Z zimną krwią - Truman Capote

Kup ebooka

49.99 zł
38.99 zł (49,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

OSTATNI, KTÓRZY WIDZIELI ICH ŻYWYCH

Na psze­nicz­nych rów­ni­nach zachod­niego Kan­sas, "gdzieś tam" - jak mówią miesz­kańcy innych czę­ści tego stanu - w odlud­nych rejo­nach, leży mia­steczko Hol­comb. Mniej wię­cej na wschód od gra­nicy z Kolo­rado, gdzie niebo jest jaskra­wo­błę­kitne, a powie­trze czy­ste jak na pustyni, oko­lica bar­dziej przy­po­mina Daleki ani­żeli Środ­kowy Zachód. Miej­scowi mówią z cięż­kim akcen­tem, prze­cią­ga­jąc nosowo wszyst­kie samo­gło­ski, a więk­szość męż­czyzn para­duje w wąskich skó­rza­nych spodniach, stet­so­nach i kow­boj­kach - wyso­kich butach na obca­sach z ostrymi czub­kami. Teren jest pła­ski, a widocz­ność wręcz nie­praw­do­po­dobna: konie, stada bydła i kom­pleks bia­łych ele­wa­to­rów wzno­szą­cych się wdzięcz­nie niczym grec­kie świą­ty­nie dosko­nale widać nawet z bar­dzo dużej odle­gło­ści.

Podob­nie też rzecz się ma z mia­stecz­kiem Hol­comb, choć nie ma tam wiele do oglą­da­nia prócz bez­ład­nej zbie­ra­niny budyn­ków roz­cię­tych głów­nymi torami kolei Santa Fe. Tę przy­pad­kowo powstałą osadę zamyka od połu­dnia brą­zowa smuga rzeki Arkan­sas, od pół­nocy szosa numer 50, a od wschodu i zachodu pre­ria i pola psze­nicy. Gdy spad­nie deszcz albo stop­nieją śniegi, masy pyłu zale­ga­ją­cego na pozba­wio­nych nazw, cie­nia i bruku uli­cach zmie­niają się w naj­ohyd­niej­sze błoto. Na jed­nym końcu mia­steczka wznosi się ponura, stara, stiu­kowa budowla, któ­rej dach wień­czy neon z napi­sem TANIEC, choć od dawna nikt tam nie tań­czy, a neon nie jest uży­wany od kilku lat. W pobliżu stoi inny budy­nek, gdzie złote, łusz­czące się litery na brud­nych szy­bach two­rzą nazwę BANK HOL­COMB. Insty­tu­cję tę zamknięto w roku 1933, a z jej biur zro­biono miesz­ka­nia, two­rząc jedną z dwóch miej­skich "kamie­nic". Drugą sta­nowi roz­sy­pu­jąca się rezy­den­cja, która funk­cjo­nuje pod nazwą Nauczy­cie­lówki, ponie­waż zamiesz­kuje ją znaczna część ciała peda­go­gicz­nego miej­sco­wej szkoły. Jed­nak więk­szość domów w Hol­comb to zwy­kłe, par­te­rowe budynki z bia­łymi gan­kami od frontu.

Nieco dalej, przy sta­cji kole­jo­wej, stoi roz­sy­pu­jąca się poczta, gdzie urzę­duje poczmi­strzyni, wychu­dzona kobieta w skó­rza­nej kurtce, dre­li­cho­wych spodniach i kow­boj­skich butach. Rów­nie melan­cho­lij­nie pre­zen­tuje się sam budy­nek sta­cyjny, z któ­rego ścian odłażą całe płaty żół­tej farby; słynne eks­presy o nazwach "Chief", "Super Chief" i "El Capi­tan" prze­jeż­dżają tędy co dnia, ni­gdy się nie zatrzy­mu­jąc, podob­nie zresztą jak inne pociągi pasa­żer­skie - tutej­szą sta­cję zaszczy­cają tylko od czasu do czasu pociągi towa­rowe. Przy szo­sie stoją dwie sta­cje ben­zy­nowe, z któ­rych jedna dodat­kowo pełni funk­cję skle­piku spo­żyw­czego (o dość ubo­gim asor­ty­men­cie), pod­czas gdy druga jest rów­nież kafejką - Hart­man's Café - gdzie pani Hart­man, wła­ści­cielka, sprze­daje kanapki, kawę, napoje oraz 3,2-pro­cen­towe piwo. (Podob­nie jak reszta stanu Kan­sas, Hol­comb jest "suche".)

I, prawdę mówiąc, to już wszystko. Oczy­wi­ście jeśli wyłą­czymy z tego szkołę w Hol­comb, solidny budy­nek, świad­czący o czymś, czego trudno by się było domy­ślić, sądząc po wyglą­dzie mia­steczka: otóż rodzice, któ­rzy wysy­łają swoje pocie­chy do tej nowo­cze­snej i dosko­nale obsa­dzo­nej "zbior­czej" szkoły - kształ­cą­cej zwy­kle około trzy­stu sześć­dzie­się­ciorga dzieci od przed­szkola aż do końca szkoły śred­niej, dowo­żo­nych tutaj przez sznury auto­bu­sów z odle­gło­ści nawet szes­na­stu mil - są ludźmi zamoż­nymi. Ci far­me­rzy, spę­dza­jący więk­szość życia na otwar­tym powie­trzu, sta­no­wią wie­lo­barwną mie­szankę Niem­ców, Irland­czy­ków, Nor­we­gów, Mek­sy­ka­nów i Japoń­czy­ków. Hodują bydło i owce, upra­wiają psze­nicę, sorgo, nasiona traw i buraki cukrowe. Uprawa jest ryzy­kiem bez względu na sze­ro­kość geo­gra­ficzną, lecz ci, któ­rzy zaj­mują się nią w zachod­nim Kan­sas, uwa­żają się za "uro­dzo­nych hazar­dzi­stów", ponie­waż toczą zma­ga­nia z nie­wia­ry­god­nie ską­pymi opa­dami (śred­nio czter­dzie­ści pięć cen­ty­me­trów rocz­nie) i stają twa­rzą w twarz z bole­snym pro­ble­mem iry­ga­cji. Jed­nak ostat­nie sie­dem lat było okre­sem bez­su­szo­wego dobro­stanu. Dla ran­cze­rów z okręgu Fin­ney, do któ­rego należy Hol­comb, były to lata tłu­ste, a pie­nią­dze, które zaro­bili, pocho­dziły - oprócz rol­nic­twa - także z wyko­rzy­sta­nia obfi­tych zaso­bów gazu ziem­nego. Za dowód ich siły nabyw­czej słu­żyć mogła nowa szkoła, wygod­nie urzą­dzone wnę­trza far­mer­skich domów i pęka­jące w szwach ele­wa­tory zbo­żowe.

Wystar­czył tylko jeden listo­pa­dowy pora­nek 1959 roku, by Ame­ry­ka­nie, a także wielu miesz­kań­ców stanu Kan­sas, dowie­dzieli się o ist­nie­niu mia­steczka Hol­comb. Podob­nie jak nurty pły­ną­cej rzeki, jak pędzący szosą kie­rowcy i jak żółte pociągi mknące po torach kolei Santa Fe, tak i dra­mat - w postaci nie­zwy­kłych wyda­rzeń - ni­gdy tam nie zawi­tał. Miesz­kań­ców, w licz­bie dwu­stu sie­dem­dzie­się­ciu, cał­ko­wi­cie zado­wa­lał ten stan rze­czy i cie­szyli się, że mogą żyć tak po pro­stu - pra­cu­jąc, polu­jąc, oglą­da­jąc tele­wi­zję, cho­dząc na szkolne uro­czy­sto­ści, próby chóru i spo­tka­nia klubu GSRZ. Lecz wła­śnie wów­czas, owego nie­dziel­nego, listo­pa­do­wego poranka, w znaną wszyst­kim sym­fo­nię mia­stecz­ko­wych odgło­sów - histe­ryczne wycie kojo­tów, suchy chro­bot sucho­ro­śli szar­pa­nych przez wiatr i cich­nący gwizd loko­mo­tywy - wdarły się jakieś obce dźwięki. Aku­rat wtedy całe mia­steczko Hol­comb pogrą­żone było w głę­bo­kim śnie, dla­tego nikt nie usły­szał czte­rech strza­łów kara­bi­no­wych, które - jak mówią - poło­żyły kres sze­ściu ludz­kim żywo­tom. Jed­nak po tym wyda­rze­niu miesz­kańcy, dotych­czas nie czu­jący lęku przed sobą i nie zada­jący sobie nawet trudu, by zamy­kać drzwi swo­ich domów, cią­gle odtwa­rzali w myślach te ponure wystrzały, które roz­nie­ciły wśród nich ogień nie­uf­no­ści. W jego bla­sku sta­rzy sąsie­dzi nie­jed­no­krot­nie spo­glą­dali na sie­bie dziw­nie i obco.

Wła­ści­ciel farmy River Val­ley, Her­bert Wil­liam Clut­ter, miał czter­dzie­ści osiem lat i po nie­daw­nych bada­niach lekar­skich, któ­rym musiał się pod­dać w związku z ubez­pie­cze­niem, wie­dział, że stan jego zdro­wia nie budzi naj­mniej­szych zastrze­żeń. Mimo śred­niego wzro­stu - nie­ca­łych stu osiem­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów - i oku­la­rów impo­no­wał męską posturą. Miał sze­ro­kie ramiona, włosy bez śladu siwi­zny i mocno zary­so­waną, kwa­dra­tową szczękę. Z jego mło­dzień­czej twa­rzy biła pew­ność sie­bie, a każdy uśmiech odsła­niał gar­ni­tur zdro­wych, moc­nych zębów, zdol­nych chyba nawet do miaż­dże­nia orze­chów. Ważył sie­dem­dzie­siąt kilo­gra­mów - tyle samo co w dniu ukoń­cze­nia stu­diów rol­ni­czych na Kan­sa­skim Uni­wer­sy­te­cie Sta­no­wym. Nie mógł się wpraw­dzie rów­nać pod wzglę­dem zamoż­no­ści ze swoim sąsia­dem, panem Tay­lo­rem Jone­sem, naj­bo­gat­szym miesz­kań­cem Hol­comb, lecz był naj­bar­dziej zna­nym człon­kiem swo­jej spo­łecz­no­ści. Udzie­lał się zarówno lokal­nie, jak i w Gar­den City, sto­licy okręgu, gdzie stał kie­dyś na czele Komi­tetu Budowy Pierw­szego Kościoła Meto­dy­stów, odda­nego nie­dawno do użytku wier­nych. Obec­nie prze­wod­ni­czył Kan­sa­skiej Kon­fe­ren­cji Orga­ni­za­cji Far­mer­skich, a jego nazwi­sko było wymie­niane z sza­cun­kiem przez wszyst­kich rol­ni­ków ze Środ­ko­wego Zachodu. Podobną estymą cie­szył się w nie­któ­rych urzę­dach w Waszyng­to­nie, gdzie za pre­zy­den­tury Eisen­ho­wera zasia­dał w zarzą­dzie Fede­ral­nych Kre­dy­tów Rol­nych.

Pan Clut­ter miał wyraź­nie spre­cy­zo­wane ocze­ki­wa­nia wobec życia i zazwy­czaj otrzy­my­wał to, czego chciał. Na kiku­cie palca lewej ręki, zmiaż­dżo­nego kie­dyś przez maszynę, nosił pro­stą, złotą obrączkę - sym­bol dwu­dzie­stu pię­ciu lat mał­żeń­stwa z osobą, którą bar­dzo pra­gnął poślu­bić - Bon­nie Fox, sio­strą kolegi z klasy, dziew­czyną pobożną, cichą, deli­katną i młod­szą od niego o trzy lata. Uro­dziła mu czworo dzieci - trzy córki, a na koniec syna. Naj­star­sza z córek, Eve­anna, mężatka i matka dzie­się­cio­mie­sięcz­nej dziew­czynki, miesz­kała w pół­noc­nym Illi­nois, lecz czę­sto odwie­dzała Hol­comb. Nawia­sem mówiąc, spo­dzie­wano się jej wraz z rodziną za dwa tygo­dnie, gdyż jej rodzice pla­no­wali uczcić Święto Dzięk­czy­nie­nia wal­nym zlo­tem klanu Clut­terów (pocho­dzą­cego z Nie­miec; pierw­szy imi­grant nazwi­skiem Clut­ter - lub Klot­ter, jak to się wtedy pisało - przy­był tutaj w roku 1880). Zapro­szono ponad pięć­dzie­siąt osób, nie­które z bar­dzo daleka (na przy­kład z miej­sco­wo­ści Palatka na Flo­ry­dzie). Następna córka po Eve­an­nie, Beverly, rów­nież nie miesz­kała już na far­mie River Val­ley; uczyła się w szkole pie­lę­gniar­skiej w Kan­sas City. Beverly była zarę­czona z mło­dym stu­den­tem bio­lo­gii, otrzy­maw­szy ojcow­skie bło­go­sła­wień­stwo; zapro­sze­nia na ślub - pla­no­wany na Boże Naro­dze­nie - były już wydru­ko­wane. Pozo­stała dwójka wciąż miesz­kała z rodzi­cami: Kenyon, który mając pięt­na­ście lat, zdą­żył już prze­ro­snąć ojca, oraz ulu­bie­nica mia­steczka, szes­na­sto­let­nia Nancy.

Ogól­nie rzecz bio­rąc, jedyny powód zmar­twień pana Clut­tera - jeśli cho­dzi o rodzinę - sta­no­wiło szwan­ku­jące zdro­wie jego żony. Była "ner­wowa", mie­wała swoje "złe dni" - tak oględ­nych okre­śleń uży­wali jej bli­scy, choć prawda doty­cząca "przy­pa­dło­ści bied­nej Bon­nie" była powszech­nie znana. Otóż tajem­nicą poli­szy­nela był fakt, że od dobrych sze­ściu lat była okre­sową pacjentką szpi­tali psy­chia­trycz­nych. Jed­nakże nawet i wśród tych mro­ków zabły­snął nie­dawno pro­myk nadziei. Otóż w ubie­głą środę, po powro­cie z dwu­ty­go­dnio­wego lecze­nia w Wesley Medi­cal Cen­ter w Wichita, gdzie zazwy­czaj jeź­dziła, pani Clut­ter przy­wio­zła wręcz nie­wia­ry­godne wie­ści. Z nie­skry­waną rado­ścią poin­for­mo­wała męża, że według opi­nii leka­rzy jej dotych­cza­sowe nie­szczę­ścia nie mają pod­łoża psy­chicz­nego, lecz fizyczne, a dokład­niej mówiąc, spo­wo­do­wane są prze­su­nię­ciem krę­gów. Jest rze­czą oczy­wi­stą, że musi pod­dać się ope­ra­cji, ale potem - no cóż - znów będzie "dawną Bon­nie". Czy to moż­liwe, by wszyst­kie te okresy napię­cia, odda­le­nia, zdu­szone łka­nia w poduszkę za zamknię­tymi drzwiami wywo­łane były przez jakiś feler w krę­go­słu­pie? Jeśli to prawda, to pod­czas uro­czy­stej kola­cji z oka­zji Święta Dzięk­czy­nie­nia pan Clut­ter, prze­peł­niony wdzięcz­no­ścią, będzie mógł odmó­wić modli­twę dzięk­czynną.

Dzień pana Clut­tera zaczy­nał się o szó­stej trzy­dzie­ści; zazwy­czaj budził go brzęk baniek na mleko i ciche poga­wędki noszą­cych je chłop­ców, synów Vica Irsika, który u niego pra­co­wał. Dziś jed­nak nie śpie­szył się ze wsta­wa­niem i odcze­kał, aż chłopcy zro­bią swoje i pójdą; poprzedni dzień, pią­tek trzy­na­stego, był męczący, a zara­zem rado­sny. Bon­nie prze­szła meta­mor­fozę, sta­jąc się znowu taką osobą, jaką była daw­niej, i jakby chcąc zasy­gna­li­zo­wać powrót do nor­mal­no­ści, poka­zać ową ener­gię, która nie­ba­wem miała jej wró­cić, poma­lo­wała usta szminką, ucze­sała włosy i wło­żyw­szy nową sukienkę, udała się razem z mężem, by okla­ski­wać szkolne przed­sta­wie­nie Przy­gód Tomka Sawy­era, w któ­rym Nancy grała Becky That­cher. Pan Clut­ter patrzył z rado­ścią na Bon­nie, która tutaj, w miej­scu publicz­nym, nieco zde­ner­wo­wana, ale mimo to uśmiech­nięta, nor­mal­nie roz­ma­wiała z ludźmi. Oboje byli bar­dzo dumni z Nancy - wypa­dła dosko­nale, rolę pamię­tała bez­błęd­nie i wyglą­dała cudow­nie, co zresztą usły­szała od ojca, gdy gra­tu­lo­wał jej za kuli­sami: "Ślicz­nie, skar­bie - praw­dziwa połu­dniowa pięk­ność". Nancy zare­ago­wała, jak przy­stało na pięk­ność: dygnęła w swo­jej kry­no­li­no­wej spód­niczce i spy­tała, czy będzie mogła poje­chać do Gar­den City. Otóż o dwu­dzie­stej trze­ciej trzy­dzie­ści w teatrze sta­no­wym miał się odbyć spe­cjalny "Seans z duchami" (był to pią­tek trzy­na­stego), na który wybie­rali się wszy­scy jej kole­dzy i kole­żanki. W innych oko­licz­no­ściach pan Clut­ter nie­wąt­pli­wie by się sprze­ci­wił. Usta­lone przez niego zasady były nie­zmienne: w zwy­kłe dni Nancy, tak samo jak Kenyon, muszą być w domu przed dwu­dzie­stą drugą, a w soboty przed pół­nocą. Jed­nak atmos­fera wie­czoru spra­wiła, że był bar­dziej skłonny do ustępstw. A Nancy wró­ciła do domu dopiero o dru­giej w nocy. Sły­szał, jak wcho­dzi, i zawo­łał ją do sie­bie, bo choć nie był czło­wie­kiem, który pod­nosi głos, miał jed­nak kilka spraw do omó­wie­nia, spraw doty­czą­cych nie tyle jej spóź­nie­nia, ile raczej osoby mło­dzieńca, który odwiózł ją pod dom - szkol­nej gwiazdy koszy­kówki, Bobby'ego Ruppa.

Pan Clut­ter lubił Bobby'ego i był zda­nia, że jak na chłopca w jego wieku - to jest sie­dem­na­sto­let­niego - jest dobrze uło­żony i godny zaufa­nia. Gdy jed­nak po trzech latach "ran­dek" oka­zało się, że mimo swo­jej popu­lar­no­ści i atrak­cyj­no­ści Nancy nie spo­tyka się z nikim innym, i gdy pan Clut­ter zro­zu­miał, że wśród mło­dych panuje obec­nie zwy­czaj two­rze­nia "sta­łych par" i nosze­nia "pier­ścion­ków zarę­czy­no­wych", wyra­ził swój sprze­ciw, zwłasz­cza że cał­kiem nie­dawno zasko­czył córkę i Ruppa w trak­cie poca­łunku. Zasu­ge­ro­wał, by Nancy prze­stała "tak czę­sto widy­wać się z Bob­bym", tłu­ma­cząc zara­zem, że stop­niowe odda­la­nie się od niego będzie z pew­no­ścią znacz­nie mniej bole­sne niż nagłe zerwa­nie, które - jak przy­po­mniał - prę­dzej czy póź­niej sta­nie się nie­unik­nione. Trzeba bowiem wie­dzieć, że Rup­po­wie byli kato­li­kami, a Clut­terowie - meto­dy­stami, co samo z sie­bie sta­no­wiło wystar­cza­jący powód, by wybić sobie z głowy jakie­kol­wiek mrzonki o przy­szłym zamąż­pój­ściu. Nancy oka­zała się roz­sądna - a w każ­dym razie nie pró­bo­wała się kłó­cić - i teraz, przed pój­ściem spać, przy­rze­kła ojcu, że zacznie powoli zry­wać z Bob­bym.

Po tym wszyst­kim zro­biło się nie­wia­ry­god­nie późno - zwłasz­cza dla pana Clut­tera, który z reguły już o jede­na­stej uda­wał się na spo­czy­nek. Nic więc dziw­nego, że w sobotę 14 listo­pada 1959 roku obu­dził się póź­niej niż zwy­kle. Jego żona, zgod­nie ze swoim zwy­cza­jem, mak­sy­mal­nie prze­dłu­żała pobyt w łóżku. Ponie­waż nie musiał się oba­wiać, że zakłóci jej sen (nie sypiali razem), ze spo­ko­jem zaczął się golić, wziął prysz­nic, po czym wło­żył prąż­ko­wane weł­niane spodnie, skó­rzaną far­mer­ską kurtkę i mięk­kie buty do kon­nej jazdy. Już od kilku lat zaj­mo­wał dużą sypial­nię na par­te­rze pię­tro­wego domu, w któ­rym znaj­do­wało się czter­na­ście pomiesz­czeń. Choć pani Clut­ter prze­cho­wy­wała część rze­czy w sza­fach w tym wła­śnie pokoju, a w przy­le­ga­ją­cej do niego łazience - wyło­żo­nej błę­kit­nymi i szkla­nymi kafel­kami - usta­wiła swoją skąpą kolek­cję kosme­ty­ków i przy­tła­cza­jącą liczbę prze­róż­nych leków, w spo­sób nie­bu­dzący wąt­pli­wo­ści zaanek­to­wała dawną sypial­nię Eve­anny, która - podob­nie jak pokoje Nancy i Keny­ona - znaj­do­wała się na pię­trze.

Dom ten - zapro­jek­to­wany w głów­nej mie­rze przez pana Clut­tera, który tym samym udo­wod­nił, że jest roz­sąd­nym i spo­koj­nym, choć może nie­spe­cjal­nie pomy­sło­wym archi­tek­tem - został wybu­do­wany w roku 1948 za sumę czter­dzie­stu tysięcy dola­rów. (Teraz jego war­tość ryn­kowa wyno­siła sześć­dzie­siąt tysięcy). Ten piękny biały budy­nek, oto­czony ogrom­nym, rów­niutko przy­strzy­żo­nym traw­ni­kiem i poło­żony na końcu dłu­giej, wąskiej alejki ocie­nio­nej dwoma sze­re­gami chiń­skich wią­zów, robił duże wra­że­nie na miesz­kań­cach Hol­comb; był to temat wielu roz­mów. W środku nato­miast można było dostrzec wiel­kie, gąb­cza­ste dywany o kolo­rze wątro­bia­nym, zasła­nia­jące raz po raz lśniące lakie­ro­wane pod­łogi, na któ­rych kroki domow­ni­ków odbi­jały się gło­śnym echem, mon­stru­alną moder­ni­styczną kanapę w salo­nie, pokrytą supeł­ko­watą tka­niną prze­pla­taną lśnią­cymi kawał­kami srebr­nego metalu oraz wnękę śnia­da­niową, któ­rej główny ele­ment sta­no­wiła ława obita nie­bie­sko-bia­łym pla­sti­kiem. Pań­stwu Clut­te­rom podo­bały się wła­śnie tego typu meble, tak samo zresztą jak i więk­szo­ści ich zna­jo­mych, któ­rych domo­stwa urzą­dzone były w podob­nym guście.

Ponie­waż Clut­te­ro­wie zatrud­niali jedy­nie gospo­dy­nię, która przy­cho­dziła tylko w dni powsze­dnie, pan Clut­ter - w związku z cho­robą żony i wypro­wadzką dwóch star­szych córek - musiał nauczyć się goto­wać. Posiłki przy­go­to­wy­wał więc on sam albo Nancy, lecz naj­czę­ściej robiła to Nancy. Pan Clut­ter nawet zdo­łał to polu­bić, a wyniki miał rewe­la­cyjne - żadna gospo­dyni w Kan­sas nie była w sta­nie upiec rów­nie sma­ko­wi­tego solo­nego chleba, a jego słynne cia­steczka koko­sowe roz­cho­dziły się na aukcjach cha­ry­ta­tyw­nych w bły­ska­wicz­nym tem­pie. Jed­nakże sam ich twórca nie nale­żał do ama­to­rów jedze­nia i w prze­ci­wień­stwie do swo­ich kole­gów ran­cze­rów jadał dość spar­tań­skie posiłki. Tego ranka zado­wo­lił się jedy­nie jabł­kiem i szklanką mleka, a ponie­waż nie pijał kawy ani her­baty, zwykł roz­po­czy­nać dzień od cze­goś zim­nego. Prawda bowiem jest taka, że był wro­giem wszel­kich - nawet naj­ła­god­niej­szych - środ­ków pobu­dza­ją­cych. Nie palił papie­ro­sów i, rzecz jasna, nie pił alko­holu, ba, ni­gdy w życiu nie wziął go do ust i raczej uni­kał ludzi piją­cych, co, wbrew nie­któ­rym przy­pusz­cze­niom, wcale aż tak bar­dzo nie wpły­wało na zmniej­sze­nie kręgu jego zna­jo­mych - w głów­nej mie­rze człon­ków Pierw­szego Kościoła Meto­dy­stów w Gar­den City, bli­sko sied­miu­se­to­so­bo­wej kon­gre­ga­cji, któ­rej więk­szość sta­no­wili abs­ty­nenci w rodzaju pana Clut­tera. Choć sta­rał się nie narzu­cać nikomu ze swo­imi poglą­dami i robił wszystko, by w kon­tak­tach ze świa­tem zewnętrz­nym robić wra­że­nie osoby tole­ran­cyj­nej, u sie­bie - zarówno wśród rodziny, jak i pra­cow­ni­ków farmy River Val­ley - był bar­dzo wyma­ga­jący. "Zaglą­dasz do kie­liszka?" - takie pyta­nie zada­wał każ­demu, kto sta­rał się u niego o pracę, a nawet jeśli ktoś taki odpo­wia­dał prze­cząco, i tak był zmu­szony zaak­cep­to­wać zawartą w kontr­ak­cie klau­zulę, wedle któ­rej już samo posia­da­nie alko­holu powo­duje auto­ma­tyczne roz­wią­za­nie umowy. Jego przy­ja­ciel, pan Lynn Rus­sell - jeden z pierw­szych ran­cze­rów w tych stro­nach - powie­dział kie­dyś: "Jak Boga kocham, Herb, ty masz chyba serce z kamie­nia; przy­ła­pu­jesz czło­wieka na piciu i od razu wyrzu­casz go z pracy. Nawet nie obcho­dzi cię to, czy ma za co wyży­wić rodzinę". Była to chyba jedyna uwaga kry­tyczna pod adre­sem pana Clut­tera jako chle­bo­dawcy. Poza tym sły­nął ze swej spra­wie­dli­wo­ści, dobroci oraz tego, że płaci uczci­wie, a czę­sto nawet z nad­wyżką. Ludzie przez niego zatrud­nieni - a nie­rzadko była ich osiem­nastka - naprawdę nie mieli się na co uskar­żać.

Pan Clut­ter opróż­nił kubek mleka, nało­żył miękką czapkę i wziąw­szy jabłko, wyszedł przed dom, by rozej­rzeć się po oto­cze­niu. Pogoda była wręcz ide­alna na jedze­nie jabłek - z błę­kit­nego nieba lało się jaskra­wo­białe świa­tło słońca, a wschodni wiatr deli­kat­nie sze­le­ścił ostat­nimi liśćmi chiń­skich wią­zów. Jesień zwy­kle z nawiązką wyna­gra­dza miesz­kań­com stanu Kan­sas wszyst­kie te okrop­no­ści, które muszą zno­sić przez cały rok - sma­ga­jące zimowe wia­try znad Kolo­rado i nie­mal metrowe, zabój­cze dla owiec zaspy śniegu, wio­senną breję pod nogami i dziwne, niskie mgły, let­nie skwary, kiedy nawet kruki roz­pacz­li­wie szu­kają naj­mniej­szego choćby skrawka cie­nia, oraz płową nie­skoń­czo­ność sko­szo­nych, roz­pa­lo­nych od słońca pól, jeżą­cych się ostrą szcze­ciną rży­ska. Pogoda zmie­nia się dopiero od paź­dzier­nika, ustę­pu­jąc babiemu latu, które cza­sami trwa aż do Bożego Naro­dze­nia. Do pana Clut­tera, roz­ko­szu­ją­cego się sma­kiem pro­duktu tej wła­śnie pory roku, przy­łą­czył się kun­del - mie­sza­niec z owczar­kiem szkoc­kim - i razem ruszyli nie­śpiesz­nie w kie­runku zagrody dla zwie­rząt, przy­le­ga­ją­cej do jed­nej z trzech wiel­kich sto­dół.

Funk­cję jed­nej ze sto­dół peł­nił gigan­tyczny han­gar kryty pół­ko­li­stym dachem z bla­chy fali­stej, aż po brzeg wypeł­niony ziar­nem - nowo­ze­landz­kim sorgo. Ściany dru­giej sto­doły kryły ciemną, czu­batą górę ziarna milo, wartą sporo pie­nię­dzy - około stu tysięcy dola­rów. Już sama ta suma prze­wyż­szała o cztery tysiące pro­cent roczny dochód pana Clut­tera z roku 1934 - kiedy to oże­nił się z Bon­nie Fox i wypro­wa­dził się z nią z Rozel w sta­nie Kan­sas do Gar­den City, gdzie objął funk­cję zastępcy peł­no­moc­nika do spraw rol­nych okręgu Fin­ney. Wystar­czyło mu sie­dem mie­sięcy, by awan­so­wać w hie­rar­chii, czyli osią­gnąć sta­no­wi­sko kie­row­ni­cze. Młody Herb Clut­ter spra­wo­wał urząd peł­no­moc­nika w latach 1935-1939, czyli naj­such­szym i naj­cięż­szym okre­sie w histo­rii tego regionu od momentu przy­by­cia bia­łych osad­ni­ków, a że mózg jego pełen był wszel­kich nowi­nek rol­ni­czych, dosko­nale nada­wał się na pośred­nika mię­dzy rzą­dem i znie­chę­co­nymi ran­cze­rami. Tym ostat­nim przy­pa­dły do gustu zarówno wska­zówki, jak i opty­mizm tego sym­pa­tycz­nego, mło­dego czło­wieka, który naj­wy­raź­niej wie­dział, o czym mówi. Mimo wszystko jed­nak nie czer­pał zbyt wiel­kiej satys­fak­cji z tego zaję­cia, gdyż jako nie­odrodny syn far­mera od samego początku pra­gnął gospo­da­ro­wać na wła­snej ziemi. Dla­tego też po czte­rech latach takiej pracy zre­zy­gno­wał ze sta­no­wi­ska peł­no­moc­nika i zacią­gnąw­szy pożyczkę, wydzier­ża­wił zie­mię, na któ­rej stwo­rzył zalą­żek farmy River Val­ley (uza­sad­nie­nie dla tej nazwy sta­no­wiło kręte koryto rzeki Arkan­sas, gdyż nie było tam nawet śladu żad­nej doliny). Część kon­ser­wa­tyw­nych miesz­kań­ców okręgu Fin­ney przy­jęła tę decy­zję z nie­skry­wa­nym roz­ba­wie­niem - byli to sta­rzy wyja­da­cze, któ­rzy z lubo­ścią wykpi­wali książ­kową wie­dzę mło­dego urzęd­nika. "Świet­nie, Herb - mawiali. - Jak przy­cho­dzi do gospo­da­ro­wa­nia na cudzym, to zawsze wiesz, co jest naj­lep­sze. Tu zasadź, tam prze­kop. Ale jakby to było twoje, to ina­czej byś śpie­wał". Jed­nak byli w błę­dzie; eks­pe­ry­ment tego żół­to­dzioba zakoń­czył się pomyśl­nie - być może po czę­ści dla­tego, że począt­kowo pra­co­wał po osiem­na­ście godzin na dobę. Choć zda­rzały się rów­nież nie­po­wo­dze­nia - dwu­krot­nie nie udały się plony psze­nicy, a pew­nej zimy burza śnie­gowa zabiła mu kil­ka­set owiec - po upły­wie dzie­się­ciu lat posia­dłość pana Clut­tera obej­mo­wała ponad osiem­set akrów będą­cych jego wła­sno­ścią oraz kolejne trzy tysiące wzię­tych w dzier­żawę, co w opi­nii innych far­me­rów sta­no­wiło "spory szmat ziemi". Psze­nica, sorgo, nasiona trawy szla­chet­nej - dzięki temu gospo­dar­stwo dosko­nale pro­spe­ro­wało. Dużą rolę odgry­wały także zwie­rzęta - owce, a przede wszyst­kim bydło. Każde zwie­rzę z liczą­cego sobie kil­ka­set sztuk stada here­for­dów miało wypa­lone piętno Clut­terów, choć trudno było sobie wyobra­zić, że jest ich tak wiele, sądząc po skrom­nej licz­bie stwo­rzeń spa­ce­ru­ją­cych w zagro­dzie, prze­zna­czo­nej przede wszyst­kim dla cho­rych wołów, kilku mlecz­nych krów, kotów Nancy i Babe, ulu­bie­nicy całej rodziny - sta­rej, gru­bej kla­czy robo­czej, która bez pro­te­stów woziła na swoim sze­ro­kim grzbie­cie trójkę lub czwórkę dzieci.

Pan Clut­ter nakar­mił Babe ogryz­kiem jabłka i przy­wi­tał z daleka męż­czy­znę gra­bią­cego w zagro­dzie jakieś resztki, Alfreda Sto­ec­kle­ina, który jako jedyny miał stałą pracę na far­mie. Sto­ec­kle­ino­wie wraz z trójką dzieci miesz­kali w domu sto­ją­cym w odle­gło­ści nie­spełna stu metrów od domo­stwa Clut­terów, któ­rzy w pro­mie­niu ośmiu­set metrów nie mieli żad­nych innych sąsia­dów. Sto­ec­klein, czło­wiek o dłu­giej twa­rzy i dłu­gich, brą­zo­wych zębach, spy­tał: "Ma pan dla mnie tera jaką robotę? Bo mała się nam pocho­ro­wała. Dzi­siej tośmy z żoną oka nie zmru­żyli przez całą noc i tak żem se myślał, że zawiozę ją do dok­tora". Pan Clut­ter, pełen współ­czu­cia, powie­dział, że jak naj­bar­dziej da mu wolny ranek i że jeśli będą mieć jakieś kło­poty, to on i żona chęt­nie mu pomogą. Potem ruszył, z psem bie­gną­cym przy nodze, w kie­runku spło­wia­łych pól, jaśnie­ją­cych zło­tym rży­skiem.

Wkrótce doszedł do rzeki, przy któ­rej brzegu rósł nie­wielki gaj owo­cowy - brzo­skwi­nie, gru­sze, wiśnie i jabło­nie. Jeśli wie­rzyć opo­wie­ściom miej­sco­wych, jesz­cze pięć­dzie­siąt lat temu wystar­czy­łoby dzie­sięć minut, by wyciąć wszyst­kie drzewa pora­sta­jące zachod­nią część Kan­sas. Nawet dzi­siaj naj­czę­ściej nie sadzi się tu niczego oprócz topól i chiń­skich wią­zów, cha­rak­te­ry­zu­ją­cych się kak­tu­sową wręcz obo­jęt­no­ścią na brak wody. "Tro­chę wię­cej desz­czu i ten kraj byłby Ede­nem - praw­dzi­wym rajem na ziemi" - powta­rzał czę­sto pan Clut­ter. Ta kępka drzew owo­cowych rosną­cych nie­da­leko brzegu rzeki świad­czyła o pró­bie stwo­rze­nia - pomimo braku desz­czu - namiastki raju, roz­ta­cza­ją­cego woń jabłek Edenu, który widział oczami duszy. Jego żona powie­działa kie­dyś: "Mojemu mężowi bar­dziej zależy na tych drze­wach niż na wła­snych dzie­ciach", a miesz­kańcy Hol­comb dosko­nale pamię­tali ten dzień, kiedy jakiś mały, uszko­dzony samo­lot roz­bił się wśród drzew brzo­skwi­nio­wych. "Herb wpadł w dziką furię. Jesz­cze nawet śmi­gło nie zdą­żyło się dobrze zatrzy­mać, a on już podał pilota do sądu".

Minąw­szy sad, pan Clut­ter ruszył wzdłuż koryta rzeki - płyt­kiej w tym miej­scu i upstrzo­nej licz­nymi wysep­kami. Dawno temu, gdy Bon­nie "była jesz­cze w for­mie", w upalne nie­dzielne popo­łu­dnia na te wła­śnie śród­rzeczne łachy mięk­kiego pia­sku przy­no­sili pik­ni­kowe kosze i cała rodzina leniu­cho­wała, wpa­tru­jąc się w spła­wik, tkwiący nie­ru­chomo na powierzchni wody.

Do ziem pana Clut­tera, poło­żo­nych dwa i pół kilo­me­tra od szosy, pro­wa­dziły jedy­nie wąskie, mało znane drogi, w związku z czym mało kto tra­fiał tu przez przy­pa­dek. Teraz, zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nie, wyło­niła się grupa ludzi, a pies Teddy ruszył na nich z gło­śnym uja­da­niem. Teddy - dobry, czujny straż­nik, potra­fiący naro­bić okrop­nego hałasu - miał tylko jedną wadę: panicz­nie bał się widoku broni. Ponie­waż zaś tym razem intruzi byli uzbro­jeni, momen­tal­nie spu­ścił łeb i pod­ku­lił ogon. Nikt nie wie­dział, skąd się bie­rze to zacho­wa­nie, gdyż Teddy był znajdą przy­gar­nię­tym kilka lat wcze­śniej przez Keny­ona. Tym­cza­sem oka­zało się, że owi nie­po­żą­dani goście to piątka myśli­wych z Okla­homy, polu­ją­cych na bażanty. Sezon polo­wań na bażanty, przy­pa­da­jący na listo­pad, zwa­bia do Kan­sas tłumy łow­ców z sąsied­nich sta­nów, w związku z czym przez cały poprzedni tydzień liczne grupy męż­czyzn w kra­cia­stych czap­kach prze­mie­rzały te jesienne rów­niny, strą­ca­jąc desz­czem śrutu wypło­szone z kry­jó­wek stada mie­dzia­no­czer­wo­nych, utu­czo­nych ziar­nem pta­ków. Oby­czaj naka­zuje, by myśliwi - z wyjąt­kiem zapro­szo­nych gości - pła­cili wła­ści­cie­lowi ziemi za przy­jem­ność polo­wa­nia na jego tery­to­rium, lecz gdy przy­by­sze z Okla­homy się­gnęli do port­feli, pan Clut­ter tylko się roze­śmiał. "Nie jestem aż takim bie­da­kiem, na jakiego wyglą­dam. Pro­szę bar­dzo, poluj­cie sobie do woli", powie­dział. Potem zaś, dotknąw­szy daszka swej czapki, ruszył do domu i do swo­jej pracy, nie wie­dząc, że robi to po raz ostatni.

Podob­nie jak pan Clut­ter, młody męż­czy­zna, jedzący śnia­da­nie w kafejce Lit­tle Jewel, ni­gdy nie pijał kawy. Wolał nato­miast piwo korzenne. Pod poję­ciem odpo­wied­niej "wyżerki" naj­wy­raź­niej rozu­miał trzy aspi­ryny, zimne piwo korzenne i serię pall malli odpa­la­nych jeden od dru­giego. Sącząc piwo i zacią­ga­jąc się papie­ro­sem, stu­dio­wał roz­ło­żoną przed sobą na kon­tu­arze mapę - mapę Mek­syku Phil­lips 66 - lecz sku­pie­nie przy­cho­dziło mu z nie­ja­kim tru­dem, ponie­waż był umó­wiony z kolegą, a kolega się spóź­niał. Wyj­rzał przez okno na spo­kojną mało­mia­stecz­kową ulicę, z któ­rej ist­nie­nia jesz­cze wczo­raj nie zda­wał sobie sprawy. Ani śladu Dicka. Ale na pewno się zjawi - koniec koń­ców wła­śnie po to mieli się spo­tkać, żeby omó­wić pewien pomysł Dicka, jego "skok". A po jego wyko­na­niu - kie­ru­nek Mek­syk. Mapa miała postrzę­pione brzegi i tak czę­sto wodzono po niej pal­cem, że fak­turą przy­po­mi­nała irchę. Za rogiem ulicy, w jego pokoju hote­lo­wym leżały setki podob­nych map - sta­rych map wszyst­kich sta­nów, wszyst­kich pro­win­cji kana­dyj­skich, każ­dego kraju Ame­ryki Połu­dnio­wej - gdyż ów młody czło­wiek nie­ustan­nie odby­wał w marze­niach dale­kie podróże, z któ­rych część naprawdę miała miej­sce: na Ala­skę, Hawaje, do Hong­kongu. Teraz, po otrzy­ma­niu listu, będą­cego zapro­sze­niem do "skoku", zja­wił się tutaj, przy­wo­żąc na miej­sce cały docze­sny doby­tek: tek­tu­rową walizkę, gitarę, dwa wiel­kie pudła pełne ksią­żek, map, nut, wier­szy i sta­rych listów, ważą­cych chyba około ćwierć tony. (Dick, zoba­czyw­szy te pudła, onie­miał! "Boże święty, Perry, po co tar­gasz ze sobą te śmieci?" A Perry na to: "Jakie śmieci? Za jedną z tych ksią­żek wybu­li­łem trzy­dzie­ści dolców"). Tak się wła­śnie tu zna­lazł, w Ola­the w sta­nie Kan­sas. Śmie­chu warte, gdy się o tym pomy­śli; bo prze­cież znowu jest w Kan­sas, choć zale­d­wie cztery mie­siące wcze­śniej przy­siągł - naj­pierw Komi­sji Sta­no­wej do spraw Zwol­nień Warun­ko­wych, a potem samemu sobie - że ni­gdy wię­cej nie zjawi się w tym sta­nie. No cóż, i tak długo tu nie zabawi.

Mnó­stwo nazw na mapie ota­czały atra­men­towe obwódki. COZU­MEL, wysepka poło­żona nie­da­leko wybrzeży Juka­tanu, gdzie, jak wyczy­tał w jakimś męskim cza­so­pi­śmie, można "pozbyć się ciu­chów, wyszcze­rzyć zęby w uśmie­chu, żyć jak radża i zmie­niać dziew­czynki jak ręka­wiczki - a wszystko za pięć­dzie­siąt dola­rów mie­sięcz­nie!" Rów­nie mocno wryły się mu w pamięć dwa inne zda­nia z tego nie­zwy­kłego arty­kułu: "Cozu­mel jest twier­dzą, gdzie można się schro­nić przed wszel­kimi naci­skami spo­łecz­nymi, eko­no­micz­nymi i poli­tycz­nymi. Na tej wyspie żaden urzęd­nik nie wtyka nosa w niczyje pry­watne sprawy" oraz: "Co roku przy­la­tują z kon­ty­nentu wiel­kie stada papug, by tu wła­śnie skła­dać jaja". Z nazwą ACA­PULCO koja­rzyły mu się połowy ryb na otwar­tym morzu, kasyna i nie­na­sy­cone, bogate kobiety; SIERRA MADRE to było złoto i Skarb Sierra Madre, czyli film, który oglą­dał już osiem razy. (To był naj­lep­szy film Bogarta, cho­ciaż ten stary facet, co grał poszu­ki­wa­cza złota i przy­po­mi­nał Perry'emu wła­snego ojca, też był świetny. Wal­ter Huston. Tak, i to, co powie­dział Dic­kowi, było prawdą: Naprawdę wie­dział, jak szu­kać złota, bo jego ojciec, zawo­dowy poszu­ki­wacz, nauczył go wszyst­kich sztu­czek. Więc dla­czego nie mie­liby kupić pary jucz­nych koni i popró­bo­wać szczę­ścia w Sierra Madre? Ale Dick, ten prak­tyczny Dick, powie­dział wtedy: "Wol­nego, złotko, wol­nego! Znam tę bajeczkę. Na końcu wszy­scy świ­rują od gorączki, pija­wek i pod­łych warun­ków. A potem, pamię­tasz, jak już mieli złoto, przy­szedł wielki wiatr i wszystko zdmuch­nął?") Perry zło­żył mapę. Zapła­cił za piwo i pod­niósł się z krze­sła. Gdy sie­dział, można było pomy­śleć, że jest wiel­kim, sil­nym męż­czy­zną, z sze­ro­kimi barami, potęż­nymi ramio­nami i roz­ro­śnię­tym tor­sem kul­tu­ry­sty - bo i rze­czy­wi­ście pod­no­sze­nie cię­ża­rów było jego hobby. Jed­nak pewne czę­ści jego ciała były nie­pro­por­cjo­nalne do reszty. Jego maleń­kie stópki, ukryte obec­nie w krót­kich, czar­nych butach z meta­lo­wymi klam­rami, bez trudu zmie­ści­łyby się w deli­kat­nych dam­skich pan­to­fel­kach, a gdy wstał, oka­zało się, że jest wzro­stu dwu­na­sto­let­niego chłopca. Kro­cząc na tych swo­ich kar­ło­wa­tych nogach, wręcz gro­te­sko­wych w porów­na­niu z potęż­nym kor­pu­sem, nie przy­po­mi­nał już atle­tycz­nego kie­rowcy cię­ża­rówki, lecz raczej eme­ry­to­wa­nego, prze­kwi­tłego dżo­keja o nad­mier­nie roz­ro­śnię­tej musku­la­tu­rze.

Wyszedł­szy na ulicę, Perry przy­sta­nął w słońcu. Była za kwa­drans dzie­wiąta, a Dick powi­nien tu być już pół godziny temu. I pew­nie zupeł­nie by go to nie obe­szło, gdyby nie fakt, że to Dick wbi­jał mu w głowę, jak ważna będzie każda minuta tej doby. Zwy­kle czas mu się nie dłu­żył, gdyż wie­dział, czym go wypeł­nić - na przy­kład patrze­niem w lustro. Dick powie­dział kie­dyś: "Jak tylko widzisz lustro, zaraz wpa­dasz w trans, zupeł­nie jak­byś widział tam jakąś nie­ziem­ską dupę. Naprawdę ni­gdy ci się to nie nudzi?" Ani tro­chę - ba, wpa­dał w zachwyt, widząc swoją twarz. Wystar­czyło, że nie­znacz­nie tylko odchy­lił głowę, a zaraz dostrze­gał w niej coś nowego; była to twarz odmieńca. Pro­wa­dzone przed lustrem eks­pe­ry­menty nauczyły go peł­nego pano­wa­nia nad mimiką - jak zro­bić zło­wrogą minę, to znów szel­mow­ską albo roz­ma­rzoną; wystar­czyło nieco prze­chy­lić głowę albo skrzy­wić wargi, a zepsuty Cygan prze­kształ­cał się w łagod­nego roman­tyka. Jego matka była czy­stej krwi Indianką z ple­mie­nia Czi­ro­ke­zów i to wła­śnie po niej odzie­dzi­czył tę fio­le­to­wawą kar­na­cję, ciemne, wil­gotne oczy i czarne włosy, w które zawsze wcie­rał bry­lan­tynę i które były tak bujne, że zapew­niały mu dodat­kowo boko­brody i lśniącą grzywkę. Tak więc geny matki widoczne były na pierw­szy rzut oka, czego nie dało się powie­dzieć o genach ojca - pie­go­wa­tego, rudo­wło­sego Irland­czyka. Tu indiań­ska krew naj­wy­raź­niej wyru­go­wała więk­szość ele­men­tów cel­tyc­kich, zosta­wia­jąc jed­nak różowe wargi i lekko zadarty nos. Gdy śpie­wał, akom­pa­niu­jąc sobie na gita­rze, łobu­zer­skość i nadęty irlandzki ego­tyzm oży­wiały jego indiań­ską maskę, bio­rąc nad nią górę. Śpiew, jak rów­nież wizja tego, że robi to przed publicz­no­ścią, to był dla niego kolejny hip­no­ty­zu­jący spo­sób spę­dza­nia czasu. Wszystko odby­wało się nie­odmien­nie w tej samej sce­ne­rii - nocny klub w Las Vegas, jego rodzin­nym mie­ście. Wytworna sala, szczel­nie wypeł­niona roz­ma­itymi oso­bi­sto­ściami, przy­słu­chu­ją­cymi się z pod­nie­ce­niem nowej gwieź­dzie, która wyko­nuje z towa­rzy­sze­niem skrzy­piec swoją słynną wer­sję pio­senki I'll Be Seeing You, a na bis śpiewa wła­sną naj­now­szą bal­ladę:

Stada papug w każdy kwie­cień

Lecą w górze hen sta­dami

Barwne stada nad gło­wami.

Czyś ty sły­szał, boży świe­cie,

Śpiew, co wznosi się nad nami?

(Dick, gdy usły­szał tę pio­senkę po raz pierw­szy, powie­dział: "Prze­cież papugi nie śpie­wają. Raczej mówią. Albo wrzesz­czą. Ale na mur beton nie śpie­wają". Oczy­wi­ście Dick był bar­dzo, ale to bar­dzo pro­za­iczny - nie miał ani odro­biny zro­zu­mie­nia dla muzyki i poezji - lecz gdyby tak przyj­rzeć się temu wszyst­kiemu uważ­nie, to oka­za­łoby się, że wła­śnie ta pro­za­icz­ność Dicka i jego prag­ma­tyczne podej­ście do życia były naj­bar­dziej pocią­ga­jące dla Perry'ego, gdyż - w porów­na­niu z nim - Dick robił wra­że­nie praw­dzi­wego, nie­wzru­szo­nego twar­dziela, "faceta z krwi i kości".)

Jed­nak te mrzonki o Las Vegas - choć nie­wąt­pli­wie przy­jemne - bla­dły w obli­czu innych wizji. Od dzie­ciń­stwa, a przy­naj­mniej przez więk­szą część swo­ich trzy­dzie­stu jeden lat, zama­wiał sobie książki ("FOR­TUNA DZIĘKI NUR­KO­WA­NIU! Tre­nuj w domu w wol­nych chwi­lach. Szybko zaro­bisz mnó­stwo pie­nię­dzy, nur­ku­jąc bez ska­fan­dra. BEZ­PŁATNE BRO­SZURY..."), odpo­wia­dał na ogło­sze­nia ("ZATO­PIONY SKARB! Pięć­dzie­siąt praw­dzi­wych map! Nie­sa­mo­wita oferta..."), które roz­bu­dzały w nim chęć prze­ży­cia w rze­czy­wi­sto­ści tego, co nie­ustan­nie prze­ży­wał w wyobraźni: snu o tym, że powoli opada, coraz niżej i niżej, w głąb jakichś dziw­nych wód, że zapada się w mor­ski mrok, prze­śli­zgu­jąc się obok pokry­tych łuskami straż­ni­ków o dzi­kim spoj­rze­niu, pil­nu­ją­cych maja­czą­cego w pobliżu wraku okrętu - hisz­pań­skiego gale­onu, kry­ją­cego w sobie dia­menty, perły i skrzy­nie pełne złota.

Dźwięk klak­sonu. To Dick - naresz­cie.

- Na Boga, Kenyon! Prze­cież sły­szę.

Jak zwy­kle, w Keny­ona jakby wstą­pił dia­beł. Z dołu docho­dziły jego krzyki: "Nancy! Tele­fon!"

Nancy, ubrana w piżamę, zbie­gła boso po scho­dach. W domu były dwa tele­fony - jeden w pokoju, któ­rego ojciec uży­wał jako swo­jego biura, a drugi w kuchni. Ode­brała ten drugi.

- Halo! Ach, dzień dobry, pani Katz.

A pani Cla­rence Katz, żona far­mera miesz­ka­ją­cego przy szo­sie, powie­działa:

- Prze­cież mówi­łam two­jemu tatu­siowi, żeby cię nie budził. Powie­dzia­łam, że Nancy na pewno jest zmę­czona po tym cudow­nym przed­sta­wie­niu. Byłaś naprawdę wspa­niała, kocha­nie. A te białe wstążki w two­ich wło­sach! Albo ten moment, kiedy myśla­łaś, że Tomek Sawyer nie żyje - prze­cież mia­łaś w oczach praw­dziwe łzy! Cał­kiem jak w tele­wi­zji. Ale twój tatuś powie­dział, że czas, byś wstała; no cóż, już pra­wie dzie­wiąta. Ale do rze­czy, kocha­nie - otóż moja mała, moja mała Jolene, strasz­nie chce upiec pla­cek z wiśniami. Wiem, że jesteś mistrzy­nią w pie­cze­niu placka z wiśniami i zawsze zdo­by­wasz nagrody, więc zasta­na­wia­łam się, czy bar­dzo byś się pognie­wała, gdy­bym przy­słała ją do cie­bie dziś rano na krót­kie prze­szko­le­nie.

W zwy­kłej sytu­acji Nancy bez pro­blemu nauczy­łaby Jolene, jak przy­rzą­dzić cały obiad z indy­kiem, ponie­waż uwa­żała, że powinna pomóc, gdy młod­sze dziew­częta mają kło­poty z goto­wa­niem, szy­ciem, lek­cjami muzyki albo po pro­stu - co się czę­sto zda­rzało - chcą się pozwie­rzać. Jak znaj­do­wała czas, by "kie­ro­wać prak­tycz­nie całym, wiel­kim domem", a jed­no­cze­śnie być piąt­kową uczen­nicą, sta­ro­ściną klasy, stać na czele pro­gramu GSRZ, dosko­nale jeź­dzić konno, cudow­nie grać na for­te­pia­nie i klar­ne­cie, zdo­by­wać rok­rocz­nie nagrody na okrę­go­wych kier­ma­szach (cia­sta, prze­twory, haft, ukła­da­nie kwia­tów) - w jaki spo­sób dziew­czyna nie­spełna sie­dem­na­sto­let­nia potra­fiła wziąć tak dużo na swoje barki i - nie popa­da­jąc w zaro­zu­mia­łość - robić to wszystko ocho­czo i rado­śnie, było zagadką, nad którą łamała sobie głowę cała spo­łecz­ność mia­steczka, znaj­du­jąc na koniec jedyne wytłu­ma­cze­nie: "Ta dziew­czyna ma cha­rak­ter. Po ojcu". Bez wąt­pie­nia bowiem naj­bar­dziej wyra­zi­stą cechą jej cha­rak­teru - sta­no­wiącą pod­stawę całej reszty - był ide­al­nie wyostrzony zmysł orga­ni­za­cyjny, który odzie­dzi­czyła po ojcu. Każdy dzień był dro­bia­zgowo zapla­no­wany; wie­działa, co o któ­rej godzi­nie zacznie robić i jak dużo czasu jej to zaj­mie. I na tym wła­śnie pole­gał pro­blem tego ranka: cały dzień był aż zbyt dokład­nie zapla­no­wany. Zgo­dziła się już wcze­śniej, że dziecku innej sąsiadki, Roxie Lee Smith, pomoże poćwi­czyć solo na trąbkę, które Roxie Lee zamie­rzała zagrać pod­czas szkol­nego kon­certu, obie­cała matce, że zała­twi trzy dość skom­pli­ko­wane sprawy, a ponadto usta­liła z ojcem, że poje­dzie razem z nim do Gar­den City na spo­tka­nie GSRZ. Potem miała przy­go­to­wać obiad, a po obie­dzie dokoń­czyć sukienki dru­hen na ślub Beverly, które zapro­jek­to­wała i sama pod­jęła się uszyć. W takiej sytu­acji trudno było gdzieś upchnąć Jolene z jej lek­cją pie­cze­nia placka z wiśniami. Chyba że uda­łoby się jej coś odwo­łać.

- Pani Katz? Czy mogłaby pani chwi­leczkę pocze­kać?

Prze­szła przez cały dom do ojcow­skiego biura. Owo biuro, mające osobne wej­ście dla inte­re­san­tów, oddzie­lone było od salonu prze­su­wa­nymi drzwiami. Cho­ciaż pan Clut­ter od czasu do czasu dzie­lił je z Geral­dem Van Vle­etem, mło­dym czło­wie­kiem, który poma­gał mu w zarzą­dza­niu farmą, było ono zasad­ni­czo jego azy­lem - upo­rząd­ko­wa­nym schro­nie­niem, oazą wyło­żoną orze­cho­wym for­ni­rem - gdzie mając przy sobie baro­me­try, wykresy ilu­stru­jące krzywą opa­dów oraz lor­netkę, zasia­dał niczym kapi­tan w swo­jej kabi­nie, niczym nawi­ga­tor pro­wa­dzący farmę River Val­ley przez mie­li­zny zmie­nia­ją­cych się pór roku.

- Żaden pro­blem - zawy­ro­ko­wał, wysłu­chaw­szy Nancy. - Odpuść sobie spo­tka­nie GSRZ, a ja pojadę z Keny­onem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki