Z zimną krwią - Robert Foryś

-
Proszę czekać

Prolog

październik 1763

Kapitan Hieronim Woyski z królewskiego regimentu dragonów uniósł szablę, oddając salut stojącemu naprzeciwko niego porucznikowi gwardii. Gest ten wykonał z ostentacyjną wzgardą, świadom, że młody baronet jest mężczyzną dumnym i zapalczywym, przesadnie czułym na punkcie okazywanego mu szacunku.

Porucznik Howard zacisnął wąskie usta, okryte rzadkim wąsikiem, i zgodnie z oczekiwaniem kapitana ruszył do gwałtownego ataku, z zamiarem obejścia oficera dragonów z boku. Poruszał się szybko i pewnie, z gracją wypracowaną przez setki godzin spędzonych na ćwiczeniu szermierki w rodzinnej posiadłości.

Woyski cofał się półkolem, odpierając ponawiane ataki, czekając na błąd młodego oficera. Szybko zorientował się, że styl walki Howarda, choć technicznie bez zarzutu, pozbawiony jest brutalnego pierwiastka, jaki zyskuje się, walcząc o życie na polach bitew. Porucznik nie miał jeszcze okazji, by odebrać tę naukę.

Na wojnę, która zakończyła się ledwie rok wcześniej, nie zdążył z racji zbyt młodego wieku. Patent oficera w elitarnym pułku gwardyjskim zawdzięczał matce, baronowej Howard, osobie poważanej na dworze i spokrewnionej z generałem Stanhope'em, hrabią Harrington, i fakt ten tkwił niczym drzazga w sercu młodego szlachcica, powodując nadmierną drażliwość na punkcie własnej wartości. Właśnie tę słabość bezlitośnie wykorzystywał Woyski, prowokując porucznika kilkoma zręcznymi ripostami.

Howard odpowiedział pchnięciem, klingi zwarły się z ostrym zgrzytem. Woyski jakby na to czekał, ugiął kolana i uderzył przeciwnika barkiem w pierś, wytrącając go z równowagi. Gwardzista cofnął się pół kroku, usiłując desperacko utrzymać pozycję. Woyski pchnął od dołu, celując w udo porucznika. Howard zbił atak, lecz uczynił to w ostatnim momencie. Kapitan natarł na niego, tnąc ze świstem rześkie, poranne powietrze. Szable zderzyły się, wydając serię przenikliwych brzęków.

Howard cofnął się o kolejny krok, potem następny. Jego obrona stała się chaotyczna, a oblicze zeszpeciła panika. Woyski przesunął ciężar ciała na wykroczną nogę i zakończył sekwencję cięciem w bark, z zamiarem zranienia przeciwnika. Nie chciał zabijać dobrze ustosunkowanego młodzika, wystarczyło mu, że da porucznikowi bolesną nauczkę.

To był błąd, który mógł kosztować go życie.

Howard piekielnie szybkim zwodem umknął spod ostrza i skontrował desperacko, celując w pierś kapitana. Woyski instynktownie rzucił się w tył, odbił śmiertelny atak i nim rozum pohamował jego dłoń, wbił klingę w szyję nadmiernie wychylonego przy wypadzie przeciwnika. Trysnęła krew, plamiąc śnieżnobiałą koszulę młodego baroneta.

Woyski nie musiał patrzeć na efekt swego cięcia, by wiedzieć, że właśnie zabił. Zresztą śmierć młodzieńca nie poruszyła go zbytnio. Kapitan martwił się raczej kłopotami, jakie nieuchronnie ściągnął sobie na głowę tym czynem. Było więcej niż pewne, że baronowa użyje wszystkich koneksji, aby zemścić się na człowieku, który zabił jej jedynego syna.

Oczywiście cały pojedynek odbył się wedle prawideł i zasad kodeksu honorowego, o czym mogli zaświadczyć sekundanci obu stron: porucznik Rose z pułku grenadierów i porucznik Werder z trzeciego szwadronu dragonów. Woyski jednak wątpił, aby miało to jakiekolwiek znaczenie dla pogrążonej w żałobie matki.

Spojrzał na dwóch sekundantów pochylających się nad drgającym ciałem, bardziej chyba dla formalności niż powodowanych nadzieją, że ostatni męski potomek rodu Howardów ma szansę przeżyć. Panowie oficerowie wymienili szeptem uwagi i wyprostowali się.

Woyski ukłonił się porucznikowi Rose, który spojrzał nań groźnie, lecz nie mogąc uczynić nic więcej, odwzajemnił tylko płytki ukłon.

Kapitan wymienił jeszcze szybkie spojrzenie z Werderem i odwrócił się. Swobodnym krokiem podszedł do wysokiego sługi, oczekującego na boku, kilkanaście jardów od miejsca pojedynku. Czerny odebrał szablę i oddał mu płowożółtą kurtkę i czerwony płaszcz. Następnie wręczył oficerowi trójgraniasty kapelusz oblamowany srebrnym sznurowadłem.

Woyski, patrząc na symbol szwadronu, poczuł gniecenie w piersi. Pomyślał o wszystkich kłopotach, jakie ściągnął sobie na głowę od momentu zakończenia wojny. Po siedmiu latach walk i ryzykowania głową garnizonowe życie nudziło go, więcej, napawało obrzydzeniem. Kapitan czuł, że nie jest stworzony do koszarowej nudy i całowania tyłków arystokratycznych przełożonych. Szukał więc ucieczki w winie, kartach i kobietach lekkich obyczajów, lecz taki styl życia psuł mu opinię i utrudniał awans w ksenofobicznej i niechętnej obcym angielskiej armii. Dlatego szczerze ucieszył się, gdy jego szwadron dostał nowe zadanie. W przyszłym miesiącu mieli wypłynąć do amerykańskich kolonii, kraju, który już znał i polubił podczas dwóch lat spędzonych za oceanem, kiedy walczył z Francuzami w Quebecu.

A teraz znów narobiłem sobie kłopotów - pomyślał z rozdrażnieniem i nałożył trikorn na głowę.

Przeniósł wzrok na płynącą kilkadziesiąt metrów dalej rzekę Welland, toczącą wody przez łąki wokół Stamfordu, gdzie zatrzymał się jego oddział w drodze na południe.

Pech chciał, że wczoraj do miasteczka przybył przejazdem porucznik Howard, spiesząc na przepustce w odwiedziny do swej matki hrabiny. Zatrzymał się w jedynej gospodzie mogącej godnie ugościć arystokratę i natknął się tam na Woyskiego. Młody baronet nie mógł darować kapitanowi dragonów sprawy swej narzeczonej, która, jak głosiła plotka, darzyła Woyskiego szczególną przyjaźnią. Drażliwy i dumny młokos nie potrafił znieść tych pogłosek i już dwukrotnie wyzywał kapitana na szable. Za każdym razem rozlewowi krwi zapobiegał któryś z kompanów krewkiego młodzika, gdyż mroczna reputacja otaczająca Woyskiego była powszechnie znana. Tym razem zabrakło osoby mogącej powstrzymać Howarda. Próbował uczynić to porucznik Rose, towarzyszący w podróży baronetowi, jako że ich rodzinne majątki sąsiadowały ze sobą, jednak bezskutecznie. Ostatecznie zgodził się być sekundantem Howarda i teraz na jego barki spadł obowiązek powiadomienia hrabiny o losie syna. Woyski niemal współczuł mu tego ciężaru.

Spojrzał w pochmurne niebo, a potem zerknął ostatni raz na zabitego młodzika. Ten widok poprawił mu humor. Żył i do niego należała przyszłość, jaka by ona nie była. W ostatecznym rachunku nic innego się nie liczyło.

Zza szarej peleryny deszczu, otulającej nadbrzeżny trakt do Plymouth, wyłoniła się kolumna królewskich dragonów. Kapitan Woyski otarł dłonią wilgoć zalewającą oczy i przez chwilę przyglądał się potężnym wapiennym murom Royal Citadel, górującym nad brzegiem kanału portowego. Twierdzę wzniesiono sto lat wcześniej, by chroniła miasto i jednocześnie przypominała jego obywatelom o lojalności wobec korony. Z potężnych bastionów celowały w niebo lufy armat, a w ich cieniu kulili się przemoczeni artylerzyści.

Woyski przesunął wzrok po nadbrzeżu, gdzie cumował statek niewolniczy powracający z ładunkiem kolonialnych towarów. Pokład żaglowca przeszukiwali żołnierze straży portowej poszukujący kontrabandy, podczas gdy kilkudziesięciu marynarzy skupiło się w gromadę przy sterburcie, czekając, aż kapitan rozmówi się z radcą celnym.

Najwyraźniej negocjacje nie przebiegały po myśli dowódcy okrętu, gdyż gestykulował gniewnie, tłumacząc coś niskiemu urzędnikowi i co chwilę wskazując na moknący na pokładzie ładunek. Radca, stojąc pod parasolem trzymanym przez wysokiego młodzieńca, wydawał się ignorować dwakroć od siebie większego wilka morskiego.

Woyski dał znak i kawalkada jeźdźców ruszyła w kierunku wielkiej bramy opatrzonej mostem zwodzonym. Gdy szwadron dotarł do koszar, na kapitana czekał już sierżant z rozkazem stawienia się w siedzibie dowódcy garnizonu. Woyski przekazał obowiązki porucznikowi Werderowi, a sam pośpieszył zameldować się u pułkownika Henry'ego Seymoura.

Obszerny murowany budynek komendantury wybudowano w pobliżu koszar. Tam też urządzono przytulne kasyno, gdzie przy obsłudze panów oficerów pracowały przybyłe za wojskiem markietanki.

Oficjalnie brytyjskie wojsko było wzorem porządku i cnót, lecz pod tą skorupą purytanizmu kryły się zwyczaje i przywary wszystkich armii świata. Woyski służył pod pułkownikiem Seymourem podczas walk w Hesji i wiedział, że ten stary wyga, choć dba o dyscyplinę, potrafi przymknąć oko na drobne grzeszki swych podkomendnych. Kapitan postanowił wykorzystać ten fakt - zaraz po wizycie u pułkownika zamierzał odwiedzić kasyno, by umówić się z paroma oficerami na wieczorną grę w karty.

Plymouth było miastem zamieszkałym przez bogobojnych ewangelików i nie mogło zapewnić godziwej rozrywki kulturalnym ludziom. Wprawdzie rok wcześniej otworzono tu pierwszy teatr, lecz wciąż brakowało przyzwoitej sali tanecznej, gdzie dżentelmeni mogliby spotykać się z pannami. Tak więc panom oficerom czas po służbie wypełniały igraszki z dziwkami zatrudnionymi w kasynie, alkohol i hazard. Woyski z zasady nie gardził żadną z tych atrakcji, choć na nadchodzący wieczór szczególne nadzieje pokładał w kartach. Skromna pensja oficerska wypłacana przez króla nie starczała na prowadzenie życia na poziomie, do jakiego przywykł, a łupy wojenne już dawno zostały pochłonięte przez nieobyczajne rozrywki, którym hołdował od chwili, gdy ukończył dziewiętnaście lat.

Woyski liczył, że przybycie szwadronu do Plymouth rozproszy ciemne chmury zbierające się nad jego głową. Przez to portowe miasto codziennie płynął strumień złota z Indii Zachodnich i kolonii amerykańskich. Większość zatrudnionych w porcie urzędników i oficerów czerpało z tego handlu pokątne zyski, czy to biorąc łapówki od kapitanów i kupców, którzy chcieli uniknąć płacenia cła, czy też wprost okradając skarbiec króla Jerzego. Kapitan dragonów nie mógł wymarzyć sobie lepszego miejsca, gdzie mógłby zdobyć środki na spłacenie długów, a nawet zgromadzić małą fortunkę na przyszłość. Woyski był bowiem urodzonym hazardzistą, i to najlepszego rodzaju. Rzadko kiedy przegrywał, a gdy już to czynił, to dla podtrzymania wśród graczy pozoru, że i jego można ograć.

Gdy kapitan dotarł na miejsce, deszcz przeszedł w mżawkę i zza chmur wyszło słońce, oświetlając górującą nad cytadelą dzwonnicę kościoła Świętej Katarzyny. Zostawił konia na dziedzińcu, pod opieką pierwszego żołnierza, jakiego napotkał, po czym wkroczył do holu.

Na widok munduru oficera pełniący wartę grenadierzy wyprężyli się jak na defiladzie. Woyski minął ich i niezatrzymywany, ruszył korytarzem prowadzącym do gabinetu pułkownika Seymoura.

Tam, ku swemu zaskoczeniu, natknął się na dwóch wysokich, barczystych mężczyzn, uzbrojonych w kordy i pistolety. Ubrani byli po cywilnemu, lecz coś w ich postawie sugerowało kapitanowi, że ma przed sobą żołnierzy. Wyglądali na zabijaków: ponurych, twardych i śmiertelnie groźnych.

Jednak w angielskiej armii, do której rekruci rzadko trafiali z własnej woli, łamano batem najbardziej zatwardziałe charaktery i oficer zawsze budził wśród podkomendnych strach i szacunek. Woyski obrzucił mężczyzn gniewnym wzrokiem, licząc, że samo to wystarczy, by ich poskromić. Jednak twarze drabów pozostały niewzruszone, co więcej, żaden nie zadał sobie nawet trudu, by zasalutować oficerowi.

- Ktoście, panie? - zapytał ten po lewej, patrząc bezczelnie w oczy szlachcicowi.

Kapitan poczuł, jak jego palce zaciskają się na rękojeści szabli.

- Kapitan Hieronim Woyski - rzucił gniewnie.

Drab skinął głową, jakby spodziewał się, że usłyszy to nazwisko, obrócił się, zapukał do drzwi i nie czekając na zaproszenie, wszedł do środka. Wrócił po krótkiej chwili, oszczędnym gestem dłoni zaprosił kapitana do gabinetu i gdy tylko Woyski przekroczył próg, zamknął za nim drzwi.

Za dębowym biurkiem pułkownika siedział niewysoki, szczupły mężczyzna o bladej, gładko wygolonej twarzy. Sądząc po świetnie skrojonym stroju i znakomitej peruce, człowiek ten był bogaty, a przy tym dość wpływowy, by bezceremonialnie rozsiadać się na krześle dowódcy garnizonu. Tajemniczy mężczyzna przez kilkanaście sekund przyglądał się kapitanowi świdrującym spojrzeniem drapieżnego ptaka.

Woyski poczuł się niezręcznie, lecz zaraz wzięła w nim górę uraza.

- Kim jesteś, panie? - zapytał szorstko.

Przez usta nieznajomego przemknął cień uśmiechu.

- Edward Brook, radca dworu - przedstawił się cichym, zmuszającym do uwagi głosem. - A teraz proszę, spocznij, kapitanie - rzekł, wskazując dłonią na krzesło stojące przy biurku.

Woyskiego naszło paskudne podejrzenie.

Para drabów na korytarzu i ten elegant o zimnym spojrzeniu śmierdzieli mu Tajną Radą. Zadał sobie pytanie, czy wpływy lady Howard mogły sięgać aż tak wysoko. Niestety, nie mógł tego wykluczyć. Pomyślał o twierdzy Tower, cieszącym się ponurą sławą wiezieniu, gdzie trafiali już ludzie potężniejsi od niego.

Uspokój się, jesteś szlachcicem i oficerem - nakazał sobie w duchu i użył wszystkich sił, aby ukryć szarpiący nim niepokój.

Posłał radcy wrogie spojrzenie i zajął wskazane miejsce.

- W czym mogę ci pomóc, panie? - zapytał.

Brook, który przez cały czas nie spuszczał oczu z oficera, pochylił się nad biurkiem, oparł łokcie o blat, a potem złożył dłonie, jakby chciał odmówić pacierz.

- Mamy z tobą kłopot, kapitanie - stwierdził z nieskrywaną troską w głosie. - Pięć pojedynków w przeciągu dwóch lat, wszystkie zakończone zgonem przeciwników. - Radca zamilkł i rozłożył ręce w nieco teatralnym geście. - Sam przyznasz, kapitanie, że to dość niefortunne.

- Gdzie człowiek wyciąga ostrze, tam musi polać się krew, tak mawiał mój ojciec - odparł szorstko Woyski.

Brook popatrzył na oficera nieruchomym wzrokiem.

- Tak, to prawda, kapitanie, choć lady Howard nie wykazuje podobnego zrozumienia dla śmierci swego jedynego syna.

- Pojedynek był uczciwy, porucznik Rose z pewnością o tym zaświadczył. Obaj mieliśmy równe szanse.

- Doprawdy, kapitanie? - Radca nawet nie starał się ukryć powątpiewania. - Dotychczas ratował cię z opresji nimb bohatera wojennego. Zostałeś awansowany przez samego generała Mannersa na polu bitwy pod Vellinghausen, a i w następnych kampaniach wykazałeś się walecznością i odwagą. Tym razem jednak to może nie wystarczyć. Baronowa domaga się sprawiedliwości, jak raczyła to nazwać.

Woyski zmarszczył gniewnie brwi.

- Czemu mi pan o tym mówi? - zapytał oschłym tonem.

- Chcemy, abyś kapitanie sam złożył rezygnację, opuścił armię.

A więc o to chodzi - pomyślał Woyski ze złością. W ten sposób oszczędzi im problemów i skandalu. Tylko co miałby robić, gdy odejdzie ze służby? Od lat wiódł życie uciekiniera bez ojczyzny i przeszłości. Majątku czy oszczędności nie miał prawie wcale, a to, co dostawał od króla, wydawał od razu na kochanki, alkohol i karty.

- A jeśli tego nie uczynię? - zapytał zaczepnie.

- Zostaniesz, kapitanie, zwolniony dyscyplinarnie i aresztowany - odparł beznamiętnie Brook.

Woyski poczuł nieodpartą chęć, by rzucić się na tego dworaka i potrząsnąć nim porządnie. Zacisnął usta, hamując z trudem kłębiący się w nim gniew. Rozluźnił zaciśnięte w pięść palce i spojrzał w zimne oczy radcy.

- Co na to pułkownik Seymour?

- Został odwołany z dowództwa pułku za krytykowanie pokoju zawartego przez króla z Francuzami.

Usłyszawszy tę nowinę, Woyski zrozumiał, że jego kariera w armii jest złamana. Nie zamierzał jednak dawać temu angolowi łatwej satysfakcji.

- Rozważę twą propozycję, panie - rzucił szorstko, po czym zebrał się, by stanąć na nogi.

Brook powstrzymał go niecierpliwym gestem uniesionej dłoni.

- Proszę siadać, kapitanie, to jeszcze nie koniec - rzekł rozkazującym tonem. - Musisz zrozumieć wagę swego położenia. Gdyby nie ciche poparcie, jakiego udzielił panu generał Manners, już w tej chwili byłbyś aresztowany. Masz dwa dni, aby opuścić Anglię. Więc jak?

Wzrok radcy zdawał się przewiercać kapitana na wylot. Woyski zastygł w bezruchu.

Z zaskoczeniem uświadomił sobie, że teraz, gdy nie miał już wyjścia, myśl o opuszczeniu angielskiej służby wydała się mu nadspodziewanie kusząca. Koniec z nudnym koszarowym życiem, garnizonowymi kurwami i ciągłą obawą przed zemstą lady Howard.

Podjął szybką decyzję.

- Pojutrze opuszczę wyspę, panie Brook - rzekł ustępliwie, myśląc już tylko o czekającej go pracowitej nocy przy kartach w kasynie.

Szczupłe oblicze radcy rozpogodziło się.

- Doskonale, kapitanie. Jeszcze dziś złoży pan prośbę o zwolnienie ze służby, która zostanie natychmiast przyjęta. Tak z ciekawości, gdzie się udasz, panie?

Woyski zawahał się, nagle dotarło do niego, że zna odpowiedź na pytanie zadane przez radcę.

- Wracam do kraju. Na Litwę.

Księga 1

19 miesięcy później

Dzień był jasny, lecz nie upalny, dzięki powiewom chłodnego wiatru. W popołudniowym wiosennym słońcu mieniły się wszelkie kolory natury: zieleń lasów, złoto pól pilnowanych przez ciche grusze i srebro łąk upstrzonych barwnym kobiercem świerzopu, dzięcieliny i innego dzikiego ziela.

Z trawy porastającej brzeg rzeczki, co błękitną wstęgą przecinała miedzę, poderwało się rozkrzyczane stado cyranek i skręciło w stronę opadającego ku zachodowi słońca. Każdy podróżnik, co zawitał w te strony, mógł zaświadczyć, jak piękna, urodzajna - a więc i szczęśliwa - jest ta kraina. Tym bardziej nienaturalnie brzmiały w rozgrzanym powietrzu trzaski bicza i towarzyszące im krzyki katowanego człowieka.

Dwóch podróżujących traktem jeźdźców wstrzymało wierzchowce oraz truchtającego za nimi jucznego konia, wsłuchując się w mrożące krew w żyłach odgłosy, dochodzące z podwórza przydrożnej austerii. Stajnie, oborę i szopy gospodarcze rozstawiono w pewnej odległości od siebie, tak by w razie pożaru ogień nie strawił całego dobytku. Nad podwórkiem, niczym wielki zielony parasol, rozpościerała się korona starego klonu.

Woyski przez długą chwilę przypatrywał się zabudowaniom, po czym spojrzał na towarzyszącego mu sługę, który zdążył już sięgnąć po rusznicę, zwykle wożoną przy kulbace.

- Tylko na mój rozkaz, Stiepan - przykazał spokojnym głosem.

Czerny skinął głową, po czym oparł lufę o łęk siodła.

Skierowali wierzchowce w stronę zabudowań, minęli przydrożny krzyż i już byli przed parterową gospodą o łamanym dachu i ścianach z drewnianych belek, zamykającą południową część placu. U koniowiązu przed stajnią czekały cztery okulbaczone wierzchowce. Ich właściciele zgromadzili się wokół nagiego mężczyzny, który zwisał z liny przerzuconej przez konar klonu. Jeden koniec powrozu oplatał nadgarstki skazańca, a drugi obwiązano wokół pnia, tak że ofiara szurała bosymi stopami o ziemię. Szerokie, umięśnione plecy, pośladki i uda skazańca przecinały ślady po chłoście, a z ran sączyła się krew. Porośnięta kołtunem głowa opadała na pierś jak u człowieka, który stracił przytomność.

Gdy tylko wjechali między zabudowania, oprawcy obrócili się w ich kierunku. Woyski ocenił w myślach tych ludzi. Sprawiali wrażenie niebezpiecznych, obytych z bronią, niewahających się używać noszonego u boku oręża. Szczególnie groźne wrażenie robił wielki grubas o nalanym obliczu, rozebrany do samych fałdzistych i przestronnych portek wyłożonych na wierzch butów o żółtych cholewach. To on trzymał bicz z drewnianą rękojeścią i grubym, wijącym się po ziemi rzemieniem.

Tuż obok niego stał chudy rudzielec w żupanie, uzbrojony w pistolet i szablę, a kilka kroków dalej dwóch drabów w samych koszulach i portkach, spod których wystawały znoszone czarne trepy. Jeden, półkrwi Tatar, miał przypasany do boku sajdak, a w ręku łuk, drugi ściskał w łapach rusznicę o długiej lufie. Rzut oka wystarczył Woyskiemu, by stwierdzić, że był to pruski karabin, niechybnie jeden z tych, jakie tysiącami trafiły do Rzeczpospolitej po wojnie siedmioletniej. Wówczas to wojujący z królem pruskim Fryderykiem II Moskale odebrali jego wojskom wielką ilość broni, którą następnie w znacznej części posprzedawali w Polsce. Niemało ich dostało się też w polskie ręce od licznych w armii cesarskiej dezerterów.

Podjechali bliżej klonu i wstrzymali konie. Woyski wypuścił wodze, oparł dłonie blisko olstrów z pistoletami. Kątem oka dostrzegł, że Czerny przesunął na łęku lufę rusznicy, mierząc w mężczyznę trzymającego bicz.

Woyski wywnioskował, że szlachtą są tu rudzielec i grubas i z nimi trzeba gadać.

- Biję czołem waszmościom - przywitał się.

- Witaj, waszmość - odparł rudzielec, lustrując odzianego po cudzoziemsku przybysza zimnym wzrokiem. - Nazywam się Walery Kornacki - przedstawił się, po czym wskazał na tłuściocha bawiącego się biczem - a to mój szwagier, pan Jacek Dobrzyński.

- Rotmistrz Hieronim Woyski - odparł, licząc w duchu, że szarża oficerska wywrze wrażenie na rozmówcach.

Kamraci wymienili ukradkowe spojrzenia.

- Skąd droga waszeci prowadzi? - zapytał pan Dobrzyński.

- Z Tarnopola - odpowiedział zgodnie z prawdą Woyski.

- A byłem, byłem - pochwalił się szlachcic, z dumą człowieka światowego. - Piękne to miasto, zamożne.

Woyski przytaknął uprzejmie głową, choć dla niego Tarnopol nie był niczym więcej niż zadbaną mieściną. W Rzeszy, Niderlandach czy Anglii takich miasteczek istniały tysiące i tylko tu, w Rzeczypospolitej, gdzie panował nierząd i zacofanie, siedziba rodu Flemingów mogła być postrzegana jako prawdziwa perła.

- Nie strach waszmości w tak nikłej sile podróżować? - wtrącił rudzielec z chytrym błyskiem w oczach. - Tu, na Polesiu, wielu zbiegłych chłopów i dezerterów carskich po lasach się kryje. Zbierają się w kupy i po gościńcach szlachtę zabijają niczym hajdamacy, a i Cyganie potrafią się w puszczy taborem rozstawić, by potem podróżnych mordować.

Słuchając tej tyrady, Woyski w mig pojął, że szlachcic nie zbiegłego chłopstwa radzi mu się wystrzegać, tylko wsadzania nosa w nie swoje sprawy. Postanowił udać, że nie zrozumiał zawartego w słowach szlachetki ostrzeżenia.

- Co uczynił ten człowiek? - zapytał, wskazując na umęczonego mężczyznę.

- To chłop zbiegły z dóbr pana Tarłowskiego, w którego służbie jesteśmy - wyjaśnił grubas z biczem.

Hieronim ponownie przypatrzył się skazańcowi. Było oczywiste, że jeśli będą go dalej katować, nie przeżyje. Jednak oprawców to nie obchodziło, chłop należał do pana, ciałem i duszą. Jeśli właściciel miał potrzebę czy ochotę, mógł sprzedać poddanego z ziemią lub bez niej, jak krowę czy świnię.

Woyski zerknął na Stiepana. Sługa z kamienną twarzą wpatrywał się w zawieszonego na linie człowieka. Tylko jego błękitne oczy były zimne jak sople lodu.

Rotmistrz samym wzrokiem zmusił sierżanta, by ten spojrzał na niego. Pokręcił głową w niemal niewidoczny sposób.

- Zatrzymamy się tu na posiłek - zadecydował na głos.

Skierowali konie w stronę stajni, zsiedli z siodeł i zajrzeli do cienistego wnętrza. Znaleźli tam parobka, który przez szparę między deskami obserwował kaźń. Podrostek spojrzał lękliwie na Czernego i zbliżył się niechętnie, skulony i czujny jak pies, co zaznał już zbyt dużo razów.

Woyski nie dziwił się takiej reakcji u młodzika; wielu mężczyzn traciło odwagę w obecności Stiepana. Wysoki, chudy, a przy tym barczysty sługa wyglądał jak niedźwiedź po zimowym śnie. Groźnego wyglądu dopełniała twarz: czerstwa, pocięta bliznami i śladami po niezliczonej ilości stoczonych bójek.

Rotmistrz wyjął z trzosa drobną monetę i wręczył chłopakowi z przykazaniem, by zadbał należycie o konie. Lata spędzone na tułaczce nauczyły go, że zapłata lepiej motywuje ludzi do pracy niż przymus i bicie. Broń, co ją wozili przy kulbakach, zabrali ze sobą.

Gdy wyszli na podwórze, Hieronim ujrzał, jak Tatar podniósł wiadro i chlusnął wodą na skatowanego mężczyznę. Chłop ocknął się, potrząsnął głową i zajęczał, co zostało przywitane przez oprawców wesołymi okrzykami.

- Nie nasza to rzecz - mruknął Woyski, widząc, jak Stiepan naprężył mięśnie.

Sługa drgnął i tylko skinął głową.

Rotmistrz ruszył do karczmy, nie oglądając się za siebie, choć aż do drzwi czuł na karku wzrok stojących pod klonem mężczyzn.

Zawiasy lekko zaskrzypiały, gdy wkroczyli do budynku. Z dworu wchodziło się od razu do obszernej sali z czterema oknami, teraz zatrzaśniętymi. Po prawej stronie od wejścia stała lada pełniąca funkcję szynkwasu: solidna, zbita z dobrze heblowanych desek. Ławy dla gości stały rzędami i tylko przy końcu sali, na podwyższeniu, ustawiono stół na sześć krzeseł dla panów wielmożnych, aby ci w towarzystwie zagonowej szlachty, czy zgoła chamów, siedzieć nie musieli. Wprawne oko Woyskiego dostrzegło w pomieszczeniu kurz i pajęczyny. Najpewniej znak, że ostatnimi czasy w oberży nie bywało za wielu gości. Gdy tylko znaleźli się w sali, z kąta przy piecu poderwał się Żyd i ruszył w ich stronę, bijąc pokłony.

- Powitać, powitać najjaśniejszych panów - zahuczał.

Woyski skinął łaskawie głową.

- Co masz świeżego, Żydzie? - zapytał.

Oberżysta zastygł w pół ruchu, przez szczupłą, brodatą twarz przemknęła fałszywa obraza. Przekrzywił głowę niczym sroka siedząca na płocie.

- U mnie wszystko świeże, dopiero co z uboju, wielmożny panie. Mincel uczciwy Żyd, nie szachraj.

Woyski udał, że ufa tym zapewnieniom; wyjął dwa złote polskie z sakiewki i wcisnął Żydowi w łapę.

- To zadatek - oznajmił. - Będzie suto i smacznie, dostaniesz więcej. Tylko szybko, bośmy wielce strudzeni.

Starozakonny zerknął na otrzymaną zapłatę i rozpromienił się na widok monet. Woyski nie zdziwił się taką reakcją oberżysty; iluż to panów lubiło zjeść czy popić tęgo po zajazdach, a jak przychodziło do płacenia, kazało pachołkom wysmagać batem natrętnego arendarza.

- Wielmożni panowie zajmą miejsce, zaraz węgrzyna przyniosę, najlepszego, jakiego mam - zapewnił Mincel i potruchtał ku ladzie.

Rotmistrz rozejrzał się ponownie po wnętrzu, po czym wybrał miejsce na podwyższeniu, zaraz przy oknie wychodzącym na lasek. Złożył sztucer i pasy z olstrami na ławę obok. Następnie zdjął dwurzędowy płaszcz, zapinany na płaskie mosiężne guziki, odsłaniając długą kamizelkę z jednobarwnego sukna, o ściętych z przodu połach i wykładanym kołnierzu i klapach, oraz pałasz i parę krócic o kolbach z orzecha i mosiężnych okuciach umieszczonych w kaburach przy fintpasie. Tę broń również położył na ławie, w zasięgu ręki, a potem umościł się na siedzisku tak, aby widzieć drzwi karczmy.

Stiepan, nim usiadł, także zrzucił z siebie podróżny płaszcz, pod którym nosił kaftan ze skóry jelenia i płócienne spodnie. Na biodrach miał pas szeroki, przy którym przymocowano dwie pochwy z nożami. Z długiej broni używał claymore'a, pałasza z koszem dla ochrony dłoni, wywodzącego się z dwuręcznych mieczy szkockich górali. Była to broń masywna i toporna, lecz w ręku szermierza o odpowiednim wzroście i sile śmiertelnie skuteczna.

Minęła chwila i na stole pojawił się garniec z winem oraz cynowe kufle. Widok takiej ilości broni wywołał bladość na twarzy karczmarza, który migiem zniknął na zapleczu, by przygotować coś treściwszego.

Trunek okazał się całkiem do rzeczy, jak na przydrożną austerię. Woyski chętnie oddałby się radości płynącej z konsumpcji napitku, lecz przeszkodziły mu w tym nagły trzask bicza i krzyk katowanego mężczyzny. Zerknął na sługę.

Czerny zacisnął szczęki i odstawił kufel. Z zaciętą miną wbił wzrok w okno. Woyski westchnął ciężko, oparł się plecami o chłodną ścianę. Wiedział, że nie mogli pomóc temu człowiekowi bez jawnego złamania prawa, a to nie wchodziło w rachubę.

Siedzieli więc, milcząc, wsłuchując się w odgłosy odbywającej się na podwórzu kaźni.

Szczęśliwie te rychło umilkły, Hieronim domyślił się, że chłop oddał ducha. Wbił wzrok w drzwi wejściowe, spodziewając się, że oprawcy zechcą przepłukać gardło po krwawej robocie, ale mężczyznom chyba się spieszyło.

Z dworu dobiegły ich wzburzone okrzyki, parskanie koni i cichnący tętent kopyt.

Woyski rozluźnił napięte ramiona i cofnął dłoń z kolby pistoletu.

Stiepan wstał z ławy i podszedł do okna, wychodzącego na plac studzienny. Przez moment wpatrywał się w widok za szybą, po czym spojrzał na rotmistrza.

- Ubili go i na drzewie uwieszonego zostawili - oznajmił bezbarwnym głosem i powrócił do stołu. - Trzeba będzie człowieka pochować.

Woyski skinął głową, świadom, ile kosztowała Czernego prezentowana obojętność.

Zaraz potem pojawił się karczmarz, niosąc misy z jadłem. Rotmistrz spojrzał podejrzliwie na pieczonego kurczaka oraz kaszę obficie zaprawioną kawałkami wieprzowiny. Stiepan powąchał potrawy, co wywołało kolejny grymas urazy na obliczu Żyda. Czerny skinął głową do Woyskiego, że da się jeść.

- Daleko stąd do Międzyrzecza? - zapytał Woyski, nakładając sobie pierwszą porcję pieczeni.

- Do miasta będzie dziewięć mil lub połowę tego przez skrót uroczyskiem, ale tam po zmroku nikt się nie zapuszcza - wyjaśnił karczmarz.

- Ciemności się nie lękamy, Żydzie - odparł z pełnymi ustami rotmistrz.

Oberżysta pochylił się nad stołem, jakby obawiał się mówić głośno.

- Nie o ciemność mi wielmożny panie idzie, lecz o to, co w niej jest.

Woyski uniósł głowę i wbił w arendarza przenikliwy wzrok.

- A co jest, Żydzie?

Zapytany potrząsnął głową i pochylił się jeszcze niżej. Rotmistrza owionął przykry zapach strawionej cebuli i czosnku.

- Straszy tam, panie, okrutnie. Będzie pięć lat, jak wojsko hetmańskie duży tabor Cyganów wymordowało, co w puszczy zatrzymał się na przezimowanie. Owego roku zima była ciężka i długa, i Cygany jak to Cygany, gdy zapasów im zabrakło, na rozbój z puszczy gromadami wyszli. Trochę chłopów przetrzepali i jakichś podróżnych na traktach. Uszłoby im to płazem, jako że nikomu do puszczy, w głęboki śnieg, w pogoni za hultajstwem iść śpieszno nie było, ale czy to z głupoty, czy też z pazerności, Cygany szlachcica napadli, co wracał od miejscowej panny, do której uderzał w konkury.

Żyd odetchnął i kontynuował:

- Czeladź mu wprawdzie ubili, lecz sam szlachcic uszedł z życiem. Mieli Cygani to nieszczęście, że szlachcic ten był namiestnikiem w chorągwi lekkiej, co na hibernę w sąsiednim powiecie osiadła. Zebrawszy trochę miejscowej szlachty, przyciągnął tedy z wojskiem, by na szubrawców zapolować. Pochwycił dwóch i przy pomocy ognia wydobył z nich, gdzie zimuje tabor. Potem zabili wszystkich mężczyzn, kobiety i dzieci. I teraz dusze tych nieszczęśników okrutnie straszą.

- A widział kto te duchy? - zapytał rotmistrz, nie kryjąc powątpiewania.

Żyd łypnął na gościa.

- Wielu na uroczysku widziało z oddali ognie migoczące nad ziemią i słyszało upiorne wycie potępieńców - stwierdził z powagą Mincel. - Czasem ludzie tam giną bez śladu, zwłaszcza ci, co nocą do lasu wchodzą.

Woyski uśmiechnął się z kpiną.

- Czy te zjawy atakują też uzbrojonych mężczyzn? - zapytał.

Oberżysta obruszył się na jawne niedowiarstwo gościa.

- Nie, panie - odparł markotnym tonem.

- A tamten nieszczęśnik, czemu zbiegł od tego Tarłowskiego? - Woyski zmienił temat rozmowy.

Twarz Żyda przeszył nerwowy grymas. Wyprostował się i wzruszył chudymi ramionami.

- Ciężki to pan i na wiele może sobie pozwolić, bo sług zbrojnych prawie setkę przy sobie trzyma - wyjaśnił z niechęcią. - Jak mu fantazja przyjdzie, każe sługom chłopów, łyków czy Żydów łapać i bić dla rozrywki, groszem żadnym potem uszczerbku zadanego nie wynagrodziwszy. - Mincel opowiadał w taki sposób, jakby opisywał własne krzywdy. - Młode chłopki do wszetecznej rozpusty przymusza, a potem swym sługom na kurestwo oddaje. Jedną taką dziewkę upatrzył sobie i do dworu wziął, aby mu usługiwała. - Żyd zamilkł znacząco i spojrzał w stronę okna wychodzącego na podwórze. - Tylko że ona już przyobiecana była za żonę temu tam nieszczęśnikowi. Głupiec miast przeczekać, aż panu i sługom dziewka znudzi się i do wioski powróci, namówił ją na ucieczkę i jeszcze przy tym dwoje sług pana Tarłowskiego poranił. Wielmoża wpadł w szał i wojsko swoje w pogoń za zbiegami posłał.

Mincel zamilkł ponownie, by dodać za moment:

- To musiało tak się skończyć, nie mogło inaczej.

Coś w głosie oberżysty nie spodobało się Woyskiemu, wyczuł w nim nutę winy? Zerknął na Stiepana, który wyglądał, jakby przed chwilą ujrzał własną śmierć. Sługa nie spuszczał wzroku z Mincla. Jego szerokie czoło przecięła głęboka bruzda.

- Wydałeś ich, Żydzie - zawyrokował ciężkim od gniewu tonem.

Oberżysta zerknął z obawą na sługę; to, co ujrzał w jego oczach, sprawiło, że cofnął się pół kroku. Z przestrachem spojrzał na szlachcica, licząc, że u niego znajdzie zrozumienie.

- Musiałem, wielmożny panie, mam córkę i żonę... - zapewnił łamiącym się głosem. - Nie mogłem inaczej. Żyć chcę, wielmożny panie, jak każdy, a tamtego - skinął ponownie głową w stronę podwórza - i tak by ułapili.

Woyski nic mu nie odpowiedział. Strach odziera ludzi z człowieczeństwa, czyni podłymi i bezdusznymi, prawda to stara jak świat. Zresztą, czy sam był lepszy od tego Żyda, choć inne kierowały nim motywy?

Mincel, nie doczekawszy się zrozumienia, pośpiesznie oddalił się za szynkwas. Woyski spostrzegł, że karczmarz co chwilę gapi się na podwórze, a następnie zerka lękliwie na Stiepana, jakby rozważał, kogo powinien się bardziej obawiać: sług Tarłowskiego czy nieznajomego o lodowatym spojrzeniu, który jadł przy jego stole.

W milczeniu dokończyli posiłek, potem zebrali płaszcze i broń i skierowali się do drzwi. Gdy wyszli przed karczmę, powiał wiatr. Liście klonu zaszumiały uspokajająco, zaskrzypiała gałąź i wisielec obrócił się z wolna twarzą ku nim. Stiepan splunął na ziemię. Podszedł do nieboszczyka, uważając, aby nie wdepnąć w cuchnącą kałużę pod jego stopami. Wyjął z pochwy u pasa nóż, odciął ciało i ułożył je na ziemi.

Woyski spojrzał na karczmarza stojącego w drzwiach, pobladłego i obejmującego się kurczowo. Sięgnął do trzosa i rzucił monetę pod nogi oberżysty.

- To za nasz posiłek i pogrzeb tego nieszczęśnika.

Mincel przyjął zapłatę z niewyraźną miną, nie wiedzieć, czy z powodu wyrzutów sumienia, czy też z niechęci do wykonania roboty grabarza. Woyskiego nie obchodziło to zbytnio, chciał jak najszybciej opuścić to miejsce. Spojrzał w niebo, zasnute przez ciemne chmury nagonione przez wiatr. Zbierało się na deszcz.

Żyd jakby wyczuł trapiące rotmistrza myśli.

- Przed nocą wielmożni panowie nie dojadą do miasta - stwierdził. - U mnie pokój czeka, czysty, bez robactwa. Sam koniuszy księcia Czartoryskiego tam nocował i bardzo sobie chwalił.

Rotmistrz puścił tę propozycję mimo uszu.

- Mówiłeś o skrócie, jak go znajdziemy? - zapytał.

Oberżysta spojrzał nań jak na szaleńca.

- Jakieś dwie mile stąd trakt przecina strumień, trzeba skręcić w prawo i jechać wzdłuż brzegu aż do starego krzyża granicznego, a tam dalej prosto na północ, trzymając się granicy uroczyska. Ale panie, to przeklęte miejsce. Jak śniegi puściły, myśliwi znaleźli tam dwa ciała chłopców, straszliwie przez upiory pokaleczone.

Woyski popatrzył na arendarza poważnym wzrokiem, bez śladu uprzedniej kpiny.

- No to może nam się, Żydzie, poszczęści i natkniemy się na te upiory, ciekaw ich jestem wielce.

Mincel potrząsnął głową z niedowierzaniem i kazał parobkowi przyprowadzić konie.

Podróżni umieścili broń przy kulbakach i ruszyli w drogę, zostawiając za sobą Żyda i parobka, stojących nad nagim ciałem, nad którym zebrała się chmara zwabionych śmiercią owadów. Podążali piaszczystym traktem, aż natknęli się na wspomniany przez szynkarza strumień. Skierowali konie wzdłuż brzegu. Wszechobecne sosny powoli zanikały, zastępowane przez brzozy, olchy i jesiony, a podmokłą ziemię porastały łany wysokiej turzycy bagiennej. Puszcza wokół stała się gęstsza i mroczniejsza, a grunt grząski. Gdy Woyski zaczął podejrzewać, że pobłądzili, natknęli się na krzyż graniczny z wizerunkiem umęczonego Chrystusa.

Chwilę potem odnaleźli wąską drogę, skierowali się nią na północ. Po jakiejś półgodzinie jazdy wyjechali na otwarty teren, otoczony lasem i błotnistą strugą. Stał tam szałas używany przez pasterzy. Jednak rotmistrz nie dostrzegł żadnych zwierząt czy ludzi.

Nagle Stiepan zatrzymał wierzchowca, wskazał na lewo, przed siebie. Woyski spojrzał w tamtym kierunku i również ściągnął wodze. Zmarszczył brwi na widok kobiety, która - nie dostrzegając jego i Stiepana - wyłoniła się z chaszczy przy strumyku i nagle rzuciła biegiem w stronę najbliższych drzew, jakby ścigał ją sam diabeł. Chwilę potem dostrzegł przyczynę tej nagłej ucieczki. Czterech jeźdźców pędziło galopem w ślad za uciekinierką. Rozpoznał w nich mężczyzn spotkanych przed karczmą. Przez chwilę zastanawiał się, co tu robią. Odpowiedź nasuwała się sama: chłop nie wytrzymał bicia i zdradził miejsce, gdzie ukrywała się ukochana. Doprawdy tragiczny koniec zakazanej miłości.

Woyski dał znak Czernemu i wycofali wierzchowce w las. W tym czasie kobiecie udało się dopaść drzew. Jednak jeźdźcy byli tuż za nią i rotmistrz nie miał złudzeń co do szans uciekinierki. Kilkanaście sekund później pościg zniknął im z oczu.

Sługa wpił w Woyskiego wyczekujące spojrzenie.

Ten jednak milczał.

- Nie powstrzymasz mnie, nie tym razem - rzucił z wściekłością Czerny; gdy byli sami, nie odczuwali potrzeby przestrzegania konwenansów.

Woyski rozejrzał się wokół: żadnych ludzi, tylko las, stary i milczący.

- Nie zamierzam tego robić - odparł.

Pokrytą bliznami twarz sługi wygładziła ulga.

Rotmistrz obserwował, jak jego towarzysz zsiadł z konia, sięgnął po szkocki pałasz, przewiesił sobie pas z bronią przez pierś, a potem bezgłośnie niczym stary wilk zniknął w gęstwinie.

Dotarcie na miejsce zajęło Stiepanowi trochę czasu, wystarczająco, by mężczyźni rozpoczęli zabawę. Wpierw usłyszał głosy, gardłowe śmiechy i okrzyki zachęty. Podkradł się między drzewami i spomiędzy zarośli wyjrzał ostrożnie na niewielką polanę.

Dziewka leżała na plecach naga i nieruchoma, z szeroko rozłożonymi nogami, pomiędzy którymi podrygiwały blade pośladki przygniatającego ją Tatara. Pozostali mężczyźni przyglądali się gwałtowi nieświadomi faktu, że sami są obserwowani. Ich konie skubały zieleń kilkanaście kroków dalej.

Stiepan wbił wzrok w plecy grubego szlachcica, który co raz rzucał sprośne komentarze. Stiepan nienawidził panów tak mocno, jak tylko może nienawidzić człowiek, któremu odebrano wszystko.

Mocne, długie palce zacisnęły się na rękojeści claymore'a. Dotyk chłodnego drewna przyniósł otrzeźwienie, pomógł stłumić gniew; jeśli miał zabić czterech ludzi, musiał być zimny jak ostrze, które trzymał w ręku.

Wysunął dłoń z kosza chroniącego rękojeść i sięgnął po noże tkwiące w pochwach u pasa. Bezgłośnie przedarł się przez krzewy i wyszedł na polanę. Jak zawsze przed walką czuł lekkie mrowienie w żołądku. Wiedział jednak, że to uczucie zaraz zniknie. Czwórka gwałcicieli nie zdawała sobie sprawy z obecności sierżanta, póki ten nie rzucił pierwszym nożem.

Tatar wyprężył się i jęknął głośno, bynajmniej nie z przyjemności. Spomiędzy jego łopatek wystawała drewniana rękojeść. Pozostali oprawcy zastygli zaskoczeni. Dopiero po chwili dostrzegli przeciwnika.

Strzelec zareagował pierwszy: uniósł karabin, lecz Stiepan nie pozwolił mu użyć broni. Rzucił drugim z noży ze śmiercionośną celnością: ostrze wbiło się tuż pod mostkiem mężczyzny. Te kilka dodatkowych sekund pozwoliło szlachcicom otrząsnąć się z zaskoczenia.

Niemal jednocześnie dobyli szable, z wprawą znamionującą zawodowych rębajłów. Czerny sięgnął po pałasz, wydłużył krok i błyskawicznie natarł na grubasa z prawej, nie dając im czasu, by zaszli go z dwóch stron.

Dobrzyński, jak większość olbrzymich mężczyzn, ufał w swą siłę. Ciął od góry, bez żadnej subtelności, licząc, że impet uderzenia wystarczy, by przebić się przez obronę napastnika. Gwałtowność tego ataku omal przyniosła mu powodzenie. Łokieć Czernego przeszył ból, jednak wprawione w szermierce ramię oparło się brutalnej sile.

Stiepan wyprostował lekko rękę, przekręcił nadgarstek i pchnął. Długa, prosta klinga zsunęła się po zakrzywionej rękojeści szabli, obróciła się i wbiła w podgardle szlachetki; na tłustą pierś chlusnęła wonna, gorąca krew.

Czerny bardziej wyczuł niż zobaczył nadlatujące z boku ostrze; instynktownie wykonał półobrót i zwód. Pióro szabli trzymanej przez rudzielca przecięło powietrze kciuk od kościstego barku sługi. Szlachcic sapnął, zaskoczony nieprawdopodobnym refleksem przeciwnika. Odruchowo uniósł klingę, chroniąc korpus i głowę przed spodziewaną ripostą.

Jednak zamiast tego Stiepan zgiął kolana i ciął stalą w nieosłonięte nogi przeciwnika, głęboko raniąc go w podudzie. Szlachcic zawył krótko, gdy kończyna załamała się pod ciężarem ciała.

Stiepan wyprostował się. Spojrzał w wytrzeszczone oczy pana Kornackiego i nie śpiesząc się, wbił klingę w jego czaszkę. Szlachcic opadł na ziemię jak szmaciana lalka, charcząc zabarwioną na czerwono śliną.

Na polanie zapadła martwa cisza, zakłócona odgłosem łamanej pod podeszwą buta gałązki. Stiepan uniósł śliskie od krwi ostrze i obrócił się do nadchodzącego rotmistrza.

Pociętą bliznami twarz rozjaśnił uśmiech, pierwszy od wielu dni.

Otaczała go noc, zimna, szara i wilgotna. Rozświetlały ją tylko księżyc i pojedyncza lampa zawieszona na fasadzie odległego budynku, przez co ulica sprawiała wrażenie, jakby była rozmyta, nierzeczywista.

Lot otrząsnął się jak mokry pies i poprawił pelerynę, pod którą trzymał ciężki kord. Wbił wzrok w ciemność, wypatrując nielicznych szarych postaci, które zgarbione przemykały błotnistą drogą biegnącą wzdłuż kanału ściekowego. Każda z nich mogła być cudzoziemcem, na którego czekał, i ostatecznie jedna okazała się właśnie nim.

Rozpoznał go po sylwetce, smukłej i wyprostowanej, gdy zmierzał szybkim krokiem w stronę Wisły. Mężczyzna nie miał ze sobą światła, co znacznie ułatwiało sprawę.

Mimo to Lot zawahał się. Wyobraził sobie, jak chybia i tamten nadziewa go na szpadę, którą nosił u boku. Uświadomił sobie, że trzyma dłoń, śliską i mokrą od potu, na rękojeści korda. Z trudem rozwarł palce i zacisnął je na medalionie zwisającym na piersi, jego dotyk dodał mu odwagi. Przestał dygotać i ruszył za cudzoziemcem, gotów zadać okrutny cios.

Nagle kontury ulicy rozmyły się i znikły niczym zdmuchnięty płomień świecy.

Lot otworzył oczy, łapiąc gwałtownie powietrze i czując na wargach krzyk z własnego koszmaru. Przez dłuższą chwilę leżał nieruchomo, wsłuchany w szaleńczy łomot własnego serca. To tylko sumienie - pomyślał z ulgą.

Od wielu dni męczył go ten sam upiorny sen, w którym odcina głowę martwemu cudzoziemcowi. Szczęśliwie tym razem widziadło nie trwało wystarczająco długo.

Odegnawszy resztki koszmaru, uświadomił sobie, że zbudziło go bicie kościelnych dzwonów. Człowiek, który sam siebie nazywał Lotem, wstał z kanapy i spojrzał przez okno. Widok, jaki tam ujrzał, przekonał go, że już czas odwiedzić groby i wsłuchać się w głosy.

Wjechali do miasta po zmroku, w strugach deszczu wybijającego na wyprawionej skórze kapeluszy mroczny, żałobny marsz.

Od chwili, gdy opuścili uroczysko, Stiepan milczał. Woyski był świadom, że śmierć dziewki wstrząsnęła jego towarzyszem, choć ten nie dawał tego po sobie poznać. Również na nim to zdarzenie pozostawiło niechciany ślad. Gdy Stiepan zrzucił z chłopki trupa Tatara, od razu zorientowali się, że jest martwa. Na jej skroni znaleźli rozcięcie i siniaka, jakby podczas szamotaniny któryś z oprawców uderzył ją zbyt mocno. Zapewne gwałciciele nie mieli świadomości, że bezczeszczą zwłoki. Tak przynajmniej Woyski chciał myśleć.

Nim wyruszyli w dalszą drogę, pochowali dziewczynę, a potem wspólnymi siłami zatopili trupy szubrawców na moczarach z nadzieją, że o zniknięcie mężczyzn oskarży się upiory, o których opowiadał karczmarz.

Jeźdźcy przemknęli opustoszałymi ulicami Międzyrzecza w kierunku pałacu, ukrytego w parku na obrzeżach miasta. Minęli rogatki i skręcili w błotnistą drogę, która wbijała się między rozłożyste, otulone mrokiem drzewa. Nagle jak spod ziemi wyrosło przed nimi trzech drabów z karabinami w dłoniach i kordami przy pasach. Woyski wstrzymał klacz, dostrzegając na mundurach wartowników barwy milicji Czartoryskich.

- Stój, kto jedzie? - zagrzmiał wysoki, chudy wąsacz na przedzie.

Stiepan sięgnął po claymore'a i najechał na strażnika swoim fryzem, wyraźnie szukając zwady. Wartownik ani myślał się cofnąć. Zmrużył tylko oczy, skryte pod ociekającym wodą kapeluszem.

- Kto jedzie, pytam? - powtórzył groźnym głosem i wycelował karabin w pierś Stiepana.

Woyski zmierzył wąsacza badawczym spojrzeniem. W taką słotę zapłon na panewce to była czysta loteria. Jednak sposób, w jaki żołnierz trzymał broń, chroniąc ciałem proch przed zamoczeniem, sugerował, że jest weteranem.

- Rotmistrz Hieronim Woyski, wojewoda oczekuje pilnie mojego przyjazdu - oznajmił.

Rondo kapelusza przechyliło się w górę, odsłaniając przed Woyskim oczy wąsacza. Mężczyzna długą chwilę przyglądał się rotmistrzowi z nieskrywaną ciekawością.

- Słyszałem o was, panie - stwierdził. W jego głosie pojawił się szacunek, którego wcześniej próżno było szukać.

Dał znak drabom za swoimi plecami, że mają opuścić karabiny, a potem cała trójka ustąpiła im drogi. Jeźdźcy spięli konie i popędzili parkową ścieżką. Zatrzymali się dopiero przed głównym wejściem do pałacu, którego wielkie okna jarzyły się w rozbłyskach piorunów niczym ślepia bestii. Pomimo ciemności i burzy służba dostrzegła ich przybycie natychmiast. Dwuskrzydłowe drzwi rozwarły się i wybiegł ku nim lokaj ubrany w liberię z ciemnego sukna, udekorowaną kolorowymi, jedwabnymi wstążkami i srebrnymi guzikami. Zaraz potem pojawili się stajenni.

Stiepan ściągnął z grzbietu jucznego wałacha dwie podróżne torby z wyprawionej łosiej skóry i przekazał wierzchowce.

Woyski ze sługą podążyli za lokajem i wkroczyli do wielkiego holu. Z piętra dobiegała ich cicha muzyka, grana na kilka instrumentów smyczkowych.

- Kiedy przybędą pańskie bagaże? - zapytał rotmistrza lokaj, udając, że nie dostrzega kałuży zbierającej się pod nogami przybyszy.

Woyski wskazał na torby i broń trzymane przez Stiepana.

- Mamy tylko to.

Uwadze rotmistrza nie uszło wzgardliwe opuszczenie dolnej wargi przez dworaka.

- Książę jest w pałacu? - zapytał.

- W jadalni, panie, z domownikami - oznajmił lokaj wyniośle, po czym spojrzał na drugiego kamerdynera, który zszedł do nich z piętra.

Nowo przybyły mężczyzna ukłonił się Woyskiemu.

- Jestem Kazimierz, służę u księcia jako majordomus - przedstawił się wypranym z emocji głosem. - Kogo mam zapowiedzieć wielmożnemu panu?

- Rotmistrza Hieronima Woyskiego.

- Bezzwłocznie poinformuję księcia o pana przybyciu. - Majordomus posłał lokajowi naglące spojrzenie.

Ten drgnął, jakby ukuto go szpilą, i przeszedł na służalczy ton:

- Komnaty dla wielmożnego pana są już przygotowane. Proszę za mną.

Skierowali się do skrzydła budynku. Po dotarciu na miejsce lokaj zabrał się za zapalanie grubych świec. Gdy w pomieszczeniu zrobiło się jaśniej, Woyski przekonał się, że przeznaczono dlań miły, choć niewielki apartament. Pod ścianą stało szerokie łoże z baldachimem, zaraz obok stolik na kawę i dwa fotele obite skórą, zaś w głębi pomieszczenia znajdowała się szeroka kanapa, w sam raz dla Czernego.

Rotmistrz zatrzymał dłużej wzrok na chińskiej wazie stojącej na wygaszonym kominku. Porcelanę, niewątpliwie oryginalną, zdobiło malowidło przedstawiające żurawie tańczące w zimowym ogrodzie. Przez chwilę przyglądał się z zachwytem naczyniu, po czym wskazał na kolejne drzwi, znajdujące się za łożem.

- Co tam jest? - zapytał.

- Wychodek i łazienka, panie oficerze.

- Jest tam wanna?

- Tak, panie, tylko wody trzeba zagrzać i w wiadrach przynieść.

Woyski rozważył, czy nie wziąć szybkiej kąpieli, ale z żalem zwalczył tę pokusę, nie potrafiąc przewidzieć, kiedy książę Czartoryski wezwie go przed swoje oblicze.

Stiepan postawił torby na wzorzystym dywanie, a potem rozejrzał się po pomieszczeniu. Lokaj wymierzył palcem w pierś sługi.

- Ty chodź do czeladnej - rozkazał wyniosłym głosem, jakby zwracał się do pałacowego pachołka.

Stiepan powoli, z kamiennym obliczem, obrócił się ku dworakowi. Coś w jego oczach sprawiło, że lokaj pobladł i cofnął się o krok.

- On zostaje ze mną - wtrącił pośpiesznie Woyski, mając w pamięci, że ostatni mężczyzna, który był na tyle głupi, by traktować tak jego sługę, skończył ze złamaną ręką. Tu, w domu swego patrona, Hieronim wolał uniknąć podobnych zadrażnień.

Kamerdyner ukłonił się, nie potrafiąc ukryć malującej się na jego twarzy dezaprobaty.

- Czy życzy pan sobie czegoś jeszcze?

- Przynieś wina i dwa kielichy - zadecydował rotmistrz.

Dworak, nim wyszedł i zamknął za sobą drzwi, obrzucił Czernego jadowitym spojrzeniem.

- Ledwie taka dworska gnida wdzieje na łeb zawszoną perukę, a już ma się za Bóg wie kogo - mruknął Stiepan chyba bardziej do siebie niż do Woyskiego, po czym zabrał się za rozpakowywanie bagaży.

Zmienili stroje na suche i Czerny zabrał się za rozpalanie ognia w kominku. Woyski podszedł do okna wychodzącego na okryty mrokiem park. Zamyślony wpatrywał się w ciężkie łzy deszczu, spływające po szybach. Granatowe niebo rozcięła kolejna drżąca struga ognia, oświetlając poszarpane korony drzew. Gdzieś blisko przetoczył się groźny grzmot. Nim ogień w kominku zapłonął na dobre, wrócił lokaj z trunkiem.

Woyski przejął karafkę i gdy dworak opuścił komnatę, rozlał wino do cynowych kielichów. Pan i sługa usiedli w fotelach. Popijając alkohol, wsłuchiwali się w odgłosy oddalającej się burzy. Stiepan przez chwilę bawił się pierścieniem, który zdjął z palca rudemu szlachcicowi na uroczysku, a potem zabrał się za czyszczenie podręcznej broni. W tym czasie Woyski wodził leniwym wzrokiem po obrazach zawieszonych na ścianach. Nie były to jakieś wielkie dzieła sztuki, ot, zwykłe malowidła stworzone ręką prowincjonalnego artysty. Wszystkie w modnej ostatnimi czasy estetyce, stylizowane na pejzaże z antycznej Arkadii. Na każdym obrazie pastuszek czy cycata gęsiarka wylegiwali się w pogodny dzień, ukryci w wysokiej trawie, koniecznie na tle wody i dających cień drzew. Szczęśliwi prostaczkowie w żaden sposób nie przypominali zgarbionych istot, które Woyski widział, przemierzając litewskie trakty: opuszczonych przez Boga stworzeń w łachmanach, czarnych od głodu i nigdy niezmywanego brudu, ledwie przypominających ludzi. Rotmistrz zastanawiał się, czy wszelka sztuka jest kłamstwem, zniekształconą emanacją pragnień artysty. Wciąż nie potrafił tego ocenić.

Z zamyślenia wyrwało go pukanie do drzwi.

- Wejść - zagrzmiał.

Tym razem zjawił się sam majordomus. Wpierw spojrzał na leżącą przed sierżantem broń, jednak w żaden sposób nie okazał zdziwienia, po czym skupił całą uwagę na Woyskim.

- Książę prosi pana oficera do swego towarzystwa - oznajmił tonem sugerującym, jak wielki zaszczyt spotyka gościa.

Hieronim dopił wino, odstawił kielich na stolik i podniósł się z fotela.

- Każ, Kazimierzu, przynieść wieczerzę dla mego sługi, jeno z dworskiego stołu, nie czeladną.

Majordomus nawet nie mrugnął, choć z pewnością bolało go, że obcy będzie wyjadał mu z półmisków. Widać fakt, że rotmistrza dopuszczono do stołu jaśnie państwa, zrobił wrażenie na dworaku.

Zaprowadził Woyskiego do głównego holu, a stamtąd schodami na piętro. Jadalnia okazała się niedużą salą oświetloną przez kilkanaście świeczników rozstawionych w równych odstępach. Ściany pomieszczenia pokrywał wzorzysty aksamit i zdobiło kilka obrazów z sielskim krajobrazem, a przy stołach rozwieszono zwierciadła w brązowych ramach, które pięknie odbijały blask świec. Wielkie, wychodzące na ogród okna były przysłonięte firanami, dobranymi pod kolor obicia i uniemożliwiającymi przedostanie się do komnaty owadom, zwabionym blaskiem z lichtarzy.

Przy stole zasiadało sześć osób. Miejsce u szczytu zajmował właściciel pałacu, August Czartoryski, wojewoda ruski i pierwszy minister w Koronie. Wiekiem zbliżał się już do siedemdziesiątki. Twarz miał szeroką, o wydatnych ustach i mocnym podbródku, znamionującym siłę charakteru. Jednak największe wrażenie robiły oczy księcia, osadzone ponad garbatym, wąskim nosem: inteligentne i czujne, wiele mówiące o żywym umyśle ich posiadacza.

Po prawej ręce Augusta Czartoryskiego siedział młody Seweryn Rzewuski, syn hetmana polnego Wacława Rzewuskiego, zagorzałego przeciwnika reform. Młody magnat, wbrew stanowisku swego ojca, zdawał się sprzyjać zmianom proponowanym przez Familię, a nawet brał czynny udział w zamachu stanu, który osadził jednego z jej członków na tronie. Rzewuski nie zaszczycił rotmistrza dłuższą uwagą, wyraźnie zainteresowany osobą księżnej Elżbiety Lubomirskiej, ukochanej córki Augusta Czartoryskiego i małżonki nieobecnego przy stole Stanisława Lubomirskiego, strażnika koronnego.

Pani Lubomirska, dojrzała i piękna, uważana była powszechnie za pierwszą damę arystokratycznych salonów. Kobiety wielbiły ją za wyszukany gust, znajomość sztuki i urodzenie, mężczyzn wabiła urodą, wytwornością i lotnością umysłu. Do tego, jak głosiły plotki, nie zwykła skąpić swych wdzięków licznym zalotnikom. Tego wieczoru ubrała francuską suknię w trzech odcieniach błękitu, udekorowaną kokardami i angażantami w formie podwójnych koronkowych falban, zdobiącymi sięgające do łokcia rękawy. Krój stroju podkreślał zgrabność drobnej sylwetki.

Pani strażnikowa oceniła Hieronima czujnym spojrzeniem pięknych brązowych oczu. Przypominała mu w tym szermierza, który przed pojedynkiem usiłuje wypatrzyć słaby punkt przeciwnika, by ugodzić go jednym, decydującym trafieniem. Przez kilka chwil spojrzenia arystokratki i rotmistrza zwarły się niczym dwie uderzające o siebie klingi.

Woyski przeniósł uwagę na drugą parę książęcą, siedzącą po przeciwnej stronie stołu. Jenerał ziem podolskich Adam Czartoryski, spadkobierca ogromnej fortuny i niedoszły król Rzeczypospolitej, był mężczyzną niespełna trzydziestoletnim, odznaczającym się łagodną, niemal kobiecą urodą. Nie używał peruki czy pudru, choć miał na sobie jedwabny habit a la française, zdobiony haftami z motywem lilii i udekorowany koronką przy mankietach oraz napiersiu, wedle najlepszej francuskiej mody. Jak całe młode pokolenie Familii, odebrał gruntowne wykształcenie i równie dobrze radził sobie między przedstawicielami europejskiej arystokracji, co na paryskich salonach, wśród pisarzy, filozofów, artystów.

Jego małżonka, Izabela Czartoryska z Flemingów, na ten wieczór przywdziała suknię uszytą z jedwabiu, pięknie zdobioną broszowaniem w kształcie splecionych gałązek i girland. Gorset podkreślał znakomitą figurę pani generałowej; ściągał łopatki i wypychał do góry nieduży, lecz kuszący biust. Długą szyję pani Czartoryskiej zdobiła brylantowa kolia, a nadgarstki oplatały srebrne bransolety. Plotki mówiły, że między tym dwojgiem nie było miłości. Książę do tego stopnia wykazywał się obojętnością wobec narzuconej mu przez ojca żony, że pozwolił jej na całkowitą swobodę zachowania, a nawet ponoć osobiście odwoził Izabelę na zamek do jej królewskiego kochanka.

Woyski z zaciekawieniem obserwował obie księżne, o których urodzie, przymiotach osobistych i frywolnym stylu życia było głośno w Rzeczypospolitej. Rywalki w łożnicy Stanisława Augusta, konkurujące ze sobą o tytuł pierwszej damy salonów arystokracji, czynne uczestniczki życia politycznego mężów i starych przywódców Familii. Obie nieprzeciętne, zbyt dumne i przepełnione poczuciem własnej wyjątkowości, aby którakolwiek z nich mogła zaakceptować w swym najbliższym otoczeniu kobietę o podobnym statusie i talentach. Powiadano, że księżne dzieli wszystko prócz trzech rzeczy: rodziny, wzajemnej niechęci i zamiłowania do intryg.

Na razie przewaga wciąż leżała po stronie starszej o dziesięć lat księżnej Lubomirskiej. Woyski bezbłędnie odczytywał gesty, spojrzenia czy uśmieszki Elżbiety, gdy bratowa wypowiedziała jakąś nietrafną uwagę, odsłaniając w ten sposób luki w edukacji czy obyciu w towarzystwie.

Poniatowskich w tym gronie reprezentował opat czerwieński Michał, najmłodszy z braci króla. Wcześniej sekretarz u swego ojca chrzestnego, kanclerza litewskiego Fryderyka Czartoryskiego, a obecnie członek królewskiej rady gabinetowej. Brakło natomiast pozostałych królewskich braci, Michała i Kazimierza, oraz najbliższego przyjaciela Stanisława Augusta, Ksawerego Branickiego. Woyski już w Wilnie słyszał pogłoski o niechęci Augusta i Fryderyka Czartoryskich do tej trójki najbliższych królowi ludzi. Starzy przywódcy Familii zarzucali im wywieranie złego wpływu na Stanisława Augusta, marnotrawienie pieniędzy i zaniedbywanie obowiązków publicznych. Jednak nikt trzeźwo myślący nie mógł wątpić, że prawdziwym źródłem tych pretensji była królewska próba usamodzielnienia się i wyzwolenia spod opieki wujów. Obawy starych książąt wzrosły, gdy do tego nowego dworu dołączył ambasador carycy, książę Repin.

Stół, przy którym zasiadły tak znamienite osoby, zastawiono dostatnio, choć bez sarmackiej przesady. Z mięsiw podano cielęcinę, baraninę z pietruszką, selerem i marchwią, a z ptactwa pieczoną gęś i głuszca. Z ryb na stole królował łosoś gotowany w winie, a przy nim, niczym szalupy wokół karaweli, skupiły się sardele, ostrygi marynowane, kapary i włoskie oliwki. Nie brakło również pasztetów i rosołu. Potrawy serwowano na małych, okrągłych półmiskach i płaskich salaterkach, nie łącząc ze sobą specjałów, jak to było w zwyczaju w tradycyjnych szlacheckich domach, gdzie używano półmisków wielkich i głębokich. Pito głównie wino, lecz służba przyniosła też karafki z wodą.

Posilając się, Woyski obserwował tych potężnych ludzi, którzy w przypływie łaski, a może z powodu znudzenia, dopuścili go do swego towarzystwa. Wedle praw Rzeczypospolitej jako szlachcic był im równy, choć przecież równość między ludźmi nigdy nie istniała i nigdy istnieć nie mogła, pomimo szumnych deklaracji na papierze czy postulatów filozofów.

Dostrzegł, że choć wszyscy wciąż siadali przy jednym stole, to ich przyjaźń gasła. Pozornie każde wypowiedziane w tym towarzystwie słowo było bez zarzutu, a stosunki szczere i przyjazne. Woyski jednak wiedział, że o wiele ważniejsze było to, czego nie mówili. Zauważał lekceważące gesty, niechętne spojrzenia i niemal niedostrzegalne grymasy; nową pajęczą sieć podejrzeń i niechęci, oplatającą kokonem zwartą dotąd Familię.

Mimo tego przy posiłku toczyła się niezobowiązująca rozmowa, z początku o filozofii i dziełach pana Woltera, potem o plotkach z paryskiego salonu pani Geoffrin, gdzie jeszcze niedawno mieli okazję uczęszczać państwo Czartoryscy. Słuchając wymiany zdań, Woyski dowiedział się, kto w towarzystwie zaczął lub też przestał być w intymnej zażyłości, jaka będzie w tym roku moda w Paryżu lub też usłyszał kilka trafnych uwag o sytuacji politycznej w Europie. Tematu polityki krajowej nikt nie poruszał; Hieronim domyślał się, że ta wstrzemięźliwość spowodowana była jego obecnością.

Wielcy państwo zdawali się nie zwracać uwagi na rotmistrza aż do deseru, gdy służba przyniosła z kuchni ciasta, konfitury z wiśni, śliwy oraz gruszki i migdały podane z cukrem.

- A pan, kawalerze Woyski, co myśli o Anglikach, spędził pan wszakże pośród nich wiele lat, zanim wrócił na Litwę? - zapytał niespodziewanie Adam Czartoryski.

Hieronim, zaskoczony, spojrzał na generała, odłożył dopiero co wziętą z kryształowego półmiska suszoną figę obtoczoną w biszkopcie i przez chwilę namyślał się nad odpowiedzią.

- Z pewnością nie mają tak wybornej kuchni - zażartował. - A poważnie mówiąc, za trzydzieści lat zostawią w tyle Francję i Hiszpanię i staną się najpotężniejszym narodem w Europie, a może i na całym świecie.

- Czemu tak pan myśli, rotmistrzu? - zainteresował się młody książę. - Pomimo niepowodzeń w ostatniej wojnie Francja wydaje się być wciąż niezrównaną potęgą, zważywszy na liczbę poddanych i bogactwo.

- Manufaktury i handel to przyszłość, a Anglicy w tych dwóch dziedzinach górują nad innymi nacjami, lecz prawdziwym sekretem ich powodzenia są ludzie. Na wyspie nawet człek ubogi, jeśli ma pomysł na zarabianie pieniędzy i szczęście, może cieszyć się życiem zamożnego mieszczanina i przywilejami, jakich próżno szukać we Francji czy Rzeczypospolitej. A dorobiwszy się fortuny, ma nawet szansę zostać przyjętym w stan szlachecki. To promuje jednostki najbardziej rzutkie, zapobiega skostnieniu społeczeństwa.

- A więc to pieniądz, a nie urodzenie, ma decydować o błękicie krwi? - zapytała pani strażnikowa Lubomirska, unosząc brwi z dezaprobatą. - Zaiste, dziwny to pomysł i wbrew boskiemu porządkowi.

Woyski przełknął cierpką ripostę, cisnącą mu się na usta.

- Anglicy mają wiele dziwacznych zwyczajów - odparł uprzejmym tonem i na tym zakończył niezręczny temat.

Po deserze wszyscy zeszli do salonu na parterze. Czekała już tam na nich świeżo zaparzona kawa.

Towarzystwo podzieliło się na grupki. Książę Adam z siostrą pogrążyli się w konwersacji na temat najnowszych przedstawień wystawianych w Paryżu, a Rzewuski przysłuchiwał się im z egzaltowaną miną. Nie spuszczał wzroku z pięknej strażnikowej, widać było, że młodzik jest zwyczajnie zadurzony. Księżna Izabela Czartoryska trochę rozmawiała z teściem i opatem Poniatowskim, a gdy ci dwaj opuścili salę, dołączyła do brata i szwagierki.

Woyski wziął filiżankę i trzymał się na uboczu. Choć w głębi duszy czuł zakłopotanie, jego twarz pozostała uprzejma i nieodgadniona. Większość czasu przyglądał się księżnej Izabeli, podziwiając u niej miękkość ruchów i elegancję. Dostrzegł rumieniec wykwitły pod warstwą pudru, gdy szwagierka dwakroć skrytykowała jej zdanie w sprawie Julii, Nowej Heloizy Jana Rousseau, będącej tematem rozmów na oświeconych salonach Europy.

Księżnej Lubomirskiej nie umknęło zainteresowanie, jakim Woyski obdarzał jenerałową. Pod pozorem grzecznej konwersacji postanowiła zabawić się kosztem rotmistrza.

- A ty, kawalerze, co sądzisz o miłości między osobami różniącymi się pozycją i majątkiem?

Woyski wyczuł, do czego zmierza księżna, pomimo to, na przekór rozsądkowi, podjął rzuconą rękawicę.

- Miłość czy pożądanie nie znają granic urodzenia. Przeszkodą bywa natomiast odebrane wychowanie bądź duma. Inną przyczyną jest wola rodziców - dodał od niechcenia, patrząc prosto w oczy pani strażnikowej.

Po ledwie uchwytnym grymasie na twarzy Elżbiety poznał, że ta mistrzyni niuansów pojęła aluzję do jej wymuszonego małżeństwa. Lubomirscy byli rodem starym i szacownym, lecz za Augusta III, zwanego Opasłym, podupadli na znaczeniu. Dopiero protekcja Czartoryskich i ożenek z córką wojewody ruskiego wprowadził Stanisława Lubomirskiego do ścisłej elity Korony i dał szansę na przyszłe awanse. Co więcej, nie było tajemnicą w towarzystwie, że pan strażnik koronny, nim pojął za żonę Elżbietę, był kochankiem jej własnej matki, Zofii Czartoryskiej z Sieniawskich, co ponoć stanowiło przyczynę wzajemnej niechęci, jaką żywiły względem siebie matka i córka.

Pani Lubomirska rozłożyła wachlarz i wbiła w rotmistrza przenikliwe spojrzenie.

- Kawaler Woyski jest w pewnym sensie żywym wcieleniem Kandyda - oznajmiła pozornie życzliwym głosem.

- Doprawdy, pani? - zainteresował się Rzewuski, po raz pierwszy obdarzając rotmistrza uwagą.

- Ojciec wspominał mi, że kawaler Woyski jako młodzieniec musiał opuścić Litwę z powodu niespełnionej miłości do niewiasty. Czy to prawda?

Woyski przymusił się do uśmiechu.

- Tak, pani, prawda, choć było to bardzo dawno temu - przyznał, nadając głosowi swobodny ton, jakby mówił o rzeczy mało istotnej.

- Czy będzie niestosowne, jeśli zapytam, co stanęło na drodze tego uczucia? - kontynuowała księżna, świdrując go wzrokiem.

- Dostałem czarną polewkę - odparł oschle, mając nadzieję, że to utnie dalsze pytania. Jednak Lubomirska zbyt dobrze bawiła się jego upokarzaniem, aby zechciała tak po prostu przestać.

Przechyliła główkę z wdziękiem i zapytała, przybierając fałszywie współczujący ton:

- Czyżby ojciec owej damy był przeciwny waćpanu?

- W samej rzeczy, pani - odparł krótko Woyski, świadom już, że tylko w ten sposób może zniechęcić salonową lwicę.

Książę Adam posłał siostrze karcące spojrzenie, co bynajmniej nie powstrzymało jej przed kontynuowaniem swojej gierki. Pani Lubomirska poruszyła lekko wachlarzem w stronę Rzewuskiego, dając mu sekretny znak. Magnat w lot pojął intencje kochanki, jakby łączyła ich wspólnota myśli.

- Czemu tak szlachetny kawaler jak pan nie znalazł uznania w oczach rodziciela swej ukochanej? - zapytał, nawet nie siląc się, by zamaskować ironię.

Woyski zastygł, spojrzał głęboko w oczy młodzikowi.

- Zabiłem mego konkurenta do ręki tej panny - odparł zimnym głosem. - I dwoje jego sług, co stanęli między nami.

Przy stoliku zapadła głęboka cisza, młody Rzewuski stracił naraz rezon, choć starał się to ukryć. Pierwszy odnalazł się w tej niezręcznej sytuacji Adam Czartoryski.

- Może zagramy w faraona? - zaproponował.

- Doskonały pomysł - zakrzyknął Rzewuski z fałszywym zapałem, klepiąc się dłońmi w uda, co spotkało się z ledwie dostrzegalnym uśmieszkiem Lubomirskiej.

Woyski dostrzegł, że księżna Izabela przywitała pomysł męża z ulgą, również skrępowana złośliwością szwagierki. Służba migiem przygotowała stół do gry i towarzystwo zasiadło na krzesłach. Zaraz potem powrócił lokaj, niosąc trzy talie kart. Rzewuski pozwolił wybrać pani strażnikowej jedną z nich.

Gdy Woyski nie zasiadł do gry, księżna Lubomirska obróciła się do oficera, kładąc rękę na oparciu krzesła.

- A pan, kawalerze, nie zagra z nami?

COPYRIGHT ? BY Robert ForyśCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2011

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-656-3

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

GRAFIKA ORAZ PROJEKT OKŁADKI Piotr Cieśliński

REDAKCJA Michał Cetnarowski

KOREKTA Magdalena Grela-Tokarczyk

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl