego Bena Swainesa. Odkąd zaczął się spotykać z baristą z Sydney, stał się potwornym kawowym snobem i od tej pory ta ma smak "ziemisty", a tamta "żywiczny", bo po co używać jednego przymiotnika, skoro można użyć trzech lub czterech?
Ja nawet tego cholerstwa nie piję.
Casanova, właściciel kawiarni The Grindhouse, wykorzystywał ten fakt, by ze mną flirtować przez ostatnich kilka tygodni, proponując, że porwie mnie do Wiednia - pierwszą klasą, rzecz jasna - gdzie z pewnością urzekną mnie tradycyjne dorożki. Zapewniał przy tym, że "tylko seks i partyjka golfa w Gleneagles" mogą się równać przyjemności znalezienia nowego smaku jednorodnej kawy z konkretnej plantacji.
Świat jest pełen dziwaków, jak mawiała moja matka.
- Proszę cię... zaczekaj chwilę. - Tym razem mówi głośniej. Jest natarczywy. Fakt, że jest późne popołudnie i kawiarnia świeci pustkami, nie działa na moją korzyść. Jako że jestem tu tylko ja i jakaś babcia, która resztkami cierpliwości karmi papką wiercącego się niemowlaka, nie mogę go ponownie zignorować, nie wychodząc przy tym na bezczelną albo głuchą jak pień. Nie mając innego wyjścia, ze stoickim spokojem odwracam się na pięcie i posyłam mu uśmiech. Zdążył już wyjść zza kontuaru i przez moment uderza mnie fakt, że widzę go w całej okazałości. Przez cały czas, odkąd tu przychodzę, jawił mi się jako półczłowiek, umięśniony tors w koszuli od Ralpha Laurena, serwujący pretensjonalne gadki i caff? macchiato.
- O Boże, niech zgadnę. - Uderzam się dłonią w czoło. - Pewnie znowu zostawiłam kartę w automacie?
Czyżby to była moja wina? Może go zwiodłam? Może wziął moje roztargnienie za zawiłą formę gry wstępnej?
- Nie, nie, nie, nic z tych rzeczy - jąka się, co samo w sobie jest dziwne. - Chciałem cię tylko o coś spytać. To dość delikatna sprawa. Usiądziemy?
To brzmi bardziej jak polecenie niż zaproszenie i zdecydowanie powinnam odmówić. Powinnam była powiedzieć "nie" wiele tygodni temu. Powinnam była powiedzieć: "Nie, nie chcę jechać do Wiednia. Nigdzie nie zamierzam z tobą jechać. Mam chłopaka, który przyprawia mnie o motyle w brzuchu", zamiast droczyć się z nim, mówiąc, że zgubiłam paszport. Tyle że ja nigdy nie potrafiłam kogoś tak po prostu odtrącić. Zawsze starałam się przypodobać innym. Z tego właśnie powodu chodzę po kawę, chociaż wcale jej nie piję.
I z tego samego powodu niechętnie siadam, mierząc go wzrokiem od stóp do głów. Nie wiem czemu, ale za kontuarem nie wydawał się taki atrakcyjny. Czarne jak smoła włosy. Oczy koloru dojrzałej whisky. Rzęsy, na które chętnie bym się zamieniła. Ma niewiele więcej niż czterdzieści lat i to fantastyczne połączenie chłopięcej urody z dojrzałością dorosłego mężczyzny. Wątpię, by sypiał sam, i chyba rzadko która daje mu kosza.
- Więc co mogę dla ciebie zrobić? - pytam jak jakaś wyrośnięta harcerka. - Tylko będziesz musiał się streszczać. Nie mogę przecież zanieść ludziom zimnej kawy. Nie za takie rzeczy wylatuje się z pracy.
Milczy przez chwilę, a potem chrząka.
- Cóż, to dość niezręczna sytuacja i przepraszam, że zawracam ci tym głowę, ale chodzi o moją żonę. Zachowuje się, hmm... dziwnie i mówi dość niepokojące rzeczy. To zupełnie do niej niepodobne i prawdę mówiąc, zaczynam się martwić.
Jego żona?
Dzieciak zaczyna krzyczeć, a ja udaję zainteresowanie, próbując zyskać kilka sekund, by na nowo ustalić kierunek naszej rozmowy, gdyż jak się okazuje, gość wcale nie zamierza mnie poderwać. Niestety, nie da się długo udawać zainteresowania faktem, że dzieciakowi zabrano jego ulubioną żyrafkę, więc niechętnie odwracam twarz w jego kierunku z naklejonym współczującym uśmiechem.
- Przykro mi to słyszeć. Nie wiem jednak, jak mogłabym pomóc.
- Myślałem, że to oczywiste - mówi. - Jesteś z policji.
- Skąd wiesz?
- Co wiem?
- Że jestem z policji. - Skoro moja instytucjonalizacja jest tak oczywista, mogę już dziś pomachać na do widzenia przyszłym ofertom pracy tajniaka.
- Często widuję cię z tym grubym gościem, a on na pewno jest gliną. Uwierz mi, jak się pracuje obok posterunku policji ponad dziesięć lat, da się zauważyć pewne oznaki. Źle dopasowane garnitury, zgrywanie ważniaka. To są jasne wskazówki. - Jego twarz łagodnieje. - Ciebie to jednak nie dotyczy.
Do rzeczy.
- Nadal nie rozumiem, jak to, że jestem policjantką, może pomóc ci w kwestii twojej żony.
- Potrzebuję porady, rzecz jasna.
Od razu się rozluźniam, wiedząc, że za dziesięć minut będę się z tego śmiać. Wraz z ekipą będziemy żartować sobie z gościa, który pomylił policję metropolitalną z poradnią małżeńską. To podobna sytuacja jak z tym głupkiem, który poprosił Parnella - wspomnianego "grubego gościa" - by zaaresztował jego sąsiadów za to, że ich drzewo blokuje sygnał do anteny satelitarnej i przez to nie może oglądać wrestlingu. Jestem jednak profesjonalistką, więc silę się na właściwy ton i z powagą mówię:
- Słuchaj, przykro mi z powodu waszych problemów, naprawdę, ale to nie jest sprawa dla policji. Nie masz przyjaciela albo kogoś z rodziny, z kim mógłbyś o tym porozmawiać? Na pewno ktoś taki się znajdzie. A jeśli szczerze martwisz się o jej zdrowie psychiczne, to może lekarz...
- Lekarz? Że niby martwię się o nią? - Przez jego zdrowy, rubaszny śmiech przebija złośliwość. - Nie rozumiesz. To nie o nią się martwię. Tu chodzi o mnie. Ona jest niezrównoważona. Groziła mi, i to kilka razy.
To zmienia postać rzeczy. Tej historyjki nie będę opowiadać przy posiłku.
- No dobrze, groźby to faktycznie sprawa policji. Czy ona groziła ci fizycznie? Bo jeśli tak, to tego rodzaju pogróżki traktujemy bardzo poważnie. Ale musisz pójść i złożyć oficjalną skargę w najbliższym komisariacie. Tak ci radzę.
Zdenerwowany kręci młynek kciukami.
- To nie są groźby fizyczne. Ona jest na to za mądra. Widzisz, ona jest subtelna. Przebiegła. Ludzie jej nie doceniają.
- Możesz mówić konkretniej?
- Konkretniej?
Staram się nie wkładać mu słów w usta, ale czas leci, a mnie czeka ślęczenie nad zeznaniami świadków - napad z użyciem noża w barze szybkiej obsługi na Caledonian Road, gdzie, w co trudno uwierzyć, wszyscy byli zbyt zajęci kupowaniem smażonego plamiaka i nie zauważyli, że kilka kroków dalej ktoś kogoś morduje.
- Czy ona cię szantażowała? Zniszczyła coś, co do ciebie należy?
- Nie, nie, nic z tych rzeczy. - Jego ton zdradza, że spodziewał się po mnie więcej. Chryste, sama mam siebie dosyć. Chyba nie czytam podtekstów. - Tu chodzi raczej o to, że ona... powtarza, że sprawi, bym cierpiał, że jeszcze za to zapłacę. I tak codziennie. Huśtawki nastrojów. Groźby. Czy teraz wyraziłem się konkretnie?
Konkretnie, tak. Tyle że nie podchodzi to pod kategorię przestępstwa - choć to szara strefa, w której robi się coraz bardziej szaro. W świetle prawa słowa wciąż nie są uznawane za broń, ale dzięki nowej ustawie uprzykrzanie komuś życia nie jest już tak tolerowane jak niegdyś. No i bardzo dobrze.
- Za co więc musisz zapłacić? Przepraszam, że pytam, ale przy tego rodzaju skargach kontekst jest bardzo istotny.
Tłumi ironiczny uśmiech, który mówi "No zgadnij".
- Cóż mogę powiedzieć? Żadne z nas nie jest ideałem, Cat. Nie twierdzę, że jestem najuczciwszym mężem na świecie.
Wyznanie, na które zdobywa się tylko dziesięć procent facetów.
W tej chwili postanawiam rzucić mu kość i spadać stamtąd. Chcę wrócić do bezpiecznego chaosu pokoju Czwartego Zespołu Dochodzeniowo-Śledczego. Mogę nawet kupić Swainesowi jeden z tych modnych ekspresów do kawy, żeby tylko nie musieć tu więcej przychodzić.
- Słuchaj, jeśli to zdarza się codziennie, to istnieje możliwość - podkreślam - możliwość zgłoszenia tego jako przestępstwa, które przepisy definiują jako regularne krzywdzące działanie mające na celu kontrolę i wymuszanie zachowań na partnerze.
Zafascynowany pochyla się w moim kierunku, jak dla mnie trochę za bardzo. Widać, facet ma za nic przestrzeń osobistą.
- To dość nowe przestępstwo, które dotyczy przemocy emocjonalnej w związkach. Nie było dotąd zbyt wiele spraw z tego paragrafu i od razu ostrzegam: bardzo, ale to bardzo trudno jest je udowodnić.
- Kontrola i wymuszanie zachowań - powtarza, a oczy mu błyszczą, gdy zastanawia się, czy będzie mógł to wykorzystać. - Dziękuję.
Wstaję, zabierając ze stołu teraz już letnie kawy.
- Tak jak mówię, nie znając szczegółów, nawet nie jestem w stanie ci zagwarantować, że to podpada pod tę kategorię. Obawiam się, że to nie moja działka. Ale pogadaj z kimś z miejscowej policji, zobaczysz, co ci powiedzą.
Kiwa głową.
- Nie. Nie muszę już z nikim rozmawiać. Bardzo mi pomogłaś.
Nie sądzę. I chyba nawet tego nie chcę.
- A poza tym wcale nie zamierzam złożyć skargi. Nawet jej nie wspomnę, że z tobą rozmawiałem. Nie o to tutaj chodzi. - Jego uśmiech sprawia, że w środku cała drżę. - Zabezpieczam się tylko i tyle. Sprawdzam, czym mogę jej zagrozić, na wypadek gdyby jej zachowanie się pogorszyło.
To jakieś szaleństwo. A przyszłam tu tylko po trzy kubańskie espresso i naleśnika z morelami. Odprowadza mnie do drzwi, po czym staje, blokując mi dostęp do klamki.
- Więc czym się zajmujesz, Cat? Niech zgadnę... morderstwami?
- Trafiony, zatopiony.
- Naprawdę? - pyta rozbawiony. - Żartowałem. Jesteś zbyt... zbyt urocza, by zajmować się morderstwami. To pewnie przez te loki. I piegi oczywiście. - Dotyka nasady mojego nosa, ruchem tak szybkim i lekkim, że nawet nie mam czasu drgnąć, a co dopiero kopnąć go w krocze. - Powiedz: jak długo jesteś policjantką?
- W zeszłym tygodniu minęło pięć lat. - Ruchem głowy wskazuję na drzwi. - I jeśli chcę przepracować szósty, to naprawdę muszę już iść.
- Wow, pięć lat i wciąż biegasz po kawę? - Uśmiecha się znacząco i niech mnie szlag, jeśli wiem, co teraz myśli. - Musisz to bardzo lubić.
No i proszę. Przywilej elegancika. To rozbuchane ego, które każe mu myśleć, że robię to z jego powodu.
- W takim razie musisz to wziąć. Nalegam. To w ramach podziękowania. - Sięga za moje plecy po rzeźbiony drewniany ornament - czarno-czerwoną pomarszczoną, groteskową maskę diabła. - Zgodnie z tradycją prezenty z okazji piątej rocznicy powinny być wykonane z drewna. Poza tym i tak chciałem się jej pozbyć. Tylko straszy klientów, zwłaszcza dzieci. To antyk, wart kupę forsy. - Przykłada ją do twarzy, a przez wąskie, nierówno wycięte otwory widać jego błyszczące bursztynowe oczy. - Kupiłem ją podczas podróży służbowej do Huehuetenango. To w Gwatemali, gdybyś nie wiedziała. To podobno El Conductor, znany również jako prawa ręka Lucyfera.
Uśmiecham się nieznacznie, siląc się na resztki dobrych manier.
- Dzięki, to bardzo miłe z twojej strony, ale obawiam się, że nie mogę jej przyjąć. Przyjmowanie prezentów od ludzi jest niezgodne z przepisami, a ja ściśle trzymam się przepisów. - To oczywiście czyste brednie, biorąc pod uwagę, ile razy skłamałam. Ile razy przekroczyłam granice. Ale przecież ja nigdy nie uważałam się za najbardziej uczciwą policjantkę na świecie.
Kolejne wyznanie, na które zdobywa się zaledwie dziesięć procent osób.
Listopad 2017 Wtorek
Dopiero gdy ostatnia karetka odjeżdża i odsłania graffiti na murze, dociera do mnie, że już kiedyś byłam w Coronation Gardens. I to nawet kilka razy. Minęło prawie dwadzieścia lat, odkąd, siedząc w salonie domu z numerem trzydzieści dziewięć, rzępoliłam Incy Wincy Spider na fortepianie pani Flint, a ten wypisany wielkimi literami ponury slogan wciąż widnieje niewypłowiały nad śmietnikiem.
WIDZĘ CZŁOWIEKA, ALE CZŁOWIECZEŃSTWA NIE DOSTRZEGAM
Za to pani Flint musiała już pewnie całkiem wypłowieć. Ma teraz chyba z osiemdziesiąt albo i więcej lat. Biorąc pod uwagę fakt, że nigdy nie cieszyła się dobrym zdrowiem - blada, wręcz przezroczysta, przeraźliwie kaszląca - myślę, że śmiało można założyć, iż prawdopodobnie już nie żyje. Za to Naomi Lockhart nie żyje na pewno. A miała zaledwie dwadzieścia dwa lata.
- Wesoła sentencja, co nie? - mówi Parnell, zapinając biały kombinezon. - Wyobraź sobie, że widzisz coś takiego za każdym razem, gdy wychodzisz z domu. Raczej nie uskrzydla. - To mówiąc, rzuca mi parę ochraniaczy na obuwie. - Chociaż akurat dziś pasuje do sytuacji, co nie?
Pomrukuję twierdząco, choć tak naprawdę do końca się z nim nie zgadzam. Dostrzegam człowieczeństwo na całej długości zewnętrznego kordonu. Jest w głosie emerytów, którzy gapią się i biadolą, wspominając czasy, gdy wychodząc z domu, można było zostawić drzwi otwarte, a policjanci nie wyglądali jak małolaty. Widzę je w zafrasowanych minach rodziców, którzy przytulają dzieci do siebie dziś jeszcze mocniej, obiecując im więcej czasu na zabawę tego wieczoru - w nagrodę za to, że po prostu żyją. Słyszę je we wrzasku dzieciaków, tych małych, które śmieją się z psa obsikującego koło audi inspektor Steele, i tych troszkę starszych, które na widok Parnella i mnie w szeleszczących papierowych kombinezonach krzyczą: "Pora na Teletubisie!". Człowieczeństwo jest wszędzie. Uwidacznia się w najlepszych i najgorszych sytuacjach. Rzadko bywa tak, że w ziemi nagle pojawia się wielka dziura, która wchłania wszystko, co lekkie, czyste i pogodne. Kiedy tak się jednak zdarza, wtedy do akcji wkracza Czwarty Zespół Dochodzeniowo-Śledczy.
Coronation Gardens to labirynt szarych parterowych budynków z płaskimi dachami. Wszystkie wyglądają tak samo i każdy otoczony jest wysokim betonowym murkiem, który, owszem, daje poczucie prywatności, ale jednocześnie zabiera dużo światła - dosłownie i w przenośni. To po prostu posępne małe osiedle przy bocznej uliczce w ponurej północnej części Londynu, jakieś pięć minut spacerkiem od tętniącej życiem stacji metra Turnpike Lane. Okolica, jeśli wierzyć agentom nieruchomości, obfitująca w wielokulturowość. Jeśli wierzyć Parnellowi, obfitująca w przestępstwa i beznadziejne sklepy.
Innymi słowy, miejsce, w którym ląduje ktoś, kto ma do dyspozycji skromny budżet i mało możliwości do wyboru, czyli większość londyńczyków przed trzydziestką. Choć z pewnością lepiej tu żyć, niż umierać.
- Dwadzieścia dwa lata. To najmłodsza w mojej karierze - mówię Parnellowi, gdy stoimy bezczynnie przed domem z numerem pięćdziesiątym, czekając na sygnał od wartowników. Teoretycznie moglibyśmy już wejść do środka, ale Parnell czeka na wyraźne polecenie Mo Vickery, naszej radosnej pani patolog, która "nie pozwoliła mu wpuszczać nikogo, choćby to był komisarz czy arcybiskup Canterbury". A sądząc po jego minie zbitego psa, Vickery pewnie już na niego nawarczała albo nawet go pogryzła. Jedno i drugie mrozi krew w żyłach.
Parnell jest zaskoczony.
- Najmłodsza? Dwudziestodwulatka? Cóż, szczęściara z ciebie. Moja druga sprawa dotyczyła sześciolatki porzuconej na huśtawce w parku Violet Hill. Oszczędzę ci szczegółów, ale powiem, że przez miesiąc prawie nic nie jadłem. Schudłem chyba ze sto kilo.
No i sam sprowokował pytanie.
- To ile ci już ubyło?
Parnell gładzi się po znacznie szczuplejszym brzuchu.
- Dziesięć kilogramów. Może nie jestem Chudzielcem Roku, ale i tak nieźle, co nie?
- Kilogramów? Tylko fanatycy fitnessu rozmawiają o kilogramach. Mów do mnie jak do laika.
- W takim razie dwadzieścia jeden funtów. I nie jestem fanatykiem fitnessu, Kinsella, ja tylko zacząłem prowadzić zdrowszy tryb życia.
- Wiem, co za tym stoi - mówię, na próżno próbując zachować kamienną twarz. - Oblałeś test sprawnościowy, prawda?
- Nie zgadłaś.
- Daj spokój, mnie możesz powiedzieć. - Daję mu kuksańca.
- Przecież mówię, że nie oblałem.
- Nieee. Nie wierzę ci. - Kiwam z niedowierzaniem głową. - Nie zamieniłbyś kurczaków z KFC na nasiona chia, gdyby nie kazała ci zadbać o zdrowie.
Ona, czyli inspektor Kate Steele. Kobieta, dla której tak chętnie przeskakujemy przez trzymetrowy mur, ideał, któremu nigdy nie dorównam. Parnell nie stawia jej na piedestale tak jak ja, gdyż znają się jak łyse konie; jeszcze z czasów, gdy jej samej zdarzało się zaliczać wpadki. Tyle że to, co ja zrobiłam, nie było wpadką, ale poważną próbą zatajenia faktów.
- Kate Steele nie miała z tym, do cholery, nic wspólnego - upiera się Parnell. - Skoro już chcesz wiedzieć, Maggie zmusiła mnie, abym poszedł do tej Kliniki Zdrowego Mężczyzny. To coś jak przegląd techniczny, tyle że dla starych pryków.
- No i co ci powiedzieli?
- Że nie jestem zdrowym mężczyzną, że mam mocno podwyższony cholesterol, grozi mi cukrzyca, dna moczanowa i wszystko inne.
- Myślałam, że dna moczanowa to choroba ludzi z wyższych sfer.
- Nie dna mnie martwi, ale niewydolność serca.
Mówi to z pełną powagą.
- Nie mogę ot tak kopnąć teraz nagle w kalendarz. Mam dzieci, które jeszcze chodzą w krótkich spodenkach.
- No cóż. Służy ci ta dieta - mówię szczerze, choć tak naprawdę mam na myśli, że lepiej wygląda. Luigi Parnell chyba nigdy dobrze nie wyglądał. Nawet na ślubnej fotografii jest w dość opłakanym stanie. - Podoba mi się też ten nowy garnitur. Dobrze ci w granatowym.
- Miło mi to słyszeć. Kosztował prawie sześćset funtów.
- Ale z ciebie rozrzutnik. To skandalicznie wysoka kwota. Ja za mniejszą wyposażyłam mieszkanie.
- Wiesz, że zawsze powtarzam: kto mało płaci, ten płaci dwa razy.
Kto mało płaci, ten płaci dwa razy. Kto dwa zające goni, ten żadnego nie złapie. Parnell znajdzie przysłowie adekwatne do każdej sytuacji. Brakowało mi tego, gdy na początku roku oddelegowano mnie do biura burmistrza. Muszę przyznać, że godziny pracy były w porządku i automaty z kawą rzadziej się psuły, ale poza tym było nudnawo. Tylko spotkania, notatki służbowe, arkusze kalkulacyjne i odpowiedzialność. Ale przynajmniej nie było martwych dwudziestodwulatek. Uważaj, o co prosisz.
W drzwiach pojawia się Vickery.
- O, dobrze, że to wy.
Mam pokusę, by odwrócić się i sprawdzić, czy za mną nikt nie stoi - na przykład posterunkowa Renée Akwa, bo Renée wszyscy lubią, albo sierżant Seth Wakeman, którego Vickery lekceważy najmniej tylko dlatego, że oboje studiowali na Oksfordzie.
- Miło czuć się potrzebnym, Mo. - Parnell ostrożnie robi krok w przód. - Możemy wejść?
- Wy możecie. - Vickery przesuwa się na bok. - Martwiłam się, że znowu przysłali tego całego Flowersa. Nie żebym coś do niego miała, ale on sam zabiera tyle przestrzeni co mały kontynent, a nasze miejsce zbrodni jest, jak widzicie, niewielkie.
Drzwi prowadzą nas do ponurej kuchenki, o powierzchni nie większej niż dziesięć metrów kwadratowych, zagraconej szafkami i sprzętem kuchennym, który wygląda, jakby potrzebował kopa, by zadziałać. Żeby było jeszcze ciaśniej, na podłodze leży ciało Naomi Lockhart. Długie jasnofioletowe włosy, brokatowy cień do powiek, ładna figura, którą kolorowe czasopisma określają jako apetycznie zaokrąglona, co oznacza, że wygląda na dobrze odżywioną i raczej nosiła rozmiar powyżej trzydzieści osiem. Leży na plecach w luźnej srebrnej sukience pomarszczonej na udach. Lewą rękę ma wykręconą do góry, podczas gdy druga leży luźno przy boku, na nadgarstku ma bransoletkę z wisiorkiem - dziesięć różowych koralików tworzących napis DISCOBUNNY. Paznokcie u stóp ma pomalowane na miętowy kolor. Dłonie ma owinięte folią, oznakowane i opieczętowane.
Vickery przygląda się swej martwej podopiecznej.
- Przykra sprawa.
- Jak wszystkie - mówi Parnell. - Więc co tu mamy?
Kucamy przy denatce - każde z różnym stopniem łatwości - zesztywniałe stawy Parnella dają o sobie znać.
- Przyczyna śmierci jest prawie pewna - uraz czaszkowo-mózgowy, wywołany uderzeniem bezpośrednio w tył czaszki, najprawdopodobniej o to - mówi, wskazując na poplamiony krwią, ostry jak brzytwa róg małej szklanej szafki. - Możecie wezwać techników od identyfikacji śladów krwi, jeśli chcecie - to działka Steele, ona za to płaci - ale jestem pewna, że nawet posterunkowa Kinsella jest w stanie odtworzyć bieg zdarzeń i powiedzieć, co tu zaszło.
Posyłam jej bezmyślne spojrzenie, wdzięczna, że mówi to za mnie.
- Wasza ofiara uderzyła głową o tę ostrą krawędź ze znaczną siłą, w wyniku czego osunęła się na podłogę i ostatecznie wykrwawiła na śmierć. Na ten moment nie jestem w stanie powiedzieć, jak szybko to nastąpiło, choć śmiem twierdzić, że wokół ciała wciąż unosi się zapach alkoholu, a, o czym pewnie wiecie, alkohol rozrzedza krew, więc trzeba wziąć to pod uwagę.
Obok kuchenki mikrofalowej jest stojak na noże, a przy zlewie leżą nożyce. Tym chyba prościej kogoś zabić.
- A może to jednak był wypadek? Może poślizgnęła się i upadła na plecy? - pytam. Parnell kiedyś miał przypadek, gdy okazało się, że ofiara robiła przysiady z wyskokiem przed telewizorem, poślizgnęła się i walnęła głową o kominek. Dokonała żywota w pogoni za zgrabnymi udami. To się dopiero nazywa tragedia.
- Nie, nie, oczywiście, że nie - zaprzecza Vickery. Oczywiście. - Już sama siła uderzenia wynikająca z zakresu uszkodzeń czaszki sugeruje, że to przestępstwo, podobnie jak te słabo widoczne ślady wokół gardła i pod brodą, które oznaczają, że była za nie trzymana i popchnięta. - To mówiąc, trąca twarz Naomi latarką w kształcie długopisu - beznamiętnie, jak przystało na dobrego patologa. - W dodatku ten delikatny siniak na prawym policzku sugeruje, że tuż przed śmiercią brała udział w jakiejś sprzeczce. Powiedziałabym, że została spoliczkowana, gdyż siniaki są równoległe i w linii prostej, co bardziej pasuje do otwartej dłoni niż do pięści albo jakiegoś przedmiotu.
Parnell i ja wymieniamy się spojrzeniami. Oboje myślimy o tym samym. Po pierwsze: to kobiety częściej policzkują. Nie jest to jakaś naukowa prawda, ale raczej pewniak. Po drugie: policzek jest zwykle odruchem wyrażającym gniew, a nie realnym zamiarem zrobienia komuś krzywdy. To oznacza, że jeśli to mężczyzna, to prawdopodobnie ktoś, kto Naomi znał i lubił, na swój kretyński, popieprzony sposób. Innymi słowy, to było coś osobistego. A przynajmniej takie mam podejrzenie, a podejrzenia to wszystko, co mamy na wczesnym etapie badania sprawy.
- Napaść na tle seksualnym? - pyta Parnell.
- Na chwilę obecną nic na to nie wskazuje. - Co ma oznaczać: poczekaj na wynik sekcji zwłok, ty mały nudziarzu. - Niby sukienkę ma podciągniętą, ale może akurat tak upadła. Bielizna wygląda na nienaruszoną, a na dolnej części ciała nie ma żadnych siniaków.
- A coś pod paznokciami?
- Na pierwszy rzut oka nic godnego uwagi. Na dłoniach i paznokciach na pewno nie ma żadnych wyraźnych uszkodzeń.
To znaczy, że nie była to uczciwa walka i tym samym wchodzimy w fazę przygnębienia.
- Godzina zgonu? - pytam.
Vickery wstaje.
- Z tego, co mówiła inspektor Steele, ostatni raz widziano ją na przyjęciu w sobotę wieczorem, ale dokładną godzinę trzeba jeszcze ustalić. Biorąc pod uwagę, że mięśnie są jeszcze lekko zwiotczałe, szacuję, że zgon nastąpił mniej więcej dwanaście godzin po wyjściu z imprezy, najpóźniej w niedzielę rano. - Coś przykuwa jej uwagę. - O, inspektor Steele, o wilku mowa. Wprowadziłam ich w temat, tak mniej więcej, a teraz muszę już iść.
Steele jest w towarzystwie dowódcy ekipy technicznej, którego przedstawia jako Wielkiego Bal Sanghę, choć postury jest raczej niewielkiej. Tylko pół głowy wyższy od Steele, która w płaskich butach włożonych na oględziny miejsca zbrodni sama wygląda niepokaźnie. Sangha kiwa głową w kierunku Parnella, który wydaje się go znać, a do mnie lekko salutuje. Czekamy kilka minut, uprawiając tę gadkę szmatkę w stylu "czyż to nie okropne?", podczas gdy Vickery pakuje się i zwija żagle, nie mówiąc nawet "do widzenia". Kiedy mam już pewność, że mnie nie usłyszy, zwracam się do Steele:
- Mam pozwolenie na zadanie głupiego pytania?
- Powiedzmy, że masz.
- Kto ją znalazł?
- Jej współlokator. Nazywa się Kieran Drake i ma trzydzieści cztery lata. Jest trenerem personalnym - i na takiego wygląda. Renée właśnie spisuje jego pełne zeznanie, ale mówiąc krótko, był poza domem od soboty popołudnia, imprezował ze znajomymi gdzieś w Hounslow. Wrócił dziś około trzynastej trzydzieści. Musiał, bo we wtorki wieczorem ma trening HIT, cokolwiek to oznacza.
- Intensywny trening interwałowy - wtrąca Parnell, wielce z siebie zadowolony. - To teraz bardzo popularne. Dzieciaki myślą, że to coś nowego, ale już Sebastian Coe mocno wierzył w jego skuteczność.
- Taa, dzięki, Lu, za bardzo przydatną informację. - Twarz Steele mówi wszystko i nie ona jedna musi zmagać się z tą nową wersją Parnella. Chodzi o to, że podczas gdy wszyscy zgadzamy się, że to, co robi, jest dobre, większość z nas nawet lubiła tę starą wersję, tę dziesięć kilo cięższą wersję, która na śniadanie zjadała wieprzowe zapiekanki i kupowała pączki, "bo jest wtorek".
- Tak czy inaczej, Drake twierdzi, że ostatni raz widział Naomi - która, nawiasem mówiąc, jest Australijką - w sobotę rano. Nie rozmawiali ze sobą za dużo, bo sprzątała, odkurzała, zmieniała pościel i takie tam. Nie bardzo wiem, na czym polega ich relacja; jest od niej sporo starszy, co zdaje się trochę dziwne w kontekście wspólnego wynajmowania mieszkania, prawda? Mimo to wydawał się mówić szczerze. Był w szoku, roztrzęsiony. Renée mówi, że wymiotował.
- Ale? - Wyczuwam w tonie Steele jakieś niedopowiedzenie.
- Ale w mieszkaniu nie ma śladów włamania. Więc albo musiała znać zabójcę i go wpuściła, albo sam wszedł, albo już był wewnątrz. Współlokator pasuje do każdego z tych scenariuszy.
- No tak, ale jeśli "imprezował w Hounslow", to z pewnością ma na to całe mnóstwo świadków, prawda?
Steele usuwa się, ustępując trzem śledczym niosącym sprzęt oświetleniowy.
- Zgadzam się z tobą, ale dopóki nie znajdzie się wiarygodny świadek, który tkwił przy nim przez całą sobotnią noc i niedzielny poranek, Drake wciąż pozostaje potencjalnym podejrzanym. Musi nim być, zważywszy na brak śladów włamania, a co najistotniejsze...
Wiem, co teraz powie. Elementarz z Hendon. Policyjny odpowiednik nauki liczenia do dziesięciu.
- Tak, tak, że sprawcą jest zwykle najbardziej oczywisty podejrzany. - Parnell zwraca się do mnie. - Wiem, że patrzysz z wyższością na każdą dzielnicę poza trzecią strefą, ale Hounslow to nie Timbuktu. W kilka godzin można wymknąć się niezauważonym - tyle zupełnie by mu wystarczyło.
- Na dzwonku nie ma żadnych wyraźnych odcisków - mówi Wielki Bal Sangha, co czyni bardziej wiarygodnym fakt, że morderca miał klucz. - Ktoś mógł je zetrzeć, ale mogły się też rozmazać, więc trudno powiedzieć. Na zewnątrz też raczej nic nie znajdziemy. Pamiętajcie, że w niedzielę padało.
"Padało" to mało powiedziane. Lało jak z cebra. Aiden i ja spacerowaliśmy po parku Victoria, by spalić niedzielny obiad, i musieliśmy się schronić w muszli koncertowej, co byłoby nawet romantyczne, gdyby nie fakt, że dwadzieścia innych osób wpadło na ten sam pomysł.
- Znaleźliście coś przy jej ciele? - pytam Sanghę.
- Kilka cudzych włosów. Na łóżku też parę było.
- A jej telefon?
Steele kręci głową.
- Poszukamy dokładniej, gdy ci goście skończą, ale...
- Zapomnij - mówi Parnell. - Dwudziestodwulatka? One zawsze mają telefon w zasięgu ręki. Gdyby tu był, już dawno byśmy go znaleźli.
- Jeśli zniknął, to znaczy, że jest na nim coś, co łączy ją z zabójcą - sugeruję. - Wykaz rozmów powinien rzucić nowe światło na ten problem.
- Uwielbiam to twoje pozytywne nastawienie - ironizuje Steele. - Twój chłopak ma na ciebie dobry wpływ.
Przewracam oczami jak nastolatka, która chce przez to powiedzieć: "Mam to gdzieś".
- Hej! Vickery wspominała, że Naomi była na imprezie w sobotę wieczorem. Skąd to wiemy? Od Drake'a?
- Właśnie do tego zmierzałam. Kiedy sprawdzili jej nazwisko w systemie - oni, czyli pewnie Ben Swaines, który rzadko wypuszcza się poza biuro, biedaczysko - odkryli, że koleżanka z pracy zadzwoniła pod sto jeden1, zaniepokojona, że Naomi nie pojawiła się w biurze drugi dzień z rzędu. To ona wspomniała o jakiejś balandze dla pracowników w domu szefowej. - Wystukuje coś na telefonie. - Szefowa nazywa się Kirstie Connor. Prowadzi firmę rekrutacyjną w mieście.
- I nikt tego nie sprawdził? - pyta Parnell.
Na twarzy Steele pojawia się grymas.
- Okazuje się, że nie.
Nie żeby to coś zmieniło; Naomi już wtedy dawno nie żyła. Znaleźlibyśmy się dokładnie w tym samym punkcie, tyle że trzy godziny wcześniej, ale to właśnie na tego rodzaju szczegóły czyhają tabloidy. Już widzę te nagłówki: "Policja zbywa zaniepokojoną współpracownicę - efekt dalszych cięć w resorcie".
Steele też je widzi.
- Słuchajcie, tym, dzięki Bogu, będą się martwić inni, ale jeśli ma to jakieś znaczenie - wszystko odbyło się zgodnie z przepisami. Naomi była tylko pracownikiem tymczasowym. Wypłacali jej tygodniówki. Nie miała żadnych silnych więzi z firmą i nie budziła żadnych podejrzeń. Depresji też nie miała, z tego, co koleżance wiadomo. Zostałaby zaliczona do grupy małego ryzyka. Wiem, że to nie brzmi dobrze, ale nic więcej nie mamy.
Co w naszym żargonie oznacza: "Będziemy musieli wziąć się do roboty".
Gdy do kuchni wchodzi kolejny śledczy, mam wrażenie, że biorę udział w domówce dla nastolatków, i mam wielką ochotę stamtąd wyjść.
- Nie masz nic przeciwko, żebyśmy rzucili okiem na pokój Naomi? - pytam Sanghę, mając na myśli siebie i Parnella. - Powie nam coś więcej na jej temat.
Sangha waha się, po czym kiwa głową na tak.
Wyganiam Parnella do małego przedpokoju wyłożonego kasetonami, ze ścianami pożółkłymi od dymu tytoniowego i z wykładziną w kolorze błota. Okazuje się, że z korytarza jest wejście tylko do dwóch pokoi - jej i jego - co oznacza, że do łazienki wchodzi się przez kuchnię i nie ma salonu ani żadnej wspólnej przestrzeni. Z jednego pokoju zrobiono dwa.
Witamy na londyńskim rynku wynajmu nieruchomości Anno Domini 2017.
Naomi zajmowała ten większy z dwóch pokoi, prawdopodobnie dawny salon, gdyż jest tam wciąż elektryczny kominek przymocowany do ściany, a wgniecenia w dywanie świadczą o tym, że kiedyś stała tam sofa. Myślę sobie, że bez względu na to, ile płaciła za wynajem, przepłacała, bo choć panuje tam czystość i porządek i jest wszystko, czego potrzeba: szafa, miejsce do spania, stolik nocny oraz biurko, to jednak łóżko to nędzny jednoosobowy tapczan, szafie brakuje jednych drzwi, a spod krzywego biurka wystaje gruby kawał kartonu.
Za to szafka nocna jest ładna. Tandetna, ale zdobiona. Założę się, że kupiła ją sama.
Oznacza to, że próbowała uczynić to miejsce przytulnym, a przynajmniej nadającym się do zamieszkania, i nie wiem już, czy to przez tę kołdrę w błyszczące słoneczka czy uszka Myszki Miki przypięte nad łóżkiem coś ściska mnie w gardle i nie chce puścić.
Jeszcze do niedawna to krew wbijała mnie w podłogę: otwarte rany, ten syf, to upokorzenie, gdy zabiera się ciało ofiary i wciąż czuje się zapach jej perfum. Teraz jednak coraz częściej porusza mnie widok pozostawionych rzeczy. Jej bilety, błyskotki i ciuchy porozrzucane po pokoju. To właśnie te rzeczy są esencją tego, kim ten ktoś był i co lubił robić. Ciało, gdy już się z nim zapoznajemy, zawiera jedynie organy.
- Lubiła muzykę - stwierdza Parnell, wpatrując się w morze biletów przypiętych do tablicy korkowej.
Rihanna, Little Mix, Ariana Grande, Adele.
Co dziewczyna to dziewczyna.
- To takie smutne - mówię. - Taka młoda.
- Jezu, Kinsella, wiem, że jesteś dojrzała jak na swój wiek, ale aż taka stara nie jesteś.
- Wiem, ale ta praca postarza. To tak jak z psim wiekiem; przeliczając mój policyjny wiek na ludzki, mam chyba z dziewięćdziesiąt siedem lat. A tak w ogóle można być młodym i młodym. - To mówiąc, wskazuję na wielki plakat wiszący na czarnej ścianie. - Przede wszystkim wcale nie uważam, że im większa burza, tym większa tęcza.
- Tak czy siak, dwadzieścia sześć lat to dla mnie jeszcze dziecko.
- Dwadzieścia siedem w przyszłym tygodniu. Już mi bliżej do trzydziestki.
- Ooo, ryzykowny wiek. Czyż wielu sławnych ludzi nie odeszło z tego świata, mając dwadzieścia siedem lat? Hendrix, Joplin, Morrison, Cobain, Winehouse. Same gwiazdy.
- W takim razie Kinselli nic nie grozi - mówi Steele, stając w drzwiach.
- No właśnie. Oni wszyscy zmarli z powodu dzikich ekscesów. Ja ostatnio jestem nudna jak diabli.
- To pewnie zasługa pana X. Kimkolwiek jest, ma kojący wpływ.
Pan X. Aiden Doyle. To, że mój cudowny, szczery chłopak owiany jest taką tajemnicą, mogłoby być nawet śmieszne, gdyby nie to, że jest to konieczne. Wpatruję się w zmierzwioną pościel na łóżku Naomi, szukając okazji do zmiany tematu.
- Szefie, czyż współlokator nie mówił, że w sobotę rano zmieniła pościel? Gdyby ją zmieniła, zasłałaby łóżko. Wszystko na to wskazuje, bo reszta pokoju sugeruje, że zamieszkiwał go ktoś raczej schludny.
- Do czego zmierzasz?
- Mówię, że choć dokończyła żywota w kuchni, musiała wejść do łóżka w sobotę.
- Nie jest ubrana jak do spania - ripostuje Parnell. - Nie jestem ekspertem od mody kobiecej, ale ta srebrna szmatka, którą ma na sobie, nie wygląda na koszulę nocną, co nie?
Krzywię się.
- Daruj, sierżancie. Po kilku głębszych ja zawsze pakuję się do łóżka w ubraniu.
- Naprawdę mnie zaskakujesz - utyskuje Parnell i spogląda na mnie z dezaprobatą, wczuwając się w rolę zawodowego ojca.
Co mi przypomina, że w tę niedzielę przypada moja kolej i muszę zadzwonić do mojego prawdziwego taty. Odbębnić te pięć, dziesięć minut banalnej, niezręcznej gadki szmatki dwojga współuzależnionych.
Przynajmniej moja siostra Jacqui jest zadowolona, co sprawia, że nam obojgu żyje się łatwiej.
Nie żebyśmy zasługiwali na łatwe życie. Nie po tym, co zrobiliśmy.
Steele przerywa moje myśli.
- OK, więc po powrocie do domu poszła do łóżka. Co nam to mówi?
- Nie jestem pewna. - Już dawno temu zarzuciłam próby blefowania w kontaktach ze Steele. - Czysta pościel coś nam jednak mówi.
- Możesz jaśniej?
- Jeśli była świeża w sobotni poranek, są spore szanse, że włosy, które zebrano, pozostawiono tam w sobotę wieczór.
Steele ostrożnie potakuje.
- Mhm, możliwe, ale choć może to zabrzmieć jak głos diabła po ciemnej stronie mocy... - Chodzi jej o obronę. Steele myśli o skazaniu, zanim jeszcze mamy podejrzanego. - Zawsze mogą powiedzieć, że przeniosła je na sobie, a przysięgli nie skazują na podstawie "sporych szans".
- Wiem, wiem. Ale bierzemy pod uwagę, że mogła mieć kochasia. Zmieniła pościel w sobotę rano, bo spodziewała się kogoś wyjątkowego w sobotę wieczór?
- Czy tylko wtedy zmieniasz pościel? - pyta złośliwie Steel. - Kiedy spodziewasz się namiętnej nocy?
- Tak naprawdę to co drugi tydzień. A każdy, kto mówi, że robi to częściej, jest albo kłamcą, albo bakteriofobem.
- Albo ma sprzątaczkę. - Parnell szczerzy do mnie zęby, choć przytyk dotyczy Steele.
Ona przyjmuje go pozytywnie.
- No tak, zdradziłam moje robotnicze korzenie. Możecie mnie rozstrzelać za to, że pracuję siedemdziesiąt godzin tygodniowo i nie mam czasu podetrzeć sobie tyłka, a co dopiero zetrzeć podłogi. - Podciąga rękaw, żeby sprawdzić godzinę na zegarku TAG Heuera w kolorze różowego złota, który w marzeniach chciałam jej ukraść. - Skoro mowa o czasie, musimy porządnie wziąć się do roboty. Post i Karnawał są już w drodze, żeby wypytać okolicznych sąsiadów. - Znani także jako przysadzisty sierżant Flowers i kościsty posterunkowy Cooke. - Wy dwoje pójdziecie do tej szefowej, Kirstie Connor. Sprawdźcie, co zdarzyło się na przyjęciu. Dowiedzcie się, z kim Naomi gadała, i wyciągnijcie wszystko, co jej zdaniem powinniśmy wiedzieć.
Innymi słowy, zapomnijcie o "przeniesieniu" i "ranach ciętych", i o wszystkim tym, co dobry detektyw powinien wiedzieć, a zamiast tego skoncentrujcie się na tym, co nam najlepiej wychodzi. Na tym, co stawia nas rano na nogi. Albo raczej: co nie daje nam spać. Na ludziach. Podejrzanych. Świadkach.
Kłamstwach.
Czyli jak zwykła mówić nasza szefowa: "Na prawdziwej pracy".
Pieniądze. Polityka. Seks. Religia. Cztery tematy, których najlepiej nie poruszać, a jeśli rozmawia się z londyńczykiem, do tej mieszanki wybuchowej należy dodać jeszcze jeden składnik.
Kod pocztowy.
Przyznaję, że na ten temat mogę wygłaszać tyrady.
- Przez to miejsce zawsze przemawia pycha - mówię, gdy suniemy wzdłuż Muswell Hill Broadway, w korku utworzonym przez SUV-y i rodzinne samochody w porze odbierania dzieci ze szkoły. - Jakby patrzyło z góry na resztę północnego Londynu. Wiesz, o co mi chodzi, prawda? Wiem, że wiesz, o co mi chodzi.
Trzeba uczciwie przyznać, że Muswell Hill, ta doskonała miejska enklawa, oddalona zaledwie dziesięć minut jazdy samochodem od swojej niedoskonałej kuzynki, Turnpike Lane, ma prawo zadzierać nosa. Choć oddalona o wiele kilometrów od blasku i zgiełku pierwszej strefy, dzięki położeniu na najwyższym ze wzgórz Londynu stanowi doskonały punkt widokowy, z którego widać to, co stolica ma najlepszego do zaoferowania. Mosty, iglice, drapacze chmur i zepsucie.
Muswell Hill spogląda na to całe szaleństwo bez konieczności uczestniczenia w nim. Nie ma nawet stacji metra, co dodatkowo wzmacnia jego ekskluzywność.
- Eee tam, zazdrosna jesteś i tyle - mówi Parnell, wpatrując się w sygnalizator, jakby jego żelazna wola miała natychmiast zmienić światło na zielone. - Nasi przyjaciele tu mieszkają i bardzo cenią wiejski urok tej okolicy oraz poczucie wspólnoty. Twierdzą, że trudno jest wyskoczyć po mleko i nie spotkać co najmniej pięciu znajomych osób. Czy to nie miłe? Chryste, ja rozmawiam z kimś z naszej ulicy tylko wtedy, kiedy odbieram dla nich przesyłkę albo gdy włączy się alarm samochodowy. - Światła wreszcie się zmieniają i znów powoli suniemy ulicą. - Tak, uważam, że moglibyśmy zacząć brać przykład z miłych mieszkańców Muswell Hill. Ludzie powinni mówić sobie "dzień dobry". Powinni bardziej dbać o siebie nawzajem.
Wiem, że ma rację, ale swoją gadką i tak mnie nie przekona. Ja uwielbiam anonimowość Londynu, fakt, że możesz zniknąć z radaru i nikt po tobie nie będzie płakał.
- Założę się, że twoi przyjaciele nie pracują w policji. Z twojej pensji nie stać by cię było nawet na garaż w tej okolicy.
- Garaż! Dziecko, ciężko byłoby wynająć ogródek działkowy.
Uśmiecham się.
- No cóż, to cena, jaką się płaci za dobre szkoły i tradycyjne piekarnie.
- Chciałaś powiedzieć, że to cena, jaką płaci się za bezpieczeństwo. - Puszcza drążek skrzyni biegów i pokazuje cztery pulchne palce swojej dłoni. - Tyle było napadów z nożem w ręku w mojej dzielnicy w zeszłym miesiącu. Wszystkie ofiary to dzieci, z których jedno miało zaledwie czternaście lat. Mówię ci, gdybym wygrał na loterii... A tak przy okazji, to jutrzejsza kumulacja wynosi czternaście milionów funtów.
- Pamiętasz, że połowa z tego jest moja. - Parnell nalega, abyśmy tworzyli nasz wspólny mikrosyndykat. Twierdzi, że nie warto zgarniać puli, jeśli trzeba się nią dzielić z resztą oddziału. - A swoją drogą, kto powiedział, że w Muswell Hill jest bezpiecznie? A Dennis Nilsen? Czyż on tu nie mieszkał?
Skręcamy w lewo. Parnell co rusz zerka przez okno i mrużąc oczy, próbuje odczytać numery domów.
- Chryste, to było prawie czterdzieści lat temu, Kinsella. Myślę, że od tamtej pory nie było tu żadnego seryjnego mordercy. - Naciska na hamulec. - No i jesteśmy na miejscu.
- Tak? A skąd niby mamy to wiedzieć, sierżancie? Oni są wśród nas, na co dzień mijają nas na ulicy. Czyż nie tak mówią profilerzy? - Kciukiem wskazuję 22 West Pool Avenue. - Nigdy nie wiadomo. Może zaraz jakiegoś poznamy.
Parnell wyjmuje pęsetę ze schowka na drzwiach.
- W takim razie zrobię coś z włosami w nosie. Ci seryjni mordercy potrafią być drobiazgowi...
Podczas gdy Muswell Hill niezaprzeczalnie może pochwalić się odlotowymi knajpami, tymczasowymi sklepami typu pop-up i przestrzenią dla sztuki miejskiej, 22 West Pool Avenue absolutnie nie wpisuje się w ten trend. Zapewne zarówno państwo Connorowie, jak i wielu innych ludzi kierowali się starym jak świat porzekadłem, że lepiej kupić najgorszy dom w najlepszej dzielnicy, bo w dziurawych rynnach i rozpadającej się elewacji nie ma nic odlotowego. Słowo "zaniedbany" pasuje do tego domu. Zaniedbany i bez polotu. To ruina stojąca pośród innych, schludnych edwardiańskich szeregowców z czerwonej cegły.
- Jasna cholera! To potworne. Wejdźcie, proszę.
Stojący na ganku, ubrany w strój rowerowy z żółtej lycry, żylasty Marcus Connor staje się pierwszą ofiarą szoku i zaskoczenia. Idziemy za nim korytarzem prowadzącym do na wpół wykończonej kuchni, w której pachnie pieczonymi ziemniakami i topionym serem - gwałtowna mieszanka, biorąc pod uwagę fakt, że od śniadania zjadło się jedynie snickersa. Jakaś nastolatka i jej starszy sobowtór, prawdopodobnie matka, siedzą na stołkach przy blacie śniadaniowym. Obie mają puszyste blond włosy, które od razu przypominają mi moją siostrę Jacqui. Sposobem zachowania dziewczyna też przypomina mi Jacqui - ciekawska, z zadartym nosem, kombinująca, jak skorzystać na naszym przybyciu, zanim jeszcze dowie się, kim jesteśmy i po co przyszliśmy.
Kobieta jest jej całkowitym przeciwieństwem. Odwraca się w naszą stronę, ale bez większej reakcji, i z nienaturalnym wręcz spokojem czeka po prostu, aż ktoś ją przedstawi.
- Ee, to moja siostra, Rachel, oraz moja siostrzenica, Clara. A państwo są z policji. - Marcus pociera ręką ogoloną głowę. - Jezu, to straszne. Pójdę po Kirstie. Jest na zewnątrz z Dannym.
Jest już ciemno, ale przez okno dostrzegam niewyraźną sylwetkę małego dziecka biegającego w kółko po trampolinie.
Parnell z powagą kiwa głową w kierunku kobiety.
- Sierżant Luigi Parnell, a to posterunkowa Cat Kinsella.
- O co chodzi? - pyta siostra, zatroskana, lecz wciąż spokojna jak dalajlama.
- Za chwilę wszystko wyjaśnimy, pani...?
- Madden, ale możecie mówić do mnie Rachel.
Siostrzenica, Clara, posyła Parnellowi arogancki uśmiech.
- Hej, nie żebym się nabijała, ale nie wyglądasz jak Luigi.
Parnell uśmiecha się delikatnie.
- Urodziłem się w wieczór, gdy Włosi wygrali konkurs piosenki Eurowizji. Mama postawiła na nich dwa funty, więc uznała to za dobry omen. Dwa funty to wtedy było bardzo dużo pieniędzy.
Słyszałam już kilka wariacji na ten temat. W jednej z nich ma imię po śpiewaku operowym, w innej po właścicielu lodziarni. Steele mi kiedyś powiedziała, że urodził się po prostu jako Lewis Parnell, ale zmienił imię dla draki, choć równie dobrze mogła mnie wkręcać.
Tylne drzwi otwierają się i do środka wpada Kirstie Connor, pędząca masa mocno skręconych loków i pomysłowo niedopasowanych wzorów. Przez ułamek sekundy myślę, że nas zaatakuje. Takie rzeczy się zdarzają. "Nie strzelajcie do posłańca" - często słychać z okna, gdy rzecz dotyczy nagłej śmierci. Szczęśliwie hamuje jakieś trzydzieści centymetrów przed nami.
- Marcus powiedział, że Naomi nie żyje! To nie może być prawda - mówi niepewnym, piskliwym głosem.
Marcus przewraca oczami, słysząc, że mógł coś źle zrozumieć.
- Ktoś nie żyje? - odzywa się Rachel, unosząc brwi do sufitu.
- Kim jest Naomi? - pyta Clara.
Kirstie przekrzykuje ich.
- Jak to nie żyje? To znaczy, kiedy... co się, kurwa, stało?
Parnell przejmuje dowodzenie.
- Na tę chwilę nie możemy zbyt wiele powiedzieć, pani Connor, ale wygląda na to, że została zamordowana. A ponieważ jest pani jedną z ostatnich osób, które ją widziały, musimy...
- Nie widziałam jej od soboty - mówi, a jej głos nagle staje się kąśliwy.
- Naszym zdaniem nie żyje od kilku dni.
- O mój Boże. - Chwyta się krawędzi zlewu, by nie stracić równowagi. - O Boże, ja pierdolę.
- Zaparzę słodkiej herbaty. - Rachel rusza w kierunku czajnika, po drodze zatrzymując się na chwilę, by zmniejszyć temperaturę piekarnika. Najwidoczniej w aneksie kuchennym swojego brata czuje się jak u siebie w domu. Wysoka jak modelka, porusza się tak delikatnie i nieśmiało, że można by zapomnieć, że tu jest. Jakby znalazła się tu przypadkowo.
- Pierdolić herbatę, Rach. - Kirstie Connor nie grzeszy nieśmiałością. - Mamy jakąś brandy? Jezu! Zamordowana?
Marcus Connor grzebie w kredensie, po czym wraca z pustymi rękami, emanując wściekłością - jak dla mnie - niepasującą do zaistniałych okoliczności.
- Kirst, w sobotę była tu jeszcze butelka brandy warta pięćdziesiąt funtów. Te twoje małe złodziejskie pizdy!
W takim razie będzie jednak herbata.
Parnell opiera się o lodówkę. Po obu stronach jego głowy widnieją słowa: P-I-E-S i J-A-J-O ułożone z magnesów z literkami alfabetu.
- Mamy rozumieć, że Naomi była tu na imprezie w sobotę?
- To nie była żadna impreza - mówi Kirstie, broniąc się. - Ugotowałam wielki gar chilli, wypuściliśmy kilka fajerwerków i to wszystko. Nie jesteśmy jeszcze na etapie organizowania kosztownych imprez firmowych, ale ostatnie miesiące były ciężkie i chciałam to jakoś wynagrodzić moim pracownikom.
- Więc kiedy ostatni raz widziała pani Naomi? - przerywam jej.
To bardzo proste pytanie, a ona przybiera waleczną pozę: krzyżuje ramiona, unosi podbródek.
- Słuchajcie, nie pamiętam. Byłam trochę wstawiona, skoro już musicie wiedzieć. Pamiętam wszystko jak przez mgłę.
- Mgła? - drwi Marcus. - Raczej czarna dziura. Film ci się urwał.
- Nie było aż tak źle.
- Czyżby? Więc pamiętasz, że weszłaś pod prysznic w dżinsach? Pamiętasz, jak dzwoniłaś do Rachel i porównałaś Josepha do Hitlera?
Zazwyczaj nie znoszę, jak ktoś komuś wypomina, co robił po pijaku, ale Kirstie Connor jest opryskliwa nawet na trzeźwo - musi być koszmarna, gdy się nabzdryngoli.
- To może pan pamięta lepiej, panie Connor?
- Jeśli pytacie, kiedy ostatni raz ją widziałem, to nie mam pojęcia. Ekipa Kirstie zmyła się około dziesiątej. I uwierzcie mi, ja naprawdę patrzyłem na zegarek. Zakładam, że wyszła razem z nimi.
- Jakie sprawiała wrażenie tamtego dnia? - pyta Parnell.
- Hmm, nie wiem, jaka jest na co dzień, ale wydawała się sympatyczna, dość uprzejma. Przyniosła sałatkę ziemniaczaną, czyli coś więcej niż pozostałe pijawki. - Spoglądam na Kirstie, która tłumi w sobie złość. - Tyle mogę wam powiedzieć. Tak naprawdę z nią nie rozmawiałem. Powiedziałem jej tylko "cześć". Ludzie Kirstie przebywali głównie tutaj albo wychodzili na papierosa do ogrodu, a ja byłem w salonie z Rachel i Josephem, moim szwagrem.
- I ze mną - dodaje Clara, chętna zapisać się na kartach historii. - Przez godzinę czy jakoś tak.
- Słuchajcie, wydawała się w porządku, całkiem normalna - upiera się Kirstie. - Nie żebym z nią dużo rozmawiała. Krążyłam między wszystkimi, uzupełniałam kieliszki do drinków, a ona była... nie wiem, jak to ująć... trochę jakby zdystansowana. To ten typ dziewczyny, która się nie odezwie, jeśli do niej nie zagadasz.
- Może raczej nieśmiała niż zdystansowana? - mówię, uśmiechając się lekko.
- Może. - Spogląda na mnie zdziwiona, jakby nie czuła różnicy. - Jeśli mam być szczera, niezbyt pasowała do zespołu. Ale nie mogłam zaprosić wszystkich, a jej pominąć, prawda?
- Sprawiała jakieś problemy w pracy? - pyta Parnell.
- Ależ skąd. Była mało oryginalna, ale nie mogę powiedzieć, że ktoś jej nie lubił.
- Jak długo dla pani pracowała?
Przeciera dłonią czoło. Jej spiczaste paznokcie mają barwę jasnego koralu.
- Do diabła, nie mam pamięci do dat, ale nie dłużej niż dziewięć, dziesięć tygodni. Była tylko pracownikiem tymczasowym. Miała wizę bodajże na rok.
- Co należało do jej obowiązków? Czym właściwie pani się zajmuje?
- Prowadzę firmę rekrutacyjną - Elite Fashion. Współpracujemy z elitarnymi markami i staramy się wyłowić dla nich najlepsze talenty na rynku, za opłatą, rzecz jasna. Naomi jest w pewnym sensie moją asystentką, to znaczy była. Jezu! Trochę zajmowała się finansami, kalendarzem spotkań, fakturowaniem. W zasadzie robiła wszystko to, do czego ja się nie nadaję.
- Wie pani, gdzie wcześniej pracowała? A może zna pani nazwiska jej przyjaciół? Musimy sporządzić jak najszerszy portret.
- Nie mam pojęcia, z kim się przyjaźniła. - Milknie na chwilę. - Jestem pewna, że wspominała, że z kimś się spotyka, ale doprawdy nie wiem z kim. A jeśli chodzi o poprzednie miejsca zatrudnienia, musicie sprawdzić w agencji, ale o ile mi wiadomo, to była jej pierwsza praca w Wielkiej Brytanii. Prosto z pokładu, jak to mówią. Już wcześniej takich zatrudniałam, są głodni i pracowici.
- Czyli tańsi i bardziej ulegli - dodaje Marcus.
Kirstie podchodzi do drzwi kuchennych i ostentacyjnym ruchem otwiera je na oścież.
- Spadaj stąd, Marcus. Wszyscy wiemy, że od początku nie chciałeś tej imprezy, ale nie możesz mnie winić za to, co się stało. Więc zabierz ze sobą złośliwe komentarze i spieprzaj na ten swój kochany rowerek. Albo czekaj, mam lepszy pomysł: może dla odmiany zrobisz coś pożytecznego i zabierzesz Danny'ego do fryzjera? Wygląda jak kloszard.
Marcus kroczy w kierunku drzwi, szczęśliwy, że może dać nogę.
Parnell jednak nie skończył.
- Obawiam się, że jeszcze nie może pan wyjść, panie Connor. Dlaczego był pan przeciwny przyjęciu?
Marcus staje w drzwiach, czubkiem głowy niemal ocierając się o futrynę. Patrząc na niego i jego siostrę, można założyć, że rodzice Connorów byli gigantycznie wysocy.
- Proszę mówić do mnie Marcus. - Jak większość ludzi przed sześćdziesiątką, od razu każe mówić do siebie po imieniu.
Kirstie Connor jest wyjątkiem, co akurat jest nie tyle istotne, ile irytujące.
- Powiem wam, dlaczego nie chciałem tej imprezy. Dwa tygodnie temu nasz syn obchodził czwarte urodziny. Mieliśmy tu całą jego przedszkolną grupę - pukawki, nerfy, śmieciowe jedzenie i tak dalej. A dom i tak wyglądał lepiej, niż kiedy wyszli stąd pracownicy Kirstie. - Parnell kiwa głową ze zrozumieniem, co tylko go zachęca. - Słuchajcie, zwykle nie osądzam ludzi pochopnie, ale to banda pyskatych dzieciaków z wyższych sfer, które dają radę przeżyć na tej jałmużnie, którą oferuje im Kirstie, bo mamusia i tatuś przelewają im tygodniowo więcej, niż większość ludzi zarabia w miesiąc. Szczerze, to straszne, co przytrafiło się tej całej Naomi. Ona wydawała się z nich najsympatyczniejsza, a z pewnością twardo stąpała po ziemi.
A to wszystko z powodu sałatki ziemniaczanej? I on uważa, że nie ocenia ludzi pochopnie.
Kirstie wygląda, jakby miała wybuchnąć.
- No proszę, proszę, Marcus - wielki socjalista. Nie byłeś za władzą dla ludu, kiedy zostałeś kawalerem Orderu Imperium Brytyjskiego, prawda?
Marcus jest wyraźnie zakłopotany. Nie jestem pewna, czy to z powodu gwałtownego wybuchu żony, czy prawdy, którą wypowiedziała. Tak czy inaczej, ma potrzebę się wytłumaczyć.
- Dostałem go za działalność charytatywną Bądź Empatycznym i Dobroczynnym Sportowcem, inaczej BEiDS. To przedsięwzięcie promujące zmiany społeczne za pośrednictwem sportu. Współpracujemy z byłymi przestępcami, angażując ich do projektów sportowych dla dzieci pokrzywdzonych przez los. Ci ludzie mają poczucie celu, a dzieciaki przynajmniej przez kilka godzin nie szwendają się po ulicach.
- A podobno to ja pracuję z potępieńcami - mówi obrażona Kirstie.
Trudno się nie zastanawiać, jak ci dwoje w ogóle się dogadują. A może tak się dzieje we wszystkich długotrwałych związkach? Wymieniają się obelgami, stojąc w kuchni, której nie mogą dokończyć, bo nadwyrężyli finanse w pogoni za marzeniem o ekstraodlotowym życiu.
Parnell próbuje zdusić sprzeczkę w zarodku, jak na wytrawnego rodzica przystało.
- Pani Connor, czy nie zmartwiła się pani, gdy Naomi nie pojawiła się w pracy w poniedziałek?
Czajnik zaczyna gwizdać i Rachel znów budzi się do życia. Idąc w stronę kuchenki, ściska Kirstie za rękę w geście okazującym wsparcie.
- W poniedziałek pracowałam z domu. Nie czułam się najlepiej. - Następne słowa kieruje wprost do mnie: - Zaufaj mi, za jakieś dziesięć lat sama się przekonasz, co to znaczy dwudniowy kac. - Po czym zwraca się do Parnella: - Tak czy inaczej, wysłałam Naomi maila z prośbą, by nikt mi nie przeszkadzał, chyba że to pilne, i gdy nie dostałam odpowiedzi, uznałam, że potraktowała go dosłownie, po czym zapomniałam o sprawie. Szczerze mówiąc, byłam zadowolona, że mam spokój. Rzeczywiście, jedna osoba z mojego teamu wysłała mi esemesa, że Naomi nie przyszła do pracy, no ale cóż mogę powiedzieć? Zdarzało się, że tymczasowi pracownicy zostawiali mnie na lodzie, bo dostali inną ofertę pracy. - Posyła mężowi chłodny uśmiech. - Jak Marcus raczył zauważyć, nie płacę zbyt wiele. To marki, z którymi współpracujemy, przyciągają ludzi: Hellys, Jo Sebastian, Cutler Couture.
Nie znacie? Ja też nie.
- A potem zaczęłam się nawet zastanawiać, czy mówiła mi, że nie będzie jej w poniedziałek, i czy o tym nie zapomniałam. Nie panuję nad urlopami i sprawami kadrowymi. Dla mnie liczą się relacje z ludźmi.
Marcus Connor pozwala sobie na ironię i rzuca siostrze kpiące spojrzenie.
Rozglądam się dookoła i zwracając się do wszystkich, mówię:
- Czy ktoś z państwa robił zdjęcia? Będziemy musieli je zobaczyć.
Clara i Marcus kręcą głowami.
- Chyba mam kilka. - Rachel przerywa parzenie herbaty i wyjmuje z torebki telefon - gównianą starą nokię, którą nawet Parnell by pogardził.
Kolejne drwiące spojrzenie Marcusa, choć tym razem jest w nim odrobina ciepła.
- Serio, Rach, mam szufladę pełną starych komórek. Weź sobie jedną. - Uśmiecha się do siostrzenicy. - Ale obciach, co nie?
- Mama nie wie, co to obciach, wujku M. Już dawno powinieneś to wiedzieć. Ktoś, kto pisze listy z podziękowaniem dla nauczycieli po wywiadówce, nie zna słowa "obciach".
Rachel, nie podnosząc wzroku, mówi:
- Aha, więc uprzejmość to dziś obciach? I nie, nie chcę nowego telefonu, Marcus. Co, jeśli utracę wszystkie kontakty?
- Wszystkie pięć?
Nie połyka haczyka, pozwalając bratu nadal robić sobie z niej jaja. Zgaduję, że to docinki młodszego brata, ale trudno dokładnie określić. W świetle gołych jarzeniówek żadne z nas dobrze nie wygląda.
Rachel wreszcie odkłada telefon.
- Obawiam się, że niewiele tego jest. Kilka zdjęć Clary i Danny'ego grających w tenisa w ogrodzie, ale to było wcześniej.
- Ja będę musiała sprawdzić później - dodaje Kirstie. - Mój telefon wpadł Danny'emu do muszli klozetowej dziś rano i wciąż się suszy. Oto jaki pożytek ma się z dzieci.
- Nie mów tak, Kirst. - Rachel beszta ją delikatnie, wręczając kubek herbaty. - One tak szybko rosną. Ani się obejrzysz i już idą na studia, i chcesz, by znów miały cztery lata i wrzucały ci telefon do ubikacji.
Clara udaje, że wymiotuje.
- Taa, dobra, mamo. Wystarczy tej ckliwej gadki. - Spogląda na mnie swymi gołębioszarymi oczami, w tym samym kolorze co oczy jej ckliwej matki. - Zamierzam studiować prawo karne albo kryminologię, więc muszę przyznać, że to wszystko jest megafascynujące.
- Raczej przerażające, Claro. - Rachel posyła córce srogie spojrzenie. Albo tak srogie, na jakie ją stać. - Przepraszam za moją córkę. Jest najlepsza w klasie ze wszystkiego z wyjątkiem taktu.
Clara próbuje się mitygować, ale skrucha naprawdę do niej nie pasuje.
- Więc która to była, ciociu Kirst?
- Ta Australijka.
- Nie pamiętam żadnej Australijki. Musiałyśmy się minąć.
W jej głosie pobrzmiewa nutka rozczarowania.
- Chodzi o tę z fioletowymi włosami? - pyta Rachel łagodnym tonem.
Parnell się ożywia.
- Zgadza się. Rozmawiała z nią pani?
Zastanawia się. Bardziej z chęci, by nam dogodzić, niż by dodać nam nadziei.
- Nie, raczej nie. Większość czasu spędziłam w salonie ze "starszyzną". - Kirstie Connor nie jest zachwycona tym określeniem. - Nie żeby Kirstie uważała się za starą, ale jej pracownicy są niewiele starsi od Clary. Czuję się przy nich jak dinozaur.
Daleko jej do dinozaura. Jej pociągłe delikatne rysy dodają jej nieprzemijającego uroku, jakby była księżną na osiemnastowiecznym portrecie. Jej akcent świadczy natomiast, że pochodzi z londyńskiej klasy robotniczej. Mówi przez nos, dosadnie i melodyjnie - jak ja, zanim poszłam do szkoły prywatnej.
- Więc nie widziała pani, żeby Naomi z kimś rozmawiała? Kłóciła się z kimś?
Uśmiecha się półgębkiem.
- Jedyne kłótnie, jakie słyszałam, to te między Marcusem i Josephem, moim mężem. Jeden z nich otwarł puszkę brexitu i się zaczęło.
Podaje mi kubek z herbatą, której już wiem, że nie wypiję. Za dużo mleka i zbyt krótki czas parzenia to zła kombinacja, a poza tym Steele już się do nas dobija i domaga nowych informacji, bo telefony w naszych kieszeniach zaczynają wibrować.
- Będziemy musieli porozmawiać z pani mężem.
Kirstie mówi drwiąco:
- Na waszym miejscu nie traciłabym czasu na rozmowy z Josephem. Joseph rozmawia tylko z tymi, którzy mają iloraz inteligencji na poziomie członków Mensy lub konto w banku Coutts. Nie sądzę, żeby Naomi należała do którejś z tych grup.
- Prowadzimy śledztwo w sprawie morderstwa, więc z każdym warto porozmawiać - nalega Parnell. - W zasadzie to będziemy potrzebowali listy wszystkich, którzy tutaj byli. Nazwiska, numery kontaktowe i adresy, jeśli pani nimi dysponuje.
To sprawia, że Kirstie zaczyna szaleńczo przesuwać dłońmi po półkach, otwierać szuflady, mrucząc przy tym "pióro, pióro, pióro", jakby nie pamiętała, co to za przedmiot, nie mówiąc już o tym, gdzie go znaleźć. Rachel ze spokojem znajduje długopis na parapecie i podaje go szwagierce. Kirstie opiera się o blat i zaczyna coś nerwowo bazgrolić. Idealny przykład osoby leworęcznej - energiczna, twórcza i impulsywna.
- Mój mąż jest w tej chwili w Barcelonie - mówi Rachel, przyglądając się Kirstie. - Wraca bodajże jutro. Czy mam go poprosić, żeby do was zadzwonił?
- Wraca dziś wieczorem - poprawia ją Clara. - Hurra, tatuś znowu w domu.
- Proszę podać adres, a przyślemy któregoś z naszych funkcjonariuszy, by spisał zeznanie - mówi Parnell.
Rachel znów uśmiecha się półgębkiem.
- Już mu współczuję. Joseph zwykle nie jest w najlepszej formie po powrocie z delegacji. Trudno mu się jednak dziwić, trzynaście spotkań w dwa dni to przesada.
Marcus, wciąż stojąc w drzwiach, marszczy brew i bezwiednie uciska kłykciami skórę głowy.
- Słuchajcie, jesteście pewni, że to nie było jakieś nieudane włamanie? Nie żeby to czyniło sprawę mniej paskudną, ale Kieran ma drogą konsoletę dla DJ-ów, albo przynajmniej miał. Może ktoś widział, jak ją wnosi, i...
Kto szybciej zareaguje, ja czy Parnell? Parnell ma nieznaczną przewagę.
- Czekaj, czekaj. Chcesz powiedzieć, że znasz Kierana Drake'a, współlokatora Naomi?
Marcus jeszcze bardziej marszczy czoło.
- No tak, ale niezbyt dobrze. W przeszłości brał udział w kilku projektach dla BEiDS i mam go wśród znajomych na Facebooku. Od dawna go jednak nie widziałem. Dobrych parę lat.
- Więc jest byłym przestępcą? - Staram się, by to pytanie nie wydało się zbytnio podchwytliwe, ale ponoszę sromotną klęskę. Marcus widzi, do czego zmierzam.
- Ej, chwila. On nie jest jakimś agresywnym przestępcą. W każdym razie żaden z niego morderca ani nic w tym rodzaju.
Słuszne rozróżnienie. Są drobne akty przemocy w odwecie i takie, w których ktoś komuś roztrzaskuje łeb. Można być mistrzem w tych pierwszych i totalnie niezdolnym do tych drugich. Mimo to obowiązek służbowy wymaga ode mnie, by okazać sceptycyzm.
- Jak to się stało, że Naomi zamieszkała z Kieranem?
- To był absolutny przypadek. Kieran zamieścił post na Facebooku, że poszukuje nowego lokatora, a ja wspomniałem o tym Kirstie, na dowód, że jeden z naszych dobrze sobie radzi. No i ona na to, że jej pracownica szuka taniego pokoju do wynajęcia.
Kirstie włącza się do rozmowy.
- Mieszkała w hostelu na obrzeżach, niedaleko lotniska i wiecznie miała problem z dojazdem. Pociąg spóźniał się co najmniej raz w tygodniu. Nie pasowało mi to, więc skontaktowałam ją z Kieranem na Facebooku. Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że coś z tego wyjdzie, a tu niedługo potem dowiaduję się, że Naomi się do niego wprowadziła.
- Żeby było jasne, nie odegrałem w tym żadnej roli - mówi Marcus, unosząc ręce, jakby chciał powiedzieć: "Nie wińcie mnie za to".
Ton Kirstie robi się nieprzyjemny.
- Marcusowi nie podobał się ten pomysł, ponieważ mimo tej całej gadki, którą wygłasza dziennikarzom i urzędasom, wie doskonale, że natura zawsze ciągnie wilka do lasu, a Drake ma bogatą kryminalną przeszłość.
Marcus wymownie kręci głową.
- Tu nie chodziło o to, że byłem przeciwny, ale z tego, co mówiła mi Kirstie, uznałem, że będą dziwnymi współlokatorami. On jest po pierwsze ponad dziesięć lat od niej starszy, a po drugie... cóż... - Nie tracę z nim kontaktu wzrokowego, by zmusić go do wyznania tego, czego tak bardzo nie chce powiedzieć. - Wydawali się całkiem różni. To wszystko.
Przekierowuję uwagę z powrotem na Kirstie.
- Więc skoro uważa pani, że natura ciągnie wilka do lasu, to dlaczego ułatwiła pani Naomi przeprowadzkę do niego?
Najeża się.
- Ustalmy jedną rzecz: niczego jej nie ułatwiałam. Skontaktowałam ich ze sobą i tyle. Nie byłam odpowiedzialna za warunki mieszkaniowe ani nie uczestniczyłam w innych ustaleniach. Przez kilka miesięcy byłam jej szefową, nie matką. - Nawet jeśli jej słowa brzmią chłodno, zdradza ją drżenie głosu. Pod agresją kryje się poczucie winy. Doskonale znam to uczucie.
Słowo "matka" wywołuje zawodzące "Maaaamuuuuusiuuu" dobiegające z zewnątrz i gdy tylko Marcus otwiera drzwi na tył domu, do środka wpada dziecko, wymachując paczką zimnych ogni, które chce mieć "otwarte już i natychmiast!". Dzieciak jak z katalogu - z uroczą buźką aniołka i, jak zauważyła jego matka, z włosami jak kloszard.
- Cześć, synku. - Kirstie sadza go na swoim lewym biodrze i udaje, że ugina się pod jego ciężarem. - Już niedługo nie będziemy mogli tak robić. Będziesz za ciężki na mamine przytulaski, wiesz, Danny?
W tym momencie powinniśmy chyba zrobić "ojeeej". Pewnie bym tak zrobiła, gdyby nie fakt, że w Australii jest matka, do której córka już się więcej nie przytuli, być może dlatego, że mama tego chłopca uznała, że w porządku jest skontaktować czyjeś dziecko, córeczkę, z byłym skazańcem.
- Mamusiu, pobaw się ze mną - mówi błagalnym tonem Danny, waląc Kirstie w głowę pudełkiem zimnych ogni.
- Mamusia rozmawia teraz z tym panem i z tą panią. Do tej pory sam ładnie się bawiłeś. - Stawia go na podłogę i otwiera drzwi do ogrodu. - Idź, zaraz do ciebie przyjdę.
Danny wybiega, ale w ostatniej chwili Marcus łapie go za rękę.
- Chodź tu, kolego. Wystarczy już tej zabawy. - Mierzwi jego poszarpane kudły. - Chodź, pójdziemy przyciąć tę czuprynę? Według mamy ty masz za dużo włosów, a tatuś za mało. Mama sama nie wie, co jej się podoba, no nie? - Ściąga małą niebieską kurtkę z oparcia kuchennego krzesła i wyganiając Danny'ego do przedpokoju, kieruje kolejny przytyk pod adresem żony: - A tak gwoli ścisłości, Kirst, jest za późno na zabawę samemu na podwórku. Ktoś z łatwością mógłby przejść przez ogrodzenie. Wiesz, że w Muswell Hill mieszkają też dziwacy. Nie tylko właściciele kawiarni i potentaci medialni.
Spoglądam zdziwiona na Parnella.
- Widzicie, na tym właśnie polega problem z Marcusem - mówi Kirstie, czekając na wsparcie swojej szwagierki, której z twarzy nie znika półuśmieszek. - Nie może się zdecydować co do ludzkiej natury. Z jednej strony ciągle gada o tym, by zawsze dostrzegać dobro w człowieku, głównie w jego ukochanych byłych więźniach, a z drugiej wszędzie widzi czyhające zło. Tego nie da się pogodzić, prawda?
Z takim dychotomicznym, czarno-białym myśleniem Kirstie Connor byłaby beznadziejną policjantką. Z drugiej strony, przy mojej kiepskiej czarno-białej garderobie, ja z pewnością nie nadawałabym się do pracy w branży modowej.
A tak szczerze, nie da się w ludziach dostrzec i dobra, i zła?
Gdyby to było takie proste.
Dziesięć minut później, uprzejmie odmówiwszy Clarze Madden udzielenia jej wywiadu na potrzeby kursu z kryminologii, siedzimy w samochodzie przed domem Connorów, zachwyceni feerią szmaragdowych i złotych gwiazd na niebie - i trochę mniej zachwyceni przeszłością kryminalną Kierana Drake'a. Rzucając okiem na maile, Parnell recytuje ich treść beznamiętnym, mechanicznym tonem, typowym dla zaprawionego w bojach policjanta, który podczas swej długiej i niełatwej kariery zawodowej miał do czynienia z wieloma łotrami.
"Posiadanie substancji niedozwolonych".
"Trzy bójki w miejscu publicznym".
"Posiadanie z zamiarem sprzedaży".
"Średni uszczerbek na zdrowiu".
I tak dalej.
W kwestii rodzicielstwa Parnell wydaje się bardziej ożywiony.
- Zgadzam się z mężem, bez dwóch zdań. W żadnym razie nie pozwoliłbym moim chłopcom bawić się na zewnątrz po zmroku. Starszym pozwalaliśmy, ale teraz nie ma mowy, nie w dzisiejszych czasach. I nie martwiłbym się tylko o dziwaków, ale o gangi i dilerów. Takich właśnie cholernych Kieranów Drake'ów.
Chyba ma rację. Na tę chwilę raczej nie mam kwalifikacji, by z nim dyskutować.
Jedynym moim punktem odniesienia jest mój siostrzeniec, Finn, który w wieku zaledwie siedmiu lat jest niestety bardziej zainteresowany strzelaniem do zombie na Xboksie niż bieganiem po podwórku, co oznacza, że naszym jedynym powodem do zmartwień może być zespół cieśni nadgarstka.
No i nieuczciwi dorośli mężczyźni próbujący umówić się z nim w realu.
- OK, Drake był już notowany - mówię. - Ale to wcale nie musi niczego oznaczać.
Parnell wpatruje się we mnie bez emocji.
- Cudownie, że masz w sobie takie uczucia, Kinsella, ale my nie jesteśmy działaczami społecznymi i żyjemy w realnym świecie.
W realnym świecie, w którym ponad pięćdziesiąt procent przestępców to recydywiści.
Mimo to jakoś tego nie czuję.
- Daj spokój, sierżancie, nawet średni uszczerbek na zdrowiu nijak się ma do morderstwa. Kirstie Connor sądzi, że Naomi z kimś się spotykała. Poszłabym raczej w tym kierunku.
- Wszystko jest dalekie od morderstwa. - I ta jego złota myśl wybrzmiewa w ciszy samochodu, gdy wybiera numer poczty głosowej. Rozpoznaję głos Steele.
Po minucie rozłącza się i wrzuca telefon do stojaka na kubek.
- Rodzice zostali poinformowani - oznajmia żałośnie. - Tam jest dopiero czwarta nad ranem. - Boże, co za pobudka. Ale przynajmniej wiedzą. To już coś.
To naprawdę coś. Ogarnia mnie przygnębiające uczucie ulgi, ale jednak ulgi. Niezwykle ciężko jest wiedzieć, że ktoś dokonał żywota, jego organy zaczynają się rozkładać, ciało zaczyna sztywnieć, podczas gdy rodzina zakłada, że ofiara wciąż żyje.
- Tak czy inaczej, jej wysokość chce, byśmy wrócili i bardziej przycisnęli Drake'a, skoro już wiemy to i owo. - Wkłada kluczyk do stacyjki. - Okazuje się, że ma alibi, ale da się je podważyć.
Czytaj: nie będzie to rozmowa z miejscowym pastorem.
Mój telefon zaczyna dzwonić. Na ekranie wyświetla się "A". Aiden w dalszym ciągu jest inicjałem, tak na wszelki wypadek. Mam co najmniej jakąś paranoję.
- Przepraszam, ale muszę odebrać. - Jestem już jedną nogą poza samochodem, ale odwracam się i posyłam Parnellowi błagalne spojrzenie. - Dwie minutki, obiecuję.
Kącik jego ust zaczyna drgać.
- Wiesz, że możesz szeptać te swoje czułości tu, w samochodzie. Ja już to wszystko słyszałem. Nie wy, młodzi, wymyśliliście romans.
- Tak, tak.
Zatrzaskuję drzwi.
- No cześć. - Uśmiecham się do komórki. Minął już prawie rok, a my wciąż mimowolnie uśmiechamy się na swój widok. Państwo Connorowie pewnie też przechodzili tę fazę, zanim dzieci i rozbudowa kuchni sprawiły, że chcąc nie chcąc, patrzą na siebie spode łba.
- Dobré ráno! - Akcentu nie rozpoznaję, ale domyślam się, że to po czesku, gdyż za kilka tygodni wybieramy się do Pragi, a Aiden jest człowiekiem, który niczego nie robi na pół gwizdka. Zanim tam wylądujemy, będzie znał język, historię kraju, dochód na jednego mieszkańca i nazwisko rekordowego strzelca bramek w piłce nożnej. - O cholera, w zasadzie dobré ráno to "dzień dobry", a nie "dobry wieczór". Ja tego chyba nigdy nie załapię. Chryste, i pomyślałby kto, że skoro mówię płynnie po irlandzku, to się nauczę tego cholernego czeskiego.
Widzę, jak Parnell mi się przygląda, zaciągając się e-papierosem.
- Po pierwsze, nie mówisz płynnie po irlandzku. Mogę przysiąc, że połowę słów zmyśliłeś. I tak nie jestem tego w stanie sprawdzić. A po drugie, mówiłam ci już, że nie będziemy musieli komunikować się po czesku. We wszystkich turystycznych miejscach mówią po angielsku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki