Wstęp
Pozwólcie, Drodzy Czytelnicy, że się przedstawię. Nie będzie to
zwyczajowe wymienienie imienia i nazwiska, bo te widnieją przecież na
okładce niniejszej książki i wystarczy założyć sobie tę stronę palcem i sprawdzić, po czym bez kartkowania wrócić do przerwanej lektury. Poza
tym, jeśli zdecydowaliście się kupić tę książkę, to mogę zakładać, że
były Wam one wcześniej znane. Skupię się raczej na wytłumaczeniu, kim
jestem i czym się zajmuję, gdyż te kwestie są kluczowe do zrozumienia
pobudek, dla których zdecydowałem się niniejszą pracę popełnić.
Archeologia i jej źródła
Jestem archeologiem, czyli człowiekiem, który zajmuje się poznawaniem
przeszłości rodzaju ludzkiego poprzez badanie materialnych reliktów jego
działalności. To chyba najtrafniejsza definicja archeologii jako nauki i - co najważniejsze - mieszcząca się w jednym zdaniu złożonym. Nieco je
rozbudowując, ale jednocześnie nadając mu formę bardziej klarowną dla
niearcheologów (za to przez archeologów znienawidzoną), możemy uznać, że
archeolog to badacz odpadków po ludziach, którzy żyli w przeszłości.
Odpadki te archeolodzy zwykli nazywać źródłami archeologicznymi.
Pod pojęciem źródeł archeologicznych kryją się dwie zasadnicze grupy
odpadków, jakie zostawili po sobie nasi przodkowie.
Pierwszą grupę stanowią pospolite śmieci, do których produkcji człowiek
ma wyjątkowy talent i z wieku na wiek coraz bardziej go rozwija. Co
więcej, w parze ze zwiększaniem ilości wytwarzanych śmieci idzie
podwyższenie ich odporności na procesy rozkładu, przez co stają się one
praktycznie wieczne. Produkcję śmieci rozpoczęto od wyrzucenia z jaskini
ogryzionych kości, wkrótce dodając do nich wdeptywane w ziemię odłupki
krzemiennych narzędzi i skorupy potłuczonych garnków, do których
niebawem dołączyły żużle z pieców hutniczych, by na przełomie XVIII i XIX wieku, w wyniku tak zwanej rewolucji przemysłowej, konsumpcję
rozwinąć do niespotykanych rozmiarów, a co za tym idzie asortyment
śmieci zaczęto rozszerzać niemal w nieskończoność. Opisane przeze mnie
pospolite śmieci wyrzucane przez człowieka noszą w archeologii miano
"archeologicznych źródeł ruchomych". Mówimy o źródłach, ponieważ to
właśnie z nich archeolog czerpie swą wiedzę o przeszłości rodzaju
ludzkiego, a o ruchomych, bo można je podnieść i ze sobą zabrać (czasem
wkładając do kieszeni, a czasem przy pomocy szwagra i HDS).
Skarb archeologiczny niekoniecznie musi być skarbem w potocznym tego słowa znaczeniu. Nie może tego pojąć opinia publiczna, co często rodzi opłakane w skutkach nieporozumienia
W opozycji do źródeł ruchomych znajdują się "archeologiczne źródła
nieruchome", czyli takie, których nie da się zabrać nawet przy pomocy
szwagra i HDS. Można je podzielić na dwie podgrupy. Podgrupę pierwszą
tworzą nawarstwienia powstające w wyniku działalności człowieka.
Wyobraźmy sobie te wszystkie wylewane przed dom pomyje, wyrzucane
niedopałki czy po prostu ziemię, którą na podeszwach butów przynosimy do
domu. Każdy, kto kiedyś, w trakcie wizyty u rodziny na wsi, stanął przed
stodołą, wie, o czym piszę. Można powiedzieć, że teraz mamy kanalizację
i nie trzeba wylewać pomyj na podwórze. Zgodzę się z tym i wskażę na
współczesne osiągnięcia w kwestii tworzenia nawarstwień
archeologicznych, takie jak hałdy odpadków produkowanych przez
mieszczuchów noszące miano wysypisk śmieci, dryfujące po oceanach wyspy
zbudowane z worków foliowych i plastikowych butelek czy plaże, na
których zamiast ziarenek piasku zalegają tony polietylenowych granulek.
Twierdzę, że nie jest to ostatnie słowo ludzkości w kwestii zaśmiecania
swego otoczenia i tym samym tworzenia wspomnianych źródeł
archeologicznych. Podgrupa druga archeologicznych źródeł nieruchomych
obejmuje różnorakie przekształcenia krajobrazu, do jakich prowadzi
człowiek, wznosząc rozmaite budowle. Budowle z kolei dzielą się na trzy
kategorie, które odzwierciedlają trzy etapy rozwoju cywilizacyjnego
człowieka.
Podczas pierwszego etapu człowiek dzięki swej pomysłowości starał się o lepszy byt i kiedy go osiągnął, zabezpieczył się na wypadek, gdyby ktoś
lub coś próbowało go pozbawić zdobyczy cywilizacyjnych. Kiedy te
zabezpieczenia okazały się skuteczne, decydował się postawić pomnik,
który miał ów sukces upamiętnić.
Lepszy byt to przede wszystkim dach nad głową. Ułożenie na sobie kilku
kijków i liści łopianu w celu zapewnienia ochrony przed deszczem czy
zimnem nie wpływało zbytnio na krajobraz i nie zostawiało w nim trwałych
śladów, przez co możemy jedynie podejrzewać, że ludzkość takowe u swego
zarania wznosiła. Potem zaczęto kopać w ziemi dziury i nakrywać je
dachami, by po przebyciu długiej i krętej drogi ewolucji budownictwa
mieszkaniowego dojść do osiedli skonstruowanych z wielkiej płyty.
Zaspokojenie bardziej zaawansowanych potrzeb bytowych wymagało
przekopania kanałów, budowy śluz, tworzenia sztucznych zbiorników
wodnych oraz tyczenia dróg, wznoszenia mostów i tak dalej, i tak dalej,
i tak dalej. Te wszystkie przedsięwzięcia wymagały daleko idącej
ingerencji w krajobraz, a była ona jedynie środkiem do osiągnięcia
profitów, w których efekcie ludzie mogli żyć dłużej i mieć znacznie
pełniejsze brzuchy.
Dzięki budowie domów ludzi nie trapiły deszcze i zimno, a stawy rybne,
obory i chlewy zapewniały sytość, która jest gwarantem cywilizacji.
Świadomość ciężko wypracowanego dobrobytu zrodziła troskę o jego
utrzymanie. Z owej troski człowiek zaczął dbać o zabezpieczenie mienia
przed zwierzętami, a wraz z rozwojem cywilizacji także przed innymi
ludźmi, którzy chcieliby go tych dóbr pozbawić. W ten sposób w ciągu
tysiącleci rozwoju cywilizacja ludzka przeszła od ułożonych przed
wejściem do jaskini kamieni i wbitych w ziemię zaostrzonych kijów do
schronów Linii Maginota.
Dawne nekropolie nazywamy cmentarzyskami. Stanowią one cenne źródło poznania przeszłości rodzaju ludzkiego. Dziwi, że w XXI wieku wielu Polaków wciąż odbiera takie badania jako przejaw bezczeszczenia zwłok
Kiedy już żyło się dostatnio, a wbite w ziemię kije chroniły przed
dzikimi zwierzętami, człowiek miał czas na zamanifestowanie swego
zwycięstwa nad środowiskiem, przekształcając je w sposób specyficzny już
tylko dla rodzaju ludzkiego. Postanowił mianowicie zostawić pamiątkę
osiągniętego tryumfu; coś, co podkreśliłoby jego dominację nad
otoczeniem. Jako że w życiu człowieczym pewne jest jedynie to, że kiedyś
umrzemy, upamiętnienia te często dotyczyły szczątków ludzi, którym w ten
sposób zapewniano rodzaj nieśmiertelności.
U swego zarania zwyczaj grzebania czy palenia zmarłych wynikał z zasad
bezpieczeństwa, aby zapach rozkładających się zwłok nie zwabił
drapieżników. Z drugiej strony praktyka ta dyktowana była przyczynami
sanitarnymi (o których zasadności przekona się każdy, kto doświadczy
wątpliwej przyjemności oddychania wonią rozkładających się zwłok). W dalszej kolejności wynikała też z poczucia wspólnoty, z którego brał się
wzajemny szacunek jej członków. Bo właśnie umiejętność działania w grupie zapewniała rodzajowi ludzkiemu przewagę w nieustającej wojnie z otoczeniem. Echa tego zjawiska widzimy w zasadach nakazujących
żołnierzom nie porzucać ciał swych poległych na polu walki.
Wraz z rozrastaniem się ludzkich zbiorowości zaczęto upamiętniać nie
tylko poszczególne jednostki, ale też całe społeczności. Tak wymyślono
cmentarze - specjalnie wyznaczone miejsca, w których składa się szczątki
zmarłych. Pozostający zawsze po usypaniu mogiły nadmiar ziemi lub
kamieni wykorzystywano, tworząc charakterystyczne kopce. W ten sposób
powstały kurhany.
Zabezpieczanie ludzkiej zbiorowości przed utratą wypracowanego majątku,
a także zdrowia czy życia, początkowo polegające na wkopywaniu na sztorc
zaostrzonych kijów czy układaniu kamiennych murków, szybko wzbogaciło
się o nowy środek zaradczy. Zatknięta na pal głowa tygrysa, którego
brawurowa próba pożarcia dziwnych dwunożnych małp zakończyła się
fiaskiem, temperowała zapędy innych tygrysów, jednocześnie stanowiąc
świadectwo tryumfu tych ssaków, które kilkaset tysięcy lat później
zaczęły nazywać się naczelnymi. Był to zapewne pierwszy pomnik
wzniesiony przez rodzaj ludzki. Echa tej praktyki możemy zaobserwować
nawet dziś, gdy sąsiad działkowiec ustraja krzaki porzeczek martwymi
wronami, w nadziei że zniechęci to krewniaków nieszczęsnych ptaszysk do
zjadania owoców. Od tej zatkniętej na kiju czaszki pokonanego
drapieżnika czy martwego ptaka na płocie sąsiada działkowca wiedzie już
prosta droga ku wspaniałym pomnikom bohaterów wojennych, którzy
wymachując szablami na kamiennych cokołach, podkutymi butami depczą
pokonanych wrogów (a w wersjach łagodniejszych - ich sztandary).
Kombinacja form kurhanów i zatkniętych na kiju czaszek ewoluowała w zupełnie nową konstrukcję, która jest wspólna dla wielu cywilizacji
ludzkich, czyli piramidę. Uniwersalny kształt wielkiego kamiennego lub
ziemnego stożka jest spotykany od Bliskiego Wschodu przez kontynent
afrykański aż po Amerykę. Te gryzące się z otaczającym je krajobrazem
spektakularne budowle są niczym innym jak manifestem ludzkiej
cywilizacji krzyczącej: "Potrafimy to zrobić i nie jest to nasze
ostatnie słowo". Rzeczywiście nie było, gdyż u zarania współczesnej
kultury europejskiej piramidy przebite zostały przez wieżę Eiffla.
Cywilizacje powstawały i upadały, ludzie przemieszczali się, wojowali ze
sobą, rodzili się i umierali, a odpadki po tych wydarzeniach coraz
grubszym kożuchem pokrywały matkę ziemię. Z ziemi sterczały porośnięte
drzewami ruiny zapomnianych budowli, a wody rzek pieniły się wokół
filarów dawno zburzonych mostów. Bardzo długo ludzkość nie zwracała
uwagi na te relikty. Na przykład nasz słynny dziejopis Jan Długosz w swych Rocznikach, spisanych w drugiej połowie XV wieku, wspominał, co
następuje:
"Dwie osobliwości są w krainie polskiej cudowne, zadziwiające [...].
Jedna, że na polach wsi Nochowa w pobliżu miasta Śremu w diecezji
poznańskiej, a także we wsi Kozielsko w pobliżu miasteczka Łekna w powiecie pałuckim rodzą się w łonie ziemi garnki, same z siebie,
wyłącznie sztuką przyrody, bez jakiegokolwiek dopomagania ludzkiego,
wszelkiego rodzaju i różnych kształtów, do tych podobne, których używają
ludzie, delikatne wprawdzie i miękkie, gdy tkwią jeszcze w rodzinnym
swym gruncie w ziemi, przecie gdy się je wyjmuje [stają się] szczelne
i stwardniałe na słońcu i wietrze"1.
Aż dziw bierze, że napisano to w czasach, kiedy Kopernik pracował nad
teorią heliocentryczną, a Leonardo da Vinci eksperymentował z machinami
latającymi. Z Długoszem rozprawię się później. Faktem jest natomiast, że
mimo upływu stuleci i wykształcenia się archeologii jako nauki w dalszym
ciągu nie udało się upowszechnić wiedzy, o co w archeologii właściwie
chodzi.
Archeolog i skarby
Opinia publiczna w początkach XXI wieku stoi na stanowisku, że archeolog
to gość, który szuka skarbów. Taki pogląd propagowany jest w kulturze
masowej i udziela się często samym archeologom, co prowadzi do serii
zabawnych nieporozumień. Aby uniknąć powielania tego stereotypu,
opisując zakres zainteresowań archeologów, rozmyślnie milczeniem
pominąłem istotną grupę źródeł archeologicznych, które odpadkami
przecież nie są i popularnie nazywane są skarbami.
Skarby zostawiłem na deser, chcąc najpierw wyjaśnić, czym zajmuje się
archeologia i czym są źródła archeologiczne. Skoro ta kwestia została
już naświetlona, przyznam, że pośród archeologicznych źródeł ruchomych
istnieje grupa, którą zwykło nazywać się skarbami archeologicznymi.
Średnio raz w miesiącu zimowym i raz na tydzień latem szpalty gazet
przeszywa sensacyjna wiadomość, że archeolodzy lub poszukiwacze
odnaleźli gdzieś skarb. Taka informacja od razu przykuwa uwagę
czytelników. Większość ludzi poprzestaje na przeczytaniu nagłówka, nie
zagłębiając się w istotę owego skarbu, który w powszechnej świadomości
postrzegany jest jako coś, co da się spieniężyć, polepszając swój byt.
Nie sposób nie zgodzić się z tą definicją, tyle że coś, co archeolodzy
zwykli nazywać skarbem, dziś niekoniecznie tym skarbem być musi.
Archeologia bada przecież przeszłość człowieka i na tej przeszłości się
skupia. A przez co najmniej sto tysięcy lat historii rodzaju ludzkiego
istniały różne systemy wartości, które niekoniecznie pokrywają się z tymi akceptowanymi współcześnie. Aby opisać to bardziej przystępnie,
posłużmy się przykładem mezolitycznego łowcy-zbieracza Mariana (mimo
wysiłków całych pokoleń archeologów nie są nam znane imiona używane w mezolicie, nazwijmy go więc roboczo Marianem).
Przeszłość drzemie dosłownie pod naszymi stopami i często ujawnia się w niespodziewanych momentach. Widoczna na zdjęciu urna kultury wielbarskiej spoczywała niemal dwa tysiące lat pod dwudziestocentymetrową warstewką piasku, by wyjrzeć na światło dzienne podczas badań cmentarzyska w okolicach miejscowości Stara Rzeka
Marian zamieszkiwał obecne ziemie polskie jakieś dziesięć tysięcy lat
temu i w sporządzonej z bobrzej skóry sakwie ukrył piękne egzemplarze
krzemieni. Obrobione, mogły stać się nożami, grotami włóczni czy
siekierkami, a drobniejsze zbrojnikami osadzonymi w drewnie lub porożu.
Krzemień był bardzo cennym, niespotykanym w rejonach Mariana surowcem,
który przywędrował z południa i został wymieniony na całą stertę
bobrzych skórek. Gdyby odpowiednio te krzemienie połupać, można by
uzbroić całe plemię w nową, doskonalszą broń. Marian miał smykałkę do
interesów i w tych krzemieniach upatrywał lokaty kapitału na starość,
gdyż dożył sędziwego wieku trzydziestu pięciu lat. Niestety bogactwo
Mariana nie umknęło uwagi młodych i wyjątkowo drapieżnych łowców o malowniczych kołtunach i wymalowanych na twarzach barwach wojennych.
Zaproponowali Marianowi wymianę krzemieni na zachowanie ciągłości
cielesnej. Naturalnie taki układ niezbyt urządzał Mariana i przeczuwając
najgorsze, postanowił on ukryć swój skarb. Kiedy nastała noc, zakopał go
pod krzaczkiem z dala od obozowiska. Nie wiadomo, czy zawistni łowcy,
rozsierdzeni brakiem skarbu, zabili Mariana, czy może ten
trzydziestopięcioletni staruszek cierpiał na demencję i zapomniał, gdzie
ukrył swoje precjoza. Jedno jest pewne. Nigdy po nie nie wrócił. Mijały
lata, a Marianowe krzemienie spoczywały sobie przykryte warstwą piasku
pod krzaczkiem, który powoli przerodził się w drzewo. Drzewo dożyło
swych dni, wydając cały las następców. Potem przyszli ludzie i wyrąbali
las, zamieniając go w pole orne. Pole zalewały wiosenne powodzie i mroziły zimy. Pewnego dnia zadeptały je nawet buciory tysięcy żołnierzy,
którzy upodobali sobie akurat to miejsce, aby pozbawiać się na nim życia
w sposób hurtowy i spektakularny zarazem. Tymczasem skarb Mariana
spoczywał pod ziemią, całkowicie niewidoczny dla oka ludzkiego,
sporadycznie odwiedzany przez myszy polne i krety, zupełnie nieświadomy
upływu lat. Od czasu kiedy krzemienie ostatni raz oglądały słońce,
minęły tysiąclecia.
Archeologia to nauka odkrywająca nieznane karty historii rodzaju ludzkiego na podstawie analizy materialnych reliktów jego działalności. Przęślik i zapinka odnalezione w grobie ciałopalnym pozwalają na dosyć dokładne wskazanie ram chronologicznych tego pochówku, a antropologiczna analiza szczątków umożliwi określenie płci pochowanych
Nagle skrywające skarb grobowe ciemności zaczęły rzednąć i przy
akompaniamencie hałasu, który nie przypominał niczego słyszanego w mezolicie, krzemienne buły wyjrzały na światło dzienne. Operator koparki
zatrzymał pojazd i wyskoczył z szoferki. Schylił się i podniósł jedną z bryłek. Ważąc ją w dłoni, nie ukrywał rozczarowania. "Wszędzie piasek, a tutaj jakieś kamloty..." Pogardliwie rzucił za siebie krzemień i wrócił do
przerwanej pracy.
Jak widać, upływ tysięcy lat całkowicie zdewaluował wartość
mezolitycznego skarbu i w XXI wieku zostałby on doceniony tylko przez
wąską grupę koneserów, których zwykło się nazywać archeologami. Gdyby to
oni do niego dotarli, szpalty gazet krzyczałyby nagłówkami, w których
słowa "skarb" i "sensacja" znalazłyby poczesne miejsce.
Aby skarb się zdewaluował, nie muszą zresztą upłynąć tysiące lat.
Przeszukując zniszczone w ramach Akcji "Wisła" bojkowskie wsie, często
natrafiamy na depozyty pełne żelaznych skobli, zębów i okuć od bron czy
kopaczek. Wartość materialną tych przedmiotów oceniać można według cen
obowiązujących w skupach złomu, lecz dla zakopujących je gospodarzy,
opuszczających swe rodzinne wsie, by szukać szczęścia na Ziemiach
Odzyskanych, były one skarbami, które planowali wykopać, gdy wrócą
kiedyś w rodzinne strony. Tak, Drodzy Czytelnicy. Skarb archeologiczny
niekoniecznie musi być tożsamy ze skarbem współczesnym. W archeologii
skarbem nazywamy ruchome źródła archeologiczne, które w momencie ich
depozycji przedstawiały dla ukrywającego je człowieka wymierną wartość.
Czym jest zabytek archeologiczny?
Omówiliśmy już zatem archeologiczne źródła ruchome wraz ze skarbami,
źródła nieruchome z nawarstwieniami archeologicznymi i piramidami, lecz
symptomatyczne jest, że ani razu w tym wywodzie nie padło słowo
"zabytek". Uczyniłem to po raz kolejny z wyrachowaniem, aby uzmysłowić
Wam, że pojęcie "źródło archeologiczne" nie jest tożsame z zabytkiem.
Jesteście pewnie zdziwieni, prawda? Śpieszę więc z wyjaśnieniem. Jak już
pisałem, źródła archeologiczne to materialne relikty działalności
człowieka, z których archeolog czerpie wiedzę o przeszłości rodzaju
ludzkiego. Ta przeszłość może być bardzo odległa, lecz także
niesamowicie bliska. Na przykład pewien doktor archeologii rozpoczął
badania w ruinach zamku krzyżackiego, za cel wykopalisk biorąc zawaloną
gruzem piwnicę siedziby komturstwa Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu
Niemieckiego w Jerozolimie. Przez dwa tygodnie jego studenci wywozili na
taczkach gruz, by wreszcie spod połamanych cegieł wyjrzała posadzka
zamkowego lochu, a na niej sfatygowany tekturowy kubek z McDonalda. Ten
kubek stał się dla naszego naukowca źródłem archeologicznym, dzięki
któremu uzyskał pewność badawczą, że piwnica została zawalona gruzem na
początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Jako doświadczony badacz ów
archeolog nie zapakował tego źródła w worek strunowy, nie opatrzył
metryczką ani nie włączył go do inwentarza zabytków, tylko zmełł pod
nosem przekleństwo i wyrzucił śmieć tam, gdzie jego miejsce, czyli do
kosza. Zabytki archeologiczne to źródła ruchome lub nieruchome, które
dostarczają badaczom nowej wiedzy o przeszłości człowieka, a nie
wszystkie wykopane spod ziemi szpargały, jak uważają niektórzy.
Przejdźmy na chwilę do sedna, by znów na moment zboczyć z kursu
Skoro wyłuszczyłem Wam już, czym para się archeolog, jesteście wstępnie
gotowi, aby zrozumieć ideę niniejszej książki. Jest to publikacja dość
nietypowa. Ma charakter przewodnika po Polsce, ale napisanego przez
archeologa, czyli kogoś, kto mniej szuka skarbów, a bardziej próbuje
poznać przeszłość człowieka poprzez relikty jego działalności. I właśnie
po tych śladach minionych wieków spróbuję Was poprowadzić. Nie oznacza
to, że w swoich opowieściach przedstawię suchą listę walących się ruder
i dziur w ziemi. Spróbuję tchnąć życie w te nadszarpnięte zębem czasu
ostańce przeszłości i sprawić, byście zrozumieli, że są one nie tylko
siedliskami nietoperzy, szczurów i wszelkiego robactwa, ale przede
wszystkim cieniami wydarzeń fascynujących, wzruszających czy
przerażających; wydarzeń, w których brali udział ludzie tacy sami jak
my. Bo archeologia to nauka humanistyczna, której celem jest poznanie
człowieka, nie zaś gromadzenie przerdzewiałych mieczy i potłuczonych
garnków. Poznając naszą przeszłość, możemy lepiej zrozumieć siebie
samych. Zapraszam więc na wędrówkę po Polsce, która pozwoli Wam pojąć,
dlaczego jesteśmy tak specyficznym narodem, i odrobinę odczaruje tę
krainę wróżek i jednorożców, jaką w pojęciu większości Polaków jest
nasza przeszłość. Będzie to swoisty seans spirytystyczny, w którym
zamiast talerzyka i świec użyjemy mapy, samochodu oraz... wykrywacza
metali. Nie przewidzieliście się, wykrywacza metali. Tak napisałem i w pełni za to odpowiadam. Niestety, prowokuje to kolejną dygresję.
O wykrywaczu min i tak zwanym detektoryzmie
To urządzenie geofizyczne pojawiło się jako ciekawostka jeszcze w XIX
wieku i posłużyło do zakończonej fiaskiem próby wykrycia pocisku
tkwiącego w ciele ranionego przez zamachowca prezydenta Stanów
Zjednoczonych. Niepowodzenie wysiłków znanego wynalazcy, Alexandra
Grahama Bella, którego następstwem była śmierć dwudziestego prezydenta
USA, na dłuższy czas pogrzebało rozwój wykrywacza metali. Być może,
gdyby Bell zorientował się, że ciało rannego Jamesa A. Garfielda podczas
sondowania wykrywaczem spoczywało na materacu naszpikowanym stalowymi
sprężynami, przyrząd ten trafiłby pod strzechy dużo wcześniej. Trzeba
było jednak poczekać jeszcze pół wieku, by wydarzenia dużo
gwałtowniejsze niż strzał zamachowca sprowokowały powstanie urządzenia,
które dziś można kupić w niezliczonej liczbie odmian i kolorów.
Wędrówki z wykrywaczem są świetną formą relaksu na świeżym powietrzu i oderwaniem od zgiełku cywilizacji
Muszę z żalem przyznać, że podstawowym motorem rozwoju rodzaju ludzkiego
od zarania cywilizacji były nie miłość czy szacunek, lecz wojna. Nie
inaczej miało się to w przypadku wykrywaczy. Głównym impulsem do prac
nad urządzeniem będącym w stanie wykrywać metale było zastosowanie przez
wojsko wybuchowych pułapek, zwanych powszechnie minami. Gwałtowny rozwój
techniki militarnej, jaki nastąpił pod koniec XIX wieku, doprowadził do
opracowania materiałów wybuchowych bardzo odpornych na warunki
atmosferyczne, a do tego dysponujących siłą dużo przewyższającą moc
stosowanego od średniowiecza czarnego prochu. Wynalezienie trotylu,
heksogenu czy pentrytu dzielił już tylko mały kroczek od opracowania
miny przeciwpiechotnej. Wojskowi aż piali z zachwytu nad małymi
metalowymi puszkami, które ledwo muśnięte, wyskakiwały na półtora metra
w górę, rażąc dziesiątkami metalowych kulek, lub nadepnięte, amputowały
stopę, rozwarstwiając przy tym goleń jak łodygę rabarbaru. Były tanie w produkcji, a odpowiednio ukryte - nie do zauważenia.
Ten zachwyt niebawem ustąpił przerażeniu, kiedy okazało się, że owymi
minami dysponują nie tylko ci dobrzy, ale także ich przebrzydli wrogowie
(a może odwrotnie?). Trzeba było zadbać, by liczba kończyn walczących w II Wojnie Światowej żołnierzy podzielona przez dwa dawała liczbę
gotowych do walki wojowników, nie zaś zamieniała się w kłopotliwe
nieparzyste ilorazy. W ten sposób wraz z wybuchem największego konfliktu
w dziejach ludzkości obydwie jego strony rozpoczęły prace nad
urządzeniem zdolnym namierzać miny. Ponieważ ich obudowy były wykonane z żelaza, najbardziej logiczne wydawało się opracowanie aparatu zdolnego
to żelazo wykrywać. Mniej więcej w tym samym czasie zarówno Brytyjczycy,
jak i Niemcy opracowali własne konstrukcje zwane wykrywaczami min (ang.
Mine Detector, niem. Minensucher). Wkrótce wykazały one swą
przydatność, ratując wiele istnień ludzkich, nie tylko podczas wojny,
lecz także po jej zakończeniu - miny bowiem nie przejęły się decyzjami
polityków i kontynuowały wojnę, mimo że tamci postanowili już ją
skończyć.
Niejako z kronikarskiego obowiązku nadmienię, że ojcem pierwszego
alianckiego wykrywacza min z prawdziwego zdarzenia był polski inżynier
Józef Kosacki, który rozpoczął prace nad tym urządzeniem jeszcze przed
wybuchem wojny, by sfinalizować swój projekt już po tym, kiedy
warszawska Wytwórnia Radiotechniczna AVA, w której był zatrudniony,
została zajęta przez Niemców. Trzeba przyznać synom Albionu, że docenili
polski wkład w ów wynalazek, nadając wykrywaczowi min skonstruowanemu
przez naszego rodaka nazwę "Mine Detector (Polish) Mark I".
Już podczas II Wojny Światowej zauważono przydatność wykrywaczy min w celach zupełnie niezgodnych z ich pierwotnym przeznaczeniem. Szybko
zorientowano się, że sprawdzają się nie tylko w znajdowaniu niechcianych
przez nikogo przedmiotów metalowych, czyli min, lecz także w...
poszukiwaniu skarbów. Pierwszego przypadku tego typu nieregulaminowego
użycia wojskowego wykrywacza min dopatruję się w odkryciu dokonanym
przez Niemców w 1942 roku na zamku w Kurzętniku, kiedy to z ruin
krzyżackiej warowni została wydobyta średniowieczna bombarda, którą
można dziś podziwiać na zamku w Kwidzynie.
Jak już wspomniałem, II Wojna Światowa była największym konfliktem w dziejach ludzkości, nie tylko charakteryzującym się rekordową liczbą
ofiar, lecz także zdobywcą grand prix w kategorii liczby
zaangażowanych w niego ludzi oraz, co za tym idzie, wykręconego licznika
wyprodukowanych narzędzi niezbędnych do jego prowadzenia. Śmiało można
powiedzieć, że doprowadziła do wytworzenia niespotykanej ilości śmieci w rekordowo krótkim czasie. Bo kiedy ucichły działa, wszystkie te hełmy,
manierki, menażki i karabiny okazały się niczym więcej jak kłopotliwymi
śmieciami. Brakowało wody, chleba i opału, za to magazyny wojskowe
pękały w szwach od zamków do armat, lornet nożycowych, masek
przeciwgazowych, granatów ręcznych, a także... wykrywaczy min.
Pośród wspomnianych magazynów na uwagę zasługują przede wszystkim
gigantyczne składy armii brytyjskiej w holenderskiej Antwerpii,
belgijskim Emblem, niemieckim Hanowerze, a także w Hamburgu, znane jako
15 Advanced Base Ordnance Depot RAOC, które utworzono w trakcie działań
wojennych. Mało kto wie, że owe magazyny użytkowane były aż do końca
Zimnej Wojny, a ostatni z nich zlikwidowano w 1992 roku. Jeszcze
okazalej prezentowały się magazyny US Army w Li?ge i Verdun, które
zostały ustanowione na terytorium Belgii i Francji.
Sama Wielka Brytania wyprodukowała pół miliona detektorów pomysłu
naszego rodaka. Składowanie tego wojskowego outletu, bezużytecznego w warunkach pokoju, sporo kosztowało, a państwa wyniszczone wojną starały
się za wszelką cenę ciąć koszty. Trzeba więc było wymyślić jakieś
pokojowe zastosowanie dla narzędzi wojny, które wyprzedawano na lewo i prawo. Maski przeciwgazowe posłużyły rolnikom do ochrony podczas
oprysków, metalowe zasobniki na amunicję stały się skrzynkami na
narzędzia, hełmy emaliowano i zamieniano w nocniki, miski i durszlaki, a z czasz spadochronów szyto jedwabne pończochy. Przedmioty te sprzedawano
poniżej kosztów wytworzenia, byle tylko uwolnić od ich brzemienia regały
magazynów wojskowych.
W ten właśnie sposób setki tysięcy nikomu już niepotrzebnych wykrywaczy
min wyjrzały z przepastnych ciemności wojskowych składów. Wyjrzały
nieśmiało, bo nie były towarem pierwszej potrzeby. Szybko jednak
odkryto, że mogą stać się narzędziem do poprawienia kondycji finansowej
przymierających głodem ludzi, a przynajmniej dać nadzieję na taką
poprawę. Po zakończeniu II Wojny Światowej narody Europy borykały się z gigantycznym kryzysem, który z jednej strony wynikał ze spustoszeń,
jakie pociągnęła za sobą wojna, a z drugiej - z roztrwonienia majątków
narodowych na bardzo drogie czołgi, krążowniki i haubice, które te
spustoszenia spowodowały. Jednak największego uszczerbku na majętności
Belgów, Holendrów czy Francuzów nie spowodowały naloty i bombardowania,
tylko grabieżcza polityka okupanta, czyli III Rzeszy. Kiedy od 1943 roku
Niemcy zaczęli przegrywać na wszystkich frontach, ich rolnictwo i przemysł nie nadążały z produkcją dla wojska, nie mówiąc o potrzebach
cywilów. Przeciwdziałano temu poprzez masową grabież majątku obywateli
państw okupowanych. (Do dziś wśród Holendrów żywe jest hasło: "Niemcy,
oddajcie nam nasze rowery"). Przyciśnięci niemieckim butem mieszkańcy
państw Beneluksu, aby nie umrzeć z głodu, musieli zamieniać swe
ukwiecone ogródki na grządki warzywne. Kiedy gwałtowne uderzenie
aliantów wyzwoliło kraje Europy Zachodniej spod hitlerowskiej okupacji,
wkraczający do Francji, Belgii czy Holandii żołnierze sił
sprzymierzonych nie mogli zwyczajem wszystkich zwycięskich armii
plądrować zajmowanych terytoriów, gdyż ubiegli ich w tym Niemcy i na
dobrą sprawę nie było tam czego kraść.
Powojenna bieda powodowała żądanie zadośćuczynienia poniesionych strat
przez sprawców tego nieszczęścia, czyli Niemców. Cóż jednak było robić,
gdy Niemcy nie zdołali umknąć przed karzącą ręką sprawiedliwości i byli
tak samo biedni jak narody pokrzywdzone przez III Rzeszę. Sami padli
ofiarą systemu, w którego interesie walczyli. Zrabowane dobra zostały
zaś skupione w garści wąskiej grupy działaczy partii nazistowskiej,
którzy w porę salwowali się ucieczką do państw nierespektujących
międzynarodowych umów ekstradycyjnych. Krążyły słuchy, że czmychający
jak zające hitlerowscy notable nie zdołali zabrać ze sobą wszystkich
zrabowanych bogactw i na wzór piratów ukrywali to, czego nie byli w stanie wywieźć. Poszukiwanie tych depozytów stało się sposobem na choćby
chwilowe zapomnienie o nędzy, jaka przez pierwsze powojenne lata
zaglądała w oczy Europejczyków.
Świetnym rekwizytem w tej zabawie w poszukiwanie skarbów stały się
wykrywacze min, które można było nabyć za grosze w wielkich wojskowych
magazynach, zrządzeniem losu znajdujących się w krajach Beneluksu i we
Francji. Nie przez przypadek tak zwany detektoryzm ma wielkie tradycje
właśnie w tych państwach i twierdzę, że to owe opracowane przez Józefa
Kosackiego wykrywacze min walnie się do tego przyczyniły. Z początku był
to sposób na związanie końca z końcem, który wraz z szybko poprawiającą
się sytuacją ekonomiczną na Zachodzie przerodził się w hobby.
Wśród wielu ludzi panuje przekonanie, że nadrzędnym celem archeologa jest wydobywanie z ziemi różnych cennych przedmiotów, którymi następnie zapełnia gablotki muzealne. Nic bardziej błędnego. Archeologia bada przeszłość człowieka na podstawie materialnych reliktów jego działalności. Po zakończonych badaniach co efektowniejsze zabytki ruchome są czasem eksponowane w muzeach, cała reszta trafia zaś do przepastnych magazynów
Polska drugim Beneluksem
Po drugiej stronie żelaznej kurtyny panowała jeszcze większa bieda, lecz
wojska Układu Warszawskiego nie miały zwyczaju wyprzedawania demobilu
własnym obywatelom, którym, delikatnie mówiąc, niezbyt ufano.
Przymierający głodem Kowalski też słyszał o zakopanych w ziemi
nazistowskich skarbach, lecz w ich poszukiwaniu musiał się zadowolić
zaostrzonym drutem lub różdżką. Tak było do momentu, gdy na mocy
międzynarodowych umów na początku lat siedemdziesiątych żelazna kurtyna
lekko się uniosła, co umożliwiło Polakom wyjazdy na Zachód w celach
zarobkowych, a Niemcom nostalgiczne wycieczki na utracone bezpowrotnie
terytoria, nazwane przez polityków Ziemiami Odzyskanymi. Nigdy nie
odbywało się to w przeciwną stronę, a powód był bardzo prosty. W 1960
roku gospodarka RFN stała się drugą co do wielkości - po USA -
gospodarką na świecie, przez co miesięczny dochód Polaka w 1970 roku był
równy wynagrodzeniu za cztery godziny pracy w Niemczech. Z tej przyczyny
funkcjonujące podówczas w Polsce określenie "bogaty Niemiec" można uznać
za 2.
Dzięki miażdżącej różnicy zarobków nawet niezbyt dobrze sytuowany
obywatel RFN stawał się bogaczem w oczach mieszkańców kraju nad Wisłą.
Za niemieckie marki można było kupić wszystko, a szczególnym
zainteresowaniem przybyszów znad Renu cieszyły się pamiątki po III
Rzeszy, które dotychczas, z wiadomych względów, były przez Polaków
traktowane z obrzydzeniem i pogardą. Owa pogarda znikała jednak w chwili, gdy niemiecki turysta zechciał za nie zapłacić twardymi
dewizami, w wyniku czego Polacy zaczęli odkrywać ukryte piękno w kordzikach SS czy portretach Adolfa Hitlera. Tak narodziło się w Polsce
grono kolekcjonerów niemieckich militariów z czasów II Wojny Światowej.
Jako że niebawem popyt prześcignął podaż, ci szczęściarze, którym udało
się załatwić paszport do drugiego obszaru płatniczego, mogli tam podjąć
pracę i za zarobione pieniądze przywieźć do Polski pierwsze wykrywacze,
których na Zachodzie nie nazywano już wykrywaczami min. W ten sposób w obliczu narastającego w RWPG kryzysu ekonomicznego, zwiastującego
początek końca bloku wschodniego, klepiący biedę Polacy mogli zaznać
gorączki poszukiwania skarbów, którą Holendrzy czy Belgowie przeżyli
ćwierć wieku wcześniej. Jak widać, w jednym i drugim przypadku u podwalin hobby zwanego detektoryzmem stały tragiczna sytuacja
ekonomiczna oraz brak perspektyw, które wraz z poprawą warunków
materialnych przeradzały się w rodzaj rekreacji. Kiedy dzikie lata
dziewięćdziesiąte minęły, a Polakom zaczęło się żyć lepiej, zarzucili
zgubny proceder szukania z wykrywaczem z chęci zysku, zamieniając go na
hobbystyczne kopanie dziur w ziemi.
Detektoryzm a sprawa polska
Rozrywka ta stała się popularna do tego stopnia, że w końcu
zainteresowali się nią nasi szanowni politycy, którzy, szczególnie przed
wyborami, lubią być tytułowani sługami narodu. Ich zainteresowanie
wynikało z faktu, że wybory się właśnie zbliżały, a ludzie, którzy
zdążyli już nazwać się eksploratorami, mogli stać się ponadstutysięcznym
elektoratem. Swym zwyczajem politycy zaczęli się więc przymilać do
potencjalnych wyborców, a ci, uwierzywszy w swą siłę, głośno zaczęli ją
manifestować i ogłaszać się ratownikami narodowej spuścizny
historycznej. Jak uzasadniali swój wkład w ratowanie owej spuścizny?
Otóż według wersji kanonicznej mieli oni wydobywać z ziemi stare
przedmioty, które wskutek zalegania w glebie były narażone na
nieuchronne obrócenie się w pył, a tym samym osierocenie dziedzictwa
kulturowego Narodu Polskiego. Detektoryzm miał więc być wybawcą owego
dziedzictwa, które pozbawione pomocy, obróciłoby się w niebyt. A cóż
znaczy naród bez spuścizny ojców?
Jeśli przeczytaliście uważnie moje dotychczasowe wywody, to zauważycie
zapewne, że detektoryści zaprezentowali wypaczoną przez kulturę masową
ideę archeologii, która w powszechnym mniemaniu ma polegać na
kolekcjonowaniu przerdzewiałych mieczy i kawałków garnków. Prawdziwi
archeolodzy puścili te chełpliwe wywody detektorystów mimo uszu, zajęci
dyskusją nad allo- i autochtoniczną teorią pochodzenia Słowian czy
zasadnością korelacji Wydarzeń Bonda z upadkiem Starego Państwa w Egipcie. Niestety nasi eksploratorzy nieświadomie weszli w zakres
kompetencji pewnej instytucji, która uważa się za strażnika dziedzictwa
kulturowego Polski. Ta instytucja nosi nazwę Narodowego Instytutu
Dziedzictwa (NID) i od lat rości sobie prawo do monopolu w kwestii
decydowania, co jest naszą narodową spuścizną kulturową, a co nie,
usiłując narzucić swą wizję nawet wojewódzkim urzędom ochrony zabytków
czy samym archeologom. NID poczuł się zagrożony w swych prerogatywach,
uznał detektorystów za uzurpatorów i postanowił wydać im wojnę.
"A więc wojna"
Ofensywa Narodowego Instytutu Dziedzictwa przeciwko Polakom, którzy swój
wolny czas spędzali na wykopywaniu z ziemi pordzewiałych przedmiotów
namierzonych za pomocą wykrywaczy metali, polegała na penalizacji samego
posługiwania się detektorem. Uczyniono to poprzez wprowadzenie w 2017
roku nowelizacji do Ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami,
która weszła w życie 18 stycznia 2018 roku. Jej podpunkt c artykułu 109
głosił: "Kto bez pozwolenia albo wbrew warunkom pozwolenia poszukuje
ukrytych lub porzuconych zabytków, w tym przy użyciu wszelkiego rodzaju
urządzeń elektronicznych i technicznych oraz sprzętu do nurkowania,
podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności
do lat 2".
Ludzie żyjący w XXI wieku już dawno zapomnieli o tym przedmiocie, który jeszcze dwieście lat temu był podstawowym gwarantem przeżycia. Panie i Panowie, oto krzesiwo!
W celu egzekwowania tego nowego prawa NID podjął współpracę z policją,
która podobnie jak większość Polaków nie rozumiała, jak ma interpretować
pojęcie "zabytki", których poszukiwanie bez stosownego zezwolenia czyni
z ludzi przestępców. NID też nie potrafił tego do końca wyjaśnić i w rezultacie ustalono, że policja będzie zatrzymywać obywateli
podejrzewanych o ten niecny czyn i zabezpieczać dowody rzeczowe, a NID
będzie na bieżąco orzekać, czy złom, który zatrzymała policja, jest
zabytkiem, czy też nie.
W jaki sposób w głowie policjanta rodzić miało się podejrzenie, że
obywatel dokonuje właśnie przestępstwa opisanego w podpunkcie c artykułu
109 Ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami? Najtęższe umysły
w rzeczonym instytucie i policji myślały nad tym przez wiele bezsennych
nocy, by wreszcie uradzić, że podstawową przesłanką będzie posiadanie
przez obywatela wykrywacza metali. Byłoby idealnie, gdyby używał go w momencie zatrzymania, choć dla wielu stróżów prawa wystarczyło samo
posiadanie tego urządzenia geofizycznego. Mimo że cytowany wyżej
podpunkt ustawy wspominał także o sprzęcie do nurkowania, to nie
słyszałem, żeby przewożenie płetw, maski czy automatu oddechowego stało
się dla policji pretekstem do zatrzymania i rewizji, co natomiast
ochoczo czyniła w przypadku zauważenia na tylnym siedzeniu samochodu
wykrywacza metali. Bo nie chodziło o jakieś poszukiwania zabytków,
których nikt na dobrą sprawę nie potrafił rozpoznać. Chodziło o fakt
posiadania wykrywacza, który stał się atrybutem ludzi mających czelność
mierzyć się z państwowym urzędem i wchodzić w jego kompetencje. I to
posiadanie wykrywacza miało zostać Polakom obrzydzone w wyniku szeroko
zakrojonej akcji policyjnej.
Znaleziska monet działają na wyobraźnię. Jeśli są wykonane ze srebra czy - nie daj Boże - złota, stają się pretekstem do snucia domysłów o ich niespotykanej cenności. Smutna rzeczywistość jest taka, że szansa, by znaleźć naprawdę cenne okazy numizmatyczne, jest bardzo nikła
Pracownicy NID-u podczas specjalnych szkoleń informowali policjantów,
aby osobę zatrzymaną z wykrywaczem metali najpierw przeszukać, a następnie dokonać rewizji miejsca zamieszkania podejrzanego,
zabezpieczając wszelkie staro wyglądające przedmioty. Podejrzanego, nie
zaś winnego, bo o tym, czy był winny, decydować miał NID na podstawie
zarekwirowanych przez policję staro wyglądających przedmiotów, w których
NID doszukiwać się miał znamion bycia zabytkiem. I posypały się
zatrzymania i aresztowania obywateli Rzeczpospolitej, którzy odważyli
się użyć wykrywacza metali lub tylko go posiadać. Rewizje o szóstej
rano, skuwanie kajdankami na oczach rodziny, aresztowania, rekwirowanie
telefonów, komputerów i zastaw stołowych po babci (bo wyglądały staro).
Wszystkie te zabiegi czyniono we współdziałaniu państwowego urzędu i policji w celu pokazania posiadaczom detektorów, gdzie jest ich miejsce.
Krajobraz po bitwie
I udało się. NID dzięki tej akcji wzrósł w siłę, policyjne statystyki
odnotowały wzrost wykrywalności przestępstw, a przerażeni Kowalscy dla
świętego spokoju zaczęli grzecznie pisać wnioski o wydanie pozwolenia na
poszukiwanie zabytków, choćby nawet nie planowali tych zabytków szukać,
tylko przejść się po polu w poszukiwaniu wyrzuconych wraz z gnojem
monetek. Co więcej, zaczęło się zawalanie delegatur wojewódzkich urzędów
ochrony zabytków tonami wykopanych w trakcie tych poszukiwań
przedmiotów, których zdecydowaną większość zakwalifikować można jako
pospolity złom. Ów złom piętrzy się dziś w pudełkach i kartonach pod
biurkami inspektorów WUOZ-ów, ponieważ żadne muzeum nie ma najmniejszego
zamiaru go przejąć, inspektorzy zaś boją się go wyrzucić, w strachu że
NID może doszukać się w nim znamion bycia zabytkami. Nie mogą też oddać
tych wszystkich naparstków, guzików, zapinek od szelek i kawałków lamp
naftowych ich znalazcom, w obawie przed kolejną ustawą, którą upodobały
sobie policja i NID w krucjacie przeciwko poszukiwaczom. Chodzi tu
mianowicie o Ustawę o rzeczach znalezionych. Punkt 1 artykułu 5 tej
ustawy oznajmia wszem i wobec:
"Kto znalazł rzecz i nie zna osoby uprawnionej do jej odbioru lub nie
zna jej miejsca pobytu, niezwłocznie zawiadamia o znalezieniu rzeczy
starostę właściwego ze względu na miejsce zamieszkania znalazcy lub
miejsce znalezienia rzeczy (właściwy starosta)".
Ustawa o rzeczach znalezionych została uchwalona po to, aby spacerująca
po parku starsza pani wiedziała, gdzie skierować swe kroki, jeżeli na
środku chodnika zauważy upuszczoną portmonetkę. Przy każdym starostwie
powiatowym znajduje się bowiem biuro rzeczy znalezionych, gdzie powinno
się taką znajdkę przekazać, i tam zguba oczekiwać będzie na właściciela.
Któż mógłby podejrzewać, że ta słuszna i zbawienna inicjatywa naszego
państwa posłużyć może jako kolejne narzędzie w walce z poszukiwaczami? A jednak tak się stało. Osobiście przeżyłem paranoiczną sytuację, w której
odnalezione przeze mnie elementy radzieckiego czołgu T-34/85 w postaci
kilku kół, odcinka gąsienicy i potrzaskanych kawałków podłogi łaskawie
nie zostały uznane za zabytki, lecz musiały przejść przez biuro rzeczy
znalezionych. Nie próbuję nawet wnikać w przesłanki, które zadecydowały
o wszczęciu poszukiwań właściciela tych odłamków. Chodziło tu mianowicie
o Armię Czerwoną, a dokładnie 10 Korpus Pancerny 5 Armii Pancernej 2
Frontu Białoruskiego, który 20 stycznia 1945 roku stracił w rejonie
znalezienia szczątków co najmniej dwa czołgi T-34/85. Nie wiem, czy
biuro rzeczy znalezionych porozumiało się ze spadkobiercą Armii
Czerwonej, czyli Siłami Zbrojnymi Federacji Rosyjskiej, wiem jednak, że
koniec końców wydobyte kawałki czołgu zostały przekazane miejscowemu
nadleśnictwu, które z kolei uszczęśliwiło nimi okoliczne prywatne
muzeum.
W ten sposób doprowadzono do sytuacji, w której cokolwiek zostanie
znalezione podczas legalnych poszukiwań za pomocą wykrywacza metali, nie
ma prawa pozostać w rękach znalazcy. Ten stan rzeczy ma zniechęcać
Polaków do podejmowania poszukiwań z użyciem wykrywacza.
Aby jeszcze bardziej obrzydzić eksplorację, pojawiły się rozporządzenia,
na mocy których poszukiwacz prowadzący legalne poszukiwania zabytków w przypadku odnalezienia jakichś dóbr o istotnej wartości dla naszego
dziedzictwa narodowego nie może ubiegać się o nagrodę należną znalazcy.
Oczywiście Polacy nie byliby sobą, gdyby nie próbowali tego dziwnego
przepisu obejść. Od kilku lat mnożą się więc przypadki zadziwiających
odkryć skarbów monet czy innych precjozów dokonane podczas spacerów z psem, dziećmi, a w skrajnych przypadkach nawet w wyniku kolizji
rowerowej.
Tak że jak widzicie, urządzenie geofizyczne, do którego przylgnęło miano
wykrywacza metali lub też - z angielska - detektora, jest w naszym kraju
postrzegane jako narzędzie występku i grzechu. Jednak mimo tak wrogiego
podejścia państwa do osób go używających tak zwany detektoryzm kwitnie w najlepsze i nic nie zapowiada, że szybko się Polakom znudzi.
Wracam do meritum
Z tego właśnie powodu zdecydowałem się popełnić tę książkę. Ma stać się
ona mym subiektywnym spojrzeniem na krajobraz archeologiczny Polski,
postrzeganym przez pryzmat użytkownika wykrywacza metali, którym jestem
od ponad trzydziestu lat. Nie będę Was zachęcał do haniebnego procederu
amatorskiego rozkopywania stanowisk archeologicznych, lecz do poznawania
dziejów naszego kraju, które umykają zainteresowaniom archeologii, ale
mieszczą się w ramach nauki zwanej historią. Zakres zainteresowania
archeologii przeszłością człowieka ma bowiem swą górną granicę, którą
wyznacza epoka zwana współczesnością.
Młodsza siostra historii
Aby zrozumieć, co przez pojęcie współczesności rozumieją archeolodzy,
należy cofnąć się do XVIII wieku, kiedy to historycy zorientowali się,
że przeszłość człowieka jest znacznie dłuższa, niż dowodzą tego źródła
pisane. W tej niedostępnej historykom przeszłości nie znano pisma i z tego powodu żyjący wówczas ludzie nie byli w stanie spisać swych
dziejów, przez co historycy, czerpiący swą wiedzę głównie z zapisków,
rozłożyli ręce, nazywając te czasy "pradziejami". Zaczęto je badać,
analizując zachowane wytwory rąk ludzkich, które miały rzucić światło na
tę całkowicie mroczną część historii człowieka. W ten sposób narodziła
się archeologia. Początkowo stanowiła ona pomocniczą dziedzinę historii,
ale już niebawem usamodzielniła się jako oddzielna nauka, która
rozpanoszyła się do tego stopnia, że poczęła nie tylko badać epoki
zupełnie historii nieznane, lecz także wypełniać luki wiedzy dla czasów,
którymi zwyczajowo zajmowała się historia.
Do czasu upowszechnienia się u nas wykrywaczy metali polscy archeolodzy stali na stanowisku, że monety z Cesarstwa Rzymskiego są wielką rzadkością na naszych ziemiach. W początkach XXI wieku naukowcy musieli zweryfikować ten pogląd
Archeologia zaczęła pojawiać się wszędzie tam, gdzie historycy
rozkładali ręce. Wykopaliskami archeologicznymi objęte zostały bezkresne
obszary europejskiego barbaricum z okresu wpływów rzymskich. Gracki i pędzelki raźno odsłaniały cmentarzyska drużynników pierwszych władców
średniowiecznej Europy, a nawet przydały się do wyznaczenia dokładnego
miejsca, w którym stoczono bitwę pod Grunwaldem.
Im bardziej archeologia zapuszczała się ku czasom, w których powstała,
tym dobitniej odkrywała, że nie ma tam czego szukać. Wprowadzony w XVI
wieku wynalazek druku i idący wraz z nim rozwój nowoczesnych państw
korzystających z coraz bardziej rozwiniętych aparatów urzędniczych
zrodziły sprawozdawczość. W celu sprawniejszego zarządzania zaczęto
spisywać i inwentaryzować dosłownie wszystko, by na przełomie XVIII i XIX wieku wprowadzić nawet paszportyzację obywateli.
Wraz z rozwojem sprawozdawczości wytworzyła się kolejna dziedzina
historii, zwana archiwistyką. Archiwizowanie wiedzy stało się bowiem
sztuką. Jeśli najdzie Was ochota, możecie pojechać do Pałacu Inwalidów w Paryżu i sięgnąć tam do kartotek żołnierzy Wielkiej Armii Napoleona,
która w 1812 roku ruszyła na Rosję. Poznacie datę i miejsce urodzenia
każdego z walczących, imiona rodziców i zawód wykonywany w cywilu. Jeśli
chcielibyście udać się na wędrówkę szlakiem, którym poruszał się przez
Polskę sam cesarz Francuzów, wystarczy sięgnąć po wspaniałe mapy
przygotowane przez jego kartografów, a jeśli zapragnęlibyście wiedzieć,
czym w 1831 roku usiłowano leczyć przywleczoną z Turcji cholerę albo
jakie kapelusze były podówczas modne w Warszawie, zajrzyjcie do ogłoszeń
zawartych w zachowanych do dziś gazetach z tamtych czasów.
Ten ogrom wiedzy powoduje, że dla XIX i XX wieku archeolodzy nie mają
czego odkrywać, bo odpowiedzi na wszelkie pytania znajdują się w archiwach. Miliardy książek, szkiców, tabel, patentów, planów, map czy
zdjęć tylko czekają, aby badacz po nie sięgnął w celu lepszego
zrozumienia danego aspektu życia ludzkiego z tamtych czasów. Badania
archeologiczne XIX i XX wieku przypominają więc wyważanie otwartych
drzwi i nie mają żadnego logicznego uzasadnienia. Świadomi tego stanu
rzeczy archeolodzy nazwali okres zaczynający się od przełomu XVIII i XIX
wieku "współczesnością", dając jasno do zrozumienia, że archeologia nie
ma tam czego badać.
Pora na podsumowanie, czyli zakończona sukcesem próba przejścia do meritum
Moje wędrówki przez Polskę z wykrywaczem metali wieść będą przez
krajobrazy, które nie stanowią obiektu zainteresowania archeologii jako
nauki. Odwiedzimy w nich miejsca doskonale znane historykom, za to
stanowiące całkowitą zagadkę dla szerokiej opinii publicznej. Ostatnie
dwieście lat historii obecnych ziem polskich jest niewyczerpanym źródłem
opowieści, które snuć można dosłownie w nieskończoność. Pod naszym
bokiem, rzut kamieniem od naszych spokojnych białych domków, rozpościera
się rzeczywistość równoległa. Pod stertami śmieci i piasku spoczywają
pamiątki po wydarzeniach gwałtownych, dziwacznych i przerażających, o których nasi rodacy zachowali już tylko mgliste wyobrażenie. Wykrywacz
stanowi rekwizyt, dzięki któremu jesteśmy w stanie tę pamięć odświeżyć i pozwolić, żeby te pordzewiałe kawałki metalu opowiedziały swą historię.
Gwałtowną, dziwaczną lub przerażającą.
Mnogość miejsc, o których chciałbym opowiedzieć w tym przewodniku,
wymusiła na mnie podzielenie go na trzy tomy. Niemożliwe byłoby
zmieszczenie wszystkiego w jednej książce. Stanąwszy więc przed
koniecznością posegregowania przygotowanego materiału, praktycznie bez
wahania wymyśliłem kryterium tego podziału, które idealnie
korespondowało z tematyką i ramami chronologicznymi niniejszego
przewodnika. Są nim granice zaborów pruskiego, rosyjskiego i austriackiego w roku 1795. Mimo oporu ze strony Polaków podział ten
utrzymywał się przez 123 lata, czyli przez większą część interesującego
nas przedziału czasowego, i jest widoczny po dziś dzień w mentalności
mieszkańców, dialektach, architekturze, a nawet sieci drogowej.
Oto klasyczny przykład skarbu archeologicznego. Miedziane i srebrne okucia rzędu końskiego ze schyłku epoki brązu przypadkowemu znalazcy wydałyby się tylko dziwnymi miedzianymi rurkami i tarczkami
Niniejszy tom pierwszy rozpocznę od terenów najlepiej mi znanych, czyli
od krainy wzniesionej z czerwonej cegły, w której szerokie i proste
drogi wiodą w stronę Berlina. Kraina ta wykazuje pewne zróżnicowanie.
Jedną jej część zamieszkują Polacy, z których prawie każdy miał dziadka
w Wehrmachcie i których odpowiedź twierdząca brzmi "jo", druga zaś
niejako tymczasowo zamieszkana jest przez dawnych poddanych dwóch
pozostałych zaborców, którzy po dziś dzień nie mogą nadziwić się
pomysłowości poprzednich lokatorów przejętych przez nich domów.
Sprawę komplikuje fakt, że nabytki terytorialne Królestwa Prus dokonane
kosztem Rzeczpospolitej w latach 1772-1795 bardzo szybko się
zdezaktualizowały. W 1815 roku, w wyniku postanowień kończącego okres
wojen napoleońskich Kongresu Wiedeńskiego, dużą część naszych ziem
zajętych wcześniej przez Prusaków na ponad sto lat zagarnęła dla odmiany
Rosja. Mimo krótkiego epizodu władztwa pruskiego kwalifikuję owe ziemie
już do kolejnego tomu, poświęconego terenom obecnej Polski, na których
drzewiej przemożny wpływ wywierała Rosja.
Jednak tereny dawnej Rzeczpospolitej, nad którymi od 1815 roku władztwo
sprawowali pruscy królowie, a potem cesarze, nie wyczerpują obszarów
będących obiektem zainteresowania tej publikacji. Zajmiemy się tutaj
także ziemiami, które nigdy nie należały do państwa polskiego, a utracone przez Niemcy, przyznane nam zostały postanowieniami Konferencji
Poczdamskiej dopiero po zakończeniu II Wojny Światowej.
Aby nie wprowadzać zamieszania podziałami na liczne i bardzo
zróżnicowane krainy geograficzne wchodzące w skład terenów, które
jeszcze przed stu laty znajdowały się we władaniu Cesarstwa
Niemieckiego, a po licznych perturbacjach należą obecnie do Polski,
kolejność opisywanych w tej książce miejsc jest zupełnie przypadkowa i nie należy się w niej dopatrywać jakiejś ukrytej prawidłowości. Dla
łatwiejszego zorientowania się w ich lokalizacji zostały one
ponumerowane i przedstawione na dołączonej do przewodnika mapie Polski.
To w sumie tyle tego przydługiego wstępu... Czas start, ruszamy w teren!
1. Braniewo
1
Braniewo
Zagłada Ostpreußen
Choć był styczeń, nad Mäuse zbierała się
burza. Walter lubił burze. Kiedy zrywał się wiatr, rzucał całą robotę i wychodził na werandę. Czekała już tam na niego suczka Rosie, która też
lubiła burze. Najpiękniejszy był moment poprzedzający uderzenie, gdy
granat nieba wypełniał horyzont, a w powietrzu wisiały wielkie krople
deszczu. Kiedy się zaczynało, siedział w bujanym fotelu, gładząc wielki,
kosmaty łeb przyjaciółki.
Tym razem burza przyszła niespodziewanie. Cisza zimowego dnia
nabrzmiała, wydając z siebie odległy łoskot. Potem w spowity śniegiem
krajobraz wdarły się czarne sylwetki, sadzące susy przez zaspy. Uciekali
w popłochu, gubiąc hełmy i karabiny. Ścigał ich piskliwy zgrzyt
gąsienic. W ślad za uciekinierami wypadły z lasu dwa czołgi, ryjąc w białym śniegu czarne bruzdy. Tak jak wypadły, równie niespodziewanie
znieruchomiały. Wokół ludzi biegnących przez pole starego Wolfa poczęły
tryskać fontanny czarnej zmrożonej ziemi. Kładli się w śnieg niczym
walące się drzewa. Trwało to zaledwie kilka sekund. Paru zdołało dopaść
zabudowań wsi. Walter widział ich ze swej werandy. Rozpaczliwie szukając
schronienia, dobiegli do przeszklonych drzwi. Niemal wyrywając je z futryny, runęli do wnętrza. Potłukli przy tym kilka szybek, wprawionych
jeszcze przez ojca Waltera. Chciał zwrócić im uwagę, ale patrząc w ich
puste spojrzenia, wyczytał w nich tylko zwierzęcy lęk. Walter i cały
świat przestali dla nich istnieć. Strach zawęził percepcję jedynie do
postrzegania zagrożenia uosobionego przez przycupnięte pod lasem czołgi,
a sensem ich życia w tej chwili stało się poszukiwanie bezpiecznej
kryjówki. Minęli gospodarza i psa, przewracając wieszak, zniknęli w głębi domu. Zostawili za sobą przeciąg, niosący do środka białe płatki
śniegu. Walter zamknął drzwi i choć przez kilka wybitych szybek sączyło
się zimowe powietrze, przeciąg zelżał.
Spojrzał na znieruchomiałe kształty na śniegu, potem jego wzrok podążył
wyżej, ku przycupniętym T-34. Jeden z nich drgnął i ruszył naprzód, ku
werandzie, od której dzieliło go zaledwie kilkadziesiąt metrów. Pies
pisnął. Walter pogładził go po łbie, zahipnotyzowanym wzrokiem wpatrując
się w rozpędzającą się bryłę stali. Nagle z prawej strony, gdzie
znajdował się pokryty czapami śniegu sad, rozległ się przeciągły świst i ciągnąc za sobą warkocz kordytowego dymu, na spotkanie czołgu wyleciała
rakieta. Eksplodując, skrzesała na pojeździe deszcz iskier. Po niebie
rozszedł się głuchy huk, a czołg znieruchomiał. Kiedy dym się rozwiał, w T-34 rozkaszlał się rozrusznik i przy akompaniamencie zgrzytów,
zataczając się na boki, czołg zaczął się wycofywać, pozostawiając przed
sobą czarną wstęgę gąsienicy. Chwilę później stanął bokiem do zabudowań
i znieruchomiał. Zaszumiał silnik elektryczny wieży, gdy lufa poczęła
brać na cel dom Waltera.
Mäuse, założona przez walońskich osadników w 1478 roku, usytuowana była
wzdłuż koryta rzeczki, której pruska nazwa niebawem została zapomniana,
a jej miejsce zajęła bardziej swojska, przyniesiona z Brabancji. To
położenie zapewniało łatwy dostęp do bieżącej wody, która odpowiednio
uregulowana, zaczęła napędzać koło młyńskie. Dziesiątki pokoleń kobiet
prało w tej rzeczce ubrania, miarowo tłukąc kijankami w sterty
namydlonych koszul i gaci. Tysiące dzieci polerowało tam stalowe i miedziane garnki, wcierając w nie drobny rzeczny żwirek. Nad rzeką
górował las ze swymi ciemnymi świerkami i pysznymi paprociami. To z niego wyjechały dwa T-34, a ich załogi miały teraz świetny widok na
panoramę wsi. Kontrastująca z bielą śniegu czerwień dachów Mäuse stała
się dobrym celem dla czołgistów. Otworzyli ogień, starannie mierząc, aby
nie zmarnować choćby jednego naboju.
Pierwszy był dom Waltera. Rozpędzony do prędkości ośmiuset metrów na
sekundę pocisk odłamkowy, przelatując przez werandę, minął staruszka o kilka centymetrów, swym pędem zbijając go z nóg. Eksplodował ułamek
sekundy później na blacie kuchennym, w samym środku domu, nim upadające
ciało Waltera dosięgło podłogi. Fala uderzeniowa skruszyła komin, który
pociągając za sobą dach, z trzaskiem zwalił się do wnętrza. Deszcz
iskier i ceglanych odłamków przykrył leżącego. Wapienny pył opadał
powoli, mieszając się z płatkami śniegu.
Walter niezgrabnie dźwignął się z podłogi, pozostawiając na pobielonym
pyłem parkiecie ciemny ślad. Z uszu ciekła mu krew, czuł mdłości i ledwo
utrzymywał równowagę. Rozglądał się naokoło, do końca nie zdając sobie
sprawy z tego, co się wydarzyło. Po kilku chwiejnych krokach potknął się
o żarzącą się deskę, będącą kiedyś stołem kuchennym. Upadł, uderzając
skronią o kant futryny drzwi. Zanim stracił przytomność, zdołał jeszcze
zadać sobie w myślach pytanie: Wo ist mein Hund?
Dom starego Wolfa, trafiony niemal jednocześnie dwoma pociskami,
rozsypał się w deszcz potłuczonych dachówek i stanął w płomieniach.
Położony nieco dalej, na drugim brzegu rzeczki, dom Kӧnigsmannów cudem
przetrwał pierwszą salwę. Mniej szczęścia mieli Millerowie z podcieniowej siedziby, pamiętającej jeszcze czasy Wojny Północnej. Ich
dom runął jak domek z kart, grzebiąc w zgliszczach ciała mieszkańców.
Przez murowaną siedzibę piekarza Willego przemknął pocisk - wpadł oknem
kuchennym, przeleciał przez salon i tłukąc szybę na ganku, ugodził
prosto w stodołę. W ciągu dwóch minut wieś zasnuła się czarnym dymem.
Kiedy ostrzał ustał, nad Mäuse zawisła cisza. Cisza, której ciężar
wgniatał w ziemię, tak nieodwracalną jak to, co się wydarzyło. Owa cisza
była jednocześnie wyczekiwaniem dalszego ciągu zagłady.
Do dwóch ciemnych kształtów przycupniętych na skraju wsi dołączyło
mrowie sylwetek ludzkich, ubranych w białe kombinezony. Żołnierze stali
chwilę przy czołgach, przekrzykując ich pracujące silniki, po czym
ruszyli w dół. Płynnie rozwinęli tyralierę i kierując lufy broni w stronę płonącej wsi, wolnym krokiem weszli między zabudowania.
Walter się ocknął. W głowie szumiała mu już tylko jedna myśl. Musiał
odnaleźć psa. Nieporadnie dźwignął się na kolana i opierając się o zakrwawioną futrynę, stanął na nogach. Wszystko dookoła falowało, jakby
całe Mäuse porwały fale oceanu. Dostrzegł idące ku niemu niewyraźne
sylwetki w bieli.
- Haben Sie meinen Hund gesehen? - zapytał. Twarz miał pokrytą szybko
krzepnącą krwią, a z tlącego się ubrania unosił się dym. Wyglądał jak
uciekinier z piekła, pewnie dlatego żołnierze ominęli go lękliwie i poszli dalej. Zataczając się, brnął przez śnieżne zaspy w stronę lasu.
Wiedział, że Rosie gdzieś tam jest i wystarczy tylko dobrze poszukać. -
Ich werde dich finden, mein Freund - wyszeptał.
Chwilę później Mäuse wypełniło się hukiem wystrzałów i detonacjami
granatów. Los się dopełnił.
Pobojowisko na końcu świata
Moja trasa wiedzie z Elbląga na wschód. Jadę prosto w stronę
miejscowości Grzechotki, gdzie znajduje się przejście graniczne z Obwodem Królewieckim.
Włączając się w drogę E28, mijam to, co zostało z elbląskiego poligonu,
który w czasach Układu Warszawskiego służył 16 Dywizji Pancernej Wojska
Polskiego. Wkraczam w tajemniczą krainę pancernych "dekli", w której w dalszym ciągu wyczuwalny jest klimat Ziem Odzyskanych. Spośród lasów i pagórków wyłaniają się duże gospodarstwa murowane z czerwonej cegły.
Typowe budownictwo Prus Wschodnich z czasów, gdy stolicą tej krainy był
Królewiec, gdzie urząd gauleitera piastował słynny Erich Koch. Jadę ze
świadomością tego, że wiele z wiszących nad drogą wiaduktów prowadzi do
nieistniejących już wsi, po których pozostały jedynie ceglane pagórki,
obramowane zdziczałymi sadami.
Zawartość wydobytej po osiemdziesięciu latach niemieckiej apteczki wojskowej zawierającej opatrunki, jodynę oraz szyny Kramera do usztywniania złamanych kończyn
Samochód sunie pośród pól Wysoczyzny Elbląskiej. Droga biegnie prosto
jak strzelił, a szerokie pobocza sugerują, że szosa przewidziana była na
więcej niż dwa pasy ruchu. Gdzieniegdzie spod asfaltowej nawierzchni
wyłaniają się połacie betonowych płyt, podobnych tym, które znamy z niemieckich autostrad. Miejscowi nazywają ją "Berlinką". Choć dawna
stolica Niemiec znajduje się kilkaset kilometrów dalej na zachód, to
miano Berlinki jest bardzo trafne. W czasach kiedy Führerem Niemców był
Adolf Hitler, droga ta stała się jedną ze sztandarowych inwestycji
narodowego socjalizmu, a jej budowa miała ścisły związek z hitlerowskimi
roszczeniami do tak zwanego Korytarza Pomorskiego, które z kolei stały
się podstawowym pretekstem do agresji na Polskę w 1939 roku. Na
przełomie lat trzydziestych i czterdziestych, czyli w czasach
największej chwały III Rzeszy, szosa, którą jadę, miała stać się jednym
z pierwszych odcinków planowanej autostrady relacji Królewiec-Berlin.
Niepomyślny dla państwa narodowych socjalistów przebieg wojny
pokrzyżował te plany i do użytku oddano zaledwie kilka jej odcinków.
Wzrok przykuwają przerzucone nad drogą wiadukty, z których każdy jest
inny. Nic dziwnego, każdy został zaprojektowany na politechnice
berlińskiej jako osobna praca dyplomowa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki