Pan R. ożywił się niezmiernie i zawołał:
- Ależ ja sam brałem udział w tej ostatniej misji, a tak
mi głęboko wyryła się w pamięci, że mogę panu opowiedzieć o niej z
najdrobniejszemi szczegółami. Poprzedzę tylko to opowiadanie pewną,
dosyć charakterystyczną sceną, żeby pan miał pełniejszy obraz życia
na Unji, przed aktem tolerancji.
***
"Wielkanoc owego roku wypadła w początkach kwietnia razem
z prawosławną. Pamiętam, że w Wielki Piątek od samego rana mżył
deszcz i było zimno. Śniegi jeszcze leżały po rowach, role były
rozmiękłe do dna i drogi nie do przebycia. Chodziłem zdenerwowany,
bo zanosiło się na dłuższą pluchę, a tu, jakby nadobitkę,
przychodzi mi mój kowal i prosi, żeby posłać konie po księdza, do
jego chorej żony.
- Co się stało? Widziałem ją jeszcze wczoraj przy
wieczornym udoju.
- Zachorowała w nocy, leży prawie konająca! - mówił, trąc
rękawem oczy.
- To idźcież do pani, może wam co pomoże.
- Kiedy się bojamy, bo może to ospa.
Wystraszyłem się nie na żarty, gdyż na wsi grasowała ospa
przez całą zimę.
- A może wam sprowadzić doktora? - proponuję mu bardzo
serjo.
Jakby się zdumiał, aż gębę otworzył. Ale naraz rzucił mi
się do nóg, całował mnie po rękach i bełkotał wystraszony:
- Dopraszam się tylko o księdza! Doktór nie pomoże! Co tam
te doktory. Obejrzy, opuka, zapisze lekarstwo, pieniądze weźmie, a
chorobę zostawi. Pan Jezus prędzej odmieni na lepsze. Kobieta tylko
skamle o księdza.
Poszedłem zaraz do stajni, żeby wybrać czwórkę, bo do
parafji mieliśmy cztery opętane mile i roztopami, ale gdym mijał
czworaki, wydało mi się, że dojrzałem kowalową w głębi sieni,
karmiącą prosięta. Powstałem na nią, że w takiej chorobie wyłazi na
zimno. Uśmiechnęła się jakoś dziwnie, zaprosiła mnie do izby i,
zamknąwszy drzwi, powiada mi cicho do ucha:
- Musi jaśnie pan posłać po księdza z Panem Jezusem,
koniecznie potrzeba.
Mówiła z takim naciskiem i oczy jej tak błyszczały, że
byłem pewien, iż majaczy.
- Ja zdrowa jestem, chwała Bogu! - odpowiedziała. - Ale
tylko do mnie można wezwać księdza, bo tylko ja jedna z dwórek
jestem prawna katoliczka.
- A któż chory? - zaczynałem rozumieć ten podstęp.
- Na wsi leży czworo prawie konających. Przecież nie mogą
umrzeć bez świętej spowiedzi, a zapisane w prawosławne, to księdzu
nie wolno do nich przyjechać! Mają te cztery niewinne dusze
pozostać bez świętych Sakramentów? Od tygodnia się męczą, od
tygodnia skonać nie mogą, a tylko skamlą i skamlą o księdza! Aż
strach patrzeć i słuchać. To umyśliłam sobie: udam chorą, Pan Jezus
daruje mi to cygaństwo, ksiądz przyjedzie do mnie, a tamtych
przyniesą na ten czas do izby i wyspowiadają się. Strażniki ani się
domyślą.
- Chcecie ospę przywlec do chałupy! - krzyknąłem na nią.
- Bez woli Bożej nikomu włos z głowy nie spadnie! -
odparła poważnie.
- Przecież macie drobne dzieci, mogą się łatwo pozarażać -
tłumaczyłem.
- To już trudno. Może Jezus w czem innem okaże nad nami
swoje miłosierdzie, a tym nieszczęśnikom trzeba pomagać. Nie o małą
rzecz idzie, o zbawienie dusz człowiekowych! - dodała z taką mocą,
że dałem spokój perswazjom i konie wysłałem.
O zmierzchu przywlekli chorych do kowalowej izby i
pokładli pokotem na podłodze. kowalowa powtykała im w garście
pozapalane gromnice, przyklękła w pośrodku i bardzo żarliwie
modliła się za konających, którzy leżeli nieruchomo, cierpliwie
oczekując na spowiedź, rozgrzeszenie i śmierć.
Widziałem to na własne oczy i nigdy tego nie zapomnę.
Ksiądz przyjechał późnym wieczorem, a za nim trop w trop
strażnicy, jak zwykle, aby go pilnować, żeby czasem nie zaniósł
jakiej religijnej pociechy "uporstwujuszczym". Węszyli przez cały
czas pod zasłoniętemi oknami, ale nie wywęszyli. Ksiądz przygotował
chorych na śmierć i odjechał.
Wszyscy ci chorzy pomarli tej samej nocy.
A w parę dni potem umarło na ospę dwoje dzieci kowalowej.
Gorzko zapłaciła za swoje miłosierdzie, ale przyjęła ten
cios jakby z uniesieniem szczęścia, gdyż zaraz po pogrzebie
powiedziała do mojej żony:
- Pomarły moje dzieciątka, pomarły... ale swoją śmiercią
wykupiły cztery dusze z wiecznej zatraty!
Otóż wkrótce po odjeździe księdza i jego aniołów stróżów,
gdy się uspokoiło w domu, poszedłem do swojej kancelarji, a tylko
co zapaliłem lampę, ktoś zapukał w okno, i jakaś twarz mignęła mi
za szybami.
Wziąłem rewolwer i wyszedłem na ganek. Pod drzwiami stał
jakiś człowiek. Zajrzał mi zbliska w twarz i szepnął:
- Jutro w nocy misja!
- Gdzie?
- W samo południe zajedzie przed karczmę wóz w siwego
konia. Dwóch chłopów będzie nim jechało. Niech się pan do nich
przyłączy, oni zaprowadzą.
- Skąd jesteście? - spytałem go mimowoli.
- Z całego świata! - odpowiedział bardzo szorstko.
Prosiłem go usilnie, żeby wszedł do domu i nieco odpoczął.
- Nie pora! Muszę budzić, które jeszcze śpią - rzekł
jakimś biblijnym tonem.
- A czy mogę zabrać żonę na misję?
- Za daleka droga dla dziedziczki. A przytem kobiecie
łatwiej umrzeć, niźli dochować sekretu.
Zabierał się do odejścia.
- Zostańcie chociaż do świtu. Noc ciemna i roztopy.
- Znam tu każdy rów, a kto z dobrą nowiną śpieszy, nie
zbłądzi! Spóźniłem się już, bo czekałem, aż odjadą strażnicy i
ksiądz.
- Ale proboszcz będzie na misji?
- To nie nasz, to tylko taki zwyczajny parafjalny
propinator!
Zdziwiło mnie to określenie w jego ustach, lecz nim się
zdążyłem odezwać, już odszedł. Słyszałem tylko człapanie po błocie
i skomlenie psów, które go odprowadzały jakoś bardzo przyjacielsko.
A nazajutrz, w samo południe, przebrawszy się odpowiednio,
aby nie zwracać na siebie uwagi, kazałem założyć do bryczki
fornalską, mocną szkapę i pojechałem. Przed domem stał wóz,
zaprzężony w siwka, i siedziało dwóch chłopów, a skorom dojechał i
chciał wyminąć, ruszyli przodem, nie zwracając na mnie najmniejszej
uwagi.
Drogi były okropne, wyboiste i podobne do dna bagnistych
rzek. Jechaliśmy noga za nogą, omijając wsie i takiemi krętemi
wertepami, że po jakimś czasie zupełnie przestałem się orjentować.
A wbrew moim przewidywaniom, dzień był bardzo piękny,
prawdziwie wiosenny, świeciło słońce, śpiewały skowronki,
polśniewały szeroko rozlane wody na łąkach, a miejscami, na
cieplejszych gruntach, już ruszały oziminy.
Przed jakąś wsią ogromną, nad którą wynosiły się zielone
kopuły cerkwi, przystanęli moi przewodnicy, a jeden zawołał do
mnie:
- Na końcu wsi po prawej ręce, ostatnia chałupa.
Skręcili na boczną dróżkę, a ja śmiało wjechałem do wsi.
Na drodze, z obu stron obudowanej domami, było pełno
kałuż, przedświątecznego rwetesu i psów, które mnie przeprowadziły
zajadłem szczekaniem. Przed cerkwią, przerobioną z kościoła, stał
strażnik, przyglądający mi się tak uważnie, że mimowoli zaciąłem
konia do pośpiechu. Zauważyłem też, że z wielu domów wyjeżdżano w
pole z pługami a bronami na wozach, co wydało mi się dziwne, gdyż
grunty mieli niskie i jeszcze wszędzie po brózdach siwiały stojące
wody. Pod jakimś domem, na kupie bali siedziało paru chłopów, i
kiedym ich wymijał, podnieśli się, rzucili mi: "Pochwalony" i
pociągnęli za mną. Wieś ciągnęła się ze dwie wiorsty, i kiedym się
wreszcie znalazł na końcu i zacząłem się rozglądać za ostatnią
chałupą, jeden z chłopów, idących za bryczką, powiedział półgłosem:
- Strażnik idzie za panem! Trzeba skręcić na prawo,
przejechać koło chałupy, a zawrócić za budynkami koło stodoły! - I
przeszedł, nie zatrzymując się ani chwili.
Zjechałem na bok. Wąska dróżka, obsadzona gęsto wierzbiną,
wiodła obok wielkiego domu, stojącego w takim gąszczu drzew, iż
ledwie majaczyły bielone ściany i poszycia dachów.
Obejrzałem się nieznacznie: strażnik przyczaił się na
skręcie, pilnie mnie z poza drzew obserwując, a chłopi maszerowali
gęsiego ku lasom niedalekim.
Podjechałem bliżej, wypatrując już z pewną
niecierpliwością jakiego bądź wjazdu. Ale cały dom wydał mi się
jakby opuszczony, okna miał zasłonięte słomianemi matami, drzwi
zawarte i bramę w płocie zamkniętą na kłódkę, a chociaż bardzo
głośno popędzałem konia i trzaskałem z bata, nikt się nie
pokazywał, nawet pies nie zaszczekał. Aż dopiero, kiedy skręciłem
za stodołę, otwarły się naraz jakieś wrota i, skorom w nie wjechał,
zatrzasnęły się natychmiast, zaś stary, siwy chłop, który mi
otwierał, rzekł dobrotliwie:
- Konia można postawić pod szopą. - I poszedł, nie
troszcząc się o mnie więcej.
Stało już tam kilka tęgich mierzynków. Poszedłem z ochotą.
W izbie było prawie ciemno, zasłonięte okna przesączały bardzo mało
światła, ale w czerwonawych brzaskach komina dojrzałem kilkanaście
osób, siedzących pod ścianami. Nikt mnie jednak nie powitał, jakby
nie zauważyli mojego wejścia, tylko coś ciszej zaszeptali między
sobą, i poczułem, że mnie okrążają badawcze, nieufne spojrzenia.
Próbowałem zawiązać rozmowę. Odpowiadali bardzo niechętnie,
zbywająco. A kiedy zacząłem dość natarczywie rozpytywać się o
misję, odpowiedział mi któryś niecierpliwie:
- Jak przyjdzie pora, to wiadomo będzie.
Dopiero kobieta, widząc moje odosobnienie, objaśniła ich,
kto jestem.
Wyciągnęły się do mnie twarde dłonie, ktoś dorzucił gałęzi
na komin, światło buchnęło na całą izbę, a ja mogłem się przyjrzeć
zebranym. Nikogo jednak nie znałem osobiście, ale dobrze znałem ten
typ bohaterski, te surowe, a pełne dobroci twarze, te oczy
nieulękłe i te męczeńskie głowy "opornych".
- Chyba obcy tutajby nie trafił! - powiedziałem, witając
się z każdym zosobna.
- Ale zawsze trzeba ostrożnie. Zły człowiek, jak smród,
wszędzie się wciśnie.
- Trzeba się nieraz strzec własnego cienia.
- A to ciężko się uchronić! Mało to "duszołapów" węszy za
każdym opornym!
Parę dni temu wyniuchali Michała Klimiuka z Wisznicy.
- Co się stało? - odezwały się strwożone głosy.
- A wzięli go! Bo to, panie, za ślub katolicki! - zwrócił się do
mnie. - Brał go jeszcze jesienią w Krakowie. Po powrocie ona, że to
pochodziła z drugiej gminy, zgodziła się do męża nibyto za służącą,
i żyli sobie, jak Pan Bóg przykazał. Aż tu którejś nocy strażnicy
przycapnęli ich razem, przetrzęśli całą chałupę, że nawet poszycia
pozdzierali z dachów, i znaleźli ich ślubną metrykę! Co się im
przytem zaraz dostało, to Bóg jeden wie. Ją związali, jak barana, i
popędzili do gminy oddać ojcu, a jego powieźli do powiatu. A teraz
każą mu drugi ślub brać w cerkwi!
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.