I
OSTATNI, KTÓRZY WIDZIELI ICH ŻYWYCH
Na pszenicznych równinach zachodniego
Kansas, "gdzieś tam" - jak mówią mieszkańcy innych części tego stanu - w odludnych rejonach, leży miasteczko Holcomb. Mniej więcej na wschód od
granicy z Kolorado, gdzie niebo jest jaskrawobłękitne, a powietrze
czyste jak na pustyni, okolica bardziej przypomina Daleki aniżeli
Środkowy Zachód. Miejscowi mówią z ciężkim akcentem, przeciągając nosowo
wszystkie samogłoski, a większość mężczyzn paraduje w wąskich skórzanych
spodniach, stetsonach i kowbojkach - wysokich butach na obcasach z ostrymi czubkami. Teren jest płaski, a widoczność wręcz
nieprawdopodobna: konie, stada bydła i kompleks białych elewatorów
wznoszących się wdzięcznie niczym greckie świątynie doskonale widać
nawet z bardzo dużej odległości.
Podobnie też rzecz się ma z miasteczkiem Holcomb, choć nie ma tam wiele
do oglądania prócz bezładnej zbieraniny budynków rozciętych głównymi
torami kolei Santa Fe. Tę przypadkowo powstałą osadę zamyka od południa
brązowa smuga rzeki Arkansas, od północy szosa numer 50, a od wschodu i zachodu preria i pola pszenicy. Gdy spadnie deszcz albo stopnieją
śniegi, masy pyłu zalegającego na pozbawionych nazw, cienia i bruku
ulicach zmieniają się w najohydniejsze błoto. Na jednym końcu miasteczka
wznosi się ponura, stara, stiukowa budowla, której dach wieńczy neon z napisem TANIEC, choć od dawna nikt tam nie tańczy, a neon nie jest
używany od kilku lat. W pobliżu stoi inny budynek, gdzie złote,
łuszczące się litery na brudnych szybach tworzą nazwę BANK HOLCOMB.
Instytucję tę zamknięto w roku 1933, a z jej biur zrobiono mieszkania,
tworząc jedną z dwóch miejskich "kamienic". Drugą stanowi rozsypująca
się rezydencja, która funkcjonuje pod nazwą Nauczycielówki, ponieważ
zamieszkuje ją znaczna część ciała pedagogicznego miejscowej szkoły.
Jednak większość domów w Holcomb to zwykłe, parterowe budynki z białymi
gankami od frontu.
Nieco dalej, przy stacji kolejowej, stoi rozsypująca się poczta, gdzie
urzęduje poczmistrzyni, wychudzona kobieta w skórzanej kurtce,
drelichowych spodniach i kowbojskich butach. Równie melancholijnie
prezentuje się sam budynek stacyjny, z którego ścian odłażą całe płaty
żółtej farby; słynne ekspresy o nazwach "Chief", "Super Chief" i "El
Capitan" przejeżdżają tędy co dnia, nigdy się nie zatrzymując, podobnie
zresztą jak inne pociągi pasażerskie - tutejszą stację zaszczycają tylko
od czasu do czasu pociągi towarowe. Przy szosie stoją dwie stacje
benzynowe, z których jedna dodatkowo pełni funkcję sklepiku spożywczego
(o dość ubogim asortymencie), podczas gdy druga jest również kafejką -
Hartman's Café - gdzie pani Hartman, właścicielka, sprzedaje kanapki,
kawę, napoje oraz 3,2-procentowe piwo. (Podobnie jak reszta stanu
Kansas, Holcomb jest "suche".)
I, prawdę mówiąc, to już wszystko. Oczywiście jeśli wyłączymy z tego
szkołę w Holcomb, solidny budynek, świadczący o czymś, czego trudno by
się było domyślić, sądząc po wyglądzie miasteczka: otóż rodzice, którzy
wysyłają swoje pociechy do tej nowoczesnej i doskonale obsadzonej
"zbiorczej" szkoły - kształcącej zwykle około trzystu sześćdziesięciorga
dzieci od przedszkola aż do końca szkoły średniej, dowożonych tutaj
przez sznury autobusów z odległości nawet szesnastu mil - są ludźmi
zamożnymi. Ci farmerzy, spędzający większość życia na otwartym
powietrzu, stanowią wielobarwną mieszankę Niemców, Irlandczyków,
Norwegów, Meksykanów i Japończyków. Hodują bydło i owce, uprawiają
pszenicę, sorgo, nasiona traw i buraki cukrowe. Uprawa jest ryzykiem bez
względu na szerokość geograficzną, lecz ci, którzy zajmują się nią w zachodnim Kansas, uważają się za "urodzonych hazardzistów", ponieważ
toczą zmagania z niewiarygodnie skąpymi opadami (średnio czterdzieści
pięć centymetrów rocznie) i stają twarzą w twarz z bolesnym problemem
irygacji. Jednak ostatnie siedem lat było okresem bezsuszowego
dobrostanu. Dla ranczerów z okręgu Finney, do którego należy Holcomb,
były to lata tłuste, a pieniądze, które zarobili, pochodziły - oprócz
rolnictwa - także z wykorzystania obfitych zasobów gazu ziemnego. Za
dowód ich siły nabywczej służyć mogła nowa szkoła, wygodnie urządzone
wnętrza farmerskich domów i pękające w szwach elewatory zbożowe.
Wystarczył tylko jeden listopadowy poranek 1959 roku, by Amerykanie, a także wielu mieszkańców stanu Kansas, dowiedzieli się o istnieniu
miasteczka Holcomb. Podobnie jak nurty płynącej rzeki, jak pędzący szosą
kierowcy i jak żółte pociągi mknące po torach kolei Santa Fe, tak i dramat - w postaci niezwykłych wydarzeń - nigdy tam nie zawitał.
Mieszkańców, w liczbie dwustu siedemdziesięciu, całkowicie zadowalał ten
stan rzeczy i cieszyli się, że mogą żyć tak po prostu - pracując,
polując, oglądając telewizję, chodząc na szkolne uroczystości, próby
chóru i spotkania klubu GSRZ. Lecz właśnie wówczas, owego niedzielnego,
listopadowego poranka, w znaną wszystkim symfonię miasteczkowych
odgłosów - histeryczne wycie kojotów, suchy chrobot suchorośli
szarpanych przez wiatr i cichnący gwizd lokomotywy - wdarły się jakieś
obce dźwięki. Akurat wtedy całe miasteczko Holcomb pogrążone było w głębokim śnie, dlatego nikt nie usłyszał czterech strzałów karabinowych,
które - jak mówią - położyły kres sześciu ludzkim żywotom. Jednak po tym
wydarzeniu mieszkańcy, dotychczas nie czujący lęku przed sobą i nie
zadający sobie nawet trudu, by zamykać drzwi swoich domów, ciągle
odtwarzali w myślach te ponure wystrzały, które roznieciły wśród nich
ogień nieufności. W jego blasku starzy sąsiedzi niejednokrotnie
spoglądali na siebie dziwnie i obco.
Właściciel farmy River Valley, Herbert William Clutter, miał
czterdzieści osiem lat i po niedawnych badaniach lekarskich, którym
musiał się poddać w związku z ubezpieczeniem, wiedział, że stan jego
zdrowia nie budzi najmniejszych zastrzeżeń. Mimo średniego wzrostu -
niecałych stu osiemdziesięciu centymetrów - i okularów imponował męską
posturą. Miał szerokie ramiona, włosy bez śladu siwizny i mocno
zarysowaną, kwadratową szczękę. Z jego młodzieńczej twarzy biła pewność
siebie, a każdy uśmiech odsłaniał garnitur zdrowych, mocnych zębów,
zdolnych chyba nawet do miażdżenia orzechów. Ważył siedemdziesiąt
kilogramów - tyle samo co w dniu ukończenia studiów rolniczych na
Kansaskim Uniwersytecie Stanowym. Nie mógł się wprawdzie równać pod
względem zamożności ze swoim sąsiadem, panem Taylorem Jonesem,
najbogatszym mieszkańcem Holcomb, lecz był najbardziej znanym członkiem
swojej społeczności. Udzielał się zarówno lokalnie, jak i w Garden City,
stolicy okręgu, gdzie stał kiedyś na czele Komitetu Budowy Pierwszego
Kościoła Metodystów, oddanego niedawno do użytku wiernych. Obecnie
przewodniczył Kansaskiej Konferencji Organizacji Farmerskich, a jego
nazwisko było wymieniane z szacunkiem przez wszystkich rolników ze
Środkowego Zachodu. Podobną estymą cieszył się w niektórych urzędach w Waszyngtonie, gdzie za prezydentury Eisenhowera zasiadał w zarządzie
Federalnych Kredytów Rolnych.
Pan Clutter miał wyraźnie sprecyzowane oczekiwania wobec życia i zazwyczaj otrzymywał to, czego chciał. Na kikucie palca lewej ręki,
zmiażdżonego kiedyś przez maszynę, nosił prostą, złotą obrączkę - symbol
dwudziestu pięciu lat małżeństwa z osobą, którą bardzo pragnął poślubić
- Bonnie Fox, siostrą kolegi z klasy, dziewczyną pobożną, cichą,
delikatną i młodszą od niego o trzy lata. Urodziła mu czworo dzieci -
trzy córki, a na koniec syna. Najstarsza z córek, Eveanna, mężatka i matka dziesięciomiesięcznej dziewczynki, mieszkała w północnym Illinois,
lecz często odwiedzała Holcomb. Nawiasem mówiąc, spodziewano się jej
wraz z rodziną za dwa tygodnie, gdyż jej rodzice planowali uczcić Święto
Dziękczynienia walnym zlotem klanu Clutterów (pochodzącego z Niemiec;
pierwszy imigrant nazwiskiem Clutter - lub Klotter, jak to się wtedy
pisało - przybył tutaj w roku 1880). Zaproszono ponad pięćdziesiąt osób,
niektóre z bardzo daleka (na przykład z miejscowości Palatka na
Florydzie). Następna córka po Eveannie, Beverly, również nie mieszkała
już na farmie River Valley; uczyła się w szkole pielęgniarskiej w Kansas
City. Beverly była zaręczona z młodym studentem biologii, otrzymawszy
ojcowskie błogosławieństwo; zaproszenia na ślub - planowany na Boże
Narodzenie - były już wydrukowane. Pozostała dwójka wciąż mieszkała z rodzicami: Kenyon, który mając piętnaście lat, zdążył już przerosnąć
ojca, oraz ulubienica miasteczka, szesnastoletnia Nancy.
Ogólnie rzecz biorąc, jedyny powód zmartwień pana Cluttera - jeśli
chodzi o rodzinę - stanowiło szwankujące zdrowie jego żony. Była
"nerwowa", miewała swoje "złe dni" - tak oględnych określeń używali jej
bliscy, choć prawda dotycząca "przypadłości biednej Bonnie" była
powszechnie znana. Otóż tajemnicą poliszynela był fakt, że od dobrych
sześciu lat była okresową pacjentką szpitali psychiatrycznych. Jednakże
nawet i wśród tych mroków zabłysnął niedawno promyk nadziei. Otóż w ubiegłą środę, po powrocie z dwutygodniowego leczenia w Wesley Medical
Center w Wichita, gdzie zazwyczaj jeździła, pani Clutter przywiozła
wręcz niewiarygodne wieści. Z nieskrywaną radością poinformowała męża,
że według opinii lekarzy jej dotychczasowe nieszczęścia nie mają podłoża
psychicznego, lecz fizyczne, a dokładniej mówiąc, spowodowane są
przesunięciem kręgów. Jest rzeczą oczywistą, że musi poddać się
operacji, ale potem - no cóż - znów będzie "dawną Bonnie". Czy to
możliwe, by wszystkie te okresy napięcia, oddalenia, zduszone łkania w poduszkę za zamkniętymi drzwiami wywołane były przez jakiś feler w kręgosłupie? Jeśli to prawda, to podczas uroczystej kolacji z okazji
Święta Dziękczynienia pan Clutter, przepełniony wdzięcznością, będzie
mógł odmówić modlitwę dziękczynną.
Dzień pana Cluttera zaczynał się o szóstej trzydzieści; zazwyczaj budził
go brzęk baniek na mleko i ciche pogawędki noszących je chłopców, synów
Vica Irsika, który u niego pracował. Dziś jednak nie śpieszył się ze
wstawaniem i odczekał, aż chłopcy zrobią swoje i pójdą; poprzedni dzień,
piątek trzynastego, był męczący, a zarazem radosny. Bonnie przeszła
metamorfozę, stając się znowu taką osobą, jaką była dawniej, i jakby
chcąc zasygnalizować powrót do normalności, pokazać ową energię, która
niebawem miała jej wrócić, pomalowała usta szminką, uczesała włosy i włożywszy nową sukienkę, udała się razem z mężem, by oklaskiwać szkolne
przedstawienie Przygód Tomka Sawyera, w którym Nancy grała Becky
Thatcher. Pan Clutter patrzył z radością na Bonnie, która tutaj, w miejscu publicznym, nieco zdenerwowana, ale mimo to uśmiechnięta,
normalnie rozmawiała z ludźmi. Oboje byli bardzo dumni z Nancy - wypadła
doskonale, rolę pamiętała bezbłędnie i wyglądała cudownie, co zresztą
usłyszała od ojca, gdy gratulował jej za kulisami: "Ślicznie, skarbie -
prawdziwa południowa piękność". Nancy zareagowała, jak przystało na
piękność: dygnęła w swojej krynolinowej spódniczce i spytała, czy będzie
mogła pojechać do Garden City. Otóż o dwudziestej trzeciej trzydzieści w teatrze stanowym miał się odbyć specjalny "Seans z duchami" (był to
piątek trzynastego), na który wybierali się wszyscy jej koledzy i koleżanki. W innych okolicznościach pan Clutter niewątpliwie by się
sprzeciwił. Ustalone przez niego zasady były niezmienne: w zwykłe dni
Nancy, tak samo jak Kenyon, muszą być w domu przed dwudziestą drugą, a w soboty przed północą. Jednak atmosfera wieczoru sprawiła, że był
bardziej skłonny do ustępstw. A Nancy wróciła do domu dopiero o drugiej
w nocy. Słyszał, jak wchodzi, i zawołał ją do siebie, bo choć nie był
człowiekiem, który podnosi głos, miał jednak kilka spraw do omówienia,
spraw dotyczących nie tyle jej spóźnienia, ile raczej osoby młodzieńca,
który odwiózł ją pod dom - szkolnej gwiazdy koszykówki, Bobby'ego Ruppa.
Pan Clutter lubił Bobby'ego i był zdania, że jak na chłopca w jego wieku
- to jest siedemnastoletniego - jest dobrze ułożony i godny zaufania.
Gdy jednak po trzech latach "randek" okazało się, że mimo swojej
popularności i atrakcyjności Nancy nie spotyka się z nikim innym, i gdy
pan Clutter zrozumiał, że wśród młodych panuje obecnie zwyczaj tworzenia
"stałych par" i noszenia "pierścionków zaręczynowych", wyraził swój
sprzeciw, zwłaszcza że całkiem niedawno zaskoczył córkę i Ruppa w trakcie pocałunku. Zasugerował, by Nancy przestała "tak często widywać
się z Bobbym", tłumacząc zarazem, że stopniowe oddalanie się od niego
będzie z pewnością znacznie mniej bolesne niż nagłe zerwanie, które -
jak przypomniał - prędzej czy później stanie się nieuniknione. Trzeba
bowiem wiedzieć, że Ruppowie byli katolikami, a Clutterowie -
metodystami, co samo z siebie stanowiło wystarczający powód, by wybić
sobie z głowy jakiekolwiek mrzonki o przyszłym zamążpójściu. Nancy
okazała się rozsądna - a w każdym razie nie próbowała się kłócić - i teraz, przed pójściem spać, przyrzekła ojcu, że zacznie powoli zrywać z Bobbym.
Po tym wszystkim zrobiło się niewiarygodnie późno - zwłaszcza dla pana
Cluttera, który z reguły już o jedenastej udawał się na spoczynek. Nic
więc dziwnego, że w sobotę 14 listopada 1959 roku obudził się później
niż zwykle. Jego żona, zgodnie ze swoim zwyczajem, maksymalnie
przedłużała pobyt w łóżku. Ponieważ nie musiał się obawiać, że zakłóci
jej sen (nie sypiali razem), ze spokojem zaczął się golić, wziął
prysznic, po czym włożył prążkowane wełniane spodnie, skórzaną farmerską
kurtkę i miękkie buty do konnej jazdy. Już od kilku lat zajmował dużą
sypialnię na parterze piętrowego domu, w którym znajdowało się
czternaście pomieszczeń. Choć pani Clutter przechowywała część rzeczy w szafach w tym właśnie pokoju, a w przylegającej do niego łazience -
wyłożonej błękitnymi i szklanymi kafelkami - ustawiła swoją skąpą
kolekcję kosmetyków i przytłaczającą liczbę przeróżnych leków, w sposób
niebudzący wątpliwości zaanektowała dawną sypialnię Eveanny, która -
podobnie jak pokoje Nancy i Kenyona - znajdowała się na piętrze.
Dom ten - zaprojektowany w głównej mierze przez pana Cluttera, który tym
samym udowodnił, że jest rozsądnym i spokojnym, choć może niespecjalnie
pomysłowym architektem - został wybudowany w roku 1948 za sumę
czterdziestu tysięcy dolarów. (Teraz jego wartość rynkowa wynosiła
sześćdziesiąt tysięcy). Ten piękny biały budynek, otoczony ogromnym,
równiutko przystrzyżonym trawnikiem i położony na końcu długiej, wąskiej
alejki ocienionej dwoma szeregami chińskich wiązów, robił duże wrażenie
na mieszkańcach Holcomb; był to temat wielu rozmów. W środku natomiast
można było dostrzec wielkie, gąbczaste dywany o kolorze wątrobianym,
zasłaniające raz po raz lśniące lakierowane podłogi, na których kroki
domowników odbijały się głośnym echem, monstrualną modernistyczną kanapę
w salonie, pokrytą supełkowatą tkaniną przeplataną lśniącymi kawałkami
srebrnego metalu oraz wnękę śniadaniową, której główny element stanowiła
ława obita niebiesko-białym plastikiem. Państwu Clutterom podobały się
właśnie tego typu meble, tak samo zresztą jak i większości ich
znajomych, których domostwa urządzone były w podobnym guście.
Ponieważ Clutterowie zatrudniali jedynie gospodynię, która przychodziła
tylko w dni powszednie, pan Clutter - w związku z chorobą żony i wyprowadzką dwóch starszych córek - musiał nauczyć się gotować. Posiłki
przygotowywał więc on sam albo Nancy, lecz najczęściej robiła to Nancy.
Pan Clutter nawet zdołał to polubić, a wyniki miał rewelacyjne - żadna
gospodyni w Kansas nie była w stanie upiec równie smakowitego solonego
chleba, a jego słynne ciasteczka kokosowe rozchodziły się na aukcjach
charytatywnych w błyskawicznym tempie. Jednakże sam ich twórca nie
należał do amatorów jedzenia i w przeciwieństwie do swoich kolegów
ranczerów jadał dość spartańskie posiłki. Tego ranka zadowolił się
jedynie jabłkiem i szklanką mleka, a ponieważ nie pijał kawy ani
herbaty, zwykł rozpoczynać dzień od czegoś zimnego. Prawda bowiem jest
taka, że był wrogiem wszelkich - nawet najłagodniejszych - środków
pobudzających. Nie palił papierosów i, rzecz jasna, nie pił alkoholu,
ba, nigdy w życiu nie wziął go do ust i raczej unikał ludzi pijących,
co, wbrew niektórym przypuszczeniom, wcale aż tak bardzo nie wpływało na
zmniejszenie kręgu jego znajomych - w głównej mierze członków Pierwszego
Kościoła Metodystów w Garden City, blisko siedmiusetosobowej
kongregacji, której większość stanowili abstynenci w rodzaju pana
Cluttera. Choć starał się nie narzucać nikomu ze swoimi poglądami i robił wszystko, by w kontaktach ze światem zewnętrznym robić wrażenie
osoby tolerancyjnej, u siebie - zarówno wśród rodziny, jak i pracowników
farmy River Valley - był bardzo wymagający. "Zaglądasz do kieliszka?" -
takie pytanie zadawał każdemu, kto starał się u niego o pracę, a nawet
jeśli ktoś taki odpowiadał przecząco, i tak był zmuszony zaakceptować
zawartą w kontrakcie klauzulę, wedle której już samo posiadanie alkoholu
powoduje automatyczne rozwiązanie umowy. Jego przyjaciel, pan Lynn
Russell - jeden z pierwszych ranczerów w tych stronach - powiedział
kiedyś: "Jak Boga kocham, Herb, ty masz chyba serce z kamienia;
przyłapujesz człowieka na piciu i od razu wyrzucasz go z pracy. Nawet
nie obchodzi cię to, czy ma za co wyżywić rodzinę". Była to chyba jedyna
uwaga krytyczna pod adresem pana Cluttera jako chlebodawcy. Poza tym
słynął ze swej sprawiedliwości, dobroci oraz tego, że płaci uczciwie, a często nawet z nadwyżką. Ludzie przez niego zatrudnieni - a nierzadko
była ich osiemnastka - naprawdę nie mieli się na co uskarżać.
Pan Clutter opróżnił kubek mleka, nałożył miękką czapkę i wziąwszy
jabłko, wyszedł przed dom, by rozejrzeć się po otoczeniu. Pogoda była
wręcz idealna na jedzenie jabłek - z błękitnego nieba lało się
jaskrawobiałe światło słońca, a wschodni wiatr delikatnie szeleścił
ostatnimi liśćmi chińskich wiązów. Jesień zwykle z nawiązką wynagradza
mieszkańcom stanu Kansas wszystkie te okropności, które muszą znosić
przez cały rok - smagające zimowe wiatry znad Kolorado i niemal metrowe,
zabójcze dla owiec zaspy śniegu, wiosenną breję pod nogami i dziwne,
niskie mgły, letnie skwary, kiedy nawet kruki rozpaczliwie szukają
najmniejszego choćby skrawka cienia, oraz płową nieskończoność
skoszonych, rozpalonych od słońca pól, jeżących się ostrą szczeciną
rżyska. Pogoda zmienia się dopiero od października, ustępując babiemu
latu, które czasami trwa aż do Bożego Narodzenia. Do pana Cluttera,
rozkoszującego się smakiem produktu tej właśnie pory roku, przyłączył
się kundel - mieszaniec z owczarkiem szkockim - i razem ruszyli
nieśpiesznie w kierunku zagrody dla zwierząt, przylegającej do jednej z trzech wielkich stodół.
Funkcję jednej ze stodół pełnił gigantyczny hangar kryty półkolistym
dachem z blachy falistej, aż po brzeg wypełniony ziarnem -
nowozelandzkim sorgo. Ściany drugiej stodoły kryły ciemną, czubatą górę
ziarna milo, wartą sporo pieniędzy - około stu tysięcy dolarów. Już sama
ta suma przewyższała o cztery tysiące procent roczny dochód pana
Cluttera z roku 1934 - kiedy to ożenił się z Bonnie Fox i wyprowadził
się z nią z Rozel w stanie Kansas do Garden City, gdzie objął funkcję
zastępcy pełnomocnika do spraw rolnych okręgu Finney. Wystarczyło mu
siedem miesięcy, by awansować w hierarchii, czyli osiągnąć stanowisko
kierownicze. Młody Herb Clutter sprawował urząd pełnomocnika w latach
1935-1939, czyli najsuchszym i najcięższym okresie w historii tego
regionu od momentu przybycia białych osadników, a że mózg jego pełen był
wszelkich nowinek rolniczych, doskonale nadawał się na pośrednika między
rządem i zniechęconymi ranczerami. Tym ostatnim przypadły do gustu
zarówno wskazówki, jak i optymizm tego sympatycznego, młodego człowieka,
który najwyraźniej wiedział, o czym mówi. Mimo wszystko jednak nie
czerpał zbyt wielkiej satysfakcji z tego zajęcia, gdyż jako nieodrodny
syn farmera od samego początku pragnął gospodarować na własnej ziemi.
Dlatego też po czterech latach takiej pracy zrezygnował ze stanowiska
pełnomocnika i zaciągnąwszy pożyczkę, wydzierżawił ziemię, na której
stworzył zalążek farmy River Valley (uzasadnienie dla tej nazwy
stanowiło kręte koryto rzeki Arkansas, gdyż nie było tam nawet śladu
żadnej doliny). Część konserwatywnych mieszkańców okręgu Finney przyjęła
tę decyzję z nieskrywanym rozbawieniem - byli to starzy wyjadacze,
którzy z lubością wykpiwali książkową wiedzę młodego urzędnika.
"Świetnie, Herb - mawiali. - Jak przychodzi do gospodarowania na cudzym,
to zawsze wiesz, co jest najlepsze. Tu zasadź, tam przekop. Ale jakby to
było twoje, to inaczej byś śpiewał". Jednak byli w błędzie; eksperyment
tego żółtodzioba zakończył się pomyślnie - być może po części dlatego,
że początkowo pracował po osiemnaście godzin na dobę. Choć zdarzały się
również niepowodzenia - dwukrotnie nie udały się plony pszenicy, a pewnej zimy burza śniegowa zabiła mu kilkaset owiec - po upływie
dziesięciu lat posiadłość pana Cluttera obejmowała ponad osiemset akrów
będących jego własnością oraz kolejne trzy tysiące wziętych w dzierżawę,
co w opinii innych farmerów stanowiło "spory szmat ziemi". Pszenica,
sorgo, nasiona trawy szlachetnej - dzięki temu gospodarstwo doskonale
prosperowało. Dużą rolę odgrywały także zwierzęta - owce, a przede
wszystkim bydło. Każde zwierzę z liczącego sobie kilkaset sztuk stada
herefordów miało wypalone piętno Clutterów, choć trudno było sobie
wyobrazić, że jest ich tak wiele, sądząc po skromnej liczbie stworzeń
spacerujących w zagrodzie, przeznaczonej przede wszystkim dla chorych
wołów, kilku mlecznych krów, kotów Nancy i Babe, ulubienicy całej
rodziny - starej, grubej klaczy roboczej, która bez protestów woziła na
swoim szerokim grzbiecie trójkę lub czwórkę dzieci.
Pan Clutter nakarmił Babe ogryzkiem jabłka i przywitał z daleka
mężczyznę grabiącego w zagrodzie jakieś resztki, Alfreda Stoeckleina,
który jako jedyny miał stałą pracę na farmie. Stoeckleinowie wraz z trójką dzieci mieszkali w domu stojącym w odległości niespełna stu
metrów od domostwa Clutterów, którzy w promieniu ośmiuset metrów nie
mieli żadnych innych sąsiadów. Stoecklein, człowiek o długiej twarzy i długich, brązowych zębach, spytał: "Ma pan dla mnie tera jaką robotę? Bo
mała się nam pochorowała. Dzisiej tośmy z żoną oka nie zmrużyli przez
całą noc i tak żem se myślał, że zawiozę ją do doktora". Pan Clutter,
pełen współczucia, powiedział, że jak najbardziej da mu wolny ranek i że
jeśli będą mieć jakieś kłopoty, to on i żona chętnie mu pomogą. Potem
ruszył, z psem biegnącym przy nodze, w kierunku spłowiałych pól,
jaśniejących złotym rżyskiem.
Wkrótce doszedł do rzeki, przy której brzegu rósł niewielki gaj owocowy
- brzoskwinie, grusze, wiśnie i jabłonie. Jeśli wierzyć opowieściom
miejscowych, jeszcze pięćdziesiąt lat temu wystarczyłoby dziesięć minut,
by wyciąć wszystkie drzewa porastające zachodnią część Kansas. Nawet
dzisiaj najczęściej nie sadzi się tu niczego oprócz topól i chińskich
wiązów, charakteryzujących się kaktusową wręcz obojętnością na brak
wody. "Trochę więcej deszczu i ten kraj byłby Edenem - prawdziwym rajem
na ziemi" - powtarzał często pan Clutter. Ta kępka drzew owocowych
rosnących niedaleko brzegu rzeki świadczyła o próbie stworzenia - pomimo
braku deszczu - namiastki raju, roztaczającego woń jabłek Edenu, który
widział oczami duszy. Jego żona powiedziała kiedyś: "Mojemu mężowi
bardziej zależy na tych drzewach niż na własnych dzieciach", a mieszkańcy Holcomb doskonale pamiętali ten dzień, kiedy jakiś mały,
uszkodzony samolot rozbił się wśród drzew brzoskwiniowych. "Herb wpadł w dziką furię. Jeszcze nawet śmigło nie zdążyło się dobrze zatrzymać, a on
już podał pilota do sądu".
Minąwszy sad, pan Clutter ruszył wzdłuż koryta rzeki - płytkiej w tym
miejscu i upstrzonej licznymi wysepkami. Dawno temu, gdy Bonnie "była
jeszcze w formie", w upalne niedzielne popołudnia na te właśnie
śródrzeczne łachy miękkiego piasku przynosili piknikowe kosze i cała
rodzina leniuchowała, wpatrując się w spławik, tkwiący nieruchomo na
powierzchni wody.
Do ziem pana Cluttera, położonych dwa i pół kilometra od szosy,
prowadziły jedynie wąskie, mało znane drogi, w związku z czym mało kto
trafiał tu przez przypadek. Teraz, zupełnie nieoczekiwanie, wyłoniła się
grupa ludzi, a pies Teddy ruszył na nich z głośnym ujadaniem. Teddy -
dobry, czujny strażnik, potrafiący narobić okropnego hałasu - miał tylko
jedną wadę: panicznie bał się widoku broni. Ponieważ zaś tym razem
intruzi byli uzbrojeni, momentalnie spuścił łeb i podkulił ogon. Nikt
nie wiedział, skąd się bierze to zachowanie, gdyż Teddy był znajdą
przygarniętym kilka lat wcześniej przez Kenyona. Tymczasem okazało się,
że owi niepożądani goście to piątka myśliwych z Oklahomy, polujących na
bażanty. Sezon polowań na bażanty, przypadający na listopad, zwabia do
Kansas tłumy łowców z sąsiednich stanów, w związku z czym przez cały
poprzedni tydzień liczne grupy mężczyzn w kraciastych czapkach
przemierzały te jesienne równiny, strącając deszczem śrutu wypłoszone z kryjówek stada miedzianoczerwonych, utuczonych ziarnem ptaków. Obyczaj
nakazuje, by myśliwi - z wyjątkiem zaproszonych gości - płacili
właścicielowi ziemi za przyjemność polowania na jego terytorium, lecz
gdy przybysze z Oklahomy sięgnęli do portfeli, pan Clutter tylko się
roześmiał. "Nie jestem aż takim biedakiem, na jakiego wyglądam. Proszę
bardzo, polujcie sobie do woli", powiedział. Potem zaś, dotknąwszy
daszka swej czapki, ruszył do domu i do swojej pracy, nie wiedząc, że
robi to po raz ostatni.
Podobnie jak pan Clutter, młody mężczyzna, jedzący śniadanie w kafejce
Little Jewel, nigdy nie pijał kawy. Wolał natomiast piwo korzenne. Pod
pojęciem odpowiedniej "wyżerki" najwyraźniej rozumiał trzy aspiryny,
zimne piwo korzenne i serię pall malli odpalanych jeden od drugiego.
Sącząc piwo i zaciągając się papierosem, studiował rozłożoną przed sobą
na kontuarze mapę - mapę Meksyku Phillips 66 - lecz skupienie
przychodziło mu z niejakim trudem, ponieważ był umówiony z kolegą, a kolega się spóźniał. Wyjrzał przez okno na spokojną małomiasteczkową
ulicę, z której istnienia jeszcze wczoraj nie zdawał sobie sprawy. Ani
śladu Dicka. Ale na pewno się zjawi - koniec końców właśnie po to mieli
się spotkać, żeby omówić pewien pomysł Dicka, jego "skok". A po jego
wykonaniu - kierunek Meksyk. Mapa miała postrzępione brzegi i tak często
wodzono po niej palcem, że fakturą przypominała irchę. Za rogiem ulicy,
w jego pokoju hotelowym leżały setki podobnych map - starych map
wszystkich stanów, wszystkich prowincji kanadyjskich, każdego kraju
Ameryki Południowej - gdyż ów młody człowiek nieustannie odbywał w marzeniach dalekie podróże, z których część naprawdę miała miejsce: na
Alaskę, Hawaje, do Hongkongu. Teraz, po otrzymaniu listu, będącego
zaproszeniem do "skoku", zjawił się tutaj, przywożąc na miejsce cały
doczesny dobytek: tekturową walizkę, gitarę, dwa wielkie pudła pełne
książek, map, nut, wierszy i starych listów, ważących chyba około ćwierć
tony. (Dick, zobaczywszy te pudła, oniemiał! "Boże święty, Perry, po co
targasz ze sobą te śmieci?" A Perry na to: "Jakie śmieci? Za jedną z tych książek wybuliłem trzydzieści dolców"). Tak się właśnie tu znalazł,
w Olathe w stanie Kansas. Śmiechu warte, gdy się o tym pomyśli; bo
przecież znowu jest w Kansas, choć zaledwie cztery miesiące wcześniej
przysiągł - najpierw Komisji Stanowej do spraw Zwolnień Warunkowych, a potem samemu sobie - że nigdy więcej nie zjawi się w tym stanie. No cóż,
i tak długo tu nie zabawi.
Mnóstwo nazw na mapie otaczały atramentowe obwódki. COZUMEL, wysepka
położona niedaleko wybrzeży Jukatanu, gdzie, jak wyczytał w jakimś
męskim czasopiśmie, można "pozbyć się ciuchów, wyszczerzyć zęby w uśmiechu, żyć jak radża i zmieniać dziewczynki jak rękawiczki - a wszystko za pięćdziesiąt dolarów miesięcznie!" Równie mocno wryły się mu
w pamięć dwa inne zdania z tego niezwykłego artykułu: "Cozumel jest
twierdzą, gdzie można się schronić przed wszelkimi naciskami
społecznymi, ekonomicznymi i politycznymi. Na tej wyspie żaden urzędnik
nie wtyka nosa w niczyje prywatne sprawy" oraz: "Co roku przylatują z kontynentu wielkie stada papug, by tu właśnie składać jaja". Z nazwą
ACAPULCO kojarzyły mu się połowy ryb na otwartym morzu, kasyna i nienasycone, bogate kobiety; SIERRA MADRE to było złoto i Skarb Sierra
Madre, czyli film, który oglądał już osiem razy. (To był najlepszy
film Bogarta, chociaż ten stary facet, co grał poszukiwacza złota i przypominał Perry'emu własnego ojca, też był świetny. Walter Huston.
Tak, i to, co powiedział Dickowi, było prawdą: Naprawdę wiedział, jak
szukać złota, bo jego ojciec, zawodowy poszukiwacz, nauczył go
wszystkich sztuczek. Więc dlaczego nie mieliby kupić pary jucznych koni
i popróbować szczęścia w Sierra Madre? Ale Dick, ten praktyczny Dick,
powiedział wtedy: "Wolnego, złotko, wolnego! Znam tę bajeczkę. Na końcu
wszyscy świrują od gorączki, pijawek i podłych warunków. A potem,
pamiętasz, jak już mieli złoto, przyszedł wielki wiatr i wszystko
zdmuchnął?") Perry złożył mapę. Zapłacił za piwo i podniósł się z krzesła. Gdy siedział, można było pomyśleć, że jest wielkim, silnym
mężczyzną, z szerokimi barami, potężnymi ramionami i rozrośniętym torsem
kulturysty - bo i rzeczywiście podnoszenie ciężarów było jego hobby.
Jednak pewne części jego ciała były nieproporcjonalne do reszty. Jego
maleńkie stópki, ukryte obecnie w krótkich, czarnych butach z metalowymi
klamrami, bez trudu zmieściłyby się w delikatnych damskich pantofelkach,
a gdy wstał, okazało się, że jest wzrostu dwunastoletniego chłopca.
Krocząc na tych swoich karłowatych nogach, wręcz groteskowych w porównaniu z potężnym korpusem, nie przypominał już atletycznego
kierowcy ciężarówki, lecz raczej emerytowanego, przekwitłego dżokeja o nadmiernie rozrośniętej muskulaturze.
Wyszedłszy na ulicę, Perry przystanął w słońcu. Była za kwadrans
dziewiąta, a Dick powinien tu być już pół godziny temu. I pewnie
zupełnie by go to nie obeszło, gdyby nie fakt, że to Dick wbijał mu w głowę, jak ważna będzie każda minuta tej doby. Zwykle czas mu się nie
dłużył, gdyż wiedział, czym go wypełnić - na przykład patrzeniem w lustro. Dick powiedział kiedyś: "Jak tylko widzisz lustro, zaraz wpadasz
w trans, zupełnie jakbyś widział tam jakąś nieziemską dupę. Naprawdę
nigdy ci się to nie nudzi?" Ani trochę - ba, wpadał w zachwyt, widząc
swoją twarz. Wystarczyło, że nieznacznie tylko odchylił głowę, a zaraz
dostrzegał w niej coś nowego; była to twarz odmieńca. Prowadzone przed
lustrem eksperymenty nauczyły go pełnego panowania nad mimiką - jak
zrobić złowrogą minę, to znów szelmowską albo rozmarzoną; wystarczyło
nieco przechylić głowę albo skrzywić wargi, a zepsuty Cygan
przekształcał się w łagodnego romantyka. Jego matka była czystej krwi
Indianką z plemienia Czirokezów i to właśnie po niej odziedziczył tę
fioletowawą karnację, ciemne, wilgotne oczy i czarne włosy, w które
zawsze wcierał brylantynę i które były tak bujne, że zapewniały mu
dodatkowo bokobrody i lśniącą grzywkę. Tak więc geny matki widoczne były
na pierwszy rzut oka, czego nie dało się powiedzieć o genach ojca -
piegowatego, rudowłosego Irlandczyka. Tu indiańska krew najwyraźniej
wyrugowała większość elementów celtyckich, zostawiając jednak różowe
wargi i lekko zadarty nos. Gdy śpiewał, akompaniując sobie na gitarze,
łobuzerskość i nadęty irlandzki egotyzm ożywiały jego indiańską maskę,
biorąc nad nią górę. Śpiew, jak również wizja tego, że robi to przed
publicznością, to był dla niego kolejny hipnotyzujący sposób spędzania
czasu. Wszystko odbywało się nieodmiennie w tej samej scenerii - nocny
klub w Las Vegas, jego rodzinnym mieście. Wytworna sala, szczelnie
wypełniona rozmaitymi osobistościami, przysłuchującymi się z podnieceniem nowej gwieździe, która wykonuje z towarzyszeniem skrzypiec
swoją słynną wersję piosenki I'll Be Seeing You, a na bis śpiewa
własną najnowszą balladę:
Stada papug w każdy kwiecień
Lecą w górze hen stadami
Barwne stada nad głowami.
Czyś ty słyszał, boży świecie,
Śpiew, co wznosi się nad nami?
(Dick, gdy usłyszał tę piosenkę po raz pierwszy, powiedział: "Przecież
papugi nie śpiewają. Raczej mówią. Albo wrzeszczą. Ale na mur beton nie
śpiewają". Oczywiście Dick był bardzo, ale to bardzo prozaiczny - nie
miał ani odrobiny zrozumienia dla muzyki i poezji - lecz gdyby tak
przyjrzeć się temu wszystkiemu uważnie, to okazałoby się, że właśnie ta
prozaiczność Dicka i jego pragmatyczne podejście do życia były
najbardziej pociągające dla Perry'ego, gdyż - w porównaniu z nim - Dick
robił wrażenie prawdziwego, niewzruszonego twardziela, "faceta z krwi i kości".)
Jednak te mrzonki o Las Vegas - choć niewątpliwie przyjemne - bladły w obliczu innych wizji. Od dzieciństwa, a przynajmniej przez większą część
swoich trzydziestu jeden lat, zamawiał sobie książki ("FORTUNA DZIĘKI
NURKOWANIU! Trenuj w domu w wolnych chwilach. Szybko zarobisz mnóstwo
pieniędzy, nurkując bez skafandra. BEZPŁATNE BROSZURY..."), odpowiadał
na ogłoszenia ("ZATOPIONY SKARB! Pięćdziesiąt prawdziwych map!
Niesamowita oferta..."), które rozbudzały w nim chęć przeżycia w rzeczywistości tego, co nieustannie przeżywał w wyobraźni: snu o tym, że
powoli opada, coraz niżej i niżej, w głąb jakichś dziwnych wód, że
zapada się w morski mrok, prześlizgując się obok pokrytych łuskami
strażników o dzikim spojrzeniu, pilnujących majaczącego w pobliżu wraku
okrętu - hiszpańskiego galeonu, kryjącego w sobie diamenty, perły i skrzynie pełne złota.
Dźwięk klaksonu. To Dick - nareszcie.
- Na Boga, Kenyon! Przecież słyszę.
Jak zwykle, w Kenyona jakby wstąpił diabeł. Z dołu dochodziły jego
krzyki: "Nancy! Telefon!"
Nancy, ubrana w piżamę, zbiegła boso po schodach. W domu były dwa
telefony - jeden w pokoju, którego ojciec używał jako swojego biura, a drugi w kuchni. Odebrała ten drugi.
- Halo! Ach, dzień dobry, pani Katz.
A pani Clarence Katz, żona farmera mieszkającego przy szosie,
powiedziała:
- Przecież mówiłam twojemu tatusiowi, żeby cię nie budził.
Powiedziałam, że Nancy na pewno jest zmęczona po tym cudownym
przedstawieniu. Byłaś naprawdę wspaniała, kochanie. A te białe wstążki w twoich włosach! Albo ten moment, kiedy myślałaś, że Tomek Sawyer nie
żyje - przecież miałaś w oczach prawdziwe łzy! Całkiem jak w telewizji.
Ale twój tatuś powiedział, że czas, byś wstała; no cóż, już prawie
dziewiąta. Ale do rzeczy, kochanie - otóż moja mała, moja mała Jolene,
strasznie chce upiec placek z wiśniami. Wiem, że jesteś mistrzynią w pieczeniu placka z wiśniami i zawsze zdobywasz nagrody, więc
zastanawiałam się, czy bardzo byś się pogniewała, gdybym przysłała ją do
ciebie dziś rano na krótkie przeszkolenie.
W zwykłej sytuacji Nancy bez problemu nauczyłaby Jolene, jak przyrządzić
cały obiad z indykiem, ponieważ uważała, że powinna pomóc, gdy młodsze
dziewczęta mają kłopoty z gotowaniem, szyciem, lekcjami muzyki albo po
prostu - co się często zdarzało - chcą się pozwierzać. Jak znajdowała
czas, by "kierować praktycznie całym, wielkim domem", a jednocześnie być
piątkową uczennicą, starościną klasy, stać na czele programu GSRZ,
doskonale jeździć konno, cudownie grać na fortepianie i klarnecie,
zdobywać rokrocznie nagrody na okręgowych kiermaszach (ciasta,
przetwory, haft, układanie kwiatów) - w jaki sposób dziewczyna niespełna
siedemnastoletnia potrafiła wziąć tak dużo na swoje barki i - nie
popadając w zarozumiałość - robić to wszystko ochoczo i radośnie, było
zagadką, nad którą łamała sobie głowę cała społeczność miasteczka,
znajdując na koniec jedyne wytłumaczenie: "Ta dziewczyna ma charakter.
Po ojcu". Bez wątpienia bowiem najbardziej wyrazistą cechą jej
charakteru - stanowiącą podstawę całej reszty - był idealnie wyostrzony
zmysł organizacyjny, który odziedziczyła po ojcu. Każdy dzień był
drobiazgowo zaplanowany; wiedziała, co o której godzinie zacznie robić i jak dużo czasu jej to zajmie. I na tym właśnie polegał problem tego
ranka: cały dzień był aż zbyt dokładnie zaplanowany. Zgodziła się już
wcześniej, że dziecku innej sąsiadki, Roxie Lee Smith, pomoże poćwiczyć
solo na trąbkę, które Roxie Lee zamierzała zagrać podczas szkolnego
koncertu, obiecała matce, że załatwi trzy dość skomplikowane sprawy, a ponadto ustaliła z ojcem, że pojedzie razem z nim do Garden City na
spotkanie GSRZ. Potem miała przygotować obiad, a po obiedzie dokończyć
sukienki druhen na ślub Beverly, które zaprojektowała i sama podjęła się
uszyć. W takiej sytuacji trudno było gdzieś upchnąć Jolene z jej lekcją
pieczenia placka z wiśniami. Chyba że udałoby się jej coś odwołać.
- Pani Katz? Czy mogłaby pani chwileczkę poczekać?
Przeszła przez cały dom do ojcowskiego biura. Owo biuro, mające osobne
wejście dla interesantów, oddzielone było od salonu przesuwanymi
drzwiami. Chociaż pan Clutter od czasu do czasu dzielił je z Geraldem
Van Vleetem, młodym człowiekiem, który pomagał mu w zarządzaniu farmą,
było ono zasadniczo jego azylem - uporządkowanym schronieniem, oazą
wyłożoną orzechowym fornirem - gdzie mając przy sobie barometry, wykresy
ilustrujące krzywą opadów oraz lornetkę, zasiadał niczym kapitan w swojej kabinie, niczym nawigator prowadzący farmę River Valley przez
mielizny zmieniających się pór roku.
- Żaden problem - zawyrokował, wysłuchawszy Nancy. - Odpuść sobie
spotkanie GSRZ, a ja pojadę z Kenyonem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki