2
Berlin, Treptowers, jednostka Federalnego Urzędu Kryminalnego "Przypadki nadzwyczajne", prosektorium, poniedziałek, 19 października,
godz. 14:05
Laborant sekcyjny Hermann Vogel zasunął suwak białego plastikowego worka z głośnym świstem, a potem wsunął nosze obok sześciu innych. Na nich też leżały białe worki na zwłoki, pod którymi widać było zarysy ludzkich ciał.
Oczy Sabine Yao śledziły rutynowe ruchy doświadczonego asystenta, który nacisnął stopą hamulec kółek stalowego podwozia, kiedy ona zdejmowała przezroczysty plastikowy fartuch, który włożyła na niebieską bluzę medyczną z krótkimi rękawami.
Yao przeciągnęła się i zrobiła kilka ćwiczeń rozluźniających, jednak napięcie w ramionach - skutek sześciu ostatnich godzin spędzonych niemal bez przerwy w pochyleniu nad stołem sekcyjnym - nie ustąpiło. Oddzielić organy, wypreparować złamania kości, wydobyć i zabezpieczyć zawartość żołądka i pęcherza. Ruchy i czynności, które trzydziestosześcioletnia lekarka medycyny sądowej już od dziesięciu lat wykonywała automatycznie, opanowując je do perfekcji.
To przedpołudnie było dość specyficzne nawet dla tego zespołu specjalnej jednostki medycznosądowej "Przypadki nadzwyczajne", który widział już niejedno, zarówno jeśli idzie o natłok zajęć, jak i brutalność badanych zbrodni.
Po porannej odprawie o 7:30 w salce konferencyjnej jednostki pięcioro dyżurujących lekarzy medycyny sądowej udało się prosto do prosektorium, gdzie dokonali obdukcji dwóch mężczyzn o nieustalonej tożsamości, których we wczesnych godzinach rannych jakiś szaleniec rozjechał mercedesem sprinterem.
Yao przypadła w obu przypadkach główna rola, czyli to ona odpowiadała ze sporządzenie protokołu z obdukcji. Berliński Krajowy Urząd Kryminalny uważał, że nie był to zamachowiec terrorysta, tylko samobójca, któremu nie przeszkadzało, że zabije przy okazji postronne osoby. Berlińskie bulwarówki przypuszczały początkowo w swoich internetowych wydaniach, że pochodzący z Syrii sprawca to islamista i używały nawet określenia "Breitscheidplatz 2.0". Miejsce zdarzenia znajdowało się bowiem zaledwie czterysta metrów od tego właśnie placu, gdzie 19 grudnia 2016 roku jedenaście osób padło ofiarą pochodzącego z Tunezji terrorysty, który wjechał wieczorem rozpędzoną ciężarówką w popularny jarmark bożonarodzeniowy. W dzisiejszym przypadku chodziło jednak najwyraźniej o próbę samobójczą upojonego alkoholem kierowcy, a motyw miał charakter osobisty. Bliższych szczegółów Yao nie znała. Pewne było natomiast, że obie ofiary to bezdomni, którzy nocowali pod zadaszeniem supermarketu, gdzie spędzili zeszłą noc, dopóki około czwartej nad ranem nie wjechał w nich mercedes. Zostali nie tyle uwięzieni między przodem auta a ścianą sklepu, co zmiażdżeni. Identyfikacja obu zabitych okazała się trudna i prawdopodobnie potrwa jeszcze kilka dni, bowiem nie mieli przy sobie żadnych dokumentów ani czegokolwiek innego, co pozwoliłoby na ustalenie ich tożsamości.
Potem Yao i jej koledzy dokonali obdukcji dwóch braci, którzy poprzedniej nocy zginęli podczas strzelaniny między zwaśnionymi libańskimi klanami pod shisha barem w berlińskiej dzielnicy Reinickendorf, oraz znajdujących się w stanie znacznego rozkładu zwłok kobiety, na które w lesie w Rüderdorf pod Berlinem natknęli się grzybiarze.
Kobiecie, prawdopodobnie dość młodej - jej naczynia krwionośne nie miały zmian miażdżycowych, a narządy wewnętrzne były w dobrym stanie - brakowało głowy. Wygląd rany szyi wykluczał pośmiertne obrażenia spowodowane przez żerujące zwierzęta, jak lisy czy borsuki, które często się zdarzały w przypadku zwłok odnalezionych w lesie. Na dodatek obie piersi kobiety odcięto przy użyciu zębatego narzędzia, najprawdopodobniej piły. Czy za życia, czy już po śmierci, tego nie dało się ustalić z powodu zaawansowanego rozkładu zwłok. Tożsamość kobiety również pozostawała zagadką.
Ale tego dnia w prosektorium to nie było wszystko. Przypadek numer sześć stanowił znany berliński polityk. Mężczyznę, deputowanego parlamentu Berlina, znalazła w jego mieszkaniu sprzątaczka. Na nasadzie penisa miał olbrzymi pierścień erekcyjny, który przed śmiercią tak długo odcinał dopływ krwi do jego moszny i członka, że genitalia przybrały niezdrową, fioletowoczarną barwę. Jednak to nie pierścień, tylko bełt kuszy tkwiący w piersi denata spowodował, że do jego przypadku zaangażowano medyków sądowych z jednostki "Przypadki nadzwyczajne" Federalnego Urzędu Kryminalnego.
Ostatnie ciało należało do jednoznacznie zidentyfikowanej topielicy, którą wyłowiono z Haweli wczesnym przedpołudniem - była to pięćdziesięcioczteroletnia małżonka białoruskiego bankiera inwestycyjnego, która cztery dni wcześniej padła ofiarą porwania w centralnej dzielnicy Berlina Mitte. Według śledczych Federalnego Urzędu Kryminalnego jej mąż przekombinował, próbując wynegocjować obniżenie kwoty okupu do wysokości sumy ubezpieczenia, które jego berlińska firma miała wykupione na taką ewentualność, i porywacze stracili cierpliwość albo nerwy. A może jedno i drugie.
Ubiegła noc znów zebrała w stolicy Niemiec śmiertelne żniwo - pomyślała Yao, przesuwając czubkami butów wijące się robaki, które wypadły z bezgłowej kobiety z lasu w Rüderdorf, do szczeliny odpływu pod stołem sekcyjnym.
Od niemal ośmiu lat Yao należała do prowadzonej przez profesora Paula Herzfelda jednostki specjalnej "Przypadki nadzwyczajne", działającej niejako na pierwszej linii frontu medycyny sądowej w Berlinie. Jako lekarz sądowy wiedziała, jak ważne jest to, żeby obrazy, które oglądała codziennie na miejscach zdarzeń oraz w prosektorium, nie przenikały zbyt głęboko do jej zwojów mózgowych i nie brały w niewolę jej umysłu. Tak samo wiedziała, że rozpamiętywanie "dlaczego to się stało" nikomu życia nie przywróci.
Yao przelotnie zerknęła w jedno z luster nad umywalkami, żeby sprawdzić stan swoich czarnych włosów związanych w koński ogon. Kiedy wreszcie ruszyła z dokumentami dotyczącymi wykonanych sekcji oraz dyktafonem w ręku do szatni, poczuła wibracje komórki. Wyjęła telefon z bocznej kieszeni fartucha.
- Cześć, ciociu Almuth, czy mogę oddzwonić do ciebie za dziesięć minut...
- Nie, Bine. To ważne. A nawet bardzo ważne! - ciocia Almuth przerwała jej głosem zduszonym od łez. - Znaleźli Johannę. Ona... ona nie żyje!
- O, Boże, to straszne! - odpowiedziała bezradnie Yao, której przeleciało naraz przez głowę mnóstwo myśli. Choć spodziewała się najgorszego - ciocia Johanna nie dawała znaku życia od piętnastu dni - aż zabrakło jej tchu w piersi.
- Przed chwilą tu byli. U mnie w domu. Policjanci - mówiła urywanym głosem ciotka. - Znaleźli ją wczoraj. I nikt nie wie, co się stało. A przecież... - Rozszlochała się już całkiem, a Yao miała tylko nadzieję, że jej ciotka nie zasłabnie.
Lekarka sądowa odchrząknęła, zapanowała na sobą i spokojnym tonem powiedziała:
- Ciociu Almuth, przyjadę do ciebie do Kilonii. Omówimy wszystko na spokojnie dziś wieczorem. Załatwię jeszcze tylko tutaj parę rzeczy, a potem jadę. Pomogę ci w zorganizowaniu pogrzebu i załatwianiu wszystkich spraw urzędowych. Możesz na mnie liczyć. - Mówiąc te słowa, uświadomiła sobie jednocześnie, że musi się dowiedzieć, co przydarzyło się cioci Johannie.
- Och, Bine, dziecko moje, to takie miłe z twojej strony! Jestem ci bezgranicznie wdzięczna.
Po chwili milczenia Yao zapytała:
- Skąd policja wie, że to ciocia Johanna? To znaczy, jak ją zidentyfikowali?
- Po obrączce. Przynieśli ją w małej plastikowej torebce... A... ja rozpoznałam grawerunek i datę ślubu... Ale... oni chyba już wcześniej byli stuprocentowo pewni, że to Johanna - odpowiedziała Almuth. Jej słowa co chwilę przerywał cichy płacz. - Zapytałam ich potem, dlaczego nie mogą pokazać mi zdjęcia zmarłej siostry, ale w ogóle nie chcieli o tym rozmawiać.
Pewnie ciało zostało tak zdeformowane przez odniesione obrażenia albo rozkład, że nie chcieli narażać cioci Almuth na rozpoznawanie zwłok na zdjęciu, przecież wczoraj minęło czternaście dni od zaginięcia Johanny - pomyślała ze współczuciem Yao. Choć już w pierwszych sekundach rozmowy obiecała sobie, że nie będzie wnikać w szczegóły, tylko omówi z ciotką wszystko osobiście, zawodowa ciekawość zwyciężyła.
- A wiesz, gdzie ją znaleźli? I kto? Leżała na otwartym terenie? Czy funkcjonariusze powiedzieli coś na ten temat?
- Nic dokładniej nie wiem. A może mi powiedzieli, ale zapomniałam. Byłam taka zdenerwowana! To takie nierzeczywiste, to wszystko... Znaleźli ją gdzieś w Schwentinetal. Wydaje mi się, że tak właśnie powiedzieli... - Głos Almuth Amsinck znów ucichł, a Yao usłyszała głośny szloch.
Dowiem się wszystkiego, gdy będę już w Kilonii. Sama wyrobię sobie obraz sytuacji: skontaktuję się z funkcjonariuszami z kryminalnej, którzy prowadzą tę sprawę, zobaczę zdjęcia ze znalezienia zwłok, jak już tam będę, a może nawet osobiście obejrzę sobie to miejsce - postanowiła w myślach.
- Nie będę cię teraz niepotrzebnie męczyć, ciociu Almuth. Zadzwonię później z drogi, jak już będę wiedzieć, kiedy dotrę, dobrze? Jeszcze tylko jedno pytanie: czy wiesz, gdzie jest teraz ciało cioci Johanny?
- Nie. Policjanci powiedzieli, że zabrała je prokuratura. To wszystko jest takie okropne... Co to znaczy, Bine? Czy to znaczy, że Johannę zamordowano?
Yao usłyszała, że jej ciotka znowu płacze.
- To jeszcze nic nie znaczy, ciociu. To normalna procedura. Porozmawiamy potem o tym dokładniej.
Yao pożegnała się i schowała komórkę do kieszeni, a potem postała jeszcze chwilę i pomyślała: Skoro ciało cioci Johanny zabrała kilońska prokuratura, to znaczy, że znajduje się w Zakładzie Medycyny Sądowej w Kilonii.
Od razu wiedziała, co ma dalej robić. Ale to nie będzie proste. Wręcz przeciwnie. Bo oznacza rozdrapanie starej rany.